Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Marzec 1956
AutorWiadomość
Marzec 1956 [odnośnik]28.01.17 1:30


Pewnego dnia obudziłam się i zabrakło mi tchu, ponieważ wspomnienia, które trzymałam w zamknięciu nie należały już tylko do mnie. Jeśli mogłabym wybierać, chciałabym móc Ci je ofiarować, mamo. Pokornie, bezpiecznie, nieinwazyjnie, podarować Ci je z całkowicie czystej woli.


Lekcja 1: Nauka zaczyna się dopiero wtedy, kiedy jasno określisz swój cel

Odwiedziłam Cię w Twojej sypialni w niedzielę. Dłużej nie mogłam czekać. Opowiedziałam Ci o dniu, w którym pierwszy raz w mój umysł wdarła się cudza siła i nie była to Twoja myśl. To był zwykły dzień. Działo się to w trakcie badań naukowych, a jedyne wspomnienia, jakie zostały mi wydarte to te, które stworzył zaledwie cień mnie, niepodobny do mnie. Nie musiało jednak tak być. To mogły być wspomnienia prawdziwe. Nie te sztuczne, wywołane klątwą, które były tylko prawdą wykreowaną przez skutki impertynencko rzuconego zaklęcia szaleńca. Znałaś go, Lorne Bulstrode i jedyną naszą wspólną historię – Klątwy Lacrimosy. To była moja chwilowa słabość, o której nikt nie miał prawa wiedzieć. Tylko wybrani przeze mnie – zaufani – ludzie.

Pamiętam, jak przyprowadził mnie do Ciebie Tristan. Miałam Ci opowiedzieć o tej nocy, ale nic nie pamiętałam. Przedarłaś się przez moje skonfundowanie i dotarłaś do tego, do czego sama nie potrafiłam, nie chciałam, bądź nawet nie próbowałam wtedy dotrzeć. Ale to byłaś Ty. Tobie było wolno. Nikomu więcej.

Szóstego marca tego roku zadziało się coś innego. Wydawało mi się, że kiedy posiadłam Twój talent – legilimencję, której sama mnie nauczyłaś – będę silniejsza. Nie dam się nikomu zranić. Myliłam się. Tego dnia, w trakcie badań, okazałam się swoim największym wrogiem. Miałam szczęście, że osobą, do której dotarły wspomnienia, był ten, który nie powinien  rozpowiadać tajemnic domu. Jednak życie uczy mnie, że nawet Ci najdłużej towarzyszący rodzinie, potrafią zdradzić. Tristan, gdyby chciał o tym mówić, mógłby to potwierdzić, niestety, własnym doświadczeniem. Jednak nawet jeśli tamtego dnia, on, który poznał moje wspomnienia, chciałby coś z nich rozprowadzić dalej – nie mógł. Nie dlatego, że podobno to nasz człowiek, niegdyś mój przyjaciel i, jeszcze (miejmy nadzieję na zawsze), wierny towarzysz mego brata. Powód był bardziej trywialny. Zostaliśmy związani przysięgą i ta była dla mnie cudem, na który w przyszłości nie powinnam była liczyć.

Przyszłam do Ciebie wiedząc, że znam sposób, żeby na takich cudach nie polegać, bo mogłam tylko na sobie. Przyszłam, pokornie, uniżona, wdzięczna za matczyną troskę i wsparcie, kolejny raz prosząc Cię o następne nauki. Z wiedzą, że nie wskażesz mi bezpośredniej drogi do osiągnięcia całej wiedzy o oklumencji, ale raz jeszcze użyczysz matczynego ramienia i poprowadzisz mnie za rękę, przeprowadzając przez trudy opanowania kolejnej dziedziny magii. Wiedziałam, że będziesz najtrwalszym spoiwem łączącym mnie z osiągnięciem celu. Wspomożesz mnie myślą, słowem, talentem, surowością i skrupulatnością z jaką kolejny raz spróbujesz wedrzeć się w moją głowę, próbując wyrwać z niej siłą kolejne wspomnienie. Nie dasz mi recepty na gotową obronę. Stworzysz mi możliwości i szansę, abym tą wykreowała sobie sama.

Tak zaczęła się lekcja pierwsza.



Obudziłam się, wiedząc, jak łatwo myśli można wyrwać z umysłu, nawet te najgłębiej skrywane, do których nikt nie powinien mieć wstępu, również ja. Budząc się z tą wiedzą, byłam przerażona. Lękałam się, że sprawy, wydarzenia, przeszłość – nieważne jak mocno zatajona – jest zbyt łatwa w skradnięciu. Jest to niemalże największą niesprawiedliwością wobec trudów ukrycia, czasami przed nami (ale też i wszystkimi innymi), największej prawdy.


Lekcja 2: Strach przed myślami sprawia, że nie możesz przed nimi uciec

Wdzierałaś się do głowy prosto, jak zawsze, bez żadnego oporu. Umysł starał się rozpraszać uwagę. Wydawało mi się, że rozmywam każdą myśl od zarodka, ale te wszystkie nachodzące na siebie widma pamięci ścigały mnie, niczym najlepsi myśliwi, zniewalały swoją siłą. Z łatwością otaczały skórę i kości ciężkimi łańcuchami, przywierając do nich na stałe, nie pozwalając zrzucić z ramion ich szali. Ciążyły mi na duszy i ciele. Z całym impetem ściągały moją pełną uwagę na nie – zwłaszcza te najintensywniejsze wspomnienia. Nie pozwalały wyrzucić siebie z pamięci, tak, aby zdążyły się ulotnić z niej zanim zaczęłabyś ich tam szukać. Oglądałaś wszystkie moje upadki. Rozdzierałaś najświeższe rany, bo chociaż z zewnątrz pozostawałam zawsze nietknięta, we mnie tych zranień pozostawała niezliczona ilość. Ty, uczona doświadczeniem i wcześniejszymi próbami spenetrowania mojego umysłu, wiedziałaś gdzie uderzyć, żeby od razu sięgnąć sedna. Chwytałaś się najłatwiejszych celów, z początku. Wspomnień, tak bolesnych w ponownym doświadczaniu ich, że ani słowo, ani intencja, ani nawet moja dobra i silna wola nie pozwoliły mi odwrócić od nich wzroku. Dawałaś mi cały czas, niezmiennie, motywację, do tego, aby zwalczyć magię zgłębiającą umysł.

Mimo to, przez długo trwające dnie, a później tygodnie, nauki te nie przynosiły żadnych efektów. Im bardziej starałam się uciec od cienia własnych tragicznych wizji, tym większe koła zataczałam wokół jednych i tych samych miejsc, a myśli i umysł stawały się coraz łatwiej podatne i otwarte na Twoje wpływy. Wychodziłam Tobie naprzeciw, pewna zwarcia i gotowości do odparcia Twojej legilimencji, choć umysł i siły cały czas były źle zmierzone na zamiary. Napastliwych ataków nie dało się odeprzeć słabą defensywą w bezpośrednim starciu, a myśli nie było łatwo odtrącić, nawet z pomocą machnięcia magicznej różdżki. Instynktownie wycedzałam przez usta inkantację: Somnus finite, próbując zakończyć tym żywot natarczywych, niepotrzebnych retrospekcji. Bezskutecznie.

Dopiero w finiszu tych sesji, rosnąca ilość sromotnych porażek nauczyła mnie,  że dopadające mnie demony przeszłości mają nade mną przewagę. Tej powstałej przepaści  nie mogłabym zniwelować bez wcześniejszego, dokładnego zidentyfikowania jej, jako mój strach. Karmiąc się nim, moje groźne wyobrażenia sprawiały, że klękałam przed nimi, nieświadomie dając im się żywić się tym lękiem, a Tobie obrazami, jakie wymęczony umysł podstawiał Ci pod nos w formie pysznej, przychodzącej prędko przystawki.

Tak zaczęła się lekcja druga.



Odkryłam wtedy, że tajemnice, nieważne jak pieczołowicie trzymane tylko dla wybrańców, są proste w zdobyciu. Wcześniej wydawało mi się, że jestem bezpieczna, ale nigdy nie byłam i nigdy nie byłabym, póki nie nauczyłabym się sama zapewniać sobie takiego bezpieczeństwa. Tego dnia, obudziłam się i wiedziałam już jak mogę o nie zadbać.


Lekcja 3: Najlepszym przyjacielem jest spokój

Łatwo wyprowadzałaś mnie z równowagi. Kolejne dni przynosiły coraz więcej zawodu i negatywnej energii. Wiedziałam już, że myśli, przed którymi wcześniej starałam się uciec, stają się tym wyraźniejsze i łatwiej dostępne im częściej decyduję się je odrzucić. Jednak z tą wiedzą, czy bez niej, nic się nie zmieniało. Unikałam ucieczki od własnej pamięci. Uczciwie stawiałam czoła swojej przeszłości. Mimo to, każdy jeden raz, w którym sięgałaś i trzymałaś w garści moje wspomnienia, sprawiał, że traciłam zimne nerwy. Bez wyjątku, wszystkie takie błędy kosztowały mnie kolejne boleśnie wbijane w pierś szpilki. Ból, który pozostawał, skręcał trzewia i wprawiał mnie w złość, utrudniającą dalszą naukę. Myślałam, że gniew przełożę na pracę nad sobą. W końcu to negatywne emocje zwykle były dla mnie największym motywatorem. Jednak sztuka wyłączania myśli, nie była tak łatwa. Nie dostosowywała się do mnie, to ja musiałam dostrajać się do niej. Nic nie mogło być takie, jakim chciałabym żeby było, wmawiając sobie, że sposób działania, jaki skutkował przez całe moje życie, teraz też przyniesie pożądane efekty. Nawet dla czarodzieja, który już posiadł dwie z trzech dziedzin magii umysłu, oklumencja stanowiła wyzwanie. Takie, na które przygotować mogło tylko przystosowanie się.

Umykało mi najważniejsze. Spokój. Od początku mi go brakowało. Zbyt gorliwie podchodziłam do kwestii nauki, chcąc się nauczyć wszystkiego na już. „Od razu” nie przynosiło jednak oczekiwanych skutków. Historia lubi nas uczyć, że nic co cenne i efektowne w życiu, nie przychodzi łatwo i bez wysiłku. Dlatego ja wkładałam go coraz więcej w każdy dzień pracy nad sobą i kontroli nad umysłem. Byłam zawzięta oraz głupia w swojej zawziętości, nie widząc, jak mój upór i chęci, zamiast pomóc mi, zrzucają na mnie szerokie pasma wielkich niepowodzeń. Robiłam się bardziej nieustępliwa, ale pod ramię wraz z tą nieustępliwością wędrowało niechlujstwo i brak zrównoważonego działania.

Tylko cierpliwość i zbalansowana uporczywość przynosiły najlepsze efekty. Dopiero, kiedy zaczęłam to pojmować, łatwiej było mi odgrodzić się od własnych myśli. Spokojem odpierałam najbardziej oczywiste z Twoich ataków. Chłodna analiza własnych myśli i powolne wyłączanie się z odczuwania ich, stwarzała łatwiejszym skupienie się na rzeczach innych, nieistotnych, które mogłabym Ci zdradzić.

Tak zaczęła się lekcja trzecia.



Śniłam o dniu, w którym serce, które krwawi przestanie kipieć od niespełnionych mrzonek. Takim dniu, w którym wszystko zawsze będzie toczyło się według zamierzonego planu. W nim, ja – będę niezmiennie bezpieczna. Z tym bezpieczeństwem żadna pokusa nie będzie dla mnie wcale przynętą. Żadne pragnienie nie stanie się oczywistym zdradzając zamiary, a w nich mnie i moje żądze.


Lekcja 4:  Spodziewaj się niespodziewanego

Przyszłaś do mnie w nocy. Zaskoczyłaś mnie. Odczytałaś moje pragnienia. To nie było nawet trudne. Wystarczyło, że raz wyszłaś poza schemat. Miałyśmy swoją siatkę wspólnych treningów. W niej zawsze byłam na Ciebie gotowa, dokładnie wiedząc kiedy i gdzie zaatakujesz. Ty miałaś jednak inny plan, nieziemski plan. Chciałaś nauczyć mnie nie machinalnej obrony przed spodziewanym. Dla mnie chciałaś więcej – uruchomienia najgłębiej skrywanych instynktów samoobronnych, gotowych do działania o każdej porze dnia i nocy, intuicyjnie, a nie zawsze tylko po gruntownych przygotowaniach. Przekazywałaś mi rzeczy oczywiste, że przecież nie będę znać miejsca ani czasu, w którym ktoś obcy chciałby zainfekować mój umysł swoją myślą. To była rzecz oczywista, a gdzieś umknęła mojej uwadze, dopiero przypominając się o sobie za pośrednictwem Twojej dobrej rady. Ataku spodziewaj się dokładnie wtedy, kiedy spodziewasz się go najmniej, a pułapki wszędzie tam, gdzie miejsce wydaje się aż podejrzanie za bezpieczne. Najciemniej bowiem jest zawsze pod latarnią.

Tak zaczęła się lekcja czwarta.



Nauczyłam się, że oklumencja to nie sztuka wyprania z uczuć. Nie musiałam być obojętna, jeśli chciałam ja pojąć. Moja beznamiętność nie mogła być moją największą bronią przed zajrzeniem w mój umysł. Oczywiście, pomogłaby, ale sprawiłaby, że byłabym całkowicie pusta. Pozbawiona zdania, charakteru i osobowości. Przecież nie o to chodzi, żebym nie czuła nic. Wyrzeczenie się siebie nigdy nie powinno być niczyim celem. Może tylko wynaturzyć. Nim powinno być dążenie do tego, aby tym uczuciom, które tlą się we mnie nieustannym żarem, nie dać nade mną bezwzględnej kontroli.


Lekcja 5: „Nie myśl” nie znaczy tego samego, co „nie czuj”

Były myśli, do których, mimo mojego opanowania i kontroli nad emocjami, potrafiłaś dotrzeć. Próbowałam je zatajać, wypierać je z pamięci i odrzucać. Bezskutecznie. Była to desperacka próba odrzucenia czegoś, co stanowiło integralną część mnie. Nie rozumiałam, że wspomnienia tak intensywne i tak istotne dla mojego przeżywania oraz budowania mojego charakteru nigdy nie mogłyby przestać należeć do mnie. Okłamywałam się myśląc, że z tą samą dziecinną prostotą mogłabym zapomnieć o rzeczach ważnych – najważniejszych, wywierających duży wpływ na moją przyszłość, jak o sprawach błahych. Wydawało mi się, że oba te sprawunki, stoją relatywnie blisko siebie. Nie mogłam się bardziej pomylić. Żaden człowiek nie jest naturalnie stworzony do zrezygnowania z uczuć. Tak obfitych w emocje i moje silne przeżycia myśli nie dało się ukryć. Długo zajęło mi pojęcie, że moja psychika nie pozwalała mi najmocniejszych wspomnień zachować w tajemnicy. Zrozumienie subtelnej różnicy pomiędzy próbą wyparcia się swojej duszy – przez odrzucenie atrybutów nią kierujących (psychiki, świadomości i doświadczania) – a wyciszeniem jej potrzeb i przesłanek, to były dwie różne rzeczy. Druga ważniejsza od pierwszej.

Nie sposób było nauczyć się nie czuć, tylko czuć w taki sposób i tak kreować swoje emocje, aby nie one panowały nad duchem, a duch pozostał swoim własnym panem.

Emocje należało pozostawić w ciele, ale wyzbyć się ich z umysłu i pozostawić tam tylko myśli i słowa zupełnie zbyteczne, a tym samym odporne na penetrację z zewnątrz. To była ta najtrudniejsza część, w której istniała tylko drobna zaledwie linia pomiędzy nauczeniem się niepotrzebnej beznamiętności, a oklumencji. Dziedziny znacznie cięższej od nauki zwykłej nijakości, wyrażanej w braku charyzmy i własnej tożsamości.

Tak zaczęła się lekcja piąta.



Marzyłam o dniu, w którym żadna obca jaźń nie przedrze się do cudzych myśli – moich własnych. Gdzie moja pamięć, moje pragnienia, plany i niewypowiedziane słowa, pozostaną tylko moimi, a żaden czyn nie zostanie uprzedzony myślą o nim w drugim umyśle. Marzenie to miało być nie mrzonką, a celem, do którego dążyłam, uścielając sobie drogę płatkami z róż, ozdabiających rodzinny ogród. Posłanie nimi ziemi pod stopami nie powinno być przyjemnością, a nauką, wyciągniętą od rodziny. Było nawet czymś więcej, odbłyskiem najsilniejszych i najtrwalszych fundamentów, niełatwych do zburzenia – wsparcia rodziny.


Lekcja 6: Skąd wiesz, że sięgnąłeś już celu?

Stałaś przede mną, próbowałaś zawalić fundamenty spokoju – pełnej kontroli nad uczuciami i myślami, a każda idea, która rozbłyskała w mojej głowie pozostawała tylko moim cichym zamiarem. Wszystkie intencje, które znałaś to te, które chciałam Ci pokazać. Chwila nie dłużyła się już w oczekiwaniu, kiedy Twoja legilimencja próbowała się przebić przez moją oklumencję. Moment przyozdobiony skupieniem i pełną kontrolą zatryumfował. W końcu, po wielu, setkach prób, nastała cisza. Rozluźnienie, z wydłużającym się czasem oczekiwania na Twój atak i moją obronę, zalewało nasze umysły ciepłem. To błogie milczenie zapanowało na chwilę w obu świadomościach. Tego dnia nie poznałaś żadnych wspomnień. Nie dlatego, że nie próbowałaś. Pierwszy raz, ja nie zawiodłam w odparciu tych prób. Wtedy, osiągając ten efekt, i dopiero po kilkunastu kolejnych podejściach z podobnym skutkiem, już wiedziałam: Dzień, w którym oklumencja została przeze mnie opanowana, w końcu nastąpił. Ostatniego dnia marca w nocy, a może już po północy? Robiąc mi i Tobie prezent pierwszego kwietnia. O ironio. Nasze prima aprilis, mamo – bez żartów.

Tak skończyła się lekcja 6 – ostatnia.





Persuasion is often more effectual than force.


Darcy Rosier
Zawód : hipnotyzerka w rodowym rezerwacie w Kent
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Jeśli ktoś uprawia ze znawstwem sztukę perswazji, powinien wpierw wzbudzić ciekawość, później połechtać próżność, by wreszcie odwołać się do sumienia lub dobroci.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2082-darcy-rosier https://www.morsmordre.net/t2119-arcobaleno#31733 https://www.morsmordre.net/t2120-no-mercy#31734 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t3412-skrytka-bankowa-nr-594#59045 https://www.morsmordre.net/t2125-darcy-s-rosier#31823
Marzec 1956
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach