Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Pokój 6

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej
Pokój 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Pokój 6 Empty
PisanieTemat: Pokój 6   Pokój 6 I_icon_minitime05.04.15 22:16

Pokój 6

Pokoje w Parszywym Pasażerze wynajmowane są przez osoby, którym nie przeszkadza brak luksusu, chcą oszczędzić ostatnie srebrne monety w sakiewce, czy też schować się przed światem. Najczęściej trafiają tutaj lokalni rybacy po męczącym dniu pracy i podróżni marynarze, którzy przycumowali na jedną noc w pobliskim porcie, a odpoczynek na stałym lądzie jest miłą odmianą od kołyszącego się statku... A może po prostu upojeni ognistą whiskey nie są wstanie trafić z powrotem? Na szczęście lokal oferuje lepsze warunki noclegowe, niż można by się spodziewać po widoku głównej sali. Jeżeli nie przeszkadza ci twardy materac, cienka kołdra, z której wylatują, nawet przy najmniejszym ruchu, pozostałości gęsiego pierza, a także doskonale słyszalne marynarskie pieśni i awantury, bez problemu się tutaj odnajdziesz. Pomimo że pokój nie ujmuje za serce swoim urokiem, właściciel gwarantuje, że na łóżku można wypocząć bez obaw o złapanie wszy.


Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
Ain Eingarp

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Pokój 6 3baJg9W

Pokój 6 Empty
PisanieTemat: Re: Pokój 6   Pokój 6 I_icon_minitime11.11.17 14:49

Wychodzę z domu tak, jak stoję - nie mam ze sobą żadnych bagaży; torba marynarska, którą Charlie porzucił, podobnie jak karierę na statku leży pewnie smętnie w piwnicy, a mi nawet cienki płaszcz z taniej wełny, jaki matka odkupiła od domokrążcy zdaje się zbędny. Chcę jak najprędzej zniknąć, by już nigdy mnie znaleźli. Wiem, jakie niebezpieczeństwa czyhają na młode panienki na londyńskich ulicach - widzę przecież zniszczone życiem kobiety, omijam wzrokiem pijanych, szczerzących się mężczyzn, słyszę plotki koleżanek ze szwalni, obserwuję,, jak jedna czy druga mimowolnie się zmienia, pęcznieje, a spod znoszonych sukien wyłania się ciążowy brzuch. Wierzę jednak, że ja będę inna, że sobie poradzę: starczy, że zaszyję się gdzieś na ten jeden wieczór, poszukam skromnej stancji w bezpiecznej dzielnicy i wszystko będzie dobrze. Powtarzam te uspokajające słowa jak mantrę: przypomina mi to dziecięce zabawy na wsi i wieczorne łapanie świetlików do pustych słoików, by straszna noc nie była już przerażająca, tylko magiczna. Z odległej perspektywy wydaje mi się to igraszką, lecz im bliżej zerkam na plan, realizowany, gdy szybkim krokiem, podobnym bardziej do biegu niż marszowego tempa, przemierzam kolejne przecznice, stukając o krzywy bruk niewysokimi obcasami. Kałuże na ulicach odbijają moje wylęknione oblicze, ale nie mogę zatrzymywać się przy nich na dłużej. Grozi to niebezpieczeństwem, nie wiem, czy to paranoja, ale czuję czyjś oddech na karku. Dzielnica portowa sugeruje ogorzałego wilka morskiego - czy po prostu, opoja, który zaciągnął się na statek, na morzu zwija żagle i wykonuje fizyczną pracę, a na lądzie dokonuje tego, czego brak mu na łajbie. Truchleję, lecz to tylko wiatr zawiewa ostrzej, łaskocząc mnie w szyję; oddycham z ulgą, choć i tak marynarz byłby lepszy niż mój ojciec lub brat. Nigdy im nie daruję, że sprzedali biżuterię matki i że także m n i e chcieli przehandlować, jak przedmiot z drugiej ręki. Te czasy dla nich się skończyły - ja znakomicie dam sobie radę bez nich, ale oni będą musieli wyzbyć się dawnych nawyków. Ha! Chciałabym zobaczyć, jak stary zabiera się do włączenia pralki albo jak Charlie usiłuje usmażyć jajka na śniadanie. Nie stać ich na pomoc domową, a od teraz nie będą mogli liczyć na mnie. Powodzenia, panowie. Uśmiecham się do siebie ze mściwą satysfakcją. Nigdy nie byłam złośliwa, ale czuję niewysłowioną ulgę, że dałam tym patałachom nauczkę. Przypuszczam, że gdyby wiedzieli, gdzie mnie szukać, przyszliby całować mnie po rękach, przepraszać  i błagać o powrót, kiedy tylko zabraknie im czystej bielizny.
Nie stać mnie na nic, ponad pokój w Parszywym Pasażerze i ciepłą zupę - boję się tutejszej kuchni, lecz głód robi z człowieka zwierzę. Szybko przełykam gęstą potrawę, w której pływają kawałki warzyw bez smaku - tutaj nadają go przyprawy. Nie chcę przeginać i zbyt długo czasu wystawiać się na widok postawnych mężczyzn, a jestem tu jedyną kobietą prócz tancerek i kelnerek, który każdy gość tego zacnego przybytku chwyta za tyłek, gdy tylko nadejdzie go ochota. Widzę, że jeden brodacz patrzy się na mnie dość nieprzystojnie i to jest znak, na który czekam. Prędko wbiegam po schodach, zamykam się w skromnym pokoju na klucz i nareszcie, jestem bezpieczna. Zaplatam kasztanowe włosy w prosty warkocz, myśląc, że muszę wydać oszczędności na coś do ubrania - impuls do ucieczki przysłonił mi jednak kwestie praktyczne. Trudno, dziś będę spać w sukni, prostej, schludnej i wygodnej. Rozpinam dwa pierwsze guziki, gdy nagle słyszę donośny huk i nagle, dosłownie znikąd, na środku pokoju materializuje się mężczyzna. Krzyczę zaskoczona, lecz mój wrzask miesza się z jakąś hulaszczą przyśpiewką, dochodzącą z dolnej izby - nikt mnie nie słyszy. Zakrywam usta dłonią, przerażona, już sama nie wiedząc, czym bardziej. Obcy mężczyzna nagle znajduje się w moim pokoju, już sama ta wizja paraliżuje mnie strachem, ale... bardziej boję się tego, skąd on się tu znalazł. To przecież niemożliwe, by spadł z nieba, a nawet jeśli, nad sobą mamy solidny dach - prędko zerkam w górę, chcąc się upewnić co do słuszności mej tezy i czy może lądowanie rudowłosego dżentelmena go nie uszkodziło. Cofam się kilka kroków, gdy ten odwraca się w moją stronę, jeszcze bardziej potęgując mój lęk. Wygląda straszliwie. Ledwo trzyma się na nogach, jego dłonie mają niepokojąco siny kolor, krew odbiegła mu z twarzy i zdaje się, że dziwne, staromodne ubrania, jakie ma na sobie przesiąkły krwią. Poskramiam niepokój i choć mądrzej byłoby uciec albo wezwać pomoc, zbieram się na odwagę i pochodzę do niego, delikatnie sięgając po zimną dłoń.
-Pomogę ci. Musisz tylko zdjąć koszulę - mówię zdecydowanie, matka znała się trochę na lecznictwie i towarzyszyłam jej, będąc dziewczynką - Schłodzimy trochę te oparzenia. I trzeba wezwać lekarza. Masz jakichś krewnych w Londynie? - za dużo informacji, ale nie mogę się powstrzymać przed pytaniami. Staram się nie krzywić, oglądając rany mężczyzny - znosi wiele, zbyt wiele bólu, bym miała go dodatkowo straszyć swymi grymasami - wyliżesz się, ale na pewno zostaną blizny - informuję dziarsko. Boję się teraz tylko o niego, cóż, w takim stanie nawet i morderca nie kiwnąłby palcem.




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej
Pokój 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Pokój 6 Empty
PisanieTemat: Re: Pokój 6   Pokój 6 I_icon_minitime11.11.17 14:58

The member 'Ain Eingarp' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - DN' :
Pokój 6 N2btFvL


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#191134
Zawód : astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Spending all my nights, all my money going out on the town
Doing anything just to get you off of my mind
But when the morning comes, I'm right back where I started again
Trying to forget you is just a waste of time
OPCM : 25
UROKI : 18
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Pokój 6 Empty
PisanieTemat: Re: Pokój 6   Pokój 6 I_icon_minitime13.03.19 16:09

20 września
Doki nigdy nie były miejscem, do którego kiedyś zawędrowałby w pojedynkę. Kiedyś. Teraz jednak nie patrzył na wszystko tak samo, dostrzegając w ostatnich zmianach pożytek dla samego siebie. W okrutny sposób, ale mimo wszystko zostały mu strącone klapki z oczu — nosił je wystarczająco długo. Potrzebował zmian, przekraczania pewnych granic, odcięcia się w pewnym sensie od chłopca, którym był i chociaż kiedyś mogłoby mu się to wydawać lekkomyślne, aktualnie widziane było w świetle doskonałego pomysłu. Głupiego, ale wciąż z zapleczem, którego potrzebował. Teraz albo w przyszłości. Nie było lepszego momentu do wykorzystania i skorzystania na dobijającym go wręcz smutku. Właśnie dlatego pojawił się w dzielnicy portowej, zachodząc aż do doków. Znał to miejsce, chociaż kojarzyło mu się z nieco dziwnym wypadem z Glaucusem, do którego przyjaciel jakoś go namówił. Czy ówczesny Jayden mógł podejrzewać, że kiedykolwiek wróci do tego miejsca z własnej woli? Odpowiedź była bardziej niż oczywista. Nie musiał się nad nią zastanawiać, ale życie płatało różne figle, płynąc swoim rytmem. Wchodząc po skrzypiących schodach na piętro Parszywego Pasażera, Vane nie czuł niepewności. Nie jak przy każdych poprzednich razach. Nie jak za każdym razem, gdy szedł na spotkanie z nią. Pamiętał momenty spędzone z kobietą na przestrzeni miesięcy niczym przez mgłę, lecz jedno co pozostało to ból, który zadawała przy każdej możliwej okazji, gdy wślizgiwała się w zakamarki jego umysłu. Miał się bronić — nie potrafił, jednak to nie w taktyce leżał problem, lecz w nim samym. Wtedy tego nie rozumiał, ale czas miał ukazać prawdę. Gdy tylko myślał o tym smarkatym astronomie, którym był jeszcze parę miesięcy temu, skręcało go od środka. Czy naprawdę musiała zdarzyć się tak koszmarna tragedia, żeby zrozumiał, że świat nie był taki piękny, jakim chciał go widzieć, a obserwacja przez bycie bez przerwy pozytywnie nastawionym prowadziła donikąd? Był słaby, chociaż wydawało mu się, że to w uczuciach odnajdzie właściwą drogę, lecz się mylił. Emocje jedynie odcinały go od rzeczywistości. Rzeczywistości, której potrzebował i której wcześniej nie dostrzegał w jej prawdziwych kolorach. Czy gdyby nie śmierć dziewczyn, przejrzałby? Być może, ale w innych, równie traumatycznych przeżyciach. Wszystko sprowadzało się do tego, że potrzebny był wstrząs do obudzenia się z własnego świata. To przerażało astronoma — jak ślepy i zamknięty był. Jak ograniczony. Nic dziwnego, że miała go dosyć. Ostatnim razem, gdy miał przyjemność się z nią spotkać, nie wiedział jeszcze, że tracił ukochane osoby. Wiedział, że była nim zmęczona, bo postępy, które robił, szły swoim ślimaczym tempem. Nietrudno było zrozumieć dlaczego, ale upór profesora przydać się miał w tym momencie. Znał podstawy, wiedział, na czym polegało wyciszenie się, a teraz miał przejść do końcowej fazy. Czuł, że to musi się udać. Jak nie teraz, to nigdy później. Długo nad tym rozmyślał i słowa spisane na papierze listu, który do niej wysłał, nie były błędem. Najwidoczniej wcześniejsza naiwność profesora miała się teraz opłacić. Wszak wcześniej nie wiedział, co to wyzbycie się emocji, chęć poczucia pustki, zaprzeczenie własnemu istnieniu, ale teraz... Przeszedł każdy z tych etapów bez jednej myśli o tym, by przełożyć to w naukę oklumencji. Musiało minąć odpowiednio dużo czasu, żeby przeszedł przez szok i brak jakiejkolwiek chęci do dalszych dni. Obiecał sobie jednak, że śmierć jednej i drugiej czarownicy nie pójdzie na marne. Złapanie za klamkę pokoju pod numerem szóstym było pierwszym krokiem do ruszenia dalej i spojrzeniu w twarz zmianom. Nie tylko tym, które zaszły dokoła niego, ale również i w nim samym. Uległ przeobrażeniu i właśnie o to chodziło.
- Nie jesteś gotowy. - Lekko zachrypnięty głos rozległ się w pomieszczeniu, gdy tylko przekroczył jego granicę, a drzwi zamknęły się z cichym westchnięciem.
- Długo mnie nie widziałaś - odparł, nie patrząc jeszcze w jej kierunku, ale ogarniając spojrzeniem wnętrze czterech ścian, które mieli wynajmować na tę jedną noc. I możliwe, że jeszcze parę innych. - Zajęłaś się wszystkim? - spytał, dopiero odwracając się ku kobiecie i wbijając w nią wzrok. Skrywała się w kącie, nie pozwalając, by nikłe światło od ulicy rzucało na jej twarz jakikolwiek nawet promień. Mimo to jej wiedział, że jej skóra była czarna niczym heban, a włosy zdobiły siwe pasma.
- Nikt nie usłyszy twojego krzyku - prychnęła, chociaż zanim wstała, mruknęła jeszcze jedno zaklęcie wyciszające, zupełnie jakby chciała się upewnić, że zadbała o wszystko. - W takim miejscu to i tak byłoby bez znaczenia. Znów będziesz marnować mój cenny czas? - spytała, podchodząc do Vane'a. Czarodziej mógł wyczuć wyraźną woń lawendy, którą stara wiedźma tak kochała. Jej mąż również. Fiołkowe oczy wybijały się spomiędzy ciemności, a Jayden i bez dostrzegania ich, wiedziałby, że uważnie mu się przyglądała. Mimo że sięgała mu ledwie do ramienia, władała magią umysłu wprawniej niż jakikolwiek legilimenta, którego spotkał. Parę razy, gdy był młodszy, miał tę przyjemność stać się obiektem jeszcze jednego legilimenty — męża jego aktualnej mentorki, która odziedziczyła ucznia po małżonku. Jego czary jednak nie dorównywały wiedzy kobiety.
- Teraz będzie inaczej - odpowiedział jej bardziej stanowczym głosem niż ten, do którego przywykła. Cofnęła się o krok, ale nie ze strachu. Wiedział, że zaintrygował ją tą zmianą. Milczała jakiś dobry moment, zupełnie jakby obliczała czy naprawdę tym razem mogli pójść o krok dalej niż zawsze. Czuł, jak wędrowała spojrzeniem po jego sylwetce — czytała z niego i w ten sposób? Jaya przeszedł w tym momencie nieprzyjemny dreszcz.  
- Zobaczymy - mruknęła nieprzekonanym tonem i zanim był w stanie zareagować, znane mu zaklęcie przeszyło powietrze i uderzyło go prosto w klatkę piersiową. Vane poczuł, jak w płucach zabrakło mu miejsca na powietrze, a ogromny ciężar osiadł na piersi, uniemożliwiając zaczerpnięcie tchu. Rozpalone igły zaczęły wbijać się w jego umysł, robiąc miejsca dla czegoś okrutniejszego i paskudniejszego — magia drugiej osoby wślizgiwała się w najmniejsze otworki jego wspomnień, chcąc je zainfekować swoją obecnością. Stara czarownica i pokój rozpłynęły się, by zacząć przeobrażać się w nieustabilizowane jeszcze obrazy. Dopiero po chwili z mgieł wyostrzyła się kobieca twarz, patrząca na niego z szerokim uśmiechem. Krótko przycięte włosy opadały miękko na ramiona, a dołeczki w policzkach tylko dopełniały całość obrazu.
- Jeśli chciałeś umówić się z dziewczyną, mogłeś mi powiedzieć od razu. Nie sądzę jednak, by tutejsze towarzystwo było dla ciebie odpowiednie, wiesz?
- Szukałem naszego miejsca spotkania, ale zupełnie się zgubiłem. Więc chciałem podpytać tę kobietę, gdzie jestem. Ale skoro już się znalazłaś, to gdzie idziemy?

Słyszał swój głos wyraźnie, a radość i swoboda, która mu towarzyszyła, była mu tak boleśnie obca, że chciał krzyknąć. Zamiast tego jednak czuł, że też się uśmiechał, a w chwilę później Evey wzięła go za rękę i poprowadziła dalej. By rozpłynąć się w dziwnej chmurze, przenosząc Jaydena do kolejnego wspomnienia. Wpatrywał się w niebo, jednak nie to nocne. Był dzień, a on leżał w parku na kolorowym kocu i obserwował płynące leniwie chmury. Czuł ciepło słońca na skórze i czyjąś obecność u swego boku. Było tak błogo i beztrosko. Już zapomniał, że można było się tak czuć. W poprzednim życiu było zupełnie inaczej. Lepiej?
- W ogóle wiesz, że pracuję nad pięknymi kwiatami wielkości parasola?! Jak skończę, to wszystkie kobiety będą mogły wyglądać modnie podczas ulewy! Wybiorę ci taki pasujący do nieba.
Odwrócił głowę, by spojrzeć na uśmiechniętą Pomonę. - Przestań - rzucił we wspomnieniu, lecz głos wydobył się również spomiędzy jego drżących warg. Nie wiedział tego, nie mógł, będąc zamkniętym w pułapce własnego umysłu, pozwalając, by obca osoba miała do nich dostęp. Wspomnienia przyspieszały jedno za drugim. Były tam Grace, Jocelyn, Pandora, a on czuł obecność czarownicy. To jak pałętała się tam swobodnie niczym po swoim własnym terenie. Pozwolił jej na to, jednak nie oznaczało to, że sprawiało mu to przyjemność. Jego oddech gwałtownie przyspieszył, podobnie zresztą jak bicie serca. Legilimentka robiła jednak z nim to, co chciała, a każda próba oparcia się jej magii, była trudniejsza niż cokolwiek innego. Kiedyś oczyszczał umysł, uciekając do sfery kosmosu i niebytu, teraz jednak nie zamierzał opierać się tylko na tym. Ćwiczył, próbując wizualizować tamtejszą pustkę, brak dźwięku — wtedy jednak czuł wszystko. W ostatnim czasie zasmakował jednak w bezkresie zawieszenia własnych emocji, w braku refleksji, w stanach zawieszenia własnej świadomości. Ile razy popadał w marazm? Jeśli właśnie tak wyglądała nieskończoność czarnej dziury i niszczenie osobowości, poznał ją. Odepchnął od siebie wszelkie uczucia, ale to nie wystarczyło. Czarownica jako pierwsza się wycofała, pozostawiając mężczyznę na moment samego ze swoim umysłem.
- Czemu? - spytała po krótkiej chwili milczenia, wpatrując się w niego uważnie. Już nie było na jej twarzy ironii czy kpiny. Było tam coś, czego Jayden jeszcze nie pojmował.
- Dobrze wiesz czemu - odetchnął ciężko, próbując z trudem złapać oddech. Jednak nie zamierzał się poddawać. Musiał, chciał więcej. Musiał zamknąć ten rozdział i nie pozwolić, by to się zmarnowało. Podniósł się na moment z krzesła tylko po to, by przejechać dłonią przez wilgotne od potu włosy i spojrzeć wprost na kobietę. - Jeszcze raz.

7 października
- Ten ból, który cię przepełnia... Pozbądź się go. Ogranicza cię - usłyszał głos czarownicy, gdy zaczęły wracać mu zmysły, a sam ocknął się praktycznie na podłodze. Cały drżał, a pot pokrywał jego skórę, powodując nieprzyjemne uczucie chłodu. Nie pytała, czy potrzebował odpocząć. Wkradła się tam, gdzie chciała. Musiał jej na to pozwolić, ułatwiając wślizgnięcie się do najdalszych zakamarków swoich wspomnień. Zacisnął palce na oparciach starego krzesła, czując, jak cały kręgosłup wyginał się w przedziwny sposób pod naporem magii. Tak jak za każdym poprzednim razem pomieszczenie wraz z kobietą rozpłynęło się, zaciągając go w wir wspomnień. Zobaczył twarz Mii, która niezadowolona z wcześniejszego uścisku, próbowała się odsunąć, ale zaraz potem podarowała mu myślodsiewnię. Bo ten dzień był wart zapamiętania, usłyszał w swojej głowie własne myśli, które towarzyszyły mu tamtego dnia. Kuzynka długo jednak nie pozostała wraz z nim, bo spowiła ją czarna chmura, zabierając Jaydena i gościa dalej. Lub właściwie wcześniej. Glaucus śmiał się głośno, siedząc pod syrenim obrazem w Parszywym Pasażerze i czując się jak ryba w wodzie w dzikim towarzystwie. Przyjaciel również był jedynie urywkiem, gdy zastąpiły go brązowe oczy ładnej, ciemnoskórej Egipcjanki. Wpatrywała się w astronoma z wyraźną błogością i rozczuleniem. A legilimentka szła dalej. Każdy krok naprzód bolał. Każdy moment, w którym rozpychała się między wąskimi tunelami myślowymi, był katorgą. Nieważne jak mocno się starał ją odepchnąć — była tam, nie zamierzając odpuszczać. Im bardziej się opierał, tym ona bardziej nacierała, jednak nie sięgała do tych najintymniejszych wspomnień. Do tych, które wywoływały najwięcej bólu. Zachowywała je na koniec, by go sprawdzić i wiedział o tym. To był sierpniowy dzień. Koniec lata, a cała rodzina Vane gromadziła się w Irlandii, by świętować legendę swego protoplasty. Jayden też tam był, niosąc małego chłopca na rękach. Dobrze pamiętał dlaczego — szukał swojego kuzyna, a ojca malucha, którego najwyraźniej zagubił w całej zawierusze. Zamiast niego natknął się wpierw na Jocelyn, która kręciła się niedaleko chatki. Dreszcz przemknął wzdłuż kręgosłupa mężczyzny. Przestań! Nie! Wiedział, co miało się wydarzyć. Znał to miejsce, znał dzień. To, co się tam wydarzyło, nie zniknąć miało z jego pamięci już nigdy. Właśnie tam zaczęła się droga do jego zmiany. Do bycia kimś, kogo nie znał.
- Właściwie to... to jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać. Znasz Pandorę Sheridan? To chyba jakaś twoja krewna?
Poczuł jak zimny kamień opadł na dno jego żołądka i ciągnął w dół. Dość!, warknął, nie zamierzając pozwalać na to, by czarownica sięgnęła dalej ku temu wspomnieniu. By kazała mu je rozpamiętywać ponownie. I tak bez niej mielił to bez końca, dzień za dniem. Niczym mantrę. Jayden zagryzł wargi, starając się za wszelką cenę odepchnąć od siebie nie tylko legilimentkę, ale również i samo wspomnienie. Miał znaleźć się w miejscu, gdzie zaprzeczenie własnego istnienia ratowało przed konsekwencjami. A więc poddał się temu — pustce, z której miał teraz czerpać siłę. Sięgnął po nią, wracając jednak do uczucia bezkresu, do wyobrażenia sobie bezładu i ciszy. To z nich miał składać cegły, to z nich budować swój mur. To on miał pomagać mu się odgradzać od zaklęcia, które penetrowało jego przeszłość. Nie było to proste. Nie w momencie, w którym jego najboleśniejsze, póki co wspomnienie dobijało się do jego świadomości i próbowało zapanować nad jego emocjami. Czarownica atakowała go pod postacią Jocelyn mówiącej o śmierci Mii i Pandory, ale on wiedział, że już to przeżył. Gdy tylko dotarła do niego ta myśl, było mu łatwiej, a ból związany z legilimencją zelżał. Wiedział, że to wspomnienie należało do przeszłości. Że mógł poddać się jej i zginąć lub próbować się obronić i przetrwać. Tamten dzień zniszczył jego wcześniejsze życie i nie miał tego zrobić ponownie. Opór, który odczuwał, wycofywał się z każdym kolejnym odgrodzeniem się, zaprzeczeniem. Wystarczająco wiele razy już to przeżywał i nie chciał się tego bać. Nikt nie miał wkradać się tam, gdzie sobie tego nie życzył. Każda z tych scen była jego i tylko jego. W końcu zdał sobie sprawę, że ciemność ustępowała, a bólu nie było. Jasne punkty przeobraziły się w pokój Parszywego Pasażera i stojącą nad nim starą czarownicę z wyciągniętą w jego kierunku dłonią.
- Dobrze - rzuciła, pomagając mu wstać, a gdy stanął przed nią, przejechała spojrzeniem uważnie przez jego twarz. - Odepchnąłeś mnie, ale nie możesz poprzestać tylko na tym - stwierdziła, dając mu do zrozumienia, że to nie był koniec ich spotkań. Nastąpił przełom, Vane zamknął przed nią umysł, jednak nie oznaczało to, że osiągnął już perfekcję. Ćwiczenia były podstawą i szlifowanie umiejętności również. - Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale masz luki... - zaczęła, jednak uderzenie w ścianę obok odwróciło jej uwagę. - Dasz radę jeszcze? - spytała, nie kończąc poprzedniego wątku, a Jay skinął jej tylko głową. Musiał odpocząć tylko chwilę. Dopiero wtedy odetchnął, patrząc wyczekująco na kobietę, ale tym razem jej obecność w jego wspomnieniach była ograniczona tak jak tego chciał.

|zt




i loved and i loved
Come wrestle me free. clean from the war. your heart fits like a key into the lock on the wall — I loved and I lost you
Powrót do góry Go down
 

Pokój 6

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Doki :: Parszywy Pasażer-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19