Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Sala główna
AutorWiadomość
Sala główna [odnośnik]05.04.15 22:16
First topic message reminder :

Sala główna

★★
Ku brzegom angielskim już ruszać nam pora, i smak waszych ust, hiszpańskie dziewczyny, w noc ciemną i złą nam będzie się śnił... Zabłysną nam bielą skał zęby pod Dover i znów noc w kubryku wśród legend i bajd...  

W tawernie już od wejścia czuć przejmujący swąd nade wszystko męskiego potu, a w drugiej kolejności - męskiego moczu. Silny zapach alkoholi drażniąco przesyca powietrze, skądinąd wyczuć można również nuty aromatów zgniłych ryb. Huk pijackich przyśpiewek dominuje nad wszechobecnym gwarem - prawie nie słychać przechwalającego się przy szynku mężczyzny, który opowiada o swojej ostatniej batalii, w której rzekomo wypatroszył morskiego smoka, mało kto zwraca uwagę na marynarzy tłukących się po mordach po przeciwległej ścianie. Zrezygnowany barman dekadencko przeciera brudną szklankę brudną szmatą, spode łba łypiąc na drzwi, które właśnie otworzyłeś...

Możliwość gry w czarodziejskie oczko, darta, kościanego pokera
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:27, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Sala główna [odnośnik]02.04.21 20:19
The member 'Zlata Raskolnikova' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 94
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]02.04.21 22:35
Sytuacja wydawała się pogarszać z każdą minutą. Widząc poczynania Johnnego wstrzymała na chwilę dech. Na miłość Merlina. Kątem oka zauważyła wypadający z kieszeni płaszcza policjanta przedmiot. Portfel - stwierdziła szybko odwracając od niego wzrok nie chcąc na nim skupiać niczyjej uwagi. Pięknie, teraz jeszcze wyjdą na złodziei. Nie zdążyła się zastanowić co miałaby zrobić z tą przeklętą zgubą, gdyż Komendant ponownie zabrał głos. Czyli wychodzi teraz na to, że grożono już każdemu z nich? I co? Wyślą ich wszystkich do Tower? Na pewno mogą. Ale niby za co? Nawet nie wiedziała o co dokładnie Celinka z Rubim są oskarżeni. Na dodatek użycie legilimenci? Ministerstwa już naprawdę nie stać na Veritaserum? Zresztą, na jakiej podstawie to James, który nie był bezpośrednio w nic zamieszany, nawet nie wiadomo czy był świadkiem, miał być traktowany w taki sposób, a nie ten cały Pan Sallow skoro zeznania są sprzeczne? Wiedziała czemu, ale wciąż nie miała pojęcia jak do tego doszło. Widok Celine leżącej na podłodze w takim stanie łamał jej serce. Chciałaby móc do niej podejść, okryć ją płaszczem należącym do Johnatana, przytulić do siebie szepcząc, że wszystko będzie dobrze, ale wiedziała, że bez pozwolenia Komendanta nie może ruszyć się z miejsca. Zresztą, zostawienie Johnnego nie wydawało się być teraz za mądre, a i jeszcze nie w pełni ufała swojemu własnemu ciału. Wyjście Philippe z inicjatywą więc nieco ją uspokoiło. Przynajmniej będą razem. Co jednak z ojcem Celine? Czy była to prawda, a może jednak zwykła groźba, ostrzeżenie? Nie na tym powinna się teraz skupić. Słowa Komendanta ponownie zwróciły jej uwagę. Widząc dwóch funkcjonariuszy idących prosto w ich stronę mimo woli przylgnęła do ściany. Bez większego zastanowienia, zupełnie jakby to było dla nich coś normalnego, powalili jej kompana na podłogę. Dźwięk upadającego ciała na posadzkę rozniósł się po sali. Bez problemu mogła sobie wyobrazić jak powykręcane kończyny musiały go boleć. Jakby na jej wcześniejsze życzenie Johnny trafiony został zaklęciem uciszającym. Może i dla jego własnego dobra. Słysząc jednak pytanie funkcjonariusza skierowane w jego stronę zmarszczyła brwi zastanawiając się czy ten naprawdę oczekuję odpowiedzi? Korzystając z tego, że odwróceni byli do niej tyłem zerknęła w kierunku, z którego przyszli funkcjonariusze, nieopodal Celine i Philippy zauważając, że nikt już nie strzeże drzwi. Na tą chwilę jednak była dla niej to średnio przydatna informacja. Przecież stąd nie wyjdzie. Co niby miałaby zrobić dalej? I co ważniejsze, miała ich tu tak po prostu wszystkich zostawić? Swój wzrok skierowała więc na leżący nieopodal niej portfel. Jeśli go poniesie i schowa, a nie daj Merlinowi zażądają dokumentów i od niej może się wydać, że go ma i wyjdą na złodziei. Jeśli tak tu będzie leżał i go zauważą wyjdą na złodziei, jeśli by go spróbowała oddać też pewnie wyjdą na złodziei. Wybrała więc najrozsądniejszą na tą chwilę opcję dyskretnie kopnąwszy portfel w stronę baru z nadzieją, że ten pozostanie dla nikogo niezauważony. Odwróciła od niego wzrok wbijając go ponownie w sytuacje, która działa się przed nią. Jak najbardziej uprzejmie zwróciła się do funkcjonariuszy trzymających jej towarzysza. - Został już wylegitymowany. Na pewno by mu Panu je okazał, ale Pański kolega zabrał jego dokumenty. - Wyjaśniła zerkając krótko w kierunku policjanta, który ich wcześniej legitymował. - Bardzo Panów proszę, niech go Panowie puszczą. Nie będzie już robił żadnych problemów. - I tak nie mógł już mówić, czyż nie? Już bardziej sobie chyba nie zaszkodzi.

Perswazja I, Spostrzegawczość II na funkcjonariuszy trzymających Bojczuka


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 30 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Sala główna [odnośnik]02.04.21 22:35
The member 'Yvette Baudelaire' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 78
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]11.04.21 0:37
Zlata, wciąż znajdując się w trójkątnej przestrzeni pomiędzy ścianą, sceną a stołem, pozostawała w dużej mierze niezauważona; uwaga większości niezmiennie skupiała się wokół zbiegowiska, które utworzyło się przy Corneliusie i komendancie magicznej policji, jedynie od czasu do czasu przenosząc się w stronę Hagrida lub Celine, choć pojedynczy uczestnicy wydarzenia zdawali się stopniowo odwracać głowy ku toczącej się szeptem rozmowie. Zlata, unosząc spojrzenie znad stolika, była w stanie wyłapać zarówno to należące do Marceliusa, jak i nawiązać krótki kontakt wzrokowy z Philippą i Celine. Wydawało się, że nikt inny na nią nie patrzył, a rozglądając się po sali mogła dostrzec wszystko, co się na niej działo; poza zasięgiem jej wzroku pozostawał jedynie ukryty pod schodami młodzieniec, zasłaniany skutecznie przez postawną sylwetkę półolbrzyma. Chłopiec przykucnięty pod stołem spoglądał na nią niechętnie, ale wyglądało na to, że jej słowa do niego docierały; gdy uniosła rękaw, ukazując ukrytą pod spodem protezę, spojrzał na nią z przestrachem, z uwagą wysłuchując też dalszej części wypowiedzi, przez cały czas ważąc w dłoniach nóż. Wychylił się jedynie na moment, żeby spojrzeć najpierw na jedno, później na drugie okno, po czym – krzyżując spojrzenie ze Zlatą – kiwnął głową.
Celine i Philippa, wychylając się zza sceny, nie były w stanie usłyszeć całości rozmowy – wypowiadane szeptem słowa niknęły w ogólnej wrzawie panującej w Parszywym Pasażerze, docierając do nich jedynie w skrawkach, z których trudno było wysnuć ogólny sens. Marcelius, który stał nieco dalej, słyszał jeszcze mniej, pojedyncze wyrazy przechodzące raz po raz w szmer; cała trójka była w stanie jednak dostrzec kucającą pod stołem postać chłopca, podobnie jak chyboczący się w jego dłoniach nóż. Widzieli też gest poczyniony przez podciągającą rękaw Zlatę, choć żadne z nich nie mogło być pewne, co właściwie kobieta pokazała chłopcu; widzieli jednak, że ten na moment wychylił się spod stolika, przemknął spojrzeniem po oknach, a później kiwnął głową. Ciche w porządku?, wypowiedziane przez Philippę, bez trudu dotarło do uszu Zlaty.
Marcelius, który po wyprostowaniu się i podaniu marynarzowi dokumentów, pozostał blisko niego, mógł usłyszeć całą wymianę zdań pomiędzy policjantem a mężczyzną, ta zdawała się jednak przebiegać standardowo; po przeczytaniu na głos personaliów czarodzieja (Henry Fawcett), funkcjonariusz wcisnął mu dokument z powrotem w dłonie. – Na drugi raz pilnuj tego uważniej – burknął, po czym przeniósł spojrzenie na swojego dowódcę i krótko skinął w jego stronę głową.

Sam dowódca, zarejestrowawszy skinięcie jedynie kątem oka, wysłuchał z uwagą słów Dorothei, po czym zapisał wymieniony przez nią adres w notesie. Nie zatrzymywał jej już, odprowadzając ją jedynie spojrzeniem, gdy zniknęła na zapleczu w towarzystwie jednego z magicznych policjantów. Jasnowłosa barmanka również wlepiła wzrok w szefową, bez trudu wyłapując jej ostrzegawcze spojrzenie i wróciła do robienia kawy. Komendant nachylił się na moment ponad ladą i szepnął coś w jej kierunku, na co dziewczyna pokiwała szybko głową.

Stojąca nieco dalej Yvette zdecydowała się nie ryzykować próby podniesienia portfela; korzystając z faktu, że wszystkie spojrzenia chwilowo skupione były na obezwładnionym Johnatanie, zrobiła krok do przodu, po czym dyskretnie kopnęła skórzany portfel w stronę baru; ten, płaski i lekki, przesunął się prawie bezszelestnie, po czym utkwił w szczelinie pomiędzy ladą a posadzką, całkowicie niewidoczny – chyba, że ktoś przycisnąłby głowę do podłogi i spojrzał wprost na niego. Ponieważ zaklęcie uciszające, które trafiło Johnatana, zostało rzucone niewerbalnie, nie mogła wiedzieć, dlaczego jej towarzysz milczał – bo ten faktycznie nie odezwał się ani słowem. Policjant, który stał tuż przed nim, podniósł na moment spojrzenie w stronę Yvette, ale jeśli uwierzył w jej słowa, wydawał się tym nie przejmować. – Niczego mu nie zabraliśmy. Proszę się odsunąć – powiedział, wskazując brodą na ścianę za plecami kobiety. – Dokumenty – powtórzył raz jeszcze; mężczyzna trzymający Johnatana za wykręcone do góry ręce, szarpnął nimi jeszcze wyżej, a czarodziej poczuł kolejną falę paraliżującego bólu.

Rubeus, chwilowo pozostawiony sam sobie, skupił uwagę na ukrytym pod schodami rudzielcu; bez trudu rozczytując jego zamiary, przesunął nogę, żeby kopnąć w jego stronę butelkę. Pętające jego kostki kajdany nieco utrudniały mu ruchy, udało mu się jednak skierować naczynie mniej-więcej we właściwym kierunku; butelka potoczyła się z cichym chrobotaniem szkła o kamienie, chłopiec wysunął się jednak szybko z kryjówki i porwał ją, nim ktokolwiek zdążyłby umiejscowić dźwięk. Przechyliwszy ją, oblał szybko alkoholem zarówno torbę, jak i jej zawartość, i jego działania prawdopodobnie pozostałyby niezauważone, gdyby półolbrzym nie zdecydował się zrobić czegoś jeszcze.
Głośne słowa Rubeusa skutecznie skupiły na nim uwagę wszystkich obecnych; wszyscy więc – za wyjątkiem Corneliusa i Jamesa, którzy, wciąż myślami tkwiąc w ministerstwie magii, pozostawali głusi na to, co działo się wokół nich – mogli zobaczyć, jak potężny mężczyzna podnosi w górę drewniane krzesło, żeby następnie zamachnąć się i z całej siły cisnąć nim przez salę.

Gdyby Hagrid nie odezwał się wcześniej, niejako ostrzegając wszystkich przed swoimi zamiarami – i gdyby nie kajdany na nadgarstkach, które skutecznie ograniczały mu ruchy, czyniąc zamach trudniejszym i mniej precyzyjnym – prawdopodobnie nic nie uchroniłoby zebranej na środku grupy przed lecącym z dużą prędkością meblem. Arnold Montague, przez cały czas czujnie śledzący sytuację, zareagował jednak błyskawicznie, zsuwając się ze stołka i wyciągając różdżkę. – Confringo – wypowiedział wyraźnie, a wiązka czaru pomknęła w stronę krzesła, trafiając je w locie. Zderzenie zakończyło się eksplozją; huk wdarł się do uszu wszystkich obecnych na sali, a ci stojący najbliżej zostali zasypani deszczem drewnianych, ostrych odłamków, wbijających się w skórę lub nabijających niewielkie siniaki. Na suficie, tuż ponad miejscem wybuchu, powstała okrągła czarna plama, przypominająca sadzę.

A później – później kilka rzeczy stało się jednocześnie.  

Dźwięk eksplozji był na tyle głośny, że uniemożliwił Corneliusowi dalsze skupienie się na podtrzymaniu legilimencji; nim obraz ministerialnego pokoju rozmył się przed jego oczami, zdołał jedynie raz jeszcze przyjrzeć się wszystkim zgromadzonym. Chociaż nie pamiętał nazwisk, mógł być pewien, że zarówno kobieta siedząca za biurkiem, jak i urzędnicy, byli pracownikami Ministerstwa Magii – ich twarze nie były mu obce, widywał je na korytarzach, i jeśli zobaczyłby każdego z nich ponownie, rozpoznałby ich bez trudu. Wydawało mu się, że kobieta miała na imię Gladys, a przynajmniej w ten sposób zazwyczaj się do niej zwracano; jeden z mężczyzn – ten, który został z tyłu, podczas gdy jego towarzysz wysuwał oskarżenie kradzieży – na pewno miał imię zaczynające się na „H” i był pracownikiem jakiegoś innego, mniej znaczącego departamentu. Strażnicy na ogół pełnili służbę w Biurze Rejestracji, Cornelius nie rozpoznawał ich, wszyscy wydawali się wyglądać podobnie – lub zwyczajnie nie zwykli zwracać na siebie uwagi. Gdyby przyjrzał im się uważnie, być może byłby w stanie zapamiętać więcej detali, ale obraz zaczął mu uciekać – a w następnej chwili wdarła się do niego rzeczywistość.
Corneliusie – usłyszał ostrzegawczy głos tuż obok siebie, a w następnej chwili ktoś pociągnął do mocno do tyłu; gdy spojrzał w bok, dostrzegł komendanta, starającego się odsunąć go dalej od centrum wybuchu – w samą porę, by udało mu się uniknąć nogi krzesła, która przemknęła tuż przed jego twarzą i roztrzaskała się na posadzce pod jego stopami. W twarz uderzyło go kilka mniejszych odłamków, nie czyniąc mu jednak większej krzywdy.

W chwili, w której koniec różdżki oderwał się od skroni Jamesa, ten poczuł, jak jego myśli na powrót stają się jego – choć potrzebował chwili, żeby zorientować się, co właściwie się stało. Obecność starszego czarodzieja w jego umyśle pozostawiła po sobie nieprzyjemne uczucie naruszonej prywatności, pociągające za sobą lekkie mdłości; jego głowa zdawała się wciąż pulsować bólem, kłującym, ostrym, trudnym do uchwycenia – przytępiającym się wraz z upływem czasu i przechodzącym w coś, co mogło przypominać migrenę. Huk, który wyrwał Corneliusa ze skupienia, dotarł również i do niego, nim jednak zdążyłby ustalić jego źródło w tył czaszki uderzyło go coś niewielkiego, ale twardego – miał wrażenie, że ktoś rzucił w niego kamieniem. Wokół miejsca, w który trafił odłamek, rozlała się fala gorąca; jeśli James sięgnąłby ku niemu, odkryłby, że krwawiło – oraz że ponownie mógł sięgnąć, gdzie tylko chciał; zniknęły trzymające go ręce, gdy policjanci najpierw próbowali się nimi osłonić, a następnie odwrócili się na pięcie, kierując różdżki w stronę Hagrida. Podobnie postąpiło też dwóch funkcjonariuszy trzymających Johnatana – zrobiwszy krok do przodu, obaj wycelowali różdżki ku półolbrzmowi, a parę sekund później dołączył do nich policjant towarzyszący Dorothei. Usłyszawszy huk, ponaglił ją, by – z księgą pod pachą – ruszyła z powrotem na salę, a gdy oboje się na niej znaleźli, rozejrzał się dookoła, dostrzegając, co robili jego towarzysze – i robiąc to samo. Z ust całej piątki, niemal jednocześnie, wydobyła się inkantacja zaklęcia Commotio, coś poszło jednak zdecydowanie nie tak – bo tylko jedna z magicznych wiązek sięgnęła celu, uderzając Rubeusa w klatkę piersiową i przeszywając go na wskroś elektrycznymi ładunkami. Drugi z promieni, odbijając nagle w bok, zderzył się w locie z trzecim, wybuchając fontanną iskier tuż przed twarzą policjanta stojącego pomiędzy Johnatanem a Yvette. Mężczyzna wrzasnął krótko, po czym cofnął się, przyciskając dłonie do twarzy, po drodze przewracając wysoki stołek i wpadając plecami na ladę. Stojąca tuż obok niego Yvette była w stanie rozpoznać w czerwonych plamach, które pojawiły się na jego skórze, poważne poparzenia – i wiedziała, że jeśli te same iskry dostały się do jego oczu, to potrzebował natychmiastowej pomocy – w innym wypadku nie będą już możliwe do odratowania. Dwa pozostałe zaklęcia uciekły na boki, trafiając w ściany.

Chłopiec ukrywający się pod stołem, rzuciwszy szybkie spojrzenie w stronę chaosu, który chwilowo zapanował na głównej sali, musiał uznać, że to właśnie ten dobry moment, o którym mówiła Zlata – bo spojrzawszy na nią krótko, wysunął się jednym susem spod blatu, po czym dopadł do okna znajdującego się na lewo od Marceliusa, wyciągając ręce w stronę metalowego haczyka przytrzymującego okiennice. Pociągnął go w górę, ale stal była przerdzewiała; zakrzywiony pręt uniósł się jedynie do połowy, po czym zaklinował się na amen, nie chcąc ruszyć się ani w jedną, ani w drugą stronę – bez względu na to, jak mocno chłopiec by za niego nie szarpał. Nóż wysunął mu się z dłoni, upadając na posadzkę pod jego stopami, ale ten zdawał się tego nie zauważać; gorączkowo odwrócił się za siebie, chcąc ocenić, ile miał jeszcze czasu, nim magicznej policji uda się uspokoić sytuację, po czym rzucił błagalne spojrzenie najpierw ku Marceliusowi, a później ku Zlacie. – Pomóż mi – wydyszał przez zęby; trudno było stwierdzić, do kogo właściwie się zwracał. Jego desperackie próby widział zarówno Marcelius, jak i Celine i Philippa, którzy już wcześniej spoglądali w jego kierunku.

Spokój! – wykrzyknął komendant, a jego głos – jakimś cudem – wybił się ponad panujący w pomieszczeniu rozgardiasz; wszyscy policjanci (za wyjątkiem mężczyzny, który wciąż trzymał się kurczowo za twarz) odwrócili się w jego stronę – łącznie z dwoma funkcjonariuszami, którzy mniej więcej w tym samym czasie pojawili się na szczycie schodów. Trzeci z policjantów, wraz z Rain, wrócili do głównej sali zaraz za nimi, z górnego podestu mając dobry widok na całą sytuację. Arnold Montague, już wcześniej zeskoczywszy ze stołka, wyprostował się, rozglądając się dookoła i dłonią sięgając do twarzy; jego policzek, już pod lewym okiem, zdobiło poziome rozcięcie, z którego sączyła się krew – musiał uderzyć w niego jeden z odłamków. Na pierwszy rzut oka wydawał się niewzruszony, skrywane starannie emocje uwidaczniały się jednak w detalach: ściągniętych do środka brwiach, lodowatym spojrzeniu i spięciu mięśni, gdy opuszkami palców starł ze skóry krew. Gdy przełknął ślinę, jego szyja poruszyła się nerwowo – ale głos mu nie drżał. – Jak pani widzi, pani Boyle, oskarżenia wysunięte w stronę pani pracowników nie były bezpodstawne – odezwał się, przenosząc spojrzenie na Dorotheęw związku z czym jestem zmuszony wycofać wcześniejszą propozycję. Zarówno pani, jak i pani ludzie, zostaniecie przesłuchani pojedynczo, w obecności strażników, w Tower of London – kontynuował; w jego głosie pobrzmiewała jakaś ostateczność, sugerująca, że nie miał zamiaru pertraktować. – Wyprowadźcie go. Pannę Lovegood i jej towarzyszkę również – rozkazał. Trzech policjantów, do tej pory stojących na schodach, zeszło w dół, żeby podejść do Hagrida – a gdy już znaleźli się na dole, jeden z nich odezwał się nagle.
Sir – zwrócił się do komendanta – mamy jeszcze jednego – oznajmił, po czym schylił się, na sekundę znikając pod schodami – a gdy się wyprostował, ciągnął już za sobą za kołnierz młodego chłopca z burzą kręconych włosów i twarzą tak piegowatą, że wyglądała na opaloną. Ci z obecnych, którzy często przebywali w porcie, mogli go rozpoznać jako jednego z mieszkańców doków; ci z kolei, którzy regularnie zaopatrywali się w Proroka Codziennego, wiedzieli, że wydania gazety można było dostać również u niego.
Puszczaj – wydyszał przez zaciśnięte zęby, policjant – znacznie od niego większy – wywlókł do jednak bliżej środka bez większego problemu, w drugiej ręce trzymając wyrwaną z rąk chłopca torbę, z której buchały płomienie. Rzucił ją na ziemię i przydeptał, próbując ją dogasić.
Co ma przy sobie? – zapytał komendant, po czym przeniósł spojrzenie w stronę Jamesa i Marceliusa. – A ci dwaj? Znalazłeś coś, Corneliusie? Powinniśmy ich też aresztować? Jeśli nie – przeszukajcie ich, zanim ich wypuścicie – powiedział, kierując się do policjantów, którzy do tej pory przytrzymywali Jamesa. Później odwrócił się w stronę Johnatana. – Jego też wyprowadźcie. Jest pan aresztowany – zwrócił się bezpośrednio do Bojczukapod zarzutem współpracy z oskarżonym o napaść Rubeusem Hagridem. Celowo odwrócił pan od niego uwagę. Wstać – rzucił.
Policjant stojący najbliżej Johnatana chwycił go za ramię, żeby pociągnąć go w górę. Drugi ruszył w tym czasie ku Celine i Philippie. – Podnieść się. Wychodzimy. Pomóż jej – rzucił sucho w jej stronę, ostatnie słowa kierując wyłącznie do Philippy.
Pani Boyle, proszę o księgę – mam nadzieję, że to, co w niej znajdziemy, przyspieszy całą sprawę – mówił tymczasem dalej komendant, zwracając się do Dorothei i wyciągając rękę w jej stronę. – Funkcjonariusz wyprowadzi panią i pani uroczą pracownicę na zewnątrz – dodał, a policjant, który wcześniej pilnował drzwi na zaplecze, zrobił dwa kroki do przodu i stanął za plecami Dorothei i barmanki.
Policjant, który wcześniej towarzyszył Rain, zwrócił się jeszcze w stronę komendanta. – Jej dokumenty są w porządku – skłamał gładko. Dwóch mężczyzn, stojąc po bokach Hagrida i celując w niego różdżkami, zmusiło go, by ruszył w stronę drzwi prowadzących do bocznej sali, za którymi wszyscy troje zniknęli, kierując się ku tylnemu wyjściu.

Zarówno Rain, jak i Celine, mogły poczuć, że wprawiający w euforię narkotyk stopniowo opuszcza ich organizm, a chwilowa pewność siebie ustępuje narastającemu zmęczeniu. Pod ich skórę – powoli, metodycznie – zaczęło wkradać się poczucie bezsilności, niechęć do jakiegokolwiek działania; miały wrażenie, że bez względu na to, co zrobią i jakie działania podejmą, i tak nie odniosą one skutków.

Reggie, dostrzegając mknący w jego stronę podmuch wiatru, odruchowo uniósł różdżkę, żeby wznieść przed sobą obronną tarczę, rozlewający się wzdłuż żeber ból musiał jednak rozproszyć go na tyle, że źle ocenił zagrożenie, sięgając po barierę zbyt słabą; ta rozpierzchła się pod uderzeniem wiatru, który następnie uderzył go w klatkę piersiową, podciął nogi i pozbawił równowagi, posyłając prosto na ścianę za plecami. Wylądował twardo na posadzce, z różdżką wciąż ściskaną w dłoni, którą zdołał skierować na ścianę obok i utworzyć w niej drzwi, ale nim mógłby do nich ruszyć, policjanci weszli dalej do maleńkiej toalety. Jeden z nich machnął różdżką, rzucając niewerbalne zaklęcie, które sprawiło, że po ciele Reggiego rozpierzchło się nagłe ciepło – a gdy spojrzał na swoje dłonie (smukłe, o długich palcach, nienależących ani do niego, ani do Małego Jima), zorientował się, że ściągnięto z niego zaklęcie. Drugi z funkcjonariuszy wycelował koniec różdżki w jego klatkę piersiową. – Expelliarmus – wypowiedział pewnie, a promień – niezwykle silny – pomknął prosto w stronę Reggiego. – To koniec, nie masz dokąd uciec. Rzuć różdżkę – powiedział stanowczo. Drugi z policjantów, który przez chwilę przypatrywał się Reggiemu uważnie, sięgnął dłonią do brody. – A niech mnie galopujące hipogryfy podepczą – mruknął, zwracając się do swojego towarzysza. – To on – to ten członek Zakonu, którego szuka całe ministerstwo – powiedział, początkowo z niepewnością w głosie, która jednak wraz z każdą sylabą przeistaczała się w niezbitą pewność.
Reggie, na wpół siedząc, na wpół leżąc na posadzce, nie był w stanie spojrzeć w żadne z zawieszonych wyżej luster, wciąż nie wiedział więc, o jakiego członka Zakonu Feniksa chodziło – był jednak w stanie usłyszeć wszystko, co działo się w głównej sali: do jego uszu dotarł najpierw wybuch, później kilka podniesionych krzyków; później znów coś wybuchło, co najmniej dwa zaklęcia uderzyły w ściany, ktoś krzyknął, domagając się spokoju. Na korytarzu obok rozległo się tupanie – poruszały się z nim trzy osoby, z których jedna musiała albo mieć wyjątkowo pokaźną nadwagę, albo w pełni nie była człowiekiem – bo jej kroki były ciężkie, dudniące, wprawiające w drżenie posadzkę pod plecami Reggiego.

Wykonane rzuty: confringo, commotio x5 (...), finite incantatem, expelliarmus

Reggie, Protego nie zostało uznane, gdyż broniłeś się przed zaklęciem obszarowym – przed którym, zgodnie z mechaniką, broni Protego Maxima. Expelliamus leci z mocą ponad 100 oczek.

Reggie – przez 2 kolejne tury nie jesteś w stanie korzystać z metamorfomagii, tj. zmienić w żaden sposób swojego wyglądu

Część posta dla Rain została przesłana drogą prywatnej wiadomości

Jeśli kogokolwiek pominęłam, kajam się i proszę o informację.

Poniżej znajduje się (poglądowa) mapa głównej sali. Kropki fioletowe oznaczają funkcjonariuszy magicznej policji. Kropki żółte to pozostałe postacie npc, wskazane w poście. W sali znajdują się trzy pary drzwi: na dole, wychodzące na portową alejkę; na górze, prowadzące do bocznej sali, z której następnie można przejść do toalety (w której znajduje się aktualnie Reggie - stąd brak na mapce); za barem, prowadzące na zaplecze. Na ścianie po lewej stronie oraz na dolnej zaznaczone są okna. Jeśli jakieś oznaczenia są nieczytelne lub niekompletne, proszę o informację.

Na sali jest na tyle jasno, że wszyscy widzicie swoje twarze i jeśli się znacie, jesteście w stanie się rozpoznać.

(mapa powiększy się po kliknięciu)
Sala główna - Page 18 DEeKUkl


Aktualnie działające substancje i zaklęcia:

Celine - esposas
Hagrid - esposas
Reggie - zaklęcie kameleona (1/5, ST dostrzeżenia: 52)
Johnatan - silencio
porta creare - 1/1

Rain - wróżkowy pył (3/3)
Celine - wróżkowy pył (3/3)

Yvette - upojenie alkoholowe (-10 do rzutów; kara będzie zmniejszała się w miarę trzeźwienia)
Johnatan - upojenie alkoholowe (-5 do rzutów; kara będzie zmniejszała się w miarę trzeźwienia)

Żywotność:

Reggie - 180/219 (-5) (20 - złamane żebro, 19 - tłuczone) (zablokowana zdolność do przemiany: 2/3)
Celine - 197/227 (-5) (30 - wychłodzenie)
Rain - 185/205 (20 - wychłodzenie)
Yvette - 195/210 (15 - wychłodzenie)
James - 200/220 (10 - psychiczne, 10 - tłuczone)
Johnatan - 188/208 (20 - tłuczone)

Czas na odpis wynosi 72 godziny, ale jeśli potrzebujecie z jakiegokolwiek powodu rozbić swoje działanie na dwa posty oddzielone postem uzupełniającym, to jest taka możliwość - dajcie mi tylko znać, że takie uzupełnienie jest potrzebne.

Wszelkie błędy, pominięcia, potknięcia, wątpliwości zgłaszajcie proszę do mnie drogą prywatnej wiadomości (na konto Williama) lub na discordzie.  
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]11.04.21 1:42
Widział Zlatę, choć nie słyszał wymienianych między nimi słów, nie wiedział, co goblinka zrobiła z młodym, ale zdał się utracić gniewny ton; heroiczny zryw Hagrida został ukrócony przez komendanta, którego reakcja musiała wywrzeć wrażenie, sprawiając, że lęk nieprzyjemnie otulał cale ciało. Zdawał się nie być dowódcą z przypadku, nawet jeśli umiejętności jego ludzi nie przeczyły wcale jego wcześniejszym słowom - tym razem powstrzymał jednak cisnący się na usta komentarz, chaos sprzyjał ucieczce młodego - lada moment dostrzegł go nieopodal, tuż przy oknie. W potrzasku: hak przytrzymujący okno ni myślał puścić. Obejrzał się przez ramię na drugiego z marynarzy, ale rutynowe przesłuchanie nie zdawało się mknąć w niepokojącym kierunku. Desperackiego żądania pomocy nie zamierzał puścić mimo uszu. Przemknął w stronę chłopca, by znaleźć się tuż pod oknem - nie było czasu do namysłu. Marcel niewątpliwie był od niego znacznie silniejszy, ale nie był pewien, czy to wystarczy, by poruszyć zardzewiałym hakiem. Tak czy inaczej, spróbował, podważyć, przecisnąć go w górę, mniej zwracając na siebie uwagę, jednocześnie pchając ramy okna drugą dłonią - co sił - miał wrażenie, że w nerwach trzęsły mu się ręce, ale w próbach nie ustawał, starając się włożyć w to tyle siły, ile rzeczywiście było konieczne; być może hak zdoła puścić, być może nie, wówczas gotowy będzie próbować wyłamać go ze starego drewna i wypchnąć je na zewnątrz siłą, otwierając młodemu przejście ku wolności - nie myśląc przy tym zbyt dużo. Nie wiedział, kim był, nie wiedział, czego tu szukał, ale nienawiść w jego oczach, którą dostrzegł, kiedy trzymał jeszcze jego nóż zdradziła, jakie targały nim emocje - kim potencjalnie mógł być, a z pewnością - co mogło mu tutaj grozić. I czymkolwiek to było - młody na to nie zasługiwał. Mógł tylko podejrzewać, że nie miał wymaganych dokumentów. Nogą starał się odnaleźć swój nóż i przydeptać go stopą, skryć pod podeszwą, ostatecznie odbierając go chłopcu, choć ten nie wyglądał już, jakby mu na nim zależało.
- Szybko - zwrócił się do niego szeptem, nie był pewien, czy zamieszanie zdoła trwać tak długo, aż upora się z oknem - ale zamierzał to zrobić mimo to, przynajmniej spróbować. Kątem oka dostrzegł tego, którego wyprowadzili spod schodów: stąd jemu już pomóc nie był w stanie. Nie powinno było go tu być. Miał chociaż dokumenty?
I dopiero wówczas usłyszał głos komendanta, który ich los pozostawił w rękach jego ojca. Przerażone spojrzenie odnalazło sylwetkę Jamesa, potem sięgnęła oczu Corneliusa, nie powiedział jednak nic, wiedząc, że niewiele powiedzieć, zrobić, już mógł. Odnalazło twarz Celine, Hagrida, Bojczuka i pozostałych, których przesłuchanie zarządzono. Dlaczego nie chciała uciekać? To wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby od razu spróbowali uciec. Pamiętał, jak potraktowano go na komisji, tutaj prawda też nie będzie miała znaczenia. Liczył się tylko zamordyzm porąbanego rządu, który od dziś miał mieć twarz jego równie porąbanego ojca.

na sprawność chyba rzucam?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Sala główna [odnośnik]11.04.21 1:42
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 16
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]11.04.21 13:05
Podjęcie decyzji i dotarcie do okna nie zabrało Marceliusowi dużo czasu - doskoczył do niego w jednym susie, chwytając za metalowy hak. Chłopiec, nieco zaskoczony, w pierwszej chwili wyglądał, jakby miał zamiar zaprotestować - ale dostrzegając zamiary Marceliusa, przesunął dłonie, robiąc mu miejsce. Metalowe zamknięcie wydawało się zablokowane na dobre, przy początkowej próbie nie poruszyło się ani na milimetr - ale popchnięcie okiennic na zewnątrz zniwelowało nieco siłę ściskającą metalowe części; Marcelius, znacznie silniejszy od drobnego chłopca, podwadził hak raz jeszcze i wtedy poczuł, jak puszcza - zardzewiałe fragmenty zgrzytnęły, po czym całość odskoczyła gwałtownie a okno otworzyło się na zewnątrz; twarz Marceliusa owiał powiew portowego powietrza, chłodnego, wilgotnego. Za oknem, wychodzącym na portową alejkę, wydawało się być pusto.

Wszyscy, którzy wcześniej przyglądali się chłopcu - Philippa, Celine, Zlata i Rain - byli w stanie dostrzec, co działo się pod oknem.

To tylko post uzupełniający, kolejka toczy się bez zmian.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]11.04.21 14:16
Opuścił nieprzyjemne mury Ministerstwa Magii nagle, tracąc je z oczu gwałtownie, a wraz z nimi poczucie, że był tam z nim, w nim, w ten oślizgły, nieprzyjemny sposób. Zamrugał kilkukrotnie, patrząc przed siebie, na niego, na tego gnojka, podłą szumowinę, próbując zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Żołądek podskoczył mu do gardła, a krew odpłynęła z twarzy. Ćmiący, dręczący ból głowy utrudniał myślenie, koncentrację; przez niego wszystkie dźwięki stały się ostrzejsze, gwałtowniejsze, a panujący wokół chaos niemalże nie do zniesienia. I choć był przekonany, że to huk go zbudził, wyrwał ze wspomnień, nie był w stanie dojrzeć jego źródła. Zamiast tego poczuł jakby dostał obuchem w głowę, jeszcze raz, na chwilę całkiem go dezorientując. Odruchowo złapał się obiema rękami za głowę, patrząc przed siebie, twarz wykrzywiając w grymasie, choć nie był pewien, którym bólem był spowodowany, wszystkie zbiły się w jedną, bezkształtną masę, zalewającą go falą ciepła i zmęczenia, wciskając stopy w drewniane deski pod naporem swojej olbrzymiej ciężkości. Kiedy spojrzał na swoje dłonie ujrzał na nich krew. Wszystko działo się szybko, za szybko, by mógł zdać sobie sprawę o swoim położeniu. 
Krzyk komendanta sprowadził go na ziemię, jednocześnie pozwolił zrozumieć, że nikt go już nie trzymał, a wszyscy funkcjonariusze wpatrywali się prosto w niego. I on też na niego popatrzył, natrafiając po drodze na Sallowa. Miał ochotę napluć mu w twarz. Nie, miał ochotę napluć na niego, a potem kopnąć go prosto w twarz. Mocno, tak aby za pomocą własnego buta pokazać mu, jak wielki ból odczuł, jak paskudnie poczuł się, kiedy przystawił mu różdżkę do skroni. Patrzył na niego, wracając do rzeczywistości. Słyszał słowa Arnolda, mieli wyprowadzić Hagrida, Celinę. Mieli ich aresztować. Pracowników, nie byli pracownikami. On i Marcel. Gdzie był jego przyjaciel w tej chwili? Nie był w stanie objąć go wzrokiem. Obrócił głowę w lewo, kątem oka dostrzegając tylko, że policjanci prowadzili jakiegoś chłopca, ale był pewien, że go nie znał, nie poświęcił mu więc nawet chwili więcej. Potem obrócił się w prawo, widząc, jak Marcel przesuwa gdzieś do tyłu. Podążył głową za nim. W stronę okna. Okna. Ktoś chyba przy nim stał. Chłopiec spod stołu? Wciąż był nieco zdezorientowany. Nie miał czasu się zastanawiać, co zaszło przed chwilą. Cofnął się powoli, ostrożnie, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Mętnie popatrzył na Sallowa wciąż, dochodząc do wniosku, że to jedyny moment, ostatnia szansa. Zawieszone w powietrzu miedzy nimi pytanie przesądziło o wszystkim. Nie wierzył, że ten drań czegoś nie wymyśli, po prostu puści ich wolno. I kiedy po tym, jak komendant nakazał ich przeszukać, odwrócił wzrok w inną stronę, zareagował od razu — odwrócił się za siebie, z zaskoczeniem orientując, że to nie Marcel stał tuż za nim, a jakiś chłopak; przyjaciel też tkwił przy oknie. Było otwarte. Bez namysłu ruszył na niego, by go przez nie wypchnąć, wyrzucić, a później samemu spróbować wyskoczyć. Musiał uciekać. Musieli obaj. On i Marcel. Nie mogli tu zostać ani chwili dłużej. Nie dbał o los tego chłopaka, którego prawdopodobnie przy tym potrącił, poradzi sobie. Jakoś musiał. Każdy orze jak może. Mógł ruszyć zaraz za nimi, nie miał jednak czasu na to, by puszczać go jak damę, przodem do wyjścia; musiał mu wybaczyć brak wyczucia i dobrego wychowania.

| ja chyba też na sprawność...


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Sala główna [odnośnik]11.04.21 14:16
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 56
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]11.04.21 22:59
Cichło w niej wszystko, podczas gdy wrzawa ogarniała salę Parszywego Pasażera. Gdzieś z boku zakuty w kajdany Hagrid sięgnął potężnymi dłońmi po krzesło i cisnął nim w zbiorowisko blisko lady, gdzieś niska kobieta szeptała do chłopaczka skrytego pod blatem, gdzieś opuściły ją na chwilę ciepłe dłonie Philippy, gdzieś podniósł się krzyk. Gdzieś zaczęła sączyć się krew. A ona - pozwalała brutalnej niemocy wpełznąć pod skórę wraz z wdychanym powietrzem, bo opór był przecież daremny, nie miała siły, by bronić się przed naturalną koleją rzeczy wiedzioną przez wróżkę. Chwilowe szczęście należało okupić przeciągającym się nieszczęściem, czy nie na tym polegało życie? Kilka euforycznych uderzeń serca zwiastowało ciemne obłoki nadciągających łez, ale Celine nawet nie miała już czym płakać, bo łzy kogoś takiego jak ona zmienić mogły niewiele; piekły jedynie jej własne oczy, nie te, które patrzyły na wielkie krople dotychczas ściekające po policzkach. Każdy tu toczył własny bój, własną małą wojnę, zbyt nią pochłonięty, by pochylać się nad nieszczęściem pobratymców. Pusta i przegrana - oparła głowę o drewniane zwieńczenie jeszcze mocniej. Lady Aquilo, gdzie jesteś? Lady Aquilo, przepraszam. Objęty paniką oddech miarowo stawał się wolniejszy, cięższy, z trudem ulatujący z płuc, kiedy przez zamglone rozmyciem oczy patrzyła na siłą wyważane okno, które niebawem stanęło otworem, wpuszczając do środka odrobinę świeżego powietrza, tak zbawiennego po eksplozji zostawiającej ślady nie tyle na suficie, co przede wszystkim w większości zgromadzonych. A jednak Parszywy tej nocy spłynął krwią. Nie tak gęstą, nie tak ogromną jej ilością, ale to nie zmieniało faktu, że ofiara została złożona. Należało jedynie czekać na wyrok kapryśnych, bezlitosnych bogów.
To bez znaczenia, nad nią wisiał już wyrok, nic tego nie zmieni. Ostatnia uroniona łza była tą, która zgasiła promyk nadziei - tę iskierkę, jakiej Celine nie była w stanie się wyzbyć, nie tak naprawdę. Ale to już koniec, już prawie po wszystkim, właściwie dlaczego z wzejściem słońca miałaby nie dołączyć do ojca na egzekucyjnym szafocie? Co by to zmieniło? Mokrą od łez i rumianą twarz naznaczył uśmiech, ale nie ten promienny, jedynie kwaśny i ledwo widoczny, zrodzony w akompaniamencie niemego parsknięcia.
Niczego by to nie zmieniło.
Klatkę piersiową przeszył krótki nerwoból przypominający o tym, że jednak wciąż żyła, uparcie tu i teraz, pogrążona w pół-śpiączce, nieprzytomnie obserwująca to, co działo się przy otwartym oknie. Kto skorzysta, kto się wstrzyma? Uciekaj, Marcel, ale, błagam, choć raz spójrz na mnie przez ramię zanim rozmyjesz się w zimnym, listopadowym powietrzu. A może nigdy cię tu nie było? Uśmiech znikł z sinych warg, dobrze, nie pasował do niej, zbyt oschły i fatalny względem zazwyczaj towarzyszącej jej aury niewinności, czegoś, co przypominać mogło leśną nimfę, nie człowieka. Dziś miało przypominać tylko skazańca.
- Dzwonu dźwięk wodny opuszcza grób - zanuciła nagle, cicho i nader słabo, tylko i wyłącznie do siebie. Do swoich myśli i wspomnień, które teraz pragnęła zostawić daleko za sobą. Po co jej one? Nie przysporzyły dotychczas nic innego jak tylko następnych fal bólu i tęsknoty do czegoś, co nigdy miało nie wrócić. Nawet na nie nie miała już siły. - Wszystkim nam zew szkwał niesie śpiew - uciekaj, Marcel. Nie, jednak nie oglądaj się za siebie. Świat wokół jej głowy zawirował niebezpiecznie; podnieść się, wychodzimy, pomóż jej, nie rozumiała bełkotu, bo ten w jej rozumieniu nie składał się w słowa, a w mowę prastarą, której nauka zajęłaby długie lata i niemożebnie wymęczyła. Nie dzisiaj, może po drzemce. - Kurs obierz gdzie twój... - dom. Ten przedziwny budyneczek na przedmieściach Londynu, który zajęto w imię zadośćuczynienia za grzechy; gdzie wyrżnięto hodowlę dirikraków i na zawsze zgładzono zapach niedzielnego ciasta ze śliwkami. Lubisz śliwki, Corneliusie? Mogłam zapytać cię o to kiedy wdarłeś mi się do głowy i zdecydowałeś, że zabierzesz mi nawet to, tę namiastkę codziennej normalności. Celine balansowała już na granicy świadomości i jej braku, niepewna, w którym momencie odchyliła się do tyłu i osunęła po drewnianej balustradzie wspierającej scenę, zalegając całą sobą na zimnych kamieniach, trochę nierównych, trochę chropowatych, ale to nic. Zemdlała? Nawet tego nie była już pewna, gdzie właściwie kończyło się istnienie, a zaczynało limbo? Oczy miała zamknięte, oddech powolny ale nierówny, usta sine, ręce i nogi czerwone od zimna. Wysoką ceną okupiła wcześniejsze zrywy emocji, teraz zaś ich kompletny brak, zagubiona w odmętach własnej głowy, już zupełnie bezsilna, słaba, zrezygnowana. Jak brzmiał tytuł tej ryciny, która kiedyś tak bardzo zapadła jej w pamięć? Ach, no tak. Kiedy rozum śpi, budzą się demony.


she turned her face up

to the starlit sky

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Sala główna [odnośnik]12.04.21 9:01
W ciszy pomknęła w stronę zaplecza z policjantem u boku. Wciąż się martwiła i wciąż nie wiedziała jak wyplątać z całej tej sytuacji swoich pracowników. Wyszła z Sali tuż przed najgorszym momentem. Akurat przeglądała grzbiety i pierwsze strony zeszytów i książek, w których odnotowywała wydatki, przychody, obecności i adresy, kiedy usłyszała eksplozję. Na dźwięk huku podskoczyła wyraźnie przerażona i wypuściła kilka książek z dłoni. Z zaskoczeniem spojrzała na policjanta. Czy ktoś właśnie zamierzał wysadzić jej lokal? Jej lokal?! Na Merlina! W jej oczach pojawił się strach. Jedynie ponaglenie przywróciło jej skupienie na tym, co było ważne. Wzięła odpowiednią księgę, wstawiła ją pod pachę i wróciła do Sali, żeby zauważyć zagęszczenie wokół komendanta, Sallowa i Hagrida.
N…ni… – miała już prosić o to, żeby policjant nie rzucał żadnego zaklęcia, ale nie zdążyła, a i z przerażenia odezwała się zbyt cicho.
Spojrzenie utkwiła na komendancie, który nagle wrzasnął. Teraz jednak nie podskoczyła, stwierdzają, że i on przypominał jej młodych mugoli z Niemczech z lat trzydziestych. Pierwsze, co dostrzegła to krew, która zaczęła sączyć się z jego policzka. Natychmiast rozejrzała się po pozostałych, chcąc zrozumieć co dokładnie się stało, kiedy na chwilę znikła za drzwiami. Na Merlina, zamkną jej lokal, pomyślała zaraz za tym. Nabrała powietrza, bo chciała zapanować jakoś nad swoim zdenerwowaniem. Pierwsze co przyszło do jej głowy to sięgnąć do blatu po białą płócienną chusteczkę, którą wyciągnęła w stronę Montague’a. Musiała zrobić cokolwiek, co złagodziłoby jego reakcję. Ale… było chyba za późno.
Jego słowa i ton z jakimi przemawiał sugerował, że nie zamierzał dać się udobruchać. W żaden sposób. Zerknęła jeszcze raz w stronę pozostałych i odetchnęła ciężko.
Schade – mruknęła jedynie po niemiecku, stwierdzając stan rzeczy. Szkoda, że zwyczajnie nie mogła złagodzić sytuacji. Nie podobała jej się idea bycia przesłuchaną w Tower. Nie, kiedy miała złe wspomnienia co do przesłuchań w ogóle. – Panie Montague… – zaczęła mimo wszystko, ryzykując pierwszy raz od dłuższego czasu. – Wiem, że na to jest za późno, ale… Rubeus Hagrid jest jedynie olbrzymem… głupim półolbrzymem… – starała się usprawiedliwić swojego pracownika. Z całą pewnością, nie chciała obrażać Hagrida, ale chwytała się już czegokolwiek, by złagodzić jego karę. – Ktoś musiał go namówić do takich działań… z całą pewnością – ciągnęła, przyglądając się jak trójka policjantów wyprowadzała Rubeusa. – Jestem pewna, że to mój mąż czegoś mu nagadał… proszę, niech Pan ma to na uwadze. To jedynie głupi olbrzym… – westchnęła ciężko. Brzmiała pewnie. Hagrid zaprowadzał porządek w jej Sali. Mąż niszczył z kolei to, co ona próbowała stworzyć za każdym razem. Bez niego ten lokal byłby porządnym miejscem, a nie portowym rajem dla przeklętych pijanych marynarzy. Mąż zniszczył jej sny przed latami, więc zamierzała się na nim odegrać za wszelką cenę.
Jej wzrok padł na młodego chłopca, który został przyprowadzony przez kolejnego policjanta. Nie znała go, choć widywała go dość często na ulicach. Aresztowanie Bojczuka wyraźnie ją zaniepokoiło, choć… to, co mówił prowadziło go od samego początku w tarapaty. Głos komendanta sprawił, że ponownie na niego spojrzała.
Proszę… – odpowiedziała jedynie wręczając księgę mężczyźnie, choć jej słowo mogło mieć dwa znaczenia. Albo uprzejmie oddawała dokumenty i informacje, albo uprzejmie prosiła o to, żeby miał w głowie jej słowa dotyczące Hagrida. Za tym poprawiła swoją czarną chustę wokół ramion i westchnęła ciężko, ale widząc Philippę, natychmiast ją ściągnęła i wyciągnęła w stronę komendanta.Czy mógłby Pan być uprzejmy i podać chustę mojej pracownicy? – Zapytała uprzejmie i wskazała na Moss.

| Spostrzegawczość



nectar and balm
Dorothea Boyle
Zawód : Szefowa Parszywego; tarocistka
Wiek : 47
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Nie patrzcie na mnie, żem śniada, że mnie spaliło słońce.
Śniada jestem, lecz piękna.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8286-matilda-dorothea-boyle#239983 https://www.morsmordre.net/t8307-friedel https://www.morsmordre.net/t8306-pani-boyle#240503 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8309-skrytka-bankowa-nr-1867#240509 https://www.morsmordre.net/t8308-d-boyle#240506
Re: Sala główna [odnośnik]12.04.21 9:01
The member 'Dorothea Boyle' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 42
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]12.04.21 17:21
Poczuł, że jest w stanie spędzić w umyśle chłopca więcej czasu i z upodobaniem chłonął wszystkie wrażenia. Nie śpieszył się, czemu miałby się śpieszyć? Był otoczony kordonem elitarnego, zdawało mu się, oddziału. Oficjalnie przesłuchiwał chłopaka, który zawinił tylko bezczelnością - spełnienie marzeń!
Aż nagle coś przeraźliwie huknęło - co...? To przecież nie był wybuch we wspomnieniach chłopaka, na które Sallow zdołał jedynie rzucić ostatnie spojrzenie, zapamiętując Gladys, tego faceta, którego imię (H...coś?) pamiętał jedynie mgliście, oraz strażników podobnych z twarzy do nikogo.
A potem, bardzo niechętnie, dał się pociągnąć ku rzeczywistości. Dosłownie - ktoś chwycił go za ramię, jak śmiał?, ale wtem przed twarzą przeleciała mu noga krzesła (?!), w policzki uderzyły jakieś drzazgi.
Co...?! Czasem po legilimencji bywał odrobinę oszołomiony, jakby budził się w gorszej, szarej rzeczywistości - ale ta rzeczywistość była bardziej szalona, niż zapamiętał.
Zamrugał, usiłując złożyć rozgrywające się wydarzenia w jakiś logiczny obraz, aż kątem oka dostrzegł Arnolda Montague, który najwyraźniej zepsuł mu zabawę, ale zarazem uratował życie. Po raz pierwszy skrzyżował też spojrzenia z jasnowłosą barmanką - czy on ją skądś znał? Nieważne, na razie.
-Dziękuję. - wychrypiał z wdzięcznością do komendanta, choć na usta cisnęło mu się pytanie, kto właściwie pozwolił tutaj komuś rzucać krzesłami bądź je wysadzać. Zanim zdążył je zadać, po sali zaczęły latać pioruny, dosłownie! Cornelius spojrzał z niedowierzaniem na ten popis zepsucia podstawowego uroku, na ten obrzydliwy chaos (nienawidził chaosu), aż pokręcił głową i przeniósł wzrok na Montague.
-Myślałem, że tym razem mieli nam towarzyszyć kompetentni ludzie. - szepnął do komendanta, cicho, by jego słowa usłyszał jedynie Montague. Obiecywał mu w końcu w liście, że taka sytuacja jak pierwszego października już nigdy się nie powtórzy, a tymczasem to właśnie błąd policjantów pozwolił wtedy Celine się wyrwać. Cornelius nie był zły, nie na Arnolda, ale był zawiedziony.
-Brakuje wam środków? - uświadomił sobie nagle. Czy Minister Magii powinien o tym wiedzieć, a Walczący Mag przeprowadzić rekrutację kompetentnych czarodziejów? Merlinie, co jeśli wszyscy zdolni ludzie zostali szmalcownikami, a w policji pozostali jedynie frajerzy pod komendą biednego Arnolda?
Pytanie samego komendanta wyrwało Corneliusa ze zdezorientowanego oburzenia, przypominając, że miał zająć się kolegą Marceliusa - miał już zresztą ułożone przekonujące kłamstwo, które zapewniłoby mu chwilę rozmowy z młodym.
-Pierwszego października go tu... - nie było, zaczął mówić lekko podniesionym głosem, tak aby brunet (James) był świadkiem jego miłosierdzia, ale zerknął na młodzika kątem oka i ze zdziwieniem uświadomił sobie, że faktycznie go tu NIE BYŁO. Komendant ani James nie mieli się już dowiedzieć, co chciał powiedzieć Cornelius o pierwszym października (którego zresztą nawet nie oglądał). Sallow dostrzegł, że smarkacz UCIEKA, na domiar złego jego własny syn UCIEKAŁ, czy te dzieciaki były zupełnymi idiotami?! Na domiar złego, w uszach dźwięczał mu śpiew Celine, czy nikt jej w końcu nie uciszył?!
Poczuł zimną złość, jak zawsze w chwilach, gdy sytuacja wymykała się spod kontroli.
-Glacius. - warknął lodowato, celując w podłogę pod nogami uciekinierów przy oknie, a konkretniej Jamesa.

James i Marcel stali tuż przede mną, więc zakładam, że trudno nie zauważyć że/gdzie zniknęli - w razie jakby jednak nie, proszę o informację
Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Sala główna [odnośnik]12.04.21 17:21
The member 'Cornelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 97

--------------------------------

#2 'k8' : 2, 7, 8, 7, 8, 3
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala główna - Page 18 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Sala główna [odnośnik]13.04.21 22:41
Stała tam. Wilgotne lekko palce zdawały się pamiętać łzy Celiny. Jej zduszony, cichutki głos docierał do niej jak przez mgłę, choć przecież strzegła jej dzielnie, nie pozwalając, by funkcjonariusze rozdeptali ją jak karalucha. I to nic, że była jak ten motyl i zdecydowanie powinna znaleźć się w jakimś lepszym miejscu – nie w tym dokowym bagnie. Tkwiła tutaj, oni wszyscy pod jednym dachem, przyjaciele i rodzina. Duszeni i przesłuchiwani. Zmuszano ich do prawd, które oznaczały zdradę wobec bliskich. Różdżki policjantów nie stygły, ale nie zatrzymywały się też pewne serce portowej świty. Zdesperowany Rubeus użył tej ostatniej broni, by rozbić sieć wijących się przy przyjaciołach psów. Chyba nie zapamiętała dokładniej kolejności tego, co się wydarzyło potem. Świsty różdżki, krzyki i ostre nakazy. Poruszenie i kompletny chaos. Jeszcze bardziej ucichła pieśń baleriny, która przy jej łydkach traciła coraz więcej sił. Spróbowała czujnie znaleźć jakąś lukę, spróbowała wybrać tego, któremu należało pomoc. I musiała jeszcze przetrwać, nie stracić zrozpaczonej Celiny, nie spuszczać z oka Rubeusa. Czy jednak to było wciąż możliwe? Fruwające krzesło rozpętało piekło, przed którym nie uchroni ich nawet matczyne oko pani Boyle. Z grania na czas i marnych prób negocjacji doszło do masakry. Zaklęcia, popłoch, poruszenie i polecenie za poleceniem. A każde kolejne godziły w stado portowych towarzyszy. W którą stronę powinna ruszyć? Czy do Johnatana, na którego spoglądano coraz groźniej, który zapewne noc spędzi w areszcie? Do biednego Hagrida, dla którego już wcale nie było nadziei? Do tego knypka, który wypełzł ze stołu i próbował nawiać, ściągając przy okazji Marcela? A może do pani Boyle, która traciła resztki argumentów, gdy krzesło roztrzaskało się w powietrzu? Drgnęła jej dłoń, niebezpiecznie, nieprawidłowo. Umysł wołał o działanie, a ciało wydawało się przez te chwilę zupełnie zaklęte. Należało chronić swoich, chronić i dbać o to, by cierpieli jak najmniej.
- Hej, panie władzo – zawołała mimowolnie, zwracając się do gliniarza, który po drugiej stronie stołu trzymał wyciągniętego spod schodów młodzieńca. Znała go. Wiedziała, że dobre to było dziecko, poczciwe. Swoje. Nie zasługiwał na to, by gnić w tej celi. Był niewinny. Nie wiedziała o tym, co mógł roznosić w porcie, ale znała jego rodzinę. Mieszkał niedaleko niej. – Puścicie tego dzieciaka. Jest niegroźny, to dobry chłopak. Pewnie się po prostu przestraszył… Nie jest przestępcą, szkoda czasu – wymówiła miękko, szczerze, będąc pewną tego, że ze wszystkich ludzi zgromadzonych tutaj akurat ten młody miał najmniej za uszami. Coś jednak zaraz dało jej do myślenia. Widziała, że mężczyzna próbował odzyskać tlącą się zawartość torby. Pojęła dość szybko, że musiało się tam znajdować coś, co nie powinno wpaść w łapska policji. W przelocie tylko objęła ciekawskim okiem twarz gówniarza, a potem powróciła znów do szanowanego służbisty, który tak sumiennie wypełniał swoje obowiązki. Kolejna marionetka komendanta i pieprzonego ministerstwa. Może należało go trochę rozproszyć, by zapomniał o tej cholernej torbie. – Mógłby pan w tym czasie zająć się czymś… innym – kontynuowała, a jej palce przemknęły po kawałku stolika, jakby w stronę sylwetki funkcjonariusza, ale nie zdążyła dokończyć, bo już za chwilę otrzymała wyraźne polecenie zajęcia się Lovegood. A więc to tak. Tak skończą? Jeszcze jedno przesłuchane, jeszcze jedno wspomnienie z tej chłodnej celi. Wszystkich ich mieli za społeczne zakały i nikomu z nich nie byli gotowi uwierzyć.
Powróciła do słodkiej Celiny, by spróbować jej pomóc, ale ta zdawała się leżeć już całkiem bez życia na tych drewnianych deskach. Ustały płaczliwe ballady baleriny. Leżała tam – jakby bez życia. Philippa zareagowała szybko i niemal natychmiast kucnęła przy dziewczynie. Obróciła głowę w stronę tamtego policjanta, a potem poszukała spojrzenia i tego drugiego, który znajdował się blisko. – Pomóżcie! – zareagowała głośniej, dość dramatycznie. No co tak stoicie? – Celine chyba zemdlała, nie reaguje… - mówiła przestraszona, a w tym czasie jej dłonie mknęły po tak chłodnych i wiotkich ramionach. Nad nieruchomym ciałem szeptała wciąż jej imię. – Ta blondynka, Yvette. Jest uzdrowicielem. Wezwijcie ją, wezwijcie, zanim ta dziewczyna umrze - wezwała policjantów, gorączkowo poszukując jakiegoś rozwiązania. Celine zdawała się być martwa, całkiem nieobecna. Odlatująca gdzieś w swój niepojęty świat baśni, do którego nie umiała teraz przedostać się Philippa. Mimo to barmanka nie zamierzała się poddać i tak po prostu pozwolić jej umrzeć. Nie tak, nie w tych nędznych okolicznościach. Nerwowo potrząsała ramionami Celiny, łudząc się, że ta nagle po prostu otworzy powieki i wróci do nich. W tym dramacie nie spostrzegła momentu, w którym zniknął Hagrid.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss

Strona 18 z 20 Previous  1 ... 10 ... 17, 18, 19, 20  Next

Sala główna
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach