Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Trakt kolejowy
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Trakt kolejowy

Przez Dolinę Godryka przebiega trakt kolejowy, który pokonywany jest przez Hogwart's Express, pociąg dowożący uczniów do Hogwartu. Jeśli wierzyć mieszkańcom Doliny, dźwięk nadjeżdżającego pociągu słychać jednakże nie tylko dwa razy do roku - nikt jednak nie wie, po co, ani dokąd, Express przejeżdża przez ten obszar.
Sam trakt wygląda staro, niepozornie, jest to jednak najprawdopodobniej iluzja, która ma go uczynić nieatrakcyjnym dla mugoli.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 05.10.19 21:31, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Uśmiechnęła się słodko na przyjęte zaproszenie; kiedyś równie dobrze mogło oznaczać nigdy, ale nie w jej słowniku, nie teraz, kiedy ten miły dżentelmen pozwolił jej zachować kwietną piersiówkę i był dla niej pomnikiem uprzejmości wśród leśnej dziczy przylegającej do torów. Nie zamierzała zapominać o jego poświęceniu. Był związany z tym przedmiotem, a mimo to zgodził się z nim rozstać tylko po to, by zrobić jej przyjemność - jakie to rzadkie, jakie to rycerskie! Półwila była szczerze zachwycona jego postawą, toteż klasnęła lekko w dłonie i skinęła głową, śmielej podchodząc bliżej zaledwie o jeden malutki krok. Ale to zawsze coś. Dowód tego, że nie bała się go tak bardzo. Już nie.
- Ja również - zapewniła przyjaznym świergotem. Och, gdyby tylko wiedziała, że ma do czynienia z arystokratą pochodzenia równego lady Aquili, choć wyklętego przez londyńską społeczność... Na pewno jej policzki prędko pokryłyby się rumieńcem, a skojarzenie Zakonu Feniksa, o którym wiedziała tyle, że podejmował się terrorystycznych zachowań, nakazałoby jej jak najszybciej stąd czmychnąć gdzie pieprz rośnie. - Wyśle mi pan sowę? Bardzo proszę, nie chciałabym, by ta obietnica nie doszła do skutku. Celine Lovegood, Grimmauld Place dwanaście - przedstawiła się i zwieńczyła słowa miękkim dygnięciem, zanim zaśmiała się na pokaz swych dobrych manier. Te pokłony były nieco różne niż baletowe, ale to nic, półwila nowej techniki uczyła się szybko i sprawnie, na tyle, by nie przynosić wstydu pracodawcom na każdym możliwym kroku.
Wspomnienie rzeczonych złych ludzi odegnało jednak ten słoneczny uśmiech, sprawiło, że dziewczyna skuliła się nieznacznie i znów cofnęła - ale nie dlatego, że sam Anthony napawał ją strachem, o nie. Jedynie to okropne wspomnienie powracające do jej pamięci zmuszało ją do ruchu fizycznego, do uczynienia czegokolwiek, byle tylko nie zatopić się w głębinie własnych myśli. Bała się, że mogłaby wówczas nigdy już nie wypłynąć na powierzchnię. Zostać na dnie.
- Nie, to... Nie, nic mi nie jest. Jestem pod dobrą opieką - zapewniła nie tyle nowego przyjaciela, co również siebie samą. Pan Samuel wiedział o istnieniu tego człowieka z Parszywego Pasażera, wiedziała także lady Aquila, bo od czasu pogrzebu lorda Alpharda jego nazwisko było jej znane. Cornelius Sallow. Jej milady chyba nie byłaby w stanie pozwolić mu jej skrzywdzić, skoro prawda wyszła na jaw? Celine uniosła dłonie i przycisnęła je do własnych ramion, przez jedno z nich spoglądając na Anthony'ego, trochę zbyt melancholijnie, trochę zbyt smutno. - Proszę się nie martwić - posłała mu wówczas przepraszający uśmiech; naprawdę nie chciała psuć atmosfery, nie chciała, by zamartwiał się problemami, które należały przecież tylko do niej. To ona sprowadziła je nad swoją głowę. To ona była temu wszystkiemu winna.
Na szczęście mogli skupić się na czymś innym, bo wciąż mieli przed sobą zadanie, którego Celine nie dokończyła samodzielnie. Trzymała teraz listy, przeklęte koperty, które musiały zasnąć snem wiecznym pod zimną ziemią, z uwagą przyglądając się Macmillanowi. Był zdeterminowany, nie poddał się po pierwszej nieudanej próbie. To inaczej niż ona - z zapałem i upartością podchodziła wyłącznie do baletu lub gimnastyki, ale nigdy do prób typowo magicznych.
- Wierzę w pana - szepnęła szczerze, a gdy udane zaklęcie wyżłobiło nieopodal nich dół w glebie, aż podskoczyła ze zdumienia i zachwytu. - Ojej! - wyrwało się spomiędzy wąskich warg; Celine podała mu listy, jednak nie pozwoliła mężczyźnie zakopywać ich samotnie. Kucnęła przy nim i dłońmi jęła zasypywać wyrwę skrywającą jej trujące skarby, dopóki brąz ziemi nie osiadł na nich niczym wieko trumny. Były zapieczętowane. Na zawsze. - Bardzo dziękuję - półwila zwróciła się do maga i w dowodzie wdzięczności uścisnęła jego dłonie swoimi, nieistotne, że obie pary były ubrudzone, byli jedynie bliżej natury, związani z nią jej śladem. - Ale teraz ja... Muszę już wracać do domu. Przepraszam, och, i tak jestem spóźniona. Proszę wysłać mi sowę, dobrze? Panie Anthony - ponowiła wcześniejsze słowa i wstała z ziemi, prędkim, zwinnym krokiem kierując się między drzewa. Dopiero po kilku metrach odwróciła się do Macmillana i pomachała mu z uśmiechem, zanim znikła między wysokimi konarami.

zt :pwease:




this doesn't feel like home
Celine Lovegood
Zawód : nikt
Wiek : 20 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
czy to sam lucyfer mógł się wcielić w nią? jej diabelskie oczy zawładnęły mną, półwili miot na pokuszenie wodzi mnie...
OPCM : 10
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455

Powrót do góry Go down

Jej uśmiech sprawił, że na dłużej utkwił w niej spojrzenie. Długo go analizował, zastanawiając się czy rzeczywiście była zadowolona z tego nieoczekiwanego spotkania. Jednak, przy tym całym zachwycie, czuł się też wyjątkowo źle z tym, że w jego głowie pojawiły się różne myśli. Nie powinien być nią tak zachwycony, ale jednak… coś go ku temu ciągnęło i nie potrafił nad tym zapanować. A w domu czekała na niego żona. Ciężarna żona! Czekała, choć on spędzał ten czas na zachwycanie się inną. Ale młoda blondyneczka była zbyt piękna, żeby nie spróbować docenić jej urody, prawda Macmillan? Dziwnie przyciągająca swoimi tajemnicami i wszystkim, co było z nią związane. Wizja tego, że mógłby w przyszłości spędzić z nią trochę więcej czasu sprawiała, że nie mógł się tego momentu doczekać.
Na jej prośbę zareagował zmieszaniem. Nie chciał jej sprawiać kłopotu, a za taki uważał kontakt listowny. Musiała wiedzieć kim był, plakaty z jego głową były wszędzie tam, gdzie Ministerstwo rządziło. Gdyby którykolwiek z czarnoksiężników wykrył, że się z nim kontaktowała… to mogłoby okazać się dla niej zgubne. Mogłaby szybko stracić głowę, a tego nie byłby w stanie przeżyć. Ale czy byłby w stanie odpowiedzieć jej „nie”, kiedy tak pięknie go o to prosiła? Grimmauld Place dwanaście… Grimmauld Place dwanaście.
Miał wrażenie, że piorun w niego trzasnął.
Grimmauld Place dwanaście to był adres Blacków i zrozumiał to dopiero po chwili. Dobrze go zapamiętał, mając wiele konfliktów z tym rodem. Szczególnie z Alphardem Blackiem, którego za młodu niezbyt lubił, uważając go za bufona i nadętego gnojka. Nie mógł jednak pokazać, że czuł się dziwnie, nie przed tak niewinnym stworzeniem jak ona.
Przytaknął grzecznie, skinieniem głowy. Wrażenie, że miał przed sobą zakazane jabłko wzmocniło się kilkukrotnie. Już nie tylko ze względu na kwestię żony. Gdyby tylko ktokolwiek z Blacków dowiedział się, że to on wysłał jej jakikolwiek list… Martwił się. Wieść, że jej listy i teraz były poszukiwane przez „złych ludzi” zinterpretował jako „były poszukiwane przez Blacków”, czyli i tak już miała ogromne problemy. Choć zaprzeczała, żeby cokolwiek złego się działo – podejrzewał, że było zupełnie inaczej. Ale jak mógł jej pomóc?
Poczta, która mogłaby zagrażać jej bezpieczeństwu została pochowana w miejscu znanym tylko jemu i jej. Jego dłonie były całe w ziemi, tak samo jak koszula i spodnie. Chciał zaprotestować, kiedy dziewczyna zaczęła sama zasypywać dół. Nie powinna się brudzić i męczyć. Choć dziękowała, wciąż czuł się dziwnie ponuro. Co jeżeli jednak ktoś odnajdzie te listy? Co jeżeli coś złego miałoby stać się dziewczynie?
Proszę na siebie uważać! – rzucił za nią, kiedy nagle postanowiła się pożegnać. – Wyślę, ale proszę na siebie uważać! – ponowił raz jeszcze, jak gdyby w obawie, że mogła nie dosłyszeć.
Jeszcze chwilę stał nad dołkiem, czując się podle z własnymi myślami. Czy był aż tak okropny jako człowiek?

|zt


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan

Powrót do góry Go down


31 X 1957

Zdawało mi się, że miało być łatwiej
Prościej i szybciej, zabawniej i ładniej
Miałam wiedzieć którą wybrać stronę
Mówili skoczysz i nie utoniesz

Śmieją się. Dłonie plączą się między sobą, palce splatają w gwałtownym uścisku, by zaraz opuszki mogły doprowadzić do równie porywczych rozstań, gdy jedno ciało ciężarem opadało na drugie. Aromat palonego drewna górował ponad chłodem powietrza, ponad mrozem rzeczywistości uderzającej z każdym, coraz to krótszym dniem. Ale nikt o tym nie myślał, nie teraz, kiedy nieskończoność atramentowego nieba upstrzona tysiącem gwiazd przypominała o maleńkości istnienia, nawet jeśli w obliczu obecnej polityki do największych ono i tak nie należało. Nie teraz, kiedy drwa trzaskały posyłając malownicze skry ku firmamencie, a krew wrząca pod cienkim pergaminem skóry podsycana była przez alkoholowe opary mroczące umysł. Ciepły blask ognisk otulał sobą zgromadzone sylwetki, dźwięki muzyki niosły się nad sennym miasteczkiem i przez chwilę, ledwie krótki trzepot serca można było uwierzyć, iż wszystko było dobrze. Że troski oraz zmęczenie nie wyzierały z twarzy, drżenie wywołane było październikową pogodą, nie zaś kolejnym nadchodzącym porankiem, a oczy nie wypatrywały z niepokojem lotu sów trzymających nowe wydania gazet. Była tu bowiem radość, nieśmiała oraz niepewna, beztroska gestów, kiedy kolejna para wirowała wokół ognisk, poddając się płynącej melodii, a zaróżowione buzie wpychały w siebie pieczone kasztany oraz placki dyniowe, choć mało słodkie, tak wciąż były w stanie nasycić puste żołądki oraz opróżnić kieszenie z ostatnich oszczędności. Zapomnieć o jutrze, pamiętać o przeszłości. Czy właśnie ta myśl im przyświecała? Czy to pchnęło ją do tego, żeby się tutaj pojawić? Po zachodzie słońca obserwować, jak część mieszkańców na obrzeżach rozpala magiczne lampiony, układa kłody drwa, rozstawia stoliki, trwając w tym danym momencie, nie zastanawiając się nad niczym więcej. A może po prostu uległa prośbom znajomych, tych samych, których nogi plątały się ze sobą, ramiona uderzały o siebie wzajemnie, a chichot wypadał spomiędzy warg częściej niźli słowa, które już dawno sens swój utraciły. Może zresztą wcale nie potrzebowała powodu, głębszego sensu, ani nad wyraz poważnej narracji, by musiała usprawiedliwiać swoją obecność, chęć do zabaw oraz psot przysługujących młodości. Nie musiała czuć się odrzucona, ani nie na miejscu, kiedy raz po raz wyciągano w jej stronę ręce, a ona obracała się wokół własnej osi na kości śródstopia, zrelaksowana jak nigdy, chociaż echo życia, którego nie było, wciąż osiadało ciężarem na skroniach, niczym korona utkana z wyrzutów sumienia. Było miło, nie zastanawiać się nad każdym krokiem, tonem cichego głosu wciąż naznaczonego szkockim akcentem, ruchem smukłego ciała, który mógł przywołać nieznośny obraz sprzed lat, naruszający i tak wystarczająco kruchą powłokę panny Finley Jones. Tej, która nie istniała, a jednak wciąż przewracała oczami nad zasłyszanymi głupotami i marszczyła śmiesznie nos, wobec następnych wielce `światłych` pomysłów, na które i tak przystawała, bo dlaczego właściwie nie? Noc Duchów zdarzała się przecież tylko raz w roku, cienka granica między życiem a śmiercią zacierała się, a już samo to wydawało się idealnym powodem do świętowania z tymi, którzy zdecydowali się pozostać na tym nieszczęsnym padole łez. Przygryza dolną wargę, gdy czuje pociągnięcie, a ręce oplatają jej ramię, dziewczęcy głos szepce gorączkowo swe sekrety do ucha blondynki i ta musi zebrać w sobie wszystkie siły, by nie parsknąć śmiechem na trafną uwagę. Czekoladowe tęczówki śledzą obecnych leniwie, kiedy tak całą chmarą przesuwają się do przodu, kącik ust drga nawet, gdy jedna z dusz, chyba osławiona zjawa z Rudery, przemyka obok, w oburzeniu wspominając towarzyszowi, iż kanapa w jej domostwie nieustannie warczy. Aż wreszcie wzdycha, niczym najbardziej udręczona persona, bo nawet jeśli znaleźli idealne miejsce do okupowania, to i tak potrzebna była ofiara do przyniesienia rozcieńczonego piwa, sprzedawanego nieopodal i dziwnym trafem, zupełnym przypadkiem trafiło na nią. Splatając ręce na piersi, prześmiewczo nadyma policzki w oburzeniu, ale zaraz przechyla głowę wyrzucając z siebie przeciągłe no dobraaa. Towarzystwo zachęcająco krzyczy oraz wiwatuje, przynajmniej do czasu, aż Fin nie pokazuje im nieprzyzwoitego gestu i nie umyka, rozpoczynając swe jakże dzielne poszukiwania. Zimny oddech jest widoczny na powietrzu, zmarznięte dłonie chowa do kieszeni płaszcza i zanurzając nos z otulającym szyję szaliku, przypomina sobie chwile podobne tej, pełne lejącej się whisky oraz dźwięków dud, bo nic przecież nie nastrajało do zabawy, jak one. I chyba śmieje się nawet sama do siebie, tknięta dziwną nostalgią, póki rozczulonego rozbawienia nie niszczy cofająca się postać, zdecydowanie niezwracająca uwagi na dziewczę przemykające za nią, przez co wpada nań i niemalże doprowadza do jakże romantycznego spotkania czarownicy z chłodnym podłożem.


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Nikt go do przyjścia w to miejsce nie zmusił, a jednak takie sprawiał wrażenie - jakby wcale nie chciał tu być, jakby uśmiechał się bardziej na siłę niż na serio, jakby go to dudnienie w bębny nie cieszyło tak jak dawniej. Naprawdę potrzebował odetchnąć. Liczył na jakiś znak od Boga, że dobrze robi trwając w tym postanowieniu patrzenia tylko w górę. Nic go miało nie przerażać, nic nie miało nawiedzać go w środku nocy - zupełnie jakby wystarczyło tylko o tym pomyśleć, że chce się zmienić, aby ta zmiana stała się rzeczywista. Okazało się jednak, że to był o wiele bardziej skomplikowany proces.
Jeszcze bardziej skomplikowanym procesem okazało się być zbieranie materiałów do kolejnego dzieła, jakie chciał przedstawić światu... no, może bardziej temu skrawkowi świata, który nadal chciał go czytać. Postanowił już sobie, że książkę napisze, choćby miał spłonąć na tym stosie, który mu tak namiętnie podsuwała własna wyobraźnia. Potrzebował tego jak powietrza, nie przeżyje, jeśli nie spisze na kartkach słów leżących mu na duszy. Najpierw chciał przypomnieć sobie te zapomniane opowieści, obecnie spopielone, zalegające gdzieś na podłodze porzuconego mieszkania. Ubolewał nad ich utratą tak bardzo, że patrząc na ogniska rozpalone z okazji nocy duchów nie czuł jedynie przerażenia - strach jaki wywoływał w nim ten widok połączony był z niewyobrażalnie wielką jak na niego dawką gniewu. Słabo mu wychodziło okazanie go w należyty temu sposób, ale czuł to wyraźnie. Ten bezlitosny ucisk bólu, kiedy emocje palą i gryzą w gardło tak samo jak gęsty dym. Oddychał przez to ciężko, chociaż naprawdę nie chciał dać po sobie poznać, że coś było nie tak. Odpowiadała mu przecież ta gra pozorów, w której był wiecznie roześmianym przyjacielem, bratem, wujkiem, co się uzewnętrznił kilka razy w tekście pisanym i nawet go za to ceniono. Nie chciał odkrywać nic dalej. Może kiedyś, kiedy to ułoży lepiej, przeczyta dwa razy i wprowadzi poprawki. A teraz odejdzie - nic tu po nim przecież, prędzej się jeszcze bardziej załamie nad labiryntem własnej psychiki, niż zrobi coś pożytecznego dla siebie albo świata.
Cillian cofnął się o kilka kroków w tył, chcąc zawrócić w poprzednią alejkę bez spuszczania płomieni z oka, zupełnie jakby ogniste języki miały sięgnąć go kiedy tylko odwróci wzrok. Chyba tylko w takich warunkach możliwym było, aby na kogoś aż tak niefortunnie wpadł. Odwracając się w stronę tancerki, Silly niemal rwał sobie włosy nad tym, jak w ogóle mógł doprowadzić do takiej sytuacji, ale ciało musiał mieć tym razem szybsze niż umysł, więc nie miał czasu się nad tym zastanowić - ręka jakby sama otoczyła dziewczynę, nie pozwalając jej na upadek. Dopiero wtedy rzucił spojrzeniem na jej twarz i zorientował się, że nie była mu obca.
- Finley!
Imię z jakiegoś powodu wymknęło mu się z ust pierwsze.
- Przepraszam cię najmocniej, nic ci nie jest?
Pochylający się nad nią pisarz wyglądał inaczej niż za czasów ich ostatnich spotkań. Włosy miał zwichrzone, koszulę nieco pogniecioną. To ramię, którym ją otoczył drżało lekko. Sprawiał wrażenie kogoś, kto przed kimś lub czymś uciekał. Aż głupio było się przyznać, że tym czymś była własna wyobraźnia. Pewnie by się zaśmiała, gdyby powiedział to na głos. Była przecież jego największym krytykiem. W gruncie rzeczy jedynym jakiego spotkał osobiście, a przynajmniej jedynym, który przekazał mu swoją opinię w tak dobitny sposób.
- Scena jakby żywcem wyrwana z mojej książki!
Spostrzeżenie to sprawiło, że kąciki jego ust uniosły się nieco w górę. Puścił ją z tego objęcia. Miał nadzieję, że nie poczuła tego, jak bardzo trzęsły mu się dłonie.


no beauty shines brighter
than a good heart
Cillian Moore
Zawód : Wygnany powieściopisarz, chwyta się prac dorywczych
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chodźmy nad wodę
Na Twoich kolanach zasnę
Wymyślę więcej dobrych wierszy
OPCM : 20
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 C511aabdf597b22fa48d7610e8ae258d
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9648-cillian-moore https://www.morsmordre.net/t9664-aslan#293571 https://www.morsmordre.net/t9665-pisarzyna#293576 https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t9741-skrytka-bankowa-nr-2207#295617 https://www.morsmordre.net/t9666-cillian-moore#293577

Powrót do góry Go down

Tam zawsze tkwił strach. W przeszłości i tym, co sobą niesie. W przestrzeniach umysłu usilnie sięgającego w dal przyszłości, a mimo to uparcie tkwiącym w chwilach minionych. Wyprzeć się go nie było jak, kiedy zdawał się krążyć wraz z krwią w błękitnych liniach żył, wrząc, gdy odpowiedni bodziec wzmagał trzepot serca, podsuwał obrazy niechciane. Zaakceptować też nie szło wcale, bo jak można było uznać coś, co wznieca dreszcze na bladej skórze, duszności w piersi oraz narastające poczucie zagrożenia padające zewsząd, jako stałego kompana? Choć przecież okoliczności były ku temu nadzwyczaj sprzyjające, teraz kiedy każdy los tkwił pod znakiem zapytania, pod ręką dzierżącą wszystkie cienkie sznurki trwania, gotową przeciąć je pod wpływem zwykłego kaprysu, chorej potrzeby oczyszczenia tego, co rzekomo plamiło magiczną społeczność. Ukryć więc było go łatwiej. Pod pełnią warg uniesioną w uśmiechu, pod wysokim tonem głosu zabarwionym pogodą, pod lekkością ruchów wskazujących na beztroskę. On tam gdzieś jest, ale go nie ma. Jeśli zamkniesz oczy, to i on cię nie dostrzeże. Cienkie powieki więc skrywają szarości spojrzenia, tęczówki nie dostrzegają siatki zmartwień odbijającej się na twarzach, rozbieganego wzroku, nieco biedniejszych ozdób, ciemniejących kosmyków włosów maskowanych przez kolejne wybarwiające eliksiry. Udaje, że ta noc nie różni się od żadnej innej, jest tylko trochę cieplej, tylko trochę jaśniej od rozpalanych ognisk. Wspomnienia z ust padające nie sięgają uszu, instynktownie wie, kiedy powinna się wycofać. Jak dziś, stąpając po znajomych terenach cyrku, widząc gromadzące się coraz to bliższe sylwetki, nostalgię osiadłą na skroniach, wiedziała, że oddychać nie może i uciec należy jak najdalej. Od tęsknych słów, od słodyczy dzieciństwa, od potencjalnych pytań naruszających kruchą powłokę obranej tożsamości. Więc pomknęła ku Dolinie, gdzie nawiązało się parę przelotnych więzi, które ciężarem na duszy nie okryły i przy których zwyczajnie można było odetchnąć, zapomnieć, zaśmiać się, by uznano, że jest dobrze. Ucieczki w tłum były najprostsze, bo samotność w tłumie nigdy dostrzegana nie była. Czy może i tym Moore się kierował? A może to chęć powrotu do normalności wznieciła upór, potrzebę zmierzenia się z własnymi demonami, teraz gdy przeszłość ścierała się z teraźniejszością, a może to tylko inspiracja wymagała pojawienia się tam, gdzie historii bez liku zapewne padało, wspominających gorsze i lepsze chwile. Czy i u niego było to istotne? Usprawiedliwianie się, jakby żadne z nich nie miało prawo tu być, chociaż przecież każde z nich żyło, wciąż trwało, pomimo strachu i pomimo noszonej maski złudzeń.
W zasadzie była przekonana, że to ją spotka. Upadek, w najlepszym razie pieczenie kolan, w najgorszym kąśnięcia ugodzonej duszy oraz czerwieni szczypiącej policzki. Głowy otumanione alkoholem, mnogość osób zgromadzonych, potrzebujących znaleźć się w tym konkretnym miejscu nie bacząc na mijane je sylwetki. Wiedziała, że tak będzie. Nawet jeśli uważała, gdzie kroki stawia, zachować czujność też się starała, a ciało sztywniało, gdy tylko widmo zetknięcia się obcego ramienia z jej własnym pojawiało się przed oczyma. Ale trochę sądziła, tak cicho oraz nieśmiale, że stanie się to później, kiedy sama lekko się zamroczy, kiedy podobny wypadek wymusi ciche parsknięcie, a nie bolesne zaciśnięcie się żołądka, bo czyjaś ręka w refleksie otacza ją, odganiając wizje twardego podłoża przyjmującego akrobatkę na swej powierzchni. Mruga powoli, w zaskoczeniu, w niemej walce, żeby gwałtownie nie odrzucić uprzejmego gestu, bo niedotykajniedotykajniedotykaj. I sama drży, nieprzyzwyczajona do uprzejmości, do zwykłego ludzkiego odruchu, drgając dopiero, kiedy słyszy swoje imię. Zagubienie widoczne na uniesionej buzi trwa ile? Jedno, dwa uderzenia serca, nim na nowo się opanuje? Błękit zderza się z szarością, rozpoznanie przez pogrążony umysł trwa nieco dłużej, nim dopasuje rysy twarzy do imienia, nim uzna, że ciepła dłoń jest jedną z tych bezpieczniejszych. Lecz niekoniecznie akurat z tych spodziewanych.
- Moore - wita się, lekko schrypniętym głosem, odchrząka cicho, próbując pozbyć się suchości tańczącej na podniebieniu, chłodnych paluchów paniki zaciskających się na gardle. Pobieżnie zerka na swoją sytuację, ale ego się trzyma, więc chyba nie jest najgorszej - Na tę chwilę nie, ale... - i potem padają kolejne słowa, a wargi wykrzywiają się w grymasie, ciemniejsze od jasnych kosmyków brwi marszczą się i Jones jest prawdziwie oburzona, wręcz zdegustowana - Cofam to, teraz mnie mdli - oświadcza, marszcząc śmiesznie nos, mrużąc ślepia, jakby nie mogła absolutnie uwierzyć, że Cillian śmiałby porównywać zwykły wypadek, do przejaskrawionego oraz zdecydowanie zbyt dramatycznego zetknięcia się dwóch dusz. Bleh. Z ulgą przyjmuje wolność, cofa się na kilka kroków, ręka pociera nadgarstek skryty pod bandażem, nim przekręca głowę, w nagłym zaintrygowaniu. A następnie dłonie splata za plecami, by nieco pochylona, mogła zbliżyć się do czarodzieja z zadartą głową, z figlarnym uśmieszkiem tak niepasującym do typowej Finley, ale Finley potrafiła kłamać i nikt tak naprawdę nie wiedział, jaka była naprawdę, jak wyglądał rzeczywisty schemat jej zachowań - Samotny? - pyta, krótkie zaproszenie, bez żadnych niezręcznych pytań, bez krępującego unikania wzroku, bez wyrzutów, że nie dawał znaku życia, a to, co ostało się z mieszkania pachnącego herbatą oraz palonym drewnem, to tylko popiół i gryzący dym. Pustka.

[bylobrzydkobedzieladnie]


I'm living in an age
That calls darkness light


Ostatnio zmieniony przez Finley Jones dnia 18.04.21 23:14, w całości zmieniany 2 razy
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Mężczyzna zaśmiał się wesoło z jej reakcji. Ten śmiech wciąż miał w sobie trochę nerwów, trochę strachu, ale był też najszczerszym śmiechem, na jaki się zdobył od dawna. Nie wiedział, czy zdawała sobie sprawę z tego jak dobrze na niego działała, bo nigdy nie raczył się tym z nią podzielić, ale był to fakt - postrzegał jej udawaną, wymuszoną (w jego mniemaniu przynajmniej) niechęć jako coś uroczego. Nie potrafił nie darzyć jej sympatią i nie otoczyć opieką, chociaż teraz... to niekoniecznie ona jej potrzebowała. Widać po nim było, że jest spięty, nie czuje się komfortowo z miejscem, w którym się znalazł. I chociaż twarz zdobił mu piękny i ciepły uśmiech, to coś było w nim coś smutnego, tak po prostu. Oczy się nie cieszyły na jej widok tak, jak robiły to zwykle, miał też spuszczoną nieco głowę, a to dla kogoś będącego tak dobrym mówcą było nietypowe.
- Dla ciebie może być Cillian - przypomniał, chowając ręce w kieszenie marynarki. Chciał tym sposobem uspokoić ich drżenie, żeby jej nie niepokoić niczym, bo to przecież było nic - irracjonalny strach. Tylko szkoda, że mu tak uciskał duszę. Nie dawał rady skupić się na patrzeniu jej w oczy, ale to zaraz minie - całkiem szybko zbierał w sobie opanowanie, będące w rzeczywistości maską, mającą skutecznie przykryć narastający wewnątrz niepokój. Ważnym dla niego było głównie to, że ona tego nie widziała i nie musiała się zamartwiać. Głupie to z jego strony, bo przecież nawet kiedy nie mówił o sobie, dla każdego czarodzieja za oczywisty uchodził fakt, iż żywot mugolskiego pochodzenia pisarza musiało się przez ostatni rok posypać. Przecież on się zapadł pod ziemię na niemal rok! Każdy wiedział, że kiepsko mu teraz szło w codzienności, ale on naprawdę wierzył w to, że to nic - smutek kiedyś odejdzie, strach dało się zdusić, ale tych chwil, kiedy uczynił kogoś szczęśliwym, nikt mu nie odbierze.
- Byłem samotny jeszcze przed chwilą, ale wtedy niczym z nieba spadła mi moja najwierniejsza fanka.
Mrugnął do niej, kompletnie ignorując wszystkie problemy, które zaprzątały mu teraz głowę - próbował działać tak samo jak zawsze, rzucając dowcipami i zaczepiając słowami w sposób, który uważał za niesamowicie zabawny. Nie rozumiał tylko dlaczego inni nie podzielali jego entuzjazmu. Czy Finley zamierzała w to grać?
- Skoro zrobiło ci się słabo, proponuję spacer, żebyś mogła poodychać czymś innym niż gryzący dym - zasugerował, chcąc odciągnąć ich jak najdalej od trawiących drewno języków ognia. Wiedział podświadomie, że im dalej od ognisk, tym lepiej się poczuje - wystarczy mu ten jeden płomień, który zmierzał zabrać ze sobą - Finley Jones. Zaoferował dziewczynie swoje ramię, chociaż jeszcze przed chwilą od niego odskoczyła. Nie był w tym geście nachalny - wystarczyło choćby westchnąć, a ruszył przed siebie, rezygnując z niego - najwyraźniej nie była to pora na czułość, nawet jeżeli tęskno mu było. Trudno, przeboleje.
- Jak ci mija dzień, Finley? Właściwie, to nie widzieliśmy się już tak długo, że... mogę już śmiało zapytać, jak mija ci życie.
Silly stawiał kroki w sposób pewny, ale jednocześnie starał się kontrolować swoje tempo tak, aby szło się komfortowo również jego sporo niższej towarzyszce. Nogi niosły ich w stronę traktu kolejowego, co prawda oddalonego od miejsca spotkania o spory kawałek drogi, ale (no właśnie!) wolnego od dźwięków i kolorów Samhain. Widać było, że im dalej od święta duchów się znajdował, tym lepiej wyglądał. Blada twarz nabrała nagle kolorytu. Wyprostował się i oddychał spokojniej. Zmęczony był, to nie ulegało wątpliwości, ale na pewno miał się lepiej niż tych dobrych kilka minut temu. Nie mówi o sobie. Nie poruszył w ogóle tematu tego, dlaczego tak nagle wyparował, jeszcze zanim w Londynie zaognił się konflikt.


no beauty shines brighter
than a good heart
Cillian Moore
Zawód : Wygnany powieściopisarz, chwyta się prac dorywczych
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chodźmy nad wodę
Na Twoich kolanach zasnę
Wymyślę więcej dobrych wierszy
OPCM : 20
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 C511aabdf597b22fa48d7610e8ae258d
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9648-cillian-moore https://www.morsmordre.net/t9664-aslan#293571 https://www.morsmordre.net/t9665-pisarzyna#293576 https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t9741-skrytka-bankowa-nr-2207#295617 https://www.morsmordre.net/t9666-cillian-moore#293577

Powrót do góry Go down

Nie zależało od nikogo, czyje czoło zrosi mars zmartwienia, ani czyje oczy wypełnią się troską. Drżenie rąk mogło umknąć, napięta linia ust zostać uprzejmie zignorowana, w niepamięć zaś odejdzie niespotykana dotąd sztywność ciała, jednak to czas będzie wpływał na nagromadzenie zgryzot wszelakich, dystans zrodzi sobą mnogość pytań oraz obaw. Czy próby ukrycia czegokolwiek mogły rzeczywiście oszczędzić tego niepokoju, jaki zakradł się podstępnie pewną wieczorową porą, pozostawiając po sobie drażniący zapach spalenizny oraz cienką warstwę sadzy na opuszkach palców? Czy zdawkowe wiadomości naprawdę wywoływały ot tak lekkość wewnętrzną, pocieszającą możliwość zignorowania czyjegoś istnienia po uprzednim jego zapewnieniu, iż wszystko gra? To naprawdę było takie łatwe? Wyprzeć się złożoności duszy, nagromadzenia emocji nawarstwiających się z każdym przemijającym dniem pozbawionym przyjaznego ciepła, na wpół otwartych drzwi, naszykowanych uprzednio kubków z parującą herbatą i wyczekującą już planszą magicznych szachów? Tam była pustka Cillianie, ma chęć rzec, choć usta milczą nieznośnie, bo Finley nie pyta, nie naciska, nie wymaga. Pustka i popiół. A mimo to był tutaj, oddychający, w jednym kawałku, z oczami z lekka przygaszonymi, chociaż wciąż wypatrującymi czegoś więcej ponad to co zwykł im ofiarowywać los okrutny. Mogłaby wnieść dłonie do twarzy mężczyzny, musnąć skórę policzków tak delikatnie, niby dotyk motylich skrzydeł, przekonać się, że pod nią znajduje się człowiek z krwi i kości. Ale nie robi tego. Dziś jest bowiem Samhain, gdzie przeszłość styka się z teraźniejszością, gdzie to, co zapomniane na powrót wyłania się z zamglonych meandrów pamięci. Moore staje się więc echem, tego co było, nim świat rozpadł się na tysiące drobnych kawałków, wspomnieniem, jej własnym duchem, który został na nowo przyjęty do dziewczęcego świata, chociażby na tę krótką chwilę. Przypadkowe zetknięcie osób skazanych na rozłąkę.
- Cilly Silly - zanuciła, okrążając go, obracając się wokół własnej osi, gdy powiódł za nią spojrzeniem. Ile tli się w tobie jeszcze nadziei? Ile słów zrodziły twe spracowane ręce? Ile stronic wyrwałeś z własnego żywota? Pytania wirują, jak wirują jej myśli, kiedy tak zerka na niego kocio, kiedy unika wyraźnie jego gestu ukrycia swych strachów w kieszeni, ciężaru rzeczywistości pod uśmiechem wesołym. Zatrzymuje się wreszcie przed nim, jakby właśnie zakończyła swoiste oględziny, jakby upewniała się, nawet jeśli pewności mieć żadnej nie powinna. Szare spojrzenie przeciwko temu niebieskiemu, tysiące niewypowiedzianych zdań przeskakujących między nimi w milczącej rozmowie. Tancerka prostuje się, rozchyla wargi, jednak miast głosu brzmienia, to co słyszy czarodziej to gwałtowne wciągnięcie powietrza, to co widzi, to prędkie przyłożenie dłoni do piersi, zaskoczenie i zatroskanie objawiające się na dziewczęcej buzi - Na wszystkie gwiazdy, gdzie, ależ gdzie ona spadła? Czy powinniśmy wezwać uzdrowiciela? - pyta w przejęciu, teatralnie rozglądając się po okolicy, nim z psotnym uniesieniem kącików ust, ponownie skieruje na niego swoją uwagę. Trwać w zaprzeczeniu, czyniła to od, zdawałoby się zawsze, odrzucała tak też prawdy wobec sympatii do jego książek - tych spisanych i tych umiłowanych - a także tego bólu, jaki w sobie tłumił od dawna. W porządku, jeśli nie chcesz, nie zobaczę. Mogła podarować mu tylko tyle w tę Noc Duchów - Jak wspaniałomyślnie - oświadcza dziewczynka z popiołem osiadłym w oczach, duszą skrzącą się nieśmiałym płomieniem, włosami pachnącymi niezmiennie dymem. Nie oplata rąk wokół ofiarowanego ramienia, acz szczupłe palce zaciskają się na jedno uderzenie serca nań, pociągając go lekko za sobą, zmuszając do podążania za jej krokiem, choć zaraz się równają, idą ramię w ramię prosto w jasną noc, z daleka od ognisk, z daleka od śmiechu oraz muzyki. W ciemności nie widać jednak trosk ni wyrzutów, przyjmuje więc półmrok z ulgą, pojawienie się na trakcie kolejowym z radością, zmuszającą do opuszczenia towarzystwa mężczyzny i wskoczenia na jedną z szyn, gdzie balansując, stawiała krok za krokiem, idąc po ich linii.
- Na wyczekiwaniu - odpowiada z prostotą, z pominięciem tych wszystkich niemądrych historii, których była świadkiem, strachu, jaki narastał z chwilą postawienia stopy w Londynie, czasu, jaki przeciekał przez palce i nie mogła go w żaden sposób pochwycić - Na wyczekiwaniu tego, co zostało zgubione, albo po prostu zapomniało, jak działa pióro, atrament oraz pergamin. Co jest dosyć smutne, bo to zwykły być główne atrybuty tejże zguby - wyznaje, brew unosząc, wzrok lokując gdzieś na jego twarzy. Zatrzymuje się, utraciwszy rytm, unosi nogę na bok, łapiąc na nowo równowagę, nim poruszy się na nowo przed siebie - A jak twoje życie? - pyta, chociaż nie lubi o to pytać, wyciągać siłą czegoś, z czym nie chciano się z nią podzielić. Nie wchodziła w niczyje życie z cichym stukotem półpoint, jeśli nie musiała. Nie przekraczała granicy czyjejś prywatności, jeżeli nie miała ku temu pilnej potrzeby. Ale dziś była Noc Duchów, a podczas niej żadne granice nie istniały.


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Na wzór jej teatralnych gestów również zmarszczył nos. Starszy od niej był, powinien być pewnie poważniejszy i mniej mu wszechświat pozwalał na takie wybryki niż młodej pannie, ale Cillian zdawał się tym zupełnie nie przejmować. Nie było to jego normalne zachowanie, nie były to te same ruchy, którymi obdarowywał innych, ale świadczyło to też o jej wyjątkowości w jego oczach. Był przy niej inny, bo odnaleźli język, którym mogli się ze sobą porozumieć. Finley, mimo krótkiej znajomości pomiędzy ich dwójką, miała w sercu pisarza specjalne miejsce i nie zapowiadało się na to, aby miała się z niego ulotnić. Dzieliła ich różnica pokoleń. Duża, momentami sprawiająca, że cierpko mu było w ustach, bo ciężko mu było ją zrozumieć, ale nie pozwoliła na zatarcie się bezgranicznej sympatii, jaką obdarzał młodą tancerkę, nawet pomimo oschłych i momentami nieprzyjemnych komentarzy odnośnie jego twórczości. Szczerze wierzył, że kiedyś do tych książek dojrzeje.
Na każdego przychodził czas. Miłość uderzała znienacka.
- A wyszczerz się szerzej i pokaż zęby - powiedział, przyglądając się dziewczynie uważniej. - Wygląda na to, że uśmiech jej nie zubożał, obita też nie jest. Na zewnątrz wszystko z nią w porządku.
A w środku?
Pytanie momentalnie zadźwięczało mu w głowie, ale nie wypowiedział go na głos. Pozostało nieme, zawarte jedynie w troskliwym spojrzeniu okalającym jej jestestwo. To nie były czasy spokojne i powinno się o takie rzeczy pytać, tak myślał. Jednocześnie nie potrafił naciskać, nie był w stanie zmuszać do zwierzania się z rzeczy ciężkich i nie chciał jej spłoszyć. Ptaki śpiewały swoje melodie wtedy, kiedy chciały, a Finley była ptakiem. Wolnym, pięknym i szukającym własnej drogi, przynajmniej w oczach Moore'a. I wtórował jej tym, chociaż mu się skrzydło złamało niedawno. Dziękował więc, że i ona nie pytała, nie zacisnęła na nim pięści i nie rozgrzebała na siłę czego, o czym tak ciężko było mówić. Poruszyła ten temat nieśmiało, jakby wpierw postanowiła zbadać teren, narzekając na przydługą ciszę. Oczywiste było, że stało się coś, ale dla niego była w stanie udawać, że to coś było w rzeczywistości niczym. Miała ledwie dziewiętnaście lat, a zachowywała się czasami tak rozsądnie, jakby była starsza od niego. Czy wszystkie kobiety musiały takie być? Rodziły się już z tą intuicją, czy nabywały ją z czasem, ucząc się od innych kobiet? Westchnął lekko do własnych myśli. Nie wiedział. Nie potrafił tego zrozumieć, ale niesamowicie to doceniał. Doceniał ją. W całej jej sile i całej jej kruchości.
- Oh, tylko nie bądź zła na tę zgubę - przełknął ślinę, w sposób głośny. Był dobrym kłamcą, momentami aż za dobrym na to, jak ciepłe miał serce. Ta rysa na masce była namacalnym świadectwem tego, jak ciężki był to temat. - Ostatnio brakuje wszystkim tak wiele, że i słowa stały się towarem deficytowym.
Jak jego życie? To dopiero dobre pytanie. Bo z jednej strony było cudownie - wciąż żył i oddychał, jakimś cudem przetrwał najgorsze, doczołgał się tutaj gdzieś z granicy życia i śmierci, o czym Samhain przypominało mu w dobitny sposób. Z drugiej strony coś w nim umarło i nie wyglądało na to, że odrośnie. W miejscu, gdzie stało rosły chwasty i powoli przestawał mieć siłę na wyrywanie ich. Wciąż czuł potrzebę, żeby krzyczeć, płakać i skomleć, bo wszystko do tej pory osiągnął, zdawało się zamieniać w proch.
- Szybko - przyznał. Do tego miał odwagę. - Trochę tęsknię do dawnych czasów. Zakładam, że tak wygląda starość? - Bo przecież nie strach. Nie ten strach palący go za każdym razem, kiedy widział płomienie. Nie musiały go dotykać, żeby się sparzył - płonęła mu dusza, tyle wystarczyło, żeby się na ich widok czuł, jakby wrócił do punktu wyjścia. Noc Duchów nabierała przy nim nowego znaczenia. - Tańczyłaś dziś przy ogniskach? - Pytanie to miało w jego ustach dziwny wydźwięk. Powinno brzmieć normalnie, bo było normalne - po to większość osób tu przyszła, aby skakać nad złotymi językami. Moore na samą myśl o tym stresował się przeokropnie i coś normalnego, co powinno podtrzymać kulejącą rozmowę, rozlało się po niej jak obawa.


no beauty shines brighter
than a good heart
Cillian Moore
Zawód : Wygnany powieściopisarz, chwyta się prac dorywczych
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chodźmy nad wodę
Na Twoich kolanach zasnę
Wymyślę więcej dobrych wierszy
OPCM : 20
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 C511aabdf597b22fa48d7610e8ae258d
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9648-cillian-moore https://www.morsmordre.net/t9664-aslan#293571 https://www.morsmordre.net/t9665-pisarzyna#293576 https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t9741-skrytka-bankowa-nr-2207#295617 https://www.morsmordre.net/t9666-cillian-moore#293577

Powrót do góry Go down

Nie pozwól mu przybyć. Niech w miejscu stanie, niech się nie rusza. Ten czas, który na wzór piaskowych drobin przemyka przez smukłe palce, naruszając delikatną fakturę skóry. Ten czas, niosący ze sobą nieuchronne zmiany, którym żadna człowiecza siła nie potrafi się przeciwstawić. Niechże przestanie odbierać, zabierać, szarpać i niszczyć. Zmuszać do podążania krok za krokiem przed siebie, bez możliwości oglądania się przez ramię w nadziei, iż jeszcze istniała szansa na prędki odwrót. Przemijanie zacierało przeszłości ślady, pozostawiając po sobie li jedynie wskazówki, mocą emocji w obrazach wspomnień zaklętych; teraźniejszości odbierało oddech głębszy, zachowując tylko ten urywany, płytki, ledwo płuca muskający, palącym żyje w zlęknionym rytmie serca się odbijającym; aż wreszcie to przyszłości ofiarowywało najwięcej niewiadomych, szeptem wizję szczęścia roztaczając - a przecież upływające dni, nigdy doń nie docierały. Był tylko popiół i cisza. Mogłaby więc tak tkwić, zaklęta w jednej chwili, pewna, że ta nie zostanie nigdy naruszona. Jednak nie będzie w niej aromatu atramentu rozlanego na pergaminie, ugryzień koca drażniącego odkryte przedramiona ani ciepła grzejącego zmarznięte dłonie, rozchodzącego się od parującego kubka wypełnionego herbatą; ni słów w przestrzeń rzuconych, tak irytacją przesyconych, albowiem Silly Cilly, miłość nie uderza znienacka, nie spływa po nas niczym deszcz. To tylko odbicie wad i lęków, które umieszczamy w wyidealizowanym obrazie drugiej osoby w nadziei, iż zaprzeczy każdej negatywnej opinii, że obroni nas przed własną niedoskonałością. To po prostu ucieczka przed byciem ze sobą sam na sam. Zamiast tego będzie chłód nocy drażniący nozdrza i bezkres gwieździstego nieba, trochę krzywych uśmiechów oraz umykania wzrokiem. Odrobina porysowanego wnętrza oraz nadkruszonej duszy. Drobne załamania, które wspólnie zignorują, wzbijając się na wyżyny szczerości swej natury. On nie musiał dla niej nosić świata na swych barkach, powagą rosić linii ust, zmartwieniem marszczyć jasne czoło. Ona nie zamierzała widzieć li jedynie ścieżek kwieciem usłanych, odsłaniała ostre kanty charakteru, nie godząc się na bycie rozlazłą, wiecznie nieśmiałą panną wierzącą, iż róż na policzkach oraz głupkowaty trzepot rzęs przeprowadzą ją przez życie pozbawione trudów. Udawali w tym swoim braku udawania, a mimo to nie wydawało się to raniące, czy nieprzyjemne. Mogłaby więc tak zostać, tutaj, gdzie jeszcze nie boli, bo noc duchów wciąż zaciera granicę między rzeczywistością, a tym, co jest mniej realne. Mniej przykre.
- Myślisz, że wszystko z nią w porządku? - pyta, krążąc i krążąc, wokół niego oraz wokół słów. Czy rzeczywiście się taka wydawała? Beztroska i bez zmartwień? Fiolet pocałunków zmęczenia pod dolnymi powiekami, skryła pod cienką warstwą makijażu; niepewność czającą się w popiele spojrzenia przysłoniła figlarnością; drżenie rąk pozostawało zakryte pod przydługimi rękawami płaszcza. Wydawała się cała. Wcale nie tak, jakby miała pęknąć, jakby błądziła na oślep, szamocząc się we własnej bezradności. To dobrze, to dobrze. Wargi wykrzywiły się w urokliwym uśmiechu, jakby Moore podarował jej najmilszy komplement ze wszystkich. Nie liczyło się dlań jej własne wnętrze, ważna była fasada, a ta pozostawała nienaruszona. Niech nie widzą. Tak, jak ona nie widziała napięcia na licach mężczyzny, zdań siłą pochwyconych, dotąd czających się na krańcu języka, gotowych wyskoczyć spomiędzy ust najprawdziwszą lawiną. Operował nimi ostrożnie, barwiąc odpowiednią dawką szarości, neutralności, jakby w obawie, że wyczyta z nich więcej, niż pragnął przekazać. A przecież zawsze to robiła, czyż nie?
- Czego więc zgubie brakuje, by na powrót mogła ze słowami pląsać i nie pozwolić o sobie zapomnieć? - pyta Finnie, wzrokiem sięgając własnych butów ginących w półmroku. Czego potrzebujesz? Czy mogę pomóc? Czy to w porządku, jeśli przycupnę tuż obok? Nie zabiorę zbyt wiele miejsca w twoim życiu, dobrze? Mogę zostać, jak kiedyś? Nie mówiła nic więcej, zezwalając ciszy zagościć między nimi, zwiększyć dystans, jaki zaistniał, odkąd się ostatni raz widzieli. Po co miałaby dodawać cokolwiek, nazbyt przyzwyczajona do tego, iż się od niej odchodzi, znika, aż wreszcie się ją zapomina? Bo przecież nie miała tego za złe, wiedząc, że kiedyś, w tym ulotnym kiedyś sama zrobi to samo. Po prostu odejdzie, jak duchy, którymi teraz dla siebie byli.
- Nie - skwitowała krótko - Dorosłość - podsumowała, przewracając oczętami. Bo kto nie tęsknił do tego, co niegdyś było? Kto nie pragnął zrzucić z siebie jarzma odpowiedzialności, jakie narzucała codzienność? - Tak, tańczyłam - zatrzymuje się, balansując na samych czubkach palców stóp, nim podskakuje i staje tuż przed Cillianem, blokując mu dalszą drogę - Lecz czym jest taniec przy ogniskach, wobec tego pod niebem otwartym, oświetlanym tylko księżycem? - pyta przewrotnie, w rozbawieniu. Dziś nie musiał mówić jej o swych marach i straszydłach, wyciągnięta mała ręka prosiła o ujęcie - Tańcz Cilly Silly, Silly Cilly. Dziś jest Noc Duchów, a ta wymaga ofiary z twoich dwóch lewych nóg - zarządziła, woląc skupić się na czymś przyjemniejszym, niźli zawieszone nisko, niczym burzowe chmury padające niedopowiedzenia. Ogniska majaczyły w oddali, podobnie jak melodia rozbrzmiewająca od zgromadzonego tłumu, lecz była zbyt niewyraźna, by mogli złapać doń jakikolwiek sensowny rytm. Dlatego też Finley rozchyliła wargi, pozwalając płynąc kołysance z dziecięcych lat, chroniącej przed wszystkim, co złe.
- Płyń rzeko płyń, rzeko płyń. Niech twe wody niosą mnie, twa melodia niechaj ze mną gra, w oceanie wędrówki swej znajdzie kres... - zaśpiewała dźwięcznie, pociągając za sobą czarodzieja. Nie musiał umieć wiele, ona też nie była najlepsza jeśli nie ubarwiała swych pląsów artystycznym wirowaniem. Liczył się moment zastygły w czasie, odrobina wieczności, nim świat na nowo zwali się im na głowy - Niechaj cichy plusk twój, ukołysze w sercu strach. Przed ogromem oceanów, gdzie bezbrzeżna cisza w uszach gra... - przelewała w brzmienie swego głosu najpomyślniejsze dla niego życzenia, prosząc by gwiazdy podarowały mu ukojenie, spokój ducha, mocniejszy sen, więcej nieznośnych pomysłów wzbudzających w niej śmiech. Jej nie musiały nic dawać, bo teraz było dobrze.


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Czy wszystko było z nią w porządku? To było ciężkie pytanie, bo sam był przykładem tego, że to co na zewnątrz... rzadko mówiło o tym, co gnieździ się w środku. Uśmiechał się jak i ona, makijażu na twarz nie nałożył, ale wewnętrzny ból i przerażenie ukrył pod pozornie nonszalanckim zachowaniem — to jak go postrzegano, było zbiorem kłamstw i niedopowiedzeń. Ci, co go przejrzeli mimo wrodzonego talentu do udawania kogoś, kim nie jest (chociaż chciałby być, tak mocno, że ciężko było objąć to ludzką wyobraźnią), widząc jak bardzo mu na tym zależy, woleli pewne sprawy przemilczeć. Bo widzieli jak walczy. Ze sobą, ze światem, ze wszystkim, co go spotyka i ma spotkać. Nie wierzył więc w to, aby persona, jaką przy nim przejmowała miała dać mu prawo do oceny tego, czy jest z nią „w porządku”.  Bo ta fasada nic nie znaczyła, a przynajmniej nic ponad to, ile chciała okazać na zewnątrz.
Myślę — zaczął, trochę jakby chciał odpowiedzieć twierdząco, ale czuć było, że lada moment doda coś jeszcze — to nie był koniec. — Myślę, że tak, opierając się na tym, co chce mi pokazać.  — Czy to chciała  usłyszeć? Dostrzegał w iskrzących się oczach ciekawość względem stwierdzenia, jakoby nie dostrzegał w jej zachowaniu i wyglądzie żadnej nieprawidłowości. Nie Zagłębiał się w to bardziej, nie błądził palcem ani słowem po tym co ukryte. Miał nadzieję, że wiedziała — wysłucha ją zawsze, nie skrzywdzi jej celowo. Duszę miał łagodną i ciepłą, serce szczere i otwarte na innych. Brakowało mu jedynie nabrania dystansu do tego, że jego umysł nie jest doskonały. Z jakiegoś powodu, chociaż krytykę dzieł przyjmował lekko i rozumiał, jak bardzo naturalną rzeczą były błędy, ciężko mu było pogodzić się z tym jak mało było w nim... odwagi?
Te słowa były jak miecz obusieczny.
Czego potrzebował, aby ruszyć do przodu? Czemu tak ciężko było mu stawiać kroki? Chyba po prostu nie potrafił odnaleźć w tym wszystkim siebie. Czuł się jak jakiś niepasujący do niczego element układanki, który mimo szczerych chęci i starań nie może wejść na właściwy tor. Był na rozdrożu, zawieszony pomiędzy światami. Część głowy została tam, gdzie bezkresna sielanka. Tam, gdzie się bawił i tańczył i śpiewał przy piwie, gdzie się nie martwił absolutnie niczym. Część głowy wyglądała już za winkiel. Tam, gdzie toczyła się wojna, gdzie trzeba było zaakceptować życie pełne wyrzeczeń.
Siebie? — Niepewność w głośnie, tak mu obca, a jednak obecna. Przełknął ślinę. — Zgubiłem gdzieś po drodze cel, a później nie wiedziałem już, gdzie idę i gdzie jestem. – Ale już było lepiej. Aż tak się w tym wszystkim nie plątał. Przyszedł tu stanąć twarzą twarz z największym lękiem i chociaż nie udało mu się pokonać go w pełni, to doszedł do nowych wniosków. Coraz lepiej rozumiał, nad czym powinien pracować. — Błądząc, nauczyłem się wiele. Szczególnie tego, że nie ma rzeczy, których nie da się naprawić, więc… niech mnie ta myśl poniesie przy następnym liście. Bo chyba widzę jakieś światło — ją, gdzieś w oddali, dającą mu nieme rady — płomień — którym niewątpliwie była — dający mi nadzieję na to, że spóźniony list, który wyślę, doczeka się stęsknionej odpowiedzi, a nie gniewu i ciszy za zbyt długie milczenie.
Miała rację — żaden był z niego tancerz, chociaż miał w sobie dużo uroku. Niestety nawet najlepsza gra aktorska nie potrafiła sprostać absolutnemu brakowi wyczucia rytmu, znikającemu dopiero po wypiciu kilku kufli piwa. Niestety dzisiaj był trzeźwy. Ba! Ten strach rozbudził go tak bardzo, że dziś pewnie nie zaśnie dobrze. Mimo trzeźwości umysłu nie zabrakło w nim kropli szaleństwa i radości — ujął jej dłoń jak gdyby nigdy nic. Jakby nie było pomiędzy nimi ściany z bólu i pytań, jakby się o siebie wcale nie martwili, jakby nie próbowali dostrzec w sobie wzajemnie odpowiedzi na kotłujące się w środku pytania. Ujął jej dłoń i poprowadził ją do delikatnego, nieporadnego tańca, kierowany jej głosem. Zawsze była jak żar. Im bliżej Finley człowiek się znajdował, tym bardziej nachodziły go myśli, że może zaraz przyjdzie mu się spopielić. Ale trudno. Bawił się tym płomieniem w ludzkiej skórze, o wiele pewniej niż powinien przy swoich nikłych umiejętnościach, bo ogniste języki miały to do siebie, że póki starczyło im tlenu, trawiły wszystko na swojej drodze. Nie potrzebowała kogoś doświadczonego, aby błyszczeć jak jedna z gwiazd nas ich głowami. Przynajmniej w jego oczach. W pewnym sensie też zatańczył dzisiaj przy ognisku. Ta scena zgasła wraz z jej melodią, kiedy wygięła się do tyłu, wsparta plecami o jego rękę. Cillian pochylił się wraz z nią, zastygł na moment, który był zapewne sekundą, ale dla niego trwał wieczność. Bo wtedy właśnie zdał sobie sprawę z tego jak ją zawiódł. Młoda, niedoświadczona w życiu kobieta. Porzucona bez słowa, pozostawiona bez kontaktu na tak długi czas. Czuł się coraz mniej pewnie z myślą, że był dobrym człowiekiem. Dopiero kiedy się wyprostowała, odezwał się ponownie.
Czuję się, jakby Noc Duchów była odpowiednim dniem na spotkanie mnie. — Nie było go tak długo, że równie dobrze mógł być zapisanym w dymie wspomnieniem.
Cillian Moore
Zawód : Wygnany powieściopisarz, chwyta się prac dorywczych
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chodźmy nad wodę
Na Twoich kolanach zasnę
Wymyślę więcej dobrych wierszy
OPCM : 20
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 C511aabdf597b22fa48d7610e8ae258d
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9648-cillian-moore https://www.morsmordre.net/t9664-aslan#293571 https://www.morsmordre.net/t9665-pisarzyna#293576 https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t9741-skrytka-bankowa-nr-2207#295617 https://www.morsmordre.net/t9666-cillian-moore#293577

Powrót do góry Go down

To przypominało nieustającą walkę, próbę utrzymania się nad zimną tonią życia, gdy wszystko, co złe pętało kostki, próbując ściągnąć szamoczącą się duszę na samo dno. I nie było chwil oddechu, odpoczynku, ukojenia, gdy świat znany rozpadał się na tysiące drobnych elementów i oczy, wiecznie głodne, wiecznie wścibskie poszukiwały podobnych pęknięć na tafli czyjegoś istnienia, słabości, którą można obrócić na swoją korzyść, którą można swe ego połechtać, troską to maskując. I może było to okrutne, tak myśleć, że każdy sięga ku niej dłońmi, by zniszczyć, skrzywdzić, rozszarpać, wgnieść i zapomnieć, jednak pośród zawieruch wojny naprawdę powinno się tak łatwo szastać zaufaniem, odkrywać przed kimś emocje nieznane, tę niepewność przeszywającą wnętrze? A nawet jeśli, to na cóż kłopotać podobną postać, wobec której troska silniejszą była ponad własne bolączki? Dziewczynka z maską uśmiecha się więc pogodnie, a popiół spojrzenia skrzy niczym snopy iskier przez okoliczne ogniska wyrzucane, unosi się na samiutkich czubkach palców stóp, chcąc odpowiedź dosłyszeć zaintrygowana wyraźnie, wszak jego spostrzegawczość była tym, co zwykła cenić.
Ding, ding, ding - zanuciła, imitując wesoło dźwięk bijącego dzwoneczka, nie pozwalając po sobie poznać zawahania, ukłucia lęku maskowanego uniesieniem wzroku ku niebu. Wszystko jest w porządku, chciała powiedzieć, objąć się ramionami, opuścić głowę, dolną wargę przygryźć. Przecież wszystko jest w porządku, oddycham, chodzę, tańczę, nadal biegam na oślep. A kiedy trzeba, to i krzyknę. Wewnątrz, długo i boleśnie, póki starczy umysłowi sił, póki mięśnie kontrolują krtań, nie zezwalając, by ten się z gardła wyrwał. Więc jest dobrze Silly Cilly, musi być - Placek dyniowy dla tego pana, który zgadł poprawnie - uznała beztrosko, ręką machając, niby odganiając nieistniejącą muchę od ucha, acz to słowa odrzucała, te kąśliwe, przez wyrzuty sumienia szeptem nasyłane. I pożałowała raptem tych swoich pytań, zbyt zachłanna, jakby nie pamiętała, nie widziała, co miało miejsce. Przecież każdy był zagubiony, czy nie była tego najlepszym przykładem? A mimo to, coś kazało naciskać, sprawić, by w swej przestrzeni zostawił trochę miejsca, dla niej, dla zdań, jakie mogą między nimi paść, dla parujących kubków oraz partyjki szachów czarodziejów. Że nawet jeśli są podzieleni na części, gdzie fragmenty utkwiły w przeszłości, parę opiłków tkwi w teraźniejszości, a reszta luzem na wiatr przyszłych zdarzeń rzucona została, to wciąż po prostu mogą być. Obok. Jak dawniej. Mogą? Nie była pewna, nikt już niczego nie mógł być pewien.
Odnalazłeś go? Ten cel, tak bez pytania o drogę? - mówi cicho, ciemne brwi lekko marszczy, jakby zastanawiała się nad czymś głęboko, jakby ważyła w tej swojej głowie każdy wyraz. Bo może można trwać bez celu, albo zmienić go na inny, co tylko stanie się z tym poprzednim? Jak wymazać jego istnienie oraz wszystko to, co się z nim wiązało? Czy mogłaby tak wykreślić i siebie? Tę dziewczynę o brązowych kosmykach oraz mokrych od łez policzkach? Byłoby miło, myśli Finnie, usta w łagodny uśmiech się układają, byłoby naprawdę miło móc tak zrobić. Ale krew nie woda, wzywała głośniej, im mocniej chciała ją zagłuszyć - Cenna nauka - ale czy prawdziwa? Nie wszystko dawało się naprawić, nie wszystko można na nowo skleić, nie ważne, jak głośno się nad tym płacze oraz przeprasza żarliwie - To zależy, jeśli w spóźnionym liście będzie coś złość wzbudzające, to i gniew się objawi. Ale nie cisza Cilly, nigdy nie cisza - odpowiada więc szczerze. Uciekała w milczenie, gdy coś ją bolało, kiedy nic nie wyglądało, tak jak sobie wymarzyła, ale chyba teraz, tak patrząc na tego nieporadnego mężczyznę, niby starszego, acz podobnie nie wiedzącego, co winien robić, uznała, że chyba koniec ucieczek. Że czas się zmierzyć, przynajmniej troszeczkę z tym, co nie jest nam w smak. Zacisnąć zęby i przetrwać. Mała dłoń w większej dłoni, chłodna skóra zderzająca się z tą cieplejszą, bardziej wyrozumiałą. Nie byli idealni, jako osoby, tym bardziej jako tancerze. Ona przyzwyczajona do innej sylwetki, bardziej skomplikowanych figur, jak ogień pragnęła pochłonąć wszystko, byle prędzej, byle szybko. On wolał trzymać się ziemi, nie ruszać się praktycznie wcale, stałością się żywić. Ale wspólnie jakoś im to szło, trochę niezręcznie, nieporadnie, jednak mimo to szczerze, jak nigdy. Nie musiała grać głośna im muzyka, sami też wymyślnych kroków wykonywać nie powinni, tak teraz tutaj było wystarczająco. Oni byli wystarczający. Dlatego śmieje się, wyginając się do tyłu, a piosenka milknie w ciemnej nocy.
- W takim razie witaj z powrotem Cillianie Moore - odpowiada, a echo zmienia się w ciało, w krew oraz kości. W postać równie rzeczywistą jak ona - Dobrze cię znowu widzieć
Spotkały się dwa duchy, bardziej żywe niż martwe, acz niejako pogrzebane we własnych wspomnieniach. Przywiązane do wydarzeń minionych, nawiedzały siebie same lękami własnymi, nie mogąc w spokoju odejść, jednak kiedy nadeszło Samhain, a granica między tym co trwa, a czego już nie ma, zatarła się i wspólnie mogli ją przekroczyć, znowu być. I mogli rozmawiać, może nie jak kiedyś, wciąż baczyli na każde słówko, jednak był to dobry początek. Bo Noc Duchów wbrew pozorom nigdy nie jest końcem. Na pewno nie dla nich.

| zt


I'm living in an age
That calls darkness light
Finley Jones
Zawód : Londyński duch
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

She hides away, like a ghost
Did she run away?

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
 Just come home
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones

Powrót do góry Go down

Czego dźwięk próbowała imitować? Zgadł? Ponownie rozgrzmiało w nim wiele najróżniejszych pytań, ale zabrakło odpowiedzi ponad te, które dopowiedział sobie sam. To brzmiało jak krzyk o pomoc. Delikatne, niby zobojętniałe na jego reakcję słowa, ale w rzeczywistości łaknące tego, aby zauważył to, co ukryte pomiędzy wierszami. Czy cierpiała? Czy coś się stało? Czy była w niebezpieczeństwie? A może doskwierała jej samotność? Wyobraźnia stanowiła jedną z jego mocniejszych stron, więc i gdybanie wychodziło mu zadziwiająco dobrze. Ona chciała przytulić go w geście maskowania własnych słabości, on zechciał ją teraz objąć, by ukoić to,  co mogło męczyć ją w środku. Miał naprawdę dobre ramię do wypłakania się — można go było śmiało nazwać specjalistą w tym zakresie. Finley miała w sobie coś, co kazało mu myśleć o niej jak o rodzinie — chciał ją więc otoczyć z każdej strony opiekuńczo, mógłby sobie w tym celu zadać naprawdę wiele trudu, ale... nie mógł zrobić tego na siłę. Nie był tutaj od naciskania na cudze słabości, tylko od zrozumienia ich i akceptacji.
Wszystko we mnie każe mi mówić, że tak — bo Jones była trochę jak wspomnienie tego, kim był dawniej, nim go trzasnął piorun nienawiści, nim się zaczął bać własnego cienia. Znalazł drogę powrotną i mógł odbić się od dna ponownie, zacząć szukać właściwej drogi w sposób uważniejszy, wzbogacony nowym doświadczeniem.
Napiszę więc — powiedział od razu — ale obawiam się, że to może być list nieco gorzki jak na mnie — bo czas odebrał mu na ten brakujący rok wiele słodyczy, a to właśnie jego musieli nadrobić, aby się ponownie zrozumieć.
Jak miał teraz wierzyć w to, że wpadli na siebie przypadkiem? Coraz częściej zadawał sobie pytanie, czy jego życie nie ma w sobie znamion jakiś boskich ingerencji. Bo jak to tak, że pobity leży i żegna się ze światem, a później wstaje i idzie do przodu? Jak to jest możliwe, że w tej chwili zawahania, kiedy znów spojrzał w oczy płomieniom i zwątpił w to, że odważy się jeszcze kiedyś zadrzeć głowę wysoko, na jego drodze pojawia się ona? Zawsze mówił tak pewnie, jak to mógłby ją wielu rzeczy nauczyć, jak to mógłby jej świat wytłumaczyć na nowo swoimi oczyma, ale teraz to bardziej ona uczyła jego. I motywowała go do myślenia w sposób, który do niego pasował. Jak mógł jej pomóc? Czy mógł to zrobić? Czy ona tego chciała i potrzebowała? Chciał chłonąć problemy innych, przejmować ten ciężar z ich ramion. Chciał pomóc całemu światu. Dziewczynie przed sobą, swoim bliskim, swojej rodzinie. W jego osobie odbijała się szczodrość w takich ilościach, że najlepiej czuł się, zapominając o sobie, tonąc w czułości i próbując zrozumieć innych, objawiając przy tym kompletną bezinteresowność — rozdałby wszystko, co ma (gdyby coś miał...), byleby w sercach ludzkich zapanował pokój.
Ciebie również, Finely Jones.
Rozstali się niedługo po tym. Ona musiała wrócić do znajomych, a on... przemyśleć kilka spraw. Czekała go bezsenna noc. Jedna z tych, kiedy nie może zmrużyć oczu, bo słowa układają się w myślach same i oszalałby, gdyby nie spisał ich na papierze. Napisał list nie tylko do Finley, ale i do wielu innych osób, które nie zasługiwały na tak długie milczenie. I wreszcie odważył się na zrobienie czegoś, czego bał się od tak dawna, chociaż poznał już właściwy adres. Potrzebował do tego przygotować bukiet fioletowych kwiatów...

| Z tematu
Cillian Moore
Zawód : Wygnany powieściopisarz, chwyta się prac dorywczych
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chodźmy nad wodę
Na Twoich kolanach zasnę
Wymyślę więcej dobrych wierszy
OPCM : 20
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 C511aabdf597b22fa48d7610e8ae258d
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9648-cillian-moore https://www.morsmordre.net/t9664-aslan#293571 https://www.morsmordre.net/t9665-pisarzyna#293576 https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t9741-skrytka-bankowa-nr-2207#295617 https://www.morsmordre.net/t9666-cillian-moore#293577

Powrót do góry Go down

przychodzę stąd

Kolejny udany świstoklik kolejny raz cieszył, to też Beckett postanowił wrócić do Doliny Godryka. Miał tam jeszcze trochę pracy, a po drodze zresztą zamierzał wpaść do domu, co by napić się czegoś ciepłego i zjeść cokolwiek. O żywność było coraz trudniej, zwłaszcza w środku zimy. Nawet rok temu nie było tak źle, żyli wtedy jak pączki w maśle z córką, teraz zaś oszczędności się kurczyły, a i tak wszystko wolał wydać na projekty naukowe, albo wsparcie Trixie, a nie na własne potrzeby żywieniowe. Tych zresztą nie miał aż tak dużo. Zapewne byłoby łatwiej, gdyby nie Kieran zaglądający do szafek, ale przecież jak mógłby odmówić przyjacielowi, gdy jemu też głód zaglądał w oczy. Poszukiwany przez prawo auror musiał się ukrywać, odwiedziny targu zdawały się niemożliwe, tak więc miał niemal oficjalne pozwolenie na obżeranie Beckettów ile tylko chciał. Stevie po raz kolejny wyciągnął przedmiot, który miał zostać podstawą do stworzenia świstoklika. Tym razem była to łyżeczka, nieco porysowana i obdrapana przez czas, ale nadal użyteczna. Jeśli ktoś miał, mógłby nią sypać cukier do herbaty, a jeśli nie... No cóż, od tego były świstokliki. Tuż obok łyżeczki leżały także dwa czerwone guziki, tym razem nieco większe od poprzednich, ale dalej zgrabne i małe. Odpowiednia ilość księżycowego pyłu wystarczała, aby stworzyć z nich coś wspaniałego. Zabezpieczony miał być przed użyciem przez kogokolwiek obcego. Jedynie posiadanie przy sobie guzika uprawniało do skorzystania z tego przedmiotu, nawet jeśli nie pozwoliłby on na zniknięcie ze strzeżonego zaklęciami miejsca. Był to ostatni przedmiot, jaki miał wykonać dla Samuela, ale nie był to koniec pracy na dziś. Wyciągnął więc różdżkę i odchrząkując nieco, usiłował skupić myśli. Przebiegający niedaleko trakt kolejowy teraz wydawał z siebie jedynie głuchą ciszę. To dobrze, wolał nie mieć żadnych niepowołanych wibracji w trakcie tworzenia, zapętlania cząsteczek i wykonywania skomplikowanych wiązań. Gdy ta część była skończona, wypowiedział tylko - Portus.

łyżeczka - świstoklik z księżycowego pyłu (typ I), zabezpieczony dla osób posiadających czerwone guziki
ST: 40 (-26 transmutacja, -13 za pierścień z runą nieskończonej liczby) = 2 (bez krytycznej jedynki)
jeśli udane, zt


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 8
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Trakt kolejowy - Page 16 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

20.01.1958

- Nie, nie, pani Peterson, naprawdę nie mogę tego przyjąć - pokręciłem energicznie głową i cofnąłem się o krok. Wprawdzie kiszki mi marsza grały, a na widok i zapach pieczonego kurczaka dosłownie ślina napłynęła mi do ust, ale... niech to czarna dziura pochłonie, to byli starsi, schorowani ludzie! Ja sobie poradzę, o to byłem spokojny. Nawet bez śniadania... i obiadu, o czym w tej chwili usilnie starałem się zapomnieć. Wychodziło mi to dużo lepiej, kiedy byłem zajęty pracą. Choćby na przykład jeszcze przed chwilą, kiedy dłubałem w samochodzie - w ogóle nie pamiętałem o głodzie. A teraz? Teraz musiałem się jak najszybciej ewakuować do Kurnika. W Kurniku coś zjem, o, a nie będę objadać staruszków.
- Wciąż nie skończyłem z państwa autem, pani Peterson - zauważyłem. - Jak naprawię, dobrze? - uśmiechnąłem się cofając się powoli do wyjścia i o mało nie potykając się o jednego z ich licznych kotów, który postanowił wleźć mi pod nogi. Kot-samobójca. Za dużo masz żyć, Mruczku?
Starsza pani wyglądała na niepocieszoną, ale ja przynajmniej miałem czyste sumienie, kiedy wkładałem na grzbiet czarną, skórzaną kurtkę, a na głowę naciągałem czapkę. Na zewnątrz chyba znów zaczął sypać śnieg, a choć było dopiero popołudnie, to panował już półmrok przez niebo zasnute ciemnymi chmurami. Nie chciało mi się wychodzić, w chatce Petersonów było tak ciepło i przytulnie, ale... no właśnie. Już najwyższy czas wracać do domu.
- Do widzenia, państwo Peterson! - zawołałem w głąb domostwa, bo staruszka zniknęła mi z oczu, a pan Peterson nie dosłyszał. - Przyjdę za kilka dni! - dodałem chwytając za rączkę swojej skrzynki z narzędziami. Mówiłem im już o tym, robiłem sobie wychodne do czasu ceremonii ślubnej Belli i Steffena. Chciałem jeszcze jakoś pomóc przyszłym małżonkom w przygotowaniach. Samochód stał w garażu Petersonów od roku, to może postać w nim jeszcze trochę.
Właściwie naciskałem już na klamkę, kiedy pani Peterson zawołała za mną:
- Bertie, poczekaj, kochaneczku!
Nieważne ile razy ją poprawiałem, wciąż nazywała mnie imieniem zmarłego kuzyna. Szczerze mówiąc, po jakimś czasie już się do tego przyzwyczaiłem.
Chciałem czmychnąć czym prędzej zanim wciśnie mi tego kurczaka albo jeszcze coś innego, ale... nie zdążyłem.
- Chociaż szprotki weź, taki jesteś chudy jak jedna z nich, no, masz tu, masz - wsadziła mi niewielką puszkę wprost do kieszeni kurtki, chyba przeczuwając, że tego też nie chciałem przyjąć. Wycwaniła się też, bo nim zdążyłem zaoponować, zniknęła mi z oczu. Ech, urocza staruszka.
Uśmiechnąłem się z rozczuleniem i wreszcie wyszedłem głośno jej dziękując.
Zimne powietrze owionęło mi twarz, kiedy szybkim krokiem ruszyłem w stronę Kurnika. Już po chwili do nogawek spodni, które zdążyły mi wyschnąć podczas prac w garażu, na nowo przykleił się wszechobecny śnieg, ale nie przejmowałem się tym nadto. Nigdy specjalnie nie przejmowałem się pogodą. Teraz bardziej zajmowało mnie zastanawianie się kogo zastanę w domu... chociaż pewnie wciąż jeszcze siedzieli w Lecznicy. Zima to okres przeziębień, a braki żywności wcale w tym nie pomagały... Nawet jeśli nie w Lecznicy, to mogli też się porozchodzić z wizytami domowymi, Lex mógł gdzieś wojować... Ale może Bella będzie? Musiałem się jej zapytać czy czegoś jeszcze nie potrzebuje do ślubu i wesela...


Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Strona 16 z 17 Previous  1 ... 9 ... 15, 16, 17  Next

Trakt kolejowy

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach