Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Ruiny Stonehenge
AutorWiadomość
Ruiny Stonehenge [odnośnik]22.04.15 0:36
First topic message reminder :

Ruiny Stonehenge

Na terenach Wiltshire, w pobliżu miasta Salisbury znajduje się, pochodzący z epoki neolitu albo brązu, krąg Stonehege, który od wieków skupia naukową społeczność czarodziejów. Przy kamiennych głazach odbywa się większość istotnych dla niemugolskiego świata konferencji, których głównymi gośćmi są przede wszystkim głowy czystokrwistych rodów i najznakomitsi czarodzieje swojej epoki zasłużeni pozycją jak i dokonaniami. Stonehege ma także wielkie znaczenie dla wszystkich astronomów - dzięki niemu można odczytać więcej z gwiazd niż byłoby to możliwe przy wykorzystaniu tradycyjnych narzędzi. Jednak nie jest to zadanie łatwe, tylko kilku znawców nieba na świecie wie, jak posługiwać się siłami zaklętymi w kamieniach.

16 września Stonehenge zmieniło się w stertę gruzów pozbawionych ładu, za sprawką potężnego trzęsienia ziemi, wywołanego podczas obrad arystokracji.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ruiny Stonehenge - Page 21 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]18.03.20 20:32
Praktycznie trzymając nos przy ziemi, mógł gonić za tropem, który normalnie pozostawałby dla niego nie do uchwycenia, lecz dzięki odpowiedniemu wspomaganiu, Lyall posiadał zwiększoną wydolność. Co równocześnie przekładało się na jego zdolności operacjonalizacji w terenie. Potrzebował tej pewności własnej niezawodności, bo w końcu bez tego kim by był? Żył pracą i dla pracy. Wszak tylko ona mu pozostała i, mimo że posiadał jeszcze skrawki rodziny, nie przebywał z nią w takich relacjach, w których były normalni bliscy. Jedynie z Randallem jeszcze rozmawiał lub właściwie słuchał jego słów, by gnieździć w sobie całkowity sprzeciw. Nie chciał wracać do społeczeństwa, co próbował mu wyperswadować brat. Nic tam na niego już nie czekało. Już nie miał dla kogo istnieć, dlatego pozwalał na to, by trawiły go jego własne uczucia i zjadały resztki dawnej osobowości. Osobowości, która zacierała się, aż wkrótce całkowicie miała zniknąć. Być może już się to stało. Lupin nie zastanawiał się nad tym, wcale nie tęskniąc za tamtym sobą. Nie pamiętał, jak to było cieszyć się z drobnych rzeczy i dostrzegać cudowność chwil. Jak to było czekać na spotkanie z ukochaną osobą, skoro teraz jedyne co znał to wyczekiwanie na wilkołaczy trop oraz walkę, która na koniec miała się rozegrać. Między człowiekiem a potworem. A może między dwiema bestiami, tylko jedna z nich zachowywała ludzki kształt? Już dawno przestał postrzegać siebie w ten normalny sposób. Zatracił przywilej bycia częścią własnej rasy w chwili, w której podniósł rękę na drugą osobę. W momencie, w którym odebrał życie i stał się nikim więcej a mordercą. Gardził nimi, nienawidził ich, dlatego potępił również i samego siebie spychając się w odmęty ciemności zachowując jedynie swoje ciało.
Ciało, które wykorzystywał już tylko do mechanicznego działania mającego na celu wytępienie resztek przeklętych dzieci. Mimo że robił to dobrze, mimo że znał się na swoim fachu, nie mógł przewidzieć wszystkiego, co mogło przytrafić się podczas tropienia. A na pewno nie tego, że ktoś znów mu przeszkodzi. Pamiętał dobrze dzieciaka, który zaskoczył go, pojawiając się w środku chwytania rozwścieczałem bestii oraz faktu, że kolejnym potworem, którego schwytał, był znajomy auror... Auror, który teraz nie miał prawa wykonywania zawodu, gdy całe biuro zostało zrównane z ziemią. Lupinowi to jednak nie przeszkadzało. Nie interesowali go ci, którzy odeszli. Wybrali swoje strony, on pozostał tam, gdzie wcześniej, wierząc tylko w siłę pracy. Niczego więcej. Znał się na wilkołakach i pościgu, lecz nie na życiu. Dla niego pozostanie w Ministerstwie Magii było oczywistością i nie rozpatrywał tego pod pretekstem politycznym. Polityka w ogóle go nie obchodziła, tak samo jak jakaś trwająca wojna. On prowadził swoją własną, a to, co się działo, nie leżało w kręgu jego zainteresowań. Nie w momencie, w którym coś podobnego rozmazywało się w jego wspomnieniach, pozostawiając smak popiołu na języku. Bo przeszłość i przyszłość, którą mógł mieć, utracił wraz ze spaleniem jedynej miłości mającej odbicie w jego istnieniu. To z nią planował to wszystko, a gdy jej zabrakło, nie istniała dla niego żadna wizja wszechświata wyzbyta postaci Laurel. Miał już tylko wieczną pogoń.
Pojawienie się kolejnej osoby w takim miejscu, jakim było Stonehenge — lub właściwie jego pozostałości — graniczyło z cudem. A na pewno kogoś, kto nie był brygadzistą ani wilkołakiem. Dlatego gdy tylko dotarł do kamiennego kręgu, Lyall z łatwością odnalazł pachnącą i ubraną w drogie rzeczy dziewczynę. Wyglądała doprawdy żałośnie i... Komicznie. Irracjonalnie w swoich bogatych sukniach, które kontrastowały z brudem ziemi oraz ciemnościami powoli zaczynającymi panować nad okolicą. Pojawiła się w najmniej spodziewanym momencie w najmniej dogodnym miejscu. Lupin nie ukazał się jej z początku, ale nie zamierzał jej tam zostawiać samej. A przynajmniej leżało to w jego interesie — by nie mieć kolejnej śmierci na sumieniu ani nie mieć następnego wilkołaka do ścigania. Zaszurał o pozostałości po kamieniach, by zwrócić uwagę dziewczyny, gdy stanął w odległości, z której mogła go dostrzec, a następnie przyłożył tylko palec do ust. Chciał niewerbalnie przekazać, by zachowała ciszę. Ostatniego czego chciał, to by spłoszyła chowającego się gdzieś niedaleko wilkołaka albo by zagłuszyła działanie eliksiru. Cóż... Jej uderzające szybko serce oraz ostry zapach perfum już i tak bombardowały wyostrzone zmysły brygadzisty. Brygadzisty, który przeszedł kawałek dalej, znów niknąc w ciemnościach i zatrzymując się, by nasłuchiwać.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]26.03.20 9:12
Uparcie powstrzymywała napływające do oczu łzy przed zroszeniem pobladłych od strachu policzków; nie wiedziała, dlaczego reagowała tak emocjonalnie, przecież nie przez upadek, ten został zamortyzowany przez wysokie, wciąż mokre pod porannego deszczu trawy. Czyżby sączone do ucha opowieści o tych, którzy mogliby ją skrzywdzić, aż tak nią wstrząsnęły? Czyżby obawiała się, że i tutaj, na ziemiach Malfoyów, coś jej groziło...? Przecież to nonsens, nic innego. Nie miała powodów, by nie wierzyć, że Londyn był teraz zbyt niebezpieczny, że musiała się od niego trzymać z daleka i zapomnieć o premierach, wystawach, lecz przecież tutaj, w sercu Wiltshire, nikt nie mógł jej tknąć. A przynajmniej tak sobie mówiła, choć zarówno towarzyszące jej na co dzień panienki, jak i zatrudniony przez ojca czarodziej, który w założeniu miał otaczać ją opieką, byli teraz daleko. Zapewne błądzili po lesie, próbując odnaleźć ślady kopyt, a dzięki temu - drogę, którą wybrała.
Śledziła spłoszonego wierzchowca wzrokiem, lecz wciąż nie widziała wyraźnie i ostro; rumak był więc jedynie ciemną, malejącą z każdą chwilą plamą. Miała ochotę krzyknąć, spróbować przywołać go po raz ostatni, głos jednak ugrzązł jej w gardle. Próbowała nie poddawać się panice wywołanej tą dość niecodzienną sytuacją - wszak na pewno jej szukali, musieli, jeśli nie chcieli zaznać gniewu jej ojca. Rozsądek podpowiadał, że powinna zawrócić, ruszyć w kierunku, z którego przyszła, lecz przecież bez konia droga powrotna zajęłaby wieki... Odetchnęła głębiej, powolniej, chcąc w ten sposób uspokoić skołatane nerwy, odzyskać kontrolę nad nieposłusznym ciałem. Otarła oczy wierzchem dłoni, by następnie zabłądzić nią między fałdami sukni; w końcu odnalazła to, czego szukała, skrytą w niewielkiej kieszonce różdżkę. Wyglądało na to, że w trakcie upadku nie została złamana, co Cynthia przyjęła z niemałą ulgą. Co prawda czarownica rozmiłowana była w wiedzy teoretycznej, rzadko kiedy używała jej w praktyce, lecz czuła się pewniej - nawet jeśli było to jedynie złudne poczucie bezpieczeństwa - mogąc zaciskać palce na rzeźbionym hebanowym drewienku, odnajdować dotykiem znajome żłobienia. Dopiero wtedy, chcąc myśleć praktycznie i przyziemnie, skupiła wzrok na drogim materiale przywiezionej z Paryża kreacji, teraz porozpruwanym, naznaczonym plamami z trawy i błota. To jednak nie było najważniejsze. Musiała jak najszybciej ruszyć się z miejsca, chociażby po to, by upewnić się, że nadal może chodzić - a przy tym obejrzeć zrujnowany krąg z bliska, w końcu tak długo na to czekała, to z myślą o nim zlekceważyła przykazania ojca. Nim jednak zdążyła wesprzeć się o najbliższy kamień, powoli dźwignąć na równe nogi, coś zaszurało, przyprawiając ją o gęsią skórkę. Marco...? Nie, to nie był Marco, usłyszałaby go przecież z większej odległości, zaś źródło tego hałasu było obok, blisko, zbyt blisko. Otworzyła szerzej oczy, nie mogąc uspokoić bijącego szaleńczym rytmem serca; nie wydała z siebie choćby najcichszego dźwięku, gdy nieznajomy postanowił się jej ukazać. Zamiast tego wbiła natarczywy, przepełniony mieszanymi uczuciami wzrok w jego obcą, niewyraźną w zapadających ciemnościach twarz - jak długo tutaj był? I dlaczego? Teoria o tym, że nikt nie śmiałby podnieść na nią różdżki tutaj, w Wiltshire, nagle przestała być aż tak przekonująca, nie przynosiła takiej pociechy, jak jeszcze godzinę temu. Bezwiednie otworzyła drżące usta, lecz wciąż nie wydobyło się z nich żadne słowo. Bała się go, lecz strach ten nie odebrał resztek sił, nie nakazał skomleć o litość; była lady Malfoy, on zaś naruszał spokój ich, jej, ziem. Nim jednak zdążyła zażądać wyjaśnień, dostrzegła ten wymowny gest nakazujący zachować ciszę, a w jej głowie pojawiło się jeszcze więcej pytań.
I choć z jednej strony czarodziej wzbudzał niepokój, swym zachowaniem nakłaniał do zachowania bezpiecznego dystansu, to przecież mógł ją skrzywdzić w każdej chwili - chociażby zanim jeszcze odnalazła go wzrokiem. Podejrzewała więc, że powód jego wizyty przy niegdysiejszym kręgu był zgoła inny niż chęć napadania na podróżnych. Nie miała jednak bladego pojęcia, jaki dokładnie. Dlatego też, kiedy zaczął się oddalać, niewiele myśląc dźwignęła się z ziemi i powoli rozprostowała nogę, na którą upadła, a która teraz ją pobolewała. Wolała już dogonić go, wytłumaczyć, kim była i poprosić o eskortę do rodowej posiadłości. Tylko gdzie był jego koń? Czy dostał się tu przy pomocy teleportacji...? Na tyle szybko, na ile była w stanie, ruszyła za nieznajomym z wyciągniętą przed siebie różdżką; uważnie rozglądała się przy tym na boki, próbując zrozumieć, czego on, na Merlina, szukał. Wtedy też usłyszała nie aż tak odległe, urywające się rżenie. Przystanęła, próbując określić, z której strony dobiegł żałosny, przepełniony bólem dźwięk. - Marco? - Zapomniała o geście nieznajomego, wypowiadając imię rumaka cicho, lecz nie dość cicho. Gdyby tylko wiedziała, gdzie iść i jak mu pomóc.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : 7
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]16.04.20 12:38
Wyczuwał to szybsze bicie młodego serca, które przypominało ciskającego się w klatce ptaka łaknącego wolności. Przerażonego znajdującym się tuż obok wężem, przed którym nie było ucieczki. Malutkie serce łomotało jak szalone w delikatnej piersi i gdyby tylko zmieniono ptasi krzyk na ludzki głos, słychać byłoby najpiękniejszy płacz. Rozpacz miała wiele twarzy, ale w tym momencie historii zdawała się wszechogarniająca. I nikogo nie unikała — nawet w osamotnionych ruinach dawnego dziedzictwa narodowego, którym było Stonehenge. Dla niektórych jednak miał to być czas sławy i chwały. Wszak ile już się nasłuchał w Ministerstwie Magii o tym, jak to bardzo ludzie byli spragnieni wojny i oddania życia za swoje przekonania. Ci, którzy nigdy niczym się nie wykazali podczas swojego istnienia, widzieli w tym zbawienie. Stanie się istotnymi, dostrzegalnymi. Zupełnie jakby ten jeden czyn miał ich określić i wynieść na poziom co najmniej bohatera. Lupin patrzył na nich z tym samym brakiem emocji, co zawsze, jednak wewnątrz życzył im, by zginęli zaraz na początku walk i nie musieli stawać twarzą w twarz z prawdą. By nie musieli przetrwać tyle, żeby zobaczyć, czego naprawdę sobie naiwnie życzyli. Nie. Lyall nie uważał strachu czy śmierci za coś wspaniałego, chociaż wielu osobom z tym właśnie kojarzyła się nadchodząca ostateczność w trakcie walki. Być może dlatego tylu idiotów pchało się do biura aurorów, szukając dla siebie stołka i uznania innych, bo niczym innym nie potrafili się wykazać. Jednak w Hogwarcie, na kursach, w przeczytanych książkach nie uczono ich jak naprawdę wyglądała walka oraz poświęcenie się dla określonego celu. Nigdzie nie można było dostać tekstu prawiącego o okrutnym zgonie, nigdzie nie mówiono o wyzwaniach. Lyall również nie miał pojęcia, jak to się prezentowało i dopiero pod opieką swojego mentora dostrzegł rzeczywistość. Stary Skamander nie oszukiwał go na żadnym polu, nie dawał złudzeń, nie upiększał i nie oszukiwał. Przedstawiał wszystko takie, jakie właśnie było, a Lupin, jako młody brygadzista, poznawał ten świat. Realny świat, który dla większości pozostawał niemożliwy do dostrzeżenia, chociaż mieli go przed nosem. Nie chcieli zobaczyć czy specjalnie odwracali wzrok? I mieli czelność wykładać im o pięknie walki? Lyall widział śmierć, powodował śmierć, sprowadzał ją, tropił, widział jej skutki. Chwile przed końcem nie były pełne uniesienia oraz bohaterskiego aktu oddania za tych, których się kochało. Śmierć była pełna cierpienia, bólu, syfu i gówna. A to miejsce... Stonehenge było grupową mogiłą dla szlachciców oraz niektórych z pracowników Ministerstwa, którzy nie zdołali uciec. Skamander. Macmillan. Pamiętał, że zrobiło mu się niedobrze, gdy przeczytał nagłówek oznajmiający trzęsienie ziemi wywołane przez krewnego jego mentora. Człowieka, który poświęcił się dla ratowania cudzego życia, a teraz Lupin stał dokładnie tam, gdzie jakiś głupi szczeniak zrobił coś kompletnie odmiennego, niszcząc na zawsze wizję tego nazwiska.
Co więc w takim miejscu jak to, robiła młoda dziewczyna? Sądząc po mieszaninie zapachów przyciągających ludzką uwagę, zapachu jej skóry oraz szeleście drogich ubrań, nie było wątpliwości, że miał do czynienia ze szlachcianką. Nietrudno było namierzyć źródło nikłego ciepła oraz rosnącego przerażenia, a skoro i on mógł to zrobić, grasujący w okolicy potwór tym bardziej. Nie zaczekał na nią, gdy spotkali się spojrzeniami, jednak wiedział, że miała zapewne udać się tuż za nim. Badając teren, liczył na to, że będzie między nimi panowała całkowita cisza. Mylił się. Marco. Lyall wyrósł tuż za dziewczyną i zakrył jej usta dłonią, nasłuchując odgłosów, które mogły świadczyć o znajdującym się w ich pobliżu wilkołaku. Zwabiony jej zapachem oraz nakierowany głosem mógł czaić się dosłownie wszędzie. Chyba że mieli tyle szczęścia, że pobiegł za koniem, którego szlachcianka i tak już zapewne nie miała zobaczyć... - Cicho - mruknął praktycznie niedosłyszalnie tuż do jej ucha, lecz wiedział, że dziewczyna miała go usłyszeć i zrozumieć. Że ten pomruk ułożył się w to jedno słowo, które z jakiegoś dziwnego powodu nie było nasączone złością, gniewem czy irytacją. Nie tak, jak było na co dzień. Czarownica była utrudnieniem w pracy, jednak większość polowań nie odbywała się zgodnie z planem. Takich rzeczy zwyczajnie nie można było zaplanować krok po kroku — brygadziści musieli być niesamowicie kreatywni. W międzyczasie delikatnie wsunął jej w dłonie swoją legitymację, by nie musiał tłumaczyć jej tego, co się właśnie odbywało. Wilkołaki, nawet świeżo zmienione, posiadały w sobie szczególną siłę, a wyostrzone zmysły powodowały, że mogły reagować diabelnie szybko i niespodziewanie. Nic nie słyszał dokoła, dlatego wolno odsunął się od czarownicy, puszczając ją z uścisku, jednak nie przestawał być uważny. Wiedział, że wkrótce jego eliksiry przestaną działać, dlatego musiał to załatwić szybko. - Teleportujesz się? - mruknął głęboko, nie patrząc na swoją towarzyszkę, tylko taksując spojrzeniem ciemności dokoła oświetlonego księżycem Kamiennego Kręgu. Nie miał czasu się nią zajmować. Musiał wiedzieć, czy była w stanie stąd uciec, żeby on nie musiał przejmować się jej bezpieczeństwem.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]20.04.20 17:16
Nie dawniej jak dziesięć dni temu niemalże utopiła się w trakcie wizyty u tych przeklętych Traversów, teraz z kolei błąkała się po ruinach, które niegdyś były starożytnym, kojarzonym przed wszystkich czarodziejów kręgiem, jednym z jej ulubionych miejsc w całym Wiltshire, symbolem, by nieoczekiwanie napatoczyć się na nieznajomego o niewiadomych zamiarach. Cóż ona sobie myślała? W obu tych przypadkach sama sprowadzała na siebie nieszczęście, lekceważąc zdrowy rozsądek i przykazania ojca, buntując się przeciwko wpajanemu od maleńkości posłuszeństwu. Kiedy wyjeżdżała z rodzinnej posiadłości, nie spodziewała się, że podróż do Stonehenge zajmie jej aż tyle czasu; że pobojowisko będzie skąpane w blasku gwiazd i księżyca, nie zaś promieniach popołudniowego, powoli chowającego się za horyzontem słońca. Zgubieni w lesie towarzysze z pewnością musieli jej szukać - lecz czy tylko oni? Czy zaniepokojony Armand posłał ich śladem kolejnych ludzi? Czy może raczej nie zauważył jeszcze zniknięcia córki, zbyt zajęty porządkowaniem swych spraw, szukaniem kandydata do jej ręki...? I cóż po kawalerach, skoro nie wiedziała nawet, czy zdoła wrócić do Wilton, a nawet jeśli - czy będzie wtedy w jednym kawałku.
Wciąż wyciągała przed siebie różdżkę, łudząc się, że zareaguje w porę, jeśli tylko mężczyzna - lub cokolwiek innego - postanowi jej zagrozić. Prawda jednak była taka, że nie była biegła w magii obronnej, również jej uroki pozostawiały wiele do życzenia. Na co dzień nie musiała zawracać sobie tym głowy, do woli zaczytując się w opasłych księgach, kreśląc kolejne wersy traktatów czy wciąż poprawianych dramatów. Nie chciała czuć się bezbronna, bezsilna, tak jak wtedy, gdy tonęła w morskich odmętach, nie mogąc nawet wrócić na powierzchnię o własnych siłach. Wolała więc uparcie wmawiać sobie, że nie jest ofiarą, że może stawić opór, nawet jeśli sama w to nie wierzyła.
Zdjęta strachem o zdrowie i życie swego wierzchowca wypowiedziała jego imię cicho, miękko, z obcym akcentem, próbując dostrzec coś we wszechobecnym mroku, wśród głazów, traw i majaczących w oddali drzew. Nim jednak zdążyłaby odezwać się po raz kolejny, czy to nawołując znowu konia, czy chcąc porozumieć się z obcym mężczyzną, ten bezgłośnie wyrósł tuż za jej plecami, bezceremonialnie zasłaniając usta dłonią. Szarpnęła się w reakcji na ten niespodziewany dotyk, wpierw nie będąc nawet pewną, czy to w ogóle on, później - jakie są jego zamiary. Nie kontynuowała jednak walki, gdy niemalże bezgłośnie upomniał ją, by zachowała ciszę. Wciąż nie rozumiała, dlaczego to takie ważne - czy nie byli tu sami? Brakowało jej jednak śmiałości, by bardziej otwarcie sprzeciwiać się temu poleceniu. Nie była również głupio odważna, nie miałaby szans w starciu z trzymającym ją w objęciach czarodziejem, wyższym i silniejszym, dlatego też posłusznie zamarła w bezruchu, a przynajmniej - starała się ograniczyć ruchy do minimum, nie potrafiąc zapanować nad falującą od płytkich, szybkich oddechów piersią, nad nerwowym drżeniem całego ciała. Wtedy też, kiedy znajdował się zdecydowanie zbyt blisko, poczuła jego woń - pachniał jak las, ziemia po deszczu... Kim był? Czego tu szukał?
Z początku nie wiedziała, co próbował wsunąć jej w dłoń i dlaczego. Dopiero po chwili, gdy ostrożnie wzniosła legitymację wyżej, gdy obejrzała ją w blasku księżyca, mimowolnie otworzyła szerzej oczy, a rumieńce, które pojawiły się od nieoczekiwanej, krępującej bliskości, nagle zbladły. Lupin? Brygadzista…? Prawie upuściła dokument, czując nagłą i dojmującą słabość, uświadamiając sobie, dlaczego zależało mu, żeby zachowała milczenie. Chwała Melinowi, że nie cierpiała na żadną z popularnych wśród szlachetnie urodzonych chorób, inaczej niechybnie dostałaby ataku, zalała się krwią bądź zemdlała. Drżała jeszcze wyraźniej niż przed chwilą, tocząc dookoła niby to opanowanym, lecz tak naprawdę podszytym paniką wzrokiem. Nie umiała udawać, że miałaby najmniejsze szanse w starciu z taką bestią. Z opóźnieniem zrozumiała, że mężczyzna zadał pytanie; spojrzała w górę, ku jego twarzy. Teraz widziała ją lepiej, był na tyle blisko, że i w ciemnościach dostrzegała rysy, zarost, krzywiznę nosa... Mimo to nie rozpoznawała go, nie mógł więc być jednym z Averych. Pokręciła krótko głową; nie pamiętała, kiedy ostatnio podjęła próbę teleportacji, wiedziała jednak, że w tym stanie z pewnością doszłoby do rozszczepienia. Wszak była zbyt przejęta, by móc skupić się na celu podróży i bezpiecznie przenieść w okolice rodzinnej posiadłości. - Nie w tym stanie - odpowiedziała cicho, ledwie poruszając ustami. Nieznajomy wzbudzał w niej niepokój, lecz wilkołak, za którym musiał tu przybyć, był źródłem paraliżującego strachu. - Na pewno ktoś mnie szuka... - dodała gorączkowo, po czym nagle urwała, bijąc się z myślami. - Ignis fatuus - mruknęła po chwili, nie chcąc wdawać się w przeciągłe dyskusje, celując różdżką w niebo. Łudziła się, że podążający jej śladem czarodzieje zauważą ten niecodzienny blask, że to nieco przyśpieszy ratunek. Lecz czy powinna ich tu ściągać, skoro w ruinach Stonehenge grasował wilkołak...?



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : 7
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]22.04.20 20:16
Nie nawykł do pracy z... Cóż. Z ludźmi. Interesowały go jedynie krwiożercze bestie lub ich mniej agresywne, lecz wciąż niebezpieczne człowiecze formy. Wiedział jak opanować zarówno jedno, jak i drugie wcielenie — jak powalić je na ziemię, omotać łańcuchem i unieruchomić. Nie traktował tych, którzy objęci byli wadliwym genem na równi z innymi. Na dobrą sprawę Lyall nikogo nie traktował w odpowiedni sposób, a lata spędzone w dziczy nie dodały mu łagodności ani ogłady. Dawne ciepło zniknęło na dobre, pozostawiając jedynie pustą skorupę rozpalonego chęcią zemsty krzemienia, któremu wystarczyła iskra, by sprowadzić pożar. Żył z daleka od ludzkich siedlisk, nie przejmując się dobrymi manierami czy prostymi relacjami. Musiał jedynie dbać o siebie, przeżyć, przetrwać, a to umiał zrobić. Nie były mu więc potrzebne żadne powiązania. Udowodnił to sobie nie raz i jedynie nieliczne jednostki były w stanie zrozumieć to, co kryło się pod skórą zahartowanego brygadzisty. Tak bardzo różnego od dziewczyny, którą spotkał w najmniej odpowiednim dla niej miejscu o najniebezpieczniejszej porze. Cóż... Przynajmniej tylko dla niej niebezpiecznej, bo w końcu Lupin żył dla nocy i dla polowań. Stanowiły część jego natury, podczas gdy dla większości społeczeństwa ów profesja pozostawała na samej granicy świadomości spychana przez swoją brutalność oraz brak wyrafinowania. Walki człowieka z wilkołakiem nie można było opisać w sposób poetycki o czym świadczyły blizny pokrywające twarde, męskie ciało. Tak silnie kontrastujące z delikatną, przypominającą jedwab skórą młodej czarownicy zamkniętej w jego uścisku. Lyall mógł wyczuć jej kruchość, która nawet w normalnych warunkach nie byłaby w stanie mu się spodobać. Niedożywione ciało nie miało w sobie nic z krzepkości, elastyczności oraz mocy przetrwania. Czy właśnie to było ich kanonem piękna i zdrowia? Jeśli tak, to nie wiedział, czy winien był współczuć zamkniętym w klatkach domowym zwierzątkom, czy traktować je jak niedorozwinięte płody umieszczone w substytucie rzeczywistości. Schwytana przez niego ptaszyna nawet przez chwilę nie stawiała oporu, co wydawało mu się dziwne. Czy aż tak bardzo wyzbyta była z instynktu? Nie poddając się ów myślom zbyt mocno, Lupin wypuścił ją z uścisku. Wiedział już, że bez względu na wszystko, byli sami. Nie wyczuwał w pobliżu wilkołaka, a jedynie co mogło zwabić bestię uciekło, pozostawiając swojego jeźdźca za sobą. Cóż. Wierzchowiec przysłużył się swojej pani, nie wiedząc, że gnał na pewną śmierć. Dziewczyna też mogła pozostać w tej nieświadomości, bo już widząc jej stan, Lyall zastanawiał się, czy zaraz nie osunie mu się na ziemię. Cóż... W takim wypadku przerzuciłby sobie ją przez ramię, nie bawiąc się w żadne ckliwości. Nie zamierzał martwić się konwenansami, które panowały między kobietą i mężczyzną w dniu codziennym — wszak nie mógł mieć na to bardziej obojętnego stosunku.
Nie w tym stanie...
No, tak. Nie spodziewał się ułatwień w tej sytuacji. Podobnie zresztą zaraz niebo nad ich głowami rozjaśniło się czerwonymi iskrami, ale brygadzista nie patrzył w górę. Jego dłoń ponownie odnalazła ciało czarownicy — tym razem zacisnęła się na wciąż wyciągniętej przez dziewczynę różdżce. Nie zdążył zareagować w porę, ale jeszcze przed misją musiał brać pod uwagę również i scenariusz, w którym miało mu się nie udać schwytać poszukiwanego przez siebie wilkołaka. Nie spodziewał się jednak, że natrafi na najmniej współpracującą postać w dziejach. Cóż... Jeszcze był ten dzieciak w piżamie... - Odłóż to - warknął, tylko przez chwilę wpatrując się w zielone oczy. Odsunął się od blondynki, poświęcając już swoją uwagę nasłuchiwaniu okolicznych odgłosów nocy.
Na pewno ktoś mnie szuka...
- Są blisko - stwierdził tylko, czując jak eliksiry, które wypił powoli kończyły swoje działanie. Nie potrzebował ich jednak, żeby wiedzieć, że kogoś ze szlachetnego rodu pilnowano niczym oczka w głowie. A na pewno jeśli miało się do czynienia z młodą kobietą, która nie miała na palcu pierścienia. Czy zaręczynowego, czy świadczącego o tym, że już była żoną. Jej zapach mówił też sam za siebie — wciąż była dzieckiem bez kontaktu z mężczyzną. Wystawiali ją na sprzedaż temu, kto da więcej. Oczywiście, że nie chodziło o pieniądze, bo ich bogacze tego świata mieli w dostatku. U nich liczyło się coś innego. Jeszcze będąc w Hogwarcie, Lyallowi udało się usłyszeć krótką wymianę zdań między dwiema dziewczętami z wielkich rodów. Jedna z nich płakała, gdy zdradzała przyjaciółce, że była już komuś obiecana i zaraz po zakończeniu szkoły miała wyjść za mąż za jakiegoś o wiele starszego mężczyznę. Ta, która napatoczyła się na niego tej nocy, również miała być sprzedana. - Nie pozwolą, żeby ich klaczy coś się stało - odparł, nie konkretyzując, o co dokładnie mu chodziło, ale nie musiał. Mogła sama wywnioskować albo udawać, że miał na myśli jej rumaka. Mężczyzny w ogóle to nie obchodziło. - Chodź - mruknął tylko, ruszając przed siebie i nie odwracając się już za siebie. Znajda musiała dotrzymać mu kroku lub zostać w pozostałościach Kamiennego Kręgu i pozwolić się pogrzebać wraz z innymi, którzy wciąż tkwili pod gruntem.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]04.05.20 8:46
Bez dłuższego zastanowienia wypowiedziała inkantację wybranego zaklęcia, by w ten sposób oświetlić ich najbliższe otoczenie wielobarwnym blaskiem. Nie skupiała się na ewentualności, że równie dobrze mogła zwabić nim wilkołaka, nie zaś wytrwale poszukującą ją służbę. Nie myślała racjonalnie, pozwalając, by wywołany poznaniem profesji nieznajomego strach wprawił ciało w drżenie, wysunął na pierwszy plan mniej lub bardziej poprawne instynkty. Obecność bestii była dla niej niemalże nie do objęcia rozumem. Czytała o nich, miała świadomość istnienia, a jednak nigdy nie sądziła, że odczuje na własnej skórze skutki bezpośredniego zagrożenia ze strony lykantropa. Zdawało jej się, że śledzi ją czyjś wzrok, natarczywy i zwierzęcy, lecz czy to mogła być prawda? Czy to tylko wyobraźnia płatała jej figla? Poruszyła bezgłośnie ustami, panicznie rozglądając się dookoła, korzystając z faktu, że światło magicznego pochodzenia rozproszyło mrok, że pozwoliło lepiej przyjrzeć się pobliskim kamieniom, nierównościom terenu... Serce prawie stanęło w piersi młodej lady, gdy Lupin zacisnął dłoń na wciąż trzymanej w dłoni różdżce, kazał ją odłożyć. Skrzywiła usta w brzydkim grymasie, niewątpliwie nie zgadzając się z jego osądem sytuacji, nie ciesząc się również na ton, jakim do niej przemawiał - za kogo on się miał? - lecz krótkie spojrzenie, którym ją uraczył, utwierdziło ją w przekonaniu, że stawianie oporu nie miało najmniejszego sensu. Że gdyby nie odwołała zaklęcia, wyrwałby jej różdżkę siłą - tę zaś wolała zachować przy sobie, nawet jeśli nie potrafiła zrobić z niej dobrego użytku.
Odczuła coś na kształt ulgi w reakcji na słowa nasłuchującego, próbującego dostrzec cokolwiek w ciemnościach czarodzieja. Byli blisko? Szkoda więc, że nie mogła wskazać im właściwej drogi światłem; jak inaczej mieliby ich tutaj znaleźć? Bo czy zamierzali przeczesać cały teren wokół niegdysiejszego kręgu, czy może bezzwłocznie ruszą w dalszą drogę lub też zawrócą ku rodowej posiadłości...? Myśli te sprawiły, że ściągnęła usta w wąską kreskę, złożyła dłonie w niewielkie, nie mogące uczynić krzywdy piąstki. Znów czuła się żałośnie bezsilna, zdana na łaskę nieznajomego, przeklętego mężczyzny. Czy już zawsze miało to tak wyglądać? Że będzie bezwolną lalką w rękach przedstawicieli rzekomo silniejszej płci? Nie powinna się przeciwko temu buntować, nawet w myślach, wszak od najmłodszych lat była przygotowywana do tego, w jaki sposób wygląda ich świat. Świat pięknych, lecz delikatnych lady, które miały kusić swą prezencją i taktem, a później rodzić zdrowych potomków narzuconemu przez nestora mężowi. Nie chciałaby przecież być wojowniczką, stać w pierwszym rzędzie, ryzykować zdrowiem i życiem dla kogokolwiek spoza swej najbliższej rodziny. Nie potrafiła jednak znieść dojmującego poczucia niemocy, które towarzyszyło zarówno opadaniu na dno morza, jak i temu nieoczekiwanemu spotkaniu z łowcą wilkołaków.
- Słucham? - odezwała się z niedowierzaniem, kiedy wspomniał o klaczy. Może i lękała się bestii, która najpewniej rozprawiła się już z drogim Marco, może i nie miała wyboru, jak tylko posłusznie podążać za Lupinem, lecz przecież nie była głupia. Nie przywykła również do znoszenia jakichkolwiek obelg, zaś z przedstawicielami plebsu nie miewała wiele do czynienia, nikt więc nigdy, przenigdy nie odważył się nazwać jej w tak niekulturalny, bezczelny sposób. - Niech pan nie zapomina, panie Lupin, na czyich ziemiach się pan znajduje - dodała wyniośle, lodowatym tonem głosu, wwiercając spojrzenie zmrużonych złowróżbnie oczu w kark odchodzącego mężczyzny, przez krótką chwilę bijąc się z myślami. Nie miała najmniejszej ochoty na dłuższe przebywanie w jego towarzystwie, już nie, odkąd zrozumiała, jaki miał stosunek do jej osoby. Mimo to nie miała większego wyboru, a przynajmniej jeśli nie chciała dać się rozszarpać na strzępy bezmyślnej bestii, która musiała znajdować się gdzieś niedaleko. Rozsądek wygrał więc z urażoną dumą, gdy powoli ruszyła jego śladem, wciąż ściskając w dłoni różdżkę, spoglądając to w prawo, to w lewo, obawiając się przy tym, że przemieniony w zwierzę czarodziej wyskoczy zza najbliższego kamienia. Ile oddałaby za to, by znajdować się już w swych komnatach.



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : 7
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]12.05.20 23:12
Nie zamierzał się przejmować tym, że dziewczyna czuła się niekomfortowo w jego towarzystwie. Ostatnie co go interesowało, to dbanie o jej dobre samopoczucie. W końcu sama sobie była winna. Jeśli naprawdę była tak zszokowana całą sytuacją, powinna siedzieć na tyłku w swoim ociekającym mamoną domu, a nie zachowywać się w ten sposób. W oczach Lyalla musiała być albo tak głupia, lub tak arogancka, że wybrała się na przejażdżkę w pełnię, ryzykując życiem dla podobnego wyskoku. Księżyc wisiał na nocnym niebie wysoko i bił aż jasnością po oczach, dlatego nie sposób było go przegapić, a każdy czarodziej, odkąd tylko dowiedział się o wilkołakach, wiedział, że pełnia była porą miesiąca, w której tylko potwory i ich łowcy opuszczali swoje domy. Czym więc kierowała się czarownica o białych włosach? Głupotą czy arogancją? Ignorancją? Cokolwiek to było, zdecydowanie nie plasowało jej na poziomie najmądrzejszych spotkanych przez brygadzistę osób. Biorąc pod uwagę, że Lupin już nienawidził ludzi, spotkanie z nieznajomą dziewczyną urządzającą sobie przejażdżki w najniebezpieczniejszą noc miesiąca wcale nie poprawiło wizerunku społeczeństwa w jego oczach. Do tego to zaklęcie... Wszystko w tym spotkaniu było po prostu śmieszne i Lyall przestał się sobie dziwić, że bardziej upodobał sobie samotność i towarzystwo psów niż ludzi. Nie umieli walczyć nawet o swoje szanse na przetrwanie w chwili zagrożenia, jakby celowo pragnęli unicestwienia. Wskazanie swojej pozycji mogło nie tylko sprowadzić na nich wilkołaka, lecz dodatkowo go wściec. W końcu miały wrażliwy i czuły wzrok, a taka dawka czerwonego światła jedynie podrażniała ich źrenice przystosowane do ciemności. Nic więc nie dało przerwanie zaklęcia, bo co się stało, nie miało już się zakończyć, jednak stanowczy gest, który wykonał w stosunku do dziewczyny i wywarczane ku niej słowa miały ją dostatecznie odwieść ją od pomysłów kolejnej pomocy. Nie potrzebowali tego. Na pewno nie teraz. A w takim wydaniu i z takim wyczuciem czasu — nigdy. Jego ręka rozluźniła chwyt dość szybko, jednak widział te wykrzywione w grymasie zniesmaczenia usta — kwintesencję jego relacji z ludźmi i tego, jak odbijał się w ich oczach. Nie pierwszy raz miał z czymś takim do czynienia i na pewno nie ostatni. Nie zamierzał jednak w żaden sposób się kajać czy próbować się wkupić w łaski tych, którzy nim pogardzali. Owszem, był spuszczonym ze smyczy Ministerstwa Magii psem, lecz pasowało mu to. Dopóty dopóki mógł robić to, co chciał, tak właśnie miało to wyglądać i nie zamierzał się przeciwstawiać. Nieistotne było to, jak traktowali innych — w końcu Lyalla nie interesowała polityka czy konflikty między jedną stroną a drugą. Miał swoje własne spojrzenie, które odgradzało jego jako jednostkę od innych. Nigdy do nich nie pasował i mimo że niegdyś mu to przeszkadzało, teraz stanowiło jego największą chlubę. Kto wszak chciałby być częścią tego popieprzonego społeczeństwa?
Gdy ruszyli w kierunku zbliżających się postaci na koniach, brygadzista początkowo milczał. Jednak to następna wypowiedź młodej szlachcianki sprawiła, że przystanął i odwrócił się na powrót ku niej. Nie zaskoczył się, nie zdębiał, nie przeraził. Jego twarz ukazywała dokładnie tę samą obojętność zmieszaną z wrogością co wcześniej. Niech pan nie zapomina, panie Lupin, na czyich ziemiach się pan znajduje, odbiło mu się jeszcze dwa razy w myślach nim odezwał się, chociaż zdawało się, że ta sekunda ciszy trwała w nieskończoność. - Tylko to potrafisz? Zasłaniać się jakimiś żałosnymi groźbami, których nie potrafisz nawet spełnić? Nie obchodzi mnie to, kim jesteś. Szlachta, mugole. Wszyscy możecie iść w cholerę. Interesuje mnie tylko tępienie tego skurwielstwa. - Nie zważał na słowa. Nie obchodziło go to, że mogły być nieodpowiednie dla uszu jego niechcianej towarzyszki. - Możesz darzyć innych swoimi wyuczonymi słówkami do woli i grozić ojcem. Pomógłby ci teraz, gdybym chciał cię skrzywdzić? Złapał za włosy i unieruchomił? Odciął możliwość krzyku? Gdyby coś wbiło się boleśnie w tę delikatną skórę? Następnym razem, zamiast rzucać urojonymi groźbami, obroń się sama - rzucił, po czym odwrócił uwagę od jej twarzy, by odszukać nim po raz kolejny kierunek, skąd już wyraźnie dochodził tętent kopyt. Męczyło go to niańczenie i z wielką chęcią pozbyłby się ów balastu, chociaż świadomość, że poniekąd wciąż chciał chronić tak bezmyślny gatunek sprawiała w brygadziście niesmak. Może to współczucie, które dla nich miał, powinno się już dawno ulotnić? - I żaden ze mnie pan - dodał ciszej, nie zatrzymując się już, aż do momentu, gdy stanął twarzą w twarz z wyraźnie zestresowanym mężczyzną i krzyczącymi kobietami. Te, widząc trzymającą się za plecami brygadzisty blondynkę, zeskoczyły z wierzchowców i pognały w jej kierunku. Przynajmniej w nich odezwał się ludzki odruch. Lub strach o własną głowę. Dziewczyna naprawdę musiała być ważna, skoro zareagowały w ten sposób. Lyall jednak nie odrywał wzroku od czarodzieja wciąż siedzącego na koniu i patrzącego na niego z góry. Lupin nie odpowiedział na żadne z jego pytań — ani o tożsamość, ani o powód, dla którego był z lady Malfoy. - Następnym razem lepiej wykonuj swoje pierdolone obowiązki - warknął jedynie w odpowiedzi, po czym rzucił w mężczyznę oderwanym od siodła bukłakiem, który znalazł niedaleko Stonehenge i skierował się ku zachodowi, gdzie pognał przerażony koń. Idąc tym śladem, powinien był odszukać również trop swojego wilkołaka. Nie zważał na poruszenie za plecami. Chciał znaleźć się jak najdalej od tych ludzi, jednak w pewnym momencie stwierdził, że wilkołak mógł usłyszeć swoje kolejne potencjalne ofiary i mógł czaić się w okolicy, żeby na nich naskoczyć... Z niemałym niezadowoleniem Lyall już z oddali śledził wracającą grupę, pilnując ich aż do potężnego zamczyska, by później wrócić do Kamiennego Kręgu. Stamtąd łatwo wytropił miejsce, gdzie zbiegł koń dziewczyny. Jak podejrzewał jego truchło leżało z wnętrznościami na wierzchu, a wybałuszone oczy zwierzęcia zastygły w wielkim przerażeniu. Nigdzie dokoła nie było jednak śladu po monstrum. Tej nocy wilkołak się pożywił, podczas gdy łowca pozostał z pustymi rękami.

|zt :pwease:


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]16.05.20 14:04
I ona przystanęła w pół kroku, gdy łowca w reakcji na jej słowa przestał maszerować w obranym kierunku, odwrócił się ku niej przodem. Chciała zachować odpowiednią, a przy tym podyktowaną zdrowym rozsądkiem odległość; bo choć w każdej chwili mógł użyć przeciwko niej magii, to bezpieczniej czuła się, gdy dzieliło ich więcej niż metr. Utrzymanie dystansu było dla niej ważne również po to, by rosły, niewątpliwie silniejszy od niej czarodziej nie był w stanie znów boleśnie zacisnąć palców na jej wątłym nadgarstku, brutalnie uciszyć przyciskając dłoń do ust. Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim miał do czynienia? Że nie mógł jej tak traktować? Z drugiej jednak strony, mimo całego gniewu i wstrętu, nie chciała zostawać w tyle. Przyznawała to z niechęcią, z poczuciem wstydu, lecz w obecnej sytuacji był jej jedynym ratunkiem; gdyby stanęła oko w oko z wilkołakiem, nie miałaby najmniejszych szans. Skończyłaby jak Marco.
Może nie powinna być zaskoczona – wszak Lupin pokazał jej już, z jakiej gliny został ulepiony – lecz jego wypowiedź sprawiła, że zamarła w bezruchu; skupiła się na tym, by zapanować nad zdradliwą mimiką twarzy, nie okazać słabości, choć przecież była wstrząśnięta do głębi. Nie tylko doborem słów, prostackich, pasujących do kogoś z marginesu społecznego, nie zaś pracownika Ministerstwa Magii, lecz i niesionych przez nie znaczeniem. Uparcie milczała, bo i nie wiedziała, co miałaby odpowiedzieć. Iść w zaparte, twierdzić, że nie ma racji? Ależ miał. Składała groźby bez pokrycia, chowając się za nazwiskiem, figurą ojca czy zatrudnionego nie tak dawno ochroniarza – znajdowali się jednak na tyle daleko, że nie mogliby jej pomóc, nawet gdyby tego naprawdę potrzebowała. Gdyby chciał ją skrzywdzić. Czuła się, jak gdyby odważył się ją spoliczkować; pierś falowała od szybszego oddechu, dłonie zaciskały się w piąstki. Lękała się roztaczanych przez niego wizji, a jednocześnie drżała – nie tylko z zimna, ale i z powodu złości i to złości tak wielkiej, że nie wiedziała, jak mieściła ją w swym drobnym, odzianym w pobrudzone jedwabie ciele. Gdyby tylko mogła zabijać wzrokiem, Lupin już dawno padłby trupem. Mogła wyglądać jak siedem nieszczęść, mogła być bezbronna, lecz wciąż posiadała broń, w której używaniu szkolono ją od maleńkości, a której nikt nie byłby w stanie jej odebrać – wyniosłość. Obroń się sama…? Zadarła brodę do góry, racząc go przepełnionym niekłamaną niechęcią spojrzeniem zmrużonych mimowolnie oczu; nawet gdy jego uwagę rozproszył tętent kopyt, gdy przestał prawić morały, wciąż przyglądała mu się z tą samą emocją. Miała zamiar zapamiętać to uczucie, szumiącą w uszach krew, wstydliwą słabość, by następnie przekuć ją w siłę. Wywalczyć sobie namiastkę niezależności. – Niewątpliwie, żaden z ciebie pan – powiedziała z pogardą, na którą przecież sobie zasłużył. Wierzyła, że nie musiała mówić nic więcej, że jej postawa, brzmienie głosu czy wejrzenie, w którym wyraźnie odmalowywały się uczucia, mówiły więcej niż tysiąc słów.
Resztę drogi pokonała w milczeniu, to nerwowo rozglądając się dookoła, to pilnując, by za bardzo nie oddalić się od spotkanego całkowitym przypadkiem, gburowatego brygadzisty. W końcu ujrzała nadjeżdżających czarodziejów, których zgubiła w lesie, a którzy cały ten czas musieli jej szukać – nie ze względu na sympatię, a obowiązki względem jej rodu. Nagła troska zeskakujących z wierzchowców panien tylko ją zirytowała; nie chciała odpowiadać na ich pytania, tłumaczyć się z tego, co zrobiła. Dlatego też uprzejmie, lecz stanowczo ukróciła ich przegadywanie się – również dlatego, że wciąż pamiętała o grasującym w pobliżu wilkołaku. Skupiła wzrok na twarzy Gregorija, ściągając usta w wąską kreskę; nie miała zamiaru odnosić się do jakże kulturalnej uwagi Lupina, którą do niego skierował, choć znała kogoś, kto zgodziłby się z przekazem – zatrudniony przez Armanda stróż nie wywiązał się ze swoich obowiązków, dość łatwo dając uśpić swą czujność, wyprowadzić się w pole. Czyżby w ten sposób wstąpili na wojenną ścieżkę…? Kątem oka zerknęła ku oddalającemu się bez słowa pożegnania łowcy, prędko jednak skupiła się na tym, co najważniejsze – prędkim powrocie do rodzinnej posiadłości. Bo nawet jeśli wizja stanięcia twarzą w twarz z rozgniewanym ojcem nie była jej miła, to po stokroć wolała już znaleźć się w Wilton niż dalej tkwić tutaj, przy zniszczonym przez ignorantów kręgu. Grigorij pomógł jej wspiąć się na swego rumaka, po czym bezzwłocznie ruszyli w drogę powrotną, zostawiając za sobą skąpane w blasku księżyca kamienie, zostawiając za sobą Lupina i, jak sądziła, truchło konia, na którym zdołała się tu dostać. Czy nie lepiej byłoby jej trzymać się z daleka od Stonehenge, tak jak życzyli sobie tego starsi?

| zt <3



Sanctimonia vincet semper
Cynthia Malfoy
Zawód : Dama, historyczka, dramatopisarka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna

A wolf is a wolf,
even in a cage,
even dressed in silk.

OPCM : 7
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 17
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7737-cynthia-m-malfoy https://www.morsmordre.net/t7741-byron https://www.morsmordre.net/t7749-cynthia-m-malfoy#214870 https://www.morsmordre.net/t8483-komnaty-cynthii https://www.morsmordre.net/t7790-cynthia-m-malfoy
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]30.11.21 20:14
7 lutego 1958


Zdążył odpocząć po pełni.
Zdążył również zapoznać się z wynikami zwiadu Steffena. Dzięki zachodzącemu księżycowi potrafił nad sobą zapanować, oddzielić uczucia od planu, który miał do wykonania. Za długo na to czekał, za długo wyobrażał sobie treść listu, który pochłonęły płomienie, za bardzo chciał udowodnić, że jest w stanie działać dla dobra ogółu, że nie jest tylko słabym Sproutem i naukowcem, którego miejsce było w pracowni, z daleka od wojny.
Wiltshire pulsowało złem i miał wrażenie, że stojący obok niego Steffen podzielał jego wrażenie. Rozeznanie się w sytuacji spichlerzowej pomogłoby zdecydowanie w choć częściowym złagodzeniu kwestii głodu. Sir Longbottom w swoim liście miał rację — Malfoy dbał o swoje ziemie i mógł w spichlerzu przechowywać ziarna nie tylko znakomitej jakości, ale również takie, do których dostęp był na terenach opowiadających się za Sojuszem naturalnie ograniczony. Gdyby blondyn miał wskazać jedną obawę, która najbardziej ciążyła mu na sercu, wskazałby możliwość, że wszystkie zgromadzone tam ziarna to ziarna zatrute i przez to bezużyteczne. Marnowanie czasu oraz potencjału stanowiło dla niego rzecz niepojętą, gorycz porażki wspominałby pewnie do końca swoich dni i nie potrafił sobie wybaczyć, nawet jeżeli wykonywał tylko obowiązki. Był przecież osobiście odpowiedzialny za powodzenie i nie zamierzał przekazywać Ministrowi złych wieści.
Gdy dwóch młodych czarodziejów zjawiło się u podstawy wzgórza, za którym znajdował się spichlerz, dochodziła godzina jedenasta. Poranne zamieszanie, które wiązało się zazwyczaj z odbiorem zboża, przycichło i jeżeli wierzyć informacjom od okolicznych handlarzy, z którymi pod pozorem zakupów rozmawiał Castor, wczorajszego wieczora spichlerz został zasilony najnowszą dostawą. Z jakiego portu przybyła — tego nie mogli być pewni, lecz Castor obstawiał, że zboże przechodziło albo przez Gloucestershire, albo Hampshire. Nie było to znowu takie głupie, bowiem to właśnie te hrabstwa były najbliższymi sąsiadami ziem Malfoyów z dostępem do morza. Może gdyby Castor znał się bardziej na emocjach panujących pomiędzy tym, czy owym rodem, dałby radę wybrać jedno z nich... Ale dziś musiał polegać po pierwsze na swoim przeczuciu, po drugie na tym, co już udało im się ustalić, po trzecie na tym, co zastaną w środku, a po czwarte... na wsparciu przyjaciela.
— Dzięki, Steff — odezwał się wreszcie, spoglądając na przyjaciela ze szczerą wdzięcznością. Wciąż nie wiedział, jak powinien się czuć z tym, że angażuje do misji akurat jego; trochę cieszył się, że jego wybór trafił akurat na Steffena. Był mądrym człowiekiem, dzielnym czarodziejem, a w dodatku potrafił trzymać nerwy na wodzy i jeszcze pracował z goblinami... Jego talent do transmutacji również był nie do ocenienia. Ale wciąż był jego przyjacielem, świeżym mężem. Jeżeli coś mu się stanie, nie da rady przekazać tego Isabelli.
Wszystko będzie dobrze. Nie nastawiamy się na porażkę.
— Według naszych najlepszych informacji, mamy około... — wzrok powędrował mu w kierunku zegarka, który wyciągnął z kieszeni. Prezent wigilijny od Volansa miał tarczę nie tylko wskazującą obecny czas, ale także fazę księżyca. Im mniej było go widać, tym spokojniejszy był Castor. — Trzech godzin, zanim zacznie się popołudniowa tura. Spichlerz jest za tym wzgórzem. Nasz główny problem to to, że wejście do niego jest jedno, w dodatku duże i raczej nie uda nam się przez nie wejść niezauważonym. Od strony południowej są jednak okna, z którymi możemy sobie poradzić. Nie są szczególnie duże, ale powinniśmy się przecisnąć bez problemu. Możemy też zaczekać na to, aż ktoś będzie wchodził i wślizgnąć się za nim, ale... Nie wiem, czy to nie jest zbyt ryzykowne... — potarł podbródek nerwowo w trakcie streszczania zdobytej przez nich do tej pory wiedzy, pogrążając się na moment we własnych myślach, dopóki nie pochylił głowy w dół, poprawiając swoje okulary. Uniósł spojrzenie na przyjaciela. — Jak myślisz? Mam takie... Dziwne wrażenie, że znasz się na takich technikaliach lepiej niż ja.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]30.11.21 20:35
Gdy Castor poprosił go o pomoc w misji, zgodził się bez wahania. Samemu zaproponował zwiad, nie wtajemniczając przyjaciela w swoje sposoby - codziennie bywam w Londynie, umiem wtapiać się w tłum. Kameleon mi pomoże! Nie marnował jednak energii na zaklęcia i spędził dwa popołudnia w szczurzej postaci, obserwując spichlerz i zapoznając się z okolicznymi gryzoniami. Informacje, które streszczał mu Castor, pochodziły z jego własnego raportu, ale dał przyjacielowi się wypowiedzieć - wiedząc, że to pomaga uporządkować myśli. Poza tym, Sprout tu dowodził!
-Nie ma za co, Cas. To zboże powinno być nasze. Pomyśl, o ciastkach, którymi obżerają się Malfoyowie. - prychnął, spoglądając złośliwie na spichlerz i krzyżując ramiona na piersiach. Odkąd głód doskwierał mu coraz bardziej - szczególnie, gdy większość styczniowych zapasów przeznaczył na wesele - radykalizował się jeszcze szybciej. -Myślisz, że ile tam jest zapasów? Na ile starczy? Będziemy mogli je posiać, na wiosnę? Mogę je zmniejszyć i rzucić Libramuto bez szkody dla plonów? Mój tata by cię polubił, wiesz? Też zna się na ziołach. Ogrodach. - paplał, zasypując przyjaciela pytaniami. Gdy Sprout zaczął mówić o oknach i tym podobnych, Steffen uprzejmie pozwolił mu się wypowiedzieć, a potem odchylił głowę do tyłu i roześmiał się gardłowo.
-Dziwne wrażenie? Rozmawiasz ze specjalistą od zabezpieczeń, przyszłym mistrzem transmutacji i… wiesz, że mogę po prostu wyczarować drzwi? Nie mów nigdy wujkowi, że o tym zapomniałeś. Ale doceniam, że obserwowałeś ten spichlerz na tyle długo, że to wszystko wiesz. W razie czego, gdyby trzeba było uciekać, przeciśniemy się przez te okna.- puścił Sproutowi perskie oko, bo jeśli ktokolwiek był bardziej zakręcony na punkcie transmutacji niż on, to Stevie Beckett.
-Najpierw sprawdzimy miejsce pod kątem pułapek. Potrafisz rzucić Carpiene? Ja zajmę się klątwami, nie wiem czy ktokolwiek normalny przeklinałby zboże, no ale wiesz, Morgana Selwyn przeklina listy. - zaproponował. -Potem spróbuję z drzwiami, a w razie czego otworzę nam od wewnątrz i spokojna twoja głowa, jak. Mam swoje sposoby. - szczur wyślizgnie się wszędzie, ale sojusznicy Zakonu nie musieli na razie wiedzieć, że Steffen bywa nielegalnym animagiem. -A ty masz miotłę, prawda? Gdyby trzeba było uciekać?- zatroszczył się. Wujkowi coraz trudniej było dostać komponenty do świstoklików, więc wolał nie marnować tego awaryjnego.
-Zakamufluję nas, powinno działać około kwadransa. Mogę cię po tym nie widzieć, więc trzymajmy się razem. - zaproponował, kierując różdżkę na Castora. Pomyślał niewerbalne zaklęcie Kameleona, a następnie - gdy Sprout zlał się już z otoczeniem - skierował różdżkę na siebie aby okryć się tym samym czarem.
-Nieźle, nie? Chodźmy. - szepnął, kierując się w dół zbocza i mając nadzieję, że Castor dotrzymuje mu kroku. -Kradłeś już kiedyś coś? - zagaił cichutko, z łobuzerskim uśmiechem, którego Sprout nie mógł już zobaczyć. W krwi wrzała adrenalina, w pamięci miał niedawną kradzież z Marcelem w Londynie. Wtedy okradli bogacza, teraz okradną lordów. Doskonale. Musiało się udać.

rzuty
ST przejrzenia Castora 234
ST przejrzenia Steffena 222


intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]30.11.21 20:52
— Nawet nie zaczynaj z tymi ciastkami... W całym Sojuszu brakuje jedzenia, ostatnio nawet wpadliśmy na pomysł takiego eliksiru na porost roślin, skrzyżowanie rosno—włosu z zaklęciem Floreat Crevi... — zaczął, zagryzając wnętrze policzka. Na jego twarzy malował się wyraz determinacji, który Steffen chyba rzadko kiedy miał okazję oglądać. Pamiętał pewnie Castora jako łagodnego, nieco roztrzepanego i zdecydowanie zbyt wierzącego w możliwości poprawy prefekta. Tymczasem, u podnóża wzgórza stał wysoki młody mężczyzna z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie przyszykowanej specjalnie na tę okazję szaty. Materiał ze skóry tebo powiewał na wietrze niemalże złowrogo, a na pewno z punktu widzenia Malfoyów. — Trudno powiedzieć, jeżeli nie wiem, co i ile jest w środku. Musimy być ostrożni, dziś przejąć tylko próbki wszystkiego, co uda nam się znaleźć. Potem będę je analizował, nawet lord Prewett zgodził się mi pomóc, ma specjalizację w toksykologii i... — zapędził się, pozwolił rozgadać i zaświergotał nawet w ekscytacji na myśl o pracy z lordem Prewett. Był dla niego wzorem, niedoścignionym. Człowiekiem znającym się i na medycynie i na zielarstwie. — Nieważne. W każdym razie może się też okazać tak, że ten dupek Malfoy prowadzi ten spichlerz dla hecy i trzyma tam tylko zatrute ziarna. Tych nie możemy później przejąć, więcej krzywdy i zachodu niż to tego warte.
Zakończył monolog, spoglądając kątem oka na Cattermole'a. Gdy usłyszał jego słowa, zaśmiał się szczerze, szturchając go lekko łokciem.
— Nie chciałem cię od razu peszyć. Ale jeżeli myślisz, że zabrałem cię tutaj wyłącznie dlatego, że miło mi się z tobą spędza czas, to masz tylko trochę racji — doceniał jego umiejętności; sam fakt, że zasypał go całym szeregiem stwierdzeń, pytań i uroczych kąśliwości dopełniał wrażenia. — Wracając jednak do twojego pytania, Libramuto nie powinno nic pozmieniać. Znaczy, tak myślę. Wiesz, że transmutacja to nie jest moja mocna strona — nie miał nawet po co oszukiwać, bo przecież tak właśnie było. I chyba większość jego znajomych wiedziała, że nie potrafił odnaleźć się w tej dziedzinie pomimo usilnych prób.
Uśmiechnął się na wspomnienie pana Cattermole'a.
— Jeżeli znajdziemy tam coś przydatnego, damy też twojemu tacie, obiecuję — poklepał Steffena po ramieniu, trochę asekuracyjnie, trochę dla wzmocnienia morale. Robili to właśnie dla swych bliższych lub trochę dalszych, dla ludzi, którzy nie powinni cierpieć, którzy zasługiwali na coś lepszego niż ta cała stęchła wojna. — Tak, umiem Carpiene, znaczy... Ostatnim razem umiałem, więc nie wiem, czy wyjdzie, ale w teorii umiem — chyba udzieliła mu się ta cała paplanina. Wysłuchał cierpliwie wszystkiego, co przekazywał mu młodszy kompan. Przeczuwał ostrożnie, że jeżeli chodziło o podobne akcje, Steffen z niejednego pieca chleb jadł, ale pracując w Gringotcie musiał być przygotowany na różne niespodziewane scenariusze.
Na pytanie o miotłę skinął głową twierdząco, odchylając głowę w tył tak, jakby chciał wskazać własną, najpospolitszą w świecie, choć wyglądającą na niemal nieużywaną miotłę.
— Mam, ale wolę o niej myśleć jako o ratunku na czarną godzinę. Plan jest taki, że po pierwsze, robimy swoje, po drugie, nie robimy głupot — kwadrans to niezbyt długo, ale powinni dać sobie radę.
Skinął głową, dając znać, że rozumie. Trzymanie się blisko Steffena było czasami zaskakująco trudne, lecz dziś był wystarczająco zdeterminowany, by poruszyć całą ziemię. Z nadążaniem za przyjacielem też sobie poradzi.
— Słodki Merlinie w morelach, teraz to mi jeszcze bardziej głupio, że jestem noga z transmutacji — czyż nie była to najlepsza recenzja umiejętności Steffena? Okazało się, że zaklęcie działało tak dobrze, że Castor początkowo wszedł w plecy przyjaciela, niepomny na to, że jeszcze nie ruszył. Przetarł tylko nos i poprawił ułożenie okularów, nie chcąc szczególnie komentować tego jednego wypadku.
Gdy schodzili ze zbocza, a w powietrzu zawisło pytanie, niemal przystanął. Prędko zreflektował się jednak, że musi iść dalej, żeby nie zgubić Steffena.
— A wyglądam ci na złodzieja? — uniósł wymownie ręce w górę, trochę pragnąc skapitulować, trochę w wiadomym celu. Niewybredne żarty jednak prędko musiały odejść na bok, gdyż przyszedł czas na pierwszy test umiejętności Sprouta. — Carpiene.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]30.11.21 21:15
-Umiesz krzyżować eliksiry? - dopytał z zainteresowaniem, nieświadom, że Castor zdążył się tak rozwinąć naukowo. W sumie, nie powinno go to dziwić - jeśli chodziło o zielarstwo, Sprout miał w sobie podobną determinację, co Steff gdy w grę wchodziły runy.
Pomoc lorda Prewetta też trochę wyjaśniała, a Steffen uśmiechnął się łobuzersko.
-Ile zajmie ta analiza? Ukradniemy wtedy resztę? - dociekał, być może nieco zbyt wścibsko. Jeśli chodzi o sojuszników Zakonu, rozumiał, że nie powinni wiedzieć o wszystkim - wtedy trudniej było o wpadkę. Samemu, być może ze względu na staż w organizacji, albo wrodzoną ciekawość, lubił jednak dopytywać o wszystko. Nic to nie szkodziło, w najgorszym wypadku nie uzyska odpowiedzi - a w najlepszym, dowie się pikantnych informacji, jak na przykład takich, że lord Francis Lestrange nigdy nie miał dziewczyny. Ech, ciekawe, co się z nim działo.
-Jeśli prowadzi spichlerz dla hecy, to też możemy to wykorzystać. - stwierdził nagle, a w przyjaznym tonie pobrzmiała złośliwa, zimna nuta. -Pomyśl, Castorze - Aquila Black karmi biedaków zupą z trupa, a lord Malfoy przygotowuje zatrute ziarna dla czarodziejów półkrwi. Gdybyśmy zdobyli jeszcze dowody… - uśmiechnął się wymownie, kiwając głową na późniejsze zapewnienia o transmutacji, a mina zbladła dopiero, gdy Sprout wspomniał jego tatę. -Rodzice są za granicą. Czasem myślę, że nawet Belli byłoby tam bezpieczniej. - westchnął jakoś smutno, ale szybko pokręcił głową i wziął się w garść. -Zacznę od Hexa, ale w razie czego poprawię Carpiene po tobie. - obiecał.
Castor zniknął mu z oczu, a już po chwili poczuł, jak Sprout zderza się z jego plecami.
-Uważaj. - roześmiał się. -Dobra, teraz mówmy już szeptem - ale trzymajmy się blisko. -zaproponował, idąc w stronę spichlerza.
-Najwięksi złodzieje to przecież ci, których okradamy. Okradanie Malfoy’a jest moralnie dobre, cel uświęca środki. - westchnął, a słysząc komentarz, zmarszczył lekko brwi. -Rozpoznać można jedynie tych złodziei, którzy dali się złapać. Zresztą, robimy to dla idei. Nigdy nie wiesz, kto robi co dla idei. - wymamrotał, myśląc o Marcelu. Nie wierzył, że chodziło jedynie o bawienie się w kieszonkowca z Jamesem i Thomasem. Na pewno służył Zakonowi Feniksa, tak jak wtedy, gdy okradali tamtego bogacza w Londynie! A doświadczenie, którego nabrał we włamywaniu się… hm, to pewnie też było w szczytnym celu. -Też nie jestem ekspertem, ale jakoś sobie poradzimy. Już to robiłem. - zawyrokował i zamknął się, by nie rozpraszać Castora. -Hexa Revelio.- rzucił niemalże machinalnie, znał to zaklęcie na pamięć.


intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]30.11.21 21:15
The member 'Steffen Cattermole' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 25
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ruiny Stonehenge - Page 21 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]30.11.21 21:25
— Jeszcze nie wiem. Ale pewnie dałbym radę — uśmiechnął się przy tym dość skromnie, bowiem wciąż jeszcze nie otrząsnął się ze swego naukowego szaleństwa. Kwestii poruszanych na zebraniu Cechu było wiele, w każdej pragnął się wykazać na miarę swoich możliwości, a w dodatku mógł rozwijać się pod okiem tych, którzy w innych interesujących go dziedzinach posiedli odpowiednio dużą wiedzę. — Póki co to w fazie planowania. Pewnie dla bezpieczeństwa połączę siły z jakimś alchemikiem zdolniejszym w eliksirach ode mnie. Obawiam się, że za słabo znam się na niebie, by uniknąć jakiejś tragicznej pomyłki. Nie zmienia to faktu, że pomysł był mój! — zaśmiał się po tym, wypuszczając z siebie ostatnie cząstki wesołości. Temat, który poruszył Steffen w następnej kolejności, sprawił, że mimika Castora stężała w powadze.
— Myślę, że kilka dni. Nie więcej niż tydzień. Najpierw posiedzę nad tym sam, nie chcę prosić kogoś o pomoc bez własnych wniosków, przynajmniej początkowych — był odpowiedzialny za to zadanie, chciał wykazać się na każdym jego etapie; dlatego był tu ze Steffenem, dlatego zarwie pewnie kilka nocy, żałując, że powonienie nie pozwala mu na palenie papierosów (nie, żeby miał tytoń), a portfel na picie prawdziwej kawy. Ale dojdzie wreszcie do tego, co są w stanie zrobić z ziarnem. Tego był pewien. — To nie ode mnie zależy. Sir chce ode mnie informacji, czy to, co się tam znajduje, jest zdatne do użytku. Ale ostrożnie zakładam, że... Pewnie pojawimy się tu jeszcze raz.
Och, Castor naprawdę wszedł teraz w umysł teoretyka, gdy powinien znacznie chętniej kierować swój zapał w kierunku praktyki. Steffen miał lekarstwo i na to. Przypomniał o trupach w zupie, zasadził zatrute ziarno w umyśle Sprouta, który poczuł, że na skórze zaczynają formować mu się ciarki. Czy istniał na świecie lord równie okrutny, by karmić swych poddanych zatrutym chlebem?
I znów stało się jakoś dziwnie cicho i smutno. Dłoń Sprouta trafiła w ramię Steffena, a korzystając z ostatnich chwil widzialności, Castor uśmiechnął się pokrzepiająco do Cattermole'a.
— Robimy to też dla nich. Głowa do góry. Mamy swoje sposoby na przerzucenie przez morze każdego, kto tylko tego potrzebuje — sam zastanawiał się, czy nie będzie lepiej, gdyby przelokował rodziców i Aurorę tam, gdzie było spokojniej. Gdzie nazwisko Sprout mogłoby brzmieć Germer, Spire, czy może nawet Brote. Jedyne chyba, co powstrzymywało go przed tą decyzją to upór, z jakim Sproutowie wrośli we Wrzosowisko. Cieszył się, że przynajmniej Steffen miał bezpiecznych rodziców.
Udało mu się nie roześmiać, gdy na siebie weszli. Nie odpowiedział nawet na upomnienie o szepcie, przyjmując oczywiście radę do serca.
— Jeżeli miałbym wskazać kto z naszej trójki — Malfoy, ty i ja — jest złodziejem, to oczywiste, że jest nim ten pierwszy... — było coś w tonie Castora, coś dziwnie upartego, chociaż nawet w szepcie czuć było pewność syczących głosek wskazującą, że Sprout musiał szczerze wierzyć w to, co mówił. — Jak wszystko dobrze pójdzie, niedługo będzie znów miał je obie. — trudno było ukrywać, że nie mówili o tym samym człowieku — Zrobiłem mu eliksir odrodzenia i wysłałem jego tacie kilka dni temu. Najchętniej... zabrałbym go do leśnej lecznicy, ale... wiesz, jak jest.
Zagryzł wnętrze policzka; nigdy nie życzył Marcelowi źle. W odróżnieniu od większości hogwarckich rozrabiaków on zawsze brał na siebie pełną konsekwencję swych akcji. Czasem sprawiedliwie, czasem nie — ale nie można było odmówić mu silnego poczucia honoru. Może dlatego ten czy owy pragnął tak nim szarpać. Ostatecznie był przecież przyzwoity w nieprzyzwoitym świecie.
— Cały spichlerz jest ukryty. Repello mugoletum, nie są nierozsądni — zawyrokował, a tonacja opadająca, która przebijała się nawet przez szept, ciągnęła się dalej. — Lepkie ręce na klamce, też klasycznie. I... to chyba Bubonem. To, co tak piszczy jak się wchodzi. Niby nałożyli na próg przy wejściu... Ty się znasz na białej magii lepiej, myślisz, że jakbyśmy zrobili... Nowe drzwi... To by nam groziło?
Zmarszczył niewidzialne brwi, oczekując odpowiedzi. Niezależnie jednak od tego, postanowił zadać jeszcze dwa pytania.
— Jak klątwy? — zbliżyli się wreszcie do tylnej ściany spichlerza, a Castorowi wydawało się, że musiał przez moment przestać oddychać. Dreszcz ekscytacji przeszedł przez zakamuflowane ciało. Bardzo dobrze, że nie było widać, jak szeroko się uśmiechał. Cierpiał bowiem na tę konkretną przypadłość, że im bardziej nerwowy był, tym szerzej pragnął się uśmiechać. — Wchodzimy?


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Ruiny Stonehenge [odnośnik]30.11.21 21:33
-Współpracowałeś już z Asbjornem? Zna się i na astronomii i na numerologii! Poprosiłbym go o korki z tej drugiej, ale najpierw spytam Wujka Stevie’go. - zaproponował, nie wątpiąc, że Castor dałby radę z eliksirami nawet sam, ale wiedząc, że odpowiednie wsparcie potrafi bardzo dużo pomóc i przyśpieszyć trudne badania. 
-Czyli - dzisiaj zbieramy próbki, a kradzież zorganizujemy, jak już wszystko przeanalizujesz? - upewnił się raz jeszcze. Ilekolwiek by dzisiaj stąd nie wynieśli, Castor powinien wiedzieć, że może na niego liczyć. Zanim stali się niewidzialni, odwzajemnił jeszcze smutny uśmiech, ale nie wydawał się przekonany. Na razie wciąż mieli sposoby, by przerzucać ludzi przez morze, ale… co, jeśli w pewnym momencie nie dadzą rady? Słyszał pogłoski o kanale La Manche, o statkach Traversów powracających do Norfolk, wróg nie spał - i też pewnie chciał kontrolować granice. Steff nie znał się na polityce, ale to wydawało się oczywiste.
-Wspaniale!- słyszał, że Castor ma pomóc Marcelowi, ale nie spodziewał się, że wszystko jest już gotowe. -Wiem, wiem, sam proponowałem mu pobyt u siebie w domu, ale bywa uparty jak osioł. - pożalił się. Źle czuł się z myślą, że Carrington nadal przebywał w Londynie, zwłaszcza, że teraz siedział w cyrku ani z powodu pracy, ani z powodu rebelianckiego patriotyzmu, a…. ze smutku?
-Jest czysto!- zapewnił , gdy rzucił Hexa Revelio. Włamanie do spichlerza Malfoy’ów to nie przelewki. Zamyślił się na chwilkę nad naturą pułapek -Lepkie ręce będą działać tylko na drzwiach, ale Bubonem… nie ma co ryzykować. Spróbuję je zdjąć, to powinno być proste. - zaproponował. Znajomość run pozwalała mu doskonale rozumieć naturę tej pułapki - wystarczy się skupić, przyzwać białą magię i…
...wskazał różdżką na miejsce, które opisał Castor i wyczuł tam skupisko magicznej energii. Zagryzł lekko dolną wargę, kumulując w różdżce na tyle białej magii, by zneutralizować tą wrogą i…
…-udało się. Bubonem już nam nie grozi, a drzwi wyczaruję. -szepnął z ulgą, świadom, że aktywacja pułapki mogłaby ściągnąć na nich uwagę kogoś w okolicy. Na razie było cicho.
-Porta Creare. -szepnął, wskazując na ścianę spichlerza, tuż obok prawdziwych drzwi wejściowych. W skupieniu transmutował drewno w drzwi, które otworzyły się przed młodymi złodziejami na oścież. -Szybko, zaraz znikną - wchodzimy! - zakomenderował, bo nie widział w końcu Castora ani tego, czy przyjaciel za nim podąża.

rzuty


intellectual, journalist
little spy



Ostatnio zmieniony przez Steffen Cattermole dnia 30.11.21 22:58, w całości zmieniany 4 razy
Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen

Strona 21 z 23 Previous  1 ... 12 ... 20, 21, 22, 23  Next

Ruiny Stonehenge
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach