Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Castle Rising, Norfolk

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Castle Rising, Norfolk - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Castle Rising, Norfolk - Page 2 Empty
PisanieTemat: Castle Rising, Norfolk   Castle Rising, Norfolk - Page 2 I_icon_minitime17.07.17 1:42

First topic message reminder :

Castle Rising

Znajdująca się w północnej części hrabstwa Norfolk niewielka zamieszkiwana przez czarodziejów wieś Castle Rising nie jest bardzo znanym miejscem. Łatwo nie zauważyć jej istnienia, ponieważ nie wiedzie do niej żadna główna droga. W tym zapomnianym przez ludzi skrawku świata natknąć się można na dość dobrze zachowane ruiny bardzo starego, acz niedużego zamku. Wiedzie do niego urokliwa droga biegnąca skrajem lasu od ostatnich wiejskich domków, a rosnące u jej skraju drzewa zamieszkują elfy. Po kilkunastu minutach marszu wśród drzew i śpiewu słowików wędrowiec może odpocząć na błoniach otaczających zameczek lub spróbować dostać się do środka. Czyni to jednak na własne ryzyko, bowiem choć konstrukcja znajduje się w nie najgorszej kondycji to nigdy nie wiadomo, czy wszystkie jej miejsca są stabilne. Tak jak w każdym takim miejscu również i w Castle Rising można natrafić na duchy krążące po zamku i w otaczających go lasach. Ciężko jednak je odnaleźć, ponieważ zjawy stronią od ludzi.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Liliana Yaxley
Liliana Yaxley

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t3066-liliana-yaxley#50362 https://www.morsmordre.net/t3091-ares#50606 https://www.morsmordre.net/t3085-liliana#50574 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3506-liliana-yaxley#61144
Zawód : -
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ciężko było przestać wierzyć, że kwiat może być piękny bez celu, ciężko przyjąć, że można tańczyć w ciemnościach.
OPCM : 5
UROKI : 22
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Półwila

Castle Rising, Norfolk - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Castle Rising, Norfolk   Castle Rising, Norfolk - Page 2 I_icon_minitime16.01.18 22:17

Sytuacja w której się znalazłam była okropnie zawstydzająca, a przy tym i bolesna. Mimo to ucieszyłam się, że Jocelyn tu jednak ze mną była. Gdyby nie ona, pewnie pozostawałoby mi zostać tak jak byłam i się rozpłakać, licząc na jakiś cud. Może udałoby mi się samej zdziałać coś różdżką, którą wciąż miałam w zasięgu dłoni, ale mogło to być dosyć ryzykowne. Na nic też nie zdałby się koń, chyba że postanowiłby mnie jakoś wyciągnąć - ale raczej nie, w końcu nawet nie zechciał podejść. Cała zastygłam ze strachu, kiedy Jocelyn postanowiła pomóc mi, sama wchodzą na most. Och nie, czy ona nie myślała? Przecież to tylko mogło wszystko pogorszyć, jeszcze utknie w ten sposób co ja, albo sprawi, że coś ciężkiego się na mnie osunie. Będziemy wtedy mogły tu razem umrzeć, przynajmniej nie w samotności. Udało mi się powstrzymać od komentarza, most natomiast więcej się nie poruszył. Pozwoliłam Vane robić to co chciała i z zaskoczeniem stwierdziłam, że naprawdę dobrze sobie poradziła. Cudownie było móc znowu znaleźć się na stabilnym gruncie. Poruszyłam stopą - zdecydowanie mogłam to zrobić, chociaż skrzywiłam się przy tym lekko. Widać było, że wysokie skórzane buty są mocno porysowane, być może gdyby nie one, to samo stałoby się ze skórą nogi. Wyglądało jednak, że rzeczywiście skończyło się tylko na siniakach.
- Nie jest źle. Boli trochę, ale to raczej nic poważnego. - Uśmiechnęłam się, a potem próbowałam się ponieść. Okazało się, że ból przy kostce nasila się, kiedy próbuję stanąć stabilnie na stopie. Syknęłam cicho, bagatelizując trochę fakt, iż Jocelyn jest przecież uzdrowicielką. - Mogłabyś pomóc mi dotrzeć do konia? - spytałam, a potem oparłam się na ramieniu dziewczyny. Zwierzę stało spokojnie, nie miałam dużych trudności z wskoczeniem na jego grzbiet - robiłam to od dzieciństwa, będąc znacznie niższa. Od razu poczułam się pewniej, ból w kostce już tak nie doskwierał.
- Wskakujesz? - spytałam, wyciągając do niej rękę, żeby pomóc wsiąść. Nie zostawiłabym jej po tym wszystkim, jak mi pomogła, poza tym nie byłam taka wredna. Miała całkiem dużą rolę w odnalezieniu konia, nawet jeśli jeszcze większą w jego zgubieniu. - Dziękuję, że mnie stamtąd wyciągnęłaś - powiedziałam zaraz. Te słowa nie przechodziły mi bardzo łatwo przez gardło, ale były jak najbardziej słuszne. - To było bardzo odważne, że tam weszłaś. Mogłaś skończyć podobnie jak ja, albo jeszcze gorzej - zauważyłam, starając się nie przywoływać czarnych scenariuszy, które jeszcze przed chwilą rodziły się w mojej głowie.
Koń zaczął powoli iść, okrążałam dziedziniec aż w końcu rzeczywiście dostrzegłam całkiem stabilnie przejście. Okazywało się, że moja niecierpliwość było zupełnie bezsensowna, nawet jeśli ostatecznie nic strasznego się nie stało. Wyjechałyśmy z zamku nim jakieś duchy przypomniały sobie, że powinny nas nastraszyć.
- Zabiorę cię do Yaxley's Hall, stamtąd będziesz mogła wrócić... gdziekolwiek chcesz - zaproponowałam chyba jedyne sensowne rozwiązanie. - A co z twoją czkawką? - spytałam, przypominając sobie, że przecież Jocelyn w każdej chwili może zniknąć. - Trzymaj się - ostrzegłam jeszcze, chwilę przed tym jak pogoniłam konia, żeby przeszedł do wolnego galopu. Nie mogłyśmy jechać wiekami, a tak by było, gdybyśmy cały czas zachowywały wolne tempo.


Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
Jocelyn Vane

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : 10
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Castle Rising, Norfolk - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Castle Rising, Norfolk   Castle Rising, Norfolk - Page 2 I_icon_minitime17.01.18 13:11

Gdyby nie anomalie, Jocelyn użyłaby magii, by łatwo i bezpiecznie wyciągnąć Lilianę z pułapki i przenieść ją na drugą stronę. Ale obecnie było zbyt duże ryzyko, że zrani pannę Yaxley lub wręcz zawali most, dlatego to co zrobiła i tak było bezpieczniejszą opcją. Czary były zbyt niestabilne, a przez ostatnie dni widziała w Mungu zbyt wiele ofiar, które wylądowały na oddziale po obrażeniach do jakich przyczyniły się ich własne różdżki. Bez magii czuła się niezręcznie, jakby nagle uległ uszkodzeniu jakiś ważny dla normalnego funkcjonowania zmysł. Do tej pory mogła sięgać po różdżkę gdy tylko tego chciała, teraz za każdym razem wahała się, czy rezultat jaki chciała osiągnąć na pewno był wart ryzyka, że pogorszy sytuację zamiast naprawić. Dobrze, że chociaż mury Munga zabezpieczono przed anomaliami i mogli leczyć pacjentów bez większych komplikacji.
Na szczęście most okazał się wytrzymalszy niż na to wyglądał, gdy stąpała po nim szybko i najostrożniej jak potrafiła. Może Liliana po prostu miała pecha natrafić na kamień-pułapkę, coś w rodzaju schodów w Hogwarcie. Na szczęście półwila miała solidne buty, więc prawdopodobnie nie doznała poważniejszych uszkodzeń, bo gruba skóra zamortyzowała otarcia od kamieni.
Po chwili były na drugiej stronie, na znacznie stabilniejszym gruncie. Most wciąż stał, ale miała poważne obawy co do wchodzenia na niego razem z koniem, który ważył z pewnością więcej niż one dwie razem wzięte.
- Oczywiście – zgodziła się, pozwalając by Liliana oparła się na jej ramieniu. Koń na szczęście rozpoznał swoją panią i nie uciekł na ich widok, więc lady Yaxley po chwili siedziała już na jego grzbiecie. – Tak, chętnie skorzystam. Potrzebuję... dostać się do kominka – powiedziała, z pomocą Liliany także wskakując na konia. Była na tyle lekka że zwierzę pewnie nie odczuło bardzo mocno jej ciężaru, niektórzy mężczyźni byli ciężsi niż one dwie. – Nie mogłam cię tak zostawić i uciec stąd, zwłaszcza że to przeze mnie zgubiłaś konia. Gdyby nie anomalie wyciągnęłabym cię magią, ale... teraz to ryzykowne.
To było z jej strony wyjątkowo lekkomyślne, a nie należała do najodważniejszych osób, zazwyczaj unikała ryzyka. Ale czasami nagłe wypadki wymagały nagłych i spontanicznych rozwiązań. W dobie szalejącej magii niestety opcje były bardziej zawężone niż zwykle, bo nawet próba wysłania patronusa z prośbą o pomoc mogła okazać się niewypałem. Josie naprawdę nie czuła się dobrze z tym że nie może w pełni korzystać z przywilejów bycia czarownicą, ale po pierwszomajowym incydencie bała się anomalii tak bardzo, że wolała wejść na most niż majstrować przy nim zaklęciami. Tym bardziej że w zaklęciach nie była tak biegła jak w magii leczniczej.
- Nie znam chwili, w której znowu się uaktywni – powiedziała zgodnie z prawdą, bo równie dobrze mogła zniknąć za minutę, jak i za kilka godzin. Ataki były nieregularne. A teraz robiło się coraz później, dzień nieuchronnie chylił się ku końcowi. – Może zdążymy dotrzeć do waszej posiadłości, zanim to się stanie. Na miejscu spróbuję uleczyć twoją kostkę – dodała, starając się mocno trzymać, by nie zsunąć się z końskiego grzbietu gdy zwierzę przyspieszyło. – Chyba przydałoby mi się kilka lekcji konnej jazdy – szepnęła jeszcze; niestety nigdy nie miała okazji się tej umiejętności uczyć, choć w dzieciństwie, gdy gościła u krewnych matki, kilka razy została posadzona na końskim grzbiecie z którymś ze swoich starszych kuzynów. Ale była wtedy na tyle mała że nagłe znalezienie się tak wysoko na żywym i szybko biegnącym zwierzęciu ją przeraziło. Z obecnej perspektywy nie wydawało się to już takie straszne jak wtedy, a takie gnanie przez powoli pogrążający się w zmroku las miało w sobie coś urzekającego.
Pod koniec jazdy zaczęła odczuwać coś dziwnego, co już znała, bo doświadczyła to dzisiejszego dnia już parę razy. I później, ledwie zeskoczyła z konia, zdążyła tylko posłać Lilianie zaniepokojone spojrzenie i... nagle zniknęła.
Hep!

| zt. x 2





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Francesca Borgia
Francesca Borgia

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7918-francesca-federica-borgia#227478 https://www.morsmordre.net/t7977-desiderio#228059 https://www.morsmordre.net/t7976-franka-skakanka#228053 https://www.morsmordre.net/f107-aldermanbury-12-14 https://www.morsmordre.net/t7979-skrytka-bankowa-nr-1881#228094 https://www.morsmordre.net/t7978-f-f-borgia#228091
Zawód : kobieta biznesu, jubiler
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
making peace now with the madness.
OPCM : 10
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Castle Rising, Norfolk - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Castle Rising, Norfolk   Castle Rising, Norfolk - Page 2 I_icon_minitime27.02.20 23:41

26 kwietnia

Sytuacja w londyńskim porcie była dynamiczna i rozwojowa, podobnie zresztą jak sytuacja w jej rodzinie. Chociaż od spotkania z Giovanną minęło już sporo czasu, które nie potoczyło się tak, jak wstępnie przewidywała, młodsza Borgia miała poczucie, że pierwszy raz w życiu atmosfera zagęściła się pomiędzy nimi z powodu interesów. Nie była z tego powodu zadowolona; zawsze starała się rozgraniczać rodzinę od pracy, i nigdy nie pozwalała, by ta druga wpłynęła w jakikolwiek sposób na jej relację z którymkolwiek członkiem, tymczasem coś zdecydowanie poszło nie tak. Naprawdę nie potrafiła zrozumieć ani postępowania swojego ojca ani bliskiej sercu siostry, odnosząc wrażenie, że obojgu zaistniały konflikt musiał na tyle namieszać w racjonalnej ocenie sytuacji, że zapomnieli o tym kto z całej gromady miał ponieść konsekwencje dalszego tkwienia w jednym z najbardziej zagrożonych miejsc w Londynie. Nie dość, że wystawiali na zagrożenie cały znajdujący się w magazynie towar, tak stawiali w równie niekomfortowej sytuacji własnych pracowników, a także ją – a ona nie zamierzała dostać w plecy z przypadkowego crucio, czy gamy innych, rozmaitych zaklęć. Nie była tchórzem; przeniesienia się z głównego portu do pobliskich, mniejszych miejsc nie traktowała w kategorii ucieczki a w toczącej się wojnie absolutnie nie dostrzegała żadnej korzyści materialnej. Import i eksport były stosunkowo utrudnione, niebezpieczne i poddawane częstszym kontrolom niezależnie od nazwiska, i od początku kwietnia w podobnej sytuacji znalazła się już przynajmniej dwa razy. Co mądrzejsi opuszczali to miejsce, co głupsi zostawali i czekali na rozwój wydarzeń, który w przeczuciu Franceski mógł się co najwyżej pogorszyć.
Od kilku dni wściekłość mieszała się z dziwnym zawodem spowodowanym podejściem bliskich, aż wreszcie chyba doszła do takiego etapu, że chyba nic już nie mogło jej ruszyć; wszystkie negatywne uczucia zagnieździły się głęboko budując mięśnie i pancerz ochronny, dzięki któremu z zaskakującą asertywnością odmawiała wizyty zarówno u ojca, jak i Giovanny. Potrzebowała czasu, chwili wytchnienia i możliwości do namysłu co powinna robić dalej, skoro okoliczności nie były zbyt sprzyjające. Próbując odszukać argumentów przemawiających za zdaniem osób, z którymi się liczyła, na ich miejsce odnajdywała dwa argumenty wskazujące na to, że jej intuicja się nie myliła i podawała jedyne słuszne rozwiązanie. A to jedynie napędzało jej złość, nawet migreny, które nie chciały opuścić Włoszki od kilku dni. Wprowadzając nowy podział obowiązków pomiędzy swoimi ludźmi, zadecydowała, że najlepiej będzie jeśli po raz kolejny odwiedzi potencjalne miejsca, które mogłyby okazać się odpowiednimi na przeczekanie i tym sposobem znalazła się w małej wsi, która wydawała jej się na ten moment najlepszym wyborem. Mała, niezagrożona, chroniona zaklęciami, na mapach ledwo dostrzegalna – w porównaniu z londyńskim dokiem była wprost idealna, choć na miejscu okazało się, że ilość i zawiłość ścieżek potrafiła dać w kość.
Ściemniało się. Przytępione od bólu głowy zmysły nie reagowały tak jak powinny, więc docelowo wcale nie trafiła nad wodę a na jedną z wielu ścieżek prowadzących donikąd, ale nie widziała w tym jeszcze problemu. Uznając, że może w ten sposób znajdzie coś lepszego niż słyszała z opowieści, przemykała kolejnymi zakrętami, aż wreszcie po kilku minutach dotarła do takiego punktu, że absolutnie nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Szelest liści, szum wiatru i złowroga cisza poza tym działała na niekorzyść Włoszki, choć wytrwała w swoim postanowieniu szła przed siebie. Mijała kolejny zakręt piekielnej wsi złożonej z wiejskich domków, uznając, że część mieszkańców chyba rzeczywiście wymarła, gdy wychodząc zza rogu na następną polną dróżkę, wpadła z impetem w nadchodzącą z naprzeciwka osobę. Nim jednak zdołała zorientować się w sytuacji, ostrość zmysłów wróciła sama, sprowokowana przez nagłą wilgoć i chłód zlokalizowany na samym środku klatki piersiowej. Wstrzymała oddech, rozkładając ręce na boki, wzrok zaś najpierw skierowała na zmoczone ubranie.
Co to było? – wyrzuciła, kiedy zdołała przypomnieć sobie o oddychaniu, a do jej nosa dotarł specyficzny zapach ingrediencji, które sama przecież czasami przywoziła. Dopiero po tym zrzuciła z głowy kaptur i spod przymrużonych powiek zlokalizowała twarz człowieka, którego nie spodziewała się już nigdy więcej w życiu spotkać. Zdębiała, dosłownie, spoglądając na niego z wyraźnie zaskoczoną miną a wewnątrz ochronnego pancerza poczuła zaskakująco mocne ukłucie i uczucie, którego wcześniej nie miała okazji zaznać. Wewnętrznej paniki.
Powiedz, że to nie był żaden eliksir – dodała ciszej, niemal przez zaciśnięte zęby, gdy czuła, że najchętniej zapadłaby się teraz pod ziemię albo dała spalić żywcem przez ciecz wżerającą się w kolejne włókna ubrań. Czasami zastanawiała się jak mogłoby wyglądać ich spotkanie po latach, jednak w życiu nie podejrzewałaby, że ich drogi splotą się akurat na odludziu, w najdziwniejszym miejscu jakie ostatnio odwiedziła, ani że zacznie się ono dokładnie tak, jak przed laty we Włoszech. Czasami też zastanawiała się czy Vincent w ogóle domyślił się jej pochodzenia; doskonale pamiętała ostatni dzień wakacji, gdy jedyny raz w życiu uciekła dowiadując się kim był i nie zdradzając, że również i ona posiada magiczne zdolności. To miała być tylko wakacyjna przygoda.




My blood is a flood of rubies, precious stones
it keeps my veins hot, the fire
found a home in me



Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne. waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 12
UROKI : 21
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Castle Rising, Norfolk - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Castle Rising, Norfolk   Castle Rising, Norfolk - Page 2 I_icon_minitime13.04.20 21:24

Wyraźna zmiana otoczenia przywlekła ze sobą obszerną gamę nurtujących problemów. Topniejący śnieg, zabierał udrękę ostatnich miesięcy; wraz ze wschodzącym słońcem dawał nadzieję na lepsze, spokojniejsze jutro. Żaden z mieszkańców, pragnących odetchnąć świeżym powietrzem, nie zdawał sobie sprawy, iż niebezpieczeństwo czaiło się wraz z nadejściem nowego kwartału. Uderzyło gwałtownie, niespodziewanie – potrząsnęło rzeczywistością. Nadeszły transformacje, niewygodne rozporządzenia, restrykcje, wpływające na jakość codziennej egzystencji. Rozpoczęto walkę. Miasto wszczęło twardy bunt, uległo paraliżującej panice. Samozwańcza polityka narzucała swe racje – wybierała najwyższych popleczników, obsadzała pozycje, siała bezgraniczny terror. Wyklęła znaczną grupę ludności, urządzając masowe wygnania, polowania, deportacje. Ludność krwi mugolskiej, nie mogła czuć się swobodnie, bezpiecznie. Zostawiając dobytek swego życia, opuszczali brukowe ulice zatopione w okrutnej i niesprawiedliwej propagandzie. Wszystko działo się tak szybko. Wydawało mu się, że powoli odzyskuje stabilizację, wnika w utracony świat, rozpracowuje tajemnice, którymi raczono go od kilkunastu tygodni. Plątanina niepoprawnych myśli, powracała do niektórych, niedawnych konfrontacji. Wyraźne twarze rodziny, dawnych znajomych, nie opuszczały spowolnionego kroku. Czuł ich obecność, słyszał tembr głosu, analizował wyrzuty, zarzuty, boleści, które kierowali w jego stronę tak pewnie, otwarcie i odważnie. Cały czas poszukiwał swojego miejsca na ziemi, licząc na szybkie usamodzielnienie. Zbyt długie wykorzystywanie uprzejmości przyjaciół stawało się uporczywe, niewygodne – w jaki sposób mógłby się odwdzięczyć? Byli przecież w niebezpieczeństwie, którego nie do końca pojmował. W jaki sposób mógłby ich obronić, skoro prawdziwy przeciwnik nie był mu znany? Jakim wrogom stawić czoła, jakie umiejętności rozwijać? Na co zwracać uwagę? Do tego niepewny aspekt rodzinny, rozdzierał przyspieszone bicie serca. Niepokój, strach, niepewność, zmartwienie. Gdzie podziewała się jego siostra? Dlaczego zaginęła? Jakim prawem stary auror, naraził ukochaną osobę na tak olbrzymie ryzyko? Dlaczego tak spokojnie, biernie podchodził do sprawy? Zbyt wiele złości gromadziło się wewnątrz ciała – nie potrafił odnaleźć metody, która uwolniłaby spięte, zestresowane kończyny. Było coraz gorzej.
Od kilku dni rozmyślał nad kolejnymi, odpowiednimi krokami. Cierpiąc na zmniejszoną liczbę zleceń, miał czas na analizy, kalkulacje, dokładne dywagacje. Jego niewielki, prywatny azyl, wyglądał jak pobojowisko. Wystrój opierał się na porozrzucanych książkach, w których szukał odpowiedzi. Podłoga tonęła w zbieraninie pogniecionego, pokreślonego pergaminu, resztek pióra oraz przysmaku śnieżnobiałej sowy, której humory doprowadzały go do szału. Arsenał kubków z pozostałościami pobudzających ziół, zdobił ciasną namiastkę biurka, na której kreślił list, notatkę. Wiadomość do jedynej w swoim rodzaju, uprzejmej rodziny Tonks, ratującej ciemnowłosego od nagłej i bezwzględnej bezdomności. Od zamarznięcia na oblodzonych, brukowych ulicach londyńskiej spuścizny. Oczy bolały go od nikłego światła, a coraz większe zmęczenie wołało o chociażby godzinną drzemkę. Unikał konfrontacji, przelotnych rozmów. W widoczny sposób asymilował się od domowników, nie chcąc zdradzać kiepskiego stanu – opowiadać o niedawno zaistniałych wydarzeniach. Czuł się nieswojo, niekomfortowo. Nie potrzebował niewygodnych pytań i głośnych domysłów. Wolał przeczekać, przecierpieć we własnym towarzystwie. Od jakiegoś czasu zastanawiał się nad zakupem mieszkania. Rynek w obecnej sytuacji, nie prosperował zbyt pomyślnie, lecz czy nie była to okazja, aby skorzystać z bardziej przystępnej ceny? Miał oszczędności i czuł, że okazja sama wychodziła mu naprzeciw. Wzdychając ciężko, pokręcił jedynie głową w geście niedowierzania, jednakże znajomy stukot wyrwał go z letargu. Nadpobudliwa sowa, pocierała ostrym dziobem w niewielkie okno. Mężczyzna wpuścił ją pospiesznie, narażając smukłe palce na niespodziewany, wzmożony atak. Pierzasty kompan, przyniósł ze sobą wiadomość, aż z Castle Rising. Czy jego zasięgi wzrosły aż tak błyskawicznie? Zdumienie na jego twarzy narastało, gdy wczytywał się w litery, pisane drżącą, zapewne starczą dłonią. Prośba o dostarczenie kilku, roślinnych składników i dokonanie transakcji. Czyż nie był to idealny plan? Odłożył pergamin pachnący intensywnymi, ziołowymi kroplami. Spojrzał w stronę okna. A może dobrze się składa? Zmiana otoczenia, oderwanie myśli. Mały interes i nowe, nieznane szlaki. Kto wie, może to idealna okolica do wyprowadzki?
Miejscowość, do której dostał się z niebywałym trudem, wyglądała na odludną, umiejscowioną pośrodku niczego. Dotarcie pod wyznaczony adres, zajęło mu bardzo dużo cennego czasu. Drewniana, stara, zaniedbana chatka, znajdowała się u skraju lasu. Ścieżka, którą uporczywie przemierzał, była wyboista, błotnista, nieprzystosowana do niespodziewanych odwiedzin. Dzisiejsze popołudnie, nie należało też do najcieplejszych – obszerne połacie grafitowego płaszcza, przytulał do odsłoniętych kończyć i zmarzniętej siły. Dłonie chowały się w głębokich kieszeniach. Za jakie grzechy dał się w to wciągnąć? Odetchnął z ulgą, gdy po kilkunastu minutach, znalazł się na progu. Wiatr wywracał materiał oraz niesforne kosmyki. Torba ciążyła, gdzieś z lewej strony, gdy ostrożnie pukał do ozdobnych drzwi; biała farba pozostała na jego knykciach, a on zatrwożył się nieznacznie. Ku ogromnemu zdziwieniu, drzwi rozwarły się na oścież, a starczy głos mówiący:
- Proszę wejść! – zaprosił go do środka. Siwowłosy, zaprowadził do zagraconego salonu, zaproponował rozgrzewający napar oraz talerz twardych jak kamień herbatników. Nie dając dojść do słowa, rozpoczął bujne dywagacje na temat szalonego życia, odległych przygód, wykonywanych zajęć i młodzieńczych miłostek. Podstawiał pod nos zakurzone ramki, wyciągał dyplomy, a także odznaczenia od wysoko postawionych czarodziejów. Za żadne skarby świata, nie pozwalał, aby młody Łamacz, doszedł do słowa – wykonał zlecenie oraz odszedł w spokoju. Czuł zakłopotanie, zażenowanie, niesmak. Wymuszone uśmiechy stawały się niewygodne, niechętne. Za oknem zapadał zmrok. Odstawiając ozdobną filiżankę, przerywając wypowiedź gospodarza, podniósł się do pionu i chrząkając wymownie wypalił: - Przepraszam, ale spieszę się do domu. Czy możemy załatwić sprawy, do których mnie Pan wezwał? – głos był niecierpliwy, poddenerwowany, jednakże nie zapomniał o uprzejmościach i wyuczonej formie grzecznościowej. Staruszek posłusznie udał się po sakiewkę, nawet nie doglądając starannie zapakowanego towaru. Ciemnowłosy policzył zdecydowanie mniejszą stawkę, zbierając się do wyjścia. Pan domu, wcisnął mu w ręce dwie, niezidentyfikowane fiolki, dziwnego, brunatnego płynu. – To na przeziębienie. Pogoda bywa teraz bardzo zdradliwa. – wymamrotał, żegnając sprzedawcę ochoczym kiwnięciem. Dziękował w duchu, iż nie jest mu dane powąchać, a tym bardziej spróbować ów mikstury. Kto wie, co takiego zawierała? Wchodząc na ścieżkę, nie przypuszczał, że ciemna kotara nocy, rozpocznie zwodzące rytuały. Nie wyłapał momentu, w którym plątanina dróg, zawiodła jego orientację. Otoczenie było identyczne, cywilizacja oddalona o kilkanaście metrów. W którą stronę powinien skręcić? Zatrzymał się na chwilę, próbując wzmocnić orientację. Niebo było dziś zachmurzone, gwiazdy nie były drogowskazem. Coraz bardziej podirytowany, wszedł w kolejną drużkę – energicznie, pospiesznie, natarczywie. Ruch okazał się na tyle gwałtowny, iż nie zanotował niespodziewanej, obcej obecności idącej z naprzeciwka. Z impetem wtargnął w strefę komfortu, wytrącając niesione fiolki. Niezabezpieczone płyny, wydostały się na powierzchnię, zalewając przede wszystkim odzież wierzchnią nagłego intruza. – Co do cholery? – wyrzucił, odskakując błyskawicznie, aby jak najmniej kropel dostało się na płaszcz. Ciężka woń lepkiej, ciężkiej cieczy, wytworzyła nieprzekraczalną barierę. W tym momencie mógł swobodnej, pewniej, utkwić wzrok roziskrzonych, gniewnych tęczówek w zaciemnionej postaci. Gdy odezwała się po raz pierwszy, odpowiedział liniowo: – Dokładnie to eliksir na kaszel. – wyrzucił niedbale, informacyjnie jakby to wszystko nie miało znaczenia. Jakby nie obchodziło go, że ucierpiała. Czyż nie była sobie winna? Był okropnie zmęczony. Gdy zsunęła kaptur, niechętnie powrócił do poznawania, badania twarzy, jak się okazało kobiecego wędrowca. Zamarł. Świat stał się statyczny, wnętrzności wywróciły się do góry nogami, a sparaliżowane członki nie potrafiły wykonać żadnego ruchu.
To była ona.
Wizje wakacyjnej, idealistycznej przygody, uderzyły w zszarganą podświadomość z ogromną siłą. Wiatr, mógł z łatwością przewrócić jego profil, z trudem trzymał pion. Nogi stały się wiotkie. Oddech stał się przyspieszony, nierównomierny. Z szeroko otwartymi oczami poznawał ledwie widoczne rysy twarzy, oceniał, przypomniał wyjątkową aparycję. Nie potrafił odnaleźć słów, aby wyjaśnić zaistniałe zdarzenie. Jak się tu znalazła? Co tu robiła? Po co przyjechała do tak odległej, obrzydliwej wioski? Zgubiła się? Coś jej się stało? Była ranna? Co do cholery? – Co… – odchrząknął, czując jak zasycha mu w gardle. – Co ty tu robisz? – tylko na tyle było go stać. Na kilka pierwszych słów, przełamujących głuchą ciszę. Nie potrafił nazwać tego co czuje. Zdziwienie, strach, wstyd, drobną tęsknotę? Czy była zwiastunem nowych kłopotów?




Where do you go when the
whole world falls on your shoulders?
Powrót do góry Go down
Francesca Borgia
Francesca Borgia

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7918-francesca-federica-borgia#227478 https://www.morsmordre.net/t7977-desiderio#228059 https://www.morsmordre.net/t7976-franka-skakanka#228053 https://www.morsmordre.net/f107-aldermanbury-12-14 https://www.morsmordre.net/t7979-skrytka-bankowa-nr-1881#228094 https://www.morsmordre.net/t7978-f-f-borgia#228091
Zawód : kobieta biznesu, jubiler
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
making peace now with the madness.
OPCM : 10
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Castle Rising, Norfolk - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Castle Rising, Norfolk   Castle Rising, Norfolk - Page 2 I_icon_minitime16.04.20 18:33

Czarownica zmarszczyła czoło, co najmniej tak, jakby wyczuła myśli Rinehearta. Na drugie imię miała kłopot i już dłużej nie mogła znieść zarówno myśli, że w ostatnich dniach gdziekolwiek by się nie pojawiła, była zwiastunem samych problemów, jak i dziwnego poczucia, że w przyciąganiu krępujących sytuacji osiągała z każdym następnym tygodniem niechcianą perfekcję.
W ułamku sekundy przypomniała sobie tamte wakacje sprzed lat, niechętnie uznając, że znajdowały się w ścisłej czołówce najmilszych wspomnień, do których czasami Włoszka lubiła powracać w ramach poprawy nastroju lub wręcz przeciwnie: w masochistycznej skłonności dołowania się jeszcze bardziej, niż należy. Zbudowali tę relację na kłamstwach i choć czarownica wiedziała, że każdy bałagan należało po sobie posprzątać, w głębi duszy czuła, że najlepiej będzie tkwić w tym fałszu. Chociaż sama obecność w magicznej wsi strzelała w kolano wszystkim naiwnym i durnym wymówkom, jakie przychodziły jej teraz do głowy.
Nabrała powietrza głęboko w płuca i zatrzymała je tam na dłużej, niż by chciała, uświadamiając sobie, że była żenująco beznadziejna w obliczaniu prawdopodobieństwa. W tamte wakacje nie myślała o konsekwencjach przelotnego romansu. Niesiona młodością i włoską, upojną aurą pełną słodkiego rozleniwienia, ledwo co po pochowaniu męża tyrana, nie zastanawiała się nad tym, czy aby na pewno dobrze robi dając się omotać wdziękowi zagranicznego turysty. Plan, który wtedy objęła był niezwykle prosty i miał określony termin zakończenia, gdy jednak ten moment nadszedł, szybko zapomniała o pewności siebie i zamiarze usunięcia mu siebie ze wspomnień. Do teraz nie umiała znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytanie, dlaczego tego nie zrobiła, wielokrotnie pocieszając się myślą, że możliwość wpadnięcia na siebie przy trybie prowadzonego życia, w wielkim kraju i poza nim, była bliska zeru. Ironią losu było to, że ze wszystkich miejsc i okoliczności, musieli wpaść na siebie akurat teraz, podczas wojny, w najmniejszej wiosce, leżącej na ziemiach jej oblubieńca a to z kolei spowodowało, że Borgia rozejrzała się nerwowo wokół. Travers był bowiem ostatnią osobą na ziemi, której w ogóle miałaby ochotę opowiadać o swoim romansie, celowo pominiętym w innych opowieściach z prostego powodu; jako jedyny wydawał się prawdziwy i wtedy odnosiła wrażenie, że Vincent czuł podobnie. Tymczasem beztroska sprzed lat znikała w miarę upływu czasu i w tej chwili pozostało po niej niewiele, ustępując miejsca zachowawczości i zdyscyplinowaniu, kłamliwej charyzmie, zwykłej prozie życia. Przełknęła gorycz rosnącą jej w gardle zdeterminowana, by dzisiejsze spotkanie rzeczywiście pozostało tym ostatnim a smród i lepkość wylanego eliksiru zdecydowanie ułatwiała jej sprawę, studząc emocje.
Ściągnęła brwi, kiedy tylko z ust Vincenta padło naturalne i adekwatne do okoliczności pytanie, choć weń wzbudziło niewielkie, bezpodstawne poirytowanie. Czy on naprawdę chciał usłyszeć tłumaczenie i usprawiedliwianie się? Czy może wolał rzucenie na szyję w wyrazie tęsknoty albo kajanie, przepraszanie za to, że postąpiła wtedy jak zwyczajna świnia?
Prawdopodobnie to samo co ty, zabłądziłam w labiryncie przeklętych ścieżek na końcu świata – odparła beznamiętnie po krótkim zawahaniu, siląc się jednak na utrzymanie opanowanego tonu. Nieprzyjemne wrażenie, które ciążyło na klatce piersiowej brunetki, szybko zmieniło się w zrezygnowanie i poczucie niemocy, zupełnie tak, jakby ktoś smagnął jej plecy timorią, a świadomość, że Vincent z pewnością nie uwierzył w tę wymuszoną amnezję jedynie wzmagała w niej chęć ucieczki. – Przepraszam, czy my się znamy? – dodała; skoro już powiedziała a, musiała powiedzieć b i trzymać się wybranego spośród wielu wersji planu zdarzeń, żeby nie wyjść przynajmniej na rozchwianą emocjonalnie wariatkę.




My blood is a flood of rubies, precious stones
it keeps my veins hot, the fire
found a home in me



Powrót do góry Go down
 

Castle Rising, Norfolk

Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20