Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Ruiny Stonehenge
AutorWiadomość
Ruiny Stonehenge [odnośnik]22.04.15 0:36
First topic message reminder :

Ruiny Stonehenge

Na terenach Wiltshire, w pobliżu miasta Salisbury znajduje się, pochodzący z epoki neolitu albo brązu, krąg Stonehege, który od wieków skupia naukową społeczność czarodziejów. Przy kamiennych głazach odbywa się większość istotnych dla niemugolskiego świata konferencji, których głównymi gośćmi są przede wszystkim głowy czystokrwistych rodów i najznakomitsi czarodzieje swojej epoki zasłużeni pozycją jak i dokonaniami. Stonehege ma także wielkie znaczenie dla wszystkich astronomów - dzięki niemu można odczytać więcej z gwiazd niż byłoby to możliwe przy wykorzystaniu tradycyjnych narzędzi. Jednak nie jest to zadanie łatwe, tylko kilku znawców nieba na świecie wie, jak posługiwać się siłami zaklętymi w kamieniach.

16 września Stonehenge zmieniło się w stertę gruzów pozbawionych ładu, za sprawką potężnego trzęsienia ziemi, wywołanego podczas obrad arystokracji.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ruiny Stonehenge - Page 10 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 11:41
Zacisnąłem usta, kiedy Malfoy lakonicznie mi odpowiedział.
- Jesteśmy. Tylko nie ma w was dość odwagi i zgody, by to uczynić. A może po prostu dlatego, że jego działania są wam na rękę? - zadałem pytanie, dla mnie oczywistą była odpowiedź na nie. Jasna była też odpowiedź na to, co stało się po moim oskarżeniu. Ręce miałem lodowato zimne z nerwów, jednak nie opuszczałem maski - byłem zdecydowany w tym, co mówię. Mówiłem prawdę.
- Moje oskarżenia nie są bezpodstawne. Posiadam przy sobie wspomnienie zawierające to zdarzenie, które jestem skłonny w każdej chwili pokazać zainteresowanym - oznajmiłem, wzrok kładąc na Ministrze Magii. Czekałem na jego ruch, na razie jedynie zostawiał mnie na łasce i niełasce wszystkich nieprzychylnie patrzących na mnie lordów i lady. Najbardziej zaszokowały jednak słowa mojej ciotki. Niby podświadomie spodziewałem się tego, że nie poprze ministra, jednak jej oświadczenie przekroczyło moje wszelkie oczekiwania. Dlatego nie zareagowałem od razu.
- Nie zgadzam się z tym stanowiskiem. Zarówno ja, jak i Lucinda, wyrażamy zdecydowane poparcie dla rządów obecnego ministra magii oraz pozostajemy w pozytywnym stosunku do mugoli - powiedziałem zaraz po ciotce, wbijając w nią harde, zdecydowane spojrzenie. Miałem do niej zdecydowanie mniej szacunku niż powinienem, wiedziałem o tym. I byłem gotów ponieść tego konsekwencje - zwłaszcza, że żywiłem cieplejsze uczucia do większej liczby nieszlachetnie urodzonych niż tych, z którymi dzieliłem nazwisko. Zanim jednak powiedziałem cokolwiek więcej, głos zabrał Percival Nott. Przeniosłem na niego wzrok - zaskoczony, że tak publicznie poparł sprawę, od której odcinała się jego rodzina. Skłoniłem mu głowę z szacunkiem: widząc taki zwrot akcji wiedziałem, że nie mogę się wycofać. Po raz kolejny jednak ktoś przerwał tok moich myśli.
- Lordzie Rosier, winszuję - zaklaskałem szyderczo trzy razy w dłonie. - Piękne zastosowanie retoryki. Podważanie cudzego autorytetu w celu wymuszenia na nim działania zgodnego z własnymi interesami jest zwykle niezwykle skuteczne, jednakże tylko na osobach mało rozeznanych w dyplomacji tudzież słabych. A chociaż z lady Morganą się nie zgadzam w kwestiach politycznych to skłamałbym mówiąc, że można jej przypisać którąkolwiek z tych cech - powiedziałem. - I tak właśnie ci ludzie działają. Manipulują i uciszają tych, którzy są im niewygodni. Nie uchylam moich oskarżeń - powiedziałem twardo. Nawet jeżeli miał pomknąć za to w moją stronę zielony promień Avady - umarłbym wierny swoim przekonaniom.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Ruiny Stonehenge - Page 10 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 11:53
Lord Prewett znów zabrał głos, odpowiadając głowom wielu szlachetnych rodzin na zarzuty. Miał poparcie Greengrassów, Abbottów, Longbottomów, Macmillanów, którzy uciszali szepty i ciche narzekania członków innych rodzin, czarodziejów, którzy z niedowierzaniem patrzyli w jego kierunku. Lord Avery skomentował jego słowa kręceniem głową, a „toż to bzdury” wydarło się z jego ust jeszcze w trakcie jego wypowiedzi.
Lady Morgana spojrzała na Tristana ze spokojem. Choć jedno z jej oczu drgnęło, nie obdarzyła go niczym poza uważnym wzrokiem.
— Przykro mi to słyszeć— przyznała, lecz jej głos przeczył słowom. Brzmiał tak, jakby się tym zupełnie nie przejęła, cień uśmiechu zatańczył na jej ustach. Skierowała swój wzrok na zwracających się do niej lordów kolejno, gdy się wypowiadali: Crouch, Black, Burke, Yaxley, Rowle, Lestrange, Parkinson, Fawley, Domagali się jej rekacji. Nie wydawała się zaskoczona, ani zdesperowana, ani przygnieciona ciężarem wygłoszonych żądań względem jej osoby. Wręcz przeciwnie. Cień uśmiechu od czasu do czasu przemykał po jej twarzy, jakby tylko na to czekała. — I ze smutkiem stwierdzam, że spodziewałam się tego. Przykro mi, lordzie Rosier, że czujesz się urażony bezmyślnymi słowami ledwie dziecka otępionego publiką. Krewkiego młodzieńca, którego doświadczeniem, wiedzą, bystrością przewyższasz znacząco. — Tymi słowami zakończyła bezpośredni zwrot do Tristana i spojrzała na Prewetta.— Rządy ministra naruszają naszą autonomię, Archibaldzie — zwracała się do siostrzeńca surowo, po imieniu, choć jego rola na tym spotkaniu była już całkiem inna. — Lordzie nestorze, nasze rodziny były sobie bliskie przez wiele lat. Oprzytomniej, nim będzie zbyt późno. Dziś to, co nazywamy prawem i sprawiedliwością jutro każe nam działać pod swoim komandem. Jeśli dziś pozwolę na to, by atakowano inne rody, przyzwolę, by w końcu zaatakowano i mój. A nie godzę się na to, by choćby Minister Magii w własnej osobie przekroczył progi mej rezydencji.— Odwróciła głowę od Archibalda i spojrzała na pozostałych, by zatrzymać się na uzdrowicielu:— Reprezentuję mój ród, a moja rodzina jest ze mną. Alexandrze, nazwijmy rzeczy po imieniu i skończmy tę farsę. Wolą zgromadzonych, jest odebrać ci głos. Jest to wolą ukryta pod zarzutami mojej naturalnej kobiecej słabości i braku posłuchu wśród krewnych. — Zerknęła na tych, którzy domagali się jej reakcji. — Wystarczyło poprosić, uczyniłabym to z przyjemnością, znam swoją powinność i rolę. — Znów skierowała słowa do uzdrowiciela: — Twoje poparcie dla ministra i nieobecnej tu Lucindy nie mają żadnego znaczenia, stanowisko rodu jest odmienne. Chciałam okazać ci łaskę, ale ty nie skorzystałeś z otrzymanego przeze mnie prawa, co przez wzgląd na dobre imię twego ojca smuci mnie jeszcze bardziej. Przynosisz mu hańbę, zawstydzasz swoich bliskich. I mnie. Nie jesteś z nami, występujesz przeciwko nam, godząc w nasze interesy. Ale ognia nie gasi się ogniem. Nie jesteś godzien noszenia naszego nazwiska, dlatego ja, Morgana Selwyn, następczyni nestora Fenwicka Selwyna, jako głowa tego rodu wydziedziczam cię, pozbawiając prawa do posługiwania się nazwiskiem, do zachowania przywilejów, korzystania z majątku, praw i dobrodziejstw rodu Selwyn. A przez wzgląd na twoją impertynencję i brak wychowania, niegodzien arystokraty znającego zasady szlacheckiej etykiety odbieram ci prawo głosu. — Uniosła różdżkę i skierowała ją w Alexandra, wypowiadając przy tym inkantację Silencio. — A przez wzgląd na to, że twój widok przyprawia mnie o mdłości i przypomina o zmarłym dzisiaj przyjacielu, usuwam cię z tego zgromadzenia. Wyprowadzić go. Moim życzeniem jest, aby nieuprawniony osobnik został wykluczony z dalszych obrad. — Zwróciła się w stronę Malfoya, a ten, skinął głową bez wahania i ruchem dłoni przywołał dwóch członków strzegącego wszystkich patrolu egzekucyjnego. Czarodzieje ruszyli się ze swych stanowisk i podążyli w jego stronę, by go pochwycić i wyprowadzić, zgodnie z wolą przewodniczącego. Członkowie rodu Selwyn, którzy zasiadali tuż za Morganą, spoglądali na Alexandra w milczeniu, nikt nie stanął w jego obronie i nikt nie zaprotestował. Dwaj synowie czarownicy zasiadającej na kamieniu sięgnęli po różdżki, gotowi pomóc patrolowi, gdyby stawiał opory. — Dziękuję lordzie Travers— spojrzała w kierunku Salazara, lecz krótko. Swój wzrok skupiła na Rosierze, Burku, Yaxleyu, a potem Macmillanie i Prewettcie.—Zależy mi na dobru mojej rodziny, pragnę mym krewnym i bliskim zapewnić przyszłość, na jaką Selwynowie zasługują, a nie na jaką skazał ich mój poprzednik, którego umysł był przyćmiony. Nie dziwi mnie brak zaufania i wiary, nie dziwi mnie wasza niechęć, wszak przyszło wam rozmawiać z kobietą, ale nie ugnę się przed surowymi, pełnymi krytyki spojrzeniami. Czy tego chcecie czy nie, szanowni nestorzy, mam nadzieję również i przyjaciele, zasiadam tu, zgodnie z wolą krewnych, na ich czele. A wy możecie okazać mi szacunek proponując naszym rodzinom zgodę, lub jego brak, wypowiadając jej wojnę, lecz nie zmienicie decyzji losu. Jesteśmy silni. Silniejsi niż kiedykolwiek,  grzejemy się w ogniu. Nie zgaszą go konwenanse. Lord Voldemort udowodnił, że jesteś słaby, Haroldzie. — Zwróciła się do ministra, zasiadającego przy Longbottomach. — A ludzie słabi nie mogą stać na czele naszej władzy. Posiłkowanie się decyzjami i atakami na szlachetne rody dowodzi, że miotasz się, próbując stworzyć w nich cel, z którego uczynisz winnych tego, czemu nie mogłeś zapobiec. Jesteśmy arystokratami. Staję dziś przeciw rodom: Abbott, Greengrass, Longbottom, Weasley i Prewett, jeśli nie postąpią słusznie. Chciałabym zachować dobre stosunki z rodem Fawley – spojrzała w kierunku Juliusa Fawleya. — Travers oraz Burke. Lordzie nestorze, nie śmiej wątpić w mą rolę i siłę. Składam ci propozycję połączenia naszych rodów węzłem małżeństwa twojego krewnego Craiga Burke z moją krewniaczką, Lucindą Selwyn.
Słowa Lucana Abbotta sprowokowały czarownicę. Spojrzała w jego kierunku, spojrzenie było twarde i nieustępliwe, a zabarwione ciemną pomadą usta spięły się.
— Nie chciał lord tego robić, ale wytrącone inne argumenty z dłoni zmusiły cię, by atakować jedyną dopuszczoną do głosu kobietę. Szlachetnie. Cóż mi insynuujesz? Powiedz wprost, miast owijać w bawełnę i kluczyć wokół przypuszczeń i domysłów, które na celu mają odciągnąć zgromadzone tu głowy rodzin od istoty problemu? Lord Fenwick był mi przyjacielem, nie jestem w stanie zliczyć wylanych po jego śmierci łez, lecz wątpię, aby rozgrzebana jak padlina przez wrony żałoba po wielkim czarodzieju była przedmiotem tego spotkania. Ale jeśli uważacie inaczej, lordowie, moi synowie opowiedzą o wszystkim, co zaszło. — Morgana spojrzała na Lucana pobłażliwie. — Masz względem mnie szczególne plany, lordzie Abbott, że interesuje cię z kim mam bliskie relacje i z jakich powodów się biorą? Jeśli przemawia przez ciebie zazdrość, równie śmiało i przy świadkach przypomnę ci, że wciąż noszę żałobę po swoim mężu, a ty, choć przystojny, jesteś dla mnie stanowczo zbyt młody. Ród Travers obrał drogę po rodzie Fawley. Salamandra postanowiła pójść ich śladem. Zaprzestań więc prywatnych ataków na mnie, Lucanie.  Naiwnie mylisz młodzieńczą narowistość Alexandra z prawdziwym ogniem Selwynów. Na twoim miejscu nie chciałabym się przekonać o tym, jak dotkliwie potrafi sparzyć.  — Na tym zakończyła swoją wypowiedź.
Poparcie Prewetta dla Percivala wywołało w Septimusie dreszcze. Patrzył na niego z rosnącym niepokojem, w ciszy, pomimo słów Lysandra, który odzyskał rezon, po podobnym ukłuciu zaskoczenia. Ale pośród szeptów zaskoczenia w całkowitej ciszy siedzieli Carrowowie, którzy powiązani z Nottami ściśle również nie dowierzali temu, co właśnie miało miejsce. Sir Aaron James Carrow wstał powoli. Patrzył na Percivala nienawistnie. — Na Merlina, ciągniesz ją ze sobą na dno, głupcze — podjął głośno, ostrzegawczo, przenosząc spojrzenie z Percivala na Septimusa, który wciąż milczał. Wysłuchał jego wyjaśnienia, nie kryjąc rozczarowania. Szepty kuzynki Elise na niewiele się zdały. Septimus Nott nie mógł zignorować słów kierowanych do niego przez inych członków szanownych rodów. Nie patrząc na Amadeusa Croucha i Salazara Traversa, postanowił odnieść się do ich słów:
— Nottowie uczynią to, co uczynić muszą. Tak, jak rzekli moi krewni, moja rodzina popiera wotum nieufności względem Ministra Magii, Harolda Longbottoma. Słowa wypowiedziane przez Percivala nie świadczą o stanowisku rodu, przeciw któremu wystąpił samodzielnie, na waszych oczach. Dobrowolnie odrzucając hołdowane przez nas wartości, zasady, idee, zwrócił się przeciw nam, tym samym stając się naszym wrogiem. Odejdź, Percivalu. Nie waż się więcej brukać naszego nazwiska— odpowiedział mu krótko, nie podejmując podobnych do lady Selwyn osądów. Ciszej, przez zęby dodał, nie patrząc już na niego:— Gdy powrócę do Nottinghamshire, ma cię już tam nie być. — Odwrócił się od niego, patrząc w kierunku Malfoya, z którym skrzyżował spojrzenie. I nie powiedział nic więcej, wszyscy wiedzieli jednak, że wybór, którego dokonał Percival miał mieć swoje konsekwencje - odebranie nazwiska, przywilejów, środków do życia i domu. Jemu i jego małżonce, a także ich nienarodzonemu dziecku. Dziecku, które nigdy nie ujrzy bogactw Nottingham.
Roztrzęsiony lord Perseus Nott wygłosił swe zdanie, podobnie jak, lord Ollivander, przemawiający za zgodą swojego nestora i całej rodziny podjął próbę obrony stanowiska, za którym optowali jego sojusznicy. Minister Magii, który cały czas siedział z należytą powagą, milczący i pewny siebie  spojrzał na niego i również skinął mu głową, kiedy został poproszony o udzielenie odpowiedzi.
— Aurorom nadano prawo użycia zaklęcia Avada Kedavra ponieważ na to, z czym przyjdzie im walczyć nie wystarczą zaklęcia, którymi dysponowali do tej pory. Kiedy walczyliśmy z siłą Grindelwalda, w tajemnicy i ciemności zrodziły się siły, których nie będziemy w stanie powstrzymać, jeśli nie podejmiemy w tym celu drastycznych środków. Nie oznacza to, że chcemy, by nasi aurorzy parali się czarną magią i nie oznacza to, że będą upodabniać się do tych, których winni ścigać. Między wami, drodzy lordowie, bracia, przyjaciele, a Rycerzami Walpurgii i Lordem Voldemortem stoją aurorzy. Są murem, który strzeże nas przed terrorem i chaosem, rodzącym się w takich miejscach jak Nokturn. Jeśli nie damy im odpowiednich narzędzi, nie zrobimy wszystkiego, by umożliwić im działanie, ostatnia bariera, która chroni nas przed nimi padnie. A wtedy wy wszyscy będziecie musieli oddać to, co macie w posiadaniu, poprzysiąc mu wierność, pozwolić na to, by sterował wami jak marionetkami w swoim teatrzyku. Odbierze wam ziemie, odbierze rodziny, wolność, życie. Nie powstrzymaliśmy Grindelwalda. Powstrzymajmy Voldemorta teraz, kiedy jest ku temu okazja. A jeśli jedyną szansą na to będzie nadanie aurorom praw, z którymi się nie zgadzacie, w ślad za Avadą pójdą kolejne. Dziś tego nie rozumiecie, ale za jakiś czas podziękujecie im za to, że własną piersią osłaniali wasze odziane w aksamity plecy. Tak, lordzie Ollivander, odpowiadając w końcu na twe pytanie, każdy przypadek będzie sprawdzony i udokumentowany. Nie znam bardziej odważnych i prawych ludzi niż oni, więc moim skromnym zdaniem, będzie to jedynie formalność.
Podczas swojej wypowiedzi patrzył na wszystkich po kolei, ale to na Ollivanderze zatrzymał wzrok na dłużej i kiedy skończył, usiadł na swoim miejscu i pozwolił mu kontynuować.
Ulysses zwrócił się do Louvela, podważając jego słowa. Słowa Salazara Traversa wprawiły zgromadzonych czarodziejów w niepewny nastrój. Część ucichła, część zaczęła szeptać między sobą, a wszystkie oczy zwrócone były ku niemu. Lord Alfred Malfoy uśmiechnął się dumnie i tryumfalnie, ale był to uśmiech lekki i szybko ukryty za powagą. Odezwał się po chwili, jakby z wahaniem — jego ton głos był zachowawczy, baczne spojrzenie podążało po twarzach nestorów. W jego postawie coś uległo drobnej zmianie. — Śmiałe deklaracje, lordzie Travers. Gotów jestem, by się z nimi zgodzić. Lord Voldemort jest potężnym czarodziejem. Jeśli jednak nie niektórych nie przemawiają jego idee, niech przemówią czyny. Czy nie lepiej byłoby mieć takiego sojusznika, zamiast wroga? — Spojrzał po pozostałych.
Nestor rodu Macmillan spojrzał na Anthony’ego i popędził go do mówienia.
— Mów, mów, bo dobrze prawisz w końcu.— Podrapał się po nosie i po raz kolejny zmienił pozycję na kamieniu, choć ten był dość wygodny — ze złości i frustracji.
Julius Magnus Avery prychnął.
— Oczywiście, że martwimy się o siebie, lordzie Macmillan. Nie zamierzam wykrzesać z siebie ani krzty empatii, względem całego społeczeństwa. Nie bez powodu się tu spotkaliśmy. My, jako przedstawiciele arystokracji, nie przedstawiciele szlamu. I to o nasze interesy powinniśmy dbać. Harold Longbottom nie działa w moim interesie.
Sorphon Macmillan spojrzał na Anthony’ego.
— O tym, że od dziś stają się naszymi wrogami i zwolennikami idei czystości krwi— odpowiedział mu cicho, z wyraźnym zawodem. — Chcesz wytoczyć jej wojnę?
Harold Longbottom, który do tej pory wydawał się być apatyczny, nagle się ożywił. Spojrzał w stronę Traversa, a później Malfoya i zmarszczył brwi, pochylając się lekko do przodu.
Lord Avery zmierzył Lucana Abotta krytycznym spojrzeniem.
— Nasz wróg się wcale nie ukrywa, Abbott. Nasz wróg chodzi ulicami tego miasta i oddycha naszym powietrzem— odparł krótko i ostro. — Popieram ród Travers i Malfoy w tej kwestii. Powinniśmy się zjednoczyć z Lordem Voldemortem. I stanąć przeciwko naszym wrogom, a nie walczyć między sobą, szkoda upuszczać takiej krwi, jak nasza.
Eddard Nott zabrał głos, zwracając się w stronę Traversa i Croucha, a po nim nestor rodu Burke, który pomimo zmęczenia i trudu doskonale radził sobie z objętą pozycją nestora. Były nestor kiwał głową, był zadowolony i całkowicie zgadzał się ze słowami Edgara. Wezwany do odpowiedzi przez niego i lorda Parkinsona Harold Longbottom odezwał się po raz kolejny, coraz uważniej przyglądając się Edgarowi. Ten mógł czuć, że minister próbuje go wybadać, wyczuć. Doszukiwał się w jego wypowiedział wahania, błędów i kłamstw. I czegoś jeszcze.
— Stawiliście się tu, aby mnie sądzić, więc sądźcie. Nie przybyłem tu w roli ofiary, winowajcy, sprawcy zaniedbań, czy zbrodniarza. Przybyłem tu z szacunku do tradycji i do was wszystkich. Mylicie jednak prawo z własną wolą, dokonujecie samosądów tu i teraz. Bezprawnie. Jawnie i bez skrupułów dokonując zamachu stanu. Próbujecie obalić ministra wybranego przez ludzi, podważając ich kompetencje, potrzeby i wolę. To nie wam przyszło sądzić o prawie i mym losie, ale rozumiem potrzebę towarzyskich spotkań na szczycie i walki o siłę, pozycję. Niemniej jednak nie zamierzam tłumaczyć się z mych służbowych decyzji i w dobrym tonie będzie nie wymaganie ode mnie poruszania, czy komentowania waszych poczynań. To czyny mówią za mnie. Prawo stoi po mojej stronie. Nie poprzestanę na tym, o czym już powiedzieliście. Znajdę sprawców i ukarzę winnych, niezależnie od tego, czy będą wywodzić się z prostego ludu, czy postanowią kryć się pod szatami arystokratycznych, szanowanych krewnych. Sprawiedliwość dla wszystkich jest taka sama, drodzy czarodzieje.
Po słowach ministrach, na pytanie Lupusa odezwał się lord Greengrass.
— To śmieszne.— Skrzywił się jednak, a broda na jego brodzie zafalowała. — Nie próbuj odwracać mych słów, młody człowieku, ani sprowadzać roli Ministra Magii do pozycji psa, którym można poszczuć nie obdarowane sympatią rody. Nie mierz mnie swoją miarą, synu.
Na jego słowa odpowiedział również lord Alfred Malfoy.
— Ale my to zrobimy, drogi lordzie Black, choćby i sami. Stać nas na to. — odpowiedział mu z szacunkiem. W jego lekkim, nonszalanckim uśmiechu kryło się coś, czego nie mówił głośno, a o czym sojusznicy Malfoyów mogli wiedzieć. Alfred Malfoy zamierzał odbudować Ministerstwo Magii pod warunkiem, że obsadzi w nim ludzi, którzy będą wygodni i przydatni. — Potrzebujemy sprawnie działającego urzędu, które będzie naszą wizytówką. Na razie nasi dyplomaci, badacze i administratorzy upychają się po kątach innych instytucji. Najwyraźniej Haroldowi Longbottomowi separowanie departamentów jest na rękę. To sprzyja chaosowi. A chcemy przecież wprowadzić nowy ład i nowy porządek. Wygląda na to, że większość jest przeciwko tobie, ministrze. — Dodał zimno. Za to lord Greengrass wyglądał na rozpalonego żywym ogniem. Wstał, kiedy Morgoth zabrał głos.
— Bo za anomalie odpowiada samozwańczy lord! A mugole stali się niebezpieczni właśnie przez niego. Nie jestem zaznajomiony ze szczegółami dotyczącymi postępów, ale ich ogniwa szybko topnieją, nestorze Yaxley, lordzie Shafiq i lordzie Parkinson. Znikają, więc zakładam, że jednak Ministerstwo Magii nie jest takie bezczynne jak twierdzicie. Wyciągacie to za argument, lecz czy naprawdę nie dostrzegacie, że miejsca, które jeszcze niedawno były zagrożone i niebezpieczne, w jakiś cudowny sposób powróciły do normalności? Wiem, że niewielu czarodziejów trafia do Tower każdego miesiąca za przekraczanie zabezpieczonych przez służby miejsc. Ministerstwo Magii działa, drodzy lordowie. I naprawia miejsca, w których magia jest zaburzona. Są ku temu dowody! — Kwestię mugoli przemilczał, posyłając Shafiqowi nieprzychylne spojrzenie.
— Udajecie, że tego nie dostrzegacie, lordowie, ale takie są fakty — poparł go nestor Abbott spoglądając na Fawleya, Longbottom spojrzał na Ministra Magii, ten jednak spuścił głowę, milcząc.
Cyneric Yaxley odniósł się do swoich poprzedników. Przypomniał też zgromadzonym o obecności dementora podczas Festiwalu Lata. Dementora, który niewątpliwie nie powinien się tam wtedy znaleźć. Dlaczego tak się stało i co było tego powodem - nie wiedział tego nikt. Lub prawie nikt. Podjął też kolejny wniosek o uciszenie.
Randolf Regulus Flint odezwał się, między słowami rugając wszystkich. Skrytykowana kolejny raz lady Selwyn skierowała ku niemu bystre spojrzenie.
— Doprawdy, doceniam troskę, lordzie Flint. Zapewniam, że ciężar reprezentowania mej rodziny spoczywający na mych pozornie wątłych ramionach jest pestką w porównaniu z wydaniem na świat i wychowaniem dwóch krnąbrnych i przepełnionych żywym ogniem synów, ale ty możesz mieć na ten temat znikome pojęcie. — Posłała mu pogodny, uprzejmy uśmiech, a nieco szerszy i życzliwszy jego pięknej córce, Rosemary. — Ciebie również, lordzie Shafiq zapewniam, że wspomniany przez ciebie ciężar udźwignę.
Skierowana do wszystkich propozycja lorda Flint wymagała jednak dalszej dyskusji.
— Co to ma właściwie znaczyć, lordzie Flint?— spytał nestor Greengrass — Minister nie jest od tego, by pełnić funkcję reprezentatywną.
Aaron James Carrow, nie podnosząc się z kamienia, spojrzawszy wpierw na sektor Nottów, odezwał się wezwany do wyrażenia stanowiska całego rodu.
— Oczywiście, popieramy wotum nieufności dla ministra. I jednocześnie zwracamy się z prośbą do naszych sojuszników, rodziny Nott o rozwiązanie zawartego w tym roku związku małżeńskiego zdrajcy krwi z Inarą Carrow. Jesteśmy gotów przyjąć z powrotem naszą krewną wraz z bękartem.
Pozostali trzej, poproszeni przez Louvela o głosy wyrazili podobne stanowisko — przeciwko rządom Harolda Longbottoma.
Artur Longbottom, porównawszy Lorda Voldemorta do Gellerta Grindelwalda wywołał na twarzy Malfoya dziwny wyraz. Grymas kwitł na niej tylko przez chwilę, potem ustąpił lekkiemu niezadowoleniu. Abbott nawet nie drgnął kiedy Anthony wypowiadał się wśród arystokratów. Po wszystkim spojrzał na niego i wdzięcznie skinął mu głową, chociaż jego wzrok mówił mu — że wątpił. Wątpił, że cokolwiek uda im się zdziałać. Skamander widział na jego twarzy również obawy przed tym, co mogło bezprawnie tu nastąpić. Tym bardziej, że po chwili rozbrzmiały kolejne słowa lorda Burke.
Kiedy w końcu odezwał się milczący do tej pory Magnus Rowle, Alfred Malfoy westchnął i skinął głową.
—  Owszem, lordzie Rowle. Minister pragnie zwalczać prasę, która w swych artykułach pisze o nim nieprzychylnie. Ale nie dopuszczę do tego, by wielki Brutus Malfoy przewracał się z jego powodu w grobie. — Odpowiedział tak, jakby wiedział, że Magnus nie potrzebował usłyszeć tych słów, ale i sam nie mógł się powstrzymać przed ich wypowiedzeniem. Zaraz po tym spojrzał na Ministra Magii.
Lord Blaise Lestrange, jako kolejny z lordów, skierował swe słowa do Archibalda Prewetta, po nim wystąpili kolejni.

Mężczyzna, który zasiadał w jednym z dwóch pustych sektorów, wzywany do ujawnienia tożsamości, w końcu powstał. Wraz z nim powstał również Harold Longbottom, który błyskawicznym ruchem wyciągnął spod pazuchy szaty różdżkę i wycelował w jego stronę bez słowa ostrzeżenia.

| Mistrz Gry przeprasza, że nie odpowiada każdemu po kolei, a grupowo i według padających tematów. Jeśli kogoś pominął, przeprasza jeszcze mocniej! Czas na odpis wynosi 72h.

W stronę Alexandra leci silencio.

Alexander Selwyn i Percival Nott zostali pozbawieni nazwiska. Zgodnie z regulaminem forum muszą je posiadać, więc kiedy je już ustalą proszeni są o zgłoszenie w aktualizacjach.

Mapka:


ZGŁOSZONE WNIOSKI I POSTULATY:

I. Sprawy ogólne

1)Wotum nieufności wobec ministra:
ZA: 18 (Yaxley, Rowle, Avery, Shafiq, Rosier, Selwyn, Burke, Lestrange, Fawley, Crouch, Parkinson, Nott, Travers, Black, Carrow, Bulstrode, Shacklebolt, Slughorn)
Przeciw: 6 (Prewett, Greengrass, Macmillan, Longbottom, Abbott, /Percival; Alexander/, Ollivander)

2)Poparcie dla Morgany Selwyn jako stałego następcy nestora rodu Selwyn.
3 (Mallfoy, Travers, Nott)

3)Ograniczenie kompetencji Ministra Magii
ZA: 1 (Flint)

4)Śledztwo w sprawie śmierci nestora Fenwicka

II. Wyciszenia

1)Wyciszenie Alexandra Selwyna.
ZA: 6 (Rosier, Selwyn, Crouch, Nott, Yaxley, Rowle, Shafiq i inni)
PRZECIW: 1 (Abbott)
ZATWIERDZONE

2. Wyciszenie Percivala Notta
ZA: 1 (Nott)

3. Wyciszenie Lucana Abbotta
ZA: 2(Yaxley, Burke)

III. Relacje rodowe

Zmiana stosunku Fawley-Longbottom na negatywne

Zmiana stosunku Yaxley-Ollivander na negatywny

Zmiana stosunków: Selwyn-Abbott, Greengrass, Longbottom, Macmillan, Weasley na negatywne

Zmiana stosunków Selwyn-Travers na pozytywne.

Zmiana stosunkków Lestrange-Prewett na negatywny.

Zmiana stosunków Lestrange-Burke na pozytywny.

Zmiana stosunków Fawley-Lestrange na neutralne.

Zmiana stosunków Yaxley-Greengrass na negatywne.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ruiny Stonehenge - Page 10 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 12:28
Mężczyzna, który powstał nie zareagował na wyciągniętą gwałtownie przez Ministra Magii różdżkę. Spokojnym krokiem ruszył w kierunku kamiennego kręgu, na którym stał sir Alfred Malfoy. Szedł tak miękko, że wydawał się sunąć nad ziemią, jak duch. Kiedy stanął obok niego, obiema dłońmi zdjął z głowy kaptur, a wszystkim zgromadzonym ukazała się twarz młodego mężczyzny, o przenikliwych oczach. I choć był przystojny, jego zdawała się być przerażająca, jego oczy przenikały wszystkich na wskroś, jakby czytały ze zgromadzonych jak z otwartych woluminów. Niektórzy z obecnych Rycerzy Walpurgii mogli go rozpoznać od razu, niektórzy mogli dostrzec w nim trudne do powiązania podobieństwo do jakiejś osoby, którą może niegdyś znali, ale nie potrafili przypomnieć sobie, do kogo należała obca twarz. W Stonehenge zapadła jednak absolutna cisza.
Czarny Pan spojrzał na Percivala, patrzył w milczeniu wzrokiem, po którym byłemu Nottowi przeszły ciarki po plecach. Wzrokiem, który w jednej chwili wpędził do jego głowy najczarniejsze scenariusze przyszłości. Po chwili przeniósł spojrzenie na Harolda Longbottoma, wyciagając spod pazuchy różdżkę. Na jego dłoni spoczywał złoty sygnet z czarnym kamieniem - Pierścień Kadmusa Peverella.
— Jam jest Lord Voldemort.
W tej chwili Harold Longbottom posłał w jego kierunku zaklęcie, a w jego oczach zalśniła determinacja. Za pierwszym pognało drugie i trzecie, ale wszystkie trzy zostały odbite i pomknęły w różne strony, pomiędzy zasiadającymi w swoich strefach czarodziejami, nie czyniąc nikomu krzywdy.


Dokonywał wielkich rzeczy strasznych, to prawda, ale wielkich

Czarny Pan
Zawód : Czarnoksiężnik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Ja, który zaszedłem dalej niż ktokolwiek inny na drodze do nieśmiertelności...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
Ruiny Stonehenge - Page 10 Tumblr_mmbuhtLKK11r3r73mo1_500
Konta specjalne
Konta specjalne
https://www.morsmordre.net/t3051-r-tom-riddle#50095 http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry https://www.morsmordre.net/t3051-r-tom-riddle#50095 https://www.morsmordre.net/f303-piwnica https://www.morsmordre.net/f303-piwnica
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 13:08
Stonehenge nigdy wcześniej ani nigdy później nie miało być świadkiem takiego zdarzenia jak szczyt nestorów. Widząc zapalczywą wrogość, jaka zaczęła rodzić się po dwóch stronach, można było wnioskować, że szybko za słowami pójdą czyny, a po niektórych wyraźnie było widać, że z chęcią powołaliby się na magię, byle tylko być górą. W większości tyczyło się to strony wspierającej mugoli, bo nienawiść, którą dychali w stronę swych oponentów ciężko było ugasić. Jeśli się nad tym zastanowić, ich postawa była jedynie zasmucająca, bo dobrowolnie wyrzekali się swoich przodków oraz długowiecznych tradycji. Lecz Morgoth im nie współczuł. Dążyli do autodestrukcji i nie zamierzał im towarzyszyć - odcięcie martwego ciała było zdrowym objawem, inaczej wraz z nim można było zostać pociągniętym na samo dno. Jedynie ich krótkowzroczność i egoizm wzbudzały w nim pokłady irytacji i zdumienia - wszak odpowiadali nie tylko za siebie samych, ale za dzieci. Osoby zależne od nich i niemające własnego zdania. Były one spuścizną, którą zamierzali zbrukać, wspierając potop mugolskiego brudu. Każdy z każdym zaczął wymieniać się kontrargumentami, a chaos, który przez to powstał, przerósł chyba zdecydowaną większość. Morgoth jedynie śledził poczynania tych, którzy się zgromadzili, obserwując wyjątkowo burzliwą dysputę. Z wyraźnym zadowoleniem zaobserwował, że rodziny, które wcześniej wstrzymywały się od głosu, ten głos zabrały, wspierając wotum nieufności rzucone ku Longbottomowi i jego rządom. Było to jednak zadowolenie oscylujące na poziomie oczywistości - wszak strona przeciwna była jedyną właściwą. Jedyną słuszną. Jedyną prawdziwą. Równocześnie po słowach lady Morgany mógł wywnioskować, że, w przeciwieństwie do Alexandra, idealnie wpasowywała się w opis swego rodu. Jej manipulacja biła aż po oczach, a niewzruszenie i lekki uśmiech zapowiadały trudną do zbicia z tropu osobę. Sprawnie odbiła słowa Abbotta, posyłając w jego stronę wiele przytyków i ośmieszając, słusznie, na forum reszty. Jednak jej słowa miały zniknąć w dalszym zalewie informacji. Szybka decyzja o wykreśleniu krzyczącego uzdrowiciela powinna zostać podjęta prędzej, a za nią pojawiła się od razu propozycja małżeństwa ustosunkowywana ku Burke'om. Yaxley pozwolił jedynie, by kącik ust drgnął mu w objawie niemego sarkazmu. Jeśli ktokolwiek sądził, że Lucinda, nawet pod przymusem, spełni żądania samozwańczej nestorki, był w błędzie. Bo chociaż była przywiązana do rodziny, prędzej skoczyłaby z wieży niż oddała się samowolnie w ręce Craiga. Nottowie nie zostali obojętni i szybko wyprowadzili kontrę ku nieposłusznemu członkowi rodziny, nie bojąc się wyrwania pośmiewiska, jakim stał się dla reszty arystokracji Percival. Morgoth obserwował to wszystko z uwagą, mając w myślach Inarę, z którą rozmawiał zaledwie parę dni wcześniej i obiecywał swoje wsparcie - nie spodziewał się tak otwartej i sprzyjającej jej odezwy Carrowów, lecz najwidoczniej nie musiał obawiać się, że jego rodzina zostanie bez opieki. Odrzucona, niechciana, wzgardzona. Wyłapując w przelocie wzrok nestora Carrow, skinął mu ledwo zauważalnie głową w podziękowaniu - więzy nie tylko krwi, ale również i zażyłej relacji wiązały Yaxleya z jego krewną. Musiał o tym wiedzieć. Obranie stanowiska przez ich ród również było niezwykle ważne, podobnie jak te początkowo wrogim im Bulstrode'om czy Fawleyom. Jednak nie to stanowiło największe zaskoczenie w kręgach szlacheckich tego dnia.
Różdżka Ministra skierowana ku zakapturzonej postaci była jasny objawem wrogości i przeciwstawienia się. Obserwując powstałego mężczyznę, Morgoth nie musiał zastanawiać się ani rozpracowywać jego tożsamości. Widywał go już wiele razy. Krok za krokiem ten, któremu złożył wieczystą przysięgę, wyłonił się z tłumu, by stanąć pośrodku zgromadzenia i ujawnić swoją tożsamość. Harold Longbottom podniósł na niego rękę, lecz żadne zaklęcie nie było w stanie poczynić szkody Riddle'owi. Nie było miejsca i czasu na słowa. W tym momencie czyny miały się liczyć najbardziej, a Yaxley nie zamierzał stać się biernym. Nie tutaj. Nie, gdy walczył o coś znacznie ważniejszego niż jedynie zrzucenie Ministra Magii z tronu. Chodziło o przetrwanie ich świata. Nie patrząc na ojca i Cynerica, wstał z miejsca i w ciszy przeszedł ku środkowi zgromadzenia, stając po prawicy Lorda Voldemorta, równocześnie zaznaczając swoje poparcie dla jego osoby i oddanie przewodnictwu, które reprezentował. Nie pojawił się tam jedynie jako nestor, lecz jako jeden z jemu najbliższych - był Śmierciożercą i miał nim pozostać do końca. Tu i teraz nawoływał innych, by zrobili to samo. Nie wątpił, że czas na ostateczne opowiedzenie się właśnie mijał.



They call him The Young Wolf. They say he can turn into a wolf himself when he wants. They say he can not be killed.

Morgoth Yaxley
Zawód : a gentleman is simply a patient wolf, buduję sobie balet trolli
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Thus he came alone to Angband's gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat. And Morgoth came.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-the-young-wolf#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 14:46
Z biegiem czasu emocje, które targały Craigiem były zupełnie jak jakaś koszmarna huśtawka - najpierw odczuł niezwykłą dumę i radość, kiedy okazało się, że jego kuzyn właśnie został mianowany nestorem. To otwierało szeroką ścieżkę rozwoju dla ich rodu - Edgar nie był bowiem tak skostniały jak lord Alaric, był zdecydowanie bardziej otwarty na nowe sugestie i posiadał otwarty umysł. No i przede wszystkim, był rycerzem Walpurgii. Nie mógł sobie wyobrazić lepszego obrotu spraw. Podobnej euforii doznał, gdy do jego uszu zewsząd docierały słowa krytyki pod adresem Longbottoma. Sam nie musiał się wypowiadać, jego kuzyni, zwykle małomówni, dziś przeszli samych siebie - zażarcie bronili interesu całego rodu, wytykali ministrowi błędy, a nawet wystąpili w zażartym przemówieniu, głosząc o krzywdzie, którą wyrządzono jego osobie. Tak samo głęboko docenił słowa obrony, które wypowiedział w jego imieniu Zachary. Podziękował mu skromnym gestem uniesienia ręki i skłonieniem głowy - choć w myślach planował już porządniejsze podziękowania, być może okraszone jakimś drobnym prezentem. I gdy tak słuchał innych, którzy tak zażarcie go bronili, Burke czuł głębokie zadowolenie, choć twarz wciąż miał poważną. Opinia ministra powoli leciała na łeb na szyję, nawet tych kilka rodów, które uparcie się go trzymało, nie było w stanie obronić jego dobrego imienia. Ale przecież Burke'owie od dawna wiedzieli, że z Longbottomami coś jest nie tak...
Wystąpienie Percivala było jednak czymś, co złamało mu serce. Burke aż powstał z miejsca, aby móc lepiej spoglądać na Notta, który głośno odrzucał wszystko to, w co wierzyła nie tylko jego rodzina, ale także rycerze Walpurgii. To było samobójstwo. Burke nie mógł uwierzyć w to, że Nott dobrowolnie podpisał na siebie wyrok śmierci. Mówił o swojej żonie i swoim dziecku... nie zdając sobie chyba sprawy z tego, że obojgu im właśnie zrujnował życie. Konsekwencje miały być wyciągnięte później - i nie miały ograniczać się tylko i wyłącznie do wydziedziczenia. Rycerze nie zapominają.
Propozycja małżeństwa była ostatnią rzeczą, której spodziewał się podczas tego zgromadzenia. W chwili gdy Edgar został nestorem, Craig spodziewał się, że presja, którą wywierał poprzedni nestor, zwyczajnie zniknie. Tymczasem spoglądał na twarz lady Morgany i wiedział, że ona nie żartuje. Wybór, przed którym stanął, był właściwie bardzo prosty - tak przynajmniej sądziliby inni. Lucinda Selwyn. Kobieta, która nawet nie raczyła pojawić się na zgromadzeniu. Imię to padło wiele razy podczas ostatniego spotkania rycerzy. Burke milczał dłuższą chwilę, spoglądając to na swoich kuzynów, to na lady Morganę. Na sam koniec przeniósł spojrzenie na Alexandra, tę sól w oku, która już dawno powinna gryźć glebę. Dobrze wiedział, że oczekuje się, aby głośno swoje myśli wypowiedział nestor, jednak finalnie to sam Craig zabrał głos.
- Przyjmuję twoją ofertę, lady Morgano. Niechaj ten związek sprawi, że nasze rody zostaną przyjaciółmi. - powiedział głośno, wstajac, by było go lepiej słychać. Gdy jednak usiadł ponownie, zamyślił się głęboko, nie zabierając już głosu w kolejnych dyskusjach. Ożywił się na powrót dopiero gdy atmosfera nagle zaczęła gęstnieć. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą wznoszono okrzyki i wzajemne oskarżenia, nagle zapanowała cisza. Łatwo było odnaleźć tego przyczynę. Burke poznał Go od razu. Doskonale wiedział, że większość spośród rycerzy Walpurgii również momentalnie zorientowała się kto wolnym i dumnym krokiem występował na środek zgromadzenia. Nie zwlekał. W chwili, kiedy tylko minister wyciągnął swą różdżkę, Burke sięgnął po swoją. Na razie trzymał ją jednak opuszczoną, bo zaklęcia, które Longbottom, będący ponoć tak wyśmienitym i doświadczonym aurorem, posyłał w kierunku Czarnego Pana, były bez trudu odbijane. Wszyscy tu zgromadzeni byli już od dawna świadomi, że Voldemort był czarodziejem niezwykle potężnym. Teraz nadarzała się okazja, by zobaczyli jego siłę na własne oczy. Craig posłał więc swoim kuzynom krótkie, mocne spojrzenia po czym, idąc w ślady Morgotha, również powstał ze swojego miejsca, aby opuścić sektor zajmowany przez Burke'ów i skierować się ku temu, który ich zebrał, a także wskazał im wszystkim właściwy kierunek. Kierunek ku bezpiecznej przyszłości pełnej dostatku.
Miesiące temu aurorzy, którzy go pochwycili i umieścili w Azkabanie, nie mieli pojęcia, kogo tak naprawdę udało im się schwytać. Może gdyby zamiast na Russellu, skupili się na nim samym, wydarzenia potoczyłyby się zgoła inaczej. Być może ten szczyt wyglądałby zupełnie inaczej. Ale oni zawiedli, podczas gdy on stał tu dziś, u boku Czarnego Pana, jawnie prezentując wszystkim zgromadzonym swoje poparcie dla jego działań. Sprawa, za którą chcieli dziś walczyć, była dużo istotniejsza niż rodowe spory, dużo ważniejsza niż szlacheckie tytuły. Pora było wybrać.


monster
When I look in the mirror
I know what I see
One with the demon, one with the beast
The animal in me
Craig Burke
Zawód : Handlarz czarnomagicznymi przedmiotami, diler opium
Wiek : 34
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
If I die today, it won’t be so bad
I can escape all the nightmares I’ve had
All of my angry and all of my sad
Gone in the blink of an eye
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3810-craig-maddox-burke https://www.morsmordre.net/t3814-blanche#70697 https://www.morsmordre.net/t3813-zwiazki-lorda-burke#70693 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t6332-skrytka-bankowa-nr-965#159559 https://www.morsmordre.net/t3842-craigowe#71823
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 15:03
Mdłe wytłumaczenia Lysandra nie mogły odwrócić nurtu rzeki, Percival obstawiał przy swoim. Jego krótkie nie rozumiem było wystarczającym przesłaniem; zrozumiałym nie tylko przez niego, ale i przez każdego, kto znał ich wewnętrzne struktury. - Wiesz, co to oznacza, Percivalu - odpowiedział jedynie, krótko, ponuro, wciąż taksując go wzrokiem - nie dodał jednak nic, wymierzenie sprawiedliwości leżało w gestii Nottów, a on nie zamierzał podważać ich władzy, wchodząc w ich kompetencje. Jego wystąpienie mogło zakończyć się w tylko jeden możliwy sposób. Odcięciem od tytułu, który właśnie zbezcześcił. Wiedział, co to oznaczało: że gdy następnym razem spotkają się bez świadków, staną po dwóch stronach różdżek, w pojedynku na śmierć i życie; że rycerze walpurgii będą go ścigać, tropić jak zziajane gończe psy, nim sprawiedliwości nie stanie się zadość. Za zdradę kara musiała być wyraźna - ostentacyjna - inaczej czarodzieje mogliby pozwolić sobie na wątpliwości. Tutaj - nie czas był ani nie miejsce na podjęcie podobnych środków. Rycerze walpurgii nie mogli w oczach czarodziejskiej socjety, najwyższej socjety, wyjść na bezmyślnych morderców. Wrócił na miejsce - usiadł - wciąż zszokowany jego zachowaniem; nie spodziewał się po nim odejścia - ale musiał przed sobą samym przyznać, że już od dawna nie spędzili zbyt dużo czasu wspólnie. Pominął moment, w którym winien zareagować - i ogarniała go złość wobec siebie samego. Pozwolił wbić sobie sztylet w plecy - sobie i innym rycerzom; gdyby ktoś zapytał przed tygodniem, czy ręczy samym sobą za Notta - powiedziałby, że ręczy. Sam bronił go przed oskarżeniami podczas ostatniego spotkania - na którym się nie zjawił. Odtąd musieli stać się ostrożniejsi.
Przeniósł spojrzenie na Salazara, kiedy wzywał ideę Czarnego Pana - wsłuchując się także w jego wyważone poparcie, które dobiegło go od Malfoya.
- Lord Voldemort pragnie tego, czego pragniemy my wszyscy - oświadczył, ignorując przeciwne głosy, Abbottowie, Prewettowie, Longbottomowie, Greengrassowie i Macmillanowie pewnego dnia przejrzą na oczy - tak, jak uczynili to już Traversowie i Selwynowie. - Czystości naszego świata. Czy mugole ostatnimi czasy nie udowodnili dostatecznie, że na niego nie zasługują? Za sprawą anomalii dostali w swoje ręce magię - zniszczenia wokół, oto co z nią uczynili. - Czy nie podobnie było z mugolskimi dziećmi, które na równi z ich uczyły się w czarodziejskich szkołach? - Rozpanoszyli się, mnożąc jak króliki, zajmując przestrzeń, z której spychają nas - To było faktem. Magiczne zwierzęta poupychane zostały po rezerwatach bardzo często z ich powodów - ich myśliwych, ich fotografów, ich dziennikarzy... a czasem tylko dlatego, że czarodzieje zapragnęli ich chronić. Przed czym - przed tym, co miało większe prawo istnienia?
Nie spojrzał na nestora Carrowów, wiedząc, że mówił o Inarze, żonie Percivala.
- Nie sądźcie córki za grzechy jej męża - zwrócił się do Nottów bezosobowo, przychylając się do stanowiska nestora Carrowów. Jeszcze rzadsza była to chwila, niż gdy zgadzał się Blackami, z Carrowami łączył ich konflikt najsilniejszy - ale Inara zawsze się z niego wyłamywała. Jej dobre, wrażliwe serce było zbyt delikatne, by ponieść ciężar, który na nią spadł. W tonie jego głosu nie było żądania ani właściwej nestorowi stanowczości, nie chciał wchodzić w wewnętrzne sprawy Nottów i nie ośmieliłby się tego uczynić - nie miał do tego żadnego prawa. Wstawienie się za nią uznał jednak za swój przyjacielski obowiązek - jak ona wiedział, że Percival długi czas krył się z trucizną, która tak naprawdę tętniła w jego żyłach. Jej życie i tak zostało zrujnowane - nosiła pod sercem dziecko zdrajcy - jeśli jej rodzina gotowa była przyjąć ją z powrotem, było to dla niej jedyną i ostatnią szansą.
- Dziękuję za te słowa, lordzie Black - zwrócił się do Lupusa, rzadki do moment w historii, gdy Black bierze w ochronę Rosiera - przytakiwanie mu rozwleklejszym słowem nie służyłoby już niczym, wszystkie potrzebne słowa padły. Chciał jedynie wyrazić wdzięczność - i zauważyć, że stoi na podobnym stanowisku, porzucając dzielące ich zwady winni dziś mówić jednym głosem. Stali w obliczu poważniejszego. Tym mocniej zaskakiwały słowa Flinta.
- Lordzie Flint, jestem w stanie pojąć, że lata życia w izolacji - od polityki, czarodziejów, pośród leśnych ostępów - oderwały was od rzeczywistości, toteż nie winię was za te słowa. Jeśli jednak podważasz stanowiska nestorów trzech szlachetnych rodzin, negując legalnie przekazane tytuły, występujesz przeciwko niezmiennym odwiecznym prawom, o których sam mówisz. Nie puszczę obrazy bez echa, niniejszym zmuszony jestem zerwać nasze stosunki. - Nie mogli dopuścić do tego, by ktokolwiek podważał ich tytuły - jako młodsi nie mieli prostego zadania. - Poszukiwanie kompromisu w sytuacji, w której przeważająca większość wypowiada ministrowi posłuszeństwo, wydaje się tak samo oderwane od rzeczywistości. Nie odstąpimy od obranego stanowiska. - Martwiło. Flintowie całkiem niedawno obrali bardziej konserwatywny front, być może jednak nie potrafili się w nim odnaleźć. Był zdania, że Flintowie podobnie jak Fawleyowie w wojnę wtrącać się nie powinni.
Kolejne słowa Selwyna zignorował, spoglądając wciąż na jego samozwańczą nestorkę i wsłuchując się w jej drwiące słowa.
- I ja winszuję, lady Selwyn, próba obrócenia mych słów przeciwko mnie, nawet jeśli nieudolna, świadczy zapewne o bystrości umysłu. Czyżby trapiły cię problemy ze słuchem, pani? Prosiłem już dawno, poczyniłaś gest opieszale, dopiero przymuszona do działania. - Kiedy poparły go głosy dobiegające od pozostałych rodzin, tak mu przyjaznych, jak nieprzyjaznych, za co im wszystkim pozostawał wdzięczny. Jego głos pozbawiony był jednak wcześniejszej ostrożności - gest Morgany był dla niego wystarczająco czytelny. I odpowiedni, adekwatny. Wydziedziczenie Alexandra oznaczało pozbycie się problemu nie dzisiaj, a już na zawsze. Domagał się kary i otrzymał to, czego chciał. - Puszczę tę obelgę w niepamięć - zapowiedział - i choć nie otrzymasz dziś mego wsparcia, uznaję twój tytuł jako nestorki Selwynów. Podobnie jak wielu innych, cieszy mnie obrany przez was kierunek pomimo dzielących nas różnic. Twoją siłę udowodnią czyny, których dokonasz, nie zapadłe dziś słowa. - Był synem Mahaut, czarownicy, przed którą klękali władcy Europy. To nie płeć była mu przeszkodą, a wychowanie. Być może pewnego dnia smoczy ogień i ogień salamandry zapłoną wspólnie - ale nie dziś. - Ja także nie obawiam się ataku niewiasty, lordzie Abbott - odpowiedział na słowa Lucana, przenosząc wzrok na kobietę. Podpadła mu, ale w ogólnym rozrachunku wciąż wypadała lepiej niż jej poprzednik - jeśli istniała szansa na rozżarzenie na nowo tradycjonalistycznych tendencji u Selwynów, musiał im w tym pomóc. Nie miał wątpliwości co do tego, że Morgana faktycznie maczała palce w śmierci swojego poprzednika, jednak umniejszenie jej roli z powodu płci - w tym wypadku działało na jej korzyść. W rzeczywistości wcale nie bagatelizował jego słów, Morgana wydawała się przebiegła, zdeterminowana i pozbawiona skrupułów. Robiło to wrażenie - była jak salamandra, której właśnie odrósł ogon. Zamiast tego - subtelnie odwrócił się na Craiga, który przyjął ofertę Morgany. Wyglądało na to, że Morgana mówiła poważnie.
- Powinniśmy wyprowadzić wszystkich nieuprawnionych - zauważył, utkwiwszy źrenice na twarzy Skamandera. - Nie róbmy z naszego zgromadzenia pośmiewiska, czy będziemy rozmawiać na równi z motłochem? - Nie bardzo rozumiał, kto tutaj w ogóle wpuścił Skamandera. Nie wiedział, co łączyło go z Abbottami, bo też nigdy się tym nie interesował - jednak ten człowiek wyraźnie znalazł się w miejscu, do którego po prostu nie pasował.
W końcu - przemówił tez sam minister. Mówił mądrze, co wcale nie było dobrym sygnałem, mądry wróg był trudniejszy do pokonania od głupiego. Słuchał go w milczeniu, patrząc na jego twarz, oczy, usta, odbierając jego słowa jako groźbę, którą być zapewne miały. Nie odpowiedział jednak na nie - doskonale znali swoje wzajemne stanowiska.
Kiedy zakapturzona powstać powstała, a minister pochwycił w dłoń różdżkę, Tristan pojął, że jego domysły okazały się prawdziwe - Longbottom nie uniósł jej na nikogo z nich. Uświęconych rodów było dwadzieścia osiem, do dziś wierzono, że przetrwało jedynie dwadzieścia siedem. Błędnie, między nimi pozostał ostatni z rodu Gauntów - i siedział pośród nich. Tristan sam dobył różdżki, kiedy dostrzegł ruch ministra - jednak nie zdążył zareagować. Czarny Pan nie potrzebował ochrony, ale on przysięgał oddać za niego życie. Zadarł lekko brodę, bez ruchu obserwując pierwsze przecinające przestrzeń błyski zaklęć - gotów odpowiedzieć na wezwanie, ale nie zamierzając wyrywać się bez rozkazu. Rycerze Walpurgii nie mogli stać się dziś bezmyślnymi mordercami: to Longbottom zaatakował jego, nie odwrotnie. Nie powinni w to brnąć - w walkę. Czarny Pan jej nie chciał: nie podjął kontrataku. Obserwował Morgotha, który stanął u jego boku, a do którego chwilę później dołączył Craig - gotowi na jego rozkazy, gotowi użyczyć mu w tej i tak nierównej walce różdżki, gotowi odeprzeć atak każdego, kto zamierzałby pójść w ślady Longbottoma. Póki to była walka między nimi dwoma - nie zamierzał dołączyć do Yaxleya i Burke'a, dobrze uczynili, stając przy nim, jednak zbyt przytłaczająca ilość gotowych do walki czarodziejów stojących u jego boku zbudowałaby niewygodną iluzję tyranii - tego nie chcieli. Udzielił mu zatem wsparcia z miejsca, w którym się znajdował.
- Panie - powitał go z pokorą, kątem oka spozierając na siostrę. - Melisande - Był pewien, że wuj nestor  łatwo odnajdzie się w tej sytuacji, ale siostrze - musiał pomóc - nie znała lorda Voldermota, nie wiedziała o nim tak wiele, jak on. Przywołał ją szeptem, chcąc, by poszła w jego ślady. A sam - uklęknął na jedno kolano, po rycersku, chyląc głowę przed tym, któremu przysięgał posłuszeństwo, nie wypuszczając z zaciśniętej dłoni różdżki ciosanej w różanym drewnie.




prosimy o ochłodzenie relacji z flintami!



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ruiny Stonehenge - Page 10 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 15:48
Zazwyczaj całkiem sprawnie orientował się w nawet najbardziej skomplikowanych rozmowach. Wyłapywał niuanse i nawet w wielkim, ekstrawertycznym gronie potrafił skoncentrować się na pojedynczej osobie, obdarzając ją swą uwagą. Tak nakazywało szlacheckie wychowanie oraz manipulacyjne sztuczki: wolał zbierać wokół siebie pochlebców i przyjaciół niźli wrogów, którzy kiedyś poczuli się wzgardzeni. Pomagał przy organizacji Sabatów, znał więc większość zgromadzonej w kręgu szlachty, nie skupiając uwagi na zakapturzonych postaciach ani na tych, którzy na pewno nie powinni się tu znaleźć. Jakiś Skamander znikąd, na przykład - albo ten szczypiorek Alexander, ciągle bełkoczący coś od rzeczy. Lysander chętnie po raz kolejny wyraziłby święte oburzenie, ale jego pole widzenia w ciągu ułamków sekund zawężyło się do sylwetki Percivala.
Wydawał się taki samotny, stojąc pomiędzy wpatrzonymi w niego ze zgrozą krewnymi - i paradoksalnie, wydawał się też wyższy niż zawsze, spokojniejszy, bardziej wyprostowany. Lysander nie rozumiał, wpatrywał się w brata z czymś więcej niż dezorientacją, z czymś więcej niż szokiem, na moment przenosząc błagalne spojrzenie na Eddarda. Był starszy, miał większą władzę, musiał znaleźć jakieś rozwiązanie - wyjście lepsze od zaprzepaszczonej szansy na wyjaśnienie. Percy wzgardził jego pomocą, ba, zwrócił się do niego tak chłodno i nieprzyjemnie, jak nigdy wcześniej, co dodatkowo sparaliżowało ciało Lysandra. Siedział bezradnie - i bezwładnie - na zimnym kamieniu, czując, że jest cały mokry od potu. Otwierał usta, by coś powiedzieć, by zaprotestować, by raz jeszcze spróbować go ochronić przed konsekwencjami tego hańbiącego bełkotu, ale nie potrafił wyartykułować nic. Nawet jęku zawodu czy tłumionego warkotu gniewu. Żal, niezrozumienie i wściekłość buzowały w nim z całą mocą, zagłuszając wszelkie inne wypowiedzi. Nie przejął się nawet nagłą propozycją zaślubin starego kawalera i Lucindy o przeklętym łonie; nie kontynuował perory na temat durnego Harolda Longbottoma i nie irytował się na Alexandra. Wpatrywał się tylko w profil Percivala; dumnie rzucającego się w przepaść.
Zostawiał go. Wyrzekał się rodziny. Pluł na wszystko, co ich łączyło; na przodków, na honor ich rodu, na wspólne wspomnienia. Ból zalewał Lysa gwałtowną falą, wykrzywiając jego usta - szczęśliwie, nie w grymasie zapowiadającym szloch, a w zastygnięciu pełnym gniewu. Mimo tego, słowa nestora uderzyły w niego z wzmożoną siłą. Percival przestał być Nottem, stał się skazą na honorze, duchem wstydliwej przeszłości. Lysander wiedział, czego w tym momencie od niego oczekiwano, reagował instynktownie, jak przystało na doskonale wytresowanego potomka twórców Skorowidzu. - Prosimy o wybaczenie - nigdy nie spodziewalibyśmy się, że w naszym rodzie pojawi się skażony pęd. Jesteśmy zdruzgotani i pełni pogardy dla występku tego człowieka - już nie brata, nie czarodzieja, nie Percivala - kogoś obcego. I chociaż brunet ciągle stał tuż obok niego, Lys nie spoglądał w tamtą stronę, śmiertelnie blady, tak, że zdawało się, że zaraz zwróci wykwintny posiłek. - Wyrzekamy się tych hańbiących poglądów - dodał twardo, podnosząc wzrok na stojących na środku kręgów czarodziejów. Stracił główny wątek rozmowy, skoncentrowany wyłącznie na bracie, ale nie mógł nie zauważyć pojawienia się Lorda Voldemorta. Od razu przeszył go strach, potworny, lodowaty - zwłaszcza, gdy czarnoksiężnik spojrzał w ich stronę. Jego oczy były straszne, ciemne, głębokie; Lys zadrżał na całym ciele, ciągle ogłuszony nadmiarem bodźców - tych najgorszych, koszmarnych.
Ciągle nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się wokół niego działo. W błyskające zaklęcia, w popleczników Lorda Voldemorta, w oddającego mu szacunek Rosiera, w wydziedziczonych artystokratów. Głowa zaczęła boleć go ze wzmocnioną siłą.
Lysander Nott
Zawód : mistrz tańca
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Almost nobody dances sober, unless they are insane.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6435-lysander-nott#164145 https://www.morsmordre.net/t6486-cornelius#165528 https://www.morsmordre.net/t6487-wieczny-chlopiec#165550 https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6483-skrytka-bankowa-nr-1625#165520 https://www.morsmordre.net/t6484-lysander-nott#165521
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 19:36
Niewzruszona. Właśnie taką pozostawała na każde kolejne słowa i odpowiedzi. Słuchała uważnie, przenosząc stalowe spojrzenie z jednego arystokraty na kolejnego zabierającego po nim głos. Wydziedziczenia - musiało do nich dojść. Na miejscu Morgany postąpiłaby podobnie - potrzebowała sojuszników, jak i zaznaczenia że jest w stanie poradzić sobie na stanowisku od lat zajmowanym przez mężczyz. Musiała pokazać swoją niezłomność i pewność decyzji, zyskać szacunek. Choć nie była pewna, czy ruch który wykonała nie nastąpił za późno. Przesunęła też spojrzenie po Nottach zatrzymując się na Percivalu. Biedna Inara, czy zdawała sobie sprawę z tego, co właśnie się działo, czy dopiero informacje uderzą w nią z niebywałą siłą? Nie miała pojęcia, jednak szczerze współczuła kobiecie. W końcu na dłużej zawiesiła spojrzenie na Ministrze, który zabrał głos. Nie można było odmówić mu rozsądku, umysł miał jasny i choć mówił z sensem nie była w stanie pójść za nim. Nie dlatego, że nie mogła - nie chciała - jej los związany był z jej rodem i prawami, które głosili a ona ufała im całkowicie i wyznawała je, były jej częścią. Powstanie Ministra ściśle wiązało się z powstaniem innej osoby, przeniosła tam wzrok machinalnie na widok różdżki Ministra wkładając dłoń w wszytą kieszeń sukni i wysuwając z niej powoli różdżkę. Czyżby miało dojść tutaj rzeczywiście do pojedynku? Jednak nie na szpady a na zaklęcia. Zmroziła ją ta myśl - nie znała się na pojedynkach magicznych, poruszała się sprawnie po większości magicznych dziedzin jednak brakowało jej obycia z prawdziwym przeciwnikiem.
Kaptur opadł, a Melisande z zainteresowanie lustrowała twarz mężczyzny uświadamiając sobie, że spodziewała się kogoś… starszego. Jego twarzy nie szpeciły jednak zmarszczki, ani blizny, gładkie policzki i przenikliwe spojrzenie. Znała podobne, choć moc tego zdawała się potężniejsza, w jakiś sposób przenikała głębiej dalej. Melisande nie była w stanie odwrócić wzrok, choć jednocześnie zdawało jej się iż powinna to zrobić. Wargi rozchyliły się lekko. Obawiała się, choć nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić czego.
Lord Voldemort.
Zaklęcie pomknęło w jego kierunku, a zaraz potem dwa kolejne które odbił sprawnie. Melisande mimo wszystko zacisnęła mocniej dłoń na różdżce nie ruszając się nawet o milimetr. Czekała. Czując jak serce okropnie tłucze się w jej piersi. Najpierw Morgoth, a zaraz za nim Burke, obaj znaleźli się obok mężczyzny. Do jej uszu dobiegł znajomy głos należący do jej brata.
Panie. Rozbrzmiało w jej głowie zalewając ją potokiem myśli i wniosków. Ponad nie nieśmiało wydobywały się pytania.  Rosierowie nie mieli panów, a jednak była pewna, że nie przesłyszała się. Przeniosła spojrzenie na Tristana, rejestrując gest który czynił i jej imię dobywające się z jego ust. Wiedziała czego od niej wymaga, czego oczekuje. Nie wahała się nawet chwili, jej brat, jej nestor, doskonale wiedział w którym kierunku ją prowadzić. Choć oboje wiedzieli, że będzie musiał jej wyjaśnić więcej niż jedną kwestię. Nigdy nie pytała, wiedząc, że otrzymuje te informacje, które potrzebuje. Teraz jednak, będzie potrzebowała ich więcej. Choć wykonanie odpowiednich ruchów nie było trudne zdawało jej się dziwne, nie pasujące całkowicie, choć nie czuła też oporu przeciwko niemu. Schyliła głowę, wierna bratu. Wierna jego decyzjom.
Melisande Rosier
Zawód : badacz-behawiorysta smoków, przyszły dyplomata rezerwatu Kent
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : n/d
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 https://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.12.18 21:45
To wszystko było obłędem. Całe to spotkanie było przeklętą farsą, teatrzykiem gorszym niż ten, który od czasu do czasu odbywał się nad klifem w Kornwalii. Macmillanowie, Prewettowie, Greengrassowie, Ollivanderowie… nawet przeklęci Abbottowie mogli stracić czucie w języku od prób racjonalnego przedstawienia sytuacji. Nikt z pozostałych rodów nie zamierzał poprzeć lorda Longbottoma. Pytanie tylko gdzie zmierzał ten cały pokaz, czego ci wszyscy lordowie oczekiwali… pomijając ustąpienie Ministra ze stanowiska, rzecz jasna. Lordowie Black i Shafiq jasno sugerowali jeszcze jedno rozwiązanie tego sporu – najlepiej gdyby rody broniące stanowiska Ministra zrzekły się swoich tytułów. Na to jednak zgody być nie mogło. To, że tego oczekiwali inni świadczyło o tym, że choć całe spotkanie było ustawione i nie miało znaczenia, lordowie sześciu zacnych rodzin mieli jeszcze prawo głosu. Ludność sześciu hrabstw mogła czuć się jeszcze spokojna… gorzej, jeżeli chodzi o pozostałe ziemie.
Niepokój coraz bardziej zaczął ogarniać Anthony’ego. Co jeżeli to wszystko miało skończyć się przelewem krwi? Wielokrotnie słyszał o niektórych, mniejszych spotkaniach, które kończyły się wielkimi wojnami. Zapewne i w ten sposób Macmillanowie dorobili się wielu wrogów przez kilka stuleci. Spojrzał na swojego poczciwego lorda nestora. Po raz pierwszy zaczął się bać. Wieloletni przyjaciele stawali się wrogami… W głosie przewodnika rodu nie było czuć ani złości, ani frustracji, a ogromne rozczarowanie.
Oni wszyscy wypowiedzieli nam wojnę, ordzie nestorze – szeptem poprawił Sorphona. Marszczył się od zmartwienia. – Jedyne co nam pozostało to zacieśnić więzy z tymi, którzy stoją dziś po stronie Longbottoma, a pozostałym przypomnieć nasz najazd – tu niepewnie spojrzał w oczy starszego Macmillana. – Z tego co widzę, cała południowo-zachodnia część stoi za Ministrem… nawet przeklęci Abbottowie – dalej cicho tłumaczył swojemu seniorowi. – Pozwólcie dokończyć mi moją szaleńczą myśl. Zjednoczmy się z tymi rodami, które popierają Longbottoma. Matka Heatha była z Greengrassów. Ja mam bliskie kuzynostwo wśród Weasleyów. Ollivanderowie zacieśnili więzi z Prewettami poprzez ślub siostry Archibalda z tamtym Ollivanderem – tu wskazał dyskretnym ruchem głowy na Ulyssesa. Jednak najcięższa część cichego przekonywania Sorphona miała dopiero nadejść. – Abbottowie są naszymi wrogami, wiem, lordzie nestorze, ale jeżeli mamy stać murem za Ministrem, za Longbottomami jak obiecywaliśmy od wielu lat… musimy i ich zaakceptować… choćby na neutralnych stosunkach… Nie musimy na zawsze, ale choćby do czasu, dopóki nie zażegnamy kryzysu. A i z Flintami może dałoby się coś ugrać. – Lewa ręka delikatnie mu się trzęsła. Nie chciał wyjść na szaleńca, choć tak pewnie mógł odbierać go lord Sorphon. Sam autorytet lorda nestora go trochę przerażał. Starszy Macmillan zdawał się być przyjemny, ale Anthony doskonale znał jego twardą rękę. – Całe to spotkanie jest farsą. Albo nie wyjdziemy z niego żywi, albo zaczną nas uciszać jak Alexandra. Niedługo nie dadzą nam możliwości sprzeciwu. – Tymi słowami zakończył swoje szeptanie.
Ciężko westchnął. Nie chciał, żeby nestor uznał go za kompletnego szaleńca, nawet jeżeli on na jego miejscu dokładnie tak by uczynił. Dyskusja dalej się toczyła. Nie musiał słuchać jej w całości by rozumieć na czym stali. Rozejrzał się po Prewettach, po Longbottomach… Niepotrzebnie on, ale i oni tracili nerwy.
Pomimo wszelkich niesnasek i nienawiści musiał przyznać rację Lucanowi. Chociaż na szczycie spotkali się głównie przedstawiciele szlachty i to oni mieli pierwszeństwo zabierania głosu, to i tak wszyscy lordowie i lady powinni pamiętać o tym, że rozprawiali o przyszłości całego angielskiego magicznego społeczeństwa. Próby uciszenia Abbotta świadczyły jedynie o tym, że miał rację.
Inna sprawa, że Lucan zwrócił uwagę na jeszcze jedną ważną i wątpliwą kwestię. Nagła zmiana nestora wśród Selwynów, szczególnie po tym jak wszyscy usłyszeli nową drogę tego rodu, była wysoce zastanawiająca. Próba uciszania Alexandra tym bardziej brzydko pachniała. Co jeżeli przy odejściu byłego lorda nestora ktoś pomógł? Co jeżeli była to właśnie stojąca przed wszystkimi Morgana?
Nie tylko ty masz takie podejrzenia, Lucanie – odezwał się i wstał ponownie, zwracając uwagę swojego wujostwa. Anthony jednak najbardziej obawiał się o reakcję lorda Sorphona. Czuł jak powoli zaczyna oblewać go zimny pot. Wiadomym było przecież jak dziwnie brzmiało zgadzanie się Macmillana z Abbottem, a jemu było dziwnie wypowiadać takie słowa. To było tak, jak gdyby pies próbował zgodzić się z kotem. – I ja niestety wątpię w to, co słyszę z ust szanownej lady Selwyn – sprecyzował, zerkając z żalem na wspomnianą przez niego czarownicę, która tak łatwo mówiła o zmianach w swojej rodzinie i tak pięknie próbowała wejść pomiędzy konserwatywną szlachtę ze swoimi poglądami. – A wnioski o uciszenie Was, lordzie Abbott, także wydają mi się podejrzane – tu rozejrzał się po przedstawicielach rodów konserwatywnych, którzy poparli wotum o wyciszenie Lucana z obrad. – Całe to zgromadzenie jest dla mnie, niestety, podejrzane i ukartowane od początku do końca… Za wybaczeniem, lordzie Malfoy, ale nie zamierzam przebierać w słowach, bo taka jest moja natura. Mówię to, co czuję i co mnie trapi. Bez knowania, kłamania i udawania. Tak wychowała mnie rodzina. Lepiej, żebym mówił wprost i od serca niż nie powiedział nic i pozwolił ot tak na to, co właśnie się dzieje. – Tu uniósł i rozwarł swoje dłonie, jak gdyby w przepraszającym geście, ale nie zamierzał przepraszać. Chciał zachować jak największy dystans od wszystkich, którzy napadali na Ministra. – Nie musicie nawet próbować głosować za moim uciszeniem, lordzie Shafiq. Uciszyliście swoimi czarnymi zapędami sześć znakomitych rodzin, z którymi w mniejszym lub większym stopniu jesteście powiązani bez względu na to czy te powiązania wam się podobają czy nie. Teraz będziecie próbować wotować każdego, kto choć raz napomni o tym, że wasza lordowskość nie kończy się na tytule posiadłości, krwi, o której tak wiele mówicie. Wasza lordowskość zależy od ludności, którą się opiekujecie na swoich ziemiach. Powinniście trzymać się daleko od Ministerstwa i Ministra, który wykonuje swoją pracę. Nie opiekujecie się swoją ludnością, jeżeli popieracie czarnomagiczne zapędy i patrzycie na nią przez krew. Jeżeli brzydzicie się nieczystokrwistych to nie wiem czym chcecie władać poza kamieniem i piaskiem – Nie zamierzał więcej krzyczeć. Mówił posępnie, zupełnie tak jak gdyby był zrezygnowany. Nie interesowało go już czy ktoś chce mu się wtrącić słowo, czy nie. Cała złudna nadzieja, którą wiązał z tym zebraniem prysnęła jak bąbel na wodzie. Nie obchodziło go już to czy ktokolwiek go słucha.
Miał wrażenie, że lord H. Longbottom przemawiał niepotrzebnie. Jedynymi, którzy go słuchali i próbowali zrozumieć było sześć… może siedem rodów, w tym i Macmillanowie. Niewiele jak na całe zgromadzenie „zacnych” i „znaczących” nazwisk w Skorowidzu, o którym tak chętnie mówili. Lady Selwyn dążyła do szaleństwa, co potwierdzało oburzające wydziedziczenie Alexandra. Lord Nott nie chciał nawet przyjąć choć odrobiny prawdy płynącej z ust Percivala. Anthony obserwował obecnie całe to spotkanie jak mierne przedstawienie zaserwowane przez konserwatywne rody. Co gorsza… naprawdę próbowała wyciszyć Alexandra. Młody Macmillan natychmiast powstał w momencie, kiedy ogłosiła ślub Luciny z lordem Burke.
Oszalałaś, żeńska głowo! – Wykrzyczał (w stronę Morgany). – Wstydzę się w imieniu wszystkich Selwynów, którzy nie mają odwagi głośno się tobie sprzeciwić z nieznanego mi powodu. Wstydzę się za was wszystkich i wasze matki!
Gniewnie spoglądał na lordów Malfoya i Avery’ego, którzy jawnie poparli deklaracje lorda Traversa. Rację miał Artur, który dobrze porównał samozwańczego lorda z Grindelwaldem. Mógłby i dłużej wyzywać ich wszystkich… ale tutaj powstał wywołany, zakapturzony czarodziej. Widząc reakcję Harolda, Anthony natychmiast wyciągnął różdżkę i stanął przed lordem Sorphonem, chcąc zasłonić go w przypadku, gdyby jakieś zaklęcie zostało wysłane i w jego stronę. Nie chciał stawiać życia swojego nestora na włosku.
A dobrze, że zareagował. Wystarczyło, że tajemniczy czarodziej się przedstawił, żeby Macmillan zrozumiał co się właśnie działo, a wystarczyła chwila, żeby pomiędzy mężczyzną a Ministrem rozpoczęła się krótka bitwa.
Lordzie Sorphonie, proszę trzymać się za mną – wyszeptał, widząc że kolejni lordowie stawali po stronie samozwańczego lorda. Swoją różdżkę wciąż trzymał wyciągniętą i gotową do akcji.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати


Ostatnio zmieniony przez Anthony Macmillan dnia 13.12.18 15:43, w całości zmieniany 1 raz
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Ruiny Stonehenge - Page 10 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]13.12.18 1:07
Przestał się dziwić dlaczego wuj Eddard zrezygnował ze swojego stanowiska. Archibald przyglądał się twarzom zebranych i w większości z nich widział złość. Nie skupiali się na słowach, które nie brzmiały tak jak ich własne. Podejrzewał, że choćby stanął na tym kamieniu i zaczął donośnie krzyczeć, dalej byłby ignorowany. Polityka antymugolska - tylko to mieli wypisane na czołach, w dodatku zaklęciem stałego przylepca. Zaśniedziali, żyjąc w swoich pięknych pałacach, nie wychodząc do prostych ludzi. Ich kontrargumenty były kłamstwem, manipulacją, narcyzmem. Zaledwie kilka rodów przyznało mu rację, co było swego rodzaju światełkiem w tunelu, ale bardzo długim i krętym. Chociaż Percival Nott postanowił się wyłamać - może w każdym konserwatywnym rodzie jest taka iskra nadziei? Kiwnął mu w odpowiedzi głową, zdobywając się na niemrawy uśmiech. Bez względu na to czy ich rody się pogodzą, co było mało prawdopodobne, był wdzięczny za wypowiedziane przez niego słowa. Dużo dla niego znaczyły.
- Lordzie Travers, minister jest realistą i chce unieszkodliwić panoszące się ostatnio zło. Pragnę zauważyć, że piastuje ten urząd od niedawna, i tak naprawdę nie dano mu szansy się wykazać - nie wiedział jakim cudem był jeszcze w stanie mówić tak spokojnie, bo miał wrażenie, że już dawno wyczerpał wszelkie pokłady cierpliwości. - Poza tym lord Selwyn nie rzuca tych oskarżeń bez powodu i na pewno przedstawi nam dowody jeżeli tylko dopuścimy go do głosu - dodał, nie mając już siły patrzeć na Traversa, ale kolejne słowa tego człowieka sprawiły, że Archibald niemalże spadł z kamienia. Zachwycanie się Czarnym Panem po kryjomu to jedno, ale jawnego poparcia dla mordu nie mógł zignorować. Nie dziwił się Lucanowi, który oburzył się na te słowa. - Czyli dla jakich idei? Jakich prawdziwych czarodziejów? Czy może się lord podeprzeć konkretnymi badaniami, które mówią, że przedstawiciele arystokratycznych rodzin lepiej czarują? To brzmi co najmniej bezsensownie - prychnął, już czekając na te głosy sprzeciwu, na to się zrzeknij tytułu jak ci nie pasuje co już dzisiaj usłyszał, ale nie miał siły komentować. Był Prewettem, arystokratą, i był z tego dumny. Nie chciał rezygnować z wieloletniej tradycji i porzucać rodowy majątek, ale nie bogactwo było w tym wszystkim najważniejsze, a szacunek do drugiego człowieka. Jak można kimś pomiatać tylko dlatego, że jest spokrewniona z mugolem? Czy ktokolwiek z nich zasłużył na urodzenie się szlachcicem? To przecież kwestia losu. - Poza tym kim jest ten twój lord Voldemort, lordzie Travers? Nie kojarzę takiego nazwiska ze Skorowidzu. Chyba, że się mylę, któryś z lordów Nott na pewno mnie poprawi - spojrzał na nich wyzywająco, ale nie oczekiwał odpowiedzi, doskonale ją znał. Nie istniał taki ród, więc tytuł był zbędny. Dlaczego tak się nim zachwycają?
Kwestia poruszona przez Lucana była ważna. Archibald również nie wierzył, żeby lord Fenwick nagle umarł - nawet wuj Eddard zwrócił na to uwagę na samym początku zebrania. Nie zamierzał jednak reagować; wystarczająco długo znał Morganę Selwyn, żeby być pewnym, że bardzo dokładnie to sobie zaplanowała. Może to błąd i powinien stanąć u boku szwagra, ale w tym momencie stracił wiarę.
- Lordzie Black, to nie do nas wejdą z buciorami, bo to nie my łamiemy prawo. Nie uśmiechamy się do Harolda Longbottoma tylko dajemy mu szansę na zaprowadzenie porządku. Uważamy, że podjęte przez niego kroki są słuszne, nawet jeżeli nie są proste. Pańskie słowa to zwykłe pomówienia - zwrócił się do Lupusa, zastanawiając się jak z takimi poglądami udaje mu się pracować w szpitalu. Wybiera sobie pacjentów? Leczy tylko tych godnych? Dotychczas Archibald nie odniósł takiego wrażenia, co było szczególnie zastanawiające.
- Nie przeczę, że na festiwalu miało miejsce kilka niechcianych incydentów, ale sytuacja została opanowana i nikomu nic się nie stało - odpowiedział na zarzuty odnośnie święta lata; ciężko było o stuprocentowe bezpieczeństwo, kiedy każde zaklęcie może zakończyć się stosem jadowitych węży, a uśmiechnięte dziecko zamienić się w miotacz ognia. Przecież nie mogli opanować anomalii na tak dużym obszarze. Chciał przypomnieć o licznych morderstwach na sabacie u Nottów, ale powstrzymał się. Ta myśl rozwinie tylko niepotrzebną dyskusję.
- Wiem czym jest stan wojenny, lordzie Rowle - odpowiedział oschle, nie mogąc uwierzyć jak sprytnie odwraca kota ogonem. Zresztą tak samo jak jego brat, Magnus, silny w słowach, a przed niebezpieczeństwem chowa się do szafy. - Dziękuję za lekcję historii. To wy proponujecie chaos, sprzeciwiając się rządom Harolda Longbottoma, a porównywanie tej sytuacji do Wielkiej Rewolucji Francuskiej to przesada. Aurorzy nie korzystają z zaklęć niewybaczalnych jak z gilotyny - odwrócił wzrok od Magnusa, nie mając zamiaru dalej się z nim użerać. Jeżeli mogła istnieć osoba, której nienawidził bardziej od Nottów, prawdopodobnie będzie to właśnie on.
Nie spodobało mu się, kiedy Morgana zwróciła się do niego po imieniu. To był oczywisty wyraz lekceważenia, do którego nie miała prawa pomimo bliskiego pokrewieństwa. W które zresztą ciężko mu było uwierzyć. - Ja mam oprzytomnieć? - Prawie się zaśmiał słysząc te słowa. - Chcę wierzyć, że to jednak ty przejrzysz na oczy - odpowiedział, nie mając zamiaru wdawać się z nią w dyskusje. Zerknął na jej synów, którzy zdawali się nigdy nie rozstawać, zastanawiając się, czy i oni kiedyś ją zdradzą z zamiarem dojścia do władzy. Obok nich zauważył Alexandra, zupełnie nie pasującego do rodziny, która powinna mu być tak bliska. Zastanawiał się czy podobieństwo do matki nie okazało się dla niego przekleństwem. Czy nie prościej byłoby po prostu stanąć po ich stronie?
Na początku nie dotarło do niego co się wydarzyło. Dopiero ciche szmery i podniecenie kazały mu skupić się na kolejnych słowach Morgany, choć nie odwracał wzroku od kuzyna. Nie mógł uwierzyć, że po prostu go wydziedziczyła. Wyrzuciła niepasujący element układanki, drugi proponując Burke'om do ożenku. Patrzył jak go wycisza i nakazuje odpowiednim służbom wyprowadzić go ze Stonehenge. Wiedział, że jego protesty niczego nie zmienią, chociaż miał ochotę wstać i plunąć lady Morganie prosto w twarz. Alexandrowi będzie lepiej bez nich. Pomoże mu. Niemniej dla niego właśnie w tym momencie miarka się przebrała. - Czyli tak to ma wyglądać? Każdy głos sprzeciwu od razu będzie wydziedziczany? - powiedział, odwracając się w stronę Morgany i lorda Notta. - To prawda, nasze rodziny przez wiele lat żyły w przyjaźni, ale ten okres dobiegł końca. Nie chcemy już mieć z wami nic wspólnego - pozwolił, żeby przemówiły przez niego osobiste przesłanki, ale w tej trudnej sytuacji nie potrafił odłożyć ich na bok. - Za to proszę lordów nestorów Ollivanderów, Longbottomów i Greengrassów o ocieplenie naszych stosunków. Powinniśmy byli zrobić to już dużo wcześniej - Teraz poczuł jeszcze większą determinację, żeby coś zmienić w tym chorym środowisku. Przedrzeć się przez pleśń.
Wstał, kiedy Minister wycelował różdżkę w tajemniczego mężczyznę, który okazał się tym legendarnym lordem Voldemortem. Z przerażeniem patrzył jak część szlachciców oddaje mu cześć, klękając i stając po jego stronie. Odruchowo zacisnął palce na swojej różdżce, będąc gotowym do reakcji. Nie mógł uwierzyć z jaką łatwością odbijał zaklęcia Longbottoma - naprawdę był potężny, te wszystkie opowieści nie były tylko mrzonkami. Spojrzał na Ulyssesa i Artura, mając nadzieję, że w razie potrzeby szybko zabierą stąd Julię i Mare i znikną. Wiedział, że szczególnie Julia sama tego nie zrobi. - I czego właściwie chcesz? - Zapytał nie za głośno, przyglądając mu się ze obawą, ale też ciekawością.

Proszę o pozytyw z Ollivanderami, Longbottomami i Greengrasami oraz negatyw z Selwynami.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]13.12.18 18:23
Słowa Salazara Traversa były odważne. Chyba jako pierwszy spośród zgromadzonych w Stonehenge czarodziejów zdecydował się tak otwarcie wyrazić swoje poparcie dla Czarnego Pana, a Amadeus nie mógł nie docenić brawury swojego krewnego – choć sam celował zwykle w nieco większą powściągliwość. Nie zdziwił się również, gdy lordowie Macmillan oraz Abbott natychmiast wytknęli mu herezję, nie po raz pierwszy udowadniając dziś, że za nic mieli czystość krwi i czarodziejską tradycję.
- Słowa lorda Traversa być może są dla niektórych z nas szokujące, lecz nie mniej prawdziwe – skomentował krótko, kiwając głową. - W czasach, gdy tak wiele rodzin odwraca się od szlacheckich wartości, dobrze jest zaobserwować, że są i takie, które do nich powracają. Traversowie są tu doskonałym przykładem. W ramach swojego uznania ród Crouch pragnie zaproponować ocieplenie relacji – czyż rody stojące na straży czystości krwi nie powinny były trzymać się razem? Czyż Traversowie nie czynili starań, aby odpokutować za dawne błędy? - Z kolei niedopuszczalne są w naszych oczach postawy lordów Macmillan i Abbott, a także Prewett. Nie będziemy ich tolerować i żądamy zerwania neutralnych stosunków – zadeklarował dobitnie, zwracając chłodne spojrzenie ku wymienionym przez niego szlachcicom, by zaraz skupić uwagę na lady Morganie Selwyn.
Po raz kolejny go zaskoczyła – ona, niewiasta. Z roztropnością odpowiadała swoim przedmówcom, a gdy w zaledwie kilku słowach odebrała Alexandrowi Selwynowi szlachectwo, Amadeus uniósł nieznacznie brwi, nie przewidziawszy takiego obrotu spraw. Był to zdecydowany krok; nie pusta deklaracja, jaką sugerowali jej wcześniej inni lordowie. Gdy, najwidoczniej idąc za ciosem, wystąpiła z propozycją zawarcia związku małżeńskiego pomiędzy lady Selwyn a jego kuzynem, lordem Burke, Amadeus musiał ostatecznie docenić tę przedziwną kobietę, emanującą siłą, z jaką najczęściej utożsamiał mężczyzn.
Pokiwał Craigowi głową, krótko mu gratulując, a następnie jego spojrzenie przyciągnął Eddard Nott, który najwidoczniej zdecydował się wystąpić w śmiesznej roli adwokata Nottów.
- Lordzie Nott, proszę powstrzymać te emocje – odezwał się, uśmiechając się kpiąco na widok złości, która malowała się w oczach starszego z Nottów. Choć doskonale wiedział, że większość z nich na szczęście prezentowała właściwe poglądy, nie mógł oprzeć się pokusie drobnej złośliwości. Wszyscy winni byli cierpieć za haniebne wystąpienie Percivala Notta. - Oczywiście nie śmiałbym wpływać na decyzję lorda nestora Septimusa. Nie podważam jego kompetencji i ufam, że wymierzy słuszną karę. Swoimi słowami chciałem jedynie wyrazić głęboką troskę o ród Nott… zanim splunie na stworzony przez siebie Skorowidz i pójdzie bratać się ze szlamami.
Kolejny uśmieszek zatańczył na jego ustach. To było wszystko, co miał do powiedzenia w tej sprawie.
Gdy głos wreszcie zabrał przywoływany przez niego nestor Septimus, Amadeus zamienił się w słuch, ciekaw słów Notta. Wyrok nie zaskoczył go; odebranie nazwiska było najsurowszą karą i skoro podobna decyzja zdążyła już paść, kolejni nestorowie najwidoczniej nie mieli zamiaru okazywać pobłażliwości i zastosować łagodniejszą karę.
Alexander Selwyn, Percival Nott… któż miał być następny?
Szlachcie tracili dziś swoje tytuły niczym drzewa jesienne liście.
Mile ucieszyło go również poparcie ze strony lorda Edgara Burke’a, dlatego i jemu skinął w podzięce głową, a następnie przeniósł spojrzenie na lorda Blacka. O ile nie mogło być mowy o jakiejkolwiek trwałej zgodzie między Crouchami a Blackami, od wieków pozostającymi w historycznym sporze, o tyle Amadeus musiał dziś wyjątkowo przyznać, że lord Lupus przemawiał mądrze. Dostrzegając jego spojrzenie, odwzajemnił je beznamiętnie, a następnie wysłuchał lorda Yaxleya, który również poruszył temat finansów. Cieszyło go to, że kolejne rody z wpływami w Ministerstwie podejmowały słuszną decyzję, wycofując swoje wsparcie dla jego odbudowy i działalności.
- Niechaj Minister Longbottom odbuduje Ministerstwo Magii cegła po cegle, bez użycia magii i ze swymi zaprzyjaźnionymi mugolakami, bo skarbiec Crouchów pozostanie dla niego zamknięty. Dołączając się do deklaracji lorda Blacka oraz lorda Yaxleya, my również nie mamy zamiaru wspierać finansowo instytucji rządzonej przez obecnego Ministra – rzekł stanowczo.
Musiał również przyznać, że dość ciekawa było stanowisko lorda Flinta, dlatego posłał mu pełne uwagi spojrzenie, nie komentując jednak lordowskich słów. Dotąd nie pojawiła się jeszcze propozycja kompromisu; jako doświadczony polityk Amadeus musiał oddać Flintowi pewien szacunek, lecz nie zmieniało to faktu, że Crouch nie miał zamiaru zmieniać swoich poglądów.
Dyskusja trwała; w pewnym momencie dołączył do niej wreszcie sam Harold Longbottom, przemawiając dość rozważnie, zważywszy na to, jakiej dysputy był właśnie świadkiem. Amadeus i tym razem powstrzymał się jednak od komentarza, dochodząc do wniosku, że wszystko zostało już powiedziane i Minister niewątpliwie zdawał sobie sprawę ze stanowiska atakujących go rodów.
Zresztą nie to było teraz najważniejsze.
Crouchowi zdawało się, że wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka; najpierw zakapturzona postać powstała, następnie poderwał się Longbottom, a już w kolejnej chwili w powietrzu świsnęły zaklęcia. Idąc w ślady wielu innych czarodziejów, sam podniósł się z miejsca i wydobył z kieszeni szaty różdżkę. Jak w spowolnionym tempie obserwował sunącą ku środku kręgu sylwetkę, z każdym krokiem tajemniczego mężczyzny uświadamiając sobie, kto jeszcze przysłuchiwał się ich obradom.
A gdy mężczyzna odrzucił przysłaniający jego twarz kaptur i wymówił swe imię, stało się jasne, że był to ten, któremu należał się największy szacunek.
W Stonehenge zapanowało poruszenie; Amadeusa nie dziwiło to nawet w najmniejszym stopniu, lecz widząc zmierzających ku Voldemortowi Rycerzy Walpurgii, uświadomił sobie, że wszyscy inni, ci żałośni miłośnicy szlam, nie mieli teraz żadnego znaczenia. Liczył się tylko Czarny Pan, który nie posłużył się ani słowem czy gestem, a jednak samą swoją postawą dawał swoim poplecznikom znak, że wzywał ich do siebie.
Tego wezwania nie należało zignorować.
Z pełną świadomością tego, co miał właśnie uczynić, Crouch podniósł się i opuścił rodowy sektor, zmierzając ku środkowi kręgu, gdzie zbierali się już inni. Gdy jednak przechodził obok sektora Lestrange’ów, jego spojrzenie padło na lorda Blaise’a i Crouch zawahał się na chwilę, myśląc o swoim drogim przyjacielu Theseusie i jego córce Marine, z którymi łączyły go tak ciepłe stosunki. Choć znał już stanowisko lorda Blaise’a, nie był pewien, jak zareaguje na wystąpienie Voldemorta – wydawał się być osobą, która mimo wszystko skrupulatnie analizowała sytuację przed wydaniem swojego sądu.
Ale teraz, gdy był z nimi Czarny Pan, właściwy sąd mógł być tylko jeden.
- Lordzie Lestrange – zwrócił się do Blaise’a, koncentrując na nim uważne spojrzenie. - Wypowiedział dziś lord wiele mądrych słów, dlatego chciałbym wyrazić wobec lorda swój głęboki szacunek. Nie ulega wątpliwości, że Lestrange’owie stoją po odpowiedniej stronie – stronie, która ceni czystość krwi i wiekowe tradycje, lecz dzisiejsze spotkanie pokazuje, że nasza walka o te ideały może być trudna. Czarny Pan jest silnym przywódcą, który ma realną szansę przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść, a ufając mu, dokonujemy najlepszego możliwego wyboru. Ja już go dokonałem i przez te wszystkie lata ani na moment nie zwątpiłem w słuszność tej decyzji – po części kierował te słowa do lorda Blaise’a, a po części do innych zgromadzonych. - Wyrażam więc głęboką nadzieję, że dołączy lord do mnie i do pozostałych, w tym lorda nestora Yaxleya, który wkrótce ma przecież poślubić drogą nam Marine Lestrange – rzekł na sam koniec, posyłając starszemu mężczyźnie ostatnie, bardzo znaczące spojrzenie.
Robił to wszystko dla Theseusa.
Następnie podążył ku Lordowi Voldemortowi, z pokorą zatrzymując się przed nim i chyląc nisko głowę w geście najgłębszego szacunku. Oto miał przed sobą czarodzieja, który posiadał nieznane żadnemu śmiertelnikowi umiejętności oraz siłę przywódczą i który imponował mu całą swoją postacią.
- Panie, jestem gotów na twe rozkazy – powiedział z powagą w głosie, po czym zajął miejsce wśród pozostałych popleczników Czarnego Pana.

proszę o zmianę stosunków rodowych na negatywne z rodami Abbott, Macmillan i Prewett oraz pozytywne z rodami Travers i Lestrange
Amadeus Crouch
Zawód : znawca prawa, dyplomata, poliglota po godzinach
Wiek : 40
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony

I had a taste for you, once

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6411-amadeus-crouch https://www.morsmordre.net/t6576-romulus https://www.morsmordre.net/t6440-pan-dyplomata https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6577-skrytka-bankowa-nr-1610#167556 https://www.morsmordre.net/t6575-amadeus-crouch#167554
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]13.12.18 22:27
Nie mogłem tego znieść. Tej całej otoczki przekrzykiwania się i zamiast mówienia o konkretach, to czczym gadaniem. Miałem ochotę westchnąć ciężko, rozmasować skronie i przejść się wokół Stonehenge, by zebrać myśli i się uspokoić, ale byłem Blackiem. Stałem dumnie wyprostowany, niczym struna, zachowując spokój i należny arystokracji dystans. Było ciężko. Różdżka sama rwała się do działania, ale niestety jedyne, co mogłem zrobić, to powyrywać wszystkim krzykaczom zęby. Gdyby nie surowe spojrzenie zarówno lorda Acruxa jak i ojca, to być może poświęciłbym swoją reputację dla uciszenia tych wszystkich krzykaczy, niegodnych pozycji jakie zajmowali. Szczególnie nieprzychylne spojrzenie powędrowało w stronę lorda Greengrassa, bezczelnego jakby był częścią motłochu, nie szlacheckiego rodu.
- Dla ciebie lord Black, sir. Mam swojego ojca i jestem Merlinowi wdzięczny, że jest nim lord Pollux, a nie ktoś, kto etykiety nie widział na oczy – odparłem chłodno, bo jego protekcjonalizm i lekceważenie były ogromną obrazą. Ja, synem Greengrassów, dobre sobie. – Te anomalie nie naprawiły się same lordzie Greengrass. Naprawili je czarodzieje, którzy sprzeciwiają się bierności ministerstwa i są niezadowoleni z jego opieszałości. Może lord spytać pracowników Oddziału Kontroli Magicznej z ilu miejsc udało im się przegonić załamania magii, jeśli będą szczerzy, odpowiedzą, że z żadnego – dodałem, bo ta kwestia wymagała wyjaśnienia. Nie zamierzałem jednak robić nikomu wykładu na temat istnienia dwóch wrogich frakcji i sprzedawania rozwiązania na zaleczenie anomalii. Zamiast tego skinąłem głową zarówno Tristanowi jak i Morgothowi, z którymi byłem dziś zgodny; co w przypadku tego pierwszego było zjawiskiem mocno nadzwyczajnym, ale dzisiaj musieliśmy być jednością. Jako konserwatywny głos rozsądku i jako Rycerze Walpurgii.
Bez emocji przyglądałem się aż dwóm scenom wydziedziczeń. O ile sprawa Alexa była do przewidzenia, o tyle po Percivalu spodziewałem się czegoś lepszego niż bycie szlamolubem. Cóż, z pewnością zajmie się nim Czarny Pan lub jego poplecznicy. Widocznie bardzo chciał umrzeć, to nie była moja sprawa. Przeniosłem spojrzenie na lady Morganę, która udowodniła swoją siłę. Było jednak za wcześnie na wyrokowanie, a poparcia kandydatury na nestora rodu nie potrzebowała, dlatego nie powiedziałem nic na ten temat. Propozycja połączenia lorda Burke i lady Selwyn węzłem małżeńskim wydała mi się niedorzeczna, więc uniosłem brwi. Znałem rzeczoną Lucindę i wiedziałem, że to niereformowalna istota, która prędzej odgryzłaby Craigowi głowę niż zgodziła się na ten ślub, ale nie wypowiedziałem swojego zdania. To były wewnętrzne sprawy Selwynów.
- Lordzie Flint, co to za herezje? – spytałem, nie dowierzając, że związani z nami tak blisko Flintowie mówili takie bzdury, a jeszcze atakowali swoich własnych sojuszników. Nie mogłem w to uwierzyć, może się przesłyszałem? – Lord Longbottom ucieleśnia wszystko, co sprzeczne z konserwatywnym duchem arystokracji. Dlaczego mielibyśmy go popierać na stanowisku ministra? To niedorzeczne – dodałem nieco roztrzęsiony. Dobrze, że nie było tu naszej matki, bo chyba padłaby na zawał słysząc podobne przemówienia z ust krewnych. – Lordzie Risteardzie, mam nadzieję, że to nie jest stanowisko wszystkich Flintów? – dopytałem, nim zostaniemy zmuszeni do odcięcia się od zarażonego pędu drzewa arystokracji. Rosierowie już to zrobili, ale we mnie wciąż tliła się nadzieja, że to tylko chory pomysł zagubionego w rzeczywistości człowieka, nie całej rodziny. Bo gdyby mówili o kimś innym na stołku ministra, to może byłoby to do przełknięcia, ale w takiej formie to już zbrodnia przeciwko tradycjom. Dobrze, że z odsieczą przyszli lord Malfoy i lord Crouch oraz kilka innych rodów, którzy zadeklarowali brak poparcia dla ministerstwa. Stworzenie odrębnego organu władzy, niebędącego pośmiewiskiem na międzynarodowej arenie oraz głoszącego godne poglądy brzmiało jak piękny sen, ale przy odrobinie chęci mógł się on ziścić. Gdyby tylko zyskać więcej poparcia dla tego pomysłu, to byłby on naprawdę realnym planem na najbliższą przyszłość. Tylko co z tym cholernym Longbottomem… nie brzmiał tak, jakby się przestraszył lub zmienił swoją decyzję, co tylko pogłębiało wewnętrzną frustrację. – Lordzie Prewett, my także nie łamiemy prawa, co to za insynuacje? Znów obrzucacie nas oskarżeniami niepopartymi żadnymi dowodami. Sądzę, że impertynencja Prewettów w ochronie bezpieczeństwa uczestników festiwalu lata wymaga większej inwigilacji niż smoki, trolle czy sumiennie wykonywane obowiązki rodowe – rzuciłem w odpowiedzi na spekulacje oraz oszczerstwa. – I nie, wspomnienia nie są żadnym dowodem. Jak wiemy, można je dowolnie modyfikować, zwłaszcza jeśli jest się legilimentą – dorzuciłem jeszcze, w razie gdyby ktoś postanowił jednak wziąć na poważnie słowa wydziedziczonego młokosa. Odetchnąłem, mając nadzieję, że niczego nie pominąłem, choć patrząc na to jak zgrabnie przemilczane zostały moje argumenty, to nie powinienem mieć żadnych wyrzutów sumienia. – Korzystając z okazji, że jesteśmy tutaj wszyscy i każdy z rodów zabrał głos – zacząłem chwilę później. – Z powodu rodzinnych powiązań, zbliżającego się ślubu oraz zbieżności w poglądach w imieniu całego starożytnego rodu Black chciałbym zaproponować Yaxleyom sojusz mający być przypieczętowaniem naszych ciepłych relacji – powiedziałem spokojnie. – Tak samo uważamy, że nawrócenie się rodów Travers i Fawley powinno zażegnać uprzednie niesnaski spowodowane rozbieżnością w poglądach i wynieść relacje na neutralny grunt – mówiłem dalej. – A także przez wzgląd na rażące niezgodności polityczne i światopoglądowe zmuszeni jesteśmy do ochłodzenia stosunków rodowych z rodzinami Abbott, Macmillan i Ollivander – zakończyłem to, co miałem mówić. Właściwie zamierzałem ponownie usiąść i wysłuchiwać dalej wzajemnych przepychanek wśród całej szlacheckiej gawiedzi, ale wtedy stało się wiele niespodziewanych rzeczy. Otóż był wśród nas. On, lord Voldemort, ten, który rozpoczął wszystko. Stanął naprzeciw Longbottomowi. Od razu wyciągnąłem z kieszeni różdżkę, gotowy do reakcji. Rzuciłem ponaglające spojrzenie Alphardowi. – Panie – powiedziałem, po czym oddałem mu należną cześć. Nie ruszając się jednak z miejsca i nie opuszczając głowy za nisko; musiałem obserwować to, co się działo, by w razie czego interweniować w ten czy inny sposób.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]14.12.18 2:22
Zdecydowana większość rodów odrzucała rządy Longbottoma, dzięki czemu Edgar zachowywał spokój i czuł się pewnie. Wymyślanie kolejnych kontrargumentów mijało się z celem, ponieważ promugolskie rody zdawały się bez przerwy powtarzać te same zarzuty. Ciągle odbijanie piłeczki go nie bawiło, więc wolał zamilknąć i obserwować. Uszu używaj częściej niż języka - tak głosiło jego rodzinne motto. Wielbicieli mugoli naliczył zaledwie sześć, ewentualnie siedem z Weasley'ami, lecz ich obecność w Skorowidzu wciąż pozostawała dla Edgara tajemnicą. Jakim cudem udało im się utrzymać czystą linię? To chyba był czysty przypadek. Tak czy inaczej ta ilość rodów to zaledwie garstka, która mogła krzyczeć do woli, a i tak nic nie zmieni. Odezwał się do dopiero po słowach Skamandera, jawnie obrażającego jego krewnego, a co za tym idzie, ich wszystkich.
- Szanowny panie - nie zdołał zapamiętać jego nazwiska. - to są brednie. Kolejny raz to powtórzę, i będę tak powtarzać do znudzenia, że lord Craig Burke nie spędził w Azkabanie nawet jednego popołudnia. To są insynuacje, których nie możecie nawet podeprzeć dowodami. Zarzuty stawiane przed moim bratem, lordem Quentinem, też są wyssane z palca. Zresztą słusznie przed chwilą zauważył, że to ciągłe czepianie się mojej rodziny to zapewne nic innego jak wynik wrogości pomiędzy naszymi rodami. Wykorzystywanie władzy do dawania upustu swojej niechęci jest niedopuszczalne - w zasadzie znajdował rozrywkę podczas kłamania tym ludziom prosto w twarz, udawania oburzenia i sprzeciwiania się ich, bądź co bądź słusznym, oskarżeniom. Delektował się tą władzą i nienaruszalnością. Faktem, że zdecydowana większość ich zarobków pochodziła z nielegalnych źródeł, ale nikt nie miał wystarczającej siły, żeby im to zabrać. Gdyby mógł, zaśmiałby im się prosto w twarz.
- Lord Shafiq poruszył tutaj istotną kwestię. Mugole, których tak staracie się chronić, nie są tacy jak wcześniej. Przebudziła się w nich magia, której nie rozumieją, nie potrafią jej kontrolować. Stanowią poważne zagrożenie. Sieją zamęt - zauważył, spoglądając na przedstawicieli promugolskich rodów. Pozostawienie ich samych sobie oznacza katastrofę. Tylko czekać aż uda im się dostać do czarodziejskich enklaw. Trzeba z tym zrobić porządek zanim zabraknie miejsca dla czarodziejów, co z kolei zauważył lord Rosier.
- Lordzie Greengrass, lordzie Ollivander - zwrócił się do przedstawicieli dwóch pozostałych rodzin, których słowa wywołały w nim chęć sprzeciwu. - Nasze poglądy za bardzo się różnią, byśmy mogli utrzymać neutralne stosunki - powiedział, nieszczególnie martwiąc się powstaniem nowych wrogów. Na tym szczycie pozyskał jeszcze więcej sojuszników, którym mógł chociaż częściowo zaufać. - Natomiast idąc za lordem Crouch również chcę zaproponować Traversom powrót do pozytywnych relacji. To samo proponuję rodowi Parkinson, który niejednokrotnie dzisiaj utwierdził mnie w przekonaniu, że czekający nas w niedalekiej przyszłości ślub tylko umocni powstały sojusz - kiwnął głową dwóm wspomnianym nestorom, oddając im należyty szacunek. Następnie głos zabrała lady Selwyn, a jej zdecydowany krok wywołał w Edgarze zadowolenie. Możliwe, że faktycznie była w stanie zrobić wiele, by stać się szanowaną w tym ciasnym gronie. Jednak jej kolejne słowa wcisnęły go w kamień - nie spodziewał się takiej propozycji. Nie Lucindy, i z pewnością nie dla swojego kuzyna. Przez chwilę nie odpowiadał na tę niespodziewaną propozycję, próbując szybko rozważyć wszystkie za i przeciw, lecz każda sensowna myśl sprowadzała się tylko do jednej. Nie potrafiłby zaakceptować tego związku. Nie zdążył jednak zareagować zanim Craig sam odpowiedział. - Nie - urwał, posyłając kuzynowi znaczące spojrzenie. Musiał zapamiętać, że od teraz ostatnie słowo należy do Edgara, i nie ma prawa się z nim sprzeciwiać. - Nie możemy przyjąć tej propozycji - powtórzył, zwracając się do lady Morgany. - Niejednokrotnie padły dzisiaj słowa o rzekomych poglądach lady Selwyn, w dodatku z ust człowieka, który został przed chwilą wydziedziczony. Śmiem sądzić, że to małżeństwo długo by nie przetrwało - powiedział, a choć była to tylko część bardziej skomplikowanej prawdy, przeważyła na tej decyzji. - Niemniej doceniam chęć polepszenia naszych stosunków i w związku z tym na początku proponuję wyjście na neutralny grunt - Faktycznie nie chciał zostawać z Selwynami w negatywnych stosunkach skoro wyraźnie zaczęli się nawracać, jednak wiedziony wrodzonym brakiem zaufania, nie potrafił od razu zaoferować im niczego więcej. - Lordzie Fawley, tobie również chciałbym złożyć podobną propozycję - żaden ród, który wypowiadał się dzisiaj z sensem, nie mógł pozostać ich wrogiem.
Potem skupił się na słowach Ministra, czując na sobie jego przenikliwe spojrzenie. Odpowiedział mu tym samym, nie do końca potrafiąc go rozgryźć. Chociaż czuł, że ostatnie słowa jego wypowiedzi zostały wycelowane szczególnie pod adresem Burke'ów. Mina mu stężała, ale nie zdążył zebrać się na odpowiedź, bowiem stojący na uboczu mężczyzna postanowił ujawnić swoją tożsamość. Wstał, kiedy tylko okazało się, że to Czarny Pan. Jedyny człowiek, który swoją siłą był w stanie zakończyć tę farsę i zaprowadzić czarodziejów do zwycięstwa. Ukłonił się przed nim, oddając mu w ten sposób swój szacunek. Nagie przedramię zaczęło swędzieć przez brak Mrocznego Znaku, a niepodejście do Próby nigdy wcześniej nie wydawało mu się tak błędne jak teraz.

Proszę o negatyw z Greengrassami i Ollivanderami, pozytyw z Traversami i Parkinsonami, neutral z Selwynami i Fawley'ami.


We build castles with our fears and sleep in them like
kings and queens

Edgar Burke
Zawód : nestor, B&B, łamacz klątw
Wiek : 35
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Gdybym był babą, rozpłakałbym się rzewnie nad swym losem, ale jestem Burkiem, więc trzymam fason.
OPCM : 25 +5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 30 +1
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t3108-edgar-burke#51071 https://www.morsmordre.net/t3159-nie-stac-mnie-na-wlasna-sowe#52274 https://www.morsmordre.net/t3158-gburek#52271 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t4912-skrytka-bankowa-nr-811#106945 https://www.morsmordre.net/t3160-edgar-burke#52278
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]14.12.18 3:00
Nie odezwał się już więcej. Nie dał się sprowokować nieprzyjemnościom wypływającym z ust lorda Croucha, chociaż w innych okolicznościach dobyłby różdżki, broniąc honoru rodziny, mimo iż zdawał sobie sprawę z tego jak haniebnego czynu dopuścił się jego brat. Z bólem przyjął decyzję lorda Septimusa, ale zdawał sobie sprawę z tego, że była to jedyna decyzja, na jaką mógł zdecydować się nestor. Dlatego nic nie zrobił, nawet nie drgnął, nie obdarzył brata spojrzeniem. Siedział wytrwale skamieniały, wpatrując się w rozciągającą się przestrzeń. Inara, martwił się o jej przyszły los i chciał, aby rodzina zdecydowała z korzyścią dla niej. Jeżeli jego była bratowa zostałaby w Nottinghamshire z pewnością zaoferowałby swoją pomoc i wziąłby odpowiedzialność za nią i dziecko, które w sobie nosiła. Wszak jeszcze lady Nott nie zawiniła i zasługiwała na należytą opiekę, w końcu niedługo miała wydać na świat potomka Nottów. Zerknął na nestora i ojca, jakby oczekując od nich odpowiedzi związanej z dalszym losem bratowej.
Nie był jedynie świadom tego, że za chwilę i jemu przyjdzie opuścić rodzinny sektor. Z dziwnego rodzaju napięciem patrzył na zakapturzoną postać. Proces ujawniania się był długi, jakby przeciągany w majestatycznej chwili, którą Pan zdawał się napawać. Ze spokojem przyglądał się krótkiemu pojedynkowi pomiędzy obecnym Ministrem Magii a Lordem Voldemortem. Przez moment jedynie wahał się, nie wiedząc czy powinien się ujawniać jako sługa Czarnego Pana, ale wtedy u jego boku zaczęli zjawiać się najznakomitsi Rycerze Walpurgii i Śmierciożercy. Wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni płaszcza, który miał na sobie. Rozejrzał się jedynie, a jego spojrzenie spoczęło na Lysandrze. Chociaż nigdy nie było między nimi wyjątkowej relacji braterskiej to od tej chwili byli zdani jedynie sami na siebie. Z czterech dumnych synów ostało się tylko dwóch. Następnie dumnie wstał z kamiennego siedziska, rzucając spojrzenie na trybuny, na wszystkich zebranych tu Nottów. - Lysandrze - wymówił imię brata i chociaż chciał stać się podporą dla niego w tym trudnym czasie to sam nie umiał znaleźć słów wytłumaczenia czy też wyjaśnienia. Myśli kłębiły się, nie dając zaznać mu spokoju. Twardym spojrzeniem jakby chciał zmotywować brata do wzięcia się w garść, a być może przekonać go do tego, aby poszedł jego śladem, tak jak uczyniła to lady Melisande? Zszedł z trybun, nie oglądając się za siebie, nie chcąc poznać spojrzeń nestora i ojca, nie chcąc poznać ich opinii na jego działanie. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że z powodu występku brata i on powinien mieć się na baczności, być może będzie obserwowany, a jego wierność może być kwestionowana. A mimo to stanął przed Czarnym Panem z ukorzeniem klęknąwszy przed nim.
- Panie, jako twój pokorny sługa jestem gotów na twe rozkazy - powiedział stanowczo. Nie miał wątpliwości, zwracał się ku temu, który od lat stał po tej samej stronie. Stanął w szeregach tych, którzy gotowi byli oddać własną krew za sprawę. A przede wszystkim stanął przeciwko temu, który wbił nóż w jego plecy.
Eddard Nott
Zawód : quia nominor leo
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
So crawl on my belly 'til the sun goes down
I'll never wear your broken crown
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6094-eddard-nott https://www.morsmordre.net/t6134-icarus https://www.morsmordre.net/t6133-you-can-t-be-trusted-around-me https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6135-eddard-nott
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]14.12.18 14:08
Elise nie potrafiła w to wszystko uwierzyć. Nie chciała w to wszystko uwierzyć. Percival, jej kuzyn, który był prawie jak brat, publicznie głosił poglądy tak odmienne od stanowiska rodu. Choć zawsze uczono ją, że zdrajcy krwi są zgniłymi gałęziami, które należy kategorycznie odcinać, nigdy nie pomyślałaby, że taka zgniła gałąź może znajdować się tak blisko, w jej najbliższym otoczeniu, a ona nigdy tego nie zauważyła. Może nie chciała zauważyć? Lub może Percivalowi rzeczywiście coś się stało, uderzył się w głowę, padł ofiarą anomalii lub jakiegoś zaklęcia? Patrzyła na niego z przerażeniem i niedowierzaniem, czując się, jakby zamiast Percivala, którego znała od urodzenia, zobaczyła zupełnie innego człowieka. Kogoś obcego. Kogoś, kto publicznie deptał zasady rodu Nottów, kto przeciwstawił się nestorowi i popierał szlamolubów, był gotów poświęcić wszystko, co miał oraz więzi z rodziną, by stanąć w obronie brudnych mugolaków.
Wolałaby wierzyć, że naprawdę nie zrobił tego z własnej woli, a przez uraz lub zaklęcie postradał zdrowy rozsądek. Ale niestety, pozostawało jej uwierzyć w twarde fakty. Percival się wyłamał, zdradził ich rodzinę. Zdradził swoich bliskich, a także ją. Był jej niemal jak brat, a jednak ją zdradził. Jak przystało na egoistkę odbierała to dość osobiście, bo naprawdę poczuła się zdradzona. Czuła się, jakby ktoś chlasnął ją prosto w twarz lub wylał na głowę kubeł lodowatej głowy – osoba, którą znała od urodzenia i której przekonań była pewna, okazała się kimś innym, niż zawsze wierzyła, że była.
Zdała sobie też sprawę z innego faktu – co, jeśli przez akt zdrady Percivala inne rody stracą do nich szacunek? Co, jeśli nikt nie będzie chciał jej poślubić w obawie przed tym, że Percival mógł wsączyć w jej głowę toksyczne, zdradzieckie poglądy? Co, jeśli z jego winy zostanie starą panną? Myśląc o tym, spojrzała na niego znowu – ale już nie z sympatią, jak zawsze. Teraz w jej oczach czaiła się czysta niechęć i pogarda. Choć była tak młoda, również była gotowa wyrzec się wszystkich więzi ze zgniłą gałęzią, która po słowach nestora, jakie nastąpiły po chwili, już nie miała prawa nazywać się Nottem. Nie zamierzała ucierpieć przez jego przewiny i haniebną zdradę.
Czy tego właśnie chciałeś, Percivalu? Stać się nikim, zerem bez nazwiska, plugawym zdrajcą krwi taplającym się w szlamie? Czy chciałeś porzucić swoją rodzinę, a także swoją żonę i nienarodzone dziecko? Nie miała pojęcia, co stanie się z Inarą, ostatecznie nie była niczemu winna, a bez wątpienia to ona najbardziej ucierpi. Czy zostanie zdrajczynią, jak mąż, czy może pozostanie na łonie rodu, żyjąc samotnie jak wdowa, już bez męża, który odwrócił się od Nottów i także od niej?
Gdyby nie to, że znajdowali się w miejscu publicznym, w obecności członków wszystkich rodów, miałaby ochotę się na niego rzucić. Uderzałaby w niego drobnymi piąstkami, zanosząc się płaczem i pretensjami, krzycząc, jak bardzo nienawidzi go za to, że zdradził ją i rodzinę. Ale mogła tylko stać i patrzeć na to, jak Percival Nott na własne życzenie staje się Percivalem bez nazwiska. Wyklętym przez ród zdrajcą krwi. I nikt nie mógł już nic z tym zrobić – jej krewny sam obrał drogę, niezgodną ze ścieżką, którą od wieków kroczyli Nottowie. I nie miała już nawet prawa nazywać go swoją rodziną – z chwilą zdrady stał się kimś obcym. Wrogiem rodu.
Ciężko było jednak w jednej chwili zapomnieć o uczuciach żywionych przez całe wcześniejsze życie. Trudno było wymazać wszystkie wspomnienia, w których Percival, mimo tak znaczącej różnicy wieku, był kimś jej bliskim, jedną z najbliższych osób w Ashfield Manor. Może dlatego, przez te dzielące ich czternaście lat, nigdy niczego nie zauważyła wcześniej? Ostatnie siedem lat, nie licząc wakacji, spędziła wszak w Hogwarcie.
Nie interesowały jej już polityczne dysputy, nie słuchała nawet przemawiającego ojca, który, choć bez wątpienia mocno ugodzony zdradą bratanka, starał się ratować honor rodu i wyjść z sytuacji z twarzą. Nie słuchała ministra ani jego przeciwników i zwolenników, przekrzykujący się lordowie stracili na znaczeniu w obliczu tego, co działo się tuż obok niej. Myśli Elise krążyły wokół Percivala i jego zdrady, przynajmniej do momentu, kiedy na środek kręgu nie wyszedł tajemniczy mężczyzna, który wcześniej ukrywał tożsamość, a później przedstawił się jako Voldemort. Patrzyła w zdumieniu, jak niektórzy przedstawiciele konserwatywnych rodów, w tym Eddard, idą w jego stronę lub skłaniają się. Co się tutaj działo i dlaczego? Nie potrafiła tego zrozumieć, choć nazwisko to było jej znane z dyskusji o pożarze w ministerstwie, więc mogła powiązać je z czarnoksiężnikiem, który budził powszechną grozę. Z pewnością nie wiedziała o nim jednak tego co Eddard. Jej pytające spojrzenie spoczęło na kuzynie. Sama stała jednak w miejscu, choć nie ulegało wątpliwości, że pójdzie za swoim rodem, wierząc, że cokolwiek postanowi nestor, jej obowiązkiem było dostosować się do woli Nottów, bo ród był dla niej wartością nadrzędną. Szkoda, że dla Percivala najwyraźniej nie.
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott

Strona 10 z 23 Previous  1 ... 6 ... 9, 10, 11 ... 16 ... 23  Next

Ruiny Stonehenge
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach