Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Sypialnia
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Sypialnia

Stosy książek zajmujące większość przestrzeni oraz zawsze nieposłane, niewielkie łóżko to element charakterystyczny tego pomieszczenia. Służy ono do odpoczynku, ale także pracy, więc w każdym kącie można dostrzec wyrwane, dziennikowe kartki wypełnione literami, runami albo naszkicowanymi obrazami. Szafa zwykle stoi pusta, albowiem cała garderoba wisi na oparciu krzesła.
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 39
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair

Powrót do góry Go down


W głębi świadomości utrzymywał się lęk, że spotkanie sam na sam będzie niezręczne, że będą uciekać od siebie spojrzeniami i niechętnie podejmować rozmowę - całe szczęście, że obawy szybko okazały się wyłącznie obawami. Wciąż była mile widziana i sama potrafiła zachować charakter. Jeśli czegoś ostatnimi dniami brakowało jej najbardziej to poczucia tożsamości, wolności i swobody, którymi żyła przez tak długi czas. Ale kiedy pozwolił pocałować się w policzek, objął bez większego zastanowienia i odpowiedział zaczepką na zaczepkę, niewidzialny ciężar zniknął ze szczupłych ramion - prawie była skłonna uwierzyć, że wszystko będzie jak było i że ona znów stanie się po prostu sobą.
- Skądże - powiedziała, zsuwając dłonie z jego koszuli i opierając je na własnych biodrach, nawet bez niechęci. Potem przechyliła głowę i uśmiechnęła się kątem ust z typową wyłącznie sobie kocią złośliwością. - Gdybyś chciał podać mi truciznę, dolałbyś ją do alkoholu, bo wiesz, że wypiję go bez wahania. - Rozejrzała się, zawieszając spojrzenie wymownie na przygotowanych szklankach. - Cóż, i tak mam zamiar to zrobić. Jeżeli już umierać, to tylko w urodziny i tylko z tobą. - Przygryzła wargę, wciąż rozbawiona w ten sam niewinnie zdzirowaty sposób, może dlatego, że czuła się dziś wyjątkowo piękna i wyjątkowo dobrze. Chłonęła spojrzeniem koszulę Drew, podwinięty rękaw odkrywający Mroczny Znak, po którym chętnie przesunęłaby palcami, gdyby nie było to bezczelne. Ubrał się nieco porządniej niż zazwyczaj, zauważyła to i przydało jej to odwagi. - To nie komplement, Macnair, mam nadzieję, że znajdą moje truchło u ciebie i oskarżą o sabotaż - Uniosła brew, wzruszyła ramionami.
Przekazanie prezentów było krótkie i zaskakująco przyjemne, choć burkliwy nastrój Drew udowadniał, że nie blefował, gdy sugerował, że nie jest przyzwyczajony do otrzymywania prezentów i przeżywania własnych urodzin. Tym większe ciepło narosło w klatce piersiowej Elviry, potęgowane faktem, że trafiła w jego gust. Zwodnicze pieczenie wypełzło też na policzki, więc wykorzystała wyciągnięte ramię, by w krótkiej, ulotnej chwili schować twarz w jego koszuli. Kiedy się odsunęła, róż na twarzy wyblakł, a z ust również wyrwał się śmiech, bo powinna się spodziewać, że w pierwszej kolejności zwróci uwagę na bimber.
- Dobroczynnym urokiem - sprostowała niejako ironicznie, odgarniając blond włosy na plecy, mimowolnie - a może podświadomie? - odsłaniając srebrną broszkę przypiętą do ciemnozielonego materiału blisko skromnego dekoltu. - Talizmany Burke są wyjątkowo silne. Ta kobieta marnuje się w sklepie - Nawet jeśli do głosu Elviry zakradło się trochę rozczarowania społecznym porządkiem, dość szybko otrząsnęła się z tej myśli; nie spodziewała się, by Drew mógł się z nią zgodzić. - Przymierzysz? - zapytała niewinnie, a spojrzenie jakim powiodła w dół sugerowało figlarne "nie krępuj się", zanim jednak zdążyłby odpowiedzieć, znów się zaśmiała, nisko, gardłowo, i zaraz przydybała jedną z grawerowanych szklanek. - Polej, gospodarzu. Za mnie i dla mnie - zasugerowała jakże skromny toast i opadła na krzesło.
Sprytnie pogrywał sobie z domniemanym prezentem, ale nie musiała zastanawiać się długo, by go przejrzeć; znała go dość dobrze, by zauważać, gdy żartował naprawdę, a nie w okrutnym sarkazmie. Idea nieokreślonego podarku intrygowała ją w charakterystycznie zaborczy sposób, ale odepchnęła tę myśl, nie dając namącić sobie w głowie. To wszakże nie tak, że dwie szklanki przeźroczystego bimbru na tym zatęchłym strychu w jego towarzystwie nie były dla niej wystarczającym prezentem.
- Powiedziałabym, że to nie fair, ale nie dam ci satysfakcji skontrowania mnie, że życie nie jest fair. Dodam więc tylko tyle, że jeśli to moja własna krew, to po takim czasie już jej nie chcę. Trzymaj, może kiedyś ci się przyda - Stuknęła się z nim szklanką w toaście za własne zdrowie i upiła dwa porządne łyki, odstawiając potem szkło z głuchym tąpnięciem i ocierając łzę, która zakradła się do kącika oka. Alkohol był mocny, mocniejszy niż to, do czego była przyzwyczajona, ale palił w najbardziej rozkoszny sposób. - Nie odkładaj szklanki, twoje zdrowie też musimy wypić od razu, bo nie będzie się liczyć. Wszystkiego najwspanialszego, Drew. Powiedziałabym ci, że jesteś stary, ale różnią nas tylko dwa lata i jeden dzień. - Wyciągnęła rękę ze szczerym uśmiechem. Kolejny toast, kolejny łyk, kolejny płomień. Na zewnątrz rozpadał się lodowaty deszcz, obijając rytmicznie o ukośne okna poddasza. - Nie chcę rozmawiać dziś o niczym ważnym, to przyniosłam karty, żeby cię pokonać w pokera. - Sięgnęła do czarnej torebki i założyła nogę na nogę, nie zwracając większej uwagi na to, że rozcięcie z boku sukienki odsłania szczyt jej czarnych pończoch. - Żeby nie było nudno, przegrany pije kolejkę i opowiada historię z przeszłości. Dowolną, ale niech będzie ciekawa, nie chcę słuchać o tym, co robiłeś wczoraj na zakupach - Z kocim uśmieszkiem pchnęła czarodziejskie karty po stole, aż same ułożyły się w Karetę.
Za muzykę posłużył im deszcz dzwoniący o dach. Na stole płonęły świece.
Dym pochłaniał i wzmacniał woń suszonej lawendy.


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Nie do końca wiedziałem czego mogę spodziewać się po tym spotkaniu. Ostatnia rozmowa podczas balu maskowego była o dziwo względnie normlana, bez zbędnych emocji i irytacji. Czy wtem była to wina alkoholu? Może zaś pewne kwestie na dobre już zostały wyjaśnione i mogliśmy powrócić do normlanej relacji bez zbędnych podtekstów, a przede wszystkim głębszego zaangażowania? Naprawdę zależało mi, aby waśnie odeszły w niepamięć, gdyż wbrew pozorom lubiłem spędzać z nią czas, pić wszelakiej maści trunki i przerzucać się złośliwościami. Odkąd pamiętam jej niewyparzony język doprowadzał mnie do skrajności – od złości po kompletne rozbawienie. Bywała bezczelna, czasem nawet zachowywała się kompletnie odwrotnie jak przystoi damie, ale miało to w sobie pewien urok. Coś co nie wadziło, a przyciągało wszak mimo obecnej pozycji urodziłem się w rynsztoku. -Masz mnie- pokręciłem głową nie mogąc się z nią nie zgodzić. Gdybym miał jakieś niecne plany z pewnością wykorzystałbym do tego alkohol, gdyż akurat jego nigdy nie odmawiała. Potrafiła przechylać jeden kieliszek za drugim, opróżniać szklaneczki z prędkością równą niejednemu mężczyźnie zasiadającemu przy nokturnowskim stoliku, a zatem odpowiedź nasuwała się sama. Rad byłem, że była świadom tej wiedzy, bowiem w jakiś pokrętny sposób mogło to ją uchronić przed przykrymi konsekwencjami.
-Odważnie- mruknąłem przenikliwie mierząc ją wzrokiem. Czyżbym się pomylił? Jeśli nie blefowała, to prawdopodobnie moja pierwsza myśl okazała się zwykłą naiwnością. Wyglądała na rozbawioną, zwykle ciągnęła mnie za język i rzucała podteksty, dlatego starałem się odrzucić posępne analizy i równie przykre wspomnienia. Najpewniej przesadzałem i w zbyt dużej ilości komentarzy szukałem drugiego dna. -Ja wolałbym umrzeć gdzieś z dala od butelki, bo jeszcze by pomyśleli, że to z winy jej zawartości- zaśmiałem się pod nosem i pokręciłem głową. -Zapewne niejeden postawił sporo galeonów, że to nic innego jak ognista pośle mnie do grobu, więc nie chce dawać im tej satysfakcji. Ponadto nieszczególnie uśmiecha mi się zapisać na kartach historii pod postacią anegdoty- trochę blefowałem, ale pewnie od razu to wyczuła. Znała mnie i z pewnością niejednokrotnie się przekonała, że zdanie innych na mój temat to było ostatnie, czym bym się przejmował.
-Wszystko jasne- westchnąłem teatralnie, choć w głębi siebie poczułem swego rodzaju ulgę. -Zdajesz sobie jednak sprawę, że jakoś bym się z tego wykaraskał? Twoje poświęcenie poszłoby na marne- wzruszyłem ramionami mając pewność, iż nawet jej rzekomo tragiczną śmierć w murach tego mieszkania byłbym w stanie wytłumaczyć bez zbędnych, negatywnych konsekwencji. -Pewnie wiele osób by mi nawet podziękowało. Ileż można słuchać tego twojego kwękania na lewo i prawo- drążyłem jak kropla skałę. -Rookwood to już w ogóle wybudowałaby mi pomnik na cześć wybawiciela- zacisnąłem wargi pragnąc zachować poważny wyraz twarzy. Nie lubiły się, próbowały zachować profesjonalizm szczególnie w towarzystwie innych Rycerzy Walpurgii, ale gdy tylko jedna się odezwała, to druga momentalnie iskrzyła z poirytowania.
Usłyszawszy kto jest autorem talizmanu uniosłem nieco brew uznając tę informację za równie wartościową. Oczywiście znałem Primrose oraz zawód jakim się trudziła, jednakże nie miałem wcześniej okazji spotkać się z jej pracami. Wytwórców amuletów było wielu, ale tylko garstka z nich potrafiła z nieprzydatnej rzeczy stworzyć istne arcydzieło. Magia, która zawibrowała pod mymi palcami, gdy tylko dotknąłem sprzączki była dowodem, iż dziewczyna zaliczała się do tej drugiej grupy. -Proszę, proszę. Chyba muszę zawitać do niej na herbatkę- pokiwałem wolno głową nie mogąc oderwać wzroku od prezentu. Naprawdę byłem wdzięczny Elvirze za ten gest.
-Dziś nie, bo jeszcze powiesz, że to przez nią miałem fory i dlatego padłaś pierwsza- uniosłem wymownie brew, po czym wygiąłem wargi w szelmowskim uśmiechu. -Pijmy, nie mogłem się już doczekać- dodałem z przekąsem w głosie i uniosłem szkło w toście. Umoczywszy wargi w trunku, a następnie wlewając całą zawartość whiskaczówki do ust poczułem palące ciepło, które rozeszło się wzdłuż mojego gardła i klatki piersiowej. Zmrużyłem oczy i wolno wypuściłem powietrze. Dawno nie piłem równie mocnego bimbru.
-Tak naprawdę nie mam tej krwi- rzuciłem mogąc w końcu wyznać jej prawdę. Już i tak nader wiele czasu żyła w przekonaniu, iż naprawdę ją zachowałem. -Wylałem kilka dni później, ale nic ci nie mówiłem żebyś była grzeczna- uniosłem wzrok na wysokość jej oczu. Czekałem na dosadny komentarz.
-Czyżbyś chciała mnie upić?- spytałem retorycznie, bo doskonale wiedziałem, iż taki miała plan. Z resztą, co by innego robić w urodziny? Pić kawę i prowadzić sentymentalne rozmowy? O dziwo kolejne słowa sprawiły, że z tym drugim trafiłem. Naprawdę chciała mnie zabrać do świata wspomnień. Nim jednak skomentowałem propozycję gry ponownie opróżniłem szkło, tym razem zgodnie z jej wolą za swoje własne zdrowie.
-Zgoda. Tylko to musi być coś mocnego, coś czego nie powiedziałabyś nikomu innemu- zawyrokowałem, nie chciałem słyszeć sprzeciwu. -Jeśli będziesz oszukiwać opowiem o tych zakupach- oczywiście takowych nie było, ale o tym nie musiała wiedzieć.
Chwyciwszy karty w dłoń przetasowałem je, a następnie rozdałem pierwszą partię. Graliśmy we dwoje, więc nie było możliwości zbyt dużego manewru. -Sprawdzam- rzuciłem po wymianie. Nie licytowaliśmy się, więc nie było sensu dłużej czekać. -Kolor- czułem, że ciężko będzie jej to przebić. Widziałem po jej minie.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 39
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair

Powrót do góry Go down

Elvira nie dostrzegała skrępowania Drew - może wystarczająco dobrze je ukrywał, a może wolała nie widzieć wskazówek, zbyt mocno zakotwiczona w świecie własnych niewypowiedzianych życzeń. Po ostatnich dziwnych i przepełnionych zgorzknieniem tygodniach wystarczało jej, że była w jego mieszkaniu mile widziana jak zawsze - że nic się nie zmieniło, mimo że zmieniło się wszystko. Dziś była pogodna, pewna siebie, zwyczajny blask bladej skóry zdawał się zaogniony zadowoleniem oraz magicznymi właściwościami kadzideł Cassandry, które Elvira stosowała niczym kosmetyki. Patrzyła na Drew długo z zadziornym uśmiechem, nawet wtedy, kiedy jego spojrzenie stało się ostrożniejsze.
- Lub głupio - uzupełniła jego słowa bez wahania i wstydu. - Całe szczęście, że dziś przyniosłam własny alkohol. Wygląda na to, że to ty będziesz musiał mieć się na baczności... - rzuciła jak zwykle z ironią, ponieważ w rzeczywistości zadbała o bimber z pewnego źródła, niezanieczyszczony niczym podejrzanym. Słowo za słowem, toast za toastem, atmosfera rozluźniała się, aż w końcu czuła się tak, jakby nigdy tak naprawdę nie opuściła tego mieszkania z wściekłością i bólem w dziąsłach od zaciśniętych zębów. Jej historia z Drew była wyboista, ale koniec końców łączyło ich coś szczerego, coś, co mogło mieć korzenie w jednakowym zepsuciu. - Słuchaj, jeśli będziesz potrzebował nowej wątroby... - Oparła się biodrem o stół i wzruszyła ramionami, jakby szastanie organami stanowiło najprostszą sprawę świata. - Są na to eliksiry. Mogę też znaleźć właściwą u kogoś innego, nawet sobie wybierz kogo. Widziałeś już, że nie mam większych problemów zabawiać się z językiem na twoje życzenie... - Przechyliła szklankę, na krótką chwilę odsłaniając szczupłe blade gardło. Do ostatniej chwili nieświadoma tego, co pieprzy. Gdy w końcu zrozumiała, ciągnęła temat dalej, niewzruszona, ignorując frustrującą falę gorąca. - Przynajmniej mam pewność, że nie zakpisz sobie twierdząc, że mam oddać swoją. Tej byś nie chciał - Uniosła wymownie brew, opierając dłoń na własnym prawym podżebrzu, a potem zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową.
Mimo największych nadziei, miała świadomość, że kto jak kto, ale Macnair poradziłby sobie z trupem pod łóżkiem, choćby i był to trup Rycerza Walpurgii. Nie chcąc jednak tego przyznawać, odchyliła się zaczepnie, wydymając usta, jakby się nad czymś zastanawiała.
- Mam napisać do Rookwood, że uważasz, że potrzebuje, aby ktoś ją zbawiał? - Usiadła i przewróciła oczami, opierając łokieć na stole. Tak jakby chciała myśleć o tej jędzy w swoje urodziny. - Litości, wspomniałeś o niej i już popsułeś mi humor. Napraw to i opowiedz jaki byś chciał mieć pomnik. Jak już będziesz wąchał kwiatki od spodu, postaram się, żeby wykonano go dokładnie według projektu. - Uśmiechnęła się, perfekcyjnie maskując fakt tego, że po Locus Nihil rozmyślanie o Drew i śmierci wciąż wywoływało ciarki na jej ramionach.
Oparła brodę na szczupłych palcach, udając, a przynajmniej starając się przybrać pozę udawania zawodu, gdy Drew powiedział, że oskarżyłaby go o kanciarstwo przez talizman. Najgorsze, że prawdopodobnie miał rację. Potem z pożądaniem obserwowała jak porusza się jego krtań przy piciu toastu, bezwiednie przy tym przesuwając językiem wzdłuż zębów. Ale kiedy znów na nią spojrzał, niczego takiego nie mógł już zobaczyć. Słowa, które padły, wystarczająco ją zszokowały, aby nie potrafiła ukryć uniesienia brwi i skrzywienia ust, których wyraz stał się niemal smutny.
- Hmm. Nie spodziewałam się tego - powiedziała cicho z zatrważającą dozą szczerości. Po tym wszystkim co wydarzyło się w lecie tak szybko przeszła mu tamta złość? - Nie miałeś powodu. Zasłużyłam sobie. - Zamrugała i sięgnęła po karty, czując, że jeśli nie skupi się na czymś innym, powie rzeczy, których pożałuje. A jeszcze nie wypiła aż tyle, by mieć na to wytłumaczenie. - Dziękuję - skwitowała w końcu, na powrót neutralna, a potem pozwoliła, aby nastrój uległ rozluźnieniu. - Ja mam zamiar się urżnąć, ciebie nie będę zmuszać. Chociaż nie powiem, byłabym zawiedziona. To urodziny, następnych może nie być - zażartowała, choć była w tym pewna doza prawdy. - No dobrze, pokaż, co tam potrafisz. Swoją drogą, sam się wkopałeś tą zasadą.
Jak przystało na nią, była pewna siebie do pierwszego rozdania, gdy w rzuconych na stół kartach Drew zobaczyła Kolor. Sama miała zaledwie dwie parki i chyba nieidealną pokerową twarz, jeśli brać za punkt odniesienia arogancką minę Macnaira. Uśmiechnęła się zajadle ponad swoimi kartami, a potem rzuciła je dramatycznym ruchem, sięgając po szklankę i przegrywając z milczącą godnością. Nalała bimbru do pełna i zastanowiła się krótką chwilę.
Szczęśliwie, silny alkohol powoli rozwiązywał język i zsyłał na umysł błogą frywolność.
- Dobra. Ale nie chwal się tym co powiem, to ja się nie będę chwalić twoimi przegranymi. - Przygryzła wargę. - Mówiłam ci już o moim pierwszym morderstwie, tym facecie filetowanym żywcem w porcie. To nie była cała historia. - Zawiesiła głos, ale nie trzymała Drew długo w napięciu. - Byłyśmy tam we trójkę z Frances Burroughs i Wren Chang, tą młodą Azjatką, która była na ostatnim spotkaniu. - Głos nie zmienił jej się przy imieniu Wren. - Pytałam cię o nią zresztą, ale o tym kiedy indziej. W każdym razie to było nasze wspólne morderstwo, uczyłam je anatomii z wykorzystaniem żywego ciała... do czasu, gdy przestało być żywe. Potem przepite adrenaliną udałyśmy się do domu Frances, żeby upić się na poważnie. Relaksowałyśmy się nad stawem za chatą Burroughs, był już środek nocy, lato, ciepło, a nam kolejne butelki i tamto morderstwo uderzyły do głowy. Rozebrałyśmy się... weszłyśmy do wody, w świetle księżyca... - Przechyliła głowę, obserwując go z kocim uśmiechem; opuszką palca obrysowywała krawędź szklanki. - Trzy piękne, zgrabne, kompletnie pijane. Dobrze nam było. Frances zaczęła się do mnie dobierać pierwsza. To baba, która udaje cnotkę, ale tak naprawdę ma w sobie coś z dziwki. W każdym razie, doprowadziłam tam swoją pierwszą kobietę do orgazmu. A potem drugą. A następnego dnia rano dostałam od Frances, cholera, wyjca. - Sięgnęła po kartę i zaczęła tasować je do kolejnego rozdania, starając się zdusić w zarodku każdy rumieniec. Była ciekawa reakcji Drew, ale i minimalnie zażenowana. - Teraz spróbuj przy swojej kolejce opowiedzieć o zakupach, to obiecuję, że poczujesz ten bimber w nosie. - Zachichotała lekko, paradoksalnie, połechtana zbawczą mocą alkoholu.


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Skrępowanie to duże słowo i blondynka mogła mieć pewność, że bardzo rzadko takową czułem. Częściej towarzyszyła mi swego rodzaju niepewność, ale starałem się nie pokazywać jej po sobie. Zapewne czujne oko wyłapałoby to z moich gestów tudzież doboru słów wszak aktorem dobrym nie byłem, jednak sam sposób bycia działał na moją korzyść. Traktowanie z góry, czy wierzenie pozorom miało często naprawdę wielkie korzyści.
-Nim pewnie zdążę zamrugać wypijesz jako pierwsza, więc obawy szybko miną- zaśmiałem się pod nosem czując, że nie zamierzała dzisiaj się oszczędzać. Bywały takie dni w roku, w trakcie których choć na chwilę mogliśmy zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości i ten był jednym z nich. Podobnie jak wczorajszy.
Uniosłem wysoko brew, gdy weszła na temat wątroby. Widziałem już ją w akcji i byłem przekonany, że byłaby gotów to powtórzyć, szczególnie że chodziło o mnie, dlatego pokiwałem wolno głową dając tym samym wiarę jej słowom. -Czyli to może być każda? Nie ma żadnych przeciwskazań?- spytałem wiedziony własną ciekawością. Nigdy nie byłem orłem w anatomii i tajnikach magii leczniczej, a jako że lubiłem słuchać o nowych rzeczach, to liczyłem na krótkie wyjaśnienie. Rzecz jasna nie musiała wdawać się w szczegóły i używać nader skomplikowanych terminów, z których i tak niewiele bym zrozumiał. -O nie, nie- mruknąłem przeciągle, nieco teatralnie, kiedy z poświęceniem zaproponowała mi przekazanie swojej. -Ta od razu posłałby mnie do piachu. W ogóle jeszcze funkcjonuje?- spytałem z udaną powagą. -Chyba, że właśnie o to Ci chodzi? Przyznaj się Multon, chcesz napić się tego cholernego bimbru nad moim truchłem- zaśmiałem się rozsiadając wygodniej na krześle. Dodałbym, iż po moim trupie, ale brzmiałoby to niedorzecznie.
Machnąłem lekceważąco dłonią widząc, jak oburzyła się na wspomnienie Rookwood. Powiadali, aby nie wywoływać wilku z lasu i proszę, najwyraźniej mieli rację. -Nie marudź i tak w to nie uwierzę- skwitowałem widząc po jej minie, że wcale przykro jej nie było. Oczywiście sam konflikt z Sigrun z pewnością nie został zażegnany, ale mogłaby dać już spokój z tą irytacją. Ileż można było się ze sobą kłócić? Na wojnie stały ramię w ramię i walczyły do upadłego, zaś prywatnie skakały do gardeł. Tak potrafiły tylko kobiety.
-Nie chce pomnika- rzuciłem po krótkim namyśle. Zadała trafne pytanie, nieco mnie zbiła z pantałyku, bowiem nigdy dłużej się nad tym nie zastanawiałem. -I na pewno nie takiej uroczystości jaką miał Black. Wolałbym żebyście wszyscy urżnęli się za moje i wspominali, jakim byłem skurwysynem- zaśmiałem się pod nosem na wyobrażenie podobnej sytuacji. Jeszcze trzy lata temu opowiedziałbym się za tym, że moja śmierć nikogo by nie obeszła, lecz dziś wszystko było inne. Bardziej zażyłe, głębsze, o mocniejszych fundamentach. Byłem nie tylko czarodziejem opowiadającym się za jedną, konkretną stroną, ale i kolegą, członkiem rodziny, przyjacielem.
-Moglibyście spalić ciało i prochy rozsypać w jakimś pięknym miejscu. Takim, żeby zabierał dech w piersiach. Bym sobie tam siedział całą wieczność i pił ognistą- uśmiechnąłem się pod nosem, po czym mruknąłem przeciągle dając gestem znać, aby zmienić temat. Melancholia nie była moją mocną stroną. -Dość bajdurzenia, mam tutaj jeszcze sporo spraw do załatwienia- dodałem i upiłem bimbru, który ponownie rozgrzał moją klatkę piersiową. Palił jebaniutki, palił jak zakonnicy cholewki, kiedy dopadaliśmy ich w terenie.
W chwili powrotu do tematu krwi pojawił się na jej twarzy przejaw smutku? Rozgoryczenia? Była zła, że się tego pozbyłem? -Nie tak wygląda osoba, która właśnie dowiedziała się, iż nie grozi jej żadna klątwa. O co chodzi?- spytałem przyglądając jej się wnikliwie. Ciekaw byłem skąd taka reakcja, bardziej spodziewałem się swego rodzaju radości, być może krzty wdzięczności. Fakt zasłużyła sobie, ale też pomiędzy tymi wszystkimi błędami udowodniła, że miejsce przy stole Rycerzy Walpurgii było jej przeznaczeniem. Odnajdowała się, nie bała podjąć ryzyka mimo mniejszych umiejętności ofensywnych, pokazywała innym, iż czasem warto było postawić wszystko na jedną kartę. Nigdy jej tego nie powiem, ale byłem dumny, że pojawiła się tam z mego powodu, choć zapewne prędzej czy później i tak byśmy się spotkali.
-No to zaczynasz- zaśmiałem się widząc mierną parę, która nie miała żadnych szans w starciu z kolorem. Oparłem się wygodnie o oparcie krzesła, sięgnąłem po samodzielnie skręconego papierosa i zamieniłem w słuch.
Próbowałem odszukać w pamięci rozmowę odnośnie wspomnianego morderstwa i po chwili złapałem o jakim mówiła. Faktycznie kiedyś nawiązała się pomiędzy nami podobna rozmowa i otwarcie przyznała, że wykorzystała moczymordę do naukowych celów. Zmrużyłem oczy i wolno pokiwałem głową na potwierdzenie.
Im dłużej mówiła, tym wyżej podnosiłem brwi. Gdybym tylko mógł pewnie musiałbym je zbierać z czubka głowy. Cóż najlepszego ona wyprawiała? Czy naprawdę panienki w tych czasach nie miały żadnych hamulców? Dobrze, że nie napiłem się bimbru w chwili, kiedy użyła słowa orgazm, albowiem bym się zakrztusił.
Gdy skończyła nie powiedziałem nic. Pokręciłem nieznacznie głową próbując jakoś to sobie poukładać, powstrzymać się przed niewybrednym komentarzem. Chyba naprawdę wzięła sobie do siebie moje słowa, aby była to historia, o jakiej nie słyszał nikt inny. Sięgnąłem dłonią po szklaneczkę, a drugą uzupełniłem ją trunkiem. Podobnie uczyniłem z jej szkłem. -Mam nadzieję, że rano nie będę o tym pamiętać- rzuciłem z wyraźnym przekąsem w głosie, po czym upiłem alkoholu do dna. Zdawał się być jeszcze bardziej gorzki niżeli wcześniej. -Wiesz, że to nienormlane?- spytałem po chwili zerkając na nią z ukosa. -Nie mów o tym nikomu więcej, to się leczy Multon. Idź do kogoś znasz tych wszystkich uzdrowicieli. Weź jakieś eliksiry, może zażyj prochy- zaproponowałem, czego właściwie od razu pożałowałem. -Albo lepiej nie, nie bierz prochów, bo jeszcze kolejną sprowadzisz na złą drogę- sprecyzowałem nieco podniesionym głosem. -Co to był w ogóle za durny pomysł? Mało w okolicy mężczyzn?- dopytywałem, nie potrafiąc zrozumieć. Byłem otwarty, nieszczególnie interesowała mnie rozwiązłość kobiet, ale jak każdy miałem pewne granice.
Czym prędzej wolałem przejść do kolejnej rundy, aby zamknąć temat na dobre. Tym razem to mi jednak karta nie dopisała, na co wywróciłem oczami; oby fart mnie nie opuścił wszak liczyłem, że to o niej dowiem się znacznie więcej. Nie przywykłem opowiadać o sobie, a w szczególności własnej przeszłości.
Zgodnie z zasadami opróżniłem kolejną szklaneczkę, na co już nieco zahuczało mi w głowie i powróciłem do wygodnej pozycji. -W kwietniu pięćdziesiątego szóstego powróciłem do Londynu po ponad dekadzie życia na wschodzie- zacząłem, albowiem nie miałem pewności, czy wiedziała o mojej długiej absencji w kraju. -Tak naprawdę uciekałem przed gniewem, złością, a przede wszystkim zemstą. Rozkochałem w sobie pewną piękność, która nauczyła mnie podstaw czarnej magii oraz przekazała ogromną wiedzę w kwestii starożytnych run. Mieszkałem u niej, pracowałem w jej barze budząc coraz mocniejsze przekonanie, że relacja jest na poważnie. Udawałem, grałem. Była mi potrzebna, niezbędna aby wybić się z paskudnej biedy i móc stanąć na nogi. Zawdzięczam jej wiele, choć finalnie pozostawiłem za sobą nie tylko złamane serce, ale przede wszystkim ograbione cztery kąty, a w tym sporządzone plany do lukratywnej wyprawy- wzruszyłem ramionami nie żałując tego, choć na dobrą sprawę nie byłem z tego szczególnie dumny. Czas zmieniał ludzi, podobnie jak otoczenie i sytuacje, z jakimi przychodziło się zmierzyć. Miałem wrażenie, że przez ostatnie dwa lata dorosłem znacznie bardziej, niżeli przez cały swój pobyt w ZSRR. Dalej byłem egoistą, wciąż nie miałem skrupułów, ale na dzień dzisiejszy znacznie wnikliwiej analizowałem korzyści i straty. -Jestem przekonany, że w końcu mnie znajdzie. Ona nigdy nie odpuszcza- dodałem wieńcząc krótką opowieść.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 39
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair

Powrót do góry Go down

Choć nie należała do osób, które mogłyby poszczycić się społecznym obyciem, dość dobrze radziła sobie z obserwowaniem ludzi, których dobrze znała - czasem z ostrością sokoła wyłapywała to, co ktoś chciał przed nią ukryć, innym razem specjalnie ślepła na to, co było jej nie na rękę. Spostrzegawczość Elviry, tak jak ona cała, była pełna sprzeczności, niejednoznaczna, bardziej szara niż czarno-biała.
- - odpowiedziała po chwili wahania, gdyż wciąż zastanawiała się nad tym, czy ciągnąć temat wątroby w żartobliwym tonie, czy pozwolić sobie na trudniejsze fakty; Drew zdawał się jednak prawdziwie zaintrygowany i nie chciała wprowadzić go w błąd. - Istnieją anatomiczne różnice między płciami, często też między poszczególnymi ludźmi. Trzeba byłoby skrzętnie zbadać zarówno dawcę jak i biorcę, by upewnić się, że organ się nada. Znacznie pewniejszy jest eliksir odtworzenia, umożliwia wytworzenie organu z własnej krwi. Trwa to miesiąc, ale zwykle jest skuteczne. Gdybyś naprawdę o tym myślał. - Wzruszyła ramieniem, bo choć niewybrednie kpiła sobie ze stanu własnej wątroby, jak na razie nie doskwierały jej żadne dolegliwości, więc nie brała tego pod uwagę. Gdy przyjdzie co do czego, specjalizowała się w chorobach wewnętrznych i będzie zdolna zauważyć symptomy, zaplanować dla siebie ratunek. - Co nie zmienia faktu, że jeśli będzie ci potrzebna jakaś wątroba, to ją załatwię - Uśmiechnęła się kątem ust, poniekąd okrutnie, a choć co drugie wypowiadane słowo okraszała porządną dawką sarkazmu, trudno byłoby mniemać, że nie mówi na serio.
Sama niezwykle rzadko zastanawiała się nad własną śmiercią, gdyż idea niebytu przerażała ją na tyle, że na myśl o pogrzebie dość szybko wpadała w histeryczną złość. Drew zrobił na niej wrażenie spokojem z jakim wypowiadał się o świecie bez jego osoby, udało mu się w ten sposób zbić ją z pantałyku, tak że przez kilka dłuższych chwil siedziała w ciszy, przyglądając się podrygującemu płomykowi świecy. Kiedy zamilkł, z początku słychać było tylko dudnienie deszczu o dach.
- Jeśli taka byłaby twoja wola, to bym jej dopilnowała - powiedziała w końcu równie poważnie, nie zamierzając jednak w żaden sposób zbaczać na temat własnej śmierci. - Mam jednak nadzieję, że nie planujesz szybko uciekać na tamten świat, skurczysynie, za dużo mamy teraz roboty, żebyś robił sobie wczasy. - Niemrawo spróbowała zażartować, a potem westchnęła i po prostu zapiła melancholię bimbrem. Był to ogień, który najskuteczniej wypalał wszelkie sentymenty.
Jaka szkoda, że nie zdołał wypalić w niej emocji związanych ze wspomnieniem poprzedniego lata, echem krzyków, rozbitego szkła i wilgoci krwi pełznącej wzdłuż przedramienia. Potem to przedramię straciła. Czy to mógł być zły omen?
- I tak nigdy nie wierzyłam w to, że naprawdę byś mnie przeklął - Machnęła ręką, szukając jego oczu i długo nie odwracając spojrzenia. - Chodzi tylko o to, że to wydawało się... niepotrzebne? Trzymanie fiolki z krwią nic cię nie kosztowało. Mogłeś wepchnąć ją do najgłębszej szuflady i zapomnieć. Gdybym ja weszła w posiadanie czyjejkolwiek krwi, zachowałabym ją na wszelki wypadek. A ty... - Z początku nie wiedziała jak ubrać to w słowa, ale ich zapewniająca dyskrecję samotność, ciepło poddasza i zapach tytoniu rozluźniły ją dość, aby podsunąć rozwiązanie: - Zaufałeś mi. Cholernie. Tak jak ja ci wtedy nie ufałam. - To nie tak, że nie byłby w stanie jej zabić, gdyby naprawdę zechciał, ale było w tym wyznaniu coś, co uderzało w najczulsze struny, coś, o czym chętnie od razu by zapomniała. - Phi. Kurwa. Zatkało mnie po prostu i tyle. - Przewróciła oczami. Nie było sensu tego ciągnąć. Przejście do zabawy skupiło ich uwagę na czym innym. Po swojej pierwszej przegranej pieczołowicie wybrała historię, która zmusi go do uwierzenia w to, że brała zasady na poważnie, nie spodziewała się jednak, że aż tak to nim wstrząśnie. Sama myślała o tamtym dniu rzadko, a przynajmniej znacznie rzadziej niż o wspólnej nocy z nim.
- Wiem - potwierdziła z sarkastycznie uniesioną brwią, jakby nie dowierzała w to, że o tym wspomina. - Dobra, Drew, nie przesadzaj. Wiadomo, że nikomu o tym nie opowiadam, bo to cholerny wstyd, ale mieliśmy grać, a nie się ze sobą pieścić. A ja byłam wtedy pijana w sztok. - Jeśli się teraz rumieniła to wcale nie dlatego, że czuła wstyd. Przynajmniej nie tylko dlatego. - Poza tym to Franka zaczęła. Chciała to jej dałam. - Przewróciła oczami, przygryzając wargę. - Nie wspominając o tym, że z facetem zawsze można zaciążyć, a z koleżanką nie. - Parsknęła ostro, żartując tylko po części. - To był głupi błąd. Jeden jedyny - skłamała. - Ale po tym jak się teraz oburzyłeś, zaczynam podejrzewać, że sam coś chowasz za uszami. No dalej, pochwal się, miałeś kiedyś trójkącik z Goylem i Mulciberem? - Zaśmiała się głośno, widząc jego minę, aż musiała otrzeć łzę z kącika oka. Robiło się jej się coraz przyjemniej, lżej w środku. Dlatego, kiedy w następnym rozdaniu wyrzuciła potrójną parkę przeciw jego jednej, nie omieszkała odważnie skomentować usłyszanej historii. Zwłaszcza, że gdzieś w odmętach siebie odczuła olbrzymią ulgę. Może on taki po prostu jest, tak robi. Oszukuje kobiety, żeby dostać to, czego chce. Naiwnie nie próbowała odnosić tego do samej siebie, wierząc w to, że więź między nimi jest inna.
- Kto by pomyślał, że taki z ciebie podły skurwiel - szepnęła z taką gorącą słodyczą, jakby wymieniała najważniejszą z jego zalet. - Chociaż wiesz co? Nie, jednak mnie to nie dziwi. Pytanie tylko, czy ta kobieta naprawdę jest na tyle zdeterminowana, żeby szukać cię aż tutaj... - Rozlała im do szklanek po równo, by byli gotowi na następne rozdanie. - Myślę, że jesteś teraz dość uzdolniony, by sobie poradzić, a jeśliby nawet czymś cię zaskoczyła, masz ludzi, którzy przy tobie staną. W tym mnie - rzuciła w akcie rozczulającej szczerości, a potem spojrzała na niego zaskakująco poważnie jak na uderzające do głowy promile. - Z paskudnej biedy, powiedziałeś? Hmm. Mówią, że cel uświęca środki. - Nie zamierzała udawać, że dla osiągnięcia własnych nie zrobiłaby czegoś nawet gorszego.
Kolejne rozdanie przegrała, ale czuła się już na tyle lekko, że nie wyglądała na ani trochę podirytowaną. Uniosła kieliszek chwiejnie w teatralnym geście toastu.
- Za wszystkie twoje zawistne byłe, Macnair. - A potem dokonała czego trzeba i wyrzuciła z siebie pierwszą wstydliwą rzecz, jaka przyszła jej na myśl. - W porównaniu do poprzedniej to nic wielkiego, ale wiem, że cię rozbawi i gdyby nie zasady, to bym ci tego nigdy nie powiedziała. Właśnie z tego pierwszego powodu. W każdym razie parę dni temu spotkałam się z Mulciberem przypadkiem na jarmarku w porcie. - Westchnęła, przeciągając się i czując, że jeszcze trochę i zsunie plecy z twardego krzesła. - Staliśmy przy ognisku sami i chyba się zaciągnęliśmy jakimś opium dorzucanym do kadzideł. Nie mam pojęcia. W każdym razie zaczęliśmy gadać o totalnie abstrakcyjnych rzeczach i w pewnym momencie on powiedział do mnie coś o tym, że powinnam paść na kolana i ucałować go w pierścień z wdzięczności, że chce ze mną spędzać czas. - Roześmiała się z ironią, sięgając do torby, którą przewiesiła przez oparcie krzesła. - I domyślasz się, co zrobiłam? Och, domyślasz się. Chciałam mu ten durny uśmieszek z twarzy zetrzeć, więc przyjęłam wyzwanie, uklękłam przed nim jakbym się miała oświadczać i pocałowałam go w tę rękę. - Wyciągnęła z torby saszetkę z ususzonymi ziołami i wysypała je do miski, której zawartość wpierw opróżniła. - Merlinie, dobrze, że on też był upalony. I że byliśmy sami. Czasem naprawdę robię okropnie głupie rzeczy, mam jednak na tyle dużo szczęścia, że się potem rozchodzą po kościach. - Wzruszyła ramieniem i sięgnęła po różdżkę, żeby odpalić kadzidło. - Nie, nie patrz tak, to nie opium. Chciałabym. Ale to tylko mieszanka, którą dostałam od Cassandry. Gdzieś przeczytałam, że uspokaja, więc Cass mi ich narobiła, bo tylko jej ufam w sprawie roślin. Dajesz następną, teraz muszę wygrać, żeby było równo. - Przetasowała talię, rozdała i pozwoliła, aby kadzidło zaprószyło się ogniem.

Kadzidło Straconego Serca zużywam, wiadomo :innocent:


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Wsłuchałem się w jej wyjaśnienie odnośnie przeszczepu z niemałym zainteresowaniem, co mogła wyczytać z mojej twarzy. Nie miałem w planach skorzystania z podobnych opcji, jednakże zawsze warto było wiedzieć, że coś takiego było możliwe. Eliksir odtworzenia nie był mi obcy wszak niejednokrotnie spotkałem się z jego efektami i choć czas oczekiwania wydawał się długi, to z tego co mówiła był najbezpieczniejszy. Ponadto mogła się o tym przekonać na własnej skórze. -Jest trudny do uwarzenia?- spytałem uderzając wolno palcami o blat stolika. Odpowiedź nasuwała się sama, nie brzmiał jak łatwa sztuka, ale wolałem usłyszeć to od niej. -Dlatego z tym językiem był taki problem prawda? Był źle dopasowany- rzuciłem bardziej do siebie. Pamiętałem jak wielki kłopot miała Tonks z mówieniem, ale na samo wspomnienie wyglądu jej twarzy wygiąłem wargi w kpiącym wyrazie. Absurdalna sytuacja, aczkolwiek nie było innego wyjścia i sama była temu winna. Nieustannie zradzała się we mnie złość na samą myśl, że pozwolono jej uciec i pieprzona misja ratunkowa okazała się sukcesem. Jak pracownicy Tower mogli na to pozwolić? Jakim cudem wszyscy zachowali tam stanowiska? Osobiście skróciłbym ich o głowy – każdego po kolei, albowiem zbieg był jednym najbardziej poszukiwanych przestępców.
-Wiem- skinąłem głową z wyraźnym uśmiechem, po czym uniosłem szkło w geście toastu. Nie wątpiłem, że pomogłaby mi w skrajnej sytuacji, a konieczność stworzenia nowego narządu do takich się zaliczała.
Widziałem jej zmieszanie, kiedy ze spokojem opowiadałem o wizji niedalekiej przyszłości. Zdążyłem się już pogodzić, że ta prędzej czy później nadejdzie, albowiem tempo w jakim przyszło nam mierzyć się z rzeczywistością w końcu zweryfikuje wszelkie błędy i nie będzie akceptować kolejnych. Ileż jeszcze razy dopisze szczęście? Jak długo będzie sprzyjać, kiedy rozległe rany ciągnęły wprost pod powierzchnię ziemi? Ta świadomość musiała być zakorzeniona, ugruntowana i zaakceptowana, jeśli z powodzeniem chcieliśmy kontynuować misję, osiągać postawione przez Czarnego Pana cele. Wojna uwielbiała ofiary, otulała się ciałami i krwią niczym ich najbliższa przyjaciółka, a zatem zwodzenie się, że nigdy nie wróci się na tarczy było zwykłą naiwnością. -Nie pozbędą się mnie tak łatwo- zawyrokowałem czując, że czas zmienić temat. Nie było sensu wprowadzać nostalgicznego nastroju zwłaszcza, iż była dobra okazja do świętowania.
Wsłuchałem się w jej słowa z dozą zaciekawienia i skupienia. Nie zareagowała jak typowa ona, coś musiała poczuć, być może nad czymś się zastanowić. Liczyłem na kolejną kpinę, a zamiast tego otrzymałem szczerze wyznanie. -Mogę nałożyć klątwę na wiele sposobów, więc nie czuj się bezpieczna- zaśmiałem się pod nosem przyjmując nieco bardziej ironiczną nutę. -Krwi mam pod dostatkiem- zwieńczyłem unosząc nieco brew. Przesadzałem z tym stwierdzeniem, aczkolwiek lubiłem przekraczać pewne granice komfortu. -Ja nikomu nie ufam panienko- pokiwałem wolno głową, bo choć było w tym sporo szczerości, to jednak niektórzy mogli liczyć na jej pierwiastek. -Ludzie to najgorszy z gatunków. Na twoim miejscu nie ufałbym nawet mi- dodałem puszczając jej oczko.
-Każdemu dajesz, jak chce?- uniosłem pytająco brew, po czym przesunąłem palcami wzdłuż reliefu zdobiącego szkło. -Ciekawe- uniosłem na nią spojrzenie, w którym kryła się swego rodzaju odraza. Nie jednak do jej osoby, a sytuacji i świadomości, że takowa miała miejsce. -To po prostu obrzydliwe i tyle- wzruszyłem ramionami rozkładając lekko ręce w geście bezradności.
-Mordujesz mugoli, a powielasz ich zachowania. Walczymy o lepszą, zgodną z naszymi korzeniami i tradycjami przyszłość, a mimo to ulegasz jakimś dziwnym pragnieniom. To twoja przeszłość, ale dla swojego dobra niech nikt inny o tym się nie dowie- zachowałem powagę, nie żartowałem. Nie skomentowałem również kwestii rzekomego romansu z Goylem oraz Mulciberem, tylko przewróciłem na to oczami. O czym my w ogóle rozmawialiśmy, skąd te insynuacje? Niedobrze mi się robiło na samą myśl.
-Każdy ma własną historię bez względu na to czy jest z niej dumny, czy też nie- skwitowałem nawiązując poniekąd do własnej oraz tego, co zobrazowała chwilę temu. -Jestem przekonany, że już wie o moim pobycie w Londynie. Chciałem tu zawitać tylko na kilka tygodni, aby wykonać kilka zleceń i zdobyć parę galeonów, jednak coś mnie zatrzymało na dłużej. Być może na zawsze- doprecyzowałem. Pamiętałem pierwszy dzień w nokturnowskich, czterech ścianach i radość, iż wkrótce będę mógł się stąd znów urwać. To miasto, ta okolica budziła we mnie najgorsze emocje i pragnienie zemsty, a zatem nie widziałem tu swojej przyszłości. Życie bywa jednak przewrotne i czasem plany oraz cele okazują się tylko chwilowym priorytetem. Moja hierarchia wartości uległa kompletnej zmianie. -Właściwie to czekam na nią. Przyjąłbym ją z otwartymi ramionami, oddał to co zabrałem i spróbował chociaż powspominać stare dzieje. Jest tylko jeden problem- wygiąłem wargi w zadziornym uśmiechu. -Po pierwszych słowach skończyłbym z wbitym nożem lub zaklęciem na piersi- była bezlitosna, groźna i cholernie zaborcza. Nie lubiła kiedy ktoś robił jej pod górkę, a zdradę traktowała jako największą ujmę. Była podła, pewna siebie i niezwykle zawistna, co umiejętna gra aktorska skutecznie maskowała. Podziwiałem jej temperament, kulturę osobistą i dystans. Miała pod sobą całą Tarę, wszyscy jedli jej z ręki, mimo że na wschodzie kobiety miały jeszcze mniej praw. Mężczyźni traktowali ją na równi, budziła respekt i strach, albowiem jednym listem potrafiła zniszczyć czyjeś życie. Ma słodka.
Uniosłem szkło w geście toastu, po czym skinąłem głową na znak, że czas na opowieść z jej strony. Znów przegrała, a ja mogłem zamienić się w słuch. Oparłem się wygodnie o oparcie i odpaliłem kolejnego już papierosa wciągając rozkoszny dym w płuca. O mało się nie zadławiłem, kiedy przyznała się, że naprawdę przystała na propozycję Mulcibera – przecież to jak nawiązać pakt z diabłem. -Ja pierdole, nic mnie już nie zaskoczy- zaśmiałem się pod nosem, po czym wyciągnąłem w jej kierunku dłoń i uniosłem wyraźnie brew. -Spękałaś?- spytałem przechylając głowę w kierunku kadzidła, jakie momentalnie zapiekło mnie w gardle. Ziółka? Potrzebowaliśmy ziółek skoro mieliśmy równie dobry bimber? -Przecież pijemy, po co nam jeszcze jakieś śmierdzące paskudztwo- stwierdziłem, lecz zaraz po tym poczułem jak zapach wdziera mi się w nozdrza i rozchodzi po całym ciele. Zamrugałem lekko powiekami, poczułem dziwne ukojenie i spokój – lecz to był dopiero początek, o czym wiedzieć nie mogłem. Podeszła mnie, a ja jak ten naiwny dzieciak wierzyłem, że nie miała nic złego na myśli. Parszywa wiedźma.
Przyglądałem się jej przechylając kolejną szklankę bimbru. Miałem wrażenie, że z każdą kroplą coraz mocniej we mnie wrze, a myśli ukierunkowują się tylko na jeden cel. Nie mogłem jednak tego zrobić, nie chciałem. Chciałem, ale nie chciałem. Kątem oka zerknąłem na karty, znów wygrałem. Kurwa opowiedz coś, powiedziałem w myślach licząc, że odciągnie mnie od tego dziwnego uczucia.





The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 39
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 51
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair

Powrót do góry Go down

Drew miło zaskakiwał ją, gdy dostrzegała w nim prawdziwą, pozbawioną sarkazmu fascynację najbliższymi jej dziedzinami. Sama niejednokrotnie słuchała go z uwagą, gdy opowiadał o klątwach, runach i czarnej magii - przyjemną odmianą było zaoferować jakąś wiedzę od siebie.
- Bardzo trudny. Nie robię tego sama, korzystam z pomocy doświadczonych alchemików. Do uwarzenia tego eliksiru konieczna jest kropla krwi osoby, dla której powstaje organ - dodała w ramach ciekawostki, bezwiednie przesuwając dłonią wzdłuż swojego lewego przedramienia. - Pod pewnymi względami można to nazwać odwrotnością klątwy, tutaj krew wykorzystywana jest do ofiarowania, nie odbierania. - Uśmiechnęła się słabo, a potem zajęła miejsce.
Poważne tematy podejmowane w dusznym małym pokoju, którego powietrze stawało się z każdą chwilą coraz bardziej spowite wirującymi spiralami tytoniowego dymu, wonią alkoholu, perfum lawendowych i wilgoci, tworzyły wyjątkową atmosferę szczerości. Nie pamiętała, kiedy ostatnio mieli okazję porozmawiać ze sobą tak spokojnie, nie obawiając się podejmowania najtrudniejszych tematów. Czuła, że z kolejnymi toastami palącego bimbru zalewają ją nowe fale gorąca, rysujące różowe rumieńce na pięknej twarzy i odkrytym dekolcie zielonej sukienki. Było jej dobrze, prawie rzewnie, dała się oczarować ułudzie bezpieczeństwa i bliskości. I gdzieś tam, w resztkach świadomej trzeźwości rozsądek szeptał do niej słowa niemal przypominające wyrzuty sumienia.
Niemal.
- Masz rację. Nie ma niczego bardziej okrutnego i zdradzieckiego od człowieka - przyznała szeptem, zgrabnymi ruchami szczupłych palców tasując karty do kolejnych rozdań. - Nikomu nie ufałam, nie ufam. Nawet jeżeli bym chciała.
Patrzyła na niego długo, walcząc z dziwnym bólem w okolicach lewych żeber. Czy nie ofiarowałaby mu swojego życia, nawet jeśli raz już niemal je odebrał? Czy nie zrobiłaby absolutnie wszystkiego, by zyskać jego uznanie? Nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie. Lepiej było nie ulegać nadziejom, wziąć sprawy w swoje ręce i odzyskać kontrolę nad sercem. Raz i na dobre.
Wywróciła oczami, gdy zadał retoryczne (miała nadzieję) pytanie.
- No nie wiem, możesz próbować się przekonać - rzuciła z przekąsem, nie szczędząc ostrego jak punkcyjna igła sarkazmu. Wymownie uniesiona brew sugerowała, że nie czuła się rozbawiona zarzutami, ale też nie mogła winić go, że miał używanie, skoro sama dawała mu broń do ręki. Wzięła na poważnie grę, na którą odważyłaby się tylko z nim, by zakosztować zakazanego owocu bliskości, która nie była fizyczna, lecz emocjonalna. - Nie porównuj mnie do mugoli, Macnair - ostrzegła z napięciem, a potem westchnęła, spuszczając z tonu i poddając się zażenowaniu. - Jak powiedziałeś, każdy ma coś, z czego nie jest dumny. Teraz wiesz, że ja również i to wyjątkowo. Dumna Elvira Multon i jej... ugh, pragnienia. - W rzeczywistości nie myślała wcale o tamtej przeklętej nocy z Frances i Wren. - Ale to było sześć miesięcy temu, nie wracam już do tego. Jeśli czujesz dyskomfort, powinniśmy zmienić temat. - Uśmiechnęła się lekko pod nosem, odhamowana wypitym bimbrem i oparami tytoniu. Po chwili zastanowienia sięgnęła po jeden z papierosów z pytającym wyrazem twarzy. Z najwyższą chęcią również by zapaliła, ostatnio miała problem z tym, by dostać je w swoje ręce.
Kiedy przyszła jego kolej na opowieść, słuchała z uwagą, aby nie przegapić żadnego szczegółu z tego, co przedstawiał i co mogło mieć znaczenie w zrozumieniu go lepiej.
- Czy tym, co cię zatrzymało, był Czarny Pan i nasza misja? - spytała właściwie retorycznie, gdyż natychmiast się tego domyśliła. Liczyła na to, że potwierdzi, nie roztrzaskując w pył wrażenia, że miała wiedzę chociaż na temat tego elementu jego osobowości. Opowiadał o kobiecie z Rosji tak, jakby łączyło ich coś więcej niż relacja oparta na korzyściach; ale z jego strony musiało to być jedynie pragnienie zdobycia wpływów, czy nie tak? Przecież ją oszukał. Obserwowała go uważnie, nie zdradzając niczego wyrazem ust, na których wciąż czaił się niewielki, niemal znużony uśmiech. - Obroniłbyś się - stwierdziła z absolutną pewnością. Sama myśl o jakiejś dziwce wbijającej nóż w pierś Drew sprawiała, że narastała w niej żądza krwi. - To była interesująca historia. Pozwoliła mi coś zrozumieć - rzuciła tajemniczo po rozdaniu kart, a potem rzuciła mu wyzywające spojrzenie ponad krawędzią szklanki, jakby prowokowała go do zapytania o to, co ma na myśli.
Historię Mulcibera było Elvirze łatwiej przytoczyć: choć dla niej osobiście była ona bardziej upokarzająca niż opowieść letniej nocy, znacznie mniej moralizatorskie rozbawienie na twarzy Drew wyrwało śmiech także z jej ust. Pozornie mimowolnym ruchem odrzuciła z czoła długi kosmyk jasnych włosów, a potem figlarnie przygryzła usta.
- Nic cię nie zaskoczy mówisz... a co, zazdrościsz Mulciberowi takiej okazji do obserwowania mnie na kolanach? - Choć mówiła bez przemyślenia, plotąc trzy po trzy jak przystało na ilość promili we krwi, słowa miały w sobie coś porażająco dwuznacznego. Odsunęła kadzidło na środek stołu, marszcząc brwi na widok wyciągniętej dłoni. - Oho, czyli mam rację. Masz pecha, dzisiaj bolą mnie kolana, ale jeśli nalegasz... - Rzucał jej wyzwanie zarówno słowami jak i złośliwością w oczach, więc niespiesznie sięgnęła po jego dłoń, ciągnąc ją w swoją stronę i nachylając się do niego nad stołem, aż jej jasne włosy zsunęły się kurtyną na ramiona. - Veni, vidi, amavi - szepnęła niskim, chrapliwym od dymu głosem, wiedząc, że i tak niczego nie zrozumie. Potem ucałowała jego palce, zaczepnie muskając językiem ich opuszki, nim na powrót usiadła na krześle, sięgając po karty jak gdyby nic się nie wydarzyło. - I nie przesadzaj, to tylko zielsko, nie śmierdzi. - Westchnęła przeciągle, czując falę spokoju rozlewającą się wzdłuż kręgosłupa i w dół, oplatającą pieszczotliwie uda oraz lędźwie.
Trudno było jej skupić się na kolejnej grze, gdy słodka woń kadzidła i lawendy wdzierała się w zmysły, bimber tłumił skrupuły, a w głowie przewijały się wspomnienia gorącej letniej nocy. Teraz była zima, deszcz ze śniegiem szastał okrutnie za oknami, ona natomiast coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że nie popełniała błędu. Że było po prostu dobrze.
Po przegraniu zaśmiała się gardłowo, wypijając tym razem tylko kilka głębszych łyków.
- Tyle już dzisiaj padło, co mogę jeszcze opowiedzieć? - spytała na wpół figlarnie, na wpół szczerze, a potem spojrzała Drew w oczy spod przymkniętych powiek. Udała zamyślenie, a potem lekko uderzyła dłonią w stół, jakby historia spadła jej z nieba. - Mam. Teraz cię zadziwię. Nikomu o tym jeszcze nie mówiłam, a myślę, że kto jak kto, ale ty powinieneś to usłyszeć. - Podniosła się z krzesła, okrążyła stół i stanęła bliżej Drew, bardzo blisko, opierając się biodrem o krawędź; sposób w jaki chwiejnie przechylała głowę wyraźnie wskazywał na upojenie. Ale czy nie o to właśnie chodziło? Miała, cholera, urodziny. Zasługiwała na to. Zasługiwała na tę jedną specjalną noc. - Pamiętasz zeszły rok, lipiec, feralne jabłko? I tamten wieczór... kiedy zerwałeś mi wianek...? - Mówiła coraz ciszej, tracąc oddech. - Zachowałam się wtedy jak suka, ale nigdy ci nie przyznałam, że to wszystko... że od początku wiedziałam, że złość, której się na tobie pozbywałam nie jest prawdziwa. Nie byłam zła na ciebie, tylko na siebie. Na siebie, bo mimo... mimo wszelkiej logiki... i przyzwoitości... - Pochyliła się, przysiadając na stole i opierając jedną dłoń na oparciu jego krzesła, więżąc go w oparach. - Chciałam więcej. - Opuściła spojrzenie z jego rozszerzonych źrenic na usta i zachichotała ponuro. - Nienawidziłam się za to. Za to, że byłam... że jestem... nienasycona. - Waleriana, lubczyk, czerwona róża, bergamotka. Wydawało się, że nie czuć już niczego więcej.
I nagle, zbyt nagle, by dało się to przewidzieć, opuściła głowę, wpijając się w niego rozpaczliwym, zaborczym pocałunkiem. Skronie bolały ją, drżała lekko, gdy szeptała przy jego skórze:
- Przepraszam. Nie powinnam. Nie... - Nie chciała się odsuwać. - Czy to już pora na mój prezent? - szepnęła w końcu.
To był ostatni raz. Poprzysięgła sobie, że nasyci się, zapomni.
Zakończy wszystko, co nigdy nie powinno się zacząć.
[bylobrzydkobedzieladnie]


You know I love the thrill of the rush


Elvira Multon
Elvira Multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We'll never get free
Lamb to the slaughter
What you gonna do
When there's
blood in the water?
OPCM : 6
UROKI : 0
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 28
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
wrath
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon

Powrót do góry Go down

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Sypialnia

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach