Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Amadeus Lestrange

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Amadeus Lestrange
Amadeus Lestrange

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t4420-amadeus-lestrange https://www.morsmordre.net/t4467-immanuel#95389 https://www.morsmordre.net/t4468-zycze-milego-dnia-drodzy-panstwo#95393 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t6968-skrytka-bankowa-nr-1152#183112 https://www.morsmordre.net/t4469-a-lestrange#95395
Zawód : osoba publiczna / filozof
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
There is a thin line between pride and hatred.
OPCM : 5
UROKI : 23
ELIKSIRY : 3
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Amadeus Lestrange Empty
PisanieTemat: Amadeus Lestrange   Amadeus Lestrange I_icon_minitime01.03.17 22:00


Amadeus Lestrange

Data urodzenia: 15 lutego 1924;
Nazwisko matki: Prewett;
Miejsce zamieszkania: Wyspa Wight;
Czystość krwi: szlachetna;
Status majątkowy: bogacz;
Zawód: były ambasador do MKCz w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, obecnie tak zwana osoba publiczna i filozof;
Wzrost: 183;
Waga: 81;
Kolor włosów: czarne;
Kolor oczu: zielone;
Znaki szczególne: z rozpoznawalnymi rysami twarzy i charakterystyczną mimiką, na której bardzo polega; ma stosunkowo żywą gestykulację i kilka charakterystycznych odruchów, na przykład często przeczesuje dłonią włosy albo w zamyśleniu przykłada palec do ust;


Zawsze miałem talent do opowiadania rozwlekłych historii o różnych ludziach i ich życiach – często zdarzało się, że nigdy nie widziałem na oczy osoby, którą opisywałem jak swojego najbliższego przyjaciela, wtrącając zabawne anegdoty i warte uwagi szczegóły. Kiedy jednak przychodzi do przedstawienia mojej własnej przeszłości, czuję się, jak gdybym tracił panowanie nad językiem, twarzą i – co najważniejsze – strumieniem świadomości. Gubię wspomnienia, słowa, talent. Wszystkie trzydzieści dwa lata życia, które powinienem znać lepiej niż ktokolwiek inny, stają się dla mnie tematem trudniejszym od kontrowersyjnego wystąpienia z Konfederacji Czarodziejów i braku sprzeciwu z mojej strony, pomimo że właściwie każdy inny ambasador niczym lew starał się bronić swojego stołka.
Logicznym więc będzie rozpoczęcie od wzmianki o moich rodzicach, ludziach darzonych przeze mnie równie wielką miłością, co i nienawiścią. Kocham ich chyba z najbardziej banalnego powodu, jaki dałoby się wymyślić, mianowicie dlatego, że dali mi życie i tym samym pozwolili doświadczyć niejednego dobrodziejstwa, jakie świat miał dla mnie do zaoferowania. Równie wielkim powodem do radości są nierzadkie tragedie, przez które musiałem przejść i które ukształtowały mnie na człowieka, którym jestem teraz. Doświadczenia nas wzmacniają – i za mnogość tychże jestem moim rodzicom dozgonnie wdzięczny. Nienawidzę ich z kolei za to, że wedle wszystkich znaków na niebie i ziemi pozbawili mnie praw do prawdziwej miłości. Jakby tego było mało, jedynym powodem podobnej klątwy miałoby być zawarcie nie do końca aranżowanego małżeństwa. Smutno mi stwierdzać, że im dalej w przyszłość, tym rzadziej mamy do czynienia z takimi przypadkami, lecz gdy wyobrażam sobie, że każde dziecko z pełnego miłości związku miałoby podzielać moje upośledzenie, wraca mi cząstka optymizmu. Niech nie kocha nikt, kto swoim uczuciem miałby odebrać szczęście własnemu potomstwu!



Spokoju i należnej podniosłości nabrałem z wiekiem, zresztą w dosyć szybkim tempie. Już po szóstych urodzinach bardziej od ganiania za wirującymi na wietrze liśćmi fascynowało mnie wsłuchiwanie się w często rozbrzmiewające w domu dźwięki różnorakich instrumentów, tak ukochanych przez każdego lokatora, a nierzadko również obcowanie z syrenami – choć wielu kwestionowałoby użycie słowa „obcowanie” w sensie, który mam na myśli. Słuchałem ich, święcie przekonany, że nie mają pojęcia o mojej obecności, a z każdej wizyty uchodziłem z życiem tylko i wyłącznie przez krew rodu Lestrange płynącą w moich żyłach i w jakiś niewyjaśniony sposób chroniącą mnie wtedy przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Ostatecznie stało się to tradycją: nierzadko pojawiam się sam na brzegu, medytując w towarzystwie najwierniejszych towarzyszek rodziny. Nie jestem pewien, czy czerpią z tego przyjemność, czy raczej uważają to za kolejne zobowiązanie wobec właścicieli wyspy – spoglądałem na ich twarze tylko przez pierwsze dwa lata. Potem uznałem, że myśli płyną lepiej i swobodniej dopiero wtedy, kiedy odetnie im się któryś ze zmysłów. Tak, ciemność zdecydowanie ułatwia zwiedzanie własnego umysłu.
Oczywiście to nie tak, że ponad wszystko preferowałem towarzystwo stworzeń, z którymi nie byłem w stanie nawet wymienić kilku zdań. Wykształtowałem w sobie zdolność do oczarowywania ludzi swoim całokształtem, zostając domową duszą towarzystwa. Nie było to ani wielkie osiągnięcie, ani wielka trudność – choć nie mam zamiaru jakkolwiek ubliżać rodzinie, należy stawić czoła faktom, nieważne jak bardzo mogłyby być zamglone przez perspektywę czasu. Zresztą, nie wydaje mi się, aby w całej posiadłości znalazł się ktoś, kto narzekałby na małego lorda, który nie zapominał języka w gębie i zapowiadał się na cenny element salonowej dyplomacji. Do pewnego stopnia żałuję, że wtedy nie rozumiałem jeszcze, czym takowa dyplomacja jest. Może nauczyłbym się więcej, zanim nadeszły czasy niezliczonych prób dla całego świata czarodziejskiego. Może byłbym w stanie cokolwiek zmienić na lepsze. A może wręcz przeciwnie?



O Hogwarcie nie mogę powiedzieć nic innego niż to, że był dla mnie wspaniały od początku do końca. Pokochałem zmianę otoczenia i wiążącą się z tym wzrastającą samodzielność, której rodzina skąpiła mi na każdym kroku. Przez pierwsze lata wręcz tryskałem energią, a niemal niekończące się pragnienie zdobywania nowej wiedzy wywoływało wyraźne zadowolenie tak u grona pedagogicznego, jak i uważnie śledzących moje postępy rodziców. Może pozwoliłbym tej radości potrwać dłużej, ale wrodzona potrzeba otaczania się nowymi ludźmi już niemal tradycyjnie brała górę. Wszelkie znajomości zawierałem w tempie ekspresowym, ale wiele z nich równie prędko zrywałem. Segregacja według ewentualnej przydatności miała być zaletą – potem okazało się, że w tak młodym wieku szwankowała gorzej niż mugolskie ustrojstwa i przyniosła mi wiele strat. Dopiero później, kto wie czy nie za późno, nauczyłem się obracać wokół osób o prawdziwym potencjale, a co za tym idzie, umiałem też ów potencjał zauważyć, nawet jeśli dla większości pozostawał głęboko ukryty.
Z tegoż względu nie umykały mi postaci pokroju Toma Riddle’a, wręcz emanujące wyjątkowością. Znajomi powątpiewali w słuszność mojego zainteresowania „byle uczniakiem” z trzech roczników poniżej, ale już wtedy miałem mniej lub bardziej wyrobioną opinię czarodzieja o niecodziennych schematach zachowań. Nigdy nie byłem w stanie zbliżyć się do Riddle’a na tyle, na ile zbliżyli się niektórzy z jego rówieśników. Nie zamieniliśmy wielu słów – właściwie nawet mniej, niż można oczekiwać od tak rozdzielonych środowiskami chłopców – i do dziś nie jestem w stanie stwierdzić, czy żałuję takiego obrotu spraw. Tom był nadzwyczajnym ewenementem, co z biegiem czasu zauważył każdy, prędko zapominając, że to ja jako jeden z pierwszych głosiłem, iż ów chłopak kiedyś zostawi po sobie na świecie niesamowicie wyraźny ślad. Nie wiem tylko, czy byłem odosobniony w przerażeniu, jakie wywoływała we mnie jego osoba. Znów nie jestem pewien doboru słów: równie dobrze mógłbym to nazwać ostrożnym szacunkiem albo po prostu obawą o swój dobrobyt. Tak czy inaczej, żaden wyraz nie zmieni tego, że aura Riddle’a prześladowała mnie przez resztę edukacji. Każdy dzień spędzony w rodzinnej posiadłości czy to na końskim grzbiecie, czy przy fortepianie mijał mi na rozmyślaniach. Zaskakiwało mnie to, jak mało wiem o tym chłopaku i jak bardzo nie potrafię tego ograniczenia zniwelować. W czasie wolnym oddawałem się eksploracji rodzinnej biblioteki, studiując głównie tomy z drzewami genealogicznymi brytyjskiej arystokracji – i choć oczekiwałem czegoś konkretnego, to samo zapamiętywanie personaliów oraz związanych z nimi historii zaczęło mi sprawiać wystarczającą przyjemność, aby zapominać o pierwotnym celu. Rodzicom spodobało się, że tak chętnie chłonę wiedzę przydatną na salonach, przewidując mi świetlaną przyszłość w dyplomacji. Powtarzali to za każdym razem, kiedy odkrywałem nowe zainteresowanie, a ja za każdym razem nadal nie miałem pojęcia, co chcę robić w życiu. Byłem wtedy człowiekiem bez celu i choć wolałbym tego nie przyznawać, chyba podświadomie oczekiwałem, że Tom będzie tym, kto ów cel przede mną odkryje. Zapewne stąd brało się to przerażenie: powody dla zbyt wielkich zmian w życiu zawsze na swój sposób obezwładniały i płoszyły.



W 1939. zapłakałem po raz pierwszy od dawna, odcinając się na krótki czas od wszystkich ludzi. Przeżyłem osobistą żałobę nad głupotą Grindelwalda i banalnością, którą on wraz ze swoimi zwolennikami nazywał „wyższym dobrem”. Nie starczyłoby mi życia, żeby wymienić wszystkie niedociągnięcia, sprzeczności i idiotyzmy zawarte w ich poglądach: mogłem tylko we właściwym momencie wyjść z osamotnienia i uraczyć bliskich własną opinią na ów temat. W rodzinie znalazłem niejednego sprzymierzeńca, ale również niejednego wroga. Konflikty rozwiązywałem w ten sam sposób, w który uważałem, że powinien działać Grindelwald, jeśli zamierzał osiągnąć jakiekolwiek sensowne skutki: dyskutowałem, nawet godzinami, używając własnego sprytu i przebiegłości, aby przeciągać kogo się dało na swoją stronę. Nie byłem szczęśliwy – ojciec, najważniejszy dla mnie w tamtym okresie człowiek, zapierał się, że planuję mu przynieść wstyd przed całym światem czarodziejskim, wygadując podobne bzdury. W pewnym momencie posądzał mnie o sprzyjanie mugolom, ale wycofał się z tego (na moje szczęście) niedługo później. Ku mojej ponownej rozpaczy, rodzina już metaforycznie „szykowała mu miejsce w wieży”. Nasza gałąź od kilku pokoleń zdawała się być wolną od oków szaleństwa, ale najwidoczniej nie dane nam było cieszyć się pełnym dobrobytem. Wtedy też pierwszy raz zacząłem martwić się o swoje własne zdrowie psychiczne.
Wobec braku jakichkolwiek widocznych objawów, zapomniałem o możliwym zagrożeniu stosunkowo szybko i wróciłem do edukacji, angażując się w każdą możliwą dyskusję o obecnej sytuacji. Kwestionowałem podstawy ideowe, pytałem o opinię każdego, kto zdawał się mieć choćby kroplę oleju w głowie i oferowałem rozwiązania alternatywne. W Hogwarcie nikt nie posądzał mnie o sympatię wobec niemagicznych – powszechnie wiadomym było, iż mugole są dla mnie niczym więcej niż szlachetnymi dzikusami, co udowodniłem nieraz. Nie miałem zamiaru nawoływać do ratowania ich za wszelką cenę, ale nie chciałem też zburzenia obecnego porządku rządzącego światem czarodziejów. To prawda, Kodeks Tajności uważałem za irytujący, acz wszelkie siłowe rewolucje napawały mnie obrzydzeniem. „Najpierw trzeba zjednoczyć ludzi, a dopiero potem próbować nimi rządzić” stało się najczęściej kojarzonym ze mną poglądem. Obawiano się, że Grindelwald zechce się mnie wreszcie pozbyć – odpowiadałem, że z ogromną chęcią pomogę mu dopiąć swego, jeśli tylko pozwoli mi na wyczerpującą dyskusję sam na sam. Do takowej nigdy nie doszło.



Wobec ulatniającej się nadziei na zakończenie wojny zanim na dobre się zaczęła, odstąpiłem od pseudoaktywności politycznej i skupiłem się na ukończeniu edukacji. Lekturę podręczników przeplatałem grą na pianinie oraz odświeżaniem pamięci rodowej, z czego to ostatnie lubiłem robić w towarzystwie najbliższego przyjaciela. Nie ręczę, że podzielał moją pasję wobec tego tematu, ale z pewnością cenił sobie te momenty spokoju i izolacji, czym ostatecznie stały się nasze wspólne schadzki.
Wyszedłem z Hogwartu z łatką arystokraty idealnego, choć czasami niewygodnego. Ponadprzeciętne wyniki, zachwycające obycie i przyciągający charakter sprawiały, że przepowiadano mi rychłe przejście w stan żonaty. Niestety, pierwszy Sabat nie przyniósł oczekiwanego efektu. Gdzie się nie przemieściłem, z kim się nie przywitałem, zawsze czułem nieprzyjemne odosobnienie i doświadczałem udawanej grzeczności. Tłumaczyłem to sobie niestabilnością świata czarodziejów, ale w głębi serca domyślałem się, że to przez nadmierną aktywność i zbyt wyróżniające się poglądy. Przeklinałem sam siebie, przestraszony nie na żarty o dobre imię rodziny. Potrzebowałem działać – i to szybko.
Jeszcze zanim ukończyłem szkołę, dość skrupulatnie opracowałem plan „upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu”: zdecydowałem się na karierę dyplomatyczną. Po pierwsze, prędzej czy później i tak musiałem zająć się w życiu czymś konkretnym, niepolegającym na swobodnym studiowaniu genealogii i beztroskim szlifowaniu umiejętności „salonowych”. Po drugie, zamierzałem uspokoić zszargane nerwy ojca, będące w coraz słabszym stanie. Wymyślane na porządku dziennym zagrożenia nie dawały mu nawet chwili na odsapnięcie – miałem więc nadzieję, że wieść o synu podążającym ścieżką zaplanowaną przez rodzicieli sprawi mu ulgę. Nigdy nie dowiedziałem się, jak zareagował na moje podjęcie stażu w Ministerstwie. Wiadomość została prześcignięta przez śmierć.
Cały czas uważam, że bogacenie się kosztem odejścia członka rodziny to jedna z najsmutniejszych tradycji, jaką wytworzyła nasza cywilizacja. Nie biorę pod uwagę patologicznych rodów, gdzie dziedziczących wręcz świerzbi, aby przyspieszyć śmierć danego krewnego, ale w normalnych warunkach nie da się nawet unieść kącika ust w zadowoleniu z takiego awansu społecznego. Pamiętam doskonale, że tego dnia nie czułem nic poza wszechogarniającym smutkiem. Matka płakała wręcz bez przerwy. Starałem się uspokajać ją jak tylko mogłem – przez niemal cały pogrzeb była we mnie wtulona, a wyraźnie słyszalne zawodzenia syren wywoływały u niej kolejne salwy lamentu. Tego dnia moja nienawiść spoczywała tylko na dwóch grupach: po pierwsze na syrenach, z powodu już opisanego, po drugie na pannach z dobrych domów, ustawionych w schludnym szeregu, wzdychających za każdym razem, gdy okazywałem matce uczucie i należną opiekę, mających nadzieję, że kiedyś to któraś z nich będzie mogła chełpić się wyłącznością na moje czułości. Dobijało mnie to, że żadna nie okazywała prawdziwego współczucia. Przybyły na miejsce tylko po to, żeby się pokazać.
Zwrócić na siebie uwagę.



Żałoba trwała trochę krócej niż potrzebowałem. Wojna zdawała się zbliżać do końca, ja skrupulatnie szkoliłem się na ambasadora, wkładając całą możliwą energię w staż – rzecz jasna, dostanie się tam nie było trudne, bo przecież łatki wyniesione ze szkoły, w połączeniu ze znaczącym nazwiskiem otwierały niejedne drzwi. Nie interesowałem się Hogwartem na tyle, na ile powinienem, toteż chociażby sprawa z Komnatą Tajemnic prawie umknęła mojej uwadze. Gdy cokolwiek zostawało mi o niej wspomniane, musiałem w bardzo ostrożny sposób uciekać od tematu. Wstydziłem się tak rażącej niewiedzy o przełomowym momencie w historii, ale gdy nie miałem wyjścia, pomagałem sobie argumentem żałobnym. Niewiele miałem wtedy sił na przejmowanie się światem, kiedy musiałem uczcić pamięć ojca i dotrzymać obietnicy złożonej samemu sobie.
Społeczność wysoko urodzona wysnuła wobec mnie inne plany. Kolejne zaproszenie na Sabat stanowiło wymuszenie powrotu do czynności społecznych – tym razem treść listu była jeszcze mniej uprzejma niż wcześniej. W każdych innych okolicznościach z wielkim upodobaniem brylowałbym w towarzystwie, czarując wszystkich i każdego z osobna, a jednak wtedy, z umysłem przepełnionym podręcznikową wiedzą o historiach międzynarodowych stosunków czarodziejskich, czułem się wręcz niepełnosprawny. Ciężar wiązanych ze mną oczekiwań przytłaczał – byłem w stanie wyobrazić sobie całe przebiegi plotkarskich dyskusji, jakie miały mieć miejsce na samym spotkaniu. Wejście młodego lorda Lestrange, niemal siłą wyrwanego z żałoby, wręcz musiało zainteresować parę osób. Wszyscy ciekawili się, czy młodzieńcza pasja polityczna zdążyła opuścić moją głowę. Reprezentowałem wtedy całą rodzinę, a ów Sabat stanowił ostatnią szansę na uniknięcie hańby. Nie zamierzałem nikogo zawieść i chyba mogę nieskromnie stwierdzić, że udało mi się spełnić wszystkie oczekiwania. Początkowe trudności stopniowo zanikały, a ja wreszcie poczułem się jak ryba w wodzie. Zasmucało mnie tylko to, że ojciec nie mógł mnie wtedy zobaczyć.
Na tym samym Sabacie poznałem jedyną jak na razie dziewczynę, która bez żadnego wysiłku zagarnęła dla siebie całą moją uwagę i trzymała ją w żelaznym uścisku tak długo, jak dyktowały jej zachcianki. Była arystokratką jak my wszyscy, a jednak stanowiła coś niesamowicie wyjątkowego pomiędzy całą resztą obecnego tam wtedy towarzystwa. Nie wiem, dlaczego nie znałem jej z Hogwartu, biorąc pod uwagę to, że dzielił nas góra rok różnicy, ale ona kojarzyła mnie doskonale. Wspomniała o mojej wzmożonej aktywności z ’39-ego, obracając to w żart. Przyjąłem to z uśmiechem, choć wewnątrz drżałem z przerażenia – nie chciałem, aby całemu towarzystwu przypomniała, dlaczego zaproszenia na Sabaty przez parę poprzednich lat przychodziły do mnie znacznie rzadziej, niż do kogokolwiek innego. Ona doskonale o tym wiedziała i gdy tylko zorientowałem się, że to był jej sposób na zweryfikowanie legendy Amadeusa Lestrange, momentalnie uznałem ją za kogoś, kogo w swoim życiu muszę zatrzymać za wszelką cenę. Po raz pierwszy miałem całkowitą pewność, że nie jestem do pewnego stopnia osamotniony. Podobno doskonale się uzupełnialiśmy. Choć nasze wspólne zainteresowania wynikały głównie z pochodzenia, potrafiliśmy z każdego z nich wyciągnąć coś nowego. Niektóre tematy miałem już przewałkowane od góry do dołu, z prawa na lewo – ona nawet w nich ciągle czymś mnie zaskakiwała. Desperacko poszukiwałem logicznego wyjaśnienia: nie znalazłem żadnego. Nie mogłem tego dziwacznego stanu usprawiedliwić nawet genami wili. Żaden szczegół jej aparycji ani żaden zapisek w obszernych tomach opisujących jej rodowód nie zdradzał pokrewieństwa z tymi stworzeniami. A mimo to zakochałem się od pierwszych kilku zdań.
Ta relacja pozostaje w kontaktach ze mną tematem tabu. Jedyne, co uważam za należne wszelkim słuchaczom lub czytelnikom, to wyjaśnienie, że nie było ani zaręczyn, ani burzliwego rozstania. Zerwanie relacji nastąpiło za obustronną zgodą, przynajmniej oficjalnie. Gdy nestor mojej rodziny dowiedział się o całym zdarzeniu, zaprosił mnie do siebie i skrzyczał osobiście.



Gdy Gellert Grindelwald odebrał życie Albusowi Dumbledore’owi, a Wojna Czarodziejów naprawdę ogarnęła Wyspy Brytyjskie, przeszedłem na jeden z poważniejszych etapów stażu. Mimo to, w oczach pełnoprawnych pracowników znaczyłem niemal tyle co nic – nie przejmowałem się tym tylko dlatego, że uznałem całą sytuację za okazję do wykazania się przed przełożonymi. Wylądowałem wtedy w prawdziwym piekle, bo w to właśnie przekształciło się Ministerstwo Magii, zwłaszcza Departament Współpracy. Z jednej strony cieszyłem się, że na moim jeszcze nieważnym stanowisku nie posiadałem wielkiej odpowiedzialności, zaś z drugiej tchórzyłem i chciałem uciekać z powrotem do domowego zacisza, gdzie jedyna dyplomacja ograniczała się do ludzi, których znałem całe życie. Nigdy nie spodziewałem się, że w czołowej magicznej instytucji może zapanować chaos na taką skalę. Gdy już względnie opanowałem napady tchórzostwa, z całych sił starałem się sprostać oczekiwaniom zwierzchników. Przez ostatnie lata wojny pracowałem ciężko i sumiennie, wykorzystując wszystkie nabyte wcześniej doświadczenia. Nikt o zdrowych zmysłach nie pomyślałby o powierzaniu stażyście osobistych negocjacji z Grindelwaldem (z czego niebywale się cieszę, biorąc pod uwagę rok ’39.), ale od czasu do czasu miałem pewien miniaturowy wkład w kształtowanie ofert – tu i ówdzie szepnięta niby obojętna porada, czasem możliwie najmniej ryzykowne zwrócenie na coś uwagi – i szczerze sądzę, że pomogłem zaprowadzić pokój. Słuszność tego stwierdzenia niech ocenią sami zainteresowani.
Z końcem wojny nie życzyłem sobie niczego poza uspokojeniem trybu życia. Przekazane mi tony papierów, wymagające po wojnie bliskiej uwagi, w pewnym sensie spełniały to marzenie, ale gdyby nie znajomości salonowe i wyraźna zdolność do pertraktowania z każdym napotkanym człowiekiem, pewnie musiałbym w nich pływać przez kolejne dwadzieścia lat. Awans na pełnoprawnego ambasadora okazał się niemal idealnym prezentem na dwudzieste siódme urodziny – zapewnił mi szacunek i dał znakomity powód do świętowania. Powróciłem na angielskie salony, aby ostatecznie wykształtować swoją reputację przed rozpoczęciem właściwej pracy w Konfederacji Czarodziejów. Choć starałem się wykreować na wpływowego człowieka, którego warto znać, zdaje mi się, że tytuł najlepszego swata na Wyspach przylgnął do mnie mocniej. Znajomość rodowodów niemal na wylot, połączona z należną dyplomatom wszędobylskością, okazała się cenioną wiedzą – choć żaden nestor nigdy osobiście tego nie przyznał, myślę, że moja opinia przypieczętowała niejedne zaślubiny.
Niestety, przez to doskonałe rozeznanie w rodowodach i pewnego rodzaju instynkt pozwalający na tworzenie doskonałych par, zaczęły się rodzić pytania o moją własną małżonkę, a zanim ktokolwiek mógłby uzyskać odpowiedź, powstawały również plotki. Są wersje, które przypisują mi homoseksualizm – te staram się tępić najmocniej jak potrafię, bo nie pozwolę tak oczerniać ani mojej osoby, ani mojej rodziny – a są też takie, które sugerują impotencję, choć te charakteryzują się nadzwyczajną ostrożnością, bowiem nie warto ryzykować własnej reputacji tylko po to, aby przedyskutować czyjąś zdolność do zbliżeń intymnych. Osobiście abstrahuję od wyjaśniania komukolwiek powodu, dla którego nadal pozostaję kawalerem i staram się rzeczywiście odnaleźć pannę wartą mojej osoby. Nie jestem jednak w stanie nic poradzić na to, że pierwsza prawdziwa miłość wyhodowała w mojej głowie nadzwyczaj wygórowane wymagania.
W tym momencie znów należy napomknąć o nestorze rodziny Lestrange – od jakiegoś czasu dostaję od niego regularne listy, czasami nawet zaproszenia do osobistej rozmowy. Pozostanie kawalerem na zawsze nie ujdzie mi na sucho, na pewno nie wtedy, kiedy losy mojej linii zależą od tego, ilu dzieci zdołam się dorobić. Każde spotkanie kończy się taką samą pół-obietnicą, ale im dalej w las, tym bardziej zaczynam się martwić. W tej kwestii potrzebuję odzyskać panowanie nad sercem i rozumem. Podobno istnieją ludzie, którym do uratowania rodu wystarczy żona z pięknym ciałem – zapewne będę w końcu potrzebował nauczyć się od nich takiego stylu życia.



Podejmując pracę ambasadora, spodziewałem się mieć mniej czasu do przeznaczenia na zajęcia niezwiązane z reprezentowaniem kraju na arenie międzynarodowej. Doskonale się składało – stara aktywność polityczna zamierzała powrócić, a ja poczułem wewnętrzny obowiązek spisania swoich powojennych przemyśleń dla szerszej publiki. Opublikowałem kilka tekstów, ale próżno w nich było szukać dawnego zdecydowania i konkretów. Wiedziałem, że z Grindelwaldem na czele Hogwartu nie na rękę byłoby mi go krytykować, zwłaszcza w takich dziełach – późniejsza noworoczna masakra tym bardziej dała mi do zrozumienia, że sytuacja była o wiele delikatniejsza, niż mogłem początkowo zakładać.
Wystąpienie z MKCz było dla mnie ciosem i zburzyło jakiekolwiek przekonanie o tym, że cokolwiek w nadchodzącej przyszłości mogłoby być pewne. Podczas gdy moi koledzy po fachu podnosili oburzone głosy, ja posłusznie odstąpiłem od stanowiska i nie skorzystałem z oferowanego przeniesienia. Wtedy byłem już nawet w stanie uwierzyć w domniemane szaleństwo Minister Tuft, a frustracja przesłoniła trzeźwą ocenę sytuacji. Rozgoryczony, powróciłem na rodzinną wyspę i stamtąd starałem się obserwować zachodzące zdarzenia. Magiczne gazety raczyły mnie moją własną bronią – zlepkami nic nieznaczących frazesów, mających uspokajać publikę i trzymać wszystkich z dala od prawdziwych informacji. Zacząłem więc na nowo pojawiać się na salonach, uruchomiłem stare znajomości i starałem się trzymać rękę na pulsie.
Przeraża mnie to, że po raz kolejny chcąc wiedzieć wszystko, wiem tyle co nic.




Patronus: Mój patronus przyjmuje formę orła, choć nie sądzę, że wynika to z mojej odwagi. W niektórych kulturach orły były uważane za świętych posłańców noszących wiadomości do bóstw – swego rodzaju dyplomatów – więc pasowałoby to do mojej dyplomatycznej roli w Ministerstwie. Aby zaklęcie się udało, potrzebuję wspomnień związanych z domem rodzinnym, ewentualnie tych z rozmów z jedyną dziewczyną, która była w stanie skraść moje serce. Bezpieczniej posługiwać się pierwszymi, ale drugie dają lepszy efekt – pod warunkiem, że dobrze zapanuję nad emocjami.




Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 50
Zaklęcia i uroki:23+5 (różdżka)
Czarna magia:00
Magia lecznicza:00
Transmutacja:40
Eliksiry:30
Sprawność:50
Zwinność:50
JęzykWartośćWydane punkty
angielskiII0
francuskiII2
niemieckiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiIII25
KłamstwoI2
RetorykaIII25
Starożytne RunyI2
SpostrzegawczośćI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
SzczęścieI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
NeutralnyNeutralny
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie prozy)I0.5
Literatura (wiedza)I0,5
Muzyka (fortepian)I0,5
Muzyka (wiedza)I0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0,5
Taniec balowyI0,5
JeździectwoI0,5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 2


Wyposażenie

Różdżka, miotła przeciętnej jakości, sowa (+teleportacja pojedyncza i 11 punktów statystyk)



[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Amadeus Lestrange dnia 07.03.17 10:13, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Amadeus Lestrange Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Amadeus Lestrange Empty
PisanieTemat: Re: Amadeus Lestrange   Amadeus Lestrange I_icon_minitime27.12.18 7:25

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

W żyłach Amadeusa płynie błękitna krew wielkich ludzi naznaczonych piętnem szaleństwa - i być może to właśnie ta dziedziczona nieprzewidywalność czyni z niego wartościowego człowieka. Młody lord za czasów młodości aż zanadto fascynował się politycznymi zawirowaniami; tak widoczne zaangażowanie w niejednoznaczną poglądowo działalność sprawiło, że przez długie miesiące szlacheckie salony spoglądały na niego z reprymendą szpecącą szeroko rozwarte oczy. Swoim urokiem osobistym, inteligencją i zdolnościami krasomówczymi zdołał wkupić się w łaski arystokracji, ale zawsze było z nim coś nie tak - zupełnie jak teraz, gdy lata mijają, a Amadeusa wciąż znamionuje kawalerski stan. Czy ulegnie to wkrótce zmianie, a wyzbyta małżeńskich przyrzeczeń wolność odejdzie w zapomnienie?

 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Garrett Weasley


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Amadeus Lestrange Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Amadeus Lestrange Empty
PisanieTemat: Re: Amadeus Lestrange   Amadeus Lestrange I_icon_minitime27.12.18 7:33

WYPOSAŻENIE
wyposażenie

ELIKSIRY-

INGREDIENCJEposiadane:

historia ingrediencji

BIEGŁOŚCI[17.03.19] Zakup biegłości: +2 PB do reszty
[17.03.19] Rozwój biegłości: kłamstwo (z 0 do I), -2 PB (w reszcie zostało 0,5)

HISTORIA ROZWOJU
[10.03.17] Karta postaci: -855 PD
[25.12.18] Przywrócenie koloru
[17.03.19] Wsiąkiewka wrześniopaździernik +30 PD, +0,5 PB
[17.03.19] Zakup biegłości: +2 PB, -100 PD
[20.03.19] Wykonywanie zawodu (wrzesień/październik): +50 PD


Powrót do góry Go down
 

Amadeus Lestrange

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty nieaktywnych-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19