Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Oranżeria

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Oranżeria   08.02.17 2:11

Oranżeria

Względnie nieduża, postawiona bardziej ze względów praktycznych niż ozdobnych, choć zimą sprawdza się świetnie jako ogród - wiecznie zielony i żywy. Znajduje się po prawej stronie ogrodów. Między liśćmi przeróżnych roślin często chowają się niespodzianki. W losowych miejscach da się znaleźć dołki i małe kopce, ale także lepiej ukryte skrzyneczki, pozakopywane niegdyś przez młodych Ollivanderów, którzy tworzyli w tym miejscu swego rodzaju kapsułę czasu.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
i can't feel
the dawning of it all,
was it all gone all along?
20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
what now

PisanieTemat: Re: Oranżeria   11.02.18 14:50

dalsza część 7 maja '56
     Było późno; oczywiście zdarzyło mu się więcej niż raz powrócić nawet i o brzasku, gnanemu przez cienie pomysłów, w które niezmiennie pozwalał się wplątywać. Nieobce mu były takie niewdzięczne wejścia, gdy pomimo wielkich trudów nie udawało mu się uniknąć natknięcia się na Ulyssesa. On z a w s z e wiedział, bezbłędnie przewidując posunięcia młodszego brata i wywołując na jego policzkach niepowstrzymany, uroczy odcień różu, świadczący nie tyle o porażce jego sprytnego planu wyprawy, a o winie spowodowanej próbą oszukania tego mężczyzny, którego śladami starał się podążać od lat. Te momenty, choć na pewno dotkliwe, mijały szybko i zacierały się w pamięci jako nierozsądne wybryki młodości, w istocie nie były przecież niczym wielkim. Przy tym, co się wydarzyło dzisiejszego wieczora, te wszystkie błędy przeszłości były protekcjonalnym wzruszeniem ramion. Naraził się na niebezpieczeństwo przez nieuzasadnioną brawurę, zapominając zupełnie o rozsądku, bagatelizując klątwę Ondyny i jej reperkusje. Odganiał od siebie chwilę spotkania, godząc się z tym, iż poradzi sobie z nią dopiero, kiedy przyjdzie, ale w końcu miała nadejść. Zdarzenia rozgrywały się tak szybko, zanim zdążył je opanować, już wyganiano ich z sali, ktoś szczodrze sypnął proszkiem Fiuu, i Constantine pochylał się, by uniknąć uderzenia głową w nasadę kominka. Zanim jego otoczenie nabrało ostrych kształtów, musiał kilkukrotnie mrugnąć, aż w końcu salon wydał mu się znajomy. Odczuwał lekkie zawroty głowy, przy czym nie był pewien, czy zawdzięczał je wyłącznie efektom ubocznym eliksirów, które zostały mu podane w Mungu.
Pośród pokoju otulonego kocem ciszy i wypełnionego po brzegi ciemnością, nagle poczuł się jak intruz. Ta fala samotnej emocji przelała się przez jego ciało, pozostawiając po sobie nienaturalny chłód; aż się wzdrygnął, w roztargnieniu wyciągając przed siebie ręce i w końcu odnajdując drogę na korytarz. Miał nadzieję, że nie zmartwił swą nieobecnością swych bliskich, w końcu dopiero dochodzili do siebie po pierwszomajowych przypadkach, i miało to szanse okazać się prawdziwe, gdyż nie dostrzegał nigdzie zapalonych lamp, które sugerowałyby czyjeś długie godziny oczekiwań. Podniosło go to nieco na duchu i już sięgał po różdżkę, by rzucić lumos i oświetlić sobie drogę do sypialni, lecz wtedy zdał sobie sprawę, że choćby przeszukał swe wszystkie szpargały to przecież jej nie znajdzie. Dłoń zamarła mu w połowie drogi do kieszeni – nagle zrozumiał, skąd wzięło się to uczucie pustki. Zacisnął palce w powietrzu, nie łapiąc w pięść absolutnie nic. Westchnął niemal bezgłośnie, siląc się na to, by nie zaburzyć sennej atmosfery pogrążonego w letargu domu. Coś zakuło go w sercu, zupełnie nie przypominał sobie podobnego doświadczenia, nigdy nie był tak opuszczony jak teraz, jaki sens istnienia można było przypisać rycerzowi bez miecza, czarodziejowi bez jego różdżki? Och, do tego samemu Ollivanderowi! Gdyby ściany potrafiły mówić, zapewne wyszeptałyby mu spod starych, zabytkowych gobelinów i ozdobnych tapet wszystkie swoje skargi. Na szczęście, milczały jak zaklęte, więc zbliżył się do jednej z nich i muskając ją opuszkami palców, zaczął poruszać się do przodu. Mozolnie, gubiąc po którymś kroku pośpiech, jakby czas wokół niego zamarł w oczekiwaniu aż młody lord odnajdzie to, czego szuka.
On sam nie wiedział, co to miało być, może chciał się zwyczajnie zgubić, błądząc po niewytyczonych ścieżkach lasów Lancashire, acz na to nie starczyło mu sił. Trafił za to na zastępczą jego namiastkę, wkraczając na teren wspomnień i jakby zatapiając się w nich, zaczął doglądać swych ukochanych roślin.




less wanderer

Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Oranżeria   12.02.18 1:21

Cierpliwości miał aż zanadto, lecz dopiero teraz, podczas wieczornej lektury, myśli rozproszyła pojedyncza refleksja - ile tej cechy, na spółkę z opanowaniem, musiał kryć w sobie ich ojciec? Kilka godzin wcześniej odbył z nim krótką, chłodną rozmowę, zapewniając jednym zdaniem, iż poczeka na brata, by głowa rodziny nie musiała tego robić. Odnosił wrażenie, że ścigali się na ilość słów, lecz nie ich mnogość stanowiła o wygranej potyczce, lecz niedobór, jakby każdy z nich pragnął porozumieć się z drugim tylko beznamiętnym spojrzeniem. Matka była bezradna wobec cichej walki, prowadzonej regularnie od dłuższego czasu, nawet powolna poprawa sytuacji, gdy Ulysses podporządkował się woli starszyzny, nie przyklepała dumy żadnego z mężczyzn. Marcus, w porównaniu do swojej żony, doskonale zdawał sobie sprawę z niepewności całej sprawy. Pamiętał każdą kobietę, która miała stać się lady Ollivander i przynieść na świat pierwsze wnuki, tak mocno wyczekiwane przez dziadków. Pamiętał każdy posmak rozczarowania, przełamywany kolejną szansą. Zimna wojna miała zakończyć się dopiero na progu ślubnego kobierca i to właśnie ta drobnostka wisiała między ojcem i synem, drżąc ostrzegawczo w powietrzu.
Lubił noce. Cisza przenikała każdy kąt, delikatne światło świec rzucało malownicze cienie, a listy pisały się niemalże samoistnie. Wiedział, że nie zaśnie. Mimo ciężkiego dnia, spędzonego na pracy i doglądaniu porządku, mimo wizji jutrzejszych zmagań z następnymi różdżkami, czekającymi na swoją kolej, czuł wyraźnie, że sen trzyma się z dala od jaźni i nie zamierza przyjść tak łatwo. Nie wybiegał myślami do czerwca, sam maj wydawał się wystarczająco stresogenny. Odpoczynek przychodził z trudem, atakując lawiną zdarzeń i choć był już na granicy szlachetnej umiejętności porządkowania umysłu, nie do końca sobie z nią radził. Oddawał się ćwiczeniom, siedząc spokojnie w oknie swojego gabinetu, zerkając na pogrążony w ciemności ogród - nie planował nic tam dostrzec, wręcz przeciwnie, znajome otoczenie było tak stałe i przewidywalne, że mógł swobodnie oddawać się praktyce oklumencji bez obaw, że coś odciągnie kruchą uwagę. A jednak tak właśnie się stało.
Podążył przenikliwym spojrzeniem za niewyraźnym - l u d z k i m - kształtem, błądzącym w ciemności. Początkowa podejrzliwość uleciała prędko. Nie musiał nawet go rozpoznawać, wystarczyło miejsce, do którego zmierzał, zamiast udać się do własnej sypialni. Ulysses, po wielu minutach prób oddalenia się od własnych rozmyślań, wpadł w pewien schemat, z którego teraz musiał wyjść, a nie było to niestety tak proste, jak opuszczenie pomieszczenia. Szedł więc niespiesznie, drogę oświetlając niewielką latarenką z pojedynczą świecą - nawet bzdurne lumos mogło teraz narobić rumoru w środku nocy - i pozwalał myślom wracać do siebie, unikając nagłego zalania emocjami.
Nie był zły. Minione lata poskutkowały wieloma sytuacjami, które musieli podsumować rozmową, przyzwyczaił się do swego rodzaju porywczości brata, co jakiś czas owocującej pomniejszym wybrykiem. Przywykł do roli rozsądku i wiedział, że choć Constantine również takowy posiada, czasem trzeba go zwyczajnie nastroić, by grał czystą nutę. Do tego zadania nadawał się idealnie.
Pomarańczowa aureola, roztaczająca się wokół świecy, była dostrzegalna już ze sporej odległości, i choć początkowo liczne zarośla mogły ją skutecznie przesłaniać, młody Ollivander na pewno zauważył światło jeszcze zanim jego źródło minęło próg szklarni. Przez chwilę zatańczyło niesfornie, odbijając się w szybach, lecz zaraz utknęło gdzieś w centrum oranżerii, razem z postacią, która je tu przyniosła.
- Noc to najlepsza pora na zwalczanie ogrodowych szkodników? - przestrzeń na pewno poczuła się zachwycona pytaniem, jakie przyjęła, sprawnie posyłając je do adresata. Niezmącony spokój wręcz wylewał się z ironicznych słów.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
i can't feel
the dawning of it all,
was it all gone all along?
20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
what now

PisanieTemat: Re: Oranżeria   13.02.18 0:48

     Musieli trzymać się blisko. Zważając na wszystko, co się wydarzyło jak i na to, co pozostawiła po sobie pożoga wypadków i przypadków, przewijająca się zależnie od jej kaprysów przez życie jego najbliższej rodziny, mieli jeszcze przed sobą przyszłość, lecz w oczach Constantine’a mogła ona istnieć tylko jeśli pozostawali razem. Być może przez to silne pragnienie, aby świat jaki znał i jego każdy, najdrobniejszy element dalej tkwił na swoim miejscu oraz obawę przed naruszeniem tego nader delikatnego – jak mu się zdawało – stanu rzeczy, nie dostrzegał drobnych znaków, cichnących rozmów, wysilonych uśmiechów, gasnących zaraz, gdy wypełniły swą rolę. Istniało też prostsze wyjaśnienie niż sam fakt, iż być próbowano go przed tym chronić; czyż nie było prawdą, że od kiedy został członkiem Zakonu, mniej czasu spędzał w d o m u? Tak przywiązał się do swoich idei, wykreował kolejne wyobrażenia i oczekiwania względem organizacji oraz tego, co dla niej mógł osiągnąć, że wszystko inne w jego życiu wypłowiało, stało się tłem dla drogi, która przed nim jaśniała.
Czy było warto? Wcześniej, bez wahania odpowiedziałby twierdząco, lecz teraz wcale nie był tego taki pewny. Ocknąwszy się w noc pierwszego maja, pozbawiony wzroku, bezbronny, nie chciał już na swych barkach dźwigać ciężaru obowiązków; jego myśli krążyły wokół Ollivanderów, lasów Lancashire i życzeń, by znaleźć się tam, gdzie naprawdę należał. Mogła to być tylko chwila słabości, rzeczywiście, jednakże z każdym dniem coś osiadało na jego sumieniu, zjawiło się wraz z wątpliwościami, kiełkującymi na spotkaniu w gospodzie, w tej ciasnej izbie na poddaszu, która odwodniła mu jasno, że rodzinę miał tylko jedną. Niełatwo było podburzyć jego wiarę w siebie, a była ona tymczasem w kawałkach – w ułamku sekundy naradził swojego przyjaciela na zgubę, stracił różdżkę, zupełnie pogorszył sprawę, stając się ledwie postacią tragiczną, wcale nie bohaterem. W tym tkwiła jego fatalna wada, czasem był tak nieznośnie krótkowzroczny.
I w tym także taki pozostawał, choć koncepcja, że przyczynił się do zaognienia konfliktu między Ulyssesem a ich ojcem, wydałaby mu się wielce druzgocącą, gdyby w jakiś sposób poznałby przebieg ich wcześniejszej konwersacji. Byłby jednak naiwny sądząc, iż którykolwiek z nich mógłby uciec od obowiązków, wszak ich klątwa nie była jedynym zwiastunem, krążącym czujnie nad losami szlachciców. Wciąż było tak wiele… niewiadomych.
Nic za to nie było tak spokojne, jak noc podobna do dzisiejszej. W niejasny sposób to właśnie przy akompaniamencie gwiazd rozbudzały się w nim nadzieje, a troski odchodziły w szare kąty. Ucieczka w progi oranżerii była zaproszeniem do realności na jego warunkach, tutaj czuł się w końcu potrzebny. Nawet jeśli próba zatroszczenia się o rośliny, o które dbał szereg ogrodników, wyposażonych w odpowiedni sprzęt, zaklęcia oraz wiedzę na temat tych konkretnych okazów, była próżna, dawała mu poczucie spełnienia. Przecież przywiózł wiele z obecnych tu gatunków, i może nie mógł ich doglądać codziennie, to rozkwitały tak pięknie, co samo w sobie było dla niego wystarczające.
Mimo zatracenia w podziwianiu wnętrza, a może raczej w próbach odnalezienia drogi w ciemnościach, od razu dostrzegł światełko w oddali. Nie musiał się odwracać, tylko jedna osoba zwykła na niego czekać. Zaczekał aż się zbliży, udając, że poprawia tabliczkę przy jednym z mniejszych drzewek, po czym podniósł na niego wzrok, gdy tamten się odezwał.
To przecież doskonały plan. O tej porze w ogóle się mnie nie spodziewają i element zaskoczenia stanowi moją przewagę. — Podjął jego wątek, pozbywając się typowego tonu jego brata, zastępując go tonem, który niemalże dotykał pełnego przekonania dotyczącego wypowiadanych słów. Kąciki jego ust zadrgały w rozbawieniu, nie sięgnęło ono jednak jego oczu. — Można to łatwo sprawdzić, potrzebowałbym tylko pomocnika — dodał nieco ciszej, podchodząc do Ulyssesa powoli i nie łamiąc kontaktu wzrokowego. Nie wątpił, że otrzyma odpowiedź odmowną; nawet w scenariuszu, rozgrywającym się w atmosferze ironii, nie sądził, by szczytem marzeń jego brata było nocne doglądanie nowych sadzonek i tępienie szkodników.
Tę uwagę przyjął za dobry znak. Najbardziej zawsze obawiał się ciszy, chłodnego traktowania okraszonego kompletnym milczeniem.




less wanderer

Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Oranżeria   13.02.18 23:22

Tak zostali wychowani - w bliskości i poszanowaniu dla rodziny, zwłaszcza tej najbliższej, wpisującej się w codzienność wielu dni, jakie przyszło im ze sobą spędzić. Odczucie zdecydowanie było potęgowane przez miejsce, w którym dorastali, przeżywając radości, rozczarowania, troski, razem poruszając się w rozpaczy, kwietniowego dnia uderzającą w nich jak grom z nieba. Dzieciństwo kojarzyli z pobliskim lasem, malowniczą zatoką, zapachem ogrodowych kwiatów i spokojem, nietrudnym do znalezienia w wielu zacisznych zakątkach - na przykład w owej oranżerii. Nie byli tu, w Silverdale, narażeni na przesadną ilość towarzystwa, jako że większość rodu stacjonowała w Lancaster, zdołali więc zaznać nieco innej wizji domu, nie tak zapełnionego, bliższego domostwom niższych klas niż ogromny zamek. Nigdzie nie czuli się tak swobodnie, bezpiecznie i autentycznie, jak tutaj. Niezaprzeczalnie, wielka część ich historii, wspólnej oraz każdego z osobna, zamykała się pośród najbliższych - także sercom - okolic.
Prawdą było, że w ostatnim czasie mnogość zawirowań mogła oddalić od siebie braci, każdego rzucając na inne wody, z którymi przecież musieli sobie radzić. Bieżące wydarzenia nie mogły zadziałać inaczej, niż skupiając uwagę Ulyssesa na najbliższych. Wysyłał listy, pytał, przekazywał wieści oraz odbierał te przekazane przez innych, próbował uspokoić nerwy i trzymać je na wodzy. Najbardziej przykre wiadomości przyszły z Lancaster, gdzie na krawędzi życia znalazła się młoda Kyra, w domu najwięcej cierpienia przypadło ich biednej matce. Nie mógł kontrolować ani przewidzieć wszystkiego. Podobnie ze świeżą eskapadą brata - list od jego przyjaciela spowodował, że serce stanęło na chwilę i solidnie walczył z myślami, usiłując nie rzucić wszystkiego, by upewnić się, iż Constantine jest pod właściwą opieką oraz że szybko się z tego wyliże. Lakoniczne streszczenie nie ujawniało szczegółów, które pragnął znać. Maj nadszedł z wielkim przytupem, ściągając na niego - zapewne także na wielu innych - zmęczenie.
Umiejętności Ulyssesa w wyrażaniu emocji były doprawdy mizerne. Specjalizował się w obojętności, niewzruszeniu, stonowaniu, spokoju - wszystkim, co uczuć nie wyrażało. Troskę zawierał głównie w słowach, niejednokrotnie w czynach, aczkolwiek usłyszenie od niego sformułowań pokroju martwiłem się, graniczyło z cudem. Trzymał wszystko w sobie, licząc na to, że bliscy odczytają trafnie wystarczające minimum, objawiające się subtelną zmianą intonacji lub doboru słów. Teraz zawarł zmartwienie w obejściu tematu, zamiast podjąć go bezpośrednio, ale nie zapowiadało się na to, by miał zwlekać przesadnie długo. Wolną dłonią musnął lekko sporawe liście rośliny. Jej nazwa pozostała skryta w cieniu, podobnie do części twarzy Ulyssesa.
- Szczęśliwie twój pomocnik odegrał dziś znakomitą rolę - mruknął niemrawo, spoglądając na Constantine'a. Nie sposób było wyczuć w tym wyrzuty, przeważała czysta ciekawość, podparta ciągłą ironią. Odczekał chwilę, spodziewając się ciszy, dającą bratu czas na przemyślenia - choć tego miał z pewnością wiele. Zajął się za to drewnianymi skrzynkami, które przesunął nogą, przysiadając na jednej z nich, na drugiej stawiając latarenkę, trzecią zostawiając do dyspozycji młodszemu Ollivanderowi. Zmarszczył lekko brwi, sięgając po papierośnicę - niestety stres sprzyjał nieprzyjemnemu nawykowi. - Opowiedz mi, Constantine - poprosił spokojnie. Jakiś czas temu wyrzucał sobie, że powinien odnaleźć wspólną ścieżkę, jaką zwykli kroczyć. Potarł krótko skroń, unosząc spojrzenie jasnych tęczówek na brata - w świetle drobnego płomienia nieco cieplejsze. Noc sprzyjała szczerości.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
i can't feel
the dawning of it all,
was it all gone all along?
20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
what now

PisanieTemat: Re: Oranżeria   14.02.18 1:04

     To był ich świat i nigdy nie zamieniłby go na żaden inny. Każdy z nich postrzegał go poprzez pryzmat własnych doświadczeń, każdy przeżywał go trochę inaczej, jak również pełnił w nim inną rolę – a jednak dzielili go ze sobą; nie mógłby istnieć, gdyby któregoś z nich zabrakło. Dlatego też wciąż i wciąż od nowa radzili sobie z utratą Ophelii, odnajdując spokój tylko okazjonalnie, na przykład przysiadając na moment w altance, widocznej co jakiś czas w łunie światła, spływającej ze świecy trzymanej przez starszego z braci, lub zamierając w półkroku przy fortepianie, jakby nagle klawisze zaczęły wygrywać znaną tylko mieszkańcom dworku melodię. Ostatecznie, to nadal był ich dom. I zawsze będzie. To tutaj stawiali pierwsze kroki, odnajdywali swoją drogę najpierw między labiryntem korytarzy, przytłaczających z początku drobnego, ciemnowłosego chłopca, który nie znał strachu, gdyż wiedział, że był ktoś, na kogo mógł liczyć. Mógł nosić w sobie lekkość, pielęgnować ufność i łagodność, trzymać ją jak najdłużej w sercu, odkładać moment rozmycia bańki niewinności, ochraniającej jego sny i marzenia. W pragnieniu niesienia pomocy innym, zdarzyło się, iż się zagapił; nie pomyślał o tym, jak mogło to wpływać na jego najbliższych. Nauczył się w końcu spokoju, który pomieszkiwał w bibliotece, w młodych zielonkawych listkach wieloletnich kwiatów, obejmował go w pracowni, wystawał z kart jego botanicznego dziennika, lecz zanim to nastąpiło ukojenie nadchodziło w formie rozmów, zabaw, historii o bohaterach, dzielonych z rówieśnikami, krewnymi wpadającymi w odwiedziny, oczywiście. Nie mógł ich za to zestawić z chwilami spędzanymi z Ulyssesem. To dzięki spoglądaniu na niego kształtował swoją osobowość, nie wyobrażając sobie bardziej perfekcyjnego zestawienia aniżeli ich posiadłość, której otwarte przestrzenie, lasy, skryta zatoczka stanowiły uwieńczenie jego miejsca na Ziemi. Mimo to, różnili się od siebie. Constantine, w całej swojej troskliwej zadumie, przejawiał przywiązanie poprzez przesyłanie listów z wypraw, przywożenie ze sobą drobnych prezentów, wpadanie bez zapowiedzi do sklepu, wszystko to przerywane przez nagłe zrywy zachwytów wobec kolejnych pomysłów, których konsekwencje nie zawsze były do przewidzenia. W pewien sposób i jemu z trudem przychodziło okazywanie emocji, choć jego otwarta natura może by na to nie wskazywała. Słowa przychodziły, czyny również, aczkolwiek niekoniecznie w odpowiedniej formie czy w odpowiednim momencie. Wynikało to z tego, iż w lawinie uczuć niekoniecznie sięgał w dobrą stronę. Zarówno w żałobie jak i przy okazji majowych tragedii, zachowywał się w sposób odmienny niż może powinien. Zalewała go niewyjaśniona presja; chciał coś zrobić, coś schwycić, gdzieś pójść, uciekając tym samym od tego, czego od niego oczekiwano. I nie było to znów najgorsze – nie widział dla siebie zajęcia przy tak odpowiedzialnych lordach, mieszkającym z nim pod jednym dachem i miał nadzieję, że spotkanie z Floreanem przyniesie mu poczucie wypełnienia; nawet dojrzał w tym starym sklepie swą szansę, by uczynić coś więcej przy tym nie zawadzając nikomu. Tak bardzo się mylił.
Już w szpitalu zdawał sobie sprawę, iż nadłożył kolejnych zmartwień swoim bliskim. Nie wiedział tylko jak wiele. Wypatrywał tego w oświetlonym półksiężycu twarzy brata, w jego gestach i słowach, ale może był zbyt zmęczony, może rzeczywiście oddalili się od siebie, bo przełamanie tematu stanowiło dla niego pewne zaskoczenie. Spuścił oczy w dół, spoglądając w ciemność, sięgającą do połowy łydek, gdzie kończył się wpływ płomyczka świecy. Gdyby nie jego pomocnik, dołączyłby pewnie do pozostałych zjaw, które przejęły panowanie w tamtym miejscu. Nie chciał tego mówić wprost, nie polepszyłoby to sprawy.
Miałem szczęście, że był ze mną — odparł może nieco zbyt mrukliwie, przyjmując ton rozmówcy. W celu naprawienia tego, odchrząknął, wciąż uciekając spojrzeniem i dodał: — Cały czas byłem bezpieczny, z Floreanem, to znaczy. Jak najszybciej wysłał do was list ze szpitala, a tam świetnie się mną zajęli. — To była cała prawda, tylko prawda, dlaczego brzmiała tak powierzchownie?
Zapadła cisza. Constantine powoli wyprostował ramiona i obejrzał się na przedmioty, które zaskrzypiały, jakby niezadowolone, że ktoś burzy ich odpoczynek. Mozolnie podszedł do nich, zbierając rozbiegane myśli. Na próżno. Opadł na ziemię, plecy opierając na drewnianej ściance skrzyni na przeciwko brata.
Nie wiem, co powiedzieć — Z każdym słowem jego ton tracił na dźwięczności brzmienia, w połowie już zadrżał, aż końcówka rozmyła się w nocnej ciszy. — Kiedyś wiedziałeś wszystko — urwał, uginając nogi i nie zważając na to, że siedzi na chłodnej ziemi pośród kępek traw. — Wszystko — powtórzył silniej, głosem pozbawionym wyrzutu w stronę różdżkarza; zamiast tego był znów mocny, dziwnie wyprany z emocji.
To ja, Ulyssesie. To moja wina. — pobrzmiewała w tym rezygnacja. Czy dopiero to dostrzegam, czy coś się we mnie zmieniło?Tak bardzo c h c ę. I każdy krok, który stawiam, jest w jakiś sposób zgubny... — dalej mówił, trochę bez ładu, wysypując z siebie skrawki przemyśleń, wszystko, co kłębiło się w jego umyśle o tak późnej porze. Nie poruszał się, uparcie próbując rozproszyć mrok panujący w oranżerii jedynie intensywnością spojrzenia. A może liczył na to, że mgła przyćmiewająca czystość jego rozsądku również umknie przed jego piwnymi tęczówkami.




less wanderer

Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Oranżeria   18.02.18 17:43

Różnice mogły przynosić sporo drobnych starć i pokrywać rodzinny obraz pigmentem niezgody, lecz były tak naturalnym następstwem dorastania, że niejednokrotnie zbliżały do siebie poszczególne postaci, łącząc je w nietypowych sytuacjach i zupełnie odmiennych reakcjach. Akceptacja dopełniała płótno lekkimi pociągnięciami pędzla. Przybywało ich, gdy na scenę wkraczało zrozumienie, budujące zażyłość - nawet jeśli nie pojawiało się zawsze, było obecne na tyle często w postaci czystej lub zwanej staraniami, że mogli śmiało tworzyć zdrowe relacje, uzupełnione wspólnie spędzanym czasem. Można by gdybać i snuć scenariusze, aczkolwiek liczba opcji przy takich przemyśleniach mogłaby okazać się prawdziwie przytłaczająca. Po prawdzie, czy gdyby nie specyficzne reakcje młodszego z braci, tak skutecznie odczuwającego potrzebę do działania i aktywności, otrzymaliby tyle samo okazji do szczerych rozmów? Okoliczności ustawiały im inne podłoże, podsuwały inne emocje, popychały ku sobie i uczyły, że mogą być dla siebie w danym miejscu oraz czasie. Niejako byli zmuszeni do odkrywania przed sobą skrawków dusz i mimo różnicy wieku, całkiem solidnej, sprostali zadaniu, wyciągając z niego istotną wartość - przyjaźń. Ulysses, w tej oraz jakiejkolwiek innej relacji, nie był najlepszy w powtarzaniu "wszystko będzie dobrze, wszystko się ułoży". Wolał zachować milczenie, przyjmując je swobodnie, niż szukać słów na siłę. Pozwalał im przychodzić w swoim czasie, bez wymuszania wyrazów współczucia, płytkich zapewnień. Życie bywało okrutne, sposoby na zmianę tej niedoskonałości nie leżały w ich zasięgu.
W tej chwili dysponował marnym strzępkiem informacji o niefortunnym wypadku i krótkim pobycie w szpitalu. Miejsce, dokładny czas, przyczyna, powód dla którego znaleźli się w niebezpiecznej okolicy - czy oby na pewno? - strużką płynęły do bajorka wielkiej niewiadomej. Mógł się w nim taplać po pachy, słuchając ogólnego stwierdzenia, ale konsekwentnie - znając naturę Constantine'a - odpuścił bezpośrednie, suche pytania, odsuwając ich zaistnienie w mowie. Pozwolił mu mówić, bez zawieszania w przestrzeni przeszkód o ostrych kolcach, mogących opleść serce pełne ideałów. Spokojnie wypalał papierosa, nie wiercąc Ollivandera wzrokiem, oszczędzając mu presji i dodatkowych nerwów. Nie był kimś, z kim musiał się w rozmowie mierzyć, konfrontować - nie prowadzili sprytnej walki. Upomniał się w myślach, nim pytanie wyrwało się z ust, ostatecznie stłumione tylko cichym, krótkim kaszlnięciem, którego przyczyną mogła być równie dobrze fuzja klątwy Ondyny z tytoniowym dymem. Nie mógł się zapominać - rozmowy z bratem prowadził nieco inaczej niż z resztą świata, od tych drugich, sprytnie wchodzących w krew, usiłował się teraz odciąć. Szukał bardziej płynnego i łagodnego sposobu, dalekiego od nagłego wejścia w temat i twarde zostawanie przy nim, póki nie wyciśnie wszystkich informacji, jakich potrzebował. Milczał tak długo, aż nie nadszedł moment jawiący się jako odpowiedni, do samego końca analizując słowa i mowę ciała brata. Milczał nawet przy wyrzucie, wytrawionym martwą nutą, pozwalając lodowatym tęczówkom uciec gdzieś w zacieniony gąszcz, niewyraźny i nieznany w tym świetle. Kiedyś mówiłeś mi wszystko. Coś ich dzieliło, solidna tajemnica, wiedział to - czuł przez pryzmat przeczuć. Nie zamierzał nastawać ani oddawać się zapewnieniom, że może zrzucić z siebie ciężar, jaki leży mu na wnętrznościach - ostatecznie właśnie do tego zmierzało. Ręka osunęła się lekko na skrzynię, gdy odchylał się do tyłu, by spojrzeć na rozedrgane cienie, rozlewające się po szklanym zadaszeniu oranżerii. Tę perspektywę pamiętał najbardziej z czasów, gdy zakopywali tu swoje pamiątki, pragnąc zatrzymać czas choć w granicach posiadłości. Poniekąd im się udało - wciąż widzieli dom w tak samo ciepłych barwach, a wspólny duch unosił się zgodnie, niezależnie od tego, czy wszyscy z nich pozostawali przy życiu. Przechylił głowę, na dłuższy czas zatrzymując spojrzenie przy niewielkiej altance. Płomień świecy nie pozwalał wydostać się kolorowym akcentom z ozdobnych szkiełek.
- Chcesz - powtórzył cicho, jak urwane na jednej nucie echo. Odrealnione, umysł sam musiał uzupełnić dalszą część pogłosu, kiedy wplótł w niego jeszcze pauzę na oddech - drażniący, wypełniony dymem, ulatującym w stronę gwiazd nad ich głowami. Nie miał szans przedrzeć się przez szklaną barierę. Powrócił do bardziej przyziemnej perspektywy, dzieląc spojrzenia z rozmówcą. - Bez jasno określonego celu chęci odbierają ci energię, ale uparcie brniesz, uzupełniwszy jej zapasy. Masz cel? - zapytał krótko, unosząc brwi. Ideały same w sobie nie były celem. Działanie bez planu na dłuższą metę mogło prowadzić donikąd.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
i can't feel
the dawning of it all,
was it all gone all along?
20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
what now

PisanieTemat: Re: Oranżeria   20.02.18 17:36

     Och, pamiętał starcia, chociaż nie zawsze przybierały one wydźwięk klasycznych rycerskich batalii; nie, atłasowe tapety na ścianach saloniku nie musiały znosić rozprysków w furii przelewanej krwi, znajome duchy wałęsające się bez końca pośród plątaniny korytarzy w głównej części dworku nie uciekały w popłochu przed przemierzającą powietrze kościaną porcelaną, a szyby nie drżały pod naporem okrutnych, nieprzemyślanych słów. Pomieszczenia wypełniał spokój, w którym drgały pojedyncze iskry napięcia, gdy toczono pojedynki na spojrzenia, na pojedyncze zdania, wiszące przez długie minuty między dwoma frakcjami. Te zmagania wymagały cierpliwości, pewnej finezji i opanowywania tęsknoty, cisnącej się na serce w tych momentach iluzorycznej separacji. Constantine nieprzerwanie wyczuwał, kiedy naprężona nić konfliktu groźnie zbliżała się do rozerwania, i wolałby w pojedynkę stawić czoła rozjuszonej chimerze – a one przerażały go najbardziej w świecie – niż oglądać jak na niego odwracają się zupełnie niewzruszone plecy ojca, bądź Ulyssesa. W takich sytuacjach bliżej mu było do usposobienia, którym obdarzona była subtelniejsza, kobieca część jego rodziny. Poszukiwał pokoju, badał grunt pod rozejm, przyznając się do każdego błędu i obracając w popiół kwestie, które poróżniły ich z początku. To nie była słabość, to była miłość. A ją wywyższał ponad wszystko. Bywały, rzecz jasna, potknięcia na drodze. Momenty zawodu i rozczarowania, myśli tak zawiłe, rozumowania tak intymne, że nie było wygranych, pozostawał kompromis i zrozumienie. On pragnął wszystko wyjaśniać, mówić do utraty tchu, do chwili, gdy ostatni most nie zostanie złączony na powrót, aż znów nie staną po tej samej stronie. Mimo wszystko, w pewnej prostoduszności, wierzył, iż ich dusze były na tyle ze sobą złączone, że bez znaczenia, co stawało się przeszkodą to mogli znaleźć rozwiązanie. To była j a k a ś metoda, nie potrafiła jednak sprostać wszystkiemu, bo sekrety istniały, taka była ich rola. Nabywszy swój, w końcu zdał sobie sprawę z potrzeby ich posiadania. I nadal, między nimi było w porządku. Mogli lawirować wokół siebie niczym dwie gwiazdy, a może planeta i gwiazda, tajniki astronomii pozostawały dla niego wciąż zamkniętymi w kufrze wiedzy niewiadomymi, które wydawały się oddalać od siebie, tylko po to by po wsze czasy do siebie wracać.
Blask pochodzący od niewielkiego płomyczka świecy tlił się leniwie, na przemian przyciągając i odganiając cienie, nadające ich rozmowie szczególnego wymiaru. Wszystko wokół jakby zamarło, nawet szum wiatru wpadającego przez okienko w dachu szklarni wydawał się oddalać, a skrzypiące drzwi od niewielkiej pracowni położonej w głębi tego gmachu musiały już zapaść w sen. Światło padało tylko na nich, dwie figury w teatrze, skupione na próbach wydobycia w przystępnej formie na zewnątrz tego, co kłębiło się w ich wnętrzach. Może w innym czasie, w napisanej inaczej historii, wszystko potoczyłoby się według utartych schematów – błędny rycerz powstałby i zaczął opowiadać o przygodzie, która go spotkała z żywymi ognikami w oczach, chodząc w tą i z powrotem, uciekając z kręgu światła, po czym wstępując w niego z nowym szczegółem cisnącym się na usta. I mówiłby tak aż brzask zdjąłby z niego czar późnej godziny, a pierwsze promienie słońca wybudziłyby ich z transu, przypominając o nadchodzącym dniu. Zmęczony młody szlachcic przyglądał się swoim dłoniom, wodząc wzrokiem po pajęczynie zadrapań, ciągnącej się od jego palców i niknącej w rękawie przybrudzonej koszuli. Nie był w nastroju do tkania słownej baśni; w takich momentach cierpiał w ciszy, na swój własny sposób. Zanim ponownie się odezwał, westchnął głęboko, opierając głowę o obecną z tylu skrzynkę.
Próbowałem rzucić zaklęcie, na które nie byłem gotowy. — W zamieszaniu nie zdążył się dowiedzieć, co dokładnie było w liście przesłanym do dworku Ollivanderów. Nie wątpił, że Florean ostrożnie manewrował zwrotami, unikając zdradzenia stopnia ich zażyłości oraz zapewne minimalizując rozprysk zagrożenia, czyhającego w tamtym sklepie. Ciemne zjawy odbiły się echem w jego umyśle, jakiś blask, drążąca nieopanowana magia... Ocknął się dopiero w szpitalu, świadomy swej porażki, nierozmyślnego narażenia siebie i swego przyjaciela nawet na areszt, ale przede wszystkim tego, iż coś stracił. Ta pustka teraz była wszechobecna. — Przez to straciłem różdżkę — powiedział to tak zupełnie naturalnie, obdzierając swój głos z emocji. Nieczęsto zdobywał się na podobne zachowanie, wszak ciepło jego łagodnego usposobienia było jedną z jego cech charakterystycznych; maskował faktyczne uczucia w rzadkich przypadkach, gdy go przerastały. Był taki z niej dumny, palisander połączony z włóknem serca dzielnego smoka, a nosił ją z podobnym oddaniem jak Ulysses swoją. Nie mógł się doczekać nauki posługiwania się nią, gdy trafił do Hogwartu, przysięgając przed sobą, iż nie przyniesie nią nikomu zguby. Cóż to miało za znaczenie, nie miał po niej pozostałości, jej części musiały zostać na Pokątnej.
Uspokoił się, zrzuciwszy z siebie pewien grzech, choć ledwie jeden z wielu. Reszta, wyjaśniająca w jaki sposób miła wizyta miała przykry koniec w szpitalu, na razie była nieistotna. A tajemnica, która pozostawała wyczuwalna w niewypowiedzianych słowach, była oddzielnym rozdziałem, przypomnieniem o odrębnej lojalności, którą na siebie przyjął kilka miesięcy temu. Czymś, co musiał okiełznać sam. Nie odważyłby się opowiedzieć o tym nawet jemu, postaci niezmiernie ważnej, reprezentującej sumienie czy też latarnię morska, wskazującą mu drogę podczas sztormów i burz. Może to był czas, by dorosnąć. Nie mógł za każdym razem liczyć na to, że ktoś podąży za nim, naprawiając jego błędy.
On zawsze był ten sam — odrzekł, wplatając silniejsza nutę do swojego tonu, który nie miał być nastawiony przeciwko bratu, nawet jeśli mogło tak zabrzmieć. — Chcę żeby wszyscy byli szczęśliwi. — W jego upartym przekonaniu, nie musiał się do tego wliczać. Pragnął wszystkich uratować i żyć w pokoju, potrzebował odczuć, że jest potrzebny. Chciał być zmianą na lepsze.
Może był to ideał, nie cel, aczkolwiek Constantine cały był zbudowany z wzorców marzeń. Może to było za mało.




less wanderer

Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
wytwórca i znawca różdżek
32
Szlachetna
Kawaler


when under ether
the mind comes alive


14
15
0
0
0
2
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Oranżeria   04.03.18 12:41

Ulysses zaś pogrążał się w zaklętym milczeniu, gdy w dyskusjach przewijała się miłość. Dławiła, paliła, wyrywała resztki rozsądku, w jego przypadku kojarzyła się ze zbyt rozległym czasem rozpaczy, jakiej do dziś nie był w stanie wypchnąć ze świadomości. Słowa o niej przychodziły z trudem, żal wciąż - może z samej zasady? - trzymał go za gardło, zaciskając palce z precyzją Ondyny, topiąc zimny lód, by móc cisnąć z błękitnych tęczówek gromem i sparzyć każdego, kto ośmielał się wracać do drażliwego tematu Valerie. Nie tak dawno przerobił ten wątek kolejny raz, konfrontując się ze spokojnym głosem matki w zaciszu własnego gabinetu. Podejmując decyzję, stanowiącą oczywistość i kontynuację tradycji, ciasny supeł poglądów i przekonań, czuł się splątany i uwięziony, lecz czas na sprzeciw minął już dawno, ciągnąc za sobą nadzieję na powrót ukochanej. Odczuwał miłość i dawał jej upust w skrajnie inny sposób niż młodszy brat. Stwardniały charakter, wypracowany dystans, sceptyczne podejście do ideałów oraz nadziei, to wszystko różniło ich diametralnie, ustawiając w dwóch oddzielnych kątach ekspresji. Różnice w obyciu Ulyssesa były znikome, jednym z jego priorytetów życiowych było ukrycie własnych odczuć przed ludźmi, bawił się nimi, zdradzając nieprawdziwe emocje, nawet te dawkując szczątkowo - zwłaszcza dlatego odnosił na tym polu całkiem duże sukcesy. Jednak widząc Constantine’a, którego głos przełamywała pustka wywołana przeładowaniem odczuć, nietrudno było stwierdzić, że coś jest nie w porządku. Zauważenie takich szczegółów przychodziło starszemu Ollivanderowi momentalnie, nawet bez słów, a w chwilach podobnych do dzisiejszej, było to bardziej niż jasne i oczywiste. Niestety, czas na wątpliwości i rozterki rozlał się nad wyspami. Jeżeli wydarzenia miały toczyć się dalej tym samym torem, nie zapowiadało się na powrót beztroski i spokoju, żadna istota nie była zdolna do rozgonienia granitowych, ciężkich chmur w pojedynkę. Nawet, jeśli ideały stanowiły świetlistą pochwę miecza, przecinającego uparcie trudności oraz nieszczęścia. Obserwował starania brata z ogromnym dystansem i powątpiewaniem, w absolutnej ciszy wyciągając wnioski, pozostawione w jasnych smugach symbolicznej stali, a najważniejszym z owych podsumowań było zjednoczenie. Kiedy, jeśli nie teraz, miał zrozumieć, że nieprzemyślane starania będą bezowocne? Krążył wokół niewiadomych, wmawiając sobie, że doskonale zna teren.
Różdżkarz uniósł spojrzenie do góry, cierpliwie i spokojnie, w akcentach pomarańczowego, drgającego światła. W owych rozbłyskach wyglądał starzej, nawet matowy dym kolejnego wydechu nie przysłonił podkówek pod oczami, cienkich zmarszczek i spiętych mięśni. Nie próbował mówić, lubując się w milczeniu i wypruwaniu z siebie jedynie konkretnych i solidnych argumentów, rad, sformułowań. Czujnie wyłapał drugie spojrzenie z ciemności, szukając w nim kolejnych wskazówek, uzupełnienia skąpej historii. Nie wnikał. Część prawdy wciąż była lepsza niż całkowite jej wyminięcie, nie był ojcem, surowo i bezwzględnie wymagającym każdego szczegółu, podanego na tacy pod postacią płynnej i dokładnej relacji - dlatego młody miał szczęście, mogąc przeprowadzić rozmowę z bratem. Dostał tylko ostrzegawcze, surowe spojrzenie, z subtelną groźbą - nie próbuj tego więcej i temat wyprawy został zakończony. Podświadomość Ulyssesa podpowiadała, że wyciągając więcej może mu zaszkodzić, naruszyć jakiś istotny element, zbyt ważny, by poddawać go drażliwym pytaniom. Respektował prywatność, gdyż znał jej smak aż nazbyt, wyjątkowo często irytując Marcusa zwięzłymi relacjami, zatajającymi większość istotnych elementów; wiedział też, że gdyby nalegał, mógłby wyciągnąć z młodego umysłu znacznie więcej - sprytem, czy też nie. Może dotarliby do momentu niedawno przeprowadzonych rozmów o neutralności, jakich był swoistym epicentrum, nie podejrzewając nawet, że mógłby znaleźć się na ustach całej grupy ludzi, zjednoczonych w konkretnym celu, lekko oddalonym od jego własnego. Ciekawość, owszem, delikatnie dawała o sobie znać, ale to dobra relacja twardo pozostawała ponad wszechwiedzą. Instynktownie odczuwał, kiedy lepiej nie rozwijać sprawy. Wtedy też nadeszła druga część kwestii i mógłby przysiąc, że na drobną część sekundy świat zawirował lekko w reakcji na te kilka słów. Zamknął oczy, najpierw zmarszczką znacząc czoło, później unosząc brwi i odwracając głowę w wymownym geście. Niedopałek wylądował na ziemistym podłożu, przydeptany niedbale butem, nieco zbyt mocno wwiercony w ziemię kilkoma krótkimi ruchami. Pięść zacisnęła się lekko - autentycznie miał ochotę zetknąć ją w solidnym uderzeniu ze szczęką brata, w chwilowym odpływie cierpliwości, zgrabnie tworzącej miejsce na wyważoną wściekłość. Scenariusz dobrze znany każdemu twórcy różdżek, wyjątkowo bolesny, gdy to jego własne dzieło ulegało nieodwracalnemu zniszczeniu - tu, choć palisandrowa różdżka nie wyszła spod dłuta Ulyssesa, jednakowo krzywdzący. Nie wydał żadnego dźwięku, nie poruszył się, nie dał złamać złości. Sprawił, że odpłynęła, wyobrażając sobie gładkie, puste pola, pokryte warstwą śniegu, łagodzącego mentalne poparzenia. Rozluźnił palce, puszczając informację mimo uszu, z uporem czekając na odpowiedź. Nie, to nie był cel.
- Nie będą - burknął, walcząc z przemożnym pragnieniem wyciągnięcia kolejnego, cholernego papierosa. Powieki ponownie odsłoniły czyste spojrzenie, teraz utkwione w świecy. Rozgrzany wosk toczył pękatą kroplę, pozwalając jej spaść na dno, pozostawiając po sobie zastygający ślad. Potrzebował chwili, by móc spojrzeć na brata i choć wiedział, że odczuje wyjątkowo boleśnie ten dystans oraz jawne rozczarowanie, nie mógł postąpić inaczej. Nieznacznie pokręcił głową. - Obudź się, Constantine. W książkach, które znasz, zawsze było cierpienie. To tak, jakbyś chciał zapewnić wieczne życie wszystkiemu, co istnieje. Równowaga zrobi swoje, nie oglądając się na nikogo - stwierdził twardo, może nieco zbyt bezwzględnie, lecz na dobrą sprawę - świat nieustannie zderzał z cierpieniem, szczególnie w obliczu ostatnich klęsk, rozprzestrzeniających się coraz szybciej. - Nie wpłyniesz na tragedie, nie unikniesz porażek, nie wciśniesz im szczęścia w żałobie - ciągnął zawzięcie. Nie mógł przyciągnąć na siłę Valerie, nie mógł wskrzesić Ophelii, nie mógł wielu rzeczy. Dlatego właśnie Ulysses nie mógł być dla niego delikatny, gdy będąc już, jakby nie patrzeć, dorosłym mężczyzną, ślepo wierzył w cuda. - To nie cel. To karkołomne marzenie, niemożliwe do spełnienia.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
Constantine Ollivander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5068-constantine-ollivander https://www.morsmordre.net/t5083-paladyn https://www.morsmordre.net/t5085-invictus-maneo#110272 https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t5081-constantine-ollivander#110205
Badacz i ilustrator flory magicznej
21
Szlachetna
Kawaler
i can't feel
the dawning of it all,
was it all gone all along?
20
15
0
0
0
0
6
5
Jasnowidz
what now

PisanieTemat: Re: Oranżeria   08.03.18 13:37

     Niegdyś korytarze, tworzące szkielet jego serca nie ciągnęły się poplątanymi wstęgami, lecz prowadziły wprost pod szukany adres, zachęcając do przekroczenia framugi już uchylonych drzwi, przez które wysuwała się ciekawska strużka światła. Z czystymi intencjami zapraszano do środka gości, rozdając im szczerość w starannie formowanych bukietach; oczywiście, niektórzy wybierali się tam tylko po to, by potwierdzić swoje przypuszczenia, odgadując sedno sprawy znacznie wcześniej i odwiedzając te progi właściwie z uprzejmości. Z upływem ostatnich zlepiających się w tygodnie miesięcy coś rozmywało się w tej konstrukcji, można było natrafić na ślepe zaułki, zaplątać się w sieci pajęczyn i choć pozornie wszystko zdawało się być na swoim miejscu, odnosiło się wrażenie jakby coś się zmieniło. Niewiele, ledwo jedna nuta w znajomej woni ulubionych perfum, drobne odbarwienie na starym perskim dywanie, wzburzające jednak uwagę tych charakterów, które istotną wagę przywiązywały do szczegółów. Całe to przestawienie nie było jego intencją, wynikało z konieczności. Gdyby mógł wyśpiewałby wszystko, nie wstydząc się przecież swoich powodów – wzruszanie ramion na stosy prawdy zarzuconych kłamstwami nie przychodziło mu łatwo, ukrywanie się przed czujnością, lawirowanie pośród własnych chwiejnych kroków zahaczało o niebezpieczeństwo odkrycia, strasząc widmem konsekwencji, nosząc znamię niesprawiedliwości względem przeszłości. Sekret skryty w skrzynce oznaczonym imieniem Ulyssesa został mu przedstawiony, poznał jego ukochaną, nieraz skrzyżowali ze sobą drogi, stoczyli dyskusje na temat literatury, przy płonącym kominku wyliczając swoje najbardziej cenione pozycje. I, od początku, chłopiec o wybujałej wyobraźni oraz silnej empatii napędzającej jego gesty, pragnął ich szczęścia. Nawet jeśli nigdy to nie miało być, wierzył, że fortuna obdarzy ich tym jednym darem, okaże się, iż minione tragedie zblaknął przy tym, co czekało. Może nawet wciąż miał taką nadzieję; swej wrażliwej naturze zawdzięczał wyłapywanie zmian w nastrojach, choć czasem interpretował je zbyt personalnie. Przyzwyczaił się do obycia brata, wszak deptał mu po piętach od kiedy przyszło mu nauczyć się chodzić, ale pozostawało ono do pewnego stopnia nierozszyfrowane, odkrycie całej zasady jego działania byłoby jak złamanie pieczęci, zaburzenie mistycznej aury, w którą opływał szacunek rozciągnięty murem wokół sylwetki różdżkarza, odbijającej się w zachwyconych oczach rycerzyka. Tak, dlatego teraz błądził myślami, nie odnajdując dobrego wyjścia – świadomość przyniesionego zawodu ciążyła na nim, wiedział, co wywoła przekazanie mu tej jednej informacji, tak samo jak rozumiał, że nie było sposobu na wsparcie gorzkawej potyczki ideałów z niewzruszonym stoicyzmem. Nie odwracał się od wyzwań, nawet jak tym razem każda struna jego ciała wzywała do ucieczki; wystarczająco proste było stawanie naprzeciw wrogów, wystawanie poza szereg przyjaciół było zupełnie inną materią, zwłaszcza, gdy racja była rzeczą subiektywną. Dostając szansę zdecydowania się na wkroczenie do sklepu ogarniętego całym sztabem zjaw, zrobiłby to ponownie. Tym, co go gryzło nie było sumienie, nie naruszył struktury swojej moralności, to by było niewybaczalne, mógł jedynie mieć pretensje do działania bez namysłu, wypowiedzenia inkantacji w straceńczej próbie oswojenia cieni i ochrony tamtego miejsca przed kolejnymi anomaliami. Nie było wahania w jego postawie, podjęcie tej próby było naturalną reakcją, sięgnął po różdżkę tak jak w innym czasie, w innym życiu, chwyciłby rękojeść miecza. Stawiany przed wyborem czy działać, czy pozostać w spoczynku, bez względu na różniące otoczki okoliczności, sprowadzał sedno do jego prostego wymiaru. Nie potrafił przyjąć neutralnej postawy.
Wymęczone mięśnie twarzy nie układały się w złożone z oddzielnych paneli perspektywiczne wrażenia melodramatyzmu, kąciki ust pozostawały już w spoczynku, choć wcześniej drgnęły w akompaniamencie próby wlania lekkości do ich pierwszej wymiany zdań. To był ledwie znak, zbyt szeroki uśmiech i pusty, ochrypły śmiech zwiastowały ukryte burze, zamknięte na razie głęboko, zduszone w środku. Byli bardziej podobni niż się zdawało – może wynikało to z prób imitowania idealizowanego portretu cech wyrytych w kształcie sylwetki siedzącego na przeciw mężczyzny. Rozbierając na czynniki pozory, dało się zobaczyć pozostawione włókno, kryjące się pod maskami zupełnie odmiennych emocji. Było tam, jasne jak łuna łagodnie pieszcząca jego policzek, lecz nie wskazującego swojego znaczenia. W spojrzeniu stalowych tęczówek widział, że on wie, widział też siebie, spoczywającego u jego stóp, bezbronnego przy latach doświadczeń w tworzeniu dystansu, pokazywania wystarczająco, by nie prowokować kolejnych pytań, ukrywania istotnych dla siebie detali. Nie chciałby angażować się w taką sprzeczkę, mężczyzna na pewno wyciągnąłby z niego wszystko, gdyby tylko się tego podjął, przemilczał to jednak, skupiając się na wyznaniu, które przebiło powietrze sprawiając, iż nawet rośliny ich otaczające wstrzymały oddech. Constantine także zamarł, oczekując reprymendy, ust materializujących jego obawy, ale to, co nastąpiło było znacznie gorsze. Lodowy sopel przeszył ciało, rozchodząc się niemal widocznym dreszczem, skacząc do każdego zakamarka i podrywając go na baczność. Wciąż, niepowstrzymanie lustrował te małe zmiany, tym trudniejsze do zarejestrowania z ciemności, a przez to bardziej dobitne; to był gniew, wściekłość, która podrażniła nawet tak niezmąconą figurę. Młodszy brat pochylił się nieznacznie do przodu, pozwalając popłochowi unieść jego brwi. Niechybnie zaszkliłoby się jego wejrzenie, jeżeli ta chwila trwałaby o sekundę dłużej. To było wszystko i nic. Pamiętał, by oddychać. Potrzebował kilku głębszych wdechów, by powrócić do siebie, ale obawiał się, że wychylając mógłby coś sprowokować. Pozwolił sobie pogrążyć się w ciszy, nie było nic do dodania w sprawie utraty różdżki, jutro będzie musiał podobnie zmierzyć się z ojcem. Nie dane mu było odetchnąć, zaciskał zęby przechodząc od zimnych dreszczy do tępego, martwego szoku.
To okrutne — wymówił, nie próbując powstrzymać nasączonego budującym się napięciem wyrzutu, szczęki poruszały się jak elementy maszyny. Ściągnięte brwi, zaznaczające łagodną łuną pewne niedowierzanie na twarzy, którą zdobiły, mieszanka naiwności nieprzewidującej cierpkich słów oraz zdumienia zburzenia własnej uległości, zwykle ujawniającej się w obecności siedzącej na wyciągnięcie ręki postaci. — Cierpienie zdołałem poznać perfekcyjnie dobrze — Palce błądzące po subtelnie wilgotnej ziemi oranżerii w jednej ulotnej chwili zacisnęły się, wgłębiając się między ziarenka piasku, zatapiając wśród rzadkiej, wiotkiej pościeli trawy. — Miraże, ślepe zaułki, których światełko w oddali raczej tłumi nadzieję niż ją oferuje. Oglądałem je na własne oczy więcej razy niż mógłbym spamiętać. Widziałem ciebie, naszą siostrę, rodziców. Wszystko w ogniu, w rękach zjaw bez twarzy, rozszarpywanych przez nieludzkie bestie... — urwał, nie mając siły stawać im tej nocy na przeciw. — Tysiąc scenariuszy. — Cichutko, prawie bezgłośnie, oderwał się od tej myśli, pozostawiając szereg niedopowiedzianych słów. Wizje były koszmarami, których nie mógł ignorować, nie posiadał prawa do oddalania ich jako niemożliwych, był świadkiem jak wchodziły w życie.
Nie uciekam od nich — podjął, omawiając zasłyszaną na wyliczankę — Mogę być sobą właśnie dzięki nim. — Zamrugał gwałtownie, rozmywając uczucia czające się na czubkach rzęs. Porusz się, odbiło się w jego umyśle, który obrysowywał obserwowany profil z marmuru, który jak zawsze znajdował się tak daleko. Blisko, i tym samym poza zasięgiem. Podnosił się ze względu na ból i tragedie; dlatego że istniały, czuł iż nie może zaprzestać. Nie były powodem do porzucenia tego marzenia, były jego sensem.
I kto był tu ślepcem? Młody badacz porywał się ku ratowaniu świata chcąc odpłacić się za to, że los podarował mu tych, którzy w pierwszej kolejności ocalili jego. Na ich czele z różdżkarzem. Nigdy się nie poddam, dla ciebie. I nie musisz tego widzieć w ten sam sposób. Oboje będą jeszcze szczęśliwi.




less wanderer

Powrót do góry Go down
 

Oranżeria

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Lancashire, Silverdale, posiadłość Ollivanderów-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18