Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Portret Wenus
AutorWiadomość
Portret Wenus [odnośnik]06.04.15 14:26

Portret Wenus

★★★★
Portret rzymskiej bogini piękna i miłości znajduje się na końcu eleganckiego, skąpanego w zieleni i złocie korytarza. Kobieta uwodzi swoim subtelnym uśmiechem oraz niezaprzeczalnym, klasycznym pięknem. Wabi mężczyzn, puszcza do nich oczko, nie czuje się nigdy skrępowana, nie opuszcza też swojego miejsca, ponieważ skrywa pewną tajemnicę – w rzeczywistości obraz stanowi przejście do nieco mniej znanej części Wenus. Wystarczy wyjawić bogini odpowiednie hasło, aby wejść do środka.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:50, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret Wenus Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Portret Wenus [odnośnik]21.10.15 20:02
Restaurację "Wenus", a raczej całą otoczkę, na której została postawiona i utrzymana, odbierał jako namiastkę raju utraconego, który przeminął kilka lat temu, by najwyraźniej już nigdy nie powrócić. Różne uroczystości, organizowane przy mniej lub bardziej wykwintnych posiłkach, z mniej lub bardziej ciekawymi osobami, podejmowane na nich plany i ustalenia - były ważną częścią tego, co zostawił za sobą, albo raczej co zostało mu odebrane. Jego spojrzenie błądziło dookoła, obojętne, pozbawione wszelkich nakreśleń świadczących o emocjach; wzrok przemierzał wzdłuż pomieszczeń, poszukiwał, jednocześnie nie pragnąc zwracać na siebie uwagi. Wbrew pozorom jego wizyta nie była przypadkowa, ani tym bardziej pozbawiona konkretnego zarysu - stanowiła skrzętnie utkany plan, który rozwijał się powoli, ujawniając przy tym kolejne zamierzenia. Wszystko, co założył, wciąż tkwiło pośród gromady innych myśli, wielokrotnie przypominając o swoim istnieniu. Nie przyszedł tu w końcu na posiłek, ani w celu zażycia innych, o których również usłyszał, przyjemności.
Zdumiewające było, ile można dowiedzieć się z informacji, pozornie przypadkowych wypowiedzi, które później złączone, zaprowadzą ku konkretnemu odkryciu. Ze wspomnienia, przelotnej znajomości, która powinna przeminąć i odejść w niepamięć wraz z ostatnim spotkaniem, ale z której stratą - czy tego chciał czy nie, nie umiał się pogodzić, pragnąc znów uzyskać dogodny kontakt, podszyty silną nicią współpracy dającej obu stronom korzyści. Z każdą chwilą, z każdym krokiem zagłębiającym go w korytarz odnosił wrażenie, jakby zmierzał ku otwartej paszczy zwierzęcia; miejscu wątpliwemu,  zdawałoby się, że nie dla niego. Czy uzna, że śledził jej poczynania z biernym, złośliwym uśmieszkiem, albo - na wzór czytelników gazet, którzy dowiadując się o gwałtownych zmianach, mruczą cicho dobrze, że nie ja znalazłem się na tym miejscu i z tą samą obojętnością wracają potem do własnych zajęć? Da mu w twarz za sam fakt, że znalazł się w zasięgu jej wzroku? Zastanowi się, czego konkretnie chce od niej? Mógłby uczynić tę listę dłuższą, ale nawet w swojej dziecięcej, emocjonalnej naiwności, zdawał sobie sprawę z istnienia priorytetów.
Wiedział, jak powinien się zachować, lecz wszystko było dla niego grząskim gruntem, po którym należało stąpać niezwykle ostrożnie, gdzie jeden fałszywy krok był w stanie pogrążyć, zniszczyć i zatracić z nieodwracalnym skutkiem. Nie mógł być pewny, choć dowiedział się, że może ją tutaj spotkać. Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszał, ogarnął go cały zlepek różnego typu emocji, z jakich usiłował się otrząsnąć - podobnie jak z poprzednio żywionymi uczuciami, zwyczajnym zachwytem, sympatią, zainteresowaniem... Cóż. Musiał być konkretny. Tu chodziło o układ, na którym bardzo mu zależało.
Kobieta z portretu uśmiechała się promiennie; piękne kształty mogły rozbudzać fantazje, lecz dziś wyjątkowo sobie odpuścił, nie pozwalając wyobraźni dochodzić do głosu - bynajmniej nie w tym momencie. Czyhał, wypatrywał na wzór jakiegoś żałosnego łowcy; równie niepewny co starający się utrzymać skupienie i rozwagę.
Całe tło dźwięków ulegało wyciszeniu; czuł kurczący się z uporem nacisk bijącego serca, jakie przyspieszyło mimowolnie, gdy do jego uszu dobiegł nieokreślony odgłos. Przybierając na intensywności, został odebrany jako kroki; w tym samym momencie mężczyzna odwrócił głowę, uważnie lustrując okolicę, zza której według niego miał dobiegać.


I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Daniel Krueger
Zawód : Dziennikarz Proroka Codziennego
Wiek : 33
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret Wenus Tumblr_nn2tluHBTr1up9f3oo1_500
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Re: Portret Wenus [odnośnik]23.10.15 19:51
Trochę różu, osiadłego w postaci ciemniejszych smug na ostrych kościach policzkowych. Odrobina maskary, sklejająca dwie rzęsy lewego oka na podobieństwo muszych odnóży. Zaledwie wspomnienie krwistoczerwonej szminki, nadającej nieco wydatnym ustom żywszej niż naturalna barwy.
Tylko tyle zostało z perfekcyjnie wykonanej maski prostytutki, jaką przywdziewała każdego dnia. Zaledwie okruchy, odpadające spod dłuta artysty, nonszalancko ryjącego w marmurze dzieło swego życia, okazujące się jednak artystycznym świętokradztwem. Deirdre nie była przecież łatwym płótnem, łatwym materiałem, łatwą bryłą do przemielenia i ukształtowania na wzór i podobieństwo pożądanych kurtyzan, zadziwiająco mocno przypominających blondwłose szlachcianki. Wenus spełniała przecież mokre sny paniczów z wyższych sfer, wpływowych i bogatych, mogących mieć za kochankę każdą kobietę...oprócz tych zakazanych im konwenansami. I całą masą innych obostrzeń, stopujących prymitywne, męskie pragnienia, skazując je jednocześnie na wieczne niespełnienie. Tylko w luksusowych wnętrzach restauracji mogli pozwolić sobie na zbezczeszczenie gloryfikowanych panienek - przyjmowały ich przecież wyselekcjonowane aktoreczki z płonących pożądaniem teatrów, gotowe odegrać najskromniejszą arystokratkę albo najpodlejszą ladacznicę. Wyrobiona marka Miu - będącej wyrafinowaną chińską księżniczką - przyciągała zapewne właśnie obietnicą zaspokojenia niedosytu, ubrudzenia kobietki, stanowiącej zazwyczaj świętość. Do tego dochodziły zalety pełnego erotycznego profesjonalizmu oraz powiew egzotyki, które gwarantowały Deirdre regularne zarobki. Oraz pękający w szwach kalendarz, jaki zapisywała drobnym druczkiem opowiastek, chcąc zachować pełną dokumentację swych poczynań. Dokumentację prywatną, sekretną, o której uzupełnieniu jednak dzisiaj zapominała, kończąc pracę w stanie skrajnego zmęczenia. Zaledwie opłukała swoje blade ciało, postanawiając, że królewską kąpiel sprawi sobie w domu, po czym wsunęła prosto na bieliznę letni płaszcz, pomiędzy dyskretnymi ziewnięciami zapinając dokładnie guziki. Marzyła już o swoim wygodnym łóżku, o stosie książek, czekających przy łóżku, o otworzeniu na oścież okna i obserwowaniu spokojnej nocą ulicy. Te cudowne wizje pochłonęły ją do tego stopnia, że pewnie opuściłaby Wenus bez faktycznego zapamiętania swoich kroków, gdyby nie ktoś, na kogo niemalże wpadła tuż za portretem patronki miłości.
Przeklęty Krueger. Daniel Krueger we własnej, wysokiej osobie, niezmieniony od lat. Daniel Krueger na pewno szukający toalety, zmierzający ku szatni, by odebrać swój dwurzędowy płaszcz, gubiący się w korytarzykach Wenus po obfitej kolacji...lub - resztkami osłabionych pożądaniem sił - zmierzający ku nęcącemu wodopojowi kobiecych wdzięków.
Możliwości było sporo i Dei w pierwszej, jakiejś instynktownej i jednocześnie upokarzającej chwili poczuła żal, że miną się tutaj, przy tym obrazie i że mocne dłonie Daniela zacisną się na ramieniu innej prostytutki. Ta gorycz była szybka, przepłynęła przez jej umysł w ciągu sekundy, na krótką chwilę paraliżując ją i pozostawiając po sobie posmak obrzydzenia do samej siebie. Widocznie rozpasanie poprzednich godzin pozostało w jej krwiobiegu, sprawiając, że nie zmyła z siebie poprzedniej roli. Rozgrzana, ze spuchniętymi wargami, rozszerzonymi źrenicami i ciągle w oparach typowo postkoitalnego zapachu miłości, w niczym nie przypominała panny Tsagairt, która z złowieszczą słodyczą pomagała dziennikarzowi w rozwikływaniu ministerialnych podłości. Ten potworny dysonans, ta przepaść, między Dei a Miu, kompletnie wytrąciła ją z równowagi, po raz pierwszy pozwalając jej poznać stan całkowitego osłupienia. Nie trwało to teatralnie długo, ot, na tyle, by mogła przesunąć zszokowanym wzrokiem po przystojnej twarzy Daniela, wewnętrznie wrzasnąć, zacisnąć nabrzmiał usta w wąską linię i...po prostu wyminąć mężczyznę. Na razie naiwnie wierząc w racjonalną bajeczkę o księciu, który nie rozpoznał księżniczki; o magicznym przypadkowym spotkaniu, o którym obydwoje zapomną już za kilka sekund, za kilka chwil, za kilka kroków, kiedy mijała Daniela z wzrokiem wbitym w daleki koniec korytarza.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Portret Wenus [odnośnik]24.10.15 20:39
Żałosne. W każdym calu, w każdej części, która tworzyła ciasno splecone poglądy, jakimi próbował się otaczać, izolując na wzór skrycia za murem własnych przekonań i doświadczeń. Pewny tego, że jest inny, bo przecież nie należał do grona wymuskanych paniczyków, całe życie brylujących na salonach; niby różnych, lecz w rzeczywistości identycznych, a jakże przekonanych o własnej wyjątkowości. Ich życie wyglądało tak samo, monotonnie i wręcz z uporem dopasowując się do wymagań rodziny, by na wzór wszystkich sprawiać dobre wrażenie, kryjąc pod pięknym opakowaniem błoto kłamstw i niespełnionych pragnień, jakie starali się zaspokajać oddawaniem się różnym, zdawałoby się, że niedostępnym dla innych warstw społecznych czynnościom. Pieniądze były miarą doznanych korzyści. Cena była sama w sobie wyrażoną opinią, a możliwość rozrzutnego wydawania banknotów przyprawiała o poczucie wyższości, wręcz oczyszczającej jak krew, jaka miała z założenia płynąć w ich żyłach. Cóż, w końcu nawet sama Wenus temu zawdzięczała swoją renomę. Śmiał się więc z tej całej zgrai zasad, perfekcyjnie odgrywanych przedstawień; pozornie złożonych, lecz w rzeczywistości prostych, tak pięknie uświęcanych przez dyskrecję, transakcję, umowę między obiema stronami. Przez portret pięknej uwodzicielki, która przyciągała wzrok, zwracając uwagę całym swoim zachowaniem i wyglądem. Wiadomym było, o co chodzi, dlatego cieszył się swoją autonomią - tym, że nie należał do owego towarzystwa i nie musiał się ograniczać, mieć wgląd na cały szereg konwenansów. Ani obawiać się norm, bo przecież na co mu szlachcianka, skoro... Ale to była najzwyklejsza hipokryzja, która przy przechodzeniu przez gardło, powinna być stłumiona od razu napadem kaszlu. Gdyby sam miał mnóstwo pieniędzy, nie zawahałby się ich wydać na towarzystwo, by choć przez chwilę któraś z jego fantazji mogła być spełniona od początku do końca, z zamierzoną przezeń dokładnością. Był więc tak samo ograniczony przez płyciznę cielesności, która potrafiła ogarniać falą natychmiastową i wręcz nie do powstrzymania, goszcząc w każdej komórce ciała, ogarniając każdy zakątek umysłu. Równie tak samo dziecinny i bez planów na dalszą część życia jak ludzie, którzy w swoim dobrobycie mieli na pozór wszystko ustalone. Ulegający zapędom chwilowych pragnień.
Owszem, Daniel Krueger pozostał taki sam. Nie zmienił się jego wyraz twarzy, nie uległo zmianom spojrzenie niebieskich tęczówek, nie rozpadła się bariera natury introwertyka, która mogła wręcz uchodzić za jego wizytówkę. Jak żywcem wyjęty z dawnych czasów, jak fragment wspomnienia czy krążącej po głowie wizji. Daniel Krueger nigdy się nie zmieniał, on po prostu pojawiał się i znikał w różnych momentach życia, przypominając w tej kwestii chodzącą ironię losu. I może dlatego Daniel Krueger nie wierzył, że Deirdre Tsagairt mogła ulec jakimś zmianom, mimo całej otoczki, mimo tego, że jej piękno było obecnie przede wszystkim kreacją, towarem wystawionym na sprzedaż, zepchniętej na miarę osiągalnej wyjątkowością. I gdy początkowo zszokowany odszukał głęboką czerń jej oczu, by na ułamek chwili pozwolić się przez nią ogarnąć, odczuł jednocześnie wrażenie, jakby coś było nie tak. Ogarnięty jednak przez układany wcześniej plan i pewność, że ich spotkanie musi się odbyć bez jakichkolwiek zarzutów, nie miał zamiaru tak po prostu sobie odpuścić. Udać, że znalazł się tutaj z innego powodu i bez najmniejszego mrugnięcia wrócić do poprzednich zajęć. Bo to przecież ulotna przeszłość, prawda? Możliwe, że tak, ale ten rodzaj przeszłości pozostawiał po sobie piętno. Czy tego chciał czy nie. Czy ona chciała, kiedy minęła go, zrywając tym samym przelotny, mogący nawet uchodzić za złudzenie kontakt. Ale czuł, że go rozpoznała. Skąd? Nie wiedział; był to zwyczajny głos podświadomości. I sam był zagubiony, bo choć doskonale zdawał sobie sprawę, bo choć myślał o wszystkim już od dłuższego czasu, kiedy przyszło co do czego, zobaczenie Deirdre było dla niego kompletnym szokiem, zawodem mieszającym się wraz z ekscytacją, który nie mógł tak po prostu ustać.
- Nie. - Pozornie urwane i w barwie zupełnie nieprzypominającej jego własną, całkowicie zniszczyło delikatną barierę ciszy, przerywanej dotychczas wyłącznie brzmieniem stawianych regularnie kroków. To nie, najzwyklejsze słowo pośród całej gromady innych, zupełnie losowe, proste w przekazie i odbiorze, było równocześnie postawionym rozkazem, prośbą oraz informacją istnienia nieznanej póki co propozycji. Bez zastanowienia, bez zawahania, dokładnie w tym momencie, gdy miała zamiar oddalić się i zniknąć. Nie. Tak nie miało być i nie umiał tego zaakceptować. Umysł nie zastanawiał się, jakby było to zwykłym, naturalnym w owej kwestii odruchem.
- Nie myśl sobie, że przyszedłbym tutaj w innym celu. - Kolejne zmiażdżenie ciszy, kruszenie murów, niszczenie stojących na drodze przeszkód. Wypowiedziane spokojnie oznajmienie, jakby było to życiową prawdą z góry dostępną dla wszystkich i oczywistą, nad którą nie należało się nawet zastanawiać. Kilka ruchów, poprowadzonych pewnie lecz bez wyraźnej agresji, albo nawet zachłanności, które zrównały dzielący ich dystans. Osaczył ją? Poniekąd tak - lub przynajmniej poinformował, że nie ma zamiaru pozwolić jej odejść. Mogła skończyć pracę, mogła zrzucić z siebie całą powierzchowność, mogła nawet nie być w zupełności sobą, uznając go jedynie za złudną mgłę dawnych czasów. Ale on nie opuści tego miejsca, dopóki nie dostanie jawnych powodów. Na pewno.
To nie było zwyczajne spotkanie, to nie była nawet rozmowa - tylko gra, prowadzona przez odmęty dwuznaczności, niekoniecznie tak płytkich, jak zdawałoby się wydawać.


I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Daniel Krueger
Zawód : Dziennikarz Proroka Codziennego
Wiek : 33
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret Wenus Tumblr_nn2tluHBTr1up9f3oo1_500
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Re: Portret Wenus [odnośnik]25.10.15 12:31
Wiedziała, że prędzej czy później natknie się tutaj na kogoś znajomego, że pewnego dusznego wieczoru na progu jej pokoju stanie ktoś, kogo znała z przeszłości, jakaś bardzo rzeczywista mara, o rozszerzających się ze zdziwienia źrenicach i zaciśniętych na pasku dłoniach, jednak owa pewność wcale nie zmniejszała dyskomfortu. Takiego strachu przed obnażeniem nie dało się oswoić, nie dało się przetłumaczyć na język ambicji czy przełożyć na erotyczny pracoholizm. O ile swój zawód z łatwością - powiedzmy - uświęciła, stawiając siebie na komunistycznym piedestale stachanowskiej liderki, wyrabiającej setki godzin wyuzdanej normy, to przecież wszystkie laury spoczywały na skroni Miu Ling. Słodkiej chińskiej księżniczki, japońskiej kurtyzany, koreańskiej ozdóbki nieistniejącego haremu. Deirdre Tsagairt pozostawała w innym, lepszym świecie, dopracowując schizofrenię do rażącej perfekcji. Z każdym kolejnym dniem nowego, lepszego życia, coraz łatwiej dopasowywała części różnych układanek tak, by zwodzić widzów iluzją stabilnej całości. Sama także poddawała się temu magicznemu zjawisku, ciągle drżąc jednak z niepokoju o moment, w którym pojawi się ktoś demaskujący jej perfekcyjną grę, jej misterną mistyfikację.
I taki moment nadchodził niespodziewanie, z gorącym powietrzem sierpniowego wieczoru, w oparach odurzającej wody kolońskiej ostatniego klienta. Ktoś pojawiał się nagle po drugiej stronie lustra, przeszywając ją spojrzeniem jasnych oczu. Mogła być wdzięczna losowi za to, że postawił na jej krętej ścieżce właśnie Daniela a nie podłego współpracownika czy kogokolwiek z rodziny, ale wcale nie czuła ulgi, raczej rosnącą frustrację. Znalazła się w bolesnym zawieszeniu nie tylko pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, ale także gdzieś w pół metamorfozy z Miu w Dei. Proces został zatrzymany; pojawienie się Kruegera zaburzyło rytuały przejścia i Tsagairt po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła się zagubiona. I zmuszona do ucieczki, jeden krok, drugi, trzeci, piąty, siódmy - przerwany w końcu wysoką sylwetką Daniela, blokującą jej drogę ku drzwiom. Jego nie ciągle odbijało się echem w skonfundowanej głowie Deirdre, głowie dziwnie pustej, jakby już nic nie zostało z bystrej pomocnicy w obalaniu departamentowych rządów. Mogła tylko uśmiechać się do Daniela szeroko, doskonale wpisując się w obraz wariatki, szczerzącej białe zęby nie w pozdrowieniu a w niemej groźbie zatopienia ostrych kłów w jego tętnicy.
Wyminięcie go zajęłoby jej kilka sekund, wyciągnięcie z kieszeni płaszcza różdżki - jeszcze krócej. O ostrym spoliczkowaniu nie wspominając, ale przecież pomimo wewnętrznego chaosu instynkt ciągle pozostawał zdroworozsądkowy. Ciągle znajdowała się w Wenus, w miejscu pracy; zza drzwi na odległym końcu korytarza dochodziły śmiechy i dźwięki muzyki - ludzie ciągle świętowali, odpoczywając w chłodzie nocy po upalnym dniu - mogąc w każdej chwili pojawić się tuż obok nich. Pozostawała pracownicą, profesjonalistką, jakiej jedyną powinnością było zaspokajanie potrzeb klienta. Za naruszenie jego nietykalności cielesnej groziłoby jej utracenie całych zarobków a także utrata doskonałej opinii. Musiała więc powstrzymać chęć miotnięcia w Daniela bolesnym zaklęciem, chociaż z każdą sekundą ciężkiej pracy nad samokontrolą coraz więcej mocy decyzyjnej przekazywała tym schizofrenicznym podszeptom. Sterującymi jej następnymi działaniami, zmieniającymi uśmiech wariatki w zmysłowe wygięcie ust, zmniejszającymi dystans między ich ciałami tak, że przesuwała teraz dłonią po jego klatce piersiowej, zahaczając powoli palcami o kolejne guziki koszuli.
- Nie? Dlaczego? Nie podobam ci się, Danielu? - wyszeptała, przeciągając pojedyncze głoski, wpatrzona w swoje palce, wyjątkowe blade na materiale jego ubrania. - Miałam wracać do domu, ale dla ciebie zrobię wyjątek. Przecież wiesz jak jestem ci oddana - kontynuowała lekko, zmysłowo, podnosząc w końcu wzrok na twarz Kruegera. Wzrok szaleńczy, chociaż czyżby w tym szaleństwie była metoda? Chciała go zniechęcić, odrzucić, obrzydzić, sprawić, by jego wątpliwości zostały potwierdzone? By wizja upadłej ladacznicy w niczym nie różniła się od rzeczywistości, jaką mu właśnie prezentowała? Kolejna gra? Już nie słów przy kawiarnianym stoliku, kiedy podawała mu wykradzione z ważnego departamentu dokumenty, już nie wspólne świętowanie dyscyplinarnych zwolnień na wierchuszce dyrektorów - dwuznaczność pozostawiała Dei, teraz epatując najniższym, żałosnym rejestrem. Jej dłoń zsunęła się po skórzanym materiale paska, sięgając rozporka spodni Daniela - całkowicie czarne oczy Deirdre rozbłysły niebezpiecznie, jakby tylko czekała na jego reakcję, im gorszą - tym lepiej. Nie wierzyła przecież w żadne jego słowo, pragnąc tylko odwrócić rolę, poprzez całkowicie poświęcenie się odgrywaniu swojego debiutanckiego spektaklu dla starych przyjaciół.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Portret Wenus [odnośnik]26.10.15 19:26
Całe podwaliny jego planów - tworzonych przecież z tak namolną konsekwencją, usiłującą nie zgubić żadnego szczegółu - runęły niczym struktury karcianego domku, targnięte lekkim powiewem nowych emocji, zagnieżdżających się w sercu i narastających wręcz przerażająco szybko. Bo mimo, że od dłuższego czasu zbierał informacje, mimo że tak skrupulatnie zapisywał każde spostrzeżenie, każdy przystanek na drodze prowadzącej go do wyznaczonego celu, w rzeczywistości zapomniał o całej kwintesencji swoich wielkich zamiarów. Zapomniał o Deirdre Tsagairt; tak, zupełnie wyłączył ją z obiegu własnych myśli, umieszczając niczym zaklętą doktrynę, która nie miała prawa ulegać podważeniom, nie miała prawa do zmian, mimo dokonujących się wokół jej osoby zawirowań. Deirdre miała pozostać taka sama, jak wtedy, gdy przecierał szlaki intryg w Ministerstwie, kiedy razem rozmawiali, cieszyli się z odnoszonych wspólnie sukcesów. Pamiętał twarz tej kobiety, urzekającej swoim osobliwym pięknem - nie tyle samego wyglądu, co również osobowości, wdziękiem, interesującą w każdym, nawet najdrobniejszym fragmencie całokształtu własnej osoby. Dziś znów mógł ujrzeć jej twarz (czy aby na pewno?), obserwować kąciki warg unoszących się ku górze (to był ten uśmiech?), widzieć jej głębokie spojrzenie czarnych oczu (czy będzie patrzeć na niego tak, jak wtedy?). Na każde pytanie musiał odpowiedzieć negacją, ogarnięty przez dziwne uczucie; jakby skraj rozczarowania, lecz z drugiej strony kolejnej fali wątpliwości - czego szukał? Albo prędzej, czego się spodziewał? Czy naprawdę musi być taki głupi? Mógłby zabiegać o najwyższe miejsce na piedestale tej wręcz nieograniczonej przestrzeni największej wady, jaką tylko mogli odznaczać się ludzie. Ale musiał w całej swojej głupocie (?), brnąć naprzód, z uporem i bez zawahań, tak samo, jak pokonywał dzielący ich ciała dystans. Odległość równie śmiało skróconą przez samą kobietę, która najwyraźniej nie miała zamiaru się temu wszystkiemu poddać, wcisnąć w ciasne formuły jego wyobrażeń, decydując się na coraz śmielsze posunięcia. I to go właśnie na swój sposób porażało.
Deirdre przemieniła ich scenę w prawdziwe pole bitwy - i to na dodatek takie, na którym on z góry był tym przegranym, słabym i kruchym w naiwności swoich pragnień, tak usilnie wzmaganych przez ciało, które domagało się dalszego kontaktu, rejestrowało wszystko z wręcz chorobliwą systematycznością. Każde muśnięcie, każdy ruch opuszek palców, wywoływał falę przyjemnego ciepła, która usilnie chciała przejść w drżenie, domagając się jednocześnie silniejszych bodźców. Pod sklepieniem czaszki rozlała się jakby mętna masa, ograniczając myśli jedynie do krótkich spostrzeżeń i napomnień, szczątkowych uwag dotyczących tego, co właśnie się rozgrywało między nimi. Wzrok mężczyzny obserwował ruch dłoni w niemym skupieniu, próbując stłumić całość pragnień; zapomnieć, odciąć się, ograniczyć fakt do samego istnienia, bez większych wrażeń, bez żadnego wybiegania naprzód, bez uruchamiania złożonych pokładów wyobraźni, które kryły się gdzieś, tylko czekając na wyjście z cienia. Tak, pojedynczy ruch przemieniał go powoli w zwierzę, które najchętniej rzuciłoby się i rozszarpało, patrząc na konsekwencje dopiero wtedy, gdy znalazłoby ujście dla wszystkich swoich pragnień. Owa zagrywka była perfekcyjna jak całe zachowanie Deirdre, które sprawiało, że powoli staczał się ku samemu sercu przepaści - otchłani, z jakiej nie było wyjścia, nieprzeniknionej ciemności, złudnie przypominającej tę, która kryła się w zagłębieniu jej rozszerzonych źrenic. Jedynym, co nie doprowadziło go wówczas do upadku, było wrażenie banalności całego zajścia, co byłoby zresztą ostatnią rzeczą, o jaką śmiałby posądzać swoją dawną przyjaciółkę. Miał jeszcze na tyle sił, by odrzucić insynuację, jakoby znalazł się w dużym błędzie, chcąc obrócić znów tak całe zdarzenie, by odzyskać choć częściowo grunt pod nogami.
- Odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista. - Podniósł wzrok, próbując wymusić na twarzy możliwie największą obojętność, której nie mogłaby odczytać jako przechylenie się fali zwycięstwa ku jej stronie - stronie zgorszenia, upodlenia na samym korytarzu restauracji, gdzie lada moment mogły zjawić się osoby trzecie, pośród tła urywanych rozmów i poszczególnych tonów grającej melodii.
- Schlebiasz mi. - Nie wiedział, czy próbuje go zwieść, czy w rzeczywistości aż tak bardzo się zmieniła. Nie wiedział i zamierzał odkryć, póki co nie pojmując całej sytuacji, ogarnięty przez nią na tyle, by porzucić myśli o wycofaniu, nie pozwolić ogarnąć się całkowicie przez stertę wątpliwości. Wszystko stawało się coraz bardziej niebezpieczne i na moment ogarnęło go nawet poczucie samej paniki, a w głowie ponaglały się setki pytań jak daleko będzie ona w stanie się posunąć. Zastygł w bezruchu jak sparaliżowany; zrozumiał, że jeśli nie odzyska choć częściowej kontroli nad sytuacją, cały jego wysiłek poświęcony na odnalezienie kobiety będzie porównywalny do syzyfowej pracy, niedającej nic poza samym upodleniem. I właśnie wtedy, ponosząc się nieokreślonemu dotąd impulsowi, sam zmniejszył jeszcze bardziej dzielący ich dystans, ze śmiałością i goszczącym na twarzy delikatnym uśmieszkiem. Jednocześnie tak samo zachęcającym, by kontynuowała, co pełnym wzgardzenia dla całej sytuacji, nad którą niejako miał władzę - lub przynajmniej usiłował sprawić takie wrażenie.
- To byłoby warte mojego czasu... - Słowa sączyły się z jego ust, spływały powoli wraz z wydychanym powietrzem, które mogło pozostawić ślad na jej skórze, miarowy lecz przyspieszony, podobnie jak bijące pod warstwą kości serce. Zdawałoby się, że zwyczajne, lecz równie pełne możliwych do doszukania się podtekstów, urwanych jednak przez poprowadzoną wkrótce kontynuację:  - ...ale nie jest warte moich pieniędzy.
Chciał w ten sposób zaznaczyć - pokazać, że nie ma zamiaru wcale wszystkiego spłycać, ani rezygnować czy się przerazić, tańczyć na wzór zagranej przez nią melodii, karmiąc się stertą podawanych (miał nadzieję) złudzeń. Powolnym lecz zdecydowanym ruchem ujął jej dłoń, poruszywszy przy tym nieznacznie palcami, jakby chciał zapamiętać całą fakturę skóry.
- Powiedz mi teraz - uściśniesz tę dłoń czy wykręcisz? - Zapytał, utkwiwszy spojrzenie w jej oczach, usiłując odczytać choćby najmniejszą zmianę, która mogłaby go doprowadzić do wyciągnięcia konkretnych wniosków. Nachylił się, zacieśniwszy odległość do zaledwie kilku centymetrów.  - Deirdre. - Wyszeptał do ucha jej własne, prawdziwe imię, wprowadzając tym do swojej wypowiedzi jad... A może wręcz przeciwnie, odtrutkę?


I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Daniel Krueger
Zawód : Dziennikarz Proroka Codziennego
Wiek : 33
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret Wenus Tumblr_nn2tluHBTr1up9f3oo1_500
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Re: Portret Wenus [odnośnik]28.10.15 18:20
Igranie z mężczyznami, z ich wiecznie niezaspokojonym pożądaniem, z tym pulsującym, prymitywnym głodem, napędzającym do ciągłych podbojów, stanowiło podstawę pracy Deirdre. Początkowo - pogardliwie i naiwnie - sądziła, że zawód prostytutki wiąże się po prostu z brudną fizycznością, opartą głównie na regularności ruchów frykcyjnych i dostosowaniem innych parametrów do wymogów klienta. Podchodziła więc do swojego stanowiska pracy tak, jak podchodziła kiedyś do ministerialnego biurka, zawalonego papierami, dokumentami i listami. Metodycznie, logicznie, z zamiarem wypełnienia każdego druczka, odkładanego na określone miejsce w określonym czasie. Niestety, sztuka miłości nie pozwalała się zaszufladkować i nawet najbardziej profesjonalne podejście nie gwarantowało finansowego sukcesu. Wstępne, chirurgicznie antyseptyczne wręcz odseparowanie się od całej fizyczności, zamieniła więc na poddańcze wsłuchiwanie się w potrzeby klientów. Niekoniecznie te zwerbalizowane. Po kilku miesiącach potrafiła już wyczytać ze zgarbionej sylwetki, jasnego miejsca na palcu po obrączce czy z samego spojrzenia mężczyzny każde jego pragnienie, które potem z doskonale odgrywaną pasją zaspokajała, po pierwszych tygodniach obrzydzenia odczuwając nawet coś na wzór satysfakcji. Z rządzenia pożądaniem, z pożądania władzy, jaką przecież posiadała nawet nad najbardziej sadystycznym klientem, powracającym do niej w nieustannym uzależnieniu. Miu była dla tych mężczyzn kimś wyjątkowym, perłą w dziwkarskiej koronie, która przestawała ranić jej głowę cierniami, powoli zmieniając się w prawdziwą złotą ozdobę. Kiedyś w swym pracoholizmie oczekiwała awansu, słodkiego smaku wtajemniczenia w sekretną dokumentację, zaufania ministerialnych dyrektorów: teraz tamte ambitne pragnienia przenosiła na podatny grunt katorżniczej pracy w korporacji zmysłów. Także wspinała się ku władzy absolutnej, bez skrupułów strącając z poszczególnych szczebli konkurentki i własną przyzwoitość. Cel uświęcał środki; cel dosłownie ekstatyczny, kiedy - pomimo uległości - miała zupełną kontrolę nad mężczyzną. Z nadania tradycji silniejszym, dominującym i...całkowicie od niej zależnym w tym szalonym pędzie ku spełnieniu. Może i była jedną z wielu dziwek tłumaczących sobie w ten sposób świat; może i opowiadała sobie co wieczór tę samą bajkę, pragnąc oczyszczenia, ale nie próbowała rozgryźć tak głębokich pobudek. Próbowała przecież tylko utrzymać się na powierzchni, nie zwariować, przebrnąć jakoś przez ten najgorszy w jej życiu czas, nawet kosztem własnej godności. I tak doskonale chronionej nadmierną ostrożnością i dyskrecją, kończąca się jednego tego sierpniowego wieczoru, kiedy powoli przesuwała dłońmi po ciele Daniela, fantomowo odgrywając pragnienia dawnej Deirdre. Stłumione konwenansami lub dopiero teraz odświeżone, odkopane spod gruzów dawnego chłodnego profesjonalizmu urzędniczki, nijak przystającego do rzeczowości prostytutki. Doskonale wyczuwającej szybsze bicie jego serca i spięcie mięśni: nie musiała nawet podnosić wzroku na jego twarz, będąc pewną, że źrenice jego jasnych oczu rozszerzają się z tego samego pragnienia, jakie wzbudzała w mężczyznach anonimowych, obcych: w kolejnych orędownikach do jej prywatnej kapliczki, gdzie łaskawie sprowadzała na nich spełnienie. Do takiej roli chciała sprowadzić Daniela, zminimalizować jego destrukcyjne oddziaływanie, oddzielić go od przeszłości. Zamknąć w szufladce z mężczyznami i ich prymitywnymi pragnieniami, wyrzucić kluczyk i móc spokojnie powrócić do Miu Ling, pozostawiając Deirdre bezpiecznie ukrytą. Naiwnie sądziła, że będzie to proste, ale fałsz wyzierał przecież z każdego spojrzenia, kiedy Daniel przysunął się jeszcze bliżej, owiewając jej twarz ciepłym oddechem.
Mogłaby wsunąć język pomiędzy te wąskie wargi; mogłaby rozgryźć jego usta do krwi. Złamać mu rękę, wbić paznokcie głęboko pod skórę, wysunąć różdżkę z kieszeni płaszcza lub - w wersji najprostszej i zarazem najmniej możliwej - po prostu pozwolić mu się obnażyć. Bez teatralnej gry wstępnej, bez gorącego oddechu, bez zastygnięcia w pozie przepełnionej pożądaniem i niechęcią zarazem. To jednak oznaczałoby porażkę i zmusiłoby Deirdre do spojrzenia sobie prosto w oczy, na co pozwolić nie mogła.
Drgnęła jednak wyraźnie, kiedy kontynuował przemiłe słowa, nie poddając się a dotrzymując kroku w tej taniej mistyfikacji. Przekraczając w końcu cienką czerwoną linię ryzyka zdecydowanym uchwyceniem jej dłoni i wyszeptaniem słowa zakazanego. Zmysłowy uśmiech zniknął z twarzy Miu tak szybko, jak się pojawił, zastąpiony przez grymas wściekłości. Nie poruszyła jednak uwięzionymi palcami, nie odsunęła się też nawet o centymetr, ciągle pozostając w tej frustrującej bliskości jego ciepłego, silnego ciała, groteskowo symbolizującego jej świetlaną przeszłość.
Pozwoliła sobie tylko na chwilę milczenia, odzywając się po długich sekundach odrętwienia, mocno kontrastującego z poprzednim teatralnym wyuzdaniem. Zaklętym teraz w tej statycznej rzeźbie splecionych dłoni i ocierających się o siebie ciał, chociaż odbywało się to w aurze wzajemnej prowokacji i bliskości walki niż wyrafinowanej zmysłowości. - Bez pieniędzy nic tutaj nie dostaniesz. A już na pewno nic ode mnie - zaczęła ostrym szeptem, nie odrywając spojrzenia od jego oczu, jednak tym razem wzrok Deirdre był bystry, trzeźwy, konkretny. W jej głowie zaczynały roić się logiczne powody tego spotkania, chociaż na razie zaledwie kiełkowały ze spalonej erotyką ziemi, nie pozwalając Tsagairt na logiczne zebranie plonów. - Po co tu przyszedłeś? I jak mnie znalazłeś? - wypowiedziała w końcu te dwa żałosne pytania, odsłaniając na sekundę swoją bierność, z trudem przysłoniętą tym samym pogardliwym wyrazem twarzy ministerialnej biurwy, jakim przywitała go pierwszym razem w gabinecie szefa departamentu. Histerycznie próbowała zachować równowagę między przeszłością a swym obecnym położeniem, co tylko podkreślało schizofrenię dzisiejszej Miu.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Portret Wenus [odnośnik]30.10.15 20:14
Dwa ciała, majaczące na planie korytarza; sylwetki uwiecznione na kształt posągów, które w niemym bezruchu tworzyły atmosferę niedomówień i tajemnic, przepełnionych symboliką spojrzeń, mimiki i statycznych gestów. Emocje, choć zdawałoby się, że niepokazane, wyciekały z każdego, nawet najdrobniejszego szczegółu. Zmysłowość, obsesyjność; układ ten był niczym zawarta umowa, bez słów uznany i zaakceptowany przez obie strony, które w jego sztywnym uścisku pełniły rolę wyłącznie marionetek, ograniczonych zarówno przez samych siebie jak i prawdopodobieństwo, że lada moment przyciągną czyjeś ciekawskie spojrzenie. Zdawał sobie sprawę, że nadwyrężał delikatną strukturę z góry ustalonych barier, wypowiadając to imię, że przeciągał strunę i ryzykował dużo, ale ta sytuacja potrzebowała zdecydowanego ruchu, który pozwoliłby mu na zachowanie równowagi - nieodpuszczenia wyznaczonej drogi i ustalonych celów. Wówczas oznaczałoby to koniec - zrównanie relacji z ziemią na koszt najbardziej możliwej banalności, która pod sztucznym, fałszywym uśmiechem, składała się wyłącznie z gorszącego upokorzenia. Jeszcze przed chwilą ogarniało go ogromne pragnienie, by musnąć te pokryte przytłumioną czerwienią usta, rozważając nad późniejszym zsunięciem z niej ubrań, z radością i satysfakcją, że wreszcie mógł tej chwili dostąpić. Teraz jednak umysł wracał na bardziej przyzwoite tory, a głos rozsądku na nowo zdał się brzmieć w uszach, przypominał o celach i jednocześnie poddawał wszystko głębszym rozważaniom.
Coś pękło; czuł to, choć nie zdawał sobie sprawy, co konkretnie - na wzór pojawiającej się rysy, która rozrastała się w siatkę na niewidzialnej, oddzielającej ich przeszkodzie i ostatecznie rozpadła na drobne kawałeczki, unoszące się gdzieniegdzie niczym zamierające wspomnienie. Choć mówione zdania mogły go przyprawić o siarczysty policzek, w pełni świadome, może nawet bezczelne w swojej alegorii - miał wrażenie dziwnego bezpieczeństwa, jakby nikt i nic nie mogło wpłynąć negatywnie, na nowo zachwiać równowagę, zniszczyć  plany kryte póki co w zalążkach. Chwila milczenia jednak podsycała napięcie, zagęszczała panującą atmosferę, która nadal kłębiła się dookoła w złowrogim niedomówieniu.
- Wiem - przyznał bez większego zastanowienia, odpowiadając niemal od razu w uciętym, lecz konkretnym zdaniu, jakby nie widząc potrzeby, aby bardziej się na ten temat rozwodzić.
Zauważył, że jej wyraz twarzy uległ przemianie; kawałki nałożonej maski powoli zaczynały odpadać, choć nie niknęły całkowicie, odsłaniając mozaikę złożoną z dwóch tak bardzo różnych od siebie obrazów. Dawnej Deirdre, jaką spotkał, przychodząc pewnego dnia do Ministerstwa i tej teraźniejszej kobiety, oferującej swoje towarzystwo w zamian za odpowiednią zapłatę. Ktoś mógłby powiedzieć: sięgnęła bruku, ale w jego oczach dalej nie traciła na wartości, nie zmieniała formy - czysto naturalnie, niczym odruch pozbawiony głębokich rozważań. To nie była pogarda. Nie były też litość i współczucie, tylko nadal niegasnąca sympatia oraz - również świadomość, że mogą na nowo rozpocząć współpracę. Zastanawiał się, jakie teraz towarzyszą jej emocje, lecz nie mógł wyciągnąć żadnych konkretnych wniosków. Wiedział jednak, że muszą postępować dynamicznie, usiłując teraz ogarnąć go chłodem, którego gwałtowność powstania, jakże odległa od poprzedniej formy, przyprawiała wręcz o wrażenie groteski. Nie zatrzymywał tego, wciąż pozwalając wszystkiemu dalej się kształtować. Nie oceniał przedwcześnie - dalej niestrudzenie próbował wprowadzić własne ustalenia, nie zatrzymywał się na ocenie, tylko kontynuował.
- Z propozycją. Myślę, że korzystną. - Wraz z kolejnymi wypowiadanymi słowami jego kąciki ust powoli unosiły się ku górze, formując większy uśmiech, tym razem całkowicie szczery. - Dlatego zastanów się, bo może warto znieść moje towarzystwo odrobinę dłużej.
Delikatnie i powoli, jakby w zwolnionym tempie, niby w obawie, że każdy inny ruch byłby czymś niewłaściwym i destruktywnym, odsunął swoje dłonie z powrotem do siebie. Milczał i zmrużył odrobinę oczy, a jego spojrzenie - niczym w kontraście do tego, jakim obdarzała go Deirdre - złagodniało w pewnym nie do końca określonym wyrazie. Chwilę potem jednak znów wróciło do dawnej postaci; Daniel wykonał krok do tyłu, z uwagą obserwując całą sylwetkę kobiety. Niczym odległe wspomnienie, jak wyrażony dźwiękiem ciszy przekaz, rozległy, lecz wyłącznie w charakterze domyślnym. Emanując dziwnego rodzaju spokojem, jakby niepasującym do tego wszystkiego.
- Mam swoje sposoby - odparł, tym razem zupełnie neutralnie, pozbawiając wypowiedź jakichkolwiek emocji. - Ale nie mówię, że to było łatwe.


I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Daniel Krueger
Zawód : Dziennikarz Proroka Codziennego
Wiek : 33
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret Wenus Tumblr_nn2tluHBTr1up9f3oo1_500
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Re: Portret Wenus [odnośnik]01.11.15 7:53
Powinna przywyknąć do tak bezpośredniej bliskości, do gorącego ciała parującego pożądaniem, osiadającym mgiełką dreszczy na odkrytej skórze. Daniel był przecież tylko kolejnym mężczyzną, zbiorem wyćwiczonych mięśni, stanowiących tło misternej układanki mocnych dłoni, twardej sylwetki, przeszywającego spojrzenia, nieskażonego wyższymi uczuciami. Dei zawsze uważała się za lepszą od przeklętego samczego rodu, w czym tylko upewniła ją - o magiczna grotesko - obecna praca, polegająca na usługiwaniu im i doprowadzaniu ich do szczytu rozkoszy. Potrafiła upodlenie zmienić w triumf przejęcia kontroli, w obezwładniające poczucie władzy. Była przecież królową marionetek, pociągającą za napięte do granic możliwości nerwy, zesztywniałe w pragnieniu natychmiastowego spełnienia. Swoich marzeń, prymitywnych instynktów a także planów. Czymże więc różnił się Daniel od przypadkowego gościa, chcącego zapłacić za umiejętności Miu?
Nie przejrzała jego motywacji od razu, spetryfikowana tym nagłym zderzeniem się światów. Emocje zawsze niszczyły perfekcyjnie odegrany spokój, burząc w Deirdre nie tylko krew, ale i równo poukładaną rzeczywistość, w której nie było miejsca na zaskoczenie. Krueger psuł wszystko, co z takim pietyzmem zbudowała przez ostatnie pół roku, pokazując jej jednocześnie jak krucha okazywała się jej zbroja w starciu z czymś nieprzewidzianym. W pierwszej chwili ogarnęła ją szaleńcza rozpacz, chęć ujrzenia Daniela na kolanach, spętanego jej urokiem, ale...nie była przecież zaślepiona głupią chęcią zemszczenia się. Musiała wyciągnąć wnioski i zachowywać się z większą ostrożnością, chociaż nie znała przecież drugiego tak bezczelnego mężczyzny, potrafiącego znaleźć ją nawet w burdelu. Poniekąd mile łechtało to jej kobiece ego...a właściwie łechtałoby, gdyby nie znajdywała się właśnie w skrajnym stadium bolesnej schizofrenii, naprawdę przez chwilę zastanawiając się nad następnym krokiem. Przesunąć ciepłym językiem po jego wargach, zamknąć je na dobre czy może wybić mu zęby własną głową? Do rzucania wyrafinowanych zaklęć nie miała teraz głowy, wewnętrznie napuszona, niczym zaszczute zwierzątko. Już wstępnie uspokojone, bez szczerzących się niebezpiecznie kłów, ale w środku dalej w stanie alarmującego szaleństwa. Podsycanego jeszcze bardziej przez pojawiający się na twarzy Daniela uśmiech. Drgnęła nerwowo, o krok od wymierzenia mu siarczystego policzka - niemalże czuła pieczenie palców po uderzeniu, ale nie podniosła ręki, ciągle świadoma swojego beznadziejnego położenia. Już nie znajdowała się w prywatnej części Wenus, pozostając jednak w jej duszących objęciach. Pierwsza wpajana świętość tego cudownego przybytku czyniła gościa nietykalnym bóstwem i nawet pomimo nabuzowania niechęcią Dei nie potrafiła sprzeniewierzyć się tej złotej zasadzie. Zazgrzytała tylko bardzo nieelegancko i niekobieco zębami, nie przestając mierzyć Kruegera ostrym spojrzeniem. Była pewna, że wyczytał z niego bezpośrednie zagrożenie dla łączności jego przystojnej twarzy z resztą ciała. Moż dlatego się odsunął? Dając jej w końcu odrobinę przestrzeni, także do zanalizowania jego nieoczywistej propozycji, sugerującej ponowienie współpracy. Przez napuchnięty negatywnymi emocjami mózg Deirdre z trudem przeciskały się kolejne myśli, łączące skrawki informacji w jakąś logiczną całość, stawiającą ją na pozycji...informatorki? Mściwej morderczyni? Nie zareagowała jednak w żaden sposób na słowa Daniela, ciągle stojąc w niezmienionej pozycji, jakby zamieniła się w wyjątkowo dziwkarski posąg zapiętej pod szyję panienki, gotowej wydrapać paznokciami oczy każdego przechodzącego impertynenta.
- Jestem bardzo, bardzo droga, kochany - powiedziała w końcu powoli, tonem szalenie zmysłowym, równie szalenie kontrastującym z jej spojrzeniem. - Nie wiem, czy będzie cię stać na moje usługi. O których, notabene, nie powinniśmy rozmawiać tutaj. To nieprzyzwoite - kontynuowała dwuznacznie, w głowie robiąc - mimo wszystko - szybki rachunek prawdopodobieństwa. Jeśli istniało coś poza władzą, co rozpalało Deirdre równie mocno, to z pewnością były to pieniądze. W Wenus sprzedawała swoje ciało na wyłączność, chociaż wątpiła, by propozycja Daniela spotkała się z ogólnym zadowoleniem właścicieli burdelu. Nie pokazywała więc w żaden sposób swojego zainteresowania, postanawiając dać Danielowi jeszcze kilkanaście sekund. Zanim na dobre opadnie w otchłań szaleństwa, przepalającego wszelkie bezpieczniki.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Portret Wenus [odnośnik]02.11.15 21:00
To, co mógł chlubnie nazwać pewnością siebie, zniknęło, oddalając się nieuchronnie w samą otchłań. Miejsce, z którego nie mógł dojść już nawet oznajmujący koniec skowyt; gdzie wszystko pochłaniały gęste połacie czerni, która niczym gęsta, czarna ciecz, przelewała się powoli, systematycznie niszcząc zawiązki tego, co jeszcze przed chwilą było widziane. Tak właśnie przepadła, odeszła, zostawiła go samego - jak porzuconą gdzieś szmacianą lalkę, która nie była w stanie ustać na nogach, myśleć, funkcjonować, prawidłowo odebrać docierające z otoczenia bodźce. Na jej miejsce przyszła nowa mieszanka uczuć, jakże zgubnych w swoim niszczycielskim działaniu, obracających się przeciwko umysłowi, z którego wyszły; ostrzących nóż przeciwko swemu stwórcy, by przebić na wylot jego obolałą duszę. Wątpliwość już dawno przekroczyła własne granice, zasiewając swoje ziarno szybciej od innych; wzrastając i piętrząc się we wnętrzu czaszki, we wszystkich kierunkach, oplatała umysł ciasnymi splotami wciąż rosnących pędów.  Zwątpienie. Niepewność. Strach? Przekonanie.
Do diabła z tym wszystkim.
Ale przecież nic takiego się nie wydarzyło. Przecież żadne z nich nie podniosło przeciw drugiemu ręki, nie rzuciło klątwy, nie padł przecież żaden niemiły epitet. A jednak, nawet z samego spojrzenia, mógł odczytać coś, czego nie chciał do końca widzieć. Co budziło w nim tyle sprzecznych emocji, powodowało podświadomą chęć odsunięcia się, jakby cicho licząc, że to uspokoi całą sytuację. Nie dopuszczał do siebie faktu, że zachował się w jakiś sposób niewłaściwie. Jego propozycja była całkowicie moralna w całej niemoralności tego miejsca, nie okazywał złych intencji, nie przyszedł nawet bezinteresownie lub co gorsza wyłącznie z powodu osiągnięcia własnych korzyści. To, co oferował, wydawało mu się w zupełności sensowne i możliwe do zaakceptowania. Ale właśnie. Wydawało się. Czy mógł aż tak się pomylić? Wszystko mieszało mu się przed oczami; im dłużej spoglądał na twarz Deirdre, tym bardziej nie potrafił z powodzeniem odczytać jej nastawienia, ani głębiej jego zrozumieć. Zresztą, nigdy nie był dobry w pojmowaniu kobiet, które w końcu przypisywały mężczyznom naturę płci głupszej i ograniczonej w prostocie własnych potrzeb i pragnień. I w swojej głupocie, chętnie teraz uciekłby się do jakiejś innej metody poznania, która pomogłaby mu zgłębić całe zdarzenie przynajmniej na zasadzie zarysu, aby wiedział, na czym stoi (choć był pewny, że strukturze musi być najbliżej do grząskiego gruntu). Nie, nie rozumiał tego i być może owe wrażenie zmieszania pojawiało się czasem w jego spojrzeniu, na moment czyniąc je rozmytym i niewyraźnym. Jedyne, czym mógł się łudzić, był fakt, że jeszcze nie zignorowała go i nie odeszła, dalej pozostawiając wszystko w charakterze szansy; wizji czegoś zdawałoby się, że zdolnego do osiągnięcia. Przynajmniej z pozoru. W praktyce jednak osoba kobiety wydawała mu się teraz przechodzić nieustanne przemiany, z niezwykłą sprzecznością, kontrastem zawartym między sposobem zachowania a wypowiedzi, które tworzyły ułożoną z wielu elementów konstrukcję, chwiejną, niestabilną, gdy próbowało się ją uwiecznić wewnątrz własnego umysłu. Niczym wyjęta z koszmaru, niczym chimera różnych znaków, której zinterpretowanie graniczyło z cudem. Nie pojmował tego; na moment otworzył nieznacznie usta, gdy lustrował jej sylwetkę, tym razem przepełnioną jadem. Niewzruszoną, stałą, wciąż uwiecznioną przed jego oczami, wyzutą z reakcji na wypowiedziane przez niego zdania. Z początku nie odezwał się ani słowem, potęgując wrażenie czającej się złowrogo między nimi ciszy, która zatapiała swoje szpony, mąciła, mieszała, dorabiając coraz to nowe komplikacje. Czuł się jak złapany w potrzask, z tylko pozorną możliwością do wykonania ruchu. Nic nie wiedział. Nic, kompletnie, nie wiedział. Mógł jedynie dalej, z ułudnym niewzruszeniem płynąć i liczyć, że dalsza chwila sprowadzi choć odrobinę uświadomienia. Odkładał i zwlekał, mimo wiadomego przekonania, że było to wyłącznie na jego niekorzyść. Ale z drugiej strony, korytarz nie sprzyjał byciu szczerym - skąd więc te wszystkie uczucia? Czy bezczelnie wtargnął na niewłaściwy teren? Czy cel w tym przypadku mógł uświęcać środki? No właśnie.
- Zawsze płacę zgodnie z wyznaczoną wartością. Nie musisz się obawiać. - Kusiła i odpychała. Zabijała i wznawiała do życia. Dawała nadzieję i niszczyła ją, zanim jeszcze zdołała się narodzić. Nawet po części nie mógł pojąć tej kobiety, na nowo ogarnięty chorą wręcz fascynacją, która zarazem stanowiła pewnego rodzaju ostrzeżenie, każąc mu się wycofać lecz... z góry było wiadome, że nie będzie w stanie tego wykonać. - W tym się zgadzamy. - Skinął nieznacznie głową i zdecydował się kontynuować: - Korytarz nie jest miejscem przeznaczonym do takich czynności.
Czuł się... Cóż. Nie wiedział, jak się czuł. Nie miał bladego pojęcia, co może z tej sytuacji wyniknąć; wciąż nie opuszczało go wrażenie, jakby został wplątany w pewnego rodzaju grę, której nie można opuścić, ani tym bardziej rozgryźć. Pozwalając sobie na chwilę milczenia, by znów móc ogarnąć natłok krążących po głowie myśli, kruszył lody świadomości, zmuszając wreszcie krtań do uformowania pytania:
- Co więc zamierzasz z tym zrobić? - Jego słowa padły, rzucone w eter, przechodząc przez okowy zaciśniętych bardziej niż zwykle mięśni. Miał wrażenie, że rozchodzą się znacznie dłużej, niż powinny, a każdy moment oczekiwania zaczyna przypominać wieczność.


I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Daniel Krueger
Zawód : Dziennikarz Proroka Codziennego
Wiek : 33
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret Wenus Tumblr_nn2tluHBTr1up9f3oo1_500
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Re: Portret Wenus [odnośnik]03.11.15 16:56
Deirdre nigdy nie należała do kobiet chwiejnych, rozemocjonowanych, poddających się z łatwością szaleństwu cyklu księżycowego. Bierność, nawet w kwestiach tak biologicznych i wręcz prymitywnych, nie wchodziła w grę, dlatego Dei przez całe swoje życie próbowała okiełznać wady słabszej płci, nie niszcząc jednak wszystkiego, co ową płeć opisywało. Z kpiącym prychnięciem przyjmowała nienormalne jednostki, upodabniające się do mężczyzn strojem lub zachowaniem, nie rozumiała też bezmyślnej nienawiści do przeciwnego gatunku, gardziła bowiem głupotą u każdego przedstawiciela rasy ludzkiej - chociaż dziwnym trafem mniejszym ilorazem inteligencji odznaczali się częściej mężczyźni. Dychotomiczny świat Wenus i Marsa przenikał się więc bardzo często, jednak Deirdre nie miała problemów z ustawieniem się po odpowiedniej stronie. Jej nienawiść do mężczyzn była podyktowana konkretnymi wydarzeniami, nie przesłaniając - czyżby? - racjonalnego poglądu na sytuację. Zachowywała więc skrajny profesjonalizm i stabilność, jednocześnie dając ujście zmieniającym się jak w kalejdoskopie emocjom. Widocznym tylko na jej szczupłej, bladej twarzy. Każde uczucie przenikało przez drobne mięśnie, opisując się w zmarszczkach, wygięciu kształtnych ust, zmrużeniu oczu. Buzia Deirdre w tej krótkiej chwili stanowiła płótno doskonałe, a zarazem otwartą księgę dla wprawnego czytelnika. Coś, co dla osoby postronnej - czy na takie miano zasłużył Krueger? - mogło wydawać się typowo kobiecym chaosem, obserwatorowi uważniejszemu oferowało dostęp do myśli Tsagairt. Do jej złości na samą siebie, do wyprodukowanego rytuałem pożądania, do tęsknoty za beztroską przeszłością, do rozgoryczenia, żalu, gniewu, pogardy, namiętności; do całego katalogu uczuć, których nie powinna okazywać doskonale wychowana panienka, ani - tym bardziej - dziwka. Może nie podrzędna, może wręcz wartościowa, będąca klejnotem w koronie moralnej zgnilizny, której zapach widocznie zwietrzył żądny krwi dziennikarz.
Uroczy ciąg przyczynowo-skutkowy, doprowadzający do ponownego kontaktu, do odnowienia przyjaźni, niezwykle silnej, nawet pomimo upływu czasu. Karuzela emocji na twarzy Deirdre zaczęła zwalniać, rysy łagodnieć a usta, do tej pory wykrzywione w grymasie zapowiadającym atak agresji, znów ułożyły się w uprzejmy uśmiech. Ciało kobiety nie było już napięte. Opuściła luźno ręce, bawiąc się paskiem płaszcza, ni to od niechcenia, ni to kokieteryjnie, zerkając w górę na twarz Daniela z niemym wyzwaniem. Już mieszczącym się w kategoriach normy, pojętej przez dwójkę spiskowców bardzo szeroko. Daniel nie stanowił dla niej przecież zagrożenia: chciała w to wierzyć i - przekonana o własnej sile - postanowiła zaufać swojemu instynktowi, oznaczającego w końcu Kruegera jako kogoś, komu mogła zaufać. Dalej w głębi duszy coś chciało wrzeszczeć, kopać i jak najszybciej usuwać namiastkę przeszłości z tej obecnej farsy, ale uciszyła ten głosik zdecydowanie, paradoksalnie znów czując się jak za zasłoną dziwkarskiego raju. Czuła zdezorientowanie Daniela, oznaczające dla niej przejęcie władzy. Przynajmniej pozornie, ale ostatnio karmiła się przecież kłamstwami, które po raz ostatni prezentowała fizycznie, znów robiąc krok do przodu. By zmniejszyć dystans, by dalej prowadzić w tym groteskowym tańcu, mającym przynieść jej kojący brzęk złotych galeonów.
- Odezwę się do ciebie - wyszeptała, nachylając się do jego szyi, chociaż nie musnęła jej ustami, przez chwilę po prostu wdychając jego zapach. - Dostaniesz jedną szansę, żeby mnie przekonać. Nie zmarnuj jej - dodała kategorycznie, ostro, wręcz zniechęcająco, co kłóciło się ze zmysłowym szeptem. Ostatni raz przesunęła pieszczotliwie dłonią po jego klatce piersiowej, po czym odsunęła się od mężczyzny, kierując swoje kroki ku drzwiom. Już nie będącym rajskim miejscem ucieczki przed przeszłością a raczej portalem, prowadzącym do kolejnego zapętlenia historii. Dyktowanej przez Deirdre.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Portret Wenus [odnośnik]05.11.15 9:01
Emocje narastały, potęgując setki wrażeń i wizji, które pojawiały się i znikały, tworzone na wzór pozlepianych z różnych spostrzeżeń i domniemań faktów. Do zamętu, który pojawiał się w jego głowie, dołączył nieład wszystkich nagłych informacji, w których natłoku zaczynał już się powoli gubić. Zwodzony i zarazem kierowany przez całość spotkania, wystawiany na pułapki, jednocześnie się od nich ratując, docierał powoli ku samemu sednu. Nie potrafił jeszcze się dobrze odnaleźć - czy to przez całą rzeczywistość, z jaką nagle musiał na nowo się zetknąć? Czy przez zwodnicze uczucia i pragnienia, które igrały z nim; albo przez zwykły brak przewidywania i bystrości, zaślepienie własnym - jakże niestabilnym - stanem? Coś jednak w nim podświadomie przetrwało, ponieważ zwyczajnie nie wierzył w przedstawiane po kolei rzeczy, wciąż mając przed oczami przeszłość, lecz mimo tego nie poddając jej głębszej analizie. Co czuła, kim była, kim się stała. Zostało to zostawione pod oschłym brakiem wystawionej oceny, która być może przewijała się gdzieś pomiędzy tym wszystkim, lecz nie był w stanie jej póki co wyodrębnić i dostrzec. Jednak to właśnie ona sprawiała, że tutaj się pojawił, że nie przestawał szukać, bez zamiaru wykonania odwrotu.
Elementy układanki powoli nasuwały się na siebie, choć wciąż pozostawały nie do końca jasne. Ochłonięcie przychodziło i zarazem opuszczało go ponownie, jakby wciąż nie chciało przytępić wszystkich zmysłów, wprowadzić w stan błogiego otępienia. Wzrok wychwycił, jak twarz kobiety łagodnieje i jednocześnie sam uformował się na kształt zupełnie innego wyrazu - niemej świadomości, która powoli zaczynała scalać wszystko w jedno, dotychczas przytłumione i skryte za kurtyną sceny, gdzie jedynymi poruszającymi się formami, były zwodnicze, uformowane z cienia sylwetki. Usta wygięły się lekkim uśmiechu, delikatnym i na pozór trudnym do zauważenia. To wszystko wyglądało na potwierdzenie, niewypowiedzianą jeszcze aprobatę do działań; albo przynajmniej usiłował tak twierdzić, na nowo zyskując porcję nadziei, tym razem jednak popartych wnioskami.
Mięśnie drgnęły nieznacznie, kiedy odległość między nimi ponownie się zmniejszyła; sam nie wiedział, czy po prostu poddaje się działaniu tej siły, czy niemo na nią przystaje, nie widząc innego wyjścia - ani tym bardziej niczego złego. Ciało nie wykonało jednak żadnych konkretnych ruchów, przez moment ponownie przybierając postać podobną do zaklętej statui, którą od nieruchomego posągu rozróżniały jedynie wykonywane regularnie oddechy. Niemal czuł na własnej szyi dotyk jej warg lub być może zwodniczo kreował takie wrażenie, dając się ponieść chwili i skrytych wciąż w głębi podświadomości pragnień.
- Wiesz, gdzie mnie szukać. - Starał się nadać głosowi możliwie największą pewność, by nie zniknął gdzieś w połowie, zdławiony przez resztę wciąż nieopuszczających go emocji. - Lepiej, żeby żadne z nas nie zmarnowało.
Odeszła od niego, lecz tym razem nie miał zamiaru już jej zatrzymać. Nim się spostrzegł, nim zdołał cokolwiek zrobić - w tym samym momencie dystans znów ulegał wydłużeniu, biorąc pod uwagę tę chwilę - póki co nieodwracalnie. Wciąż pozostawiony w dawnej atmosferze, powoli się z niej otrząsał, wracając do poprzedniego stanu sprzed całego zajścia. Odprowadził wzrokiem sylwetkę kobiety, patrząc, jak znika wraz z zamykającymi się drzwiami, a następnie sam ruszył już we własnym kierunku. Nadal niepewny, ale zarazem pełen nieodpartego wrażenia, że to wcale nie będzie koniec - wręcz przeciwnie, początek czegoś nowego, utworzonego na starych, solidnych podwalinach relacji przynoszącej obu stronom korzyści. Potrząsnął raz głową, niby z niedowierzaniem i wyrywając się z całego transu, w jaki wprawiało go owe miejsce, udał się na nowo w objęcia szarego, codziennego świata.

zt


I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Daniel Krueger
Zawód : Dziennikarz Proroka Codziennego
Wiek : 33
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret Wenus Tumblr_nn2tluHBTr1up9f3oo1_500
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Re: Portret Wenus [odnośnik]22.09.16 19:53
Baletowy trening wycisnął z Marcela siódme poty, ale potem, gdy spoglądał na swoje nagie ciało w wielkim lustrze, przekonał się, że było warto. Może przesadzał, porównując swoją sylwetkę do Herkulesa, może bluźnił, uważając się za bardziej idealnego od Adonisa, aczkolwiek miał o sobie nader wysokie mniemanie, zaś odbicie w szklanej tafli wyłącznie podkręcało jego rozbuchane i nadęte do niebotycznych rozmiarów ego. Orzeźwiająca kąpiel błyskawicznie (ściślej mówiąc, po trzech godzinach pławienia się w gorącej wodzie, bawienia gumowymi zabawkami, dmuchaniu baniek mydlanych i wzniecania fal) orzeźwiła Marcela, niemalże gotowego do wieczornego wyjścia z Titusem. Nie widzieli się całe wieki, a Parkinson zaczął już odczuwać dziwną tęsknotę do męskiego towarzystwa. Zazwyczaj nie miał żadnego, nawet minimalnego parcia na przebywanie w otoczeniu samców, dużo lepiej czując się w panieńskim gronie. Faceci nie chcieli rozmawiać o kosmetykach, o modnych kolorach, o rzekomej ciąży pięknej Belle... A Titus rozumiał. Przynajmniej pozwalał Marcelowi się wygadać oraz stwarzał możliwość poruszenia innych tematów, takich, jakich nawet on, osławiony już swą bezpruderyjnością, nie ważył się wspominać przy damach. Przed wyprawą czekał go jednak jeszcze trudny wybór wyjściowego stroju, nie patrzył na zegar, nie liczył, ile razy okrzyczał Trzpiotkę, lecz nie mogło być tak zupełnie źle, bo twardo trzymał się swego postanowienia i nie wypił jeszcze niczego na rozgrzewkę. Gdy już prawie stwierdził, że nie ma się w co ubrać, dostrzegł na wieszaku, zupełnie w głębi szafy idealną koszulę. Dobranie krawata, marynarki i całej reszty stanowiło już kilka sekund; w jednej chwili przed oczami Marcela zapaliła się magiczna lampka, która podpowiadała mu, jak chce wyglądać. Postanowił urządzić sobie spacer, wybierając się do Wenus tradycyjną metodą komunikacji - o własnych nogach. Miał doskonałą okazję, aby się przewietrzyć, a przy tym wypalić kilka papierosów, wypuszczając przy tym z ust kolorowy dym, zapewne wzbudzający odrobinę zainteresowanie mugoli. Marce jednak był święcie przekonany, iż oglądają się za nim i choć gardził niegamicznymi ludźmi, rozdawała łaskawe uśmiechy z miną godną indyjskiego maharadży. Dumał przy tym nad przypadkiem Titusa; wiedział o jego nikłych doświadczeniach damsko-męskich, lecz nie wpadł na to, aby zapytać, czy kiedykolwiek bawił już w Wenus. Powziął to wręcz za pewnik, w kuluarach najdroższego domu rozkoszy spotkał już chyba wszystkich liczących się mężczyzn w Wielkiej Brytanii. Ollivander m u s i a ł wiedzieć, dokąd się udają oraz w jakim celu. Sam Marce wyłącznie dla odprężenia, nie zwykł płacić za cielesne przyjemności, woląc wydobywać je od kobiet urokiem aniżeli złotem, lecz Titus... Gdy zobaczył młodzieńca, oczekującego na niego przy barze, w ramach przywitania podał mu szluga i zbliżył doń swojego, aby mógł go odpalić.
-Zaciągaj się, bo zgaśnie - pouczył, niezmiernie rad z widoku chłopaka - na co masz ochotę? dziś ja stawiam - rzekł nonszalancko, mrugając porozumiewawczo do Titusa, aby wybadać, czy został wtajemniczony i zdaje sobie sprawę z drugiego oblicza Wenus. Marce zerknął w stronę portretu bogini, która chichotała zniewalająco i odsłaniała przed nimi swe wdzięki - czyż istniała bardziej subtelna aluzja, żeby odkryć, gdzie znajduje się przejście do intymnej części lokalu?
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Portret Wenus [odnośnik]22.09.16 21:15
Lubił towarzystwo Marcela - tak zwyczajnie, bo po prostu się dogadywali, nawet jeśli Titus wcale a wcale nie znał się na najmodniejszych wzorach i kolorach i nie wiedział nawet kiedy kończy się sezon zimowy a zaczyna wiosenny. Nie miał pojęcia czym różni się sukienka od spódnicy, nie potrafił dobierać dodatków i Marcel pewnie łapał się za głowę za każdym razem gdy widział go po raz setny odzianego w tę samą powłóczystą szatę. Tak, Ollivander preferował szaty - nosił je jako dzieciak, nosił w Hogwarcie i teraz, kiedy teoretycznie był już dorosły. Na mugolskiej modzie znał się jeszcze mniej - kiedyś, jeszcze jako dzieciak, gdy wraz z guwernantką zapuścił się do mugolskiego świata po jakiekolwiek odzienie w ramach tej całej czarodziejskiej maskarady to w jednym ze sklepów wybrał sobie damską podomkę, błękitną w drobne różyczki. Ekspedientka wybuchnęła wówczas śmiechem, szczególnie, że zapytał jej czy pasuje mu do koloru oczu. Dobrze, że stara Svieta w końcu uświadomiła mu, że to damskie odzienie i sama wybrała coś adekwatnego do płci...
W każdym razie przybył do Wenus przed Parkinsonem (wcale nie dziwne, ostatecznie przygotowywał się znacznie sprawniej - wcisnął się w ubranie i przygładził włosy). Czy wiedział co kryje się pod tą piękną nazwą? Nie. Tak całkiem szczerze - nigdy nie był blisko z żadną kobietą, w stosunkach damsko-męskich doświadczenie miał prawie że zerowe. Ot, całował się kilka razy czy to pod jemiołą czy w hogwarckich kątach, ale to wszystko! Może to dziwne, może nie?... Nigdy się nad tym nie zastanawiał. I miał przecież dopiero dziewiętnaście lat! Nie podejrzewał także Marcela o chadzanie do tego typu miejsc... No dobra, podejrzewał, ale nie sądził, że potrzebował wówczas jakiegoś innego towarzystwa niźli to, które krążyło po domu uciech. Właśnie dlatego wparował do Wenus bez żadnego skrępowania, witając obsługę skinieniem głowy i delikatnym uśmiechem. Zajął miejsce przy barze, gdzie czekał i czekał... i czekał całe wieki!
- Wreszcie jesteś! - odebrał od niego papierosa umieszczając go między wargami i odpalając od podanej fajki. Pykał go dopóki końcówka nie zapłonęła ciepłym pomarańczem, po czym nieznacznie się odsunął, porządnie zaciągając dopiero którymś z kolei buchem. Wbił spojrzenie w przyjaciela - Skoro stawiasz, to i wybór zostawiam tobie. Ufam twoim gustom, Marcel. - pokiwał głową, a jego usta wyciągnęły się w szerokim uśmiechu. No i masz! Sprawiał wrażenie kogoś, kto raczej wie co tu jest grane - zero skrępowania, pewność siebie na tym samym poziomie co zwykle... Kątem oka również zerknął w kierunku obrazu, w międzyczasie powoli wypuszczając z ust warkocze kolorowego dymu.
Titus F. Ollivander
Zawód : uczy się różdżkarstwa
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
first learn the rules,
then break them
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3427-tytus-flawiusz-w-budowie#59470 https://www.morsmordre.net/t3451-poczta-titusa#59932 https://www.morsmordre.net/t3450-tytus-flawiusz#59928 https://www.morsmordre.net/f240-lancashire-holcot-dworek-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t3485-t-f-ollivander#60769
Re: Portret Wenus [odnośnik]23.09.16 10:24
Zaspokajanie swych potrzeb było właściwie jedynym priorytetem Marcela. Prawdopodobnie najbardziej egoistycznego egoisty, jaki kiedykolwiek chadzał po tym świecie - kilka złotych wyjątków jego najbliższych przyjaciół nie umniejszało bowiem wręcz przerażającej miłości własnej oraz ganianiu za spełnieniem żądz. Obojętnie, jakie by one nie były. Nieistotne, czy gra toczyła się o dzieło kulinarne, o kieliszek najwyborniejszego alkoholu, o skórzane buty wyprodukowane wyłącznie w jednym egzemplarzu, czy też o zadośćuczynienie pragnieniom prymitywniejszym, czyniącym z Parkinsona (niestety) sztampowego samca.
Dziś zaś Marce chciał wyłącznie zabawy, najprostszej i niemalże dziecięcej, nieokreślonej żadnymi ramami konkretnych wytycznych ani ustaleń. Za kompana mając Titusa mógł pozwolić sobie właściwie na każde szaleństwo, doskonale wiedząc, iż ten wybaczy mu brak planu i spontaniczne działanie. Gdy nie wiedział, cóż takiego przyniesie mu kolejny krok, kolejne słowo, ekscytował się jeszcze bardziej niż zwykle, czyniąc z błahego wypadu widowisko. Naturalnie zaproponował Wenus z myślą o sobie, lecz gdy Ollivander podchwycił pomysł, Marce zaczął knuć spisek, dzięki któremu zdołałby zdemaskować Titusa. Przyznawał, że był złotym chłopakiem, ale przecież nie można uchować się aż tak niewinnym. Przyszykowana próba powinna dowieść, co też Ollivander ma za uszami - wcale niewykluczone, że cały czas jedynie udawał słodziutkiego, nieuświadomionego młodzieniaszka! Zwłaszcza, że sprawiał wrażenie rozluźnionego, pewnego siebie i... również zerkał w stronę portretu bogini miłości, jakby z jakimś niemym wyczekiwaniem. Albo wyzwaniem? I choć Marce zawrzał i zapłonęła w nim natychmiastowa chęć odkrycia wszystkich kart, zmatowania Titusa, to postanowił uzbroić się w te resztki cierpliwości, jakie jeszcze mu pozostały.
-Słusznie - uśmiechnął się z wyższością, wypuszczając z ust kłąb dymu i niewielkim dzwoneczkiem przyzywając barmana. Złożył zamówienie bez zająknięcia, skoro Ollivander pozwolił mu na podejmowanie decyzji (przynajmniej w tak prozaicznej kwestii). Zanim otrzymali swoje drinki zdążył dopalić papierosa, załamać ręce nad strojem Titusa, lecz czyniąc to w pełnym godności milczeniu, po części związanym z utkaniem przyjacielskiej pułapki na swego towarzysza.
-Na jak mocne wrażenia liczysz? - spytał, sącząc alkohol i obracając się leniwie na barowym stołku. Nowa paczka szlugów, odpalenie papierosa od końcówki różdżki, degustacja tytoniowego dymu wspomagana napojem wyskokowym. Lubić ćmić pety, zwłaszcza po seksie, jeszcze leżąc w łóżku, ale tuż przed intymnym zbliżeniem... również było przyjemnie - na pewno nie masz żadnych życzeń? - upewnił się, nachylając się w jego stronę, aby z bliskiej odległości spojrzeć mu w oczy. Nie odwracał uwagi, nie kręcił się niecierpliwie, nie szukał pretekstu, aby już stąd odejść. Powolne rozgrzanie w części oficjalnej, gra wstępna w bawialni, cudowny spektakl dla oczu, a dopiero później należna nagroda, przyjemność, na której finał należało oczekiwać długo.
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Portret Wenus
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach