Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Pub Rozbrykany Hipogryf
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Pub Rozbrykany Hipogryf

W powietrzu czuć przyjemny zapach piwa, smażonej ryby, frytek oraz papierosowego dymu. Do uszu dociera odgłos cichej muzyki, szmer rozmów, a od czasu do czasu głośniejszy toast. Za barem kobieta z zapamiętaniem poleruje kufel, żeby po chwili nalać do niego złocistego płynu ozdobionego białą pianą. W znajdującym się w Dolinie Godryka pubie czas płynie leniwie, spokojnie, a wszystkie zmartwienia życia codziennego wydają się błahostkami wobec przyjemności płynącej z kontemplacji uroków życia zapijanych whisky z lodem, tutejszym specjałem. Wnętrze urządzone jest ze smakiem, typowo dla podobnych lokali rozsianych po małych mieścinach na całych Wyspach Brytyjskich. Przy barze ciągnie się rząd wysokich stołków bez oparcia, na brązowej, nieco zakurzonej miejscami podłodze przy stoikach ustawione są obite skórą krzesła. Na oknach naklejono ruchome wycinki z różnych gazet. Do pubu przychodzą wyłącznie czarodzieje, a sam budynek skryty jest za prostą iluzją podniszczonej kamienicy z zablokowanym wejściem.

Możliwość gry w darta.


Lokal zamknięty

Podchodzicie do drzwi wejściowych i dostrzegacie panującą wewnątrz pustkę. Dopiero po chwili odszukujecie spojrzeniem brzydki napis spisany w pośpiechu zamknięte. Domyślacie się, że wojna musiała zmusić właścicieli do wycofania się z prowadzenia biznesu. I kto wie? Może również ucieczki?


Lokal został zamknięty do odwołania. Można jednak prowadzić rozgrywki mające miejsce przed budynkiem.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 14.01.21 21:21, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pub Rozbrykany Hipogryf - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Październikowa plucha towarzyszyła mu ponownie gdy odwiedzał Anglię, może był to po prostu pech? Czemu nigdy nie ciągnęło go tutaj na wiosnę lub chociaż lato, gdy wokół domu ciotki roiło się od czerwonych dywanów, uplecionych z makowych kwiatów. Liczył, że w tym roku uda mu się pozostać w Dolinie na dłużej, a wiosna rozgości go pięknymi widokami z okna. Jednak teraz, póki co, mógł jedynie cieszyć oczy gęstą jak mleko mgłą, tajemniczo osnuwającą nawet najbliżej położone drzewa. Właściwie to nie mógł… ściemniało się nadzwyczajnie raptownie, a on zasiedział się u wujaszka Becketta ewidentnie za długo. Nie pogardził kanapkami na drogę, uprzednio upewniając się, że wszystko co mu wytłumaczył miało swoje odpowiednie wnioski i przesłanki. Numerologia była… trudna, specyficzna i wymagająca, lecz w żadnym wypadku nie zniechęcała czarodzieja do zgłębiania jej tajemnych arkanów. Teoretycznie, według przyjętych schematów, jako humanista – poeta i artysta – powinien wystrzegać się liczb, trudnych równań i skomplikowanych wzorów, tak mimo wszystko sprawiało mu to dziwną radość. Odskocznię od zbyt uwikłanych w gałęzi słów myśli. Przed wyjściem zapiął dokładnie żółty płaszcz i opatulił się fioletowym szalikiem, kompletnie niepasującym do czerwonej czapki. Rzucił kilka pożegnalnych słów do pana Becketta oraz jego córki, a potem pomaszerował uliczką w kierunku Makówki, uprzednio rozpościerając z pomocą różdżki, magiczny parasol. – Caelum.
Dziwne uczucie przecięło jego skórę, gdy zdał sobie sprawę, że już tak szedł… kilka dni temu, widział dokładnie ten sam obraz w jednej ze swoich wizji. Tylko tam było barwniej, rzecz jasna. Nie pamiętał zbyt wiele, a i jego dar poskąpił mu tajemnej wiedzy z przyszłości, zaledwie muskając czubek jego umysłu kolorami, sugerującymi nadchodzące wydarzenia. Wszystko ostatecznie sprowadzało się do zamkniętego pubu, w którym miał coś znaleźć i zabrać to do domu. Tylko niejasnym było co. Próbował wspomagać się kartami, fusami czy wahadełkiem, lecz żaden z przedmiotów nie raczył pomóc mu w zrozumieniu przekazu na tyle, na ile młody Francuz by tego chciał. Puścił to więc odrobinę w niepamięć, sądząc, że z pewnością wizja upomni się o samą siebie. Rychło w czas, można by rzec.
Cicho nucąc pod nosem, wiódł swe kroki tam, gdzie już raz był. Zatrzymał się dopiero przed pubem, starając się przywołać w pamięci konkretną perspektywę, a także co było w tym wszystkim najistotniejsze. Stałe. Wciągnął wilgotne powietrze do płuc, mrużąc lekko oczęta w zamyśleniu. Róż, biel i żółć tańczyły iskierkami wspomnień, aż młody jasnowidz uświadomił sobie jakie połączenie mogło to dawać. Lecz przecież wszędzie panowała pustka, był sam na ulicy, a pub tymczasowo zamknięto. I wtedy dostrzegł delikatny blask światła, białego i czystego. Niewinnego. Rozejrzał się jeszcze wokół, upewniając się, że nie wchodzi w jakąś pułapkę, a potem skierował się do światła. – Bonsoir? – zagaił niepewnie, podchodząc coraz bliżej i bliżej, aż dostrzegł dziewczęcą sylwetkę skuloną pod blachą. – Mon dieu, panienko – wyszeptał, pojmując coraz więcej symboli z wizji. Już wiedział co miał wiedzieć. – Cóż tu robisz, ptaszynko? Przemarzniesz i wyziębisz się zaraz… Uciekłaś… Nie, nie uciekłaś… Kogo więc poszukujesz w tę okrutną pluchę? – dopytał, bo choć z pewnych kwestii zdawał sobie sprawę, tak niektóre wciąż były okraszone płaszczem niezbadanej enigmy.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Nie lubiła używać magii. Nie teraz, nie tu, nie wśród obcych dróg i obcych twarzy, teraz łaskawie schowanych w ciepłych domach. I choć ta zdecydowanie pomagała jej w codziennym funkcjonowaniu, gdzieś tam w dole żołądka wciąż migotał niepokój, kiedy musiała zacisnąć palce na różdżce.
Lata oswajania się z zaklęciami i własną mocną zbyt prędko przykryte zwyczajnym przestrachem; nie wiedziała nawet dlaczego tak bardzo się temu opiera.
Pewnie też dlatego, przez własny opór, dziwny i niezrozumiały, nie osuszyła ubrania, a przedtem nie posłużyła się czarem parasola; nie otuliła szczelniej jakąś bezpieczną powłoką, za którą nie dostałby się ciężki, zimny deszcz. Nie ogrzała rąk, nie schowała się do środka.
Jedynie maleńka kula światła paliła się jednostajnie na końcu cyprysowego drewienka, licho oświetlając zmęczone lico i posklejane, mokre włosy.
Gdzieś tam przyłapała samą siebie na rozmyślaniu – jak długo jeszcze będzie padać? Jak zimno musi się jej zrobić, by przełamała tą głupiutką barierę i pomogła sobie za sprawą magii? I czy siedzenie tu do rana, pod wilgotnym murem, pod otwartym nieboskłonem, w nieprzyjemnym, brudnym zaułku, aby na pewno jest dobrym pomysłem?
Palce raz po raz unosiły się ku górze, dotykała żarzącej się słabo różdżki, jak gdyby drobne lumos miało faktycznie ogrzać drżące palce; w ciemnym kącie przemykały cienie gdy światło przykrywały opuszki i zaraz potem znikały, tańczyły na pobliskiej blaszce, kradnąc dziewczęcą uwagę na kilka drobnych chwil. Bawiąc się światłem próbowała tworzyć jakieś kształty, jakieś, jakiekolwiek, które błądziły po wygiętym metalu, na kilka chwil zajmując myśli czymś innym.
Przyjemniejszym, przynajmniej pozornie.
A potem potoczył się jakiś dźwięk; wpierw myślała, że zwyczajnie się jej przyśnił, że się przesłyszała, mimo tu podciągnęła nogi bliżej ciała, zastygając na moment w bezruchu. Może to wiatr? Deszcz? Szczekający pies?
I znowu wybrzmiał, ludzko, ale jakoś inaczej, obco, a ona finalnie podniosła spojrzenie w kierunku, z którego dobywał się dźwięk.
Niepokój przyciskający żołądek do pleców był pierwszą reakcją; strach wpełzający w drobne ciało towarzyszył jej zawsze, zawsze wtedy gdy myśli nawiedzało stwierdzenie, że ją znaleźli.
Oni, on, ona, ktokolwiek; ktoś z tych, których tak bardzo się bała.
Rozchyliła usta i prędko je zamknęła, żadne nic, nic, nieważne nie popłynęło w eter, zamiast to jasne brwi zmarszczyły się wyraźnie, a ona instynktownie przylgnęła bardziej do ściany.
– S-skąd wiesz? – że kogoś szuka, że przyszła tu po to, ale zmierzch i deszcz przyszły prędzej niż się spodziewała?
– Ja... – zaczęła, na moment odwracając spojrzenie gdzieś w nieważną przestrzeń; co miała mu powiedzieć? Co mogła mu powiedzieć?
– Kim jesteś? To... to twój lokal? – może po prostu siedziała pod progiem jego własności? To raczej mogło uchodzić za niegrzeczne.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540

