Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Salon na IV piętrze
AutorWiadomość
Salon na IV piętrze [odnośnik]27.02.17 10:29

Salon na IV piętrze

Przeznaczony do użytku Lupusa salon jest dosyć wiekowy. Stare, drewniane podłogi są wyłożone równie starymi dywanami; zaszklone gabloty wydają się pamiętać czasy początków rodu, a skórzane obicia kanap oraz foteli mimo, że utrzymane są w nienagannym stanie, wyglądają jak z poprzednich epok. W tym pomieszczeniu oprócz kominka (niepodłączonego do sieci Fiuu) znajduje się fortepian, który często umila wizytę gościom swoim graniem.
Na salon nałożone jest zaklęcie Muffliato.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Lupus Black dnia 02.09.17 22:50, w całości zmieniany 1 raz
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]06.07.17 16:07
/30.04, późne popołudnie

Świat ostatnio stawał na głowie. Wojna, choć jeszcze nie rozprzestrzeniona doszczętnie oraz odarta z dosłowności, musiała wreszcie zaatakować. Tylu pacjentów ilu mieliśmy do tej pory, to chyba nie mieliśmy od kilku lat. Poszkodowani nie tylko z powodu czarnej magii, ale też innych zaklęć, w zastraszającym tempie zajmowali szpitalne łóżka. Co rusz odmawiano mi urlopu lub wręcz wzywano do placówki po kolejnym dyżurze, na nowo. Ostatnie tygodnie były naprawdę intensywne i szczerze mówiąc pod koniec kwietnia miałem już dość takiego życia. Spetryfikowani mężczyźni widzący bazyliszki, płonący ludzie; to wszystko zajmowało mój cały umysł oraz resztki wolnego czasu. Dziś czułem się niesamowicie zmęczony. Po kolejnej interwencji czym prędzej dostałem się do domu, nie chcąc nikogo widzieć. Drażniło mnie wszystko, od spokojnej rozmowy gdzieś na dole aż po ciche pyknięcia teleportacji zaniepokojonego skrzata, który sprawdzał czy jeszcze nie zdemolowałem połowy mieszkania.
Przez dłuższy czas po prostu leżałem na kanapie w salonie, wertując nieobecnym spojrzeniem sufit. Wreszcie zdecydowałem się wziąć szybki prysznic, ale i tak przebrałem się w dość formalny strój podejrzewając, że niedługo znów wezwą mnie do szpitala. Nagle wszystko stało się obojętne, a zdradliwy chochlik podpowiedział mi, że powinienem wreszcie się rozluźnić. Zapomnieć o wszystkich złośliwościach losu, obowiązkach oraz przykrych sprawach powracających co jakiś czas do świadomości niczym bumerang. Odetchnąłem pospieszając skrzata z przygotowaniem Toujours Pur. Sam usadowiłem się na sofie, z nogami wyciągniętymi na podparciu. Zwolniłem nieco uciskające guziki pod brodą i nie myślałem absolutnie o niczym. Kolejne napięcia ulatniały się wraz z każdym łykiem alkoholu, przyjemnie drażniącego gardło oraz podniebienie. Powodującym lekkie mrowienie na języku. W niepamięć odeszły wszystkie kliniczne przypadki, swąd zwęglonych ciał, metaliczny odór osocza oraz nieprzyjemne obrazy przerzucane przez strapiony umysł. Odeszły sprawy doczesne, a ja mogłem całkowicie oddać się rozprężeniu. Nie robiłem tego często wiedząc, że nie wypada, że poprzeczka ustawiona przez ojca jest zbyt wysoko, bym mógł zwolnić tempo; a na pewno nie potrafiłbym nadrobić zaległości. W tamtej chwili nie liczyło się absolutnie nic.
Nawet nie dotarło do mnie kiedy skrzat nieśmiało oznajmił, że ktoś zjawił się na dole przy głównym wejściu. Sam zaraz się deportował w tamto miejsce chcąc powitać gościa. Nie obeszło mnie to w ogóle, na Grimmauld Place przychodziło wiele osób, czy to w interesach do ojca, czy w odwiedziny Cygnusa bądź Alpharda. A równie dobrze mogły to być koleżanki matki, która organizowała babski wieczorek. Możliwości było wiele i nawet jeszcze więcej, dlatego kontynuowałem swój relaks. Dopiero kiedy skrzat aportował się ponownie na górę oznajamiając mi, że mam gościa, uniosłem zdziwiony brwi. Z nikim się przecież nie umawiałem, byłem tego pewien. Jednak dźwięk ruchomych schodów potwierdził jego słowa. Byłem jednak zbyt oszołomiony, by zareagować.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]06.07.17 22:48
Dzisiejszy dzień był wyjątkowy. Przygotowywałam się do niego już od dłuższego czasu. Mój przyszły narzeczony, o czym dowiedziałam się w dość nieodpowiedni sposób, zaprosił mnie na dzisiejsze popołudnie do Grimmauld Place na obiad, a ja mu nie odmówiłam. Oczywiście poinformowałam ojca o zaproszeniu, poprosiłam o jego pozwolenie, na co wyraził zgodę, dlaczego dzisiaj od samego rana mogłam uczestniczyć w przygotowaniach. Wybrałam stosowną suknię, odpowiednie dodatki czy upięcie włosów, tak, aby prezentować się nienagannie. Dzień zaręczyn się zbliżał, a ja nie mogłam być pewna dnia ani godziny, kiedy to nastąpi, dlatego musiałam być przygotowana zawsze. Już raz to przeżyłam, więc może dlatego teraz się aż tak nie denerwowałam, a może wręcz cieszyłam? Im bardziej przyzwyczajałam się do tej myśli, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że lord Black będzie dla mnie lepszym partnerem, nie uwłaszczając przy tym oczywiście lordowi Nott, to nie w moim stylu.
Gdy pojawiłam się punktualnie przy Grimmauld Place nic nie zapowiadało, że nasze dzisiejsze popołudnie nie przebiegnie według planu, z góry narzuconego przez ogólne normy. Stając na ruchomych schodach, oczywiście w towarzystwie przyzwoitki, dotykając poręczy i wypowiadając piętro czwarte, tak jak zaleciła mi służba, nie spodziewałam się, że strój Lupusa będzie zgoła odmienny od mojego. Ja w długiej szmaragdowej sukni, przewiązana paskiem z materiału w pasie dół miała prosty, a górę elegancko zdobioną. Materiał obejmujący talię i piersi wyglądał całkiem prosto, wyróżniało go jedynie marszczenie, najozdobniejsza natomiast była część przysłaniająca ramiona i plecy - była bowiem koronką. A koronki miały to do siebie, że jednocześnie przysłaniały i odsłaniały miejsca, które powinny być zakryte, dając tym samym pole do popisu męskiej wyobraźni. Jak na pannę Parkinson musiałam podążać za najnowszymi modowymi trickami.
Drzwi otworzyły się, a pomieszczenie do jakiego weszłam na pewno nie było jadalnią, a raczej salonem, utrzymanym w ciemnych, ponurych, niemal czarnych barwach. Miałam wrażenie, że ja i moja suknia mocno wybijaliśmy się na tle tej szarości, niemal bijąc po oczach swoją jasnością.
Z początku nie zauważyłam Lupusa, chociaż trwało to ledwie chwilę, kiedy swoim wzrokiem go zlokalizowałam. Leżał na kanapie w częściowo rozpiętej koszuli, trzymając szklankę, zapewne z alkoholem, w dłoni. Nie potrafię powiedzieć czemu, ale miałam wrażenie, jakby moje policzki nagle zaczęły palić mnie żywym ogniem. Zawstydziłam się tego, że zakłóciłam mu chwilę spokoju i odpoczynku. Jakbym weszła z butami w jego własny czas, jakże intymny, przeznaczony tylko dla niego. Cofnęłam się pół kroku i splotłam dłonie na brzuchu. Zdenerwowałam się.
Nagle cała moja przemowa układana w głowie prysła, podziękowania za zaproszenie, pochwalenie wystroju pomieszczenia przestało mieć znaczenie.
- Przepraszam - powiedziałam. - Czy ja pomyliłam daty? Dzisiaj trzydziesty, dostałam od lorda zaproszenie na obiad, na trzydziestego.
Było mi niezwykle wstyd, chociaż nie zrobiłam nic złego. Gdy tylko przestałam mówić spuściłam wzrok, nie ważąc się spojrzeć na lorda Black. Nie prezentował się tak, jak jako młoda panna powinnam go oglądać. Rozpięte guziki, alkohol w dłoni, nie był to widok przeznaczony dla mnie. Jeszcze nie.



Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Victoria Parkinson
Zawód : Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson https://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 https://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 https://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow https://www.morsmordre.net/t3442-skrytka-bankowa-nr-842 https://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]09.07.17 18:08
Zapomniałem. Na śmierć zapomniałem o spotkaniu. Nie spodziewałem się, że jeszcze kilka dni temu wystosowałem do Victorii zaproszenie, a teraz tak zwyczajnie nie będę mieć świadomości, że miałem pewne plany. Nie, nie zaręczynowe, choć i przed tym nie umknę; chciałem w spokoju porozmawiać z przyszłą żoną, być może nawet dowiedzieć się czegoś więcej niż przez te wszystkie zachowawcze lata kiedy to wypadało nam jeszcze mniej rzeczy niż teraz. Plany miałem wielkie, nastawiony do nich byłem sceptycznie z lekkim nachyleniem w kierunku optymizmu, a teraz zamiast przyglądać się ostatnim poprawkom przygotowań do wspólnego obiadu, leżałem rozłożony na kanapie popijając alkohol. Słodko nieświadomy tego, że powinienem był o czymś pamiętać. Dopiero kiedy Parkinsonówna stanęła w progu, kiedy jej policzki poczerwieniały, zrozumiałem, że coś było nie tak. Początkowo nie potrafiłem odnaleźć się w tej sytuacji zastanawiając się czy może po prostu przypadkiem wpadła z niezapowiedzianą wizytą; jej słowa jednak zaprzeczyły moim przypuszczeniom. Uniosłem zdziwiony brwi, ze znacznym opóźnieniem reflektując się, że tkwiłem w niezbyt eleganckiej postawie. Odłożyłem na kawałek blatu szklankę, a zaraz potem zerwałem się z miejsca na równe nogi, patrząc na przyjaciółkę z mieszaniną szoku jak i zażenowania. Jak mogłem zapomnieć?
- Tak, faktycznie… – mruknąłem, przenosząc wzrok na potulnie stojącego obok skrzata. – No i co tak stoisz? Rusz się, przygotuj obiad! – warknąłem do niego, to na nim właśnie kumulując całą swoją złość za własne niedopatrzenie. Stworzenie teleportowało się z pewnością do kuchni, a ja nadal czułem się zagubiony.
- Nie, przepraszam, za… zapomniałem o tym spotkaniu – powiedziałem już spokojniej, z odrobiną zawahania. Rozmasowałem skronie, chrząknąłem chcąc dodać sobie samemu animuszu do wyjścia z tej absurdalnej sytuacji; bez honoru, bo na to nie było już żadnych szans. – Usiądź proszę – dodałem wskazując dłońmi na kanapę. Przyzwoitce rzuciłem tylko kontrolne spojrzenie, ale nie zająłem się nią wcale. Była tylko służącą, albo sobie gdzieś stanie, albo przywoła do siebie jakiś stołek, to nie leżało w kręgu moich zainteresowań. – Przez ostatnie dni… miałem masę pracy w szpitalu – wytłumaczyłem, bo przecież byłem jej winien przynajmniej kilka słów prawdy. Nadal czułem się tym wszystkim po prostu zmęczony, ale nie mogłem ot tak pójść spać kiedy wydarzyć się mogło wszystko. Dobrze, że zdążyłem napić się raptem jednej porcji whiskey, w przeciwnym razie mógłbym być w bardzo nieodpowiednim nastroju do tego spotkania.
- Zanim podadzą obiad, napijesz się czegoś? – zaproponowałem, dalej stojąc i czując się niepewnie, ale starałem się ratować sytuację, tak mocno jak tylko byłem w stanie.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]11.07.17 22:15
Nie wiem co bardziej sprawiało, że czułam się zawstydzona. Fakt, że trafiłam akurat na moment, gdy Lupus odpoczywał i nakryłam go w dość nieeleganckim i nie odpowiednim ułożeniu, czy może strach, że to ja się pomyliłam i przyszłam nie tego dnia, którego powinnam. Sądząc jednak po zachowaniu lorda Black, tego jak szybko odłożył alkohol, zerwał się na równe nogi mogłam przypuszczać, że to jednak nie ja pomyliłam daty, a to on zapomniał o mnie. Przez chwilę zrobiło mi się przykro, bo do takiej sytuacji nie powinno dojść, ale zacisnęłam zęby i szybko odgoniłam od siebie te myśli. Niemal podskoczyłam, gdy usłyszałam ostry ton Lupusa skierowany w stronę skrzata. I nagle zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie nigdy nie widziałam go zdenerwowanego czy wytrąconego z równowagi. Właściwie, to nie dużo o nim wiedziałam, oprócz tego ile sam mi powiedział i ile sam mi pokazał.
Nie odpowiedziałam nic. Zapomnienie o spotkaniu było bardzo nieodpowiednie, ale to też nie tylko wina Lupusa, jego służba powinna wiedzieć o jego planach i ewentualnie mu przypomnieć. Chyba, że zapomniał ją o tym poinformować. A to już zupełnie inna sprawa. Za jego prośbą natomiast ruszyłam w stronę kanapy, na której jeszcze przed chwilą leżał rozłożony i popijał alkohol. Jeszcze w powietrzu unosił się jego zapach.
- Dziękuje - odpowiedziałam cicho.
Gdy usiadłam wzrokiem zlokalizowałam przyzwoitkę, która usiadła sobie gdzieś w rogu pokoju na wyczarowanym przez siebie krzesełku. Nie będzie nam przeszkadzać. Przez myśl mi przeszło, że jeszcze trochę i gdy na palcu pojawi się pierścionek, to nie będzie musiała mu już tak często towarzyszyć, a na spotkania z narzeczonym będą patrzeć bardziej przychylnym wzrokiem.
- Rozumiem, musisz być zmęczony - zauważyłam.
Uniosłam głowę i spojrzałam na niego z dołu. Wyglądał na zmęczonego oraz na takiego, który już zdążył zacząć się relaksować. Jak dobrze, że nie wypił więcej, bo z naszej kolacji to już na pewno byłby nici. Nie mogłabym z nim usiąść i rozmawiać, gdyby był w nieodpowiednim stanie. Ale chyba nie było tak źle, nie wiem, prawdę mówiąc, to absolutnie się na tym nie znałam i właściwie nie miałam pojęcia jak wyglądają mężczyźni po spożyciu alkoholu. Miałam z tym do czynienia na tyle rzadko, a jak już to z takiej odległości, że nie potrafiłam ocenić takich kwestii.
- Nie, dziękuję, ale ty się nie krępuj - odpowiedziałam uprzejme. - Lupusie, usiądź, proszę, nie stój tak nade mną.
Uśmiechnęłam się do niego lekko. Chociaż byłam trochę zła i smutna… chociaż może raczej bardziej urażona tym, że o mnie zapomniał, to absolutnie nie miałam zamiaru mu tego okazywać. Nie wiedziałam na ile mogę sobie przy nim pozwolić i o ile zdarzyło nam się podzielić wspólnymi tajemnicami, tak nie było to powodem do tego, abym traktowała go jak przyjaciela i mówiła mu wszystko co myślę. Nie wypadało, jeszcze nie i nie wiedziałam nawet czy będzie wypadać po ślubie.
- Mówiłeś, że miałeś dużo pracy? - zagadnęłam, ponieważ nie chciałam, aby zapadła między nami cisza.



Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Victoria Parkinson
Zawód : Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson https://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 https://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 https://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow https://www.morsmordre.net/t3442-skrytka-bankowa-nr-842 https://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]25.07.17 10:13
Nie wiem jak mogłem zapomnieć. Zwykle podobne rzeczy mi się nie zdarzały; jednak zwykle też nie ratowałem tylu ludzi w przeciągu raptem kilku dni. Nie zdarzały się przypadki spetryfikowania oraz niemal spłonięcia żywcem. Uzdrowicielska codzienność raczej nie obfitowała w leczeniu wybuchów, prawie-morderstw oraz innych najcięższych przypadków. Nagromadzenie sytuacji krytycznych w ostatnim czasie zaczęła mnie mocno niepokoić. Zwłaszcza, że był już koniec miesiąca. Co będzie w takim razie w przyszłym? Obawiam się, że nie będzie wcale lepiej, a wręcz przeciwnie. Wiele pochmurnych myśli krążyło mi po głowie zanim zrozumiałem jak ogromny błąd popełniłem. Gdybym przypomniał sobie o spotkaniu choć odrobinę wcześniej, mógłbym wystosować list z przeprosinami oraz prośbą o przełożenie go na następny dzień. Na ostatnią chwilę również nie wypadało robić takich rzeczy, ale przynajmniej zaoszczędziłbym Victorii bezsensownego fatygowania się na Grimmauld Place. Oraz oglądania mnie w dość nieformalnym wyglądzie. Teraz było już za późno na cokolwiek, opcje były dwie: wyprosić ją grubiańsko z domu, albo przyjąć ją w gościach z drobnym opóźnieniem. Wybrałem drugi scenariusz, nawet jeśli nie miał być dużo lepszym od pierwszego. Brnąłem dalej w tę nieprzyjemną sytuację, ale wierzyłem, że mój gość zrozumie moje pobudki. I że skrzat będzie uwijał się jak w ukropie, byleby jak najszybciej przygotować wspomniany obiad.
- Nawet nie wiesz jak – wymknęło mi się cicho. Przytknąłem palce do nasady nosa rozmasowując ją lekko, jakbym starał się naładować opróżnione już rezerwy energii. Pokiwałem głową, choć alkoholu odechciało mi się już pić. Posłusznie usiadłem na kanapie, obok niej. Dopiero wtedy zorientowałem się, że kołnierz koszuli jest niedopięty. Przekląłem w myślach samego siebie, po czym nerwowym ruchem poprawiłem zapięcie mojego ubioru, prezentując się teraz już zdecydowanie lepiej. Nie miałem na sobie wierzchniej szaty, która powinna mi towarzyszyć w oficjalnych spotkaniach, ale już dawno wisiała ona w szafie sypialni. Nie chciałem i nawet nie wypadało mi teraz po nią iść, dlatego musiałem grać tymi kartami, które posiadałem.
- Tak. Nadszedł jakiś dziwny, gorący sezon. Podpalani czarodzieje, niezrozumiałe petryfikacje… – rzuciłem trochę zrezygnowany. Pokręciłem głową; to nie był dobry temat dla kruchej kobiecej psychiki. – Przepraszam. Nie chciałem po prostu, żebyś myślała, że zapomniałem o spotkaniu z błahej przyczyny. Naprawdę mamy ostatnio w szpitalu mnóstwo roboty – wyjaśniłem więc, licząc na jej zrozumienie. Domyślałem się, że pewnie czuła się urażona, ale jak na razie wspaniale odgrywała rolę zatroskanej o moje samopoczucie kobiety. – Jak minął ci dzień? Mam nadzieję, że dużo przyjemniej? – spytałem, bo chyba nawet nie chciałem obecnie rozmawiać o własnej pracy. Nie po to zacząłem się w końcu relaksować, by teraz znów popadać w piętrzący się stres, który i tak mi towarzyszył przez moje zapominalstwo. To straszne, ale już chyba nawet wolałem słuchać o wyborze odpowiedniej na spotkanie sukni. – Przez moje roztargnienie nie powiedziałem ci, że wyglądasz jak zwykle olśniewająco. Naprawdę – dodałem po chwili, starając się nadać twarzy pewnej dozy łagodności, ale zmęczenie nie pozwalało mi cieszyć się całkowitym efektem własnych działań.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]26.07.17 22:10
Nawet z zamkniętymi oczami czułabym jego zdenerwowanie. Wystarczyło posłuchać jego zdenerwowanego tonu, a potem przyjrzeć się jak marszczył czoło i nerwowo rozmasowywał twarz. Było mi bardzo głupio, że zakłócam mu jego czas na odpoczynek i zamiar rozluźnić się i zrelaksować, musiał się ponownie spiąć i przyjąć pozę idealnego gospodarza. Oczywiście, nie była to moja wina, w końcu sam mnie zaprosił i sam o mnie zapomniał, ale i tak było mi z tego powodu przykro i było mi go żal. Starałam się jednak nie dodawać mu zmartwień swoim zachowaniem, dlatego przyjęłam jak najbardziej neutralną pozę. Aczkolwiek kąciki moich ust delikatnie uniosły się ku górze, gdy nerwowym ruchem zapinał guziki swojej koszuli. Przez to zdenerwowanie zrobił to dość niedokładnie, guzik nie do końca był zapięty i mogłam się założyć, że lada chwila się rozepnie przy gwałtowniejszym ruchu jego głowy.
- Podpaleni czarodzieje? Nie rozumiem - dopytałam.
Nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego co to określenie może oznaczać. Nie miałam zielonego pojęcia na temat tego co się działo, cóż mogło sprawić, że czarodzieje się podpalili i czy przypadkiem nie jest to jakaś nowa choroba o tak dziwacznej nazwie. Nie byłam dobra w te klocki, anatomia i magomedycyna nigdy mnie nie interesowały. Potrafiłam uwarzyć eliksir na przeziębienie i jeśli posiadałam instrukcje to również na inne choroby, ale jak to dawkować, do czego wykorzystywać i czy w ogóle są te choroby - nie miałam pojęcia. Ale nie przeszkadzało mi to w tym, aby na ten temat posłuchać. Najwyżej nie będę zadawać pytań, chociaż spodziewałam się, że Lupus wie, iż moja wiedza na ten temat jest znikoma.
- Rozumiem, naprawdę nie musisz się przede mną tłumaczyć. Nic się nie stało - odpowiedziałam mu z uśmiechem. - Pracujesz, twoja praca jest ciężka i zajmuje dużo czasu. Zdaję sobie z tego sprawę.
Nie miałam innego wyjścia, chciałam dodać, ale ugryzłam się w język. Byłoby to bardzo źle odebrane, a jako jego przyszła żona, z czym się już zdążyłam oswoić i z niecierpliwością czekałam na oficjalne zaręczyny, musiałam się z tym pogodzić, że będzie tak, że mój mąż będzie wracać późno w nocy o ile będzie wracać i, że będzie zmęczony. Wiedziałam o tym, myślałam, że zdaje sobie z tego sprawę, ale przyszłość przetestuje czy na pewno byłam na to gotowa.
- Właściwie, to nie robiłam dzisiaj za wiele, ale na pewno nie miałam do czynienia z podpalonymi czarodziejami - zauważyłam. - Oddawałam się czysto kobiecym zajęciom, więc nie wiem czy jest to coś, o czym chciałbyś słuchać. Nawet nie było mnie dzisiaj w pracowni, mam troszkę wolniejszy okres, ponieważ nowa kolekcja zapachów jest już gotowa. Teraz trwają jakieś przygotowania do ich umieszczenia w ofercie, ale na tym już się nie znam.
Na jego komplement oczywiście się zarumieniłam i lekko schyliłam głowę onieśmielona takimi słowami. Bardzo lubiłam gdy mnie komplementował i było mi niezwykle miło, że Lupus mimo zmęczenia zdobył się na to, aby mi to powiedzieć. To nasze spotkanie dzisiaj takie trochę do góry nogami, bo wszystko w nieodpowiedniej kolejności, ale cóż.
- Dziękuje, niezwykle miło mi to słyszeć. Ty również mimo zmęczenia - tutaj na chwilę przerwałam, uniosłam dłonie i szybkim ruchem, aby tylko nie zdążył zaprotestować, zapięłam porządnie jego guzik. - Prezentujesz się bardzo dobrze. Proszę, rozluźnij się trochę, naprawdę nic się nie stało. W liście pisałeś, że chciałbyś ze mną porozmawiać. Czy jest jakiś konkretny temat?



Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Victoria Parkinson
Zawód : Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson https://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 https://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 https://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow https://www.morsmordre.net/t3442-skrytka-bankowa-nr-842 https://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]29.07.17 11:09
Doceniałem brak widocznego niezadowolenia u Victorii, z pewnością musiało ją to wiele kosztować. Sam nie wiem czy zachowałbym taki spokój; być może, choć bez cienia zwątpienia z mojej twarzy dałoby się odczytać negatywne emocje spowodowane pozornym znieważeniem. Nie zrobiłem tego specjalnie, ale wyrzuty sumienia na pewno będą mi czasem doskwierać. W końcu oznaczało to plamę na honorze, a tych nie da się wyczyścić łatwym zaklęciem lub magicznym środkiem czystości. Starałem się powrócić do typowej, niezachwianej równowagi przystojącej lordowi i nawet mi się to udawało kiedy siedziałem tuż obok. Westchnąłem słysząc pytanie, bo bałem się, że będę musiał powiedzieć więcej niż powinienem. Nie chodziło już nawet o żadne tajemnice lekarskie (nie miałem rzucać konkretnymi nazwiskami) a bardziej o zaniepokojenie Parkinsonówny sytuacją poza naszym środowiskiem.
- Niestety część stacza walki na zaklęcia i obrywa na przykład tymi podpalającymi. Ostatnio też ktoś podpalił pewien lokal, w którym byli ludzie. Zostali mocno poparzeni – wyjaśniłem cierpliwie, starając się omijać jak najwięcej szczegółów. Nie były one jej do niczego potrzebne. – Nie wiem co się konkretnie dzieje, ale ostatnio nastroje społeczeństwa są dość napięte. Jednak nie masz się czym martwić, nas to nie dotyczy – dodałem pewny siebie. Choć niezgodnie z prawdą. Zaraza rozprzestrzeniała się dość rozlegle, okazywało się, że nawet arystokracja padała ofiarą niewiadomego pochodzenia rozruchów, a Ministerstwo wręcz samo namawiało do destrukcji oraz siania zamętu. Nie chciałem jej jednak więcej niepokoić, była kobietą, wpływowego rodu, niemieszającą się w pojedynki oraz starcia z innymi, nic jej nie będzie.
- To prawda. Nigdy nie lubiłem stać bezczynnie – przytaknąłem odnośnie pracy. Rozrysowywanie drzew genealogicznych oraz pogłębianie wiedzy z historii magii było wspaniałym zajęciem odprężającym, ale gdybym miał tylko w ten sposób żyć to chyba bym oszalał. Lubiłem szpitalny ruch oraz dyżury, nawet jeśli na co dzień nie zdarzało się nic ekstremalnego.
Płynnie udało nam się przejść do kolejnego etapu rozmowy, kiedy to zamieniłem się w słuch; nieskazitelną uwagą starając się zrekompensować Victorii wszystkie niedogodności dzisiejszego wieczoru. Faktycznie sprawy kobiece mnie nie interesowały, ale jeżeli dzięki nim miałbym przestać myśleć o ofiarach z tego miesiąca, to nawet bym się poświęcił. Na szczęście jednak nie musiałem.
- Odnośnie perfum… uważasz, że mogłabyś zrobić jedne dla mnie? – spytałem. Ten temat już między nami krążył, konkretniej to podczas wesela Nottów. Teraz łatwiej było mi wyrzucić z siebie prośbę, skoro czekają nas zaręczyny. Ciekawiło mnie po prostu z jakimi zapachami jej się kojarzyłem.
Byłem już całkiem spokojny i nawet jeśli nagła poprawa guzika mnie zaskoczyła oraz speszyła, nie dałem tego po sobie poznać.
- Tak naprawdę to chciałem cię jeszcze raz przeprosić za moją ostatnią reakcję. Nie powinna mieć ona miejsca – stwierdziłem po kilkusekundowym namyśle. Nawet jeśli górę wzięły emocje, powinienem móc je za wszelką cenę powstrzymać, nie robiąc przy tym przykrości damie. Zachowałem się karygodnie.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]30.07.17 23:10
Byłam jedną z tych kobiet, która absolutnie nie znała się na polityce. Wiedziałam tyle ile musiałam wiedzieć i nigdy nie zagłębiałam się w szczegóły. To, co wyprawiało Ministerstwo było dla mnie niczym ważnym, niczym czym powinnam zajmować swoje myśli. To mężczyźni byli od tego, aby kontrolować sytuację i działać w razie potrzeby. Dlatego ja nie zwracałam uwagi na takie szczegóły, ograniczając się tylko do najważniejszej wiedzy potrzebnej mi do egzystencji. Dlatego też nie powiązałabym podpalenia budynku z czymś większym, takie rzeczy się przecież zdarzają. Aczkolwiek, zareagowałam na to tak, jak najpewniej zareagowałaby każda kobieta. Lekko zakryłam usta dłonią, patrząc wystraszona na Lupusa.
- Naprawdę? Tak w biały dzień? Podpalić budynek, w którym znajdowali się ludzie? Chyba ktoś tylko chory psychicznie mógłby coś takiego zrobić - stwierdziłam i nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak daleko jestem od prawdy.
Nie dopytywałam o to kto został ranny, ani gdzie to się wydarzyło. Zapewne przeczytam w najbliższym czasie o tym o gazecie i wtedy dowiem się więcej, niż Lupus zechce mi odpowiedzieć. Albo się nie dowiem, bo być może ta odpowiednia gazeta nigdy nie trafi w moje ręce. To też bardzo prawdopodobne.
- Przyznam szczerze, że nie bardzo się orientuje w tym, co się dzieje teraz ze społeczeństwem. Staram się w to nie wtrącać, tym bardziej, że się specjalnie na polityce nie znam - wytłumaczyłam się. - Ale wiesz przecież, że nigdy mnie to nie interesowało. Nie to co Aarona, gdyby nie on, nie byłabym na bieżąco z informacjami w tamtym czasie.
Gdy Aaron umarł akurat odbywał staż w Ministerstwie Magii. Historia czarodziejskiego świata oraz prawo magiczne zawsze bardzo go interesowało. Był oczkiem w głowie ojca, więc ten utarł mu drogi, dzięki którym tak szybko zaczął wspinać się po szczeblach kariery.
- Wiem - szepnęłam.
Lupus różnił się od Aarona, to jednak nie uniemożliwiło im zawiązania przyjaźni. Wokół nich zawsze ktoś się kręcił, gdyby oboje nie poświęcali mi odpowiedniej ilości czasu gdy byłam jeszcze małą panną, na pewno byłabym bardzo zazdrosna o wszystkie dziewczęta kręcące się wokół mego brata.
Jego pytanie trochę mnie wybiło. Spojrzałam na niego i nie ukrywałam zdziwienia. Na początku myślałam, że sobie żartuje. Nie specjalizowałam się w męskich perfumach, nie od momentu, gdy Aaron zmarł, a ja nie zdążyłam przygotować dla niego tego czegoś specjalnego. Czasami się zdażyło, dla ojca na przykład, ale nigdy nie było to nic szczególnego. Dla mojego przyszłego narzeczonego powinno. Na chwilę zacisnęłam usta w prostą linię, a potem lekko kiwnęłam głową.
- Z ogromną chęcią stworzę dla ciebie odpowiedni zapach. Nie wiem ile mi to zajmie, pozwól, że nie podam ci konkretnej daty, a podaruję kiedy uznam, że jest skończone - poprosiłam.
Nie wiedziałam, czy będę potrafiła stworzyć dla Lupusa perfum. Nie wiedziałam na ile będzie to zapach Lupusa, a na ile kojarzący mi się z moim bratem zapach Aarona. Ale nie mogłam mu odmówić. Po prostu nie mogłam. Jako przyszła żona powinnam spełniać prośby swojego narzeczonego, czyż nie?
- Nadal o tym myślisz? Byłeś bardzo zdziwiony, tak samo jak ja. Nie musisz mnie ciągle przepraszać, Lupusie - westchnęłam ciężko, nawet nie wiedziałam, że tak to przeżył. - Jeśli to ma ci pomóc, to ja ci… każę przestać się tym zadręczać. Czy mogę cię poprosić o nalanie mi wina?
Uśmiechnęłam się do niego. Mam nadzieję, że moje słowa go nie urażą i nie odbierze ich w nieodpowiedni sposób. W żadnym wypadku nigdy niczego bym mu nie kazała, jednak dzisiaj… dzisiaj jestem w stanie zrobić dla niego wyjątek, aby w końcu przestał o tym myśleć.



Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Victoria Parkinson
Zawód : Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson https://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 https://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 https://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow https://www.morsmordre.net/t3442-skrytka-bankowa-nr-842 https://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]21.08.17 10:28
Nie powiązywałem tamtego zdarzenia z czymś konkretnym, nie stojąc choćby koło prawdy; sądziłem, że ma to związek z odwieczną walką czystokrwistych oraz szlam, ale nic więcej. Dużo czytałem i wiedziałem, że dochodzi do rozruchów, a społeczeństwo coraz częściej ucieka się do przemocy. Nie dziwiłem się temu. Czarodzieje mieli dość ukrywania się przed mugolami, mieli dość panoszenia się tej zarazy, a obdarzone magią (na pewno omyłkowo, w końcu zdarzają się mutacje) dzieci rodziców pozbawionych czarodziejskich umiejętności, postanowiły się bronić, nierzadko atakiem. Te wydarzenia przysparzały uzdrowicielom masę pracy, ale jeszcze nie domyślałem się, że dzisiejszej nocy dosięgnie nas apogeum mugolskiego buntu. Że będziemy mieć jeszcze więcej roboty do wykonania, a z początkiem maja prawdopodobnie nie zaznamy zbyt dużej ilości snu. Byłem zmartwiony, ale jeszcze nie na tyle, na ile zdążę być. Wciąż żyłem nadzieją, że sytuacja się trochę uspokoi, a my, magomedycy wrócimy do swoich rutynowych zajęć w szpitalu.
Pokiwałem powoli głową; to niestety była prawda. Coraz rzadziej przejmowano się konwenansami bądź moralnością. Coraz częściej liczyło się jedynie osiągnięcie celu. Krwawego celu.
- Raczej był wieczór, ale nie wiem tego na pewno. Ranni zjawili się w nocy, wezwano nas listownie. Nie mam pojęcia kto to zrobił, ale musiał być potężnym czarodziejem skoro udało mu się rzucić zaklęcie Szatańskiej Pożogi – odparłem, być może jednak zdradzając nieco więcej niż powinienem. Wierzyłem jednak, że Victoria zachowa szczegóły rozmowy dla siebie, choć po kobietach niestety można było spodziewać się plotkarskich zacięć. Skrzywiłem się delikatnie przypominając sobie historię własnego rodu oraz tego jak Crouch ośmielił się podpalić mojego przodka. Tak, wierzyłem, że to właśnie on był prowodyrem tej nieszczęsnej tragedii, jaka ostatecznie spotkała oba rody. Nie spodziewałem się, że jeszcze ktokolwiek w przyszłości odważy się rzucić tak straszne zaklęcie. Delikatne ciarki przebiegły mi po plecach, ale nie skomentowałem treści dotyczącej zaburzeń psychicznych sprawcy.
- Nie ma potrzeby, byś się wtrącała. Polityka nie jest dla kobiet. – Co widać po pani Minister. – Dobrze jednak być zorientowanym by wiedzieć, których miejsc powinnaś unikać. Nie chodź proszę sama na Pokątną lub w miejsca, gdzie można spotkać mugoli. To w obecnej chwili chyba najbardziej zagrożone zakątki kraju – dodałem. Niestety nie trzeba było wcale celowo iść w zaszlamione tereny, wystarczyło tylko zboczyć z Pokątnej, by nagle znaleźć się w mieszanej uliczce. Sam tego ostatnio doświadczyłem i nie wspominam tego dobrze.
Kiedy jednak nieprzyjemne tematy zostały wyczerpane, sądziłem, że istniała szansa na podłapanie innego, bardziej neutralnego, jak choćby sprawa perfum. Widząc jednak zdziwienie mojego gościa zacząłem się zastanawiać czy nie poruszyłem nieodpowiedniej struny. Prośba zawarta w pytaniu nie wydawała mi się dziwna, w końcu mężczyźni również używali perfum. Oczywiście innych niż kobiety, ale przecież nie prosiłem o stworzenie mieszanki kwiatowej. Już miałem się wycofać z tego pomysłu, nieświadom myśli Victorii, ale ona widocznie zmieniła zdanie.
- Oczywiście, rozumiem, że to wymaga dużo pracy, a lepiej zrobić coś wolniej, a staranniej. Jeśli to jednak duży problem to nie kłopocz się – stwierdziłem spokojnie. Może uważała swoje umiejętności za jeszcze niewystarczające, by tworzyć zapachy dla mężczyzn? A może uważała to za coś zbyt osobistego? Nie potrafiłem rozgryźć przyczyny tej reakcji, ale nie wypadało też o nią zapytać wprost.
- Przyznaję, że się nie popisałem i świadomość tego mocno mi ciąży na sumieniu – odpowiedziałem, zgodnie z prawdą zresztą. Mimowolnie dotknąłem dłońmi guzika koszuli, jakbym sprawdzał, czy dalej jest zapięty. Spojrzałem uważnie na kobietę, wiedząc, że normalnie nie przyjąłbym do wiadomości żadnej formy rozkazu, ale ten był bardzo sensowny. I przede wszystkim zdejmował ciężar z moich barków. – Oczywiście – odparłem więc, po czym spokojnie wstałem i nalałem Victorii wina stojącego na stojaku blisko kanapy. Akurat kiedy skończyłem i pochyliłem się, by podać jej kieliszek, w pomieszczeniu pojawił się skrzat oznajmujący, że obiad na dole został przygotowany.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]21.08.17 18:56
Widziałam to przejęcie, które malowało się na jego twarzy, gdy wspominał mi o tym wydarzeniu. Mogłam się jedynie domyślać jak ciężko było przywrócić tych czarodziei do życia i jak wiele wysiłku go to kosztowało. A poparzeń wcale nie miało być końca, bo ledwie dwa dni później sama miałam pojawić się w Mungu z równie poważnymi obrażeniami. Póki co jednak siedziałam tutaj, na kanapie, w jego rodowej posiadłości, do której już za kilka miesięcy miałam się przeprowadzić. Do tych ciemności, do centrum miasta.
- Szatańska Pożoga? - zapytałam z lekkim zdziwieniem. - Nigdy nie spotkałam się z tym zaklęciem, ale sądząc po jego nazwie, musi być bardzo groźne, prawda?
Nie wiedziałam wszystkiego. Dobrze znałam się na alchemii, roślinach oraz trochę na zwierzętach, ale różne dziedziny magii były dla mnie ciągle nieznane. A już na pewno te, które pochodziły z tej mrocznej strony, z czarnej magii. Nigdy nie spotkałam się z żadnym zaklęciem z tej dziedziny, nie czytałam ksiąg na ten temat, ewentualnie mogły mnie interesować eliksiry, trutki, coś co bardziej wykorzystywało się do zabijania niż leczenia, ale poza tym jednorazowym wypadkiem z eliksirem Rue, nie miałam do tego powodów.
Słuchałam go uważnie i popierałam każde jego słowo. Polityka nie była dla kobiet, zgadzałam się z tym w stu procentach i gdyby ktoś zaproponował mi doszkalanie się w tej kwestii najprawdopodobniej bym podziękowała. Bo po co marnować czas, gdy i tak mi się to nigdy nie przyda, a przeznaczyć go mogę na rozwijanie swoich alchemicznych zdolności, wybór był dla mnie prosty. Pokiwałam więc głową poważnie traktując jego słowa i przestrogi.
- Oczywiście, będę omijać te miejsca. Chociaż nie często zdarza się, abym nie posiadała towarzystwa - tutaj zerknęłam w stronę swojej przyzwoitki, która była ze mną dość często, nawet wtedy gdy nie musiała - to wątpię, aby była w stanie mnie ochronić.
Nie kryłam się z tym co myślę o umiejętnościach tej kobiety. Gdyby jakieś posiadała, to nawet jej nie do końca szlachetna krew czy nie zbyt młody wiek, umożliwiłoby jej zajęcie jakiejś lepszej pozycji w społeczeństwie niż bycie przyzwoitką. Lubiłam ją i jej towarzystwo, ale to nie znaczy, że nie mogłam na nią spojrzeć bardziej krytycznym wzrokiem.
Nie chciałam, aby moje zdziwienie wziął jako odmowę. Zrobiło mi się wstyd, że tak zareagowałam, zamiast ucieszyć się i zapewnić go, że z miłą chęcią coś dla niego wykonam. Nie tak to powinno wyglądać.
- Nie, to nie jest duży problem. Przepraszam, jeżeli moje zachowanie sprawiło, że tak pomyślałeś - od razu wyjaśniłam. - Nie chcę tworzyć dla ciebie… byle czego, co może trafić na półki w perfumerii i zachwycić ogół. Chcę stworzyć dla ciebie coś wyjątkowego, czym będziesz zachwycony, a korzystanie z nich będzie dla ciebie przyjemnością i kojarzyć będzie ci się ze mną. Dam z siebie wszystko, aby cię zadowolić.
Nie zdążyłam zadowolić brata, czego żałowałam od momentu gdy usłyszałam o jego śmierci. Teraz, gdy miałam wykonać coś tak intymnego dla Lupusa, wszystko wracało. Jeszcze nie wiedziałam, że pomieszam te dwa zapachy, że perfum będzie bardziej dla Aarona, który będzie zaprzątał wszystkie moje myśli, podczas komponowania linii zapachowej dla Lupusa. Uśmiechnęłam się ciepło, radośnie, aby pomyślał, że naprawdę się cieszę, że mnie o to poprosił. Bo cieszyłam się, ale chyba nie potrafiłam tego jeszcze okazać.
Kąciki ust drgnęły do góry, gdy na mój rozkaz zareagował krótkim słowem. Oczywiście mogło odnosić się i do przyjęcia mojego rozkazu i zastosowania się do niego albo potwierdzenia na moją prośbę o wino. Ja jednak czułam, że liczyło się do jednego i drugiego. Nigdy bym mu niczego nie kazała, wiedziałam, że w najlepszym wypadku po prostu by mnie zignorował, w najgorszym zostałabym za to skarcona, ale poczułam dziwną, bardzo przyjemną, satysfakcję. Władzę.
Gdy w mojej dłoni pojawił się kieliszek wina, w pokoju teleportował się skrzat, który poinformował nas o gotowym posiłku. Przyjęłam go z ulgą, bowiem powoli zaczynałam czuć się głodna, a nie chciałam dopuścić do tego, aby przez przypadek zaburczało mi w brzuchu podczas rozmowy na kanapie. Pozwoliłam, aby pomógł mi wstać, podałam mu dłoń i przy jego asyście opuściłam salon i dałam pokierować się w stronę jadalni. Ukradkiem przyglądałam się wszystkim ścianom i pokojom jakie mijaliśmy, chcąc poznać swój przyszły nowy dom.

zt dla Victorii i Lupusa



Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Victoria Parkinson
Zawód : Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson https://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 https://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 https://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow https://www.morsmordre.net/t3442-skrytka-bankowa-nr-842 https://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]24.01.18 13:13
/21.05

Życie toczyło się dalej swoim rozsądnym tempem, raz go nabierając, raz na chwilę stopując wszystko, co zamierzałem zrobić. Wpadałem w różne niezwykłe stany i choć od czasu zaręczyn minął niemal tydzień, to nadal gdzieś te emocje we mnie buzowały. Objawiały się zmarszczonym czołem lub uniesionymi brwiami, ale niczym więcej. Aktualnie byłem na etapie względnego spokoju, kiedy widmo początku maja w większości rozpłynęło się na wietrze, a przykrość czerwca jeszcze nie nadeszła. Pracowałem standardowo, bez żadnych odchyłów w żadną ze stron. Wręcz książkowo pomyślnie. Aż podejrzanie. Ale widocznie nie zawsze musiało mi się zrzucać na głowę wiele nieprzyjemnych spraw, czasem wystarczyło pozwolić losowi zatroszczyć się o siebie.
Nie mogłem jednak tkwić w miękkich poduchach nieskończoność. Zbywając milczeniem turniej szermierczy, który wywołał we mnie uczucie zniesmaczenia, musiałem zastanowić się nad paroma sprawami. Możliwe, że zabrakłoby mi życia na te rozmyślania, gdyby nie to, że nadszedł list od kuzyna. Nie musiałem być jasnowidzem ani kimś mu specjalnie bliskim, by wiedzieć, że uczestnictwo Liliany w szermierczych starciach nie było mu w smak. Sądziłem, że to właśnie o tym chciał ze mną porozmawiać kiedy zaproponował spotkanie. Zgodziłem się bez wahania, wskazując na dzisiejszą datę oraz oddając nam do dyspozycji salon na moim piętrze. Dzięki ochronnemu zaklęciu nikt nas nie mógł podsłuchać, zaś gabinet zostawiłem dla oficjalnych spotkań. Morgoth był rodziną, nie wymagał więc aż tak sztywnych procedur podczas rozmowy w cztery oczy. Wcześniej kazałem skrzatowi przenieść alkohole tutaj, do pokoju dziennego, gdyby tylko Yaxley miał ochotę na najlepszy trunek wysokoprocentowy jaki istniał. Sam też wypiłem przed spotkaniem niewielką ilość Toujours Pur, skoro miałem wolne. Jedno z nielicznych, jakie posiadałem. Nie należałem do typu czarodzieja rozkoszującego się w napojach wyskokowych, ale jego mała ilość idealnie rozluźniała spięte mięśnie oraz nadwyrężony kark. Rozmasowałem go sobie powoli, w czasie oczekiwania na kuzyna krążąc po pomieszczeniu z niemal pustą już szklanką. W końcu odłożyłem ją na stolik i przywołałem skrzata. To dzięki jego magii, pozbawionej zdradzieckich anomalii udało się zakląć fortepian tak, by grał. Cicha, klasyczna muzyka, absolutnie nieprzeszkadzająca w trakcie rozmów, za to niezwykle relaksująca. Przywoływała na myśl obiady naszej młodości, kiedy matki, dawne lady Flint spotykały się na kobiecych dyskusjach o wszystkim i o niczym, a my zwiedzaliśmy okoliczne ogrody. To były całkiem przyjemne wspomnienia; obarczeni obowiązkami nie czuliśmy jednak aż tak ogromnej presji jak w obecnym życiu. Wszystko wydawało się dużo łatwiejsze.
Wreszcie zamyślenie przerwał po raz kolejny przybyły skrzat, oznajmiając pojawienie się gościa. Machnąłem ręką ponaglająco, by zszedł mi z oczu i stanąłem niedaleko drzwi, gotowy na powitanie.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]05.02.18 14:45
Embarassed

Yaxley był pochłonięty przez swoją pracę, zaledwie świadom otaczającego go świata. Płuca wciąż bolały go od nieskończonych zwężeń pęcherzyków podczas ostatniego napadu. I chociaż minęło już kilka dni od czasu do czasu przypominały mu o sobie w postaci trudności z oddychaniem. Płytsze wdechy bywały bezbolesne, jednak teraz było inaczej. Od wyprawy na wyspę Wight Ondyna przypominała o sobie znacznie częściej i poważniej jakby wyczuła możliwość do stania się silniejszą. Zupełnie jakby choroba miała świadomość i walka z nią była dla Morgotha kolejnym polem, na którym bez przerwy ścierał się, walcząc o życie. Bezdechy w trakcie trwania snu już się skończyły, gdy miał piętnaście lat, ale nie oznaczało, że nie wrócą. Teraz jednak wolał skupić się na wyspiarce, którą złapali podczas podróży. Chciał wiedzieć o niej jak najwięcej, a przy okazji nie być obciążeniem jak wydarzyło się to niestety na wyspie. Przeklęte anomalie odebrały mu możliwość podejmowania decyzji nad własnym ciałem, gdy ostra duszność odebrała zaatakowała go w najmniej spodziewanym momencie. Wpatrując się w szkice starych ksiąg przedstawiające sylwetkę smoka, który wymarł wieku temu, czuł jedynie złość. Złość i wstyd. Wiedział, że nie było to jego winą, że urodził się z tą wadą, lecz jego świadomość nie przyjmowała tego do wiadomości. Obwiniał się za bycie kulą u nogi swoich towarzyszy i mógł ściągnąć na nich niebezpieczeństwo. Być może dlatego też siedział całymi godzinami nad doszukiwaniem się informacji dotyczących stworzenia. Właśnie w takim stanie zastał go skrzat, który miał mu przypomnieć o spotkaniu z Lupusem. Morgoth jedynie oparł się o tył fotela i zamyślił się. Krótki list, który wysłał do kuzynowi nie mówił nic więcej niż powinien. Nie chodziło o samo przechwycenie, ale Yaxley zamierzał oznajmić to twarzą w twarz. Nie wątpił w umiejętności swojego Blacka na żadnym podłożu. Kuzyna, który ostatnio w pewien sposób go zadziwił, lecz nie zaskoczył, swoją obecnością na zebraniu Rycerzy Walpurgii jak i kilku ze Śmierciożerców. Schodząc po schodach we foyer, miał w głowie moment, w którym śnieżnobiała sowa usiadła w oknie jego gabinetu, by oznajmić, że jego krewny został przyjęty do wąskiego grona naukowców Czarnego Pana. Czytając słowa na pergaminie, Morgoth czuł pewnego rodzaju dumę z Blacka, chociaż wiedział, że Lupus nie potrzebował jego dumy. Sam doszedł do wszystkiego i, owszem, wsparcie rodziny na pewno coś dla niego znaczyło, jednak Yaxley podejrzewał, że nie wymagał tego od niego. Mimo wszystko to uczucie w opiekunie smoków trwało również wtedy, gdy zniknął z Cambridgeshire, by w postaci czarnej mgły zmaterializować się w wąskiej uliczce niedaleko Grimmauld Place. Nie był spóźniony, ale nie był też na czas. Pojawił się wcześniej niż było to umówione, lecz wiedział, że Lupus, jako wychowany szlachcic, zarezerwował sobie nieco więcej czasu niż dokładnie od tej, w której oczekiwał kuzyna. Znano jego twarz w rodzinie Black i mimo że nie ze wszystkimi łączyły go więzy krwi, nie starano się udawać, że nie wiedziano kim jest. Dlatego gdy w przejściu mijał jednego z dalekich krewnych Lupusa, odpowiednio się przywitali i Yaxley nie musiał być zapowiadany. Zauważył jedynie stojącego niedaleko skrzata, który dostrzegł gościa i po chwili zniknął, zapewne oznajmiając uzdrowicielowi przybycie. Morgoth nie musiał długo czekać, by zostać zaproszonym przez tego samego skrzata, który zjawił się u jego boku i poprowadził go ku jednemu z salonów. Kamienica zajmowana przez ród była powiększona odpowiednimi zaklęciami, lecz wciąż posiadała pewien charakterystyczny dla siebie nastrój półmroku. Oczami wyobraźni widział kuzyna i siebie samego, gdy wspólnie przemierzali te schody, po których kroczył. Chociaż już wtedy mieli się za dorosłych lordów, ich zmartwienia w porównaniu z aktualnymi były... No, właśnie. Dziecinną igraszką. Mały sługa prowadził go wciąż w górę, aż nie stanął przed drzwiami do wspomnianego salonu. Za nimi znajdował się Lupus, który przejął gościa.
- Witaj, kuzynie - Morgoth przywitał się od progu, próbując odnaleźć w znajomej twarzy oznaki aktualnego nastroju swojego gospodarza. Docenił fakt, że nie przyjmował go w sztywnym gabinecie, a postawił na, odpowiadającą ich standardom, rodzinną atmosferę. - Dziękuję, że znalazłeś czas - dodał, po czym obaj przeszli w głąb pomieszczenia. Nie chciał poruszać od razu głównego tematu, bo widok kuzyna na pomoście i spotkaniu dał mu do zrozumienia, że nie powinien był tej relacji zostawiać samej sobie. Jako rodzina musieli dbać o siebie nawzajem.



They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Morgoth Yaxley
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]12.02.18 20:41
Nigdy nie tęskniłem do otwartych przestrzeni przez większość życia znajdując się w kamienicy znajdującej się w centrum Londynu. Tak naprawdę nie przepadałem nawet za odwiedzinami u Flintów; wszystkie dzieci zawsze bawiły się w lesie czując wreszcie upragniony zew wolności. Ja byłem od tego daleki, do bólu zachowawczy oraz dobrze wychowany. Choć lubiłem spokojnie spacerować po przyległych do posiadłości w Charnwood lasach, bo to nie tak, że miałem się za typowego mieszczucha. Każdy potrzebuje czasem nabrać dystansu i zaczerpnąć świeżego powietrza. Dodatkowo bliskość ukochanego kuzynostwa rekompensowała wiele niedogodności, popychając mnie czasem do zachowania skrajnie irracjonalnego. Potem żałowałem, że dałem się namówić na wejście na drzewo, ale patrząc na to z perspektywy czasu uważam to za miłe wspomnienia. Nieodłącznie wiążące się również z Morgothem. Nasze matki wychowywały się razem, co powodowało kontynuację tej tradycji także w późniejszych latach, kiedy spotykaliśmy się w szerszym gronie. Yaxleyowie i Blackowie nigdy nie pałali do siebie szczególną sympatią, ale to właśnie dzięki Flintom udało im się do siebie zbliżyć. Wkrótce zaczęła ich łączyć również śmiała idea zachowania w magicznym społeczeństwie czystości krwi i napawało mnie to dumą. Że mogłem być częścią tego ambitnego planu. Żałowałem, że dowiedziałem się o tym tak późno; możliwe, że nie próżnowałbym wtedy i nie zaczynałbym teraz od samego początku, ale nie było sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Otrzymałem swoją szansę, którą wystarczyło należycie wykorzystać.
Nie do końca wiedziałem, że wiele się dzisiejszego wieczora odmieni, właśnie wraz z przybyciem kuzyna na Grimmauld Place. Wspominał oczywiście o pewnej sprawie, ale mając w pamięci naszą ostatnią rozmowę na pomoście, obawiałem się raczej wieści dotyczących rychłych zaręczyn i zaślubin syna nestora rodu Yaxley. Napawało mnie to pewną dozą niepewności oraz obaw; sam Morgoth nie sprawiał wrażenia zadowolonego moją śmiałą sugestią dotyczącą jeszcze raptem kilku tygodni wolności malujących się przed obliczem Śmierciożercy. Oczywiście miałem nadzieję, że przez ten czas kuzyn zdołał oswoić się z tą ewentualnością, ale to nie do końca pozwoliło mi wyciszyć nerwy.
Stanąłem przy drzwiach oczekując miłego gościa. Nie byłem ubrany aż tak oficjalnie jak mógłbym, raczej dało się zauważyć pewną swobodę w moim ubiorze. Zauważywszy sylwetkę Yaxleya przekraczającego próg pokoju, uścisnąłem mu dłoń i zaprosiłem do środka.
- Witaj – odpowiedziałem lekko, jedną dłoń układając na plecach mężczyzny, a drugą wskazując na kanapę. – Usiądź proszę – zachęciłem go do rozgoszczenia się, a ja podszedłem do stolika, na którym czekała już taca z Toujours Pur. Niespiesznie nalałem alkoholu do dwóch szklanek i jedną podałem kuzynowi. – Dla rodziny zawsze znajdę czas – odparłem, zasiadając na drugim krańcu sofy. – Jak miewa się twoja rodzina? Mam nadzieję, że nadal dobrze? – zagaiłem nie tylko z powodu grzeczności, ale również prawdziwego zainteresowania. Los wartościowych czarodziejów zawsze leżał mi na sercu.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Salon na IV piętrze [odnośnik]02.03.18 14:41
I tutaj różnili się diametralnie - jak Morgoth uwielbiał otwarte przestrzenie i dosłownie czuł się jak w klatce, przebywając zbyt długo w czterech ścianach, tak Lupus nie miał im nic przeciwko, preferując je od pustego terenu. Jako mały chłopiec Yaxley nie potrafił tego pojąć. Przecież lasy, bagna miały tyle do zaoferowania. Nie tylko nieznane, ale również ciszę i spokój, które sobie tak bardzo upodobał. Przebywając w ogrodach Flintów, nie mógł się nadziwić starszemu kuzynowi, że nie zamierzał zbyt daleko oddalać się od posiadłości. Jako głos rozsądku czy to jedynie w swoim towarzystwie, czy większego grona kuzynów i kuzynek, Lupus nie widział nic dobrego w wałęsaniu się bez celu między drzewami, krzakami czy bagnami. Przecież tam były trolle i centaury. Morgo tylko machał ręką i szedł dalej, zmuszając odpowiedzialnego Blacka, by podążał za nim. I czasami udawało się go namówić na eksploracje starej jamy, wielkiej dziupli czy wejście na drzewo. Raz czy dwa nie skończyło się to najlepiej, ale zawsze było co wspominać, co poznawać, o czym rozmawiać przyciszonymi głosami przy rodzinnym stole, gdy dokoła siedzieli sami dorośli. Dzięki temu że matka Lupusa i lady Yaxley były w podobnym wieku, pozwoliły swoim dzieciom na poznawanie siebie, pomimo ogólnej niechęci obu rodów. Obaj dogadywali się naprawdę dobrze, chociaż Morgoth dowiadując się prawdy o tym jak jego kuzyn miał na nazwisko, przez dobry moment wpatrywał się w mamę zaskoczony. To papa pozwolił?, spytał jako czterolatek i do teraz ciotka Black lubiła to wspominać przy każdej okazji. Nie przeszkadzało mu to już nigdy później. I chociaż nie potrafił zrozumieć, dlaczego Lupus preferuje spędzanie czasu w ogrodzie niedaleko tarasu, na którym zwykle siadywały ich rodzicielki, zamiast uciekać w stronę linii drzew. Szanował jednak jego decyzje, a przynajmniej na tyle na ile mógł. Dziecięce zapędy były przecież w dużej mierze nie do powstrzymania. Dopiero później mały lord zaczął rozumieć, że jego relacja z kuzynem była wyjątkowa, a wchodząca w to jeszcze polityka umotywowała słuszność wspólnego się wspierania. Przecież do teraz działali w dobrym imieniu szlachty i pragnęli zachowania czystości krwi. Widząc Blacka na spotkaniu Rycerzy Walpurgii, Morgoth dostrzegł pewną zależność, która towarzyszyła tej dwójce od najmłodszych lat - podążali do tego samego innymi drogami. Może jeden bardziej pokrętnymi, drugi miał to od początku, lecz mogli teraz bez przeszkód dzielić się swoimi spostrzeżeniami i czerpać z tego większe korzyści. Kolejny silny sojusznik, zaufany sojusznik w tym mieszanym gronie oznaczał lepsze jutro. Ukrywanie przed nim i Cynericiem istnienia organizacji była niezwykłym utrapieniem, którego teraz mógł się pozbyć i nie martwić milczeniem.
Między nimi istniała jeszcze jedna tajemnica - mianowicie prawdziwego powodu tego spotkanie. Yaxley przemilczał jakąkolwiek wzmiankę na ten temat. Nie tylko ze względu bezpieczeństwa, co było sprawą oczywistą, ale również tego, by nie imputować kuzynowi żadnej reakcji. Ich ostatnie relacje znów nabrały nowego tempa po długich dniach milczenia. Po minie Lupusa dostrzegał pewne zrozumienie, co mogło oznaczać, że jego gospodarz spodziewał się znajomego tematu. Być może kontynuacji urwanego wątku znad pomostu? Jeśli tak, Morgoth musiał go niemiło lub właśnie miło zaskoczyć. Póki co nic nie było mu na ten temat wiadomo, chociaż doskonale wiedział, że jego ojciec miał swoje plany i niczego nie pozostawiał przypadkowi. Yaxley nie zdziwiłby się, gdyby nestor po cichu już prześwietlał każdą z kandydatek, odrzucając niewłaściwe. Nie tylko pod względem pochodzenia, ale również wychowania czy reputacji. Niedługo jednak wszelkie wątpliwości miały pozostać rozwiane - Lupusa o wiele wcześniej niż Morgotha, który miał zgodzić się z każdą decyzją ojca. Taka była jego rola i zamierzał ją odegrać bezbłędnie. Zajął miejsce wskazane mu przez Blacka i przejął szklankę, lecz nie upił nawet łyka. Zamiast tego uważnie śledził spojrzeniem kuzyna, aż ten sam nie spoczął na drugim końcu kanapy. Słysząc jego słowa, Yaxley delikatnie skinął głową w podziękowaniu za pamięć.
- Nie minę się z prawdą, mówiąc, że tak - zaczął, chociaż przez jego twarz przebiegł cień zatroskania, który był wyraźnie zarysowany. Dobry obserwator mógł z łatwością dostrzec ów emocję, dlatego Lupus musiał wyłapać tę zmianę. Spojrzenie Śmierciożercy uciekło na chwilę na stolik, by zawiesić się na nim przez dłuższą chwilę. Na kilka uderzeń serca w gabinecie panowała cisza przerywana jedynie tykaniem starego zegara. - Chociaż niepokoi mnie osłabienie mojej siostry - wytłumaczył cichym głosem i dopiero po tych słowach jakby wyrwał się z zamyślenia i z powrotem wrócił do Lupusa. Nie musiał przed nim udawać. Jego kuzyn nie zasługiwał na maskowanie emocji. - A twoi rodzice? Reszta mojego kuzynostwa ma się dobrze? - spytał, darując sobie wymienianie imion rodzeństwa Black. Każde z nich miało swoje życie, do którego nie zamierzał się wkradać. Nie oznaczało jednak że pozostawał obojętny na ich los.



They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Morgoth Yaxley
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Salon na IV piętrze
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach