Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Przed domem
AutorWiadomość
Przed domem [odnośnik]05.04.15 21:05
First topic message reminder :

Przed domem

W Dolinie Godryka, w sąsiedztwie domu Dumbledore’ów znajduje się posiadłość innej świetnie znanej w magicznym świecie czarodziejki – profesor Bathildy Bagshot. Wybitna znawczyni historii magii budzi skrajne emocje, od nienawiści za bycie ciotką Grindenwalada, po szacunek ze względu na dokonania i przyjaźń, którą darzył ją zmarły Albus Dumbledore. Stąd jej niewielki, szary dom zazwyczaj zamknięty jest dla wszystkich. Nie oznacza to jednak, że nie kręcą się przy nim ciekawscy, chcący poznać jak najwięcej szczegółów z życia dwóch wielkich czarodziejów, którzy stoczyli największy pojedynek magiczny w obecnych czasach. Gdyby jednak ktoś został wpuszczony do środka, znalazłby się w przytulnym wnętrzu, nieco zagraconym, pachnącym kotem, parzoną herbatą i zakurzonym papierem. Potencjalny gość stąpać musiałby bardzo uważnie, by nie zniszczyć wież i piramid stworzonych przez niemieszczące się na półkach książki i nie zdeptać kartek nowego dzieła pani profesor, które wala się po całym domu, spada z parapetów, atakuje na kanapach. Żeby jednak bronić się przed wszechobecnymi stronnicami historii, trzeba zostać do środka zaproszonym bądź spróbować się tam włamać, co trudniejsze jest niż ucieczka z Azkabanu. Przynajmniej tak mówią.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 04.08.21 13:41, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Przed domem - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Przed domem [odnośnik]28.02.21 22:49
-Ten Paul. - przytaknął ze ściśniętym gardłem i szybko odwrócił wzrok. Znał siebie i Marcela dość dobrze, by wiedzieć, że czasem nakręcali się wzajemnie gdy chodziło o wyrażanie silnych emocji - czy to entuzjazmu (z nikim nie wygłupiało się po pijaku tak dobrze!), czy to bólu (wciąż pamiętał, jak omal nie poryczeli się w cyrku w lipcu. No, on poryczał się całkiem! A w sierpniu dowiedział się śmierci mamy Marcela… i szkoda gadać), czy to złości. Zamilkł na moment, wiedząc, że jeszcze chwila a zaczną z przyjacielem wspominać Paula i mecze Quidditcha. Może Marcel by się jeszcze ogarnął, ale nadmierna nostalgia groziła Steffenowi rozstrojeniem, a załamany nie zdołałby pocieszyć państwa Goodwin. Zamilkł więc na chwilę, nie odpowiadając od razu na pytanie o grób Paula. Musiał się przygotować, ochłonąć, powiedzieć o tym jakoś… dyplomatycznie.
Milczenie okazało się jednak zgubne, bo Trixie i Marcel nagle zaczęli się… kłócić?
Wyrwany z zamyślenia Steff spojrzał na nich szeroko otwartymi oczyma i osłupiał, zastanawiając się jak ich uspokoić. Znał każde z osobna i wiedział, że zarówno Marcel, jak i Trixie bywają… temperamentni. Spoglądał na nich ze zdumieniem kogoś, kto przekonuje się, że dwójka jego ulubionych osób z niezrozumiałego powodu się nie znosi i….
Dość! - wrzasnął tonem, zahaczającym o histerię. -Wesela nie ma, trwa wojna, a wy gadacie o… ciuchach i kurach?! Jeśli chcecie wiedzieć, to Paula ostatni raz widziano go, gdy płonął Big Ben. Podobno próbował komuś pomóc i… już tam został. Nie ma go w Tower, nasi ludzie to potwierdzili. Nigdzie go nie pochowali, tak samo jak Bertiego, twojej mamy… i… Kłócicie się o jakąś durną kurę, a ludzie giną! Twój tata naraża się do Zakonu i teleportowało go na jakieś odludzie gdy ratował mi tyłek, Marcel o mało nie trafił do więzienia, mój durny brat wrócił do Anglii, o mało nie zabiłem dziesiątków ludzi bo w emocjach wysłałem komuś sowę, a wy…! Daj te jajka, sam pójdę do Goodwinów! - warknął. Najchętniej upuściłby kurę na ziemię, ale kierowany resztkami przyzwoitości ostrożnie odstawił ją pod nogi Trixie.


intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Przed domem [odnośnik]28.02.21 23:20
Pochowali go tutaj. W dolinie, we wspomnieniach, w sercach, na tyle blisko swoich rodziców, by mogli odwiedzać go przynajmniej co dwa dni - symbolicznie w jego ulubionym miejscu, nieopodal wejścia do lasu, na polanie gdzie kiedyś ćwiczył loty na miotle. Nigdy nie przegapili daty następnego spotkania. Panią Goodwin widywano ze świeżym kwiatem w dłoni, pana Goodwin z opiekuńczym ramieniem roztoczonym nad małżonką, a każde z ich spojrzeń przepełnione było wciąż rozdzierającym serce na pół smutkiem. I choć Trixie Paula nie znała za dobrze, znała za to jego rodziców, niezdolna patrzeć zbyt długo na to, jak przeżywali utratę najdroższego, najukochańszego jedynaka - nie wyobrażała sobie ich bólu, wierzyła, że byłaby za słaba na to, by samej się z nim zmierzyć, dlatego jedynym co mogła zrobić jeszcze niedawno - na prośbę starej sąsiadki - to przegląd ubrań młodzieńca. Pocerowała co było trzeba, odświeżyła i odzienie trafiło do potrzebujących w Dolinie, do tych, którzy grosza mieli najmniej i mogli nie przetrwać chłodu nadchodzącej zimy.
Słów Marcela słuchała z coraz to gwałtowniejszym zdezorientowaniem. Przecież nie zamierzała go obrazić, zaproszenie do Warsztatu wiązało się z pewnym dowodem sympatii, a bezinteresowna pomoc, cóż, chyba tak właśnie postępowały koleżanki? Ale on najwyraźniej postawił sobie za cel honoru odrzucenie wszelkiej uprzejmości - inaczej nie potrafiła jej okazywać. Nie tyle obrażał już jej kurę, ale również ją samą, nazywając królewną bez diademu, insynuując, że jedynym co miała w głowie to metki i drogie materiały. Może i tak było, ale to, do jasnej cholery, nie znaczyło, że brakło w niej też serca. Zamiast gonić za nimi jak głupia, Trixie zatrzymała się na chodniku, chyba pierwszy raz od dłuższego czasu zdezorientowana na tyle, by przypominać słup soli.
I gdy już otworzyła usta, by wylać kolejną tyradę na Marcela, zapewnić, że nie wiedziała, że taki z niego dupek, pępek świata i złamas, głos przejął Steffen. Głos, nie, to nie była zwykła mowa... A przeraźliwy pisk, który wrył się w nią ze zdwojoną siłą, burząc po drodze naprędce wzniesioną barykadę urazy i zdenerwowania; mówił z sensem, Merlinie, oczywiście, że mówił z sensem, a jej policzki z czerwieni furii przeobraziły się w tintę zażenowania. Może rzeczywiście nie zaczęli dziś najlepiej... Ale każde z nich przeżywało ten dzień na swój sposób. Najpierw odwołane wesele, później wspomnienie zmarłych, którym życie odebrano stanowczo zbyt prędko.
- Co? - weszła w słowo Cattermole'owi kiedy ten wspomniał o ojcu, którego świstokliki musiały zawieść; Trixie poczuła jak całe jej ciało przeszył lodowaty dreszcz przerażenia. Nic o tym nie wiedziała. Ile sekretów jeszcze przed nią zataił, ile tajemnic, ile strasznych przygód, podczas których mógłby zginąć bez słowa pożegnania? Beckettówna poczuła jak traci kontrolę, jak łzy napływają do oczu i przed czekoladowymi tarczami tęczówek tworzą błyszczącą powłokę - i zanim Steffen mógł sięgnąć po tacę jajek od Marcela, to ona wpadła mu w objęcia. Błyskawicznie, jak przecinający powietrze znicz, w tych swoich durnych pantofelkach. Silkie odskoczyła w ostatniej chwili, uciekając przed bezmyślnym staranowaniem. - Przepraszam - wydusiła z siebie Trixie; to słowo było jej obce, ale dziś przeszło przez ściśnięte gardło jako coś naturalnego, potrzebnego, kierowanego nie tyle do dwóch z jej towarzyszy, ale do eteru, do wszystkiego, całej niewidzialnej siły, która mogła ich dziś obserwować. Wtulona w Steffena obróciła głowę, by tym razem spojrzeć na Marcela. Już bez złości, bez wyrzutu. - Ciebie też. Nie chciałam cię urazić, nie o to mi chodziło, po prostu mógłbyś czasem nas odwiedzić - znikł z niej ten narowisty, krnąbrny płomień, ta złośliwość dla samej złośliwości, na swoim miejscu pozostawiając przynajmniej na kilka uderzeń serca dziewczynę przytłoczoną wojną i strachem o najważniejszego w jej życiu mężczyznę. Przecież zabroniła mu pakować się w walkę, ale on najwyraźniej nie słuchał, uparty jak osioł. Trixie pociągnęła nosem i oparła czoło o ramię Steffena. - Wszystko jest teraz jakieś takie chore... Ta wojna i to jak znikają ludzie, dobrzy ludzie. Wy nie znikajcie, obiecajcie mi - westchnęła, wyciągnąwszy dłoń w kierunku Marcela - żeby do nich dołączył. Na pewno poradziłby sobie z tacą trzymając ją jedną ręką. - Liczyłam, że chociaż to wesele pozwoli nam na chwilę odetchnąć, że na moment będzie dobrze, a biedna Ida leży w łóżku i leczy choróbsko, chociaż to miał być najszczęśliwszy dzień w jej życiu... Do dupy. Zatańczyłabym z wami, umiecie tańczyć? - wymruczała w materiał marynarki Cattermole'a, a pytaniu towarzyszyło ciche skrzypnięcie frontowych drzwi. Zaalarmowana krzykami dochodzącymi z ulicy Edda Goodwin stanęła w progu, ubrana w błękitną podomkę i beżowy szlafrok z wyszywanymi kwiatami, z dużymi okularami na nosie i rozwianymi siwymi włosami. Była chyba niższa od Trixie, choć Beckettówna nie spodziewała się, że to fizycznie możliwe.
- Dzieciaczki, wszystko w porządku? - zawołała do nich łagodnie, matczynym głosem, choć w wyobraźni Beckett widziała ją raczej jako babcię, może nawet panią Cattermole? - Co tu robicie po zmroku? A jak ładnie wyglądacie, ojej!


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Przed domem [odnośnik]01.03.21 0:15
Ten Paul. Ten Paul był martwy, białe połacie śniegu pobłyskiwały skutymi lodem drobinami, a on czuł, że jego nogi miękły, że wczoraj Paul, że przedwczoraj Bertie, że jutro mógł być to Steffen, a pojutrze on sam. Że nic już nie było i nic już nie będzie takie jak dawniej, że to wszystko to było jedno wielkie bagno. Nie zdążył jednak wypowiedzieć ani słowa, kiedy Steffen wybuchnął. Zacisnął usta w wąską kreskę, spode łba - ostrzegawczo - spoglądając mu w oczy.
Naprawdę zamierzał tutaj wywoływać jego matkę? Przed nią? Po co? Gdyby słowa Trixie miały go naprawdę zawstydzić, to zawstydziłyby go tylko przy niej, zawsze chciała dla niego jak najlepiej, pewnie stanęłaby na głowie, żeby przygotować dla niego lepsze ubrania na dzisiaj. Nigdy nie był takiej imprezie, nie miał okazji, ani na ślubie - ani na żadnej innej. Jego ojciec zostawił go, kiedy był mały, matka mugolka trzymała go w ukryciu przed swoją częścią rodziny. - O mało? - zapytał Steffena, nie podejmując jednak tematu matki - tu przesadził po raz drugi. Siedział zamknięty za kratami, bez jedzenia, za nic, za istnienie, za życie, za próbę zdobycia dokumentów, że jest człowiekiem zdolnym do poruszania się po mieście, w którym się urodził. Nie wiedział, ile spędzi tam czasu, nie wiedział, czy w ogóle stamtąd wyjdzie i bardzo możliwe, że nigdy by nie wyszedł, gdyby nie pan Carrington. Nie, Steffen, nie trafiłem tam o mało, trafiłem tam naprawdę. - Pomogłem, pamiętasz? - A na koniec jeszcze wyrzucił mu w twarz sprawę ze swoją sową - Steffen nie wiedział, ile wylał potu, w pędzie biegając po stolicy z Keatem, żeby zdążyć odwiedzić każdy jeden cholerny punkt dystrybuujący Proroka dlatego, że chciał zrobić na złość Rigelowi. I dlatego: zarzucał mu bezczynność? - Nie zamierzam ci niczego oddawać - oznajmił, może nieco zbyt ostro, ale nie poczuł się sprawiedliwie potraktowany. - Jeśli tobie też przeszkadza moje towarzystwo, możesz spadać do domu, ja tu zostaję - dodał, tym samym tonem, bo nie mógł mieć do niego pretensji, że odpowiedział na niestosowne zaczepki Trixie. Nie mieściło mu się w głowie kpić z cudzego cienkiego portfela - zwłaszcza w czasach tak trudnych jak te. Czego od niego oczekiwali, że kornie spuści ze wstydem głowę, kontemplując swój niechlujny wygląd? Że pozwoli robić z siebie pośmiewisko - dlatego, że nie miał pieniędzy? Szarpnęła drażliwą strunę, chciałby móc radzić sobie jak inni - ale nie mógł, choć na cyrkowej arenie wylewał siódme poty, napełniając ciało siłą i giętkością, którą nie mogli poszczycić się bardziej doceniani sportowcy komercyjnych dyscyplin. Zatrzymał się tylko dlatego, że zrobił to Steffen, spojrzał na dziewczynę, kiedy rzuciła się na Cattermole'a. Przewrócił oczyma, pięknie, zaczęło się od obrażania jego, a teraz Steffen i ona będą przepraszać siebie - miał ochotę odsunąć się, zabrać jajka i kurę i zostawić ich tutaj samych - a zająć się tym, czym powinien. Nie zdążył, bo wyciągnęła w jego kierunku rękę. Uniósł spojrzenie ku jej źrenicom, przestępując z westchnieniem z nogi na nogę, ale nie podszedł do nich.
- W porządku - odpowiedział tylko, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Lepiej dla Steffena, żeby Isabella go teraz nie zobaczyła - wciąż pamiętał dramat, który rozpętała w Oazie. Był zazdrosny? Być może. Ostatnio chyba czuł się bardzo samotny. Steffen miał narzeczoną, Trixie ojca, którego wspomnienie tak ją poruszyło, a on, on nie miał nikogo. Cała ta sytuacja, odwołane wesele, chyba faktycznie rozbudzało zbędne emocje. Dopiero wspomnienie schorowanej Idy sprawiło, że zmiękł - wciąż się o nią martwił. - Pytasz ptaka, czy potrafi latać, ale Steffenowi trochę plączą się nogi - odparł pozornie od niechcenia na jej pytanie - znów wymruczane w ubranie Cattermole'a. Chyba nie chciał na to dłużej patrzeć, odwrócił się w kierunku budynku, za źródłem odgłosów, podążając w ich stronę szybszym krokiem - choć przeszło mu przez myśl, że może i ona lepiej ugościłaby Steffena i Trixie, kiedy z daleka pochwaliła ich wygląd.
- Dobry wieczór! - zawołał w jej stronę. - Przynieśliśmy państwu poczęstunek - dodał, przekazując na ręce kobiety tacę z jajami. - Czasy są trudne, odkąd Ministerstwo Magii straciło rozum. To z Leśnej Lecznicy - dodał, nie chcąc pomijać personaliów właściwego darczyńcy. Ludzie powinni o tym wiedzieć. - Ma pani jakieś naczynie, żeby to przełożyć? Jedzenia jest dużo, zaniesiemy część też sąsiadom - mogli je rozdzielić na kilka pomniejszych talerzy od razu, ale wcześniej o tym nie pomyśleli, trudno. - Przykro nam z powodu Paula - dodał, choć jego głos zadrżał, kiedy wypowiedział te słowa na głos. - Jeśli możemy pomóc w czymś jeszcze, chętnie to zrobimy - dodał, kiedy kobieta ochoczo pokiwała głową i zniknęła w środku domu, chyba zapraszając ich do środka.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przed domem [odnośnik]02.03.21 13:00
dokończenie sesji

Sunęła w powietrzu lekko, pewnie, zdawała się w pełni kontrolować każdy ruch - tak swój, jak i miotły; próbował ją naśladować, podpatrzeć kilka manewrów, odświeżyć te, które robił w przeszłości, ścigając się pośród wąskich portowych przesmyków między kamienicami, bądź mknąc w górę, równolegle do masztu jednego ze statków. Był co prawda ciągle za nią, lecz próbował wyśrubować tempo, wisiał jej na witkach.
Znali zabezpieczenia - a gdy upewnili się, że nikt nie nałożył na dom nowych, ten stanął przed nimi otworem. Jeszcze u Marcelli plótł trzy po trzy, teraz jednak w pełni koncentrował się na tym, co mieli tu zrobić. Nie oponował, gdy zaproponowała, by przeszukiwanie zacząć od najniższego piętra; skinął głową, prześlizgując się spojrzeniem po lekko uchylonych drzwiach, po czym przeszedł do salonu. Trzymał się z dala od okien, by jego sylwetka nie rzucała cienia na szybę - by nie był widoczny z ulicy; metodycznie przemieszczał się od szafki do szafki, nie pomijając tak absurdalnych potencjalnych schowków, jak zakurzone poduszki z bujanego krzesła, czy waza, do której ktoś wsunął sztuczne kwiaty - pył wzbił się ku górze, gdy je podniósł, a on z trudem powstrzymał się przed zaniesieniem się kaszlem. Marcelli nie brak było policyjnego doświadczenia - on operował tym nieco innego rodzaju, zdarzało mu się przecież odnajdywać w domach, do których się włamał, ukryte dobrze łupy; czas jednak płynął mozolnie, a oni przechodzili do kolejnych pomieszczeń; w żadnym nie znaleźli niczego, co miałoby jakąkolwiek wartość - poza sentymentalną.
Głos z salonu przywołał go na powrót do pomieszczenia; wzruszył lekko ramionami, przyglądając się fotografii - być może któraś z tych roześmianych twarzy to faktycznie ona. Albo... - Profesor miała swoje dzieci? - niewiele wiedział o jej życiu - poza historiami, które splatały ją z Zakonem.
Ruszyli na górę; nieustannie natrafiali na mało subtelne ślady przeszukiwania, których ludzie z Ministerstwa, a może Rycerze, nie starali się nawet zatrzeć.
- Do kogo należy teraz ten dom? - jeśli nie zapisała go nikomu w spadku, to Ministerstwo pewnie zadba o to, by niewiele z niego zostało.
Nic. Nic. I nic.
Przegapili coś? Czy naprawdę nic już tu nie zostało?
- To jej kot? - skinął głową na zdjęcie, na którym zwinięty w bochenek relaksował się dostojny sierściuch. - Co się z nim stało? - wciąż gdzieś się tu błąkał?
W sypialni dźwignął materac łóżka, zaglądając pod rozkopaną pościel, a następnie do podartych poszewek. Opuścił go chwilę później, zatrzymując się przy zrzuconej za komodę kopercie. Gdy ją otworzył, jego oczom ukazały się zdjęcia kobiety; w tym jedno, na którym pozowała z kimś, kto wyglądał jak... młody Dumbledore? Nie miał pewności, lecz wsunął do plecaka kopertę; na strychu znaleźli jeszcze coś, co mogło być rękopisem Dziejów magii, to także ze sobą zabrał - zamierzał umieścić te pamiątki w jednym z pokoi w Starej Chacie.
Po gruntownym przeszukaniu domu wymknęli się, już pod osłoną nocy.

zaległe zt dla mnie i Marcy



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Przed domem [odnośnik]03.03.21 22:12
Steffen liczył trochę, że Marcel podzieli jego sprawiedliwy gniew, zjednoczy się w słusznej sprawie, zrozumie jak niedojrzałe było teraz zachowanie Trixie, jego... no, Steffa też, ich wszystkich. Że znów przytulą się ze łzami w oczach (choć z tacą jajek byłoby ciężko), jak w cyrku w lipcu. Słowa popłynęły z serca, choć przy wspomnieniu aresztu Steff nieco się zreflektował. Nie był pewien, czy Marcel chciał rozgłaszać tą sprawę przy Trixie, albo jak zareaguje śliczna dziewczyna na te rewelacje, chyba lubiła łobuzów, ale kto wie - zostawił więc przyjacielowi wybór w kwestii dalszego poprowadzenia tej historii, zręcznym "o mało."
Ale Marcel się nadął.
-Przeszkadza? - zapowietrzył się Steff, kręcąc głową ze zdziwieniem. -Chciałem nas pogo... - ale Marcel miał już minę, którą Cattermole dobrze rozpoznawał. -Pewnie, obraź się! Bardzo dojrzale! - warknął, obrażony. Swatał przyjaciela z dziewczyną, która była dla niego jak siostra, obwieścił mu to przecież telepatycznie, znaczącą mimiką twarzy, a Marcel się telepatycznie zgodził (chyba?), a teraz ten niewdzięcznik się obrażał? Steff mógłby spędzić to popołudnie z narzeczoną, zamiast łatać złamane serce najlepszego kumpla!
Pożałował, że wciągnął w to wszystko Trixie. Faktycznie miała zbyt długi język i nie powinna mówić do Marcela o ubraniach, był w końcu taki próżny... ale przecież nie wiedziała, że ma do czynienia z gwiazdą cyrku. Może zasługiwała na kogoś, kto ma do siebie więcej dystansu - ciekawe, czy znała już Keata? On był niemal tak samo tak nieszczęśliwy jak Marcel, albo i bardziej, bo niebezpiecznie zbliżał się do granicy starokawalerstwa.
Tak, Trixie potrzebowała kogoś dojrzalszego, bo dojrzale przeprosiła. Steff spiorunował Marcela znaczącym spojrzeniem, widzisz, co narobiłeś? Teraz jej przykro! Bratersko przytulił Trixie, ale zawahał się na słowa o tańcu. To nie skończyłoby się dobrze, nie z nim. Isabella jasno wytyczyła granice.
-Mnie coś boli dziś kostka, ale Marcel świetnie tańczy. - wypalił, w obliczu nieobecności Burroughsa powracając do planu swatania swoich przyjaciół, choćby na jeden taniec.

Na szczęście, otworzyły się drzwi, przerywając niezręczną atmosferę.
-Dobry wieczór! - odezwał się Steff, rzucając Marcelowi pełne podziwu spojrzenie. Od kiedy jego kolega brzmiał tak... fachowo? Jesteśmy z Leśnej Lecznicy, czasy są trudne, bla, bla, wow. Brzmiało nieźle! -Z...zawsze kibicowałem Paulowi na boisku. - dodał, nie panując nad drżeniem głosu, ale odchrzaknął mężnie i przeszedł do rzeczy. -Czasy są trudne, czy mają tu państwo zabezpieczenia? Dolina jest bezpieczna, ale zawsze można być jeszcze bezpieczniejszym. Słyszeli państwo, jak działa Duna...? - ochoczo zaczął to wyjaśniać (nieco bardziej zainteresowanym transmutacją) panu Goodwin i zabrał się za nakładanie pułapki. Trochę to zajmie, ale przecież mieli czas.

Wyciągnął różdżkę i wyszedł na podwórze, we wskazane przez gospodarza miejsce. Wytyczył szeroki okrąg przed drzwiami wejściowymi, obejmujący także dwa przednie okna. Następnie zaczął czarować teren, tak, by aktywowana pułapka zamieniła podwórze w ruchome piaski. Na koniec pouczył pana Goodwina jak aktywować pułapkę Duna i jak omijać ją w dni powszednie.



intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Przed domem [odnośnik]04.03.21 1:00
Rozmowa wydawała się zmierzać w coraz to bardziej niebezpiecznym kierunku, a każde słowo coraz bardziej pchało ich na miny, które w każdej chwili mogły eksplodować. Marcel naprawdę myślał, że Trixie komukolwiek wytykałaby brak pieniędzy? Ona sama nierzadko odmawiała sobie porządnego jedzenia, żeby ostatnie galeony wydać na materiały mające przyczynić się do podniesienia jakości uzbrojenia Zakonników, o jej ojcu nawet nie wspominając. Kiedy ostatnio zjedli prawdziwy obiad, taki, jaki był codziennością jeszcze niedawno, zanim świat przerodził się w jeden wielki cyrk ogolonych małp? Nie obrażając cyrków, bo te jednak miały w sobie przynajmniej coś magnetyzującego.
Kiedy Marcel nie podjął jej dłoni ale przyjął przeprosiny Trixie zamrugała w niezrozumieniu i odsunęła się od Steffena, który akurat zapewniał, że jest w tanecznej niedyspozycji - oby wyleczył kontuzję do przełożonego dnia wesela! Posłała mu jedynie uśmiech i poklepała Cattermole'a po ramieniu, zanim znalazła się u boku Sallowa i bez ostrzeżenia oplotła jego ramiona własnymi, zastygając tak na chwilę. Najpierw ostrożnie, a potem już śmielej, spokojniej. Nie był gorszy od Steffena, choć znali się właściwie bardzo krótko, ale musiał być dobrym człowiekiem skoro współpracował z Zakonem. A to małe nieporozumienie? Oj Merlinie, przecież młodzież zawsze się kłóci. Gorzej gdyby tego nie robili, wtedy okazałoby się, że są na to już za starzy i zbyt obojętni.
- Nikomu nie przeszkadzasz - zapewniła z tym samym uśmiechem kiedy odsunęła się od niego nieznacznie, na tyle, by móc spojrzeć na przewyższającego ją wzrostem chłopaka. - Ani ty - przez ramię zwróciła się do Steffka, nie odstępując jednak od akrobaty. Jemu też przyda się odrobina przytulenia, najwyraźniej każdy z ich trójki był dziś na swój sposób poddenerwowany, rozstrojony informacją o odwołanym przyjęciu, jakiego niewątpliwie wyczekiwali z utęsknieniem. Ale będą mieli jeszcze swoją okazję by się wybawić, Ida wiecznie chora nie będzie, a parkiet sam się nie zetrze od mnogości obcasów wirujących w tańcu. - Sztama, dobra? Wyrzuciliśmy co musieliśmy, wszystko co mogło pójść nie tak - poszło, więc teraz możemy zacząć to spotkanie od nowa - mówiła łagodniej, miękko, przyjemnie, palcem wskazującym teraz lekko dotykając samego spodu podbródka Sallowa; najwyraźniej dzisiaj musiała trochę powstrzymać swoją złośliwą naturę wydry i przyjąć odrobinę dojrzalszą rolę charakterystyczną dla wieku, jednak o dziwo nie przychodziło jej to z wielkim trudem. Wolała, żeby tych dwóch jegomościów zawiesiło topór wojenny między sobą, ale też z nią, i zapomnieli o lawinie zarzutów wywołanej przez jedną głupią uwagę.
Ojciec znowu miał rację.
Dopiero wtedy odeszła od Marcela na kilka kroków i, kręcąc nieznacznie głową, zmierzwiła mu włosy dłonią, by potem znów poprawić je tak, jak były wcześniej ułożone.
- Odwiedź mnie - poprosiła trochę ciszej; nie było to konspiracją przed Steffenem, ale Trixie świadomie wznieciła tymi słowami pewną intymność. - Możesz przyjść nawet dzisiaj jeżeli masz czas. Zrobię kanapki, wypijemy portera i urządzimy sobie własne wesele - zaproponowała i przechyliła głowę do boku, raz jeszcze przesuwając palcem w dół jego kołnierza, by potem obrócić się na pięcie i ruszyć w kierunku furtki prowadzącej na podwórko Goodwinów.

- Kochanieńki, jaki z ciebie złoty młody mężczyzna - zachwyciła się Edda na słowa Marceliusa, wyraźnie rozczulona przyjściem weselników, którzy przynieśli im tak przyjemnie pachnące przekąski. Zaprosiła ich do środka i potem do kuchni. - Oczywiście, oczywiście, już tutaj coś mam, poczekajcie, moi mili... Napijecie się herbaty? - zaoferowała z babcinym uśmiechem, który troszkę sposępniał, gdy Steffen i Marcel wspomnieli jej nieodżałowanego syna. Tak długo starali się z mężem, by przyszedł na świat, a teraz... A teraz już go z nimi nie było. - Paul... Tak się cieszę, że miał w was przyjaciół - westchnęła znad półmiska i kiedy zadrżały jej ręce, Trixie ułożyła na nich swoje, na moment, by okazać znajomej sąsiadce wsparcie. - Takie z was dobre dzieci, jak byśmy my starzy śmiali was wykorzystywać? - pani Goodwin poklepała lekko policzek Beckettówny i uśmiechnęła się znów, w końcu przekładając kilka połówek jajek na przygotowany talerz. A mimo jej słów pan Goodwin podchwycił temat i prędko zaangażował Steffka w nakładanie wspomnianych pułapek.
Zapewniona, że to nie problem, Edda również skorzystała z pomocy młodzieży. Najpierw zaprosiła Marceliusa na ganek i z błagalnym spojrzeniem wskazała na gniazdo trzminorków, które przeszkadzały w swobodnym wychodzeniu do ogrodu.
- A czy ty byłbyś tak miły, kochany? Ja to taka niska jestem, że nie dosięgam, a Leopolda o coś prosić to Merlinie uchowaj - narzekała żartobliwie na swojego małżonka. Sięgnęła po miotłę i na wszelki wypadek zaoferowała ją Sallowowi. - Tak strasznie bzyczą już od rana... Nie chciałabym robić im krzywdy, broń Helgo, byle żeby przenieść je w inne miejsce - poprosiła, na moment zatrzymując się obok Trixie, na której widok nagle klasnęła w dłonie i zniknęła z powrotem w domu na kilka minut, by potem powrócić z dość sporą siatką. - Właśnie, miałam się do ciebie skarbie z tym zwrócić. Zobacz, tu mam... Trochę rzeczy po Paulu. Przeprałam je, coś by się nadało dla dzieciaczków z okolicy, jakby przerobić? Niektóre na święta pewnie nic nie dostaną, teraz tak ciężko, a tu coś na zimę się znajdzie - mówiła we wzruszeniu, gdy wspominała o synu.
- Jest pani cudowna, pani Goodwin. Wojna zabiera tylu rodziców, rodzicom dzieci... Przynajmniej dzięki państwu i Zakonowi będziemy mogli sprawić, że święta staną się znośniejsze - odparła Trixie z zupełnie nieswoim uśmiechem, współczującym, przyjaznym, po prostu ciepłym, gdy odbierała od kobiety pakunek. Oczywiście, że zrobi z niego użytek. Każdy w gwiazdkę zasługiwał na prezent. A Edda pod wieloma względami była tak podobna do pani Cattermole...


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.


Ostatnio zmieniony przez Trixie Beckett dnia 14.03.21 0:58, w całości zmieniany 1 raz
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Przed domem [odnośnik]06.03.21 18:46
- Spadaj! - wystosował zmyślną ripostę - w domyśle do Steffena - kiedy ten skrytykował jego postawę, Marcel się przecież nie obrażał tylko obruszał, a Steffen wywalał całe jego życie przed dziewczyną, która krytykowała go za ubiór i która zresztą tym życiem nie była ani trochę zainteresowana. Zdążył zaakceptować śmierć matki, ale jej wspomnienie wciąż sprawiało mu ból - wspominanie o nim przy obcych było już nie tyle niedelikatne, co zwyczajnie niegrzeczne, a jeszcze konkluzja, że Steffen wobec tego zabierze mu talerz i pójdzie z nim sam... Dobra, oczywiście, że się obraził, co on sobie w ogóle myślał? Uniósł lekko brew, z niesmakiem i krzywą miną, kiedy Steffen wyparł się tego, że lubił tańczyć i jeszcze wskazał na Marcela. Tańczył oczywiście i rzeczywiście znacznie lepiej od niego, ale Steffen nawet wobec nieuchronnie nadchodzącej porażki zwykł trzymać gardę, nie zamierzał się z nim przegadywać? Uniósł brew jeszcze wyżej, coś tu było nie takie, jak być powinno. Ale zanim zdążył obrazić Steffena jeszcze raz, żeby upewnić się, że nie obraził się tak naprawdę, nie dostrzegł Trixie, która wnet wyrosła obok i oplotła go ramionami; niewielu traktowało go z podobną czułością, lód jego gniewu tąpnął pod wpływem ciepła jej serca. Nie spodziewając się po niej podobnej otwartości, zakłopotał się, w pierwszej chwili nie wiedząc, co począć z rękoma, w drugiej ostrożnie sięgając dłońmi jej talii, odwzajemniając się podobną życzliwością. W tym momencie naprawdę było mu głupio - ale chyba o tym zapomniał, kiedy poczuł na podbródku subtelny dotyk opuszka jej palca i usłyszał jej miękki, przyjemny uchu głos. Brzmiała zupełnie inaczej niż przed momentem, na tyle inaczej, że chyba zapomniał też o tym, co działo się parę chwil temu. Kiedy stali naprzeciw siebie, odnalazł spojrzeniem jej oczy.
- Może rzeczywiście trochę mnie poniosło - przyznał niechętnie, ale Steffen musiał wiedzieć, że i tak wspinał się na wyżyny swoich możliwości, w podobnych sytuacjach raczej nie miał zwyczaju nawet dopuszczać do siebie myśli, że nie miał racji. Teraz zresztą też uważał, że ją miał, ale ona chyba chciała usłyszeć coś w tym stylu. Uśmiechnął się szerzej, kiedy wplotła dłoń w jego włosy, nieco szelmowsko, bardziej zadziornie, kiedy zaproponowała spotkanie. - Chyba nie mam na dzisiaj planów - odpowiedział niemal od razu, choć chwilę temu przysiągł sobie, że po wszystkim wróci na Arenę - sam - i do nikogo się nie odezwie przez tydzień, oprócz Idy, którą zapyta o zdrowie. Może mógł zrobić wyjątek; pociągnął za nią spojrzeniem, ignorując Steffena, kiedy odeszła od niego, kierując się do budynku.
Zamknął oczy, kiedy Steffen wspomniał mecze, chcąc skryć może świat przed sobą, a może szkliste spojrzenie przed rodzicami zmarłego czarodzieja. Kiedy rozkładał jedzenie, Steffen zabrał się już za zabezpieczenia, wkrótce jednak też i Trixie i Marcel znaleźli się w obrotach starszego małżeństwa. Kiedy dziewczyna odbierała pakunek, on został na zewnątrz; przyjął od starszej pani, bez zawahania i wlaściwie ochoczo wypowiadając inkantację do mnie i wzbijając się w powietrze, ponad dach, gdzie wyciągnął z kieszeni różdżkę. Wymanewrował w powietrzu między paroma większymi owadami, które wyczuwając niebezpieczeństwo opuściły gniazdo i wypowiedział inkantację:
- Confringo! - celując w gniazdo, które wnet rozpadło się na drobne kawałki; trzminorki rozpierzchły się na boki, a silny blask zaklęcia lumos sprawił, że nie zbliżyły się do niego. Przemknął na miotle kilka razy wzdłuż i wszerz, wzniecając wiatr, który ostatecznie rozpędził owady. Będa mogły przesiedlić się w inne miejsce. Na koniec ściągnął z dachu kawałki gniazda i sfrunął z nimi na dół, znalazłszy się obok Steffena, który kończył rytuał, i Trixie - przekazując gospodyni kawałki gniazda. Niektórzy używali ich jako nawozu do kwiatów.
- Cieszymy się, że mogliśmy pomóc. Proszę na siebie uważać - zwrócił się do starszego małżeństwa, dostrzegłszy, że dziewczyna zabrała już talerz z jajami. Mogli udać się w dalszą drogę, uczta z wesela mogła nakarmić więcej czarodziejów, zwłaszcza takich, którzy mieli trudności z dostępem do żywności. - Co dalej? - zwrócił się do swoich towarzyszy, przeciągając wzrok z Trixie na Steffena, jakby zapomniał, że wciąż był obrażony na drugiego. - To mnóstwo jedzenia, nie mieszka tu nikt, kto ma więcej mniejszych dzieci? Im pewnie jest najciężej, kiedy są problemy z dostępem do dostaw - zasugerował, wsuwając dłonie w kieszeni kurtki, by ochronić je przed nocnym chłodem.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przed domem [odnośnik]08.03.21 18:10
-Sam... spływaj. - odwdzięczył się zmyślnie Marcelowi, zastanawiając się na jaki synonim spadaj i spływaj odważy się kolega w towarzystwie damy. Już miał ochotę samemu się obrazić, ale nagle wszystko się zmieniło. Trixie zaproponowała sztamę, jakimś takim innym głosem, a potem Marcelius też przyznał się do błędu, co było zupełnie niespotykane.
-Ja też was przepraszam. - nie był co prawda pewien za co, ale wyraził skruchę w grupowym zapale. Zwłaszcza, że chyba niechcący uraził ich oboje. -Jasne, że sztama. - dodał z uśmiechem, ale chyba nikt już go nie słuchał, bo Trixie zbliżyła się do Marcela i...
Rozdziawił usta i taktownie odwrócił wzrok, gdy Trixie zmierzwiła włosy Marcela. Zerknął na nich kątem oka, znowu odwrócił wzrok, pożałował, że jest teraz człowiekiem, a nie szczurem.
Czy ona... flirtowała z Marcelem?
A potem oboje zniżyli głos, ale nie starali się szeptać na tyle dobrze, by Steffen ich nie podsłuchał. Chwila, co? Dom? Sami? Wypiją portera?!
Zatkało go, totalnie go zatkało. Nie spodziewał się, że Trixie tak... że ona umie tak... że ona jest chętna tak...
Cóż, była dla niego niczym siostra, więc nie miał okazji zobaczyć jej flirtującej.
A Marcel przyjął zaproszenie!
UDAŁO MI SIĘ!!!
Oczyma wyobraźni ujrzał już, jak obydwoje się śmieją i piją portera i tańczą i Trixie składa do kupy złamane serce jego przyjaciela. Samym uśmiechem i porterem, rzecz jasna. Steffen był już zarazem za stary i za młody, by mieć odważniejsze fantazje o swoich znajomych.
Zaraz, wcale nie musiał ich przecież widzieć oczyma wyobraźni. Dzielnie udał, że w ogóle ich nie słyszy, a w duszy obiecał sobie, że do domu Beckettów zawita dzisiaj pewien szczur.

Nakładanie pułapki zajęło mu ponad pół godziny i było w gruncie rzeczy samotną pracą. Choć pan Goodwin przyglądał się z zainteresowaniem, to nie rozpraszał zbytnio Steffena. Rozmowa z panią Goodwin spadła pewnie na ramiona Trixie, a kątem oka Cattermole dostrzegł Sallowa na... dachu?
Cóż, nie powinno go to zaskakiwać.
Gdy Marcel i Trixie wyszli przed dom, Steffen powitał ich wesołym i trochę triumfalnym uśmiechem, zapominając, że Marcel był na niego obrażony.
Jestem najlepszą swatką. Jak Wilhelmina z "Czarownicy", znaczy sam jestem Wilhelminą, ale jakoś na żywo to bardziej satysfakcjonujące. - myślał z dumą, a sukces dodał mu skrzydeł. Zdziałał dzisiaj tyle dobra, musi kontynuować!
-Doskonały pomysł! - pochwalił Marcela w ramach kolejnego dobrego uczynku. -Państwo McCarthy mają siódemkę dzieci i albo pani McCarthy przytyła, albo kolejne jest w drodze! - przypomniał sobie, a potem spojrzał na Marceliusa konspiracyjnie. -Bo mugolska rodzina pana McCarthy pochodzi z Irlandii. - szepnął plotkarskim głosem własnej mamy, która kręciła wtedy głową z czymś w rodzaju mieszanki dezaprobaty i zazdrości i dodawała "katolicy tak mają", ale Steffen zapomniał już czemu ich tak nazywała. Pan McCarthy żył przecież zupełnie po czarodziejsku, nie licząc ponadprzeciętnej ilości dzieci.
-To niedaleko, chodźmy! - zarządził i zaczął prowadzić, kilka kroków przed Marcelem i Trixie. Niech gołąbeczki mają trochę prywatności. Troszeczkę, bo i tak chciał wszystko słyszeć.
Gdy dotarli pod dom, energicznie zapukał do drzwi. Lubił dzieci, Bertie (Steffen zamrugał nerwowo) też, więc znał McCartych dobrze, czasem dawali słodycze tym rudym brzdącom.
-Dobry wieczór! - rzucił i spojrzał w dół, bo drzwi nieśmiało otworzyła mu siedmioletnia Briona. Za nią stał jej tata, Roger McCarthy, czujny, ale uśmiechnięty.
-Cattermole, co za niespodzianka! - powitał Steffena, a potem przeniósł wzrok na Trixie i uśmiechnął się jeszcze szerzej, w końcu zatrzymując spojrzenie na nieznajomym Marceliusie.
-Ale ty urosłaś! Przynieśliśmy wam poczęstunek z Leśnej Lecznicy! - zwrócił się Steff do Briony, a dziewczynka aż podskoczyła z radości.
-Czekoladowe znicze?! - wypaliła z nadzieją, a Steffen pokręcił lekko głową.
-Jajka, ale są... zdrowsze i pożywniejsze!


intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Przed domem [odnośnik]08.03.21 18:53
Tym razem to jej przypadł zaszczyt niesienia tacy, więc zanim jeszcze wyszli z posiadłości Goodwinów Trixie spróbowała przejść kilka kroków z zawieszonymi na rękach torbą z ubraniami i zapętloną smyczą kury. Nie było to łatwe, nie było też wygodne, więc odłożyła na chwilę tacę na stoliczek na werandzie i spojrzała na Marcela.
- Potrzymasz? - poprosiła i przekazała mu siatkę, nie bez pewnej premedytacji przesuwając palcami wzdłuż jego dłoni - trochę zbyt długo, trochę zbyt ostentacyjnie, ale to nic, przecież wszyscy mieli teraz dobry humor i za nic nie można było jej winić. Dopiero nieco odciążona Beckett ponownie chwyciła tacę z weselnym jedzeniem i ruszyła za Steffenem w dół schodków do furtki, która wyprowadziła ich na ulicę. Silkie dreptała za nią wiernie, tuż przy nodze, jak wytresowany pies.
Pomysł odwiedzenia McCarthych był strzałem w dziesiątkę; w obecnych czasach wykarmić tyle dzieciaczków wcale nie było łatwo, skoro czasem ledwo starczało dobrodziejstwa dla dwóch osób w jednym domu, co dopiero takiej gromadki? Skinęła głową w aprobacie.
- Błagam, tylko jej nie pytaj czy przytyła - pouczyła Steffena z pobłażliwym uśmiechem kiedy ruszyli w stronę domu wspomnianej rodziny. Jeszcze tego brakowało, by ich dramaturgiczna naleciałość przeniosła się na Merlina ducha winnych obywateli Doliny, a oni z Marcelem oberwali za niewinność, jedynie towarzysząc Cattermole'owi w ciążowym śledztwie i lawinie nieodpowiednich wywiadów.

Na szczęście McCarthy nie mieszkali zbyt daleko, nawet nie zdążyła zmęczyć się ilością przemierzonych kroków w butach na obcasie, zanim stanęli przed ich drzwiami niczym świąteczni kolędnicy; na twarzy Trix pojawił się kolejny uśmiech, szczery, ciepły, odwzajemniający ten należący do głowy rodziny zapraszającej ich do środka. A tam... O słodka Morgano, tyle młodzieży! Z tego wszystkiego Beckettówna nawet nie zauważyła, jak u jej boku pojawiła się wyraźnie ciężarna Nina McCarthy, jedną dłonią podpierająca swoje plecy, byle tylko nie garbić się przesadnie w niewygodnej dla niej pozie. Miesiąc musiał być już zaawansowany, zaś kobieta nie kryła się z obecnością kolejnego członka rodziny pod swoim sercem.
- Pani McCarthy, mamy poczęstunek z Leśnej Lecznicy. Wsparcie od Zakonu Feniksa i wszystkich normalnych, życzliwych ludzi - odezwała się Trixie, pozwalając ucałować swoje policzki w wyrazie nie tyle powitania, co chyba przede wszystkim wzruszenia. To okropne, że zwykła, ludzka dobroć stała się ewenementem przez to co wyprawiała banda tlenionego uzurpatora ministerskiego stołka. Kobieta tym samym gestem obdarzyła również Marceliusa i Steffena, po czym na chwilę znikła w kuchni, by przynieść z niej półmisek. Był już wysłużony, z kilkoma ubytkami w krawędziach, ale przynajmniej był w stanie pomieścić oferowane im przekąski. Zaprosiła wszystkich do saloniku i tam przełożyła kilka jajek, co rusz upewniając się, że to nie problem jeśli wezmą ich wystarczająco dla każdego członka rodziny. - Proszę się nie martwić, większość mieszkańców Doliny dostanie dziś pomoc. Feniksy nie zapominają - zapewniła Trix, a później rozejrzała się po pomieszczeniu i zatrzymała wzrok na głowie rodziny, panu Rogerze. - Hm, tak właściwie to idzie zima i raczej nie zapowiada się na słabiznę; może moglibyśmy pomóc w przygotowaniach domu? Koledzy są bardzo zdolni. Ja mogłabym magicznie ocieplić pokoje, na przykład - zaproponowała, instynktownie podążając śladem Steffena z poprzedniej wizyty. On też zaoferował nadprogramową pomoc i ta okazała się potrzebna, a przy tak wielkiej liczbie osób przypadającej na niewielki metraż na pewno było tu coś do zrobienia, poprawienia czy wzmocnienia. Kątem oka dostrzegła, że kilka młodszych dzieciaczków zafascynowało się jej pieskiem i głaskało pióra Silkie, co ta znosiła z godnością i matczyną cierpliwością. Jak długo nie próbowali wyrywać jej pierza, tak długo będzie spokojna.
Pani McCarthy skorzystała z jej propozycji i poprosiła najstarszą córeczkę, by ta zaprowadziła Trixie do niedużych sypialni. Pokoje były ciasne, dzielone przez kilku domowników, a listopadowy chłód już przeciskał się przez okna, sprawiając, że nawet ona zdążyła zmarznąć spędzając tu zaledwie kilka minut. Beckett wyciągnęła różdżkę i prędko zabrała się do dzieła; wykorzystywała caeli fluctus w sercu pomieszczenia, podnosząc na nim temperaturę, by ciepło miarowo rozchodziło się w stronę łóżek.


Ostatnio zmieniony przez Trixie Beckett dnia 14.03.21 1:00, w całości zmieniany 2 razy
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Przed domem [odnośnik]12.03.21 2:11
Jeszcze wychodząc z posiadłości, został zatrzymany przez Trixie; co prawda wciąż krytycznie patrzył na kurę prowadzoną na smyczy, ale chyba było jej przykro, kiedy o tym wspominał, więc odpuścił; bez zawahania przejął od niej torbę, kiedy o to poprosiła - po prawdzie czując pewne zakłopotanie, że nie zaproponował tego samemu. Ubrań było dużo, nie powinna była nosić tego sama, a dłuższy i nieprzypadkowy dotyk jego dłoni utwierdził go w przekonaniu, że rzeczywiście powinien był wspomnieć o tym wcześniej; jego usta wygięły się w szelmowskim uśmiechu.
- Wezmę to - zaproponował, prosiła, żeby potrzymał, ale mógł jej to przecież pomóc zanieść do jej domu. - Poniosę - sprecyzował, przerzucając wypchaną torbę przez ramię - dla niego była lekka - i ruszając wraz z pozostałymi. Steffen wybił do przodu, został z Trixie z tyłu - pytająco wyciągnął w jej kierunku ramię, gotów pomóc jej stawiać kroki w eleganckich pantofelkach, pewnie była już zmęczona.  
- Ile dzieci...? - Spojrzał na Steffena z dezorientacją, zastanawiając się, czy to w ogóle było fizycznie i biologicznie możliwe; sam był jedynakiem, w cyrku nie było dużo dzieci, małżeństwa rzadko decydowały się na więcej niż dwójkę - ciąża przeważnie przekreślała karierę, a późniejszą zatrzymywała na długo - nie zastanawiał się nigdy nad tym, co działo się z pozostałymi. - W Irlandii ma się ich więcej? - Nie rozumiał. Jego mama była co prawda mugolką, ale mała rodzina nie dawała wielu okazji do plotek. Nie znał też nikogo z Irlandii i po prawdzie cudza obyczajność nigdy go szczególnie nie interesowała, podobnie jak kobiece problemy nie były nigdy jego problemami. Zdezorientowany wzruszył ramieniem, ruszając za Steffenem.
- Dzień dobry - przywitał się, krótko po nim, kiedy drzwi posiadłości państwa McCarthy stanęły przed nimi otworem. - Marcelius - przedstawił się, kiedy gospodyni czule i imiennie powitała tę dwójkę. Czuł, że powinien. - Carrington - dodał nazwisko, unosząc łagodnie kąciki ust w tym razem uprzejmym i grzecznym uśmiechu. - Chętnie pomożemy, prosze tylko powiedzieć, w czym problem - zawtórował słowom Trixie; zima dla tak dużej rodziny musiała być ciężka i trudna. Trixie zniknęła ocieplać pokoje, jego na zewnątrz wyprowadził gospodarz - wcześniej zostawił w odciętym wiatrołapie torbę z ubraniami dla Beckett. Mieli w szopie trochę drewna nadającego sie na opał, ale należało je odpowiednio przygotować. - Zajmiemy się tym - obiecał, chwytając wbitą w pieniek siekierę, potem drugą, lekkim ruchem podając ją Steffenowi. - Robiłeś to kiedyś? - zapytał przyjaciela, z pewnym powątpiewaniem; pomagał przy tym w cyrku, więc w razie potrzeby przekazał Steffenowi parę wskazówek. Przerzucał kolejne drewniane kawałki, rozbijając je na połówki - wystarczająco duże, by starczyły na długo, a jednocześnie wystarczająco małe, by pozostały poręczne i mieściły się do środka kominka, by później rozłożyć go na przeznaczonych do tego miejscach - rzeczywiście ciężka praca dla starszego małżeństwa, dla mniejszych dzieci też.
- Powinni wiedzieć, że to my - zwrócił się do przyjaciela, nim odszedł od stosu drewna; z kieszeni kurtki wyciągnął nóż, którym naciął na jednym z drewienek przeznaczonych na opał koślawy, ale czytelny symbol feniksa. Położył go na górę, tak, by był zauważalny - powinni spalić go w pierwszej kolejności, nie zostawiając dowodów. A przede wszystkim - powinni go zauważyć, zauważyć i przekazać wieści dalej, że tu byli, że pomogli.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przed domem [odnośnik]13.03.21 2:28
Przewrócił lekko oczyma, słysząc pouczenie Trixie. Przecież mama dobrze go wychowała.
-Tak, oni podobno jakoś… kulturowo… eh, zapomniałem czemu! Musiałbym spytać mamy… - urwał posmutniał trochę, bo brakowało mu ich plotek. Nawet “Czarownica” nie dawała już takiej satysfakcji, po tych okropnych artykułach o krwi - Cattermole stracił już szacunek do swojej naczelnej. Może kiedyś zastąpi ją jakaś światła dusza o promugolskich poglądach, jakiś wykształcony i błyskotliwy młody człowiek? Oczywiście miał w tych marzeniach na myśli raczej kogoś podobnego do siebie, sam spełniał się niby w Gringottcie, wśród nieuprzejmych dla człowieka goblinów, ech.
Steffen w końcu przejął żywe zainteresowanie cudzą obyczajowością właśnie po pani Cattermole, która zapewne zdążyła zaszczepić skłonność do plotek również w Trixie. Marcelowi wolała podsuwać smakołyki, niż plotki. Postanowił szybko zmienić temat, bo przynajmniej nadal miał mamę, choć za granicą - a Marcel nie. Już ją razem opłakali, znaczy Steffen się rozpłakał jak Marcel mu powiedział, ale Cattermole i tak miał nieznośną skłonność do rozklejania się na myśl na tak smutne tematy. Na przykład, myśląc o Bertiem zawsze miał łzy w o… cholera, znowu zaczął, a przecież chciał mieć dobry humor przy Marcelu.
-Irlandczycy są dziwni, ale za to ich mugole wierzą w jakieś elfy, które znajdują ich parasolki albo klucze do domu. A może jednego elfa? - dokończył szybko, mrugając i uśmiechając się weselej. Mama nie przekazała mu irlandzkiego folkloru jakoś dokładnie (bo sama traktowała go jak temat do żartów), więc chyba coś pomylił, ale to nic, brzmiało zabawnie. -Ale nie pytajmy o to tej rodziny! - dodał żartobliwie, odwzajemniając przytyk Trixie.
Przywitał się uprzejmie ze znajomymi, znów pozwalając mówić Marcelowi. Sallow, znaczy teraz już Carrington, miał gadane, jak mu się chciało.
-Wychowałem się w małym miasteczku. - żachnął się, gdy Marcel chwycił za siekierę. -Ale drewno rąbał mój tata… - przyznał z zakłopotaniem, to chyba tatę relaksowało. Zabrał się do pracy, zgodnie ze wskazówkami Marcela,
-Sprytne. - skwitował z uśmiechem symbol feniksa. Marcel był sprytny, dobrze odnajdzie się w Zakonie. Nagle poczuł gulę w gardle. Zniżył głos, by nikt ich nie słyszał i dodał. -Wiesz, to… dobrze, że już wiesz. Ja… n…nie chciałem cię narażać. - odchrząknął nerwowo, bo o ile już z Marcelem płakali i się śmiali i rozmawiali o Isabelli, to o tych sprawach mówiło się jakoś trudno. -Ale możemy, powinniśmy iść gdzieś razem, zrobić coś jeszcze pożyteczniejszego niż rąbanie drewna. Tylko musisz ćwiczyć samoobronę, dobra? Ja zresztą też… - no nieskromnie mówiąc nabrał ponadprzeciętnego doświadczenia, ale nie będzie się przechwalał przed Marcelem, a poza tym jego tarcze nadal nie były niezawodne. -Jak będziesz miał wolne w cyrku to wpadnij i poćwiczymy razem, co? Nauczyłem się też takiego fajnego zaklęcia, jakbym cię zamienił w karalucha to byłbyś szybki i nie do zabicia, i moglibyśmy szpiegować razem, ja jako szczur… Wiesz, w szczura też mogę cię zamienić, ale to bardziej ryzykowne. - urwał, bo Marcel przerąbał na pół ostatnie drewno, a Steff dostrzegł wychodzącego z chaty gospodarza. Mężczyzna im podziękował, a młodzieńcy wstąpili jeszcze na moment do domu - gdzie Cattermole z wyraźnym podziwem dostrzegł pracę Trixie. Wujek naprawdę dobrze nauczył ją transmutacji! 
Przekonany, że zostawia Marcela w dobrych rękach, wymówił się koniecznością powrotu do Kurnika i życzył jednym z dwóch najlubieńszych przyjaciół miłego wieczoru. Ciekawe, czy Marcel zatańczy z Trixie na własnym weselu Steffka?!

/zt x 3 rolling

jak dobrze porąbałem drewno?
1-20 - Marcel spojrzał na mnie bardzo wymownie, więc po paru próbach stałem i kibicowałem jego pracy
21-50 - trochę krzywo, ale ujdzie
51-90 - poprawnie
91-100 - pięknie!


intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Przed domem [odnośnik]13.03.21 2:28
The member 'Steffen Cattermole' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 60
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Przed domem - Page 8 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Przed domem [odnośnik]22.06.21 10:33
30 XI 1957

Zlecenia takie jak te przewijały się często, nierzadko od przyjaciół przyjaciół. Pomagał więc jak mógł, spędzając nad tym każdą wolną i zajętą chwilę. Wytwórstwo świstoklików wiązało się z podróżami, jednak na te ostatnimi czasy ciężko było sobie pozwolić. Gdy więc od tajemniczej Maeve spłynęło zlecenie na świstoklik do Doliny, odetchnął nieco. Czekało go w najbliższym czasie wyjątkowo dużo obowiązków, a spacer po miejscu w którym mieszkał przeszło 40 lat, wydawał się szczególnie odprężający. Stevie wyszedł więc z domu z walizką wczesnym rankiem i udał się w stronę uliczki, którą dobrze znał. Dom starej Bagshot... Czarownica zmieniła wiele i życiu wielu, a jej odejście wcale nie było spodziewane. Odprowadził wzrokiem kota, który czasem wylegiwał się na przynależącym do domu płocie i wyciągnął z teczki najpierw srebrny gwiezdny pył, a potem łyżeczkę do herbaty. Na palcu zabłyszczał mu jeszcze pierścień z runą nieskończonej liczby, który przygotował dla niego Castor. Ten miał pomagać przy tworzeniu świstoklików i rzeczywiście, biła z niego dziwna moc, której Stevie może i nie do końca rozumiał, ale wierzył staremu uczniowi, że pierścień pomoże. Umysł wciąż miał tęgi, potrafił się koncentrować, ale dodatkowego wsparcia nie odmawiał. Wokół nie szedł nikt, zresztą... Było zimno, wietrznie i niezbyt przyjemnie w ten listopadowy (jeszcze) poranek. Numerolog wskazał różdżką na łyżeczkę, którą zaraz miał przemienić w świstoklik, a w tym czasie drugą ręką nałożył na nią odpowiednią ilość srebrnego gwiezdnego pyłu. Jak zwykle było go za mało, a dostawy były utrudnione, ale tym razem klientka przesłała swój. Beckett sprawdził go jeszcze i rzeczywiście nadawał się doskonale. Tym samym miał jednak na sobie jeszcze większą presję, aby nic nie zepsuć. Te czasem nie wychodziły, to było dość naturalne, ale wolał nie marnować więcej ingrediencji niż było to konieczne. Wziął więc głęboki oddech i delikatnie stukając w łyżeczkę, wypowiedział czar: - Portus - wypowiedział spokojnie. Chłód dzisiejszego dnia uderzył w jego kark, ale zaklęcia miało chwilę potrwać. Tworzenie ze srebrnego pyłu było trudniejsze, bardziej pracochłonne. Miał czas. O dziwo.

robię świstoklik ze srebrnego gwiezdnego pyłu, typ I, łyżeczka do herbaty
mam na sobie pierścień z runą nieskończonej liczby, +13 do tworzenia świstoklików

st = 65 (- 26 T, - 13 za pierścień = 26)
jak udany to zt


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett
Re: Przed domem [odnośnik]22.06.21 10:33
The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 79
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Przed domem - Page 8 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Przed domem [odnośnik]03.07.21 20:34
| stąd

Chciała odnaleźć w sobie dość lekkości, swobody, by odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech – nawet jeśli gest ten miał pozostać niezauważony – i uraczyć go jakimś śmiałym komentarzem. Podobno parzę doskonałą kawę. Praca w zdominowanym przez mężczyzn świecie dała jej niezliczone okazje do szlifowania tego niezwykłego talentu. Podobno umiem słuchać, powinieneś mnie kiedyś sprawdzić. Wciąż nie zyskała okazji, by poznać go słowo po słowie, anegdota po anegdocie, zrozumieć w pełni drogę, którą musiał przebyć, nim znalazł się z nią tu i teraz; od syna ministra magii, otoczonego nimbem wielkości i sławy lorda Malfoya, do poszukiwanego listem gończym zbrodniarza wojennego. A może raczej: jeszcze się nie poddałam, chociaż parę razy byłam naprawdę bliska kapitulacji. Jednak żadna z tych ripost nie znalazła drogi na jej usta. Pozwoliła sobie pozostawić pytanie Fredericka bez odpowiedzi, obiecując w duchu, że kiedyś, kiedyś opowie mu wszystko, a wraz z tą opowieścią przyjdzie zrozumienie. Umysł wciąż tkwił w matni niepewności wywołanej nieoczekiwaną, bolesną ciszą, lecz nieposłuszne serce znów wyrywało się ku niemu, mącąc taflę myśli. Powinna być spokojna, opanowana, pracować jak idealnie skalibrowany mechanizm – nie tylko dla swojego, ale i dla jego dobra.
Uparcie milczała, gdy słowa Foxa echem rozbijały się po jej czaszce, a wzrok mimowolnie uciekł w kierunku poruszającej się w dole rzeźby. Gorycz, która przebijała przez kolejne zgłoski, była niemalże namacalna, cięła powietrze jak noże. Bała się o niego, o stan jego ducha, nawet jeśli on sam zapewne zbagatelizowałby pobrzmiewające w pożyczonym od krewniaka głosie emocje. Wyczuwała w nim zmianę, coś obcego i niedookreślonego, było jednak za późno, by mogli się wycofać, oszczędzić sobie widoku odrażającej podobizny Cronusa, świecących pustkami ulic, propagandowych haseł witających ich z rozprowadzanych po mieście ulotek i plakatów. Czy nie powinna nalegać, by zostali tego dnia w Kurniku? Mieć w sobie dość siły, by powiedzieć nie?
Kolejne zdarzenia następowały po sobie niezwykle szybko. Błysk zaklęć, gonitwa z czasem, by odebrać od unieruchomionych sów skreślone rękami urzędników listy, może nawet obezwładnić kolejne ptaki, nim znajdą się poza zasięgiem ich różdżek. Jednak to dopiero widok twarzy Foxa wybił ją z rytmu, sprawił, że przestała myśleć zadaniowo i pogubiła kroki. Poddała się narastającej z każdą chwilą panice, martwiąc się nie tyle o siebie, co o niego. Nie mogła, nie mogli pozwolić, by ktokolwiek poznał jego prawdziwą tożsamość. – Nie przepraszaj – odpowiedziała tylko przez ściśnięte gardło, przelotnie uciekając wzrokiem w bok, próbując odzyskać nad sobą kontrolę; przecież nie odmieniłby się z własnej woli, coś musiało mu przeszkodzić. Tym czymś najpewniej były zdradliwe emocje, tak przynajmniej podejrzewała, nie dzieląc się tym spostrzeżeniem z samym Frederickiem; wcielenie się w kogoś, kogo niegdyś nazywał bratem, stanięcie przed podobizną wzgardzonego ojca musiało skutecznie zachwiać jego równowagą. Przekonała się o tym na własnej skórze, jak kapryśny bywał ich dar, gdy do głosu dochodziły silne, palące uczucia. A teraz, teraz już tylko spokój mógł ich uratować.
Nie zamierzała ryzykować jego głową, byle tylko zdobyć więcej wiadomości. I on też nie powinien. Szykowała się na opór, upartość, butę, naprędce układając w głowie przemowę, którą go uraczy, jeśli tylko ten choćby zająknie się na temat dłuższego pobytu w centrum Londynu, próby przechwycenia jeszcze kilku listów. Zamiast tego przyzwolił, by zabrała ich z tego przeklętego miasta, tym samym ściągając z kobiecych barków niemały ciężar, pozwalając, by na powrót odetchnęła pełną piersią. Ścisnęła jego dłoń, mocno, kurczowo, nieśmiało muskając jej wierzch kciukiem; wybiegała myślami w przyszłość, pozwalając ciału powrócić do swej naturalnej formy, rozproszyć iluzję wymyślonego na potrzeby tego spaceru sługi. – Trzymaj się – odparła już własnym głosem, za nic nie mogąc pozbyć się ściskającego krtań napięcia, po czym bezzwłocznie uruchomiła świstoklik. Posiadała odpowiednią wiedzę, by zmusić zaklętą łyżeczkę do przeniesienia ich do bezpiecznej Doliny Godryka, wiedziała o tym. Mimo to podskórnie obawiała się, że coś pójdzie nie tak.
Nie była pewna, gdzie dokładnie zostaną przeniesieni. W liście do pana Becketta wspomniała Dolinę, tylko na tym jej zależało. Kiedy więc szarpnęło nimi, pociągnęło w dal, wywołując tym samym mdłości, nie spodziewała się niczego konkretnego. Sapnęła cicho w reakcji na spotkanie z twardym podłożem; gdyby nie to, że nadal trzymała się Foxa, najpewniej wylądowałaby wprost w zaspie śniegu, zdradzona przez uginające się pod jej ciężarem kolana. Gdziekolwiek byli – nie był to Londyn. Potrzebowała chwili, by rozpoznać rozciągający się za nimi budynek, teraz już opuszczony, zamknięty na cztery spusty dom profesor Bagshot. A więc byli bezpieczni, wciąż żyli; bariery nie powstrzymały ich przed ucieczką. Pozwoliła sobie na blady, pełen ulgi uśmiech, odszukując jego spojrzenie własnym. Prędko jednak spoważniała, przypominając sobie o tym, do czego doszło na dachu kamienicy; o powodzie, dla którego najpewniej nie mógł zmusić ciała do posłuszeństwa. – Jak się czujesz? Wracamy? – zapytała cicho, miękko, wciąż nie rozluźniając uścisku, w którym zakleszczyła ciepłą dłoń Lisa. Potrzebowała chwili, by uspokoić kołaczące głucho serce. Nie potrafiła określić, ile czasu minęło, odkąd opuścili Dolinę, może godzina, a może dwie, była jednak wdzięczna Merlinowi za to, że wycieczkę do Londynu mieli już za sobą. I nawet jeśli nie osiągnęli wiele, odczuwali niedosyt, to te dwa listy były już jakimś materiałem do pracy. Niezależnie od tego, czy będą zaszyfrowane, czy nie – ministerialne gryzipiórki nigdy nie były szczególnie ostrożne, lecz trwająca wojna mogła zmusić je do zwiększenia dyscypliny, zastosowania nowych zabezpieczeń – przeanalizują je na każdy możliwy sposób, wycisną z nich wszystko, co tylko się da. A później zaplanują kolejny krok na drodze do odszukania związanych z nową władzą alchemików.
Byle tylko nie wracać już pod pomnik Cronusa Zdobywcy, pogromcy bezbronnych.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater

Strona 8 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Przed domem
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach