Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Loch Muick

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Loch Muick - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Loch Muick   Loch Muick - Page 2 I_icon_minitime17.07.17 1:48

First topic message reminder :

Loch Muick

Loch Muick to jedno z przepięknych jezior na terenie Szkocji charakteryzujące się szczególnie bujną fauną i florą. Otoczone jest górami, oddalone od jakiejkolwiek cywilizacji, jest to idealne miejsce na ucieczkę od problemów życia codziennego. Już siedzenie na jego brzegu pozwala się zrelaksować i wyciszyć - i najbezpieczniej poprzestać na tym. Jednymi z najciekawszych istot, jakie żyją przy dnie tego jeziora są bowiem trytony - stworzenia znane ze swej terytorialności i waleczności.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Roselyn Wright
Roselyn Wright

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#259225
Zawód : uzdrawiam w Leśnej Lecznicy
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
For a star to be born, there is one thing that must happen:
a gaseous nebula must collapse.
So collapse. Crumble.
This is not your destruction.
This is your birth.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
 wild beasts wearing human skin

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick   Loch Muick - Page 2 I_icon_minitime25.08.20 0:24

Chciała wierzyć, że istnieją granicę. Takie, których nie będą w stanie przekroczyć. Znali już okrucieństwa wojen i krwawych konfliktów. Studiowali je przez lata na lekcjach Historii Magii i śmiali się z głupoty tych, którzy byli tu przed nimi. Mieli się za lepszych, a ostatecznie okazało się, że nie różnili się tak bardzo. Rządziły nimi te same namiętności, te same poczucie wyższości jakie sprowadzało się do traktowania niższych sobie na równi ze zwierzętami, które nie miały żadnych praw. Chociaż zdawać się mogło ewoluowali, to nie zmieniło się tak wiele. Wciąż błądzili w ciemnościach, wciąż gloryfikowali zepsuty system. Tak wiele instytucji, które miały zapewnić im sprawiedliwość i bezpieczeństwo upadło - czy to moralnie, czy zduszone przez nowe władze. Zmiana ministra stała się decyzją garstki. Większość magicznego społeczeństwa nie miała nawet prawa głosu. Cofali się. Jak mogli tego nie widzieć? Jak mogli nie dostrzegać tego, że niszczyli lata zmian, reform. Te zepchnięto do podziemia, a ci, którzy chcieli je utrzymać, wprowadzić nowe mieli pozostać buntownikami, pariasami. Elementem, którego trzeba było się pozbyć. Nie chciała żyć w takim świecie i nie chciała, aby taką rzeczywistość poznała jej córka. Pełną potworności. Ludzi, którzy utracili swoje człowieczeństwo.
Nie wierzyła, ale widocznie, musiała zobaczyć to na własne oczy. Że granic już nie było. Że było przetrwanie i byli jeszcze ludzie, którzy gotowi byli wyciągnąć pomocną dłoń ku tym, którzy jej potrzebowali. Wiedząc co stało się z Londynem, ciężko było uwierzyć w to, że dało się stawić temu opór. Zatrzymać spiralę przemocy. Wielu wciąż wierzyło. Musieli, prawda? Bo inaczej bunt nie miałby najmniejszego sensu. Byli ci, którzy jawnie wyciągali różdżki przeciwko oprawcom i byli ci, którzy w zaciszu domów szukali nadziei, walczyli ze strachem, szukając światła w ciemnościach.
Uśmiech szybko okrył się cieniem nadchodzących wieści. Czuła ulgę. Widząc, że Hannah jest cała i zdrowa. Jednak radość obciążona ciężarem nadchodzących wieści nie trwała długo.
Wargi zacisnęły się w cienką linię. Jej wiedza o różdżkarstwie równa była znajomości kanonów czarnej magii. - Istnieje jakaś szansa, żebyś mogła się tego pozbyć? - zapytała. Wiedziała, że Hannah nie usiedzi w miejscu, że będzie robić co w jej mocy. I nie mogła jej przed tym przestrzec. Była jej rodziną i nie chciałaby, aby stała się jej jakakolwiek krzywda. Jednak wiedziała, że samolubnym było chronić jedynie swoich bliskich i wymagać by to inni poświęcali się. Pragnęła, aby jej najbliżsi byli bezpieczni, przyszło jej jednak zaakceptować to, że tak nie miało być. Bo na takich ludzi wychowali ich rodzice. Bo oni już dawno podjęli decyzję jakimi ludźmi mieli być i jakich racji bronić. - Powiedziałabym, żebyś na siebie uważała, ale z pewnością nie będziesz - załamała usta w bladym półuśmiechu. Bo co im więcej pozostało niż śmiech przez łzy.
Wieść o zamknięciu sklepu ją zasmuciła. Zdawała sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie do tego dojdzie, a jednak upadek dziedzictwa ich dziadka przygnębiał. On wypełnił go życiem, a Hannah przez lata je utrzymywała. Teraz jak większość znanego im świata miał ulec destrukcji. - Może nadejdzie dzień, gdy znów będziesz mogła go otworzyć. Chciałabym nosić w sobie tą myśl. Tak bardzo mi przykro, że przez lata pożyczałam od ciebie pieniądze, a teraz nie jestem w stanie ich zwrócić. Wzięłam ze sobą wszystko co miałam ze sobą. Całe moje oszczędności zostały w banku.
- Kto zginął? - zapytała. Kojarzyła twarze zakonników z kilku spotkań, w których brała udział. Niektóre były jej znane jeszcze z czasów, gdy chodziła do Hogwartu, mijała ich na ulicach Pokątnej. Mimo, że wielu nie znała, każde odebrane przemocą życie było wielką stratą.
Energicznie pokiwała głową na dźwięk słów kuzynki. - Nie. Nie sądzę, aby pamiętał. Charlene wyjawiła mi, że kiedyś brał udział w spotkaniach, ale nie powiedziała mi nic więcej. Wiem, że doszło do konfliktu i odszedł - spojrzała w stronę kuzynki. Nie próbowała tego dociekać. Dość miała trzymania przed nim tajemnic i dość miała już swoich kłamstw, ale wiedziała, że ten sekret nie należy do niej. Oczywiście, że chciała wiedzieć dlaczego przyjaciel postanowił opuścić szeregi Zakonu, ale próbując doszukać się tej prawdy, czuła jakby w jakiś sposób go zdradzała, odkrywając sfery jego życia, do których nawet on sam nie miał dostępu. Jakże mógłby obronić się przed jakimkolwiek zarzutem, nie pamiętając? Znała go. Wiedziała, że jest dobrym człowiekiem i to było dla niej najważniejsze. To jej wystarczyło.  - Nie podoba mu się to co widzi. Wojnę, przemoc. Próbuje radzić sobie z tym na swój własny sposób - powiedziała, otulając się szczelniej płaszczem.
- Tak rośnie jak na drożdżach. Sama za tym nie nadążam. W grudniu pierwszy raz ujawnila swoje zdolności, od tamtej pory cały czas mówi o Hogwarcie. Pytała o ciebie. Tęskni za wizytami w sklepie i za tobą. Mam nadzieję, że niedługo przyjdzie czas, gdy się ze sobą zobaczycie - uśmiechnęła się. Nie chciała myśleć o tym co będzie za kilka lat. Co się stanie gdy nie uda im się obalić nowego ministerstwa. Jak będzie wyglądał świat jej córki. Nigdy nie pójdzie do Hogwartu, nigdy nie pozna życia takiego jakim znała go Rose.
Instynktownie drgnęła, próbując pomóc Hannah, ale czarownica sama utrzymała równowagę. - Nie. Zgodziłam się na rozmowę - skrzywiła się. Mogła pozostawić za sobą wspomnienia o Skamanderze, mogła przestać go potrzebować, a jednak wciąż pozostawała ojcem Melanie. Musiała stawić temu czoła - Właściwie widzieliśmy się wcześniej. Nie wyszło to najlepiej, a teraz… no cóż, pozostaliśmy w tym samym miejscu. Nie mam do tego głowy. Nie teraz. W jego życiu nigdy nie było miejsca dla Melanie, a ja chyba po prostu muszę zrobić wszystko, żeby tego nie odczuła - powiedziała, marszcząc nos. Sama wiedziała, że przed tym nie mogła jej uchronić. Że kiedyś poczuje ten ciężar, że kiedyś będzie miała pytania. Ale co mogła zrobić więcej? Na to nie miała już wpływu. Musiały brać życie takim jakim było. Oczywiście, że mogła prosić go pomoc. O wsparcie finansowe, o to aby pomógł im przetrwać. Być może nie odwróciłby się od nich plecami. Wolała jednak prosić o to innych. Nie jego. Nie chciała tworzyć żadnych nici zależności między nimi, bo najzwyczajniej nie ufała mu, ani nie sądziła, żeby mogła na nim polegać w tej kwestii.
|nic się nie stało, teraz ja przepraszam.




there's a storm in my head
and it's killing all the flowers
Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Loch Muick - Page 2 HBVDXDz

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick   Loch Muick - Page 2 I_icon_minitime31.08.20 23:03

Ona sama już zapomniała, jak wyglądały dnie pełne beztroski. Jak wyglądały poranki, podczas których zastanawiała się nad tym, co będzie robić przez kolejne godziny i wieczory, w których poszukiwała wyjątkowych zjawisk, chwil i momentów. Nie było dziś już miejsca na poszukiwanie zachodów słońca, spadających gwiazd; delektowanie się szumem fal, czy zapachem wiatru. Czas, w którym boso stąpała po lesie, poszukując ciekawych roślin i kwiatów, minął dawno temu. Każdy dzień naznaczony był piętnem walki o kolejny, a towarzyszyła mu świadomość, że wokół byli ludzie, którzy mieli wciąż mniej szczęścia od niej. Każdy powód do uśmiechu i radości, każda chwila szczęścia wpędzała ją w wyrzuty sumienia. Miała wrażenie, że nie powinna tracić czasu na bezsensowne plotki, bezproduktywne rozmowy, naiwne wypatrywanie przez okno osób, które się nie zjawią. Ale jak każdy potrzebowała oderwania od brutalnej rzeczywistości; zdjęcia ciężaru z ramion. Czasem nie umiała zrobić tego sama. Uginała się pod nim, kładła spać z wypełnionym kamiorami żołądkiem, ale za każdym razem wstawała pełna sił i determinacji, by brać na siebie kolejne obowiązki i problemy. Od tego była, to mogła zrobić, tak mogła pomóc. I gotowa była trwać przy Rose, jeśliby tego potrzebowała, nie zawahałaby się ani na chwilę.
— Pozbywając się różdżki — mruknęła bez przekonania, spuszczając wzrok na kamienie pod stopami. Kucnęła na moment przy brzegu i zaczęła przekładać kamienie, szukając właściwych; płaskich, okrągłych, pozbawionych nierówności. — Ponoć jest taka szansa, ale to jeszcze wyraźniej zaalarmuje Ministerstwo. I trudno jest przewidzieć dokładne konsekwencje ściągnięcia tego... namiaru — westchnęła, po czym podniosła się z garścią kamieni w dłoni. Puściła pierwszą kaczkę po tafli, ale kamień zanurkował w wodzie po trzecim uderzeniu. Zmarszczyła brwi i kolejny obróciła w palcach kilkukrotnie. — Uważam na siebie. Naprawdę. Otaczają mnie ludzie, którzy bardziej niż rodzice, gdy byłam mała pilnują, bym nie robiła głupot — w jej głosie rozbrzmiała nuta goryczy, czuła czasem, że traktują ją jak dziecko. Ale trudno było w oczach aurorów stać się silną i gotową na wszelakie poświęcenie, gdy było się wyłącznie rzemieślnikiem. Nie mogła tego zmienić, ale próbowała. I nie zmianą profesji, a nieustanną walką i gotowością do boju. — Daj spokój. To tylko sklep — rzuciła bez przekonania. Sklep był dla niej wszystkim. Ale nigdy nie postawiłaby go ponad swoich przyjaciół i ich życie, czy zdrowie. I nie miała wpływu na to, co się stało, tak po prostu wyszło, nie miała jak z tam walczyć. — Tobie pieniądze były potrzebne znacznie bardziej, a teraz... Nie myśl o tym. Nie musisz ich w ogóle zwracać.— Spoważniała i popatrzyła jej w oczy. Mówiła serio, nie oczekiwała od niej zwrotu. Miała małą córkę, musiała zapewnić jej wszystko, czego potrzebowała. Nie powinna martwić się o finanse, ani o długi. Ich nie było. Nie w jej mniemaniu. Dała jej tyle, ile mogła i zrobiłaby to znów, jeśli tylko by poprosiła.
Gdy spytała o tych, którzy odeszli, przygryzła wargę. Puściła kolejną kaczkę, tym razem znów po trzech uderzeniach zniknęła. Z tymi kamieniami coś było nie tak. Jej serce zabiło mocniej. Patrząc w dal, przed siebie szukała spokoju, ale nie mogła go odnaleźć w otaczającej je przyrodzie.
— Hereward nie żyje. Zginął podczas misji. Jackie zaginęła, Brendan wyjechał, podobnie jak Freddie i Samuel. Nie wiem, co się z nimi dzieje, nie mam z nimi żadnego kontaktu — tworzyli Zakon, byli jego filarami, a teraz ich zabrakło. Pozostali z garścią pytań i niepewności, a coraz to większe sprzeczności i konflikty rozrywały ich od środka.
Na wieść o tym, że Mel objawiła swoje magiczne zdolności uśmiechnęła się. Spojrzała na Rosalyn, szczerze uradowana i zamyśliła się, przywołując jej małą córeczkę z pamięci.
— Też za nią bardzo tęsknie— przyznała. I też nie mogła się doczekać momentu, w którym się spotkają. — Jest takie miejsce, w którym byłaby bezpieczna. Naprawdę bezpieczna. Gdybyście chciały się przenieść od Jaydena, tam zamieszkać, mogłybyście znaleźć tam nowy dom. Jest tam trochę dzieci, Mel z pewnością ucieszyłaby się, mając się z kim bawić. — Było w tym coś smutnego i tragicznego, że w Oazie mieszkały sieci. Powinny cieszyć się życiem, dzieciństwem w swoich domach, bawiąc się na ulicach, nie martwiąc tym, że jakiś psychopata mógłby na nie zapolować.
Myśli mknące ku Skamanderze sprawiły, że się szybko rozgorączkowała. Idąc przed siebie, wzdłuż brzegu puściła kolejną kaczkę, ale tym razem tylko dwa odbicia zaliczył kamień nim wpadł do wody. Była na niego wściekła. Na to, jaki był, jak się zachował. Jak cholernie nie potrafił wziąć odpowiedzialności za swoje działania i zachować się po męsku. Melanie powinna mieć ojca, powinna wychować się w pełnej rodzinie; Skamander jej coś odebrał. Coś czego nie dało się ani zastąpić ani wypełnić czymś sztucznym. Zaklęła siarczyście pod nosem, ale nie powiedziała na jego temat nic więcej, ledwie się powstrzymując przed wyzwaniem go od najgorszych.




You asked me: do you wanna die alone
Or watch it all burn down together?
*
But when it passes and I see your eyes
I know there's nothing I'll ever find better.
I think I'd rather die alone, together.
Powrót do góry Go down
Roselyn Wright
Roselyn Wright

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#259225
Zawód : uzdrawiam w Leśnej Lecznicy
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
For a star to be born, there is one thing that must happen:
a gaseous nebula must collapse.
So collapse. Crumble.
This is not your destruction.
This is your birth.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
 wild beasts wearing human skin

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick   Loch Muick - Page 2 I_icon_minitime17.09.20 14:37

Gdyby tylko mogła wrócić do życia przed tym, gdy to wszystko się stało. Z pewnością doceniłaby to czego nie potrafiła wtedy dostrzec. Nie było jej łatwo. Z wychowaniem Melanie, z pracą, z samą sobą. To wszystko jednak teraz wydawało się być niewielkim zmartwieniem. Wszakże każdy nosił swój własny krzyż, stawiał czoła zmartwieniom i trudnościom. Nie była w tym odosobniona. Teraz jednak potrafiła to dostrzec, że miała przecież tak bardzo wiele. Skromny kąt, na który zapracowała. Pracę, która sprawiała satysfakcję i którą kochała, a przede wszystkim zdrową, przecudowną córkę, której życiu nic nie zagrażało. Jej życie było wtedy proste, dyktowane potrzebami Mel i dyżurami w Mungu. Chciała mieć więcej, nie zważając na to, że przecież ma tak wiele. Teraz ten czas był zaledwie wspomnieniem, nie było już spokojnych dni pozbawionych strachu przed tym kolejnym. W jej naturze jednak nie leżało użalanie się nad sobą, czekanie aż ktoś inny weźmie jej życie w swoje ręce i nada mu odpowiedniego kierunku. Burza chaotycznych emocji, strachu, żalu i gniewu, trwała jedynie w jej głowie. Rose, którą obserwowała jej córka i jej najbliżsi nie mogła być dla nich ciężarem, kimś kto sprawiał wrażenie, że za chwilę się rozpadnie. Kilka spokojnych dni w Killarney sprawiło, że odzyskała względną równowagę. Teraz potrzebowała odzyskać swoje życie, jego namiastkę. Znaleźć źródło utrzymania, przygotować się do opuszczenia domu Jaydena. Pamiętać, że nie jest jedyną, że tak wielu ucierpiało i będzie cierpieć. To nie był czas, żeby zajmować się tylko sobą, odwracać się od ludzi, którzy potrzebowali pomocy. Nadeszły ponure czasy i musieli sobie pomagać. Być wspólnotą. Nie dać przełamać hartu ducha. Ta jedyna walka nie wymagała fizycznej siły czy umiejętności w walce, była w ich głowach i każdy miał szansę ją wygrać. Żyć dalej, z podniesioną głową, godnie. Ich świat się rozpadał, ale oni wcale nie musieli rozpaść się razem z nim. Zdawało się, że obie to rozumiały, nie dając ponieść się żalom, wszakże najważniejsze było to, że były tu razem. Zdrowe, świadome tego, że zgodnie ze swoim sumieniem trzeba wywalczyć sobie każdy kolejny dzień.
Nieznacznie pokiwała głową, mimowolnie zaciskając palce na magnoliowym drewnie. Różdżce, którą nosiła u swojego boku od czasów szkolnych. Tej, która była z nią przez lata, wchłaniała jej zaklęcia. Chociaż to był tylko przedmiot, postrzegała ją jako część siebie, element jej magii. Nie bez powodu różdżki ich wybierały, dlatego nie chciałaby się z nią rozstać.
Słysząc gorycz w głosie kuzynki, na chwilę skrzyżowała z nią spojrzenie. Gdyby okoliczności były inne z pewnością by się roześmiała. Hannah, zawsze samodzielna, wolna - mogłaby sobie wyobrazić to jak niekomfortowym dla niej musiało być, gdy ktoś był w stosunku do niej nadopiekuńczy. Teraz jednak cieszyło ją to, że ktoś się o nią troszczył i pilnował, aby nie stała się jej krzywda - Dbają o ciebie. Dobrze mieć przy sobie takich ludzi - uśmiechnęła się lekko.
- Mam względem ciebie wielki dług wdzięczności - odparła jej. Wiedziała, że Hannah wcale nie potrzebowała odbierać takiego długu. Rose jedynie chciała, żeby wiedziała, że jest jej wdzięczna, docenia. Tylko w taki sposób mogła jej teraz to okazać. - Wiesz, że jeśli będziesz potrzebowała czegoś ode mnie zawsze możesz napisać. Szczególnie, gdyby stało się coś niedobrego - powiedziała. Wiedziała, że nie jest w stanie zbyt wiele zaoferować, jedynie swoje umiejętności. Chciała, żeby Hannah wiedziała, że mimo wszystko co się dzieje, wciąż jest obecna i nie odwraca się od niej mimo zagrożenia. Musiały dbać o siebie nawzajem. Były rodziną.
W milczeniu słucha słów kobiety. Nie znała ich, nie tak jak Hannah. Pamiętała ich twarze, słowa, które wypowiadali na spotkaniach. Jednak wiedziała o nich niewiele. Jedynie Samuel zdawał się być nieco bliższą jej figurą. Wciąż nie bliską jej sercu, a jednak znajomą, połączoną więzami krwi z jej córką. Wszyscy byli połączeni, niewidzialną siecią zależności - w cieniu straty była rodzina i przyjaciele, ludzie, którym wyrwano kawałek ich samych, odebrano to co drogie. Tym razem nie dotyczyło to jej, jednak wciąż napawało smutkiem i złością, bo ktoś je zabrał. Powietrze gwałtownie uleciało z płuc. - Jak wielu ludzi ma jeszcze zginąć w imię szalonych idei? Jakim trzeba być bestią by dopuszczać się tych wszystkich potworności? - pokręciła szybko głową, jakby wcale nie chciała znać tych odpowiedzi, a sam wybuch był zupełnie kontrolowany - Przepraszam, wiem, że straciłaś przyjaciół - śladem Hannah niechlujnie rzuciła kamyk, by odbił się od powierzchni wody, ten jednak zatopił się w toni Loch Muick.
- Zastanowię się nad tym - odparła krótko, gdy Hannah wspomniała o Oazie.
Cieszyła się, że Hannah nie podjęła tematu. Nie lubiła rozmawiać o Anthonym, a teraz nie czuła się na siłach, aby ścierać się z emocjami, którymi wywoływała jego postać w jej życiu. Wolała odrzucić to od siebie. Jak coś co było i przeminęło, nawet jeśli pozostawiło po sobie ślad na całe życie. Anthony żył jak chciał, a ona musiała nauczyć się żyć tak, by go nie potrzebować.
- Zmierzcha - powiedziała po dłuższej chwili, wpatrując się w horyzont. Dobrze byłoby się tu skryć przed całym światem, ale on czekał na nie obie. - Pewnie nie spotkamy się zbyt prędko - mruknęła pod nosem - Rozmawiałaś z Charlene? Jakże musi cierpieć po utracie Very - powiedziała, spoglądając w stronę Hannah. Każda z nich była inna, ale nie martwiła się o Hannah w taki sposób jak o Leighton. Charlie zawsze wydawała się być najbardziej krucha z ich trójki.




there's a storm in my head
and it's killing all the flowers
Powrót do góry Go down
 

Loch Muick

Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Szkocja-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20