Powrót do góry Go down

Deszcz zaczynał wzbierać na sile, a październikowa temperatura, ani myślała odpuszczać. Drewno w kominku z pewnością wygasło i będzie trzeba rozpalić je ponownie na nowo, podkładając co kilka godzin kolejny kawałek. A może i tym razem przespałby się na kanapie w saloniku, podnosząc temperaturę zaledwie za pomocą zaklęcia? Och, ależ ile razy budził się wówczas w jeszcze bardziej wyziębniętym domostwie. Jeśli miał podążać za wskazówkami swego daru i kart, to definitywnie będzie musiał bardziej się postarać o ogrzanie pomieszczeń i darować sobie kolejną noc w Kurniku, choć był to dla niego prawie drugi dom.
Przeczucie – odpowiedział natychmiast, zapominając, że dziewczyna nie była jego przyjaciółmi, którzy zdążyli nawyknąć do takich odpowiedzi znaczących ni mniej, ni więcej jasnowidzenie lub wróżby. Zerknął również tam, gdzie ona, lecz zaraz potem wrócił swoimi zielonymi tęczówkami na młodą, zagubioną ptaszynę. Chciał natychmiast odpowiedzieć, lecz dziewczę zadało kolejne pytanie, a one jedynie uśmiechnął się ciepło i machnął przecząco głową. – Nie, to nie mój lokal – zapewnił ją najpierw, podchodząc nieco bliżej. Jednak wciąż był ostrożny, obawiając się, że może przestraszyć nieznajomą.
Jestem Julien – przedstawił się, kładąc dłoń na piersi i lekko się kłaniając, jak gdyby jednak zapamiętał te wszystkie lekcje savoir-vivre, które usilnie próbował mu przedstawić Alex jeszcze w Akademii. Chociaż w sumie był po prostu grzecznym chłopcem, który wychowany w szacunku do innych, miał pewne nawyki. Postąpił kilka kolejnych kroków i kucnął nieopodal dziewczęcia, tym samym osłaniając i ją od deszczu z pomocą swej magicznej bariery, wyczarowanej kilka minut temu. – Ma belle, nie masz gdzie spać, prawda? – zapytał, całkowicie wiedząc, do czego to wszystko dążyło. Wyglądała na bardzo młodą istotkę w jego mniemaniu, mającą nie więcej niż siedemnaście lat, a może nawet szesnaście. Czy takie osoby nie powinny być teraz w szkołach? Westchnął lekko, przyglądając się jej twarzy uważnie, aby odnaleźć w niej coś znaczącego, co być może wcześniej widział we wróżbach. Przemknął po jej kosmkach i rzęsach, przechylając lekko głowę z zaciekawieniem, odnajdując w niej cechy, o których mówiły i karty, i fusy. Skoro los sprowadził ich do tej chwili, oznaczać to jedynie mogło, że ten krzyż miał swoje ważne znaczenie. Wciągnął powoli deszczowe powietrze i podparł się na czubkach palców wolnej dłoni o mokry bruk, poprawiwszy ułożenie nóg. – Jeśli potrzebujesz noclegu… jedzenia, ciepłego kominka do wysuszenia ciuchów… - mówił powoli, obserwując uważnie jej reakcje, zastanawiając się, czy mógłby jej to zaoferować wszystko w inny sposób. Może powinien wyznać całą prawdę? Lecz nawet w świecie magii, czasem na jasnowidzów spoglądano niepewnym okiem, a sądził po obrazie, jaki się przed nim jawił, że dziewczę przeszło już wystarczająco. Odchrząknął nieznacznie, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę, zabierając dłoń z mokrego podłoża. – Mieszkam kilka minut piechotą stąd, ale jeśli się pospieszymy to, być może, nie zdążysz się przeziębić – zaoferował, nieśmiało wystawiając w jej kierunku dłoń i podnosząc się do pionu.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Przez kilka króciutkich chwil poczuła prawdziwe wyrzuty sumienia. Może faktycznie ten lokal, na którego tyłach postanowiła usiąść, odpocząć, schować się pod niedużym daszkiem, należał do niego? Ale drzwi były zamknięte, kartka na nich dobitnie mówiła o tym, że wejście do środka nie było możliwe.
Niepewne spojrzenie i rozchylone usta zdradzały nerwowość; zastygła w bezruchu przez dłuższy czas patrzyła na niego w ciszy, pozwalając by dopiero następne słowa pozornie ją uspokoiły.
A więc nie siedziała na progu jego własności jak przybłęda. Tyle dobrze.
Nie wiedziała też czym mogło być przeczucie, o którym mówił; bębniący deszcz utrudniał jej nawet wizję, ale wyczarowany parasol nad jego głową sprawiał, że jego twarz i sylwetka były klarowne, oddalone od mglistych smug, które tańczyły w dzielącym ich dystansie. Ładne, łagodne, tak jak słowa, które płynęły z jego ust.
Słysząc jego imię, jakieś takie obce, wypowiedziane miękko, specyficznie, kiwnęła głową, próbując się uśmiechnąć, co raczej przyjęło kształt odrobinę zakłopotanego wyrazu. Ale kąciki ust i tak poszybowały w górę, kiedy ukłonił się do niej, tak jak kłaniano się kiedyś, dawno temu, albo jak kłaniali się książęta w książkach i wierszach, które lubiła czytać przed snem, jeszcze wtedy gdy w sierocińcu cisza nocna nawiedzała ich prędzej niż chęć snu.
– Annie – odpowiedziała na tyle głośno, by wypowiedzianych słów nie porwał wiatr i dzikość deszczu, odwzajemniając mu się swoim imieniem.
Drobny uśmiech prędko przykryło wyraźne zakłopotanie; spuściła wzrok na własne kolana, w międzyczasie zaczęła się bawić splecionymi ze sobą palcami. Zęby skubnęły dolną wargę, a brwi ściągnęły się nieco.
Miał rację – nie miała gdzie spać, nie miała gdzie się podziać, prawdę mówiąc nie wiedziała nawet gdzie jest. Ani co dalej, dokąd dalej.
Mokre podłoże, teraz wypełnione ciężkimi, obfitymi kałużami, ciemnej i zimnej szarugi, kradło dziewczęce spojrzenie jeszcze przez dłuższą chwilę – dopiero jego propozycja nakazała pospieszny, wciąż podsycany niebotyczną ilością niepewności wzrok, który podniósł się na oblicze młodego mężczyzny.
– Naprawdę? – głos otarł się o granicę szeptu, słyszalność o dźwięk nocnego deszczu; naprawdę mogła pójść z nim? Chociażby na krótką chwilę, by zamknąć powieki i nie martwić się o to, co może wydarzyć się wokół?
Spojrzenie skrzyżowało spojrzenie; patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, z drgającymi powiekami, ustami, niedługo później również ciałem, które zaczęło odczuwać skutki chłodu.
Może to teraz była chwila, w której było za zimno?
Nie wiedziała, czy minęła minuta, dwie, czy może długie, długie godziny; powoli podniosła mokrą od deszczu dłoń i ujęła tą wysuniętą w jej stronę. Wraz z jej pomocą podniosła się z wilgotnego bruku, wciąż błądząc spojrzeniem po kałużach ścielących ulicę.
– Na chwilkę... jeśli to nie problem – wymamrotała niepewnie, wolną dłonią odgarniając z buzi mokre kosmyki, nim nie nie odważyła się zerknąć na niego niepewnie.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540

Powrót do góry Go down

Uważał na gesty i słowa, bojąc się, że mógłby ją spłoszyć nieodpowiednim zachowaniem. Tylko… jakie zachowanie było odpowiednie? Granica była cienka, niekiedy dla Anglików francuskie przyzwyczajenia były tragicznymi i karygodnymi błędami, lecz jedno wiedział – dobroć zawsze się opłacała, a okazywanie szczerości oraz serca, przypłacało się ceną zaledwie przy tych, którzy miewali niecne intencje. Annie, nie wyglądała na kogoś, kto mógłby miotać czarno magicznymi zaklęciami czy być po prostu zły. Owszem pozory mogły mylić, lecz Julien ufał własnej ocenie i temu drobnemu uśmiechowi, jaki zawędrował na usta uroczego dziewczęcia. – Annie – powtórzył właściwie dla samego siebie, sprawdzając, czy imię leżało nadobnie w jego ustach. Francuski akcent robił swoje, jednak wypowiedział miano gładko, a nawet polubił jego brzmienie we własnej mowie. Widział jej reakcje, chociaż zwykle bywał mało spostrzegawczy, jeśli chodziło o takie sytuacje – więcej dopatrywał się w kartach lub szklanej kuli. Niemniej jednak dziewczęca mimika i gesty mówiły emocjami, a on nimi żył. Poznawał nimi świat, rzadko kiedy powstrzymując się od płaczu, ekstazy czy krycia czegokolwiek – chyba że tego wymagała specyficzna sytuacja, takie też bywały. Niemniej jednak szczerość emocji pozwalała zrozumieć się nawzajem, jeśli mieliśmy to ukrywać, to po cóż na były?
Pochylił się nieco bliżej, aby usłyszeć jej pytanie, a potem rozkosznie się uśmiechnął, szukając w głowie odpowiedniego cytatu na tę okazję. Czasem odrobinę nadużywał tworów innych literatów, a przecież sam do nich należał. Nie wiedział skąd, taka maniera się mu wzięła, przypuszczał te liczne godziny w teatrze i przewertowane stronice w Akademii. Było to o tyle zabawne, że faktycznie w czasach szkolnych więcej czytał, niżeli pisał… Dziwny ten system edukacji. Mógł prowadzić do odtwórstwa, aniżeli samej w sobie kreacji. Ostatecznie kiwnął powoli głową, przemykając spojrzeniem po jej odzieniu, butach i zmierzwionych od wilgoci włosach. Czy miał w domu coś na przebranie? Ciuchy ciotki mogły być nieodpowiednie, choć przecież sam je czasem podkradał – jej i tak już nie było w Anglii, więc uznawał, że mógł. Jednak podejmowanie decyzji na zaś, było mało rozsądne, może po drodze spotkają obwoźnego sprzedawcę swetrów i Julien wyda ostatnie galeony na odzienie dla potrzebującej? Tak również mogło być!
Żaden problem, będę zaszczycony – przyznał, podciągają młodziutkie dziewczę do góry. Choć może krzepki nie był, tak z odpowiednim zaparciem się o podłoże, pomógł jej bez zająknięcie. W dodatku była taka leciutka… czy żywiła się odpowiednio? A może powinien zawrócić do pana Becketta po kilka kanapek? Nie, przecież nie będzie ciągał jej od domostwa do domostwa, coś na pewno znajdzie. Zaraz potem odchrząknął, zdejmując z siebie płaszcz i zarzucając go na ramiona Annie, wcześniej jedynie zerkając, czy przypadkiem jej to nie będzie przeszkadzało. Pozostał jedynie w czerwonym szaliku i koszuli, lecz był w stanie przejść się chwilę po chłodzie w ten sposób. Ona potrzebowała bardziej tego płaszcza. Podtrzymując zaklęcie osłaniające ich przed deszczem, wystawił w jej kierunku rękę, naśladując w ten sposób chwyty, którymi kiedyś tak dobitnie charakteryzował się jego przyjaciel szlacheckiego pochodzenia. Poza tym podpatrzył to też kilkakrotnie na deskach teatru. – Pozwoli, Mademoiselle? – zagaił wesoło, być może znów zbyt teatralnie i z manierą, jednak jak najbardziej szczerze.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Wydawał się nie stąd – ale może cała okolica, całe to miejsce, które mimo obcości niosło ze sobą jakąś dziwnie dobrą aurę, potęgowało wrażenie nieznajomości? On tutaj pasował, mimo smug deszczu i brudu ciemnych kałuż wokół, rozszalałej pogody i zapadającej nocy; było w tym obrazku coś urzekającego, tlącego lichy płomień nadziei w dziewczęcym sercu, choć tak naprawdę wcale nie miała ku niej powodów. Do czasu gdy nie wyciągnął w jej stronę dłoni – wtedy faktycznie mogła powiedzieć, że los się do niej uśmiechnął; mimo szpetoty zimnego deszczu, jej strachu, podejrzeń i wszystkich przeciwności losu. I przyjęła ją, bez zbędnego zawahania, wraz z jego pomocą podnosząc się na równe nogi.
Był młody; może nawet w jej wieku, ale nie mogła być pewna. Jakoś dziwacznie elegancki, ładny, przyjemny w kilku prędkich spojrzeniach, które miały pomóc jej zdecydować, czy faktycznie powinna; podnosić się, rozmawiać z nim, pozwalać samej sobie na dłoń, którą ofiarował.
Jej własne imię w jego ustach zabrzmiało tak, jak chciała by brzmiało; było kolejnym, maleńkim światełkiem w tunelu podczas ciemnej, deszczowej nocy.
Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się chęć zapytania go, czy jest stąd; mówił w nieco inny sposób niż ten, do którego przywykła i sama się posługiwała. Ostatecznie jednak ugryzła się w język – to było niegrzeczne, a poza tym całkiem nie na miejscu w obecnej sytuacji.
Niepewność zelżała pod naporem zdumienia – czystego, wybrzmiewającego w spojrzeniu szerzej rozwartych oczu, kiedy ofiarował jej swój płaszcz, kiedy znaleźli się pod wyczarowanym przez różdżkę parasolem; zupełnie tak, jak widywała pary, które wieczorową porą przemykały londyńskimi ulicami od restauracji do restauracji, w piątkowe i sobotnie wieczory, zanim jeszcze świat nie stanął na głowie, a ona obserwowała jego twory zza okien sierocińca.
Ujęła jego ramię, wyraźnie zaskoczona i zaaferowana; uśmiech zatańczył w kąciku ust, zmieszał się ze zdumieniem i nutą rozbawienia – przez krótki moment nie pamiętała już o całej sytuacji, o chłodzie, przenikliwym deszczu i strachu, który wciąż jej towarzyszył. Czuła się niemalże jak te eleganckie damy na uliczkach miasta, albo te, o których słyszała opowieści, czytała książki i studiowała wiersze w tomiku poezji, który znała niemal na pamięć po milionach lektur na przestrzeni lat. I jeszcze nazwał ją tak...ładnie.
Blada, naznaczona deszczem dłoń wychyliła się znad materiału odrobinę za dużego płaszcza i oplotła wokół jego ramienia; wciąż miała dziwną chęć zachichotać, ale dusiła tą głupią, niezrozumiałą potrzebę w zarodku, raz po raz zerkając na niego, dziwnie poruszona wszystkimi gestami, jakie wysnuł w jej kierunku w ciągu tych kilku ulotnych chwil.
– Dziękuję. Ja... naprawdę nie chciałabym ci robić kłopotu... – wymamrotała, krocząc z nim mokrą, poznaczoną kałużami uliczką, których sprawnie unikała, kuląc się nieco przy jego ramieniu.
Krok za krokiem, niepewne spojrzenie goniło następne, przebiegając od jego twarzy na okolicę i z powrotem; wszystko tutaj było warte zapamiętania, mimo szarugi i deszczu.
– Mieszkasz tutaj... z rodzicami? – zapytała niepewnie; dzisiaj mało kto ich jeszcze miał, ona sama wychowała się w dużej mierze wśród tych, którzy nie posiadali ich nigdy.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540

Powrót do góry Go down

Policzki uniosły się delikatnie na widok jej delikatnych i niepewnych ruchów niczym u spłoszonego jagnięcia. W jakiś sposób nieśmiałość rozczulała go ponad wszystko inne, czemu? Sam nie wiedział, może dlatego, że nieśmiałość często świadczyła o głębokiej wrażliwości? Lecz to już byłaby generalizacja, więc odrzucił te myśli, podobnie jak gęstą czuprynę opadającą na oczy.
- Nonsens! To żaden kłopot, należy pomagać, szczególnie teraz – uśmiechnął się szczerze, próbując chyba tym samym dodać otuchy jej, jak i samemu sobie. Wojna stanowiła obecnie codzienność, w której im – młodym – przyszło funkcjonować. Walka, głód, bieda; to wszystko wysypywało się z otwartej puszki nieszczęść, którymi obdarowywała kraj batalia tocząca się między dobrem a złem. Co mogli zrobić? Mogli się wspierać, chociażby, ot niewinnie wystawiona pomocna dłoń, która dla kogoś może stanowić ostatnią deskę ratunku przed szaleństwem, zagubieniem czy śmiercią. Być może tylko to im zostało. Tylko lub aż to.
Szedł powoli, aby mogła nadążyć za jego krokami – może była zmęczona? Niekoniecznie musiała posiadać taką samą werwę, a śliska nawierzchnia i nierówne kamienie w drodze do Makówki, mogły stanowić wachlarz możliwości do wywrotek czy wpadnięcie w kałużę, a tego szczerze wolał oszczędzić młodej damie i tak wydawało mu się, że przeszła wystarczająco wiele.
Był jej winny wyjaśnienia, a może była to próba sprawdzenia, czy nie był kimś, kto zabierze ją do siebie i skrzywdzi? Poprawił dłoń z różdżką, sprawdzając, czy bariera nadal chroni ich oboje, a nie tylko jego. Wszystko jednak było w najlepszym porządku. – Nie, mieszkam sam – zaczął, odrobinę nostalgicznie. – W domu po mojej cioci, która obecnie jest we Francji, wraz z resztą mej rodziny – dodał, zerkając w wyraźnym zastanowieniu na dziewczynę. – Sam zresztą pochodzę z Paryża – przyznał się, chociaż podejrzewał, że po jego akcencie, łatwo było odgadnąć, iż nie był stąd. Muskał spojrzeniem jej zmarznięte policzki i okraszone kroplami deszczu włosy, mając nadzieję, że naprawdę uchroni ją przed przemarznięciem i złapaniem choroby, która mogłaby stać się dla niej utrapieniem. Chociaż… przecież pod ręką miał najlepszych uzdrowicieli w Dolinie, Alex z pewnością pomógłby mu, a właściwie jej. Zmarszczył na chwilę brwi, zerkając na przebiegającego psa w oddali, lecz zaraz potem zwrócił zielone spojrzenie ku Annie. – Rodzice prowadzą tam teatr – wypalił, nim zdążył zastanowić się, po co mogła być ta informacja. Dla darowania sobie ciszy? Westchnął, drapiąc się lekko różdżką za uchem, aby w końcu poprawić łokieć i przyciągnąć bliżej siebie młodą dziewczynę. Zadawanie pytań mogłoby ją speszyć, a tego nie chciał, zresztą odpowiedzi mógł się doszukiwać we wróżebny sposób, więc zerkał raz po raz na kierunek kropli lecących z nieba, przemykające cienie, a uszy nasłuchiwały wichrów wiatru, starając się interpretować różnorakie świsty.
W końcu skręcił w zarośniętą polną drogę, która prowadziła na skróty do Makówki. – Wiem, nie wygląda zachęcająco, jednak tak będzie prędzej – wytłumaczył, wymijając wielką kałużę. – W zeszłym roku, zimą, zjeżdżaliśmy z przyjaciółmi tędy na workach wypełnionych sianem – przyznał z rozbawieniem. Chociaż przybywał tutaj w celach poważniejszych, tak doskonale miał zakotwiczony obraz wywracającego się w śnieg Alexa. Czy tegoroczna zima będzie, chociaż odrobinę opływała w tak wesołe wspomnienia?


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Mimo upływu kolejnych tygodni, miesięcy, niesamowicie szybko przemijających zachodów i wschodów słońca, zmieniających się liści na koronach drzew - wciąż nie potrafiła się nadziwić temu, jak bardzo w wojennej zawierusze, jak często, los decydował się do niej uśmiechnąć. Albo puścić oko; możliwe też, że lubiła zrzucać to na właśnie działania losu, czymkolwiek ten był, bo tak chyba było wygodniej i łatwiej wytłumaczyć sobie dobroduszność innych. Tych mniej i bardziej przypadkowych, tych którzy wyciągnęli rękę, podali kawałek chleba, czy chociażby pozwolili jej przejść dalej.
Niezbyt potrafiła znaleźć słowa, które należało mówić w takich momentach; teraz też ciężko było jej powiedzieć coś więcej, poza zwykłym dziękuję i zakłopotanej próbie wytłumaczenia się, którą i tak zbył, w tak miły sposób, że zdecydowała się tylko pokiwać głową i uśmiechnąć, nieco speszona, nieco przepraszająco, odwzajemniając uśmiech należący do niego, z niemą wdzięcznością wymalowaną na pokrytej smugą deszczu buzi.
Małe i większe kałuże chlupotały pod przemokłymi trzewikami, ale to wcale nie przeszkadzało jej rozglądać się wokół; teraz, gdy szła u jego boku nabrała więcej śmiałości by otoczyć spojrzeniem okolicę, przyjrzeć się mijanym budynkom i do tej pory obcym zakrętom; nawet w jesiennej zawierusze i ciężkim deszczu było tutaj ładnie.
– Ojej, no tak – rzuciła, nieco zakłopotana, bo do tej pory nie do końca wiedziała w jaki sposób powinno się mówić do kogoś z innego kraju; jego akcent wskazywał zdecydowanie na obczyznę – Z Paryża? Samego Paryża? – powtórzyła za nim, a cały krajobraz pokryty deszczem stracił uwagę dziewczęcia na rzecz lica chłopaka i plączących się przy nim loczków. Pochodził z samego Paryża z wieżą Eiffla? Tego, którego widziała zdjęcia i wpisy w gazetach?
– Wieża naprawdę jest taka duża jak się wydaje? Czy jak człowiek widzi ją na własne oczy, to czar pryska? – zapytała, odrobinę niepewnie, z rozbawieniem plączącym się na wargach. Wspomnienie o Francji i wszystkich cudownościach, jakie mogła sobie wyobrazić niemalże w mgnieniu oka, wyraźnie zaaferowało nastoletni umysł i sprawnie odwróciło uwagę od niewygodnej sytuacji, z której bądź co bądź ją ratował. Droga, którą wybrał – ta na skróty – znalazła odpowiedź tylko w skinieniu głową wyrażającym aprobatę. Czym prędzej znajdą się w suchym miejscu, tym lepiej, choć nie powiedziała tego na głos, nie chcąc brzmieć jakkolwiek niewdzięcznie. Już sam fakt, że zdecydował się jej pomóc, był dla niej niemałym ratunkiem.
– Kiedyś byłam w teatrze, dawno, dawno temu – rzuciła niezobowiązująco – Na jakimś przedstawieniu w Londynie, takim dla dzieci. To pewnie nie było nawet w połowie tak wspaniałe jak teatr twoich rodziców – odpowiedziała samej sobie, krasząc wypowiedź cichym śmiechem. Paryż i teatr – mogła sobie tylko wyobrażać jak musiało tam być wspaniale. Ciekawiło ją, czy i tam zawitała wojna. Czy może ludzie żyli tam w błogiej nieświadomości? Dlaczego był tutaj, a jego rodzice tam?
Żadne z pytań nie wybrzmiało, ostrożnie stawiane kroki jeden za drugim skracały dystans oddzielający ich od jego miejsca zamieszkania.
– Och, ja też kiedyś urządzałam sobie takie zjazdy! – odpowiedziała z entuzjazmem, w międzyczasie uważając jednak, by nagły przypływ przyjemnych wspomnień nie skończył się wylądowaniem w obszernej kałuży, która wyrosła na ich drodze wśród leśnych zawirowań – Jest nawet wygodniej niż na sankach – tych, na których jeździły dzieci, które mogły sobie na to pozwolić. Wyrok był prosty – worek z sianem był lepszy, dzieci z sierocińca doskonale zdawały sobie z tego sprawę.
– A... a czym ty się zajmujesz? Tak na co dzień? – jego rodzina była we Francji, on był tutaj. Mieszkał sam, więc musiał jakoś zająć się czymś, by mieć za co żyć, za co utrzymać dom, do którego zmierzali. Zastanawiało ją, jak dużo starszy mógłby od niej być i czy w jego wieku też byłaby tak bardzo samodzielna i dzielna.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540

Powrót do góry Go down

Obawiał się odrobinę, że droga może nadwyrężyć i tak już przemoczone ubrania oraz buty młodej panny, jednak ostatecznie co innego mógł jej zaoferować? Wysuszenie wszystkiego zaklęciami? Brzmiało to jak jakiś plan, lecz czy wtedy nie uznałaby tego za chęć załatwienia spraw, tak aby nie przestąpiła progu jego domu? A przecież chciał dać jej miejsce do wypoczynku i snu, niezależnie kim była i co tu robiła, zaufał przeczuciu.
- Dokładnie tak, z samej stolicy ukochanej Francji – przytaknął, zerkając raz pod nogi, a raz na urocze iskierki, które udało mu się rozbudzić w oczach drobnej blondynki. Lżej mu się zrobiło na sercu, że nie traktowała go jak wroga czy potencjalne zagrożenie. Zaufała mu i nie zamierzał jej zawieść, co więcej czuł powinność do tego, że właściwie był jej to winien. Tylko… dlaczego? Sam nie rozumiał, lecz wizja sprowadziła go do niej nie bez celu, a jeśli wszechświat miał dla nich plan, to jako sługa przyszłości, nie miał zamiaru się przeciwstawiać. – Eiffla? – rzucił pytaniem, lecz było to tak naprawdę zbędne. Doskonale wiedział, o co chodziło dziewczęciu, a na jego usta wpełzł szerszy uśmiech. Wciągnął powoli powietrze, przymykając lekko oczy, aby wspomnieć pola marsowe rozciągające się przed gigantyczną konstrukcją, jaką potrafił podziwiać w letnie dni całymi godzinami. Było w niej coś magicznego, gdy dominowała nad miastem, pozwalając ze swego czuba dostrzec odległe krajobrazy. Westchnął, otwierając ponownie oczy i wymijając kałużę, która pojawiła się pod jego stopami. – Annie… Czy leżałaś kiedyś zanurzona w kwiatach? – zagaił niespodziewanie, jak gdyby zignorował pytanie, lecz to wcale nie chodziło o to. – Gdy spojrzenie przemyka po pobliskich źdźbłach, a potem wędruje wzdłuż łodygi rosnącego nad tobą kwiatu, czujesz, jak gdyby ten kwiat był wszystkim, górował nad twym życiem, stanowił jego sens… - ciągnął, a jego głos mimowolnie stawał się bardziej teatralny i aktorski, artykułujący wszystko z należytą pieczołowitością, niczym cytat z książki. – Czujesz się wówczas jak mrówka, biedronka… a może nawet, hm… - zerknął na nią z ukosa, analizując jej lico. – Urocza pszczółka – o tak, kojarzyła mu się z pszczołą. Puchatą, radosną, delikatną, która właśnie przysiadła, aby skosztować nektaru słodkiej stokrotki. – Wieża Eiffla jest tym kwiatem, lecz z metalu. Niemniej jednak, niczym drobny owad zostajesz wiedziona na pokuszenie, wspięcia się wyżej, stanięcia się tym kwiatem i spojrzenie na wszystko z jego perspektywy – zauważył, wspominając pierwszy raz gdy dane mu było wspiąć się tak wysoko. – I chociaż możesz tam podlecieć z pomocą skrzydeł – zerknął za nią, jakby wierzył, że jego opowieść sprawiła, iż młodziutka czarownica posiada skrzydła. Zaraz jednak wrócił spojrzeniem na drogę. – Miałem na myśli miotłę – zaśmiał się lekko, pomagając Annie przekroczyć kolejną kałużę. – To chcesz wspiąć się nań o własnych siłach, wić się wzdłuż piętrzących się szczebli metalu lub... chcesz zostać na dole i podziwiać kwiecistą konstrukcję, chłonąc jej ogrom spojrzeniem. Pragniesz dać się przytłoczyć tym tworem, akceptując potęgę – podsumował westchnieniem pełnym nabiegających wspomnień. Dziwne ukłucie tęsknoty zapodziało się gdzieś w okolicy serca, jednak uderzenie wiatru ostudziło jego nostalgię, ściągając do ciała.
W kwestii teatru pokiwał zaciekawiony głową, chociaż niezbyt potrafił odnaleźć odpowiednie słowa w podzięce za komplement. – Cóż, dziękuję, choć pewien jestem, że londyński teatr jest równie wspaniały – zauważył. Natomiast co do cudowności miejsca, w którym się wychował, nie miał wątpliwości. – O czym było to przedstawienie? – zapytał, będąc bardziej ciekawym co za spektakl oglądała czarownica. Kto wie, może udałoby mu się zgadnąć po samym opisie? A może i nie… Paryski repertuar często różnił się od angielskiego.
- Zgadzam się w pełni, sanki bywają zbyt twarde – zaśmiał się pod nosem, ciesząc się, że dziewczę miało równie radosne wspomnienia. Jej entuzjazm radował go w tej chwili najbardziej, zdołał jej, chociaż pomóc w ten sposób. Pytanie zbiło go jednak nieco z tropu, lecz nie miał zamiaru pozostawiać swojej nowej przyjaciółki w niewiedzy. – Jestem… artystą, by tak rzec. Poetą i wróżbitą – doprecyzował, zastanawiając się, co też ona o nim teraz pomyśli. Ludzie różnie reagowali na takie osoby. Wtem wskazał różdżką na dach, rysujący się przy linii krzewów. – Spójrz, tam mieszkam. Wszyscy mówią na to miejsce Makówka. Latem i wiosną roi się tu od maków… chociaż inni twierdzą, że nazwa to wina koloru cegieł.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Niepokój kierowany zwyczajną niewiedzą, podejrzliwością, którą powinna mieć na uwadze zważywszy na coraz cięższe czasy i zwyczajną przezorność; strach przed nieznanym schowała gdzieś na bok, umknął w tył, przykryty zwyczajnym poczuciem wdzięczności, przekonaniem o zaciągnięciem kolejnego długu u osoby, która była w stanie jej pomóc, ot tak, bez zbędnych słów i gestów, po prostu wyciągała rękę. Nie przeszkadzał jej już nawet deszcz, przemoczone ubranie i droga, nieważne jak wyboista i długa by nie była – na jej końcu jarzyło się światło.
Być może była zbyt naiwna, zbyt prędko myślała o tym, że faktycznie uda jej się spędzić noc w suchym, ciepłym miejscu. Ale on naprawdę nie wyglądał na kogoś, kto mógłby mieć złe zamiary. A w dodatku zwracał się do niej w taki sposób, że nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to wszystko chyba jest jakąś iluzją; piękną, urwaną z jakiegoś odległego świata. Może cała Dolina Godryka, w której znalazła się niemal całkowitym przypadkiem, właśnie taka była.
Powoli pokiwała głową na pytanie o wieżę, a potem... potem już nie potrafiła odwrócić wzroku. Od niego; kiedy mówił, kreślił w deszczowym wieczorze dalekie opowieści, sprawiał, że przez chwilę naprawdę widziała – i łąkę pełną kwiatów, i siebie samą na niej, i wysoką łodygę i wielkie, rozłożyste liście, które w tamtym momencie mogły być dlań całym światem. A potem widziała metalową konstrukcję; taką wysoką, potężną, szczytem zahaczającą o białe obłoki na błękicie nieba.
Nie przerywała mu; chłonęła każde kolejne słowo z wyraźnym zaciekawieniem, zapominając na moment o wszystkim tym, co ich otaczało – na moment naprawdę byli w Paryżu, później kwiatowym polu, a później tu i tu. A ona była jednym z tych żyjątek, o których wspominał – biedronką albo pszczółką. Nie było wojny, nie było zniszczonego Londynu, nie było jej z teraz, była tylko Ania z przeszłości – a może przyszłości – taka z uśmiechem i nadzieją w sercu.
Być może zmęczenie brało górę i momentalnie potrafiła oderwać się od rzeczywistości.
– Skąd znasz tyle... tyle pięknych słów? – drobne pytanie kryło w sobie całe morza niepewności; brzmiał zupełnie tak, jak gdyby ktoś ożywił książki, które czytała z pasją, gdy jeszcze był na to czas – mógł być bohaterem Romea i Julii, albo księciem z wiersza, takiego francuskiego, którego nie byłaby w stanie przeczytać w oryginale.
– O dziewczynce, która odwiedzała babcię w lesie – nie pamiętała tytułu, ale to było dawno, dawno temu. W innym świecie, tym, który musiała porzucić. W którym nie było magii, nie było czarów, a ktoś taki jak ona istniał tylko w bajkach. Ale bajki, które wtedy czytała, nie miały w sobie tego, czym jej życie naznaczone było teraz.
Teatr, który prowadzili jego rodzice musiał być inny; musiał być jak nie z tego świata, jeśli tak jak on – i ona, choć zadziwiająco często wciąż wykluczała samą siebie z tej grupy – byli czarodziejami.
– Och, wspaniale! – wręcz dziecięca ekscytacja była odpowiedzią na jego wyjawienie profesji; wszystko było więc jasne – jego piękne słowa, eleganckie gesty, wrażliwość i sposób, w jaki opisywał świat wokół – naprawdę był jak ci, których studiowała na stronach książeczek i tomików.
Chciała dodać coś jeszcze – najpewniej wytłumaczyć się znów, spróbować ukryć zmieszanie i powiedzieć coś miłego – ale uwagę skradł punkt, który wskazał. Dach domu. Ładnego, bardzo ładnego, nawet za kurtyną obfitego deszczu.
Chłonęła to wszystko z uwagą, jakby bała się cokolwiek przegapić, stawiając kroki pospiesznie, z nutą faktycznej tęsknoty – za ciepłem, wytchnieniem, cichym kątem, w którym mogłaby bez obaw zamknąć oczy, choć na chwilę, pół godziny, albo może całą.
– Piękne miejsce – wypowiedziała po jakimś czasie, kiedy zbliżyli się nieco – Latem musi być najpiękniejszym domem w okolicy... – wśród maków i innych wielobarwnych roślin, świeżej zieleni i w akompaniamencie śpiewu ptaków; potrafiła wyobrazić sobie to wszystko, niemalże ot tak, być może dostatecznie zmęczona, strudzona podróżą i bez odpowiedniej ilości snu, co otumaniało i pragnęło przenieść umysł gdzieś indziej, znaleźć azyl, nawet w granicach własnej głowy.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540

Powrót do góry Go down

W pierwszej chwili nie peszyło go jej spojrzenie, lecz kolejny raz i kolejny, gdy zerkał na nią, zdawało mu się, że widziała w nim więcej, niż sądził, że mógłby rozbudzić. Czy stał się jej dzisiejszą nadzieją? Cicho zaśmiał się pod nosem, a policzki pokrył lekki róż, którego wyjaśnić nie potrafił. Pąsy były charakterystyczne dla kobiet, młodych panien i dzieci, a on… on nie umiał reagować inaczej. Chociaż brylował w towarzystwie i potrafił ocieplić każdą konwersację, tak jak najbardziej miał tendencję do zawstydzania się, w końcu był tylko człowiekiem. Wrażliwym w dodatku, który potrafił oddać się uczuciom doszczętnie, nie kryjąc lica pod maską. Maski były w teatrze, i tam winny pozostawać. – Zawstydzasz mnie, ma belle – przyznał się, słysząc pytanie. Sam uważał, że do pięknych słów, czasami było mu daleko, chociaż starał się, jak mógł. Miał spore mniemanie o swej twórczości, lecz nie aż tak wielkie. Poza tym komplementy zawsze były miłe, chyba dlatego sam obsypywał nimi wszystkich, którym się należały.
- A był tam wilk? Jeśli był wilk, to z pewnością był to „Czerwony Kapturek”. Swoją drogą piękna baśń, oryginalnie wywodzi się z Niemiec – wyjaśnił, wszak po cóż trzymać wiedzę tylko dla siebie? Baśnie zawsze były na swój sposób magiczne, lecz podejrzewał, że na przykład dla mugoli musiały stanowić cudowniejszą rozrywkę. W końcu opowiadały o tym co rzeczywiste dla czarodziejskiego świata, a dla nich – niemagicznych – musiało stanowić to całkowitą nowość. Całe nowe uniwersum, w którym można było utonąć wzdłuż i wszerz. Julien kochał literaturę właśnie za to, że pozwalała odkrywać tak wiele, poznawać różne sposoby myślenia, zagłębiać się w myśli tych, którzy postrzegają świat odmiennie. Inne punkty widzenia, były niezwykle ważne, choć nie zawsze należało się z nimi zgadzać, tak podjęcie dyskusji o wspólnych zależnościach myśli, frapowało młodego pisarza niezwykle dogłębnie.
W lekkim zdziwieniu przyjął jej entuzjazm, a jednak nie wszyscy uważali go za obiboka. Różne słowa można było zasłyszeć od różnych ludzi, a tak miła reakcja była wręcz na wagę złota. Teatr, literatura i potencjalnie przyjemne życie, sprawiło, że miał prawo być po prostu… urwany z bajki. Oczywiście, miał swoje traumy i wady, lecz pierwsze wrażenie, które sprawiał, było po prostu otwartym rozdziałem pozytywnych aspektów jego osobowości.
- Szczerze powiedziawszy… nigdy nie widziałem go latem – przyznał się nieśmiało, a lat młodości nie liczył. Czuł, że przyspieszyła kroku, więc poczynił dokładnie to samo, lecz w pewnej chwili przyciągnął dziewczę bliżej siebie. – Stój! Kałuża… – oznajmił, ze śmiechem, wskazując na rozległą, wodną pułapkę. – Przejdźmy bokiem – wskazał na kępki trawy, obiecująco rysujące się jako ich most przez ścieżkę. Wystarczyło kilka sprytnych, zwinnych kroków i po chwili byli już na drugiej stronie. Jeszcze mniej wymagało dotarcie pod próg Makówki, gdzie czarodziej prędko otworzył drzwi i gestem zaprosił Annie do środka, przepuszczając ją pierwszą. – Zapraszam.  


| ztx2 
:pwease:


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

15 listopada 1957

Zamknięte.
W pośpiechu zapisany na drzwiach napis jakoś mnie rozczarował. Naprawdę liczyłam, że właściciel zechce odpowiedzieć na parę pytań po dobroci, a tak musiałam go jeszcze znaleźć. Nie miałam ochoty narzekać na pracę, przecież była przyjemna, a swoboda, którą uzyskałam od kiedy Malfoy został Ministrem, sprawiała, że tym chętniej wstawałam codziennie rano albo brałam nocne zmiany. Bądźmy realistami, ostatnimi czasy mało kto był pod adresem, pod którym jeszcze dwa lata temu można byłoby oczekiwać. No dobrze, trudno. Przecież sobie poradzę. Obklejone wycinkami z gazet okna niewiele powiedziały mi na temat tego co znajdę w środku, więc musiałam działać nieco inaczej.  - Alohomora - powiedziałam tylko cicho pod nosem, różdżkę kierując na zamek pod okrągłą klamką. Coś strzyknęło w środku i chwilę potem mogłam otworzyć drzwi do pomieszczenia. Uchyliłam je delikatnie, zaglądając jeszcze przez szparę do środka, zanim zdecydowałam się wejść. Spojrzenie w lewo, spojrzenie w prawo... O... A kto to taki? - Przepraszam - zakrzyknęłam nieco głośniej, najprzyjaźniejszym tonem, jakim tylko potrafiłam. - Przepraszam panią... Szukam właściciela tego miejsca. Niski krępy mężczyzna, z wyjątkowo bujnym wąsem, zawsze w limonkowym meloniku. Kojarzy go pani? - zmrużyłam oczy, probując osłonić źrenice przed wyjątkowo dzisiaj jasnym listopadowym słońcem. Pewnie niedługo się ściemni, gdy w końcu te wszystkie szaro-żółte liście spadną z drzew i opadną bez łoskotu na chodnik. Dolina Godryka i tereny Somerset wciąż utrzymywały wyjątkowo dobrą obronę, jednak dla mnie przemknięcie przez nią nie stanowiło aż tak wielkiego problemu. Nie byłam tu dzisiaj zresztą, by próbować uszczuplić populacje tego miejsca, potrzebowałam informacji, które przydatne miały być mojemu szefostwu. Miałam przecież swoje sposoby, idealnie sprawdzające się w trakcie takich akcji. Wolałam być na nich sama jak palec, chociaż to wiązało się z ciekawym ryzykiem. Mrugnęłam jeszcze kilka razy, wpatrując się w blondynkę, ładną swoją drogą. Związane w ciasny kucyk włosy leżały teraz pod płaszczem w granatową kratę, do którego wsadziłam różdżkę, wciąż trzymając na jej uchwycie palce. Zawsze przygotowana, czyż nie? Grzywka spadająca już niemal na oczy nie przysłoniła mi jednak ani kobiety, ani okolicy. Byłam tu kiedyś, teraz miasteczko wydawało się wręcz opustoszałe. Czyżby jednak wpływy Ministerstwa działały tu lepiej, niż szeptano w korytarzach lub atrium przy najlepszych kanapkach w całym Londynie? - To mój krewny... Mogłabym rzec, że nawet dość... dość bliski - kompletna bzdura, ale to nic. Spuściłam wzrok nieco w dół, wpatrując się we własne sztyblety i przygryzając dolną wargę. Ciężkie emocje najlepiej działają na takie ładne dziewczyny, które pewnie nie mają w głowie za grosz oleju. Nie mi to oceniać, ale wystarczy spojrzeć na te ogromne i niewinne niebieskie oczy. Ilu już uwiodły?

kłamstwo II
Rita Runcorn
Rita Runcorn
Zawód : wiedźmi strażnik, szpieg
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
different eyes see
different things
OPCM : 16
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t9622-rita-runcorn https://www.morsmordre.net/t9822-raido#297856 https://www.morsmordre.net/t9821-run-rita-run https://www.morsmordre.net/f367-borough-of-enfield-chase-side-21 https://www.morsmordre.net/t9823-skrytka-bankowa-nr-2203 https://www.morsmordre.net/t9824-rita-runcorn#297859

Powrót do góry Go down

Było jeszcze wcześnie, kiedy tego dnia skończyła zmianę w lecznicy; zwykle nie miała zbyt wiele czasu na dotarcie do domu przed zmrokiem, nie o tej porze roku, a tym razem dzięki wyjątkowo mało obstawionym łóżkom udało jej się wyjść tak, żeby zdążyć obejść Dolinę z dużym wiklinowym koszem pełnym jaj. Jeszcze z dwie, może półtorej godziny powinno być widno, a do Exmoor miała mniej jak trzydzieści minut drogi, jeżeli weźmie skrót przez zagajnik - wystarczy. Odkąd hodowała za domem swoje osiem kurek - Brendę, Bernadetę, Beatę, Teodozję, Leonę, Szymonę, Inkę i Nirę - mieli jajek pod dostatkiem, wystarczająco, żeby mogła zarobić parę groszy na ziarno, sprzedając je zaufanym klientom w miasteczku. Najwięcej paszy zżerały dwa koguty, Sulibor i Izydor, ale każdą swoją kurę Kerry kochała tak samo, nawet jeżeli były tak złośliwe jak Leona.
Żeby przejść z północnej części Doliny na południową, trzeba było iść przez boczną uliczkę pełną podniszczonych domów i opustoszałych kamienic. Nie lubiła tego miejsca wyjątkowo, nawet jeżeli Michael twierdził, że jest - był? - tutaj bar widoczny tylko czarodziejom. Czarodziejów w Dolinie Godryka raczej się nie obawiała, a w każdym razie tych znajomych rodzinie. Do obcych zawsze podchodziła z pewną rezerwą, choć wciąż nie nauczyła się, aby unikać takich rozmów jak kot ognia.
I proszę bardzo, ulica nie była w pełni pusta; kobieta ubrana w ładny płaszcz w granatową kratę zaglądała do jednej z kamienic, już by w niej prawie znikła, ale przed wejściem rozejrzała się wkoło, jak złodziej. Tyle, że tutaj nie było chyba niczego do ukradnięcia.
- Dzień dobry - powiedziała uprzejmie, powoli podchodząc do kamienicy, mniej z chęci, a bardziej z konieczności; musiały się minąć, żeby przeszła dalej, no a skoro już była obok, to przecież mogła spróbować pomóc. Zbliżyła się, kołysząc rozpuszczonymi złotymi lokami i ściskając w dłoni wiklinowy kosz, w którym zostało może z siedem jajek. To największe na pewno Teodozji. - Hmm, właściciela? Mi się wydawało, że tutaj już nikt od dawna nie mieszka - odparła ostrożnie, zadzierając głowę, żeby przyjrzeć się szarym ścianom z widocznymi ubytkami tynku. - Niski i krępy mi się kojarzy rzeźnik z końca uliczki, a bujnego wąsa ma pan Beckett, ale żadnego nie widziałam nigdy z limonkowym melonikiem - Odetchnęła, przyciskając drugą ręką szalik do szyi. Sama go wydziergała, był żółty w czarne paski, a na taką wietrzną, listopadową pogodę nadawał się idealnie. - Bardzo mi przykro, ale chyba... chyba nie będę w stanie pani pomóc - przyznała ze szczerym żalem w głosie, przebierając w miejscu nogami obutymi w ciepłe kozaczki. - I chyba nie powinna pani tam wchodzić. Ten budynek może się zawalić, drzwi były zawsze zablokowane, a teraz... - Nie rozumiała. Ale kobieta miała różdżkę, może naprawdę widziała w tym miejscu bar? Jeżeli tak, mogła wejść do środka i szukać pomocy, jeżeli tylko lokal wciąż działał.
A po niej tu nic; im dłużej rozmawiały, tym większa szansa, że palnie coś nierozsądnego.
- Miłego wieczoru, proszę pani - rzuciła z lekkim uśmiechem, kołysząc pogodnie koszykiem i obierając na powrót swoją drogę.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
For now
we are an unfinished story
waiting to be written
f o r n o w
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks

Powrót do góry Go down

Dostałam wyraźną informację, że mężczyzna nosił limonkowy melonik, miał bujnego wąsa, był krępy i niski. Nie interesował mnie ani rzeźnik, ani żaden Beckett. Blondynka nic nie wiedziała, zresztą nie zdziwiłam się nawet. Cizia z ładną buzią, nie wyglądała na taką, co miesza się w wojnę, pewnie jej różdżka służy do czyszczenia garów i przyzywania do siebie kubka gorącej herbaty w listopadowe popołudnia. - Oh... Szkoda - powiedziałam krótko, na chwilę zasmucając się na tyle wyraźnie, by to zauważyła, po czym z powrotem przeniosłam wzrok na pub, oklejone gazetami okna i napis na drzwiach. Do moich uszu dobiegły wtedy słowa kobiety, które z początku nie wywołały we mnie żadnych emocji, jednak chwilę później, coś samo we mnie zaskoczyło. Nie mieszkał? W pubach się nie mieszka, w pubach się chleje do nieprzytomności, aż ktoś zarzyga posadzkę w kiblu. Pracowałam w Białej Wywernie, i chociaż zapewne gdy ten lokal jeszcze działał, przychodziło tu o wiele mniej podejrzanych typów, to jednak zasady pijaków są wszędzie takie same, czyż nie? Zmrużyłam oczy, jednak nie odwróciłam się do kobiety, zaglądając przez uchylone drzwi do środka. A może... - Carpiene - wypowiedziałam wskazując różdżką na ściany budynku, dość cicho, nie było potrzeby się afiszować. Miałam rację, ktoś założył tu zabezpieczenie. Widziałam podobne, chociaż nie mogłam dostrzec, przed kim ma chronić, ani jaka iluzja została wytworzona. Spojrzałam na kobietę, która obrała swoją drogę, nie było zbyt dużo czasu do zastanowienia się. Przed kim zostało założone zabezpieczenie, że ona nie mogła go dostrzec, a ja tak? Powodów mogłoby wiele, a chociaż jedno z prostszych zabezpieczeń przeciwko mugolom samo nasuwało się do głowy, nie zdecydowałam się go podjąć. Ryzyko było zbyt duże. Mogłam ją śledzić, ale czy naprawdę teraz mi na tym zależało? Przyszłam tu znaleźć właścicieli tego miejsca, a nie zainteresować się jakąś blondynką. Coś jednak nie było w stanie dać mi spokoju. Budynek był w zdecydowanie zbyt dobrym stanie, by się zawalić. Nie kłamała, nie wyczułam tego. Poza tym... Naprawdę miałaby wymyślać tego typu kłamstwo?  - Przepraszam - powiedziałam jeszcze, gdy ta zdążyła się odrobinę oddalić. - Pomoże mi pani? - nie ruszyłam się na krok, wciąż jednak trzymając różdżkę w pogotowiu. - Nie znam tu nikogo, a stryjek musiał wyjechać i zostawił mi to w spadku - kontynuowałam z typową miną zbitego psa, bo kobieta przyznała, że nie zna właściciela tego miasta, a ja nie wyczułam kłamstwa. - Dzisiaj jestem tu tylko się rozejrzeć, ale chyba pora wynieść się z miasta w spokojniejszą okolicę - otworzyłam drzwi szerzej, dostrzegając, że właściciel zostawił w środku część asortymentu, chociaż tamte butelki za ladą mogły być już puste. Parę krzeseł, przedziurawiony czymś stół bilardowy, dwa przewrócone stoły i kompletna cisza. Gdzieniegdzie jeszcze walały się stare numery gazet, ale nawet nie zwróciłam uwagi na nagłówki. Musiałam przeszukać to miejsce, ale najpierw chciałam poznać prawdę o tej kobiecie i o tym miejscu. Czemu nikt tam nie mieszkał? Jaką iluzję widziała ona i dlaczego? - Jest tu jakaś praca? Szkoły dla dzieci? Rozrywki na zimowe popołudnia? - zabita dechami dziura pośrodku wszystkiego, otoczona mugolstwem i szlamem, nie wydawała się miejscem, w którym chciałabym kiedykolwiek zamieszkać, ale to było nieistotne.

rzut na sprawdzenie kłamstwa Kerry
Rita Runcorn
Rita Runcorn
Zawód : wiedźmi strażnik, szpieg
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
different eyes see
different things
OPCM : 16
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t9622-rita-runcorn https://www.morsmordre.net/t9822-raido#297856 https://www.morsmordre.net/t9821-run-rita-run https://www.morsmordre.net/f367-borough-of-enfield-chase-side-21 https://www.morsmordre.net/t9823-skrytka-bankowa-nr-2203 https://www.morsmordre.net/t9824-rita-runcorn#297859

Powrót do góry Go down

Miała proste zadanie, dojść do domu bezpiecznie nie ściągając na siebie żadnego niebezpieczeństwa ani niepotrzebnej uwagi obcych osób. Mieszkając przez tyle czasu w otoczeniu wojowników słusznej sprawy wiedziała - a przynajmniej twierdziła, że wie - jak wojna wpływała na wzrost liczby oszustów, przypadkowych zniknięć i donosicielstwa. Nie brała w tym udziału, zwyczajnie trzymała się z daleka, pracując i kręcąc się cały czas w tej samej okolicy. Niby wiedziała, że nikomu nie należało wierzyć na słowo, że najbardziej podli ludzi wkradali się w cudze łaski przy pomocy uprzejmości, że w tak niewielkiej mieścinie każda nieznajoma twarz powinna wzbudzić instynktowną ostrożność... a jednak była sobą w każdym znaczeniu tego słowa. Nikt jeszcze nie skrzywdził Kerstin wystarczająco, aby przestała reagować na proste, ludzkie "pomóż mi".
Nie była przynajmniej naiwna, zauważyła już oczywiste przejawy magii - tę różdżkę w szczupłej dłoni, mamrotane słowa w obcych językach i kręcenie się pod czarodziejską knajpą. Czy jeżeli w istocie stryjek tej kobiety zajmował się biznesem w Dolinie Godryka, Kerstin mogła założyć, że jest to osoba poczciwa? Absolutnie nie. Chociaż działalność wygasła w wyniku okrutnej wojny, a Dolina Godryka była miastem oporu, korelacje rodzinne nie stanowiły dostatecznie silnego argumentu. Nawet najpiękniejszy koń mógł urodzić osła, muła, czy innego byka.
- Dobrze, dobrze - wymamrotała z nieco przesadnie widoczną zadyszką, kładąc koszyk na ziemi w zasięgu swoich rąk, blisko stopy obutej w stukającego po bruku kozaczka. - Pani pomoże. Nazywa się Cora, tak przy okazji - powiedziała przelotem, odgarniając luźne kosmyki złotych włosów za zaróżowione od wiatru uszy. - Niestety, jak mówiłam, nie znałam pani stryjka, ale jakby pani jeszcze się przeszła po Dolinie, ktoś tutaj na pewno będzie go kojarzyć. - Mogłaby wysłać ją w miejsca i domy należące do czarodziejów, ale zdecydowana większość z nich stanowiła mniejszy lub większy sekret. Nie zamierzała nakierowywać nieznajomej na żadnego człowieka, który był dla niej bliski; jeszcze jej nie zaufała, a zaufanie to nie miało wzrosnąć, dopóki smukła dłoń dzierżyła drewnianą różdżkę. - Widzi pani tam coś ciekawego? - zapytała nieco przewrotnie, krzywiąc się na widok osypującego się z nadproża pyłu drzewnego. Podparła ramiona na zaokrąglonych biodrach, ale nie ruszyła się nawet o krok w kierunku kamienicy. - No a pani dzieci nie uczą się w Hogwarcie? - zapytała po króciutkiej chwili namysłu, zachwycona swoją pomysłowością. Teraz jej powiedziała! Udawała czarodzieja jak prawdziwa aktorka, Mike nie mógłby jej niczego zarzucić. - Pracę i rozrywkę zawsze idzie znaleźć, jeśli tylko wie się, w którym miejscu szukać. - Kerstin z rozrzewnieniem wspominała własne zimowe popołudnia w Londynie w czasach pokoju. Po tych dniach nie zostało zupełnie nic. Tak samo jak po jej dawnej nieskrępowanej naiwności - dziś obserwowała kobietę z uwagą, starając się dostrzec sygnały alarmowe.

Spostrzegawczość I, obserwuję Ritę, chcę zauważyć, czy blefuje




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
For now
we are an unfinished story
waiting to be written
f o r n o w
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks

Powrót do góry Go down

Strona 12 z 13 Previous  1, 2, 3 ... , 11, 12, 13  Next

Pub Rozbrykany Hipogryf

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach