Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Rękaw Praplatanów
AutorWiadomość
Rękaw Praplatanów [odnośnik]17.07.17 1:28
First topic message reminder :

Rękaw Praplatanów

W Glocestershire, w oddali od większych miast, znajduje się niecodzienna alejka osłonięta tunelem tworzonym przez żywe drzewa; stary las, ukrywany przed mugolami w celu ochrony drogocennych roślin, stworzył tę ścieżkę sam, otwarcie witając odwiedzających to miejsce czarodziejów - wrogo traktując niemagicznych, których drwale stosunkowo często pojawiali się w okolicy, niosąc ze sobą zagrożenie. Z obu stron pną się ku górze imponujące platany, których korony zaplatają się nad drogą, tworząc naturalny rękaw. Jedynie Ollivanderowie posiadają pozwolenie na wydobywanie drewna z tego lasu do tworzenia różdżek.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rękaw Praplatanów - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Rękaw Praplatanów [odnośnik]25.07.22 16:42
Zaraz się rozpłacze. - pomyślał, a raczej zaobserwował Michael. Był właściwie zdziwiony, że jeszcze nie płakała i całkowicie nieświadom tego, że w ryzach trzymało ją między innymi ciepło jego głosu - ciepło, na które, jak sądził, nie mógł się zdobyć; które wojna i zima całkowicie zmroziły. Potrafił czasem je z siebie wykrzesać - ciepło, uśmiech, kiepski żart - ale przy siostrach i Castorze, dla nich, coraz rzadziej przy innych. List gończy odarł go z resztek energii, by mu się chciało - kiedyś zależało mu na zdaniu cywilów, ale od stycznia żył z myślą, że chętnie donieśliby na niego dla pieniędzy. Nie, żeby mogli mu zrobić poważną krzywdę - przecież uważał, dom miał zabezpieczony najpotężniejszą magią, był w walce bardziej doświadczony (i nieskromnie, lepszy) od większości ludzi, z którymi się stykał -  ale zaufanie i sympatia do ludzi i tak topniały, dzień po dniu.
Nie lubił, gdy kobiety płakały, ale przynajmniej się na to przygotował. A tą kobietę dziewczynę musiał przesłuchać. To nie Kerstin aby mogły go wzruszać jej łzy, to nawet nie tamta Cyganka, która bała się patronusa (sic!) i której nie tknąłby ze względu na poręczenie Carringtona.
Światło, które wywołało jego zaklęcie, powoli znikało - pozostawało zresztą widoczne tylko dla niego, nie dla blondynki. Ona znalazła się w ciemności, otoczona jedynie poświatą gwiazd i nieświadoma, że ten, w którym szukała teraz światła - już dawno zgasł.
Widział jak się trzęsła, ze strachu albo z zimna, albo i z tego i z tego. Dawny Michael zaproponowałby jej pewnie własny płaszcz, ale obecny pomyślał tylko gorzko, że jeszcze nie wie. Czy jest niewinną sarną, czy wprawną manipulatorka, nie wiedziała jeszcze, że umknęła niedźwiedziowi by stanąć oko w oko z wilkiem.
-Nie wypuszczę. - zapewnił, a choć zgodził się na jej prośbę i choć samemu myślał, że mówi jasno, prędko i chłodno; to pozostawał nieświadom, że lód potrafi parzyć, że w jego ton wkradło się warkliwe gorąco. Nie wypuszczę, myślał, spoglądając w oczy spetryfikowanego mężczyzny spod zmrużonych powiek, nie wypuszczę myślał, wiedząc, że musi jeszcze go przesłuchać i zerkając kontrolnie na tajemniczą ranę (nie wyglądał, jakby miał się zaraz wykrwawić, była płytka, ale lepiej kontrolować sytuację), nie wypuszczę wybrzmiało w głowie z tłumioną złością, splatając się ze świadomością, że tamten szmalcownik rozciął jej ubranie.
Może podczas przesłuchania spyta go o to, czy najpierw chciał się z nią zabawić, a potem wrzucić do przygotowanego dołu; czy może odwrotnie, czy lubił się bawić z tymi już zimnymi.
Może odpowiedź wpłynie na to, jak szybko - i w jakim stanie - dostarczy go do aresztu.
Może uświadomiłby to samej dziewczynie, gdyby nie słodki zapach strachu, spleciony z wonią deszczu, świeżego prania, bzów i łagodnych nut drewna; z każdą chwilą coraz intensywniejszy i tłumiący te inne. Odwrócił wzrok od szmalcownika, teraz śledząc uważnym spojrzeniem każdy jej gest - wycofywała się, jak najciszej, pewnie chcąc zrobić to jak najdyskretniej, ale on pozostawał przecież czujny. Musiał.
-Mówił coś do ciebie? - musiał też to wiedzieć, ale tym razem postarał się mówić ciszej, łagodniej, mimowolnie naśladując głos własnego ojca gdy ten nieśmiało pytał co u niego. Rozchylił usta, by mówić dalej, nadać ton rozmowie - wahał się pomiędzy co tu robisz i bardziej ludzkim jak masz na imię, ale dziewczyna nieświadomie weszła mu w słowo.
A pan? - spytała i przez moment myślał, że spyta, czy to j e m u nic nie jest. Nie było, ale nie musiała tego wiedzieć, albo mogła w panice powtórzyć po nim jego własne pytanie, cokolwiek.
Wystarczyło jednak podnieść wzrok, z jej nóg na oczy, by się przekonał, jak bardzo się mylił.
A pan mi nic nie zrobi?
Był przecież na to gotowy, proszę mi pomóc panie aurorze, nie wypuszczę, go, obiecuję, a wtedy się uspokajali i odwracali, tak było zawsze, nikt z uratowanych już o nim nie pamiętał, po rocznej nieobecności ani listu od dawnej dziewczyny, ani słowa od brygadzistów, którym uratował tyłek, ani uśmiechu od cywili, nic, nic, nic, głucha cisza.
Nie można być rozczarowanym, gdy jest się na coś gotowym, ale jej podejrzenie - zrównanie go do mordercy i gwałciciela - i tak zabolało, i tak wzdrygnął się mimowolnie, jakby go spoliczkowała.
Nie - mógłby powiedzieć, ale teraz już płakała, a słowa zamarły mu na ustach, bo i tak mu nie uwierzy, po co w ogóle się wysilać. Najchętniej kazałby jej stąd zmykać, jak najszybciej, zejść mu z oczu, ale wciąż nie wiedział, co tu robiła i czy napastnik nieświadomie zdradził jej kluczowe informacje. Obowiązek wygra nad emocjami i...
...tym razem to jego oczy się rozszerzyły, a potem zwęziły - czujnie, alarmująco. Zacisnął mocniej szczękę, gdy zwróciła się do niego po nazwisku, bo choć faktycznie mogła go rozpoznać, to chyba się tego nie spodziewał.
Kim była? Szpiegiem? Prowokacją? Przypadkową dziewczyną, która uwierzyła, że jest terrorystą?
Rozsądek podpowiadał, że to ostatnie, ale instynkt zadziałał pierwszy.
Nie mogła już zobaczyć jego miny, trochę spłoszonej, trochę zawziętej, odgrodziła się wszak własnymi dłońmi - wolała się zasłonić niż sięgnąć po różdżkę, proszę bardzo.
-Rzuć miotłę i różdżkę w moją stronę, powoli. Żadnych gwałtownych ruchów, bo - chcesz, bym był potworem, p r o s z ę b a r d z o -go wypuszczę. - w zdziwieniu i złości akurat ta groźba przyszła mu na myśl, choć z łatwością mógł przecież użyć innej, zachować się jak o n, mógł zagrozić, że jeśli zacznie uciekać to rzuci w nią Petryficusa, co na miotle groziło skręconym karkiem, mógł zagrozić, że zrobi jej to, co mugole robią czarodziejkom i zostawić resztę jej wyobraźni.
-A teraz powiesz mi - powoli i jasno, bez kręcenia - jak się nazywasz, co tu robisz i skąd znasz moje nazwisko. - komendy, krótkie i szorstkie, jak na kursie aurorskim.
Różdżkę cały czas trzymał w prawej dłoni - wcześniej niby od niechcenia celując nią w szmalcownika, ale teraz - prosto w jasnowłosą.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Rękaw Praplatanów - Page 6 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Rękaw Praplatanów [odnośnik]28.07.22 18:30
Wiele wysiłku i energii kosztowało Marię utrzymanie policzków suchych przez przynajmniej drobny moment. Nieświadomie dla siebie, gdy sama próbowała wypatrzeć w pozostałym jeszcze w ciemności mężczyźnie jakiekolwiek punkty zaczepienia — skupiła się przede wszystkim na jego klatce piersiowej. Próbowała zrównać swój oddech z tym jego; w niewypowiedzianym połączeniu szukając dodatkowego wsparcia, oparcia w trudnej chwili, próbując wmówić samej sobie, że przecież nie musiało być tak źle, że po uniknięciu ataku niedźwiedzia można podnieść się i otrzepać z kurzu, i pobiec dalej, daleko, do domu...
Gdyby drogi nie przestąpił jej wilk.
Wilk, póki co, w owczej skórze. Złożona obietnica sprawiła, że wzniesione w przestrachu ramiona opadły, a spomiędzy pełnych warg wydostało się wreszcie drobne, delikatne zresztą jak sama Maria westchnienie. W jednym momencie zrobiło jej się zupełnie słabo, jakby jedynym, co trzymało ją w ryzach, w pionie, było to, że musiała być czujna, by być gotowa do ucieczki, w razie jakby to naprawdę miał być jakiś rodzaj podstępu. Zachwiała się na moment na nogach, lecz zaraz stanęła w szerszym rozkroku, nabierając wreszcie spory haust zimnego powietrza. To przemknęło między ściankami zaciśniętego z nerwów gardła, wślizgnęło się w płuca a chłód, dalszy chłód przenikał przez dziurę w ubraniu, otrzeźwiał, rzęsy Marii drżały na jej policzkach, gdy przymknęła powieki, ale wreszcie — Michael mógł zobaczyć to w ostatnim blasku dogasających cząstek magii Homenum Revelio — kąciki ust drgnęły, w mikroskopijnym, bardzo niepewnym, ale zawsze uśmiechu.
Uśmiech nie zatrzymał jej jednak — cofała się dalej, miała już dość tego miejsca, zapachu spalenizny, który dochodził do niej już bardzo, bardzo słaby, gdzieś na granicy wyczucia. Zapachu strachu, bo chyba to akurat znała. Ale to nie wzrok mężczyzny, przyglądający się jej cofaniu, sprawił, że na moment zwolniła. To zapach, kolejny z zapachów. Może z emocji zmysły płatały jej figle, ale wydawało jej się, że jakby odpowiednio się skupiła, mogłaby wyczuć bardzo słaby zapach jarzynowej zupy, stokrotek i świeżego prania. Ale skąd to tutaj?
— Mówił, że... — ciężko było jej odnaleźć tamte słowa; najchętniej wyrzuciłaby je z pamięci, zostawiła za sobą, wręczyła je za darmo zadającemu pytania nieznajomemu, niech zrobi z nimi, co mu się żywnie podoba. Mogła być jednak pewna, że nieznajomy nie pozostawi jej tak samej. Przynajmniej nie dopóki nie otrzyma klarownych i jasnych odpowiedzi. To kwestia czasu, którego nie mieli zbyt wiele, anwet jeżeli szmalcownik miał pozostać pod działaniem Petrificusa jeszcze bardzo, bardzo długo. Musiała sobie przypomnieć, choć nie było to zadanie ani proste, ani przyjemne — Mówił, że nie zdążyłam... na kolację... I że... — przełknęła głośno ślinę, robiąc kolejny krok w tył. Byle jak najdalej od nieruchomego człowieka. — Że nic się nie dzieje, gdy się idzie spać głodnym... I że zada mi kilka pytań i jak mu powiem, to mogę wrócić do domu, a jak nie... — wskazała brodą na dół, który znajdował się teraz za plecami Michaela. Sugestia była prosta, musiał zrozumieć ją w mig. Był bardziej doświadczony od Marii, nie mogło przecież być inaczej.
Emocje przywołane nie tak odległą retrospekcją zburzyły delikatną konstrukcję z trudem budowanego spokoju. Teraz nie wystarczyło już przypatrywanie się temu, jak oddycha nieznajomy, by robić to samo. Łzy pociekły po policzkach, dłoń trzymająca różdżkę zadrżała raz jeszcze, a Maria znów zakołysała się na nogach, przyspieszając tylko próby wydostania się z zasięgu jego wzroku, bo nieznany jeszcze mężczyzna nie uspokoił jej wystarczająco, nie zapewnił o swych dobrych zamiarach. Zamiast tego patrzył na nią — chłodno i oskarżycielsko — spod zwężonych w podejrzeniu powiek, wzrokiem, który posłał w dół jej kręgosłupa kolejne ciarki.
Nie mogła tego znieść.
Czy to już koniec? Pan Borgin mówił, że szlamy (to brzydkie słowo, które nie miało miejsca na języku Marii, ale zdawało się ostatnimi czasy bombardować ją ze wszystkich stron) były agresywne, że mordowali czarodziejów. Pan Tonks miał na swym plakacie zapisane i to słowo, i że był niebezpiecznym członkiem Zakonu Feniksa. Ale... Ale on miał nie żyć, przecież widziała gazetę w rezerwacie i widziała ją w Londynie i wszyscy byli tak pewni, i tata smuciłby się, gdyby coś mi się stało...
Gloucestershire miało być bezpieczne, ale tej nocy straciło przywilej. Maria mogła odnaleźć ukojenie tylko w swojej własnej obecności, obecności samotnej, gdzieś daleko od kogokolwiek. Teraz próbowała opanować się sama, schować przed oceniającym, ostrym spojrzeniem poszukiwanego niegdyś, a teraz oficjalnie uznanego za zmarłego członka ruchu oporu.
Wystarczyło przecież jedno zdanie, by rozkruszyć w dłoniach jej wiarę na to, że mogła się z tego wydostać w miarę cało.
— N—niech pan tego nie robi! — pisnęła więc, wysoko, co sił w płucach. Paniczny pisk był prawdopodobnie nieprzyjemny dla ucha, niespodziewany w swej sile. Jeżeli Michael miał doświadczenie w przebywaniu z dziećmi, tymi jeszcze zbyt młodymi, by dzierżyły różdżkę, może kojarzył te, które w przestrachu krzyczały tak głośno, że na długi czas ogłuszały wszystkich wokół. Magii Marii brakło już tej nieokiełznaności, ale oczami wyobraźni mógł widzieć, że jako małe dziecko mogła być w stanie operować podobnym rodzajem magii.
Teraz była jednak dorosła. Wciąż młodziutka, ale dorosła. Zsunęła lekko dłonie z twarzy, przynajmniej z oczu, a tlący się w nich strach był... na wskroś pierwotny. Przypominała teraz ranną łanię, na ułamki sekund przed puszczeniem się w paniczną ucieczkę, w ostatnie, co mogło ją uratować przed kłami wilka zatapiającymi się w jej ciele. Nie mogła przecież oddać mu tego wszystkiego, bez miotły nie wróci do domu, bez różdżki będzie... Zupełnie bezużyteczna.
Głupia, bezużyteczna Maria, która tylko wpada w kłopoty i prosi się o krzywdę.
Ale mężczyzna nie ustępował. Celował w nią różdżką, zadawał pytania. A jej wydawało się, że pomimo rozsadzającej ją chęci ucieczki, podeszwy butów przykleiły się na stałe do gruntu. Niewiele widziała, wzrok rozmazał się od wciąż płynących łez, łkała jednak żałośnie cicho w porównaniu do wcześniejszego krzyku. Zadawała sobie bowiem sprawę, że... To naprawdę koniec.
Pierwsza poleciała miotła. Maria odłożyła ją na ziemię powoli i ostrożnie, z czułością, którą mogły się wykazać jedynie osoby, które nie miały w życiu zbyt wiele. Takie, które doceniały każden, nawet najtańszy, najbardziej błahy przedmiot. Miotła Marii, choć wysłużona już, była przecież bardzo zadbana. Drżącymi rękoma popchnęła ją nieco bliżej do Michaela, ta przeturlała się w jego stronę.
Nim pożegnała się z różdżką, przyłożyła drewno migdałowca do swych ust. Ostatni raz. Migdałowiec i rdzeń z łuski popiełka, piętnaście cali, sztywna — powtórzyła sobie w głowie, łudząc się, że będzie jeszcze jakieś kiedyś, że może uda jej się dorwać jakiegoś różdżkarza i złożyć zamówienie na nową, ale taką samą. Wtuliła drewno w policzek, jak dzieci tulą się do szmacianych lalek, a na koniec — zupełnie zrezygnowana, posłała ją także w kierunku miotły, nie wkładając w to jednak dużo siły. Nie chciała ich uszkodzić.
Później jednak próbowała — ostatni raz — złapać kontakt wzrokowy z Tonksem. Jego twarz pozostawała jednak na powrót w cieniu, czarna plama niedająca nawet iskry nadziei.
Kucnęła na ziemi. Bezsilnie próbowała objąć się ramionami, nadać sobie choć trochę bezpieczeństwa. Nie zauważyła nawet, kiedy zaczęła się kiwać, bo świat kręcił się wokół niej za szybko, a ona była taka mała i słaba, a to już naprawdę koniec...
— Jestem Maria Multon i wracałam z pracy... — szeptała cicho, nie wiedząc właściwie (i nie do końca przejmując się tym) czy Michael ją usłyszy. Ciałem raz po raz wstrząsał zimny dreszcz, nawet oddech wiązał się z bólem, tak bardzo chciała zniknąć... — A pana widziałam na plakatach, wszyscy widzieli, przepraszam... — dodała po chwili, palce zaciśnięte na rękawach kożuszka pobielały przez siłę, jaką wkładała w — dosłowne — utrzymanie się w całości. Troskę przed nierozpadem.
— Niech pan mi tego nie robi, błagam... — szeptała dalej, łykając słone łzy. Wreszcie, zupełnie bez sił, oparła czoło o własne ramiona, te z kolei mocując na kolanach. Tak skryła się wreszcie przed całym światem, tworząc swój własny mikrokosmos. Tylko ona, ona, nikt, kto miał ją skrzywdzić. — Ja mam tylko tę pracę... w rezerwacie jednorożców... nic innego nie umiem, błagam...


you will be waiting, child, for spring — and spring will
FOOL YOU.
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
there's always been a little sadness
inside my happiness
i've never been able to
separate the two
OPCM : 9 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Re: Rękaw Praplatanów [odnośnik]30.07.22 10:49
Słowa dziewczyny mówiły mu więcej niż mogła przypuszczać. Początkowo myślał, że szmalcownik chciał tylko skorzystać z okazji i się z nią zabawić - ale skoro chciał zadać kilka pytań, to najwyraźniej też ją z kimś pomylił. Michael ścigał tą bandę od jakiegoś czasu, czy wiedzieli, że są ścigani?
Skinął lekko głową - gdyby nie była tak przesstraszona, może dostrzegłaby w jasnych oczach starannie tajoną wdzięczność. Teraz wiedział, o co spytać spetryfikowanego mężczyznę. Właśnie ułatwiła mu przesłuchanie. Spyta go o te kilka pytań, ale nie było pośpiechu. W areszcie będą musieli oczyścić mu ranę, a przecież nic się nie stanie, jeśli trochę się... zapaskudzi. Jeśli będzie bolało. Podążył za jej spojrzeniem, w stronę dołu. Byłoby ironicznie, gdyby szmalcownik chwilę w nim poczekał.
Oddech przyśpieszył mściwie, a choć jasnowłosa uspokoiła Michaela, to najwyraźniej własnym kosztem. Najpierw chyba poczuł słony zapach łez, dopiero potem prędko wrócił do niej wzrokiem.
-Nie płacz... - wyrwało mu się (mogła zauważyć, że głos, nagle niepewny, kontrastował z wydawanymi do niedawna rozkazami), to nic nie pomoże, przecież obiecałem, że go nie wypuszczę, nienawidził gdy kobiety płakały, już dobrze, chciał powiedzieć, ale wtem go rozpoznała i kruche zaufanie runęło.
Instynkt był silniejszy od jakiegokolwiek współczucia, byłbym martwy gdyby wzruszały mnie kobiece łzy - przypomniał sobie, mocniej zaciskając palce na różdżce, nieświadomie zaciskając zęby i mrużąc oczy. Adrenalina wciąż nie opadła z niego po pojedynku, zeznania dziewczyny wznieciły w nim gniew na niedoszłego gwałciciela, ale teraz był zły na sytuację, może nawet na nią, złość wciąż pełzała pod skórą, nie mogąc znaleźć ujścia.
Wzdrygnął się lekko, piszczała za głośno, ale ręka z różdżką drgnęła tylko minimalnie. Nie spuszczał dziewczyny z celownika, nie spuszczał z niej wzroku. To praca, to tylko praca, to aż praca.
Praca była wszystkim. Praca pomagała zapomnieć o strachu przed tym, że został rozpoznany, o wątpliwościach odnośnie tego czy powinien żyć dla świata, o rozczarowaniu faktem, że nawet ona wzięła go za potwora.
A nawet go nie znała, uratował ją i nic ponadto o nim nie wiedziała - nic, poza tym, co było napisane na tych cholernych plakatach.
Dopiero gdy podchwyciła jego spojrzenie - bo złapali przecież kontakt wzrokowy, on widział ją doskonale, choć jego twarz pozostała w cieniu - jej strach przebił się przez mur obowiązkowości. Strach pierwotny, strach zwierzęcy, strach…
Lęk jeszcze większy niż przed chwilą, gdy pytała o tego szmalcownika, o tego skurwysyna, o tego gwałciciela, o tą ludzką bestię.
A więc nie wzięła go tylko za potwora, wzięła go za kogoś gorszego od potwora.
Złość. Sam nie wiedział, czy zimna, czy gorąca. Proszę bardzo, masz swojego potwora. Uważaj w co wierzysz, dziewczyno, wiara potrafi zmieniać rzeczywistość - myślał uparcie i przekornie, nie opuszczając różdżki.
-Rzuć. Różdżkę. - powtórzył, a raczej wycedził, powoli, bezlitośnie. Chodziło o jego anonimowość, chodziło o jego pracę, łzy żadnej dziewczyny nie będą od tego ważniejsze.
Czekał.
Najpierw pod jego nogi potoczyła się miotła. Przydeptał ją butem, odpędzając myśl, że Hannah nie pochwaliłaby takiego traktowania. Kopnął ją - dość delikatnie, jak na siebie - by odturlała się jeszcze dalej.
Czekał dalej, na jej różdżkę. Zacisnął jeszcze mocniej usta gdy tak rozpaczliwie tuliła ją do policzka, może powiedziałby jej, że przecież dostanie ją z powrotem, ale chyba był trochę obrażony i tłumaczył sobie, że tak trzeba. Nie spuszczając z dziewczyny wzroku, na wypadek gdyby coś wymyśliła (trochę irracjonalnie, bo przecież bez miotły i różdżki była już całkowicie bezbronna), nachylił się, by szybkim ruchem podnieść jej różdżką z ziemi. Tą szmalcownika też, obie wsunął za pas - ale uważając, by się nie dotykały. Byłoby w tym coś... brudnego, szczególnie po tym, jak tuliła własną do policzka.
Co teraz? Zastraszył ją po to, by nie musieć jej rozbrajać ani petryfikować - zaklęcia byłyby przecież jeszcze bardziej traumatyczne, prawda? Czy powinien - czy musiał - rzucić teraz Confundus, albo Oblivate, czy to byłoby miłosierne i bezpieczne? Czuł podświadomy opór, był górą w każdym aspekcie, nie musiał dodatkowo usuwać jej wspomnień. Wrogowie przecież i tak się kiedyś o nim dowiedzą, nie zamierzał się ukrywać.
Pękł - albo oprzytomniał - dopiero wtedy, gdy osunęła się na kolana.
Wyglądała teraz jak dziecko, którym chyba wciąż była, jak zrozpaczona i skrzywdzona dziewczyna, nie jak ktoś, kto doniesie o nim Ministerstwu. (Pozory mylą, ale...)
Opuścił różdżkę, gdy mówiła, ale tego już nie widziała.
Wsunął rekę do kieszeni, by włączyć fałszoskop.
Maria Multon, praca, miał już prawie wszystko, czego potrzebował. Fałszoskop był cicho, czyli nie kłamała. I tak widział, że nie kłamała.
A potem podsunęła mu ostatni brakujący element układanki, rezerwat jednorożców. To chyba faktycznie po drodze. Czyli przypadkowa dziewczyna - myślałby dalej, ale w tym momencie dotarło do niego, o c o go właśnie błagała.
Jednorożce, dziewice, nóż rozcinający ubranie.
Zamknął na moment oczy, pokręcił głową, powoli wypuścił powietrze z płuc, skronie mu pulsowały, gardło ścisnęła gorycz.
Naprawdę uważała go za potwora. Po tym, jak ocalił jej życie.
Pewnie powinien przywyknąć.
-Czekaj tu. - warknął, choć tylko pro forma. Nie wyglądała, jakby była zdolna wstać, a on musiał się uspokoić. -Nie jesteś w moim typie. - dodał złośliwie, bo był zbyt rozzłoszczony aby znaleźć logiczniejsze słowa, by ją uspokoić. Zerknął ze wściekłością na spetryfikowanego szmalcownika, do którego w jego mniemaniu go porównała i z całej siły chwycił go za ramiona, tak by bolało. Zaparł się do tyłu, nie był tak silny jak przed ugryzieniem, ale przeciągnie go, krok po kroku. Minutę po minucie.
Maria słyszała tylko kroki i szuranie po ziemi. A potem łups, jakby ktoś wpadł do dołu.
-Salvio Hexia. - wybrzmiało, gdy Michael przeciągał różdżką nad dołem, chcąc się upewnić, że nikt nie znajdzie tutaj szmalcownika, dopóki po niego nie wróci.
Znów kroki.
Cisza, jakby ktoś kucnął naprzeciw.
-Maria. - imię wybrzmiało w jego ustach dziwnie, bardziej szorstko niż wtedy, gdy ona je wypowiadała. Głos miał zduszony, jak ludzie, którzy są smutni albo zrezygnowani. -Nic ci nie zrobię. - sięgnął za pas i chwycił jej różdżkę. Powoli wyprostował rękę, wyciągając różdżkę w jej stronę - gdyby podniosła głowę (czy podniesie, czy się odważy?), zobaczyłaby, że jej zguba jest już na wyciągnięcie dłoni. I że Michael klęczy na długość ramienia, tak, by jej nie dotknąć, nawet przypadkiem. Westchnął, mimowolnie. Najchętniej nie mówiłby już nic więcej, kazał jej lecieć do domu, ale obrady Zakonników o propagandzie nieprzyjemnie dźwięczały mu w uszach. Naprawdę siali terror? Czuł się zdradzony samą taką myślą wśród swoich (nie wiedząc, jak w ogóle ma teraz ufać Greyowi), czuł się zdradzony podejrzeniem tej dziewczyny, czuł się zgorzkniały tym, że ta ministerialna propaganda zadziałała tak skutecznie.
-I... nie zrobiłbym. - dodał niepewnie, nie wiedząc jakie inne słowa znaleźć, czy jakiekolwiek słowa cokolwiek pomogą. Nie był człowiekiem słów, ani empatii. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym dniem wojny ma ich w sobie coraz mniej - i słów i uczuć. Zostawała tylko cisza, cisza i ciemność.
-Nigdy nie zrobiłbym tego, o czym... myślisz. - wybrzmiało ciszej, ale smutno, niepewność wcale nie zniknęła, Fenrir chciał kiedyś komuś, w innym życiu, rok temu, ale... ale był teraz Michaelem, musi być Michaelem, zawsze. Było przecież coraz lepiej, tak twierdził Faolan.
-Te plakaty to kłamstwo, ale przecież i tak uwierzysz, w co chcesz, prawda? - różdżka, jej różdżka, zadrżała mu w dłoni, gdy roześmiał się gorzko, bez śladu wesołości. -Co sądzisz o szlamach, Mario? - wyrwało mu się, zanim zdążył się powstrzymać, nie powinien pytać, znęcać się - nad sobą i nad nią.


rzut


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Rękaw Praplatanów - Page 6 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Rękaw Praplatanów [odnośnik]01.08.22 18:21
Takie sytuacje kończyły się dobrze tylko w bajkach. Takich, które Maria czytywała jeszcze przed postawieniem stopy w jasnych wnętrzach zamku Beauxbatons, a także około dwóch lat później. W bajkach, gdy jakieś dziewczę o czystym sercu znajdowało się w kłopotach, w ostatniej chwili uratować miał ją książę z bajki, najlepiej na białym aetonanie i w kaftanie haftowanym złotą nicią. Czasami książęta mieli również złote włosy, migoczące w pierwszych promieniach poranka, zawsze jednak zjawiali się w krytycznym momencie, ratując potrzebujące księżniczki przed złym smokiem, przed okrutną macochą, przed kolcem wrzeciona, które ubodło w palec i wtrąciło niewinność w pułapkę snu.
Ale to, co rozegrało się dziś w niedalekim sąsiedztwie Rękawa Praplatanów nie było bajką. Nosiło jednakże znamiona poetyckiej brutalności, choć było historią niezakończoną — te bowiem zawsze kończyły się charkliwym ostatnim oddechem — bestii o przebitym sercu, macochy próbującej chwycić się ostatniego, ostrego odłamka rozbitego zwierciadła kontroli, księżniczki wgryzającej się w zatrute jabłko. Śmierć była nieodzownym elementem takich historii, ale daleko im było do baśni. A poza baśniami ciężko było o strukturę, o czystą chronologię zdarzeń.
Łatwo było natomiast o całą chmarę rzeczy obrzydliwszych, gorszych od lepkiego uścisku śmierci.
Maria nie była zresztą księżniczką — nie była właściwie nikim ważnym, nikim, kogo w a r t o było ratować. A śmierć, czy krzywda bohatera pobocznego nigdy nie wzrusza tak mocno, jak wzrusza cierpienie głównego bohatera. Multon godziła się z tą myślą wiele, wiele dawniej i chyba dlatego nie widziała sensu w panicznej ucieczce, wolejąc chyba przeżyć swe ostatnie chwile w miejscu — choćby miały być z całego jej krótkiego życia najbardziej upokarzające, najbardziej bolesne; nawet łzy zasnuwające jej klarowność spojrzenia nie mogły zrobić żadnej różnicy. Noc była dziś ciemna i straszna, a ona ostatecznie chyba nie chciała się skupiać na tym, by w ciemności dopatrzeć się swych najskrytszych strachów.
Michaelowi było zresztą daleko od księcia. Aetonan wymieniony został w końcu na miotłę, chyba w niewiele lepszym stanie niż ta, która należała do Marii, a którą przydeptał swym butem. Ale choć nie był księciem, choć w ciemności i oddali prezentował się naprawdę przerażająco, a Maria była przekonana, że nie chciała go więcej spotykać (nie po ciemku przynajmniej, nie w wąskiej alejce gdzieś na bok o Pokątnej), to zjawił się jednak, jak na zawołanie. Może to nić przeznaczenia, którą nieostrożna Maria ciągnęła za sobą, zwróciła jego uwagę wtedy w przestworzach, że goniąc ją, sprowadził ją co prawda w ramiona tamtego obrzydliwca, wprost w zastawioną pułapkę, ale i tak stanął na wysokości zadania, zapewniając jej choć chwilowe bezpieczeństwo.
Próbował ją przecież uspokoić — skrajnie nieporadnie, przeskakując z niezgrabnej prośby do rozkazu zupełnego pozbawienia się ochrony. Widział przecież, że zaklęcia rozbrajające nie wychodzą dziewczęciu, że nieomal sama nie pozbawiła się różdżki, próbując trafić w mężczyznę z powietrza. Nie stanowiła praktycznie żadnego zagrożenia. Nie teraz — dodatkowo rozpłakana, niemogąca zebrać się w sobie, żeby powiedzieć coś więcej, żeby nabrać porządny oddech. Ale nawet w takim stanie, pchana chęcią zachowania jak najwięcej z marnych resztek pozostałego jej życia — spełniła jego prośbę, czując, że wyrwa w jej sercu robi się tym większa, im większa była odległość dzieląca ją od najważniejszych chyba dla niej przedmiotów.
Nie widziała, co robił dalej. Skryta we własnym świecie pilnowała tylko tego, by nie zatrzymać się w oddychaniu i by wciąż trwać w tej jednej, sobie tylko znanej formie Marii Multon. Wydawało jej się, że każde poruszenie, każda siła która próbować będzie zderzyć się z jej ciałem, rozbije je na milion kawałków, że w jednym momencie jej dusza wymsknie się z ciała, ucieknie gdzieś daleko, w powietrze, w górę, do samych gwiazd, skrząc może przez chwilę ich odbitym blaskiem. Wyczekiwała jednak tego, aż tak się stanie.
W zamian otrzymała pustkę.
Czekaj tu. Odroczenie wyroku.
Niechże i tak będzie.
Nie jesteś w moim typie.
Czy on naprawdę chciał wypuścić tamtego człowieka? Czy uraziła Tonksa rozpoznaniem aż tak bardzo, że chciał ją w tak okrutny sposób ukarać?
Nie miała siły protestować. Została więc w miejscu, a z każdą kolejną mijającą sekundą dreszcz, który trząsł jej ciałem osłabiał się; łez również płynęło coraz mniej, a Maria powoli godziła się ze swoim losem, chcąc chyba — w pewien zaskakująco przekorny sposób — przeżyć cokolwiek, co miało się stać z godnością, pewnością tego, kim była przez trochę ponad osiemnaście lat. Czy ma to jakieś znaczenie, że nagle jej zabraknie, skoro niewiele osób i tak się nią interesowało? Czy drzewo upadające w lesie gdzie nikt nie może go usłyszeć, wydaje dźwięk?.
Szuranie zaalarmowało ją jako pierwsze. Wytrąciło z komfortowej dysocjacji, postawiło włosy na karku, nakazało przede wszystkim być ostrożną i uważną. Słuchała więc, wszystkich kroków, każdego szurania po ziemi, gdzieś po drodze do jej uszu trafiło nawet zmęczone sapnięcie, aż wreszcie — łup. I zaklęcie. Znała je. Tworzyło barierę, która ukrywała ludzi przed wzrokiem nieupoważnionych.
Później znowu kroki. Pierwszy, drugi, kolejny, aż ustały.
Aż pozostało tylko jej imię. Chropowate, o ostrych krawędziach w obcych, zeschniętych z rozpaczy ustach.
Nic ci nie zrobię. Zapewnienie mogłoby trafić na podatny grunt kilka chwil wcześniej, teraz brzmiało tylko jako kolejne odroczenie wyroku. Do czasu, gdy nie powtórzył wyznania, rozciągając je na przeszłość. Zrobił to niepewnie, jakby dostosowując się do charakteru Marii, która — może zaniepokojona, może zdezorientowana, może zupełnie zanurzona w smutku, a może z mieszanką tych wszystkich emocji — uniosła powoli głowę ze swych rąk. Była zupełnie blada, szarozieleń tęczówek kryła się w ciemności, za szeroko rozwartymi od ciemności źrenicami. A pomimo podłego, stanu, w którym się znajdowała, pomimo wyraźnego zapachu strachu, który z tej odległości nie mógł być dla Michaela do przeoczenia, zupełnie kontrintuicyjnie, spoglądała mu prosto w oczy. Przez kilka długich sekund nie odrywała od nich wzroku, jakby próbowała wycztać z nich czystość jego intencji. Nie znała się na ludziach, ale brzmiał tak smutno, a smutek był przecież tą z emocji, która towarzyszyła Marii przez całe życie, która związała się z nią mocniej niż cokolwiek innego na ziemi. Nie opuściła jej w Anglii, nie odeszła we Francji.
Dopiero potem zwróciła uwagę na wyciągniętą rękę z jej różdżką. Musiała Chciała zaryzykować.
Jasna, drżąca dłoń wysunęła się więc spod uścisku, a Multon znów skupiła spojrzenie na Tonksie. Nie mówiła nic, jeszcze nic. Tylko powoli, milimetr po milimetrze, tak jak podchodziło się do dzikiej, leśnej zwierzyny, przesuwała rękę w powietrzu, tak aby finalnie musnąć samymi opuszkami palców nieco szorstkiej fraktury wnętrza jego dłoni. Gdzieś na skraju świadomości zanotowała, że pomimo wyczutych przez ułamki sekund drobnych blizn, nie miał dłoni człowieka, który pracował całe życie. Jej mama miała dłonie równie ciepłe — ale z płatami zrogowaciałej od ciężaru domowych obowiązków płatami, których mu brakowało.
I choć ułożyła dłoń na znajomym, rozgrzewającym się jakby w zaproszeniu (bo przecież nie od ciepła j e g o ręki) drewnie migdałowca, przez jeden oddech nie zaciskała jeszcze palców, nie cofała ręki w pośpiechu, jakby oczekując, że rozmyśli się, że to wszystko okaże się tylko okrutnym żartem.
Ale on tylko mówił.
W jej oczach błysnęło pytanie — plakaty to kłamstwo? Wszystkich, których znała, a którzy poruszali ten temat mówili jej przecież, że to najświętsza prawda. Elvira, pan Borgin, jej własny ojciec...
I te same osoby mówiły jej przecież, co takiego powinna myśleć o szlamach. Teraz pytanie zawisło nad nimi, podobne katowskiemu toporowi; tylko kto miał być dziś stracony? Jego gorzki śmiech sprawił, że wreszcie przejęła różdżkę w kontrolę własnej prawej dłoni, ale dalej czuli ją oboje.
— Tata mówił, że są agresywni... — zaczęła wreszcie, szepcząc ledwo i wreszcie uciekła spojrzeniem w bok. To nie były jej własne opinie, to coś, w co przecież miała, musiała wierzyć, wychowana w ten konkretny sposób, z tym zestawem cech, tą rodziną, w tym hrabstwie. Pod godłem konserwatywnych czarodziei z rodu Parkinson. — A... Inni mówią, że robią czarownicom złe rzeczy... — dolna warga Marii zadrżała alarmująco, jakby nadciągała do nich kolejna fala dziewczęcego płaczu, lecz zaskakująco blondynka jeszcze raz pragnęła poszukać jego spojrzenia. Wreszcie wygłaszając opinię swoją. Wciąż cicho, skrajnie niepewnie, ale patrząc mu w oczy. — Ale pan mi nic nie zrobił... Chyba ma pan rację... Nie jest pan taki jak... jak o n i...


you will be waiting, child, for spring — and spring will
FOOL YOU.
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
there's always been a little sadness
inside my happiness
i've never been able to
separate the two
OPCM : 9 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Re: Rękaw Praplatanów [odnośnik]04.08.22 23:16
Poddała się.
Spodziewał się chyba oporu - albo zanim odda mu różdżkę (potrafiła przecież czarować nawet w stresie, widział, że niecelnie; ale chociaż próbowała, gdy ją instruował miała w sobie jakiegoś ducha walki - ducha, który zniknął gdy warknął by rzuciła broń, chyba przez chwilę wierząc święcie, że ta drobna dziewczyna naprawdę mogłaby okazać się niebezpieczna), albo chociaż wtedy, gdy na moment spuści ją z oczu. Miała kilka sekund, by ułożyć plan. Mogła próbować uciec, mogła próbować podrapać go po twarzy, mogła ryć paznokciami w ziemi żeby sypnąć mu piachem w oczy, mogła zrobić cokolwiek.
Ale gdy zepchnął już szmalcownika do wykopanego przezeń dołu i zamaskował go przed światem, gdy znów znalazł się naprzeciwko niej - nadal trwała na swoim miejscu. Całkowicie nieruchomo, nie licząc drżących od płaczu, wygiętych w łuk pleców. Tak, jakby było jej już wszystko jedno.
Gdyby to ktoś inny (ktoś inny?) stał teraz przed nią, ktoś z ł y - taki choćby szmalcownik - mógłby po prostu szarpnąć ją za ramiona, poczekać aż ugną się pod nią kolana, rzucić na ziemię. Przytrzymać za nadgarstki, kolanem przycisnąć spódnicę, rozerwać materiał - nie nożem, po co komu nóż, a zębami - wziąć ją całą dla siebie. Zrobić to, czego się tak obawiała, do czego zapraszała swoim strachem, tak podkreślającym jej niewinność. W tym świecie nie było wszak miejsca dla niewinności, dziewczęta powinny orientować się lepiej, nie powinny lękać się feniksów ani oskarżać nieznajomych o niecne zamiary, to w y robicie ze mnie potwora, bo widząc wasz strach, sam zaczynam w to wierzyć wysyczałby jej do ucha t a k i k t o ś, ale ona już by nic nie słyszała. Szmalcownik rzuciłby ją do dołu, który sam wykopał, ale k t o ś i n n y mógłby ją zawlec pod rezerwat z listem, że to za Mroczny Znak nad Doliną, że lady Parkinson będzie następna. To w końcu w nich widzieli, tego chcieli, prawda?
Tworzycie własne potwory.
Zamrugał.
Myśl to nie czyn - mówił mu kiedyś Faolan, ale myśli (jego czy własne? O n był już cicho, coraz ciszej, więc chyba jednak były własne, a to jeszcze gorsze) wystarczyły by siebie znienawdzić, jeszcze trochę, krok po kroku, aż nie zostanie już nic i proszące spojrzenie Castora ani śniadania od Kerstin nie pomogą i może nie zostanie mu już wtedy żadna opcja poza tą, po którą sięgnęła Justine.
Całe życie walczył przecież tylko dlatego, że miał dla kogo. I nadal miał dla kogo, nadal to sobie powtarzał, ale tych wątpliwości było coraz więcej - a propaganda uzurpatora zatruła chyba nawet serca niektórych Zakonników, a przynajmniej serce jego własnego brata. Widział te same wątpliwości w oczach Volansa, widział z jaką wyższością Grey zwraca się swojego kuzyna i czuł się coraz bardziej obco, obco, obco.
Czasem chciałby po prostu móc gdzieś uciec.
Nie mógł, ale o n a mogła. Powinna. A trwała tu nadal.
Przykucnął. Nie dlatego, że t a m c i mieli rację, ale dlatego, że nie chciał nikomu da satysfakcji, nie chciał przestać walczyć o samego siebie, a przede wszystkim - nie chciał zostawiać jej w takim stanie. Maria wydawała się sympatyczną dziewczyną o sarnich oczach, a on chciał tylko jej pomóc, tylko ją uratować, tylko wyrwać jedną duszę z ramion spoconej śmierci na ministerialnym żołdzie - a w zamian dołożył się tylko do jej traumy.
Może powinno go uspokoić, że pracowała w rezerwacie jednorożców - przynajmniej dzisiejsza noc nie zrujnuje dla niej dotyku przyszłego męża. Miał nadzieję, że jednorożce nie czują strachu jak wilkołaki, że w jej dziewiczej pracy wszystko będzie w porządku.
Nic ci nie zrobię zapewnił, wyciągnął różdżkę w jej stronę i czekał.
Czekał tak czasem, gdy namierzał sarnę z czarodziejskiem kuszy. Gdyby był nieodpowiedzialnym idiotą i zapomniał zadbać o bezpieczeństwo w pełnię, czekałby tak na człowieka w świetle księżyca.
Ale teraz było jakoś inaczej.
Ciszej. Nie słyszał nawet lasu, właściwie trochę szumiało mu w uszach.
Spokojniej. Dopóki nie spojrzała mu w oczy.
Korciło go, by cofnąć wzrok, ale wtedy znowu by ją przestraszył. Wytrzymał choć czuł się pod jej spojrzeniem dziwnie obnażony, szczególnie we własnym zawstydzeniu, we własnym rozczarowaniu.
Nieznajoma nastolatka wzięła go za potwora. Powinien się otrząsnąć, jak zawsze, ale nie potrafił, nie gdy patrzyła na niego tak smutno, gdy gardło ściskały mu wyrzuty sumienia.
Drgnął lekko, gdy niechcący musnęła opuszkami palców jego dłoń (NIE DOTYKAJ MNIE miał ochotę od stycznia warczeć na każdego spoza rodziny, a właściwie nie od stycznia, tylko od ugryzienia - tylko desperacja i alkohol obnażyły przecież na moment te hamulce), ale czekał, cierpliwie.
Chyba bała się nawet oddychać. On też wstrzymał oddech. Wreszcie zacisnęła palce na różdżce, ale nie cofnęła dłoni.
Zamiast tego zaczęła odpowiadać na jego gorzkie, pochopnie zadane pytanie. Retoryczne, nie odpowiadaj, pytaniem odbijającym się w jej oczach o barwie lasu, dlaczego się wahasz, wiem przecież, co sądzisz, wreszcie słowami streszczającymi to, co mówiła jej rodzina, oczywiście, była przecież taka młoda, NIECH JUŻ ZABIERZE TĄ RĘKĘ, o mało nie cofnął własnej dłoni, ale wtedy niespodziewanie przyznała mu rację.
Tyle, że sam nie był przekonany, czy miał rację.
Usta drgnęły w smutnym uśmiechu.
-Nie jestem. - przyznał cicho. -Jestem gorszy. - tym razem to on spojrzał jej w oczy, stalowo. Dzisiaj wiedział, że w jego tęczówkach nie błyśnie złoto, ale czuł je w sobie, w gardle, w gorącym gniewie. -Jestem - potworem - aurorem - kiedy słowa, wypowiadane niegdyś z taką dumą, zaczęły brzmieć tak zjadliwie? -a szlamy to zwyczajni ludzie. Ludzie, którzy pewnie nie poradziliby sobie tak łatwo z tamtym oprychem, ale którzy nie wzbudziliby w tobie strachu ani nie zabrali ci miotły. - czy właśnie przepraszał? Ton tak brzmiał, ale mina pozostawała nieprzenikniona.
Cofnął rękę i wstał, by sięgnąć po tą nieszczęsną miotłę.
Ułożył ją przed dziewczyną, ostrożnie.
-Otrzyj łzy, a ja... - westchnął, czoło przecięła zmarszczka. -Ja muszę coś z nim zrobić. - ton zabrzmiał dziwnie, palce zaciśnięte na różdżce pobielały, jakby się wahał.
Mógłby po prostu...
Nikt by nie wiedział...
...ale potrzebował zeznań. Te łatwiej wydobędzie w sądzie, niż w dole.
-Daleko mieszkasz? Dasz radę tam dolecieć? Chcesz... - zawahał się. -Może dolecieć tam bezpiecznie...? - czy wyczyta w tym propozycję?
-Poślę tylko kogoś po niego. - kiedyś nie powinien tego robić przy niej, ale używali patronu sów zbyt często - choćby przy Cyganach - by były tajemnicą.
Przymknął oczy, usiłując się uspokoić. Dobrze, że oddał jej różdżkę i miotłę, że zdjął z własnego sumienia ten ciężar. Teraz łatwiej było mu powrócić wspomnieniem do wesela Macamillanów, do uśmiechniętej Kerrie, w pewien sposób (choć nie do końca) podobnej do Marii.
Ciekawe, czy i jak Maria się uśmiechała.
-Expecto Patronum. - musiał włożyć w zaklęcie nieco więcej skupienia niż zwykle, z powodu smutku nie przyszło mu równie naturalnie, ale twarz nagle się rozpogodziła (choć na czoło wystąpiła kropla potu), a pomiędzy Michaelem i Marią zmaterializował się świetlisty wilk.


rzut


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Rękaw Praplatanów - Page 6 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Rękaw Praplatanów
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach