Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Loch Muick

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Loch Muick - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime17.07.17 1:48

First topic message reminder :

Loch Muick

Loch Muick to jedno z przepięknych jezior na terenie Szkocji charakteryzujące się szczególnie bujną fauną i florą. Otoczone jest górami, oddalone od jakiejkolwiek cywilizacji, jest to idealne miejsce na ucieczkę od problemów życia codziennego. Już siedzenie na jego brzegu pozwala się zrelaksować i wyciszyć - i najbezpieczniej poprzestać na tym. Jednymi z najciekawszych istot, jakie żyją przy dnie tego jeziora są bowiem trytony - stworzenia znane ze swej terytorialności i waleczności.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Roselyn Wright
Roselyn Wright

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Zawód : uzdrawiam w Leśnej Lecznicy
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Isn't all that rage so ugly?
And isn't it mine still?
Good god, isn't it mine?
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime25.08.20 0:24

Chciała wierzyć, że istnieją granicę. Takie, których nie będą w stanie przekroczyć. Znali już okrucieństwa wojen i krwawych konfliktów. Studiowali je przez lata na lekcjach Historii Magii i śmiali się z głupoty tych, którzy byli tu przed nimi. Mieli się za lepszych, a ostatecznie okazało się, że nie różnili się tak bardzo. Rządziły nimi te same namiętności, te same poczucie wyższości jakie sprowadzało się do traktowania niższych sobie na równi ze zwierzętami, które nie miały żadnych praw. Chociaż zdawać się mogło ewoluowali, to nie zmieniło się tak wiele. Wciąż błądzili w ciemnościach, wciąż gloryfikowali zepsuty system. Tak wiele instytucji, które miały zapewnić im sprawiedliwość i bezpieczeństwo upadło - czy to moralnie, czy zduszone przez nowe władze. Zmiana ministra stała się decyzją garstki. Większość magicznego społeczeństwa nie miała nawet prawa głosu. Cofali się. Jak mogli tego nie widzieć? Jak mogli nie dostrzegać tego, że niszczyli lata zmian, reform. Te zepchnięto do podziemia, a ci, którzy chcieli je utrzymać, wprowadzić nowe mieli pozostać buntownikami, pariasami. Elementem, którego trzeba było się pozbyć. Nie chciała żyć w takim świecie i nie chciała, aby taką rzeczywistość poznała jej córka. Pełną potworności. Ludzi, którzy utracili swoje człowieczeństwo.
Nie wierzyła, ale widocznie, musiała zobaczyć to na własne oczy. Że granic już nie było. Że było przetrwanie i byli jeszcze ludzie, którzy gotowi byli wyciągnąć pomocną dłoń ku tym, którzy jej potrzebowali. Wiedząc co stało się z Londynem, ciężko było uwierzyć w to, że dało się stawić temu opór. Zatrzymać spiralę przemocy. Wielu wciąż wierzyło. Musieli, prawda? Bo inaczej bunt nie miałby najmniejszego sensu. Byli ci, którzy jawnie wyciągali różdżki przeciwko oprawcom i byli ci, którzy w zaciszu domów szukali nadziei, walczyli ze strachem, szukając światła w ciemnościach.
Uśmiech szybko okrył się cieniem nadchodzących wieści. Czuła ulgę. Widząc, że Hannah jest cała i zdrowa. Jednak radość obciążona ciężarem nadchodzących wieści nie trwała długo.
Wargi zacisnęły się w cienką linię. Jej wiedza o różdżkarstwie równa była znajomości kanonów czarnej magii. - Istnieje jakaś szansa, żebyś mogła się tego pozbyć? - zapytała. Wiedziała, że Hannah nie usiedzi w miejscu, że będzie robić co w jej mocy. I nie mogła jej przed tym przestrzec. Była jej rodziną i nie chciałaby, aby stała się jej jakakolwiek krzywda. Jednak wiedziała, że samolubnym było chronić jedynie swoich bliskich i wymagać by to inni poświęcali się. Pragnęła, aby jej najbliżsi byli bezpieczni, przyszło jej jednak zaakceptować to, że tak nie miało być. Bo na takich ludzi wychowali ich rodzice. Bo oni już dawno podjęli decyzję jakimi ludźmi mieli być i jakich racji bronić. - Powiedziałabym, żebyś na siebie uważała, ale z pewnością nie będziesz - załamała usta w bladym półuśmiechu. Bo co im więcej pozostało niż śmiech przez łzy.
Wieść o zamknięciu sklepu ją zasmuciła. Zdawała sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie do tego dojdzie, a jednak upadek dziedzictwa ich dziadka przygnębiał. On wypełnił go życiem, a Hannah przez lata je utrzymywała. Teraz jak większość znanego im świata miał ulec destrukcji. - Może nadejdzie dzień, gdy znów będziesz mogła go otworzyć. Chciałabym nosić w sobie tą myśl. Tak bardzo mi przykro, że przez lata pożyczałam od ciebie pieniądze, a teraz nie jestem w stanie ich zwrócić. Wzięłam ze sobą wszystko co miałam ze sobą. Całe moje oszczędności zostały w banku.
- Kto zginął? - zapytała. Kojarzyła twarze zakonników z kilku spotkań, w których brała udział. Niektóre były jej znane jeszcze z czasów, gdy chodziła do Hogwartu, mijała ich na ulicach Pokątnej. Mimo, że wielu nie znała, każde odebrane przemocą życie było wielką stratą.
Energicznie pokiwała głową na dźwięk słów kuzynki. - Nie. Nie sądzę, aby pamiętał. Charlene wyjawiła mi, że kiedyś brał udział w spotkaniach, ale nie powiedziała mi nic więcej. Wiem, że doszło do konfliktu i odszedł - spojrzała w stronę kuzynki. Nie próbowała tego dociekać. Dość miała trzymania przed nim tajemnic i dość miała już swoich kłamstw, ale wiedziała, że ten sekret nie należy do niej. Oczywiście, że chciała wiedzieć dlaczego przyjaciel postanowił opuścić szeregi Zakonu, ale próbując doszukać się tej prawdy, czuła jakby w jakiś sposób go zdradzała, odkrywając sfery jego życia, do których nawet on sam nie miał dostępu. Jakże mógłby obronić się przed jakimkolwiek zarzutem, nie pamiętając? Znała go. Wiedziała, że jest dobrym człowiekiem i to było dla niej najważniejsze. To jej wystarczyło.  - Nie podoba mu się to co widzi. Wojnę, przemoc. Próbuje radzić sobie z tym na swój własny sposób - powiedziała, otulając się szczelniej płaszczem.
- Tak rośnie jak na drożdżach. Sama za tym nie nadążam. W grudniu pierwszy raz ujawnila swoje zdolności, od tamtej pory cały czas mówi o Hogwarcie. Pytała o ciebie. Tęskni za wizytami w sklepie i za tobą. Mam nadzieję, że niedługo przyjdzie czas, gdy się ze sobą zobaczycie - uśmiechnęła się. Nie chciała myśleć o tym co będzie za kilka lat. Co się stanie gdy nie uda im się obalić nowego ministerstwa. Jak będzie wyglądał świat jej córki. Nigdy nie pójdzie do Hogwartu, nigdy nie pozna życia takiego jakim znała go Rose.
Instynktownie drgnęła, próbując pomóc Hannah, ale czarownica sama utrzymała równowagę. - Nie. Zgodziłam się na rozmowę - skrzywiła się. Mogła pozostawić za sobą wspomnienia o Skamanderze, mogła przestać go potrzebować, a jednak wciąż pozostawała ojcem Melanie. Musiała stawić temu czoła - Właściwie widzieliśmy się wcześniej. Nie wyszło to najlepiej, a teraz… no cóż, pozostaliśmy w tym samym miejscu. Nie mam do tego głowy. Nie teraz. W jego życiu nigdy nie było miejsca dla Melanie, a ja chyba po prostu muszę zrobić wszystko, żeby tego nie odczuła - powiedziała, marszcząc nos. Sama wiedziała, że przed tym nie mogła jej uchronić. Że kiedyś poczuje ten ciężar, że kiedyś będzie miała pytania. Ale co mogła zrobić więcej? Na to nie miała już wpływu. Musiały brać życie takim jakim było. Oczywiście, że mogła prosić go pomoc. O wsparcie finansowe, o to aby pomógł im przetrwać. Być może nie odwróciłby się od nich plecami. Wolała jednak prosić o to innych. Nie jego. Nie chciała tworzyć żadnych nici zależności między nimi, bo najzwyczajniej nie ufała mu, ani nie sądziła, żeby mogła na nim polegać w tej kwestii.
|nic się nie stało, teraz ja przepraszam.




jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą. Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą. Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła — Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła.
Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Loch Muick - Page 2 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime31.08.20 23:03

Ona sama już zapomniała, jak wyglądały dnie pełne beztroski. Jak wyglądały poranki, podczas których zastanawiała się nad tym, co będzie robić przez kolejne godziny i wieczory, w których poszukiwała wyjątkowych zjawisk, chwil i momentów. Nie było dziś już miejsca na poszukiwanie zachodów słońca, spadających gwiazd; delektowanie się szumem fal, czy zapachem wiatru. Czas, w którym boso stąpała po lesie, poszukując ciekawych roślin i kwiatów, minął dawno temu. Każdy dzień naznaczony był piętnem walki o kolejny, a towarzyszyła mu świadomość, że wokół byli ludzie, którzy mieli wciąż mniej szczęścia od niej. Każdy powód do uśmiechu i radości, każda chwila szczęścia wpędzała ją w wyrzuty sumienia. Miała wrażenie, że nie powinna tracić czasu na bezsensowne plotki, bezproduktywne rozmowy, naiwne wypatrywanie przez okno osób, które się nie zjawią. Ale jak każdy potrzebowała oderwania od brutalnej rzeczywistości; zdjęcia ciężaru z ramion. Czasem nie umiała zrobić tego sama. Uginała się pod nim, kładła spać z wypełnionym kamiorami żołądkiem, ale za każdym razem wstawała pełna sił i determinacji, by brać na siebie kolejne obowiązki i problemy. Od tego była, to mogła zrobić, tak mogła pomóc. I gotowa była trwać przy Rose, jeśliby tego potrzebowała, nie zawahałaby się ani na chwilę.
— Pozbywając się różdżki — mruknęła bez przekonania, spuszczając wzrok na kamienie pod stopami. Kucnęła na moment przy brzegu i zaczęła przekładać kamienie, szukając właściwych; płaskich, okrągłych, pozbawionych nierówności. — Ponoć jest taka szansa, ale to jeszcze wyraźniej zaalarmuje Ministerstwo. I trudno jest przewidzieć dokładne konsekwencje ściągnięcia tego... namiaru — westchnęła, po czym podniosła się z garścią kamieni w dłoni. Puściła pierwszą kaczkę po tafli, ale kamień zanurkował w wodzie po trzecim uderzeniu. Zmarszczyła brwi i kolejny obróciła w palcach kilkukrotnie. — Uważam na siebie. Naprawdę. Otaczają mnie ludzie, którzy bardziej niż rodzice, gdy byłam mała pilnują, bym nie robiła głupot — w jej głosie rozbrzmiała nuta goryczy, czuła czasem, że traktują ją jak dziecko. Ale trudno było w oczach aurorów stać się silną i gotową na wszelakie poświęcenie, gdy było się wyłącznie rzemieślnikiem. Nie mogła tego zmienić, ale próbowała. I nie zmianą profesji, a nieustanną walką i gotowością do boju. — Daj spokój. To tylko sklep — rzuciła bez przekonania. Sklep był dla niej wszystkim. Ale nigdy nie postawiłaby go ponad swoich przyjaciół i ich życie, czy zdrowie. I nie miała wpływu na to, co się stało, tak po prostu wyszło, nie miała jak z tam walczyć. — Tobie pieniądze były potrzebne znacznie bardziej, a teraz... Nie myśl o tym. Nie musisz ich w ogóle zwracać.— Spoważniała i popatrzyła jej w oczy. Mówiła serio, nie oczekiwała od niej zwrotu. Miała małą córkę, musiała zapewnić jej wszystko, czego potrzebowała. Nie powinna martwić się o finanse, ani o długi. Ich nie było. Nie w jej mniemaniu. Dała jej tyle, ile mogła i zrobiłaby to znów, jeśli tylko by poprosiła.
Gdy spytała o tych, którzy odeszli, przygryzła wargę. Puściła kolejną kaczkę, tym razem znów po trzech uderzeniach zniknęła. Z tymi kamieniami coś było nie tak. Jej serce zabiło mocniej. Patrząc w dal, przed siebie szukała spokoju, ale nie mogła go odnaleźć w otaczającej je przyrodzie.
— Hereward nie żyje. Zginął podczas misji. Jackie zaginęła, Brendan wyjechał, podobnie jak Freddie i Samuel. Nie wiem, co się z nimi dzieje, nie mam z nimi żadnego kontaktu — tworzyli Zakon, byli jego filarami, a teraz ich zabrakło. Pozostali z garścią pytań i niepewności, a coraz to większe sprzeczności i konflikty rozrywały ich od środka.
Na wieść o tym, że Mel objawiła swoje magiczne zdolności uśmiechnęła się. Spojrzała na Rosalyn, szczerze uradowana i zamyśliła się, przywołując jej małą córeczkę z pamięci.
— Też za nią bardzo tęsknie— przyznała. I też nie mogła się doczekać momentu, w którym się spotkają. — Jest takie miejsce, w którym byłaby bezpieczna. Naprawdę bezpieczna. Gdybyście chciały się przenieść od Jaydena, tam zamieszkać, mogłybyście znaleźć tam nowy dom. Jest tam trochę dzieci, Mel z pewnością ucieszyłaby się, mając się z kim bawić. — Było w tym coś smutnego i tragicznego, że w Oazie mieszkały sieci. Powinny cieszyć się życiem, dzieciństwem w swoich domach, bawiąc się na ulicach, nie martwiąc tym, że jakiś psychopata mógłby na nie zapolować.
Myśli mknące ku Skamanderze sprawiły, że się szybko rozgorączkowała. Idąc przed siebie, wzdłuż brzegu puściła kolejną kaczkę, ale tym razem tylko dwa odbicia zaliczył kamień nim wpadł do wody. Była na niego wściekła. Na to, jaki był, jak się zachował. Jak cholernie nie potrafił wziąć odpowiedzialności za swoje działania i zachować się po męsku. Melanie powinna mieć ojca, powinna wychować się w pełnej rodzinie; Skamander jej coś odebrał. Coś czego nie dało się ani zastąpić ani wypełnić czymś sztucznym. Zaklęła siarczyście pod nosem, ale nie powiedziała na jego temat nic więcej, ledwie się powstrzymując przed wyzwaniem go od najgorszych.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
Roselyn Wright
Roselyn Wright

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Zawód : uzdrawiam w Leśnej Lecznicy
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Isn't all that rage so ugly?
And isn't it mine still?
Good god, isn't it mine?
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime17.09.20 14:37

Gdyby tylko mogła wrócić do życia przed tym, gdy to wszystko się stało. Z pewnością doceniłaby to czego nie potrafiła wtedy dostrzec. Nie było jej łatwo. Z wychowaniem Melanie, z pracą, z samą sobą. To wszystko jednak teraz wydawało się być niewielkim zmartwieniem. Wszakże każdy nosił swój własny krzyż, stawiał czoła zmartwieniom i trudnościom. Nie była w tym odosobniona. Teraz jednak potrafiła to dostrzec, że miała przecież tak bardzo wiele. Skromny kąt, na który zapracowała. Pracę, która sprawiała satysfakcję i którą kochała, a przede wszystkim zdrową, przecudowną córkę, której życiu nic nie zagrażało. Jej życie było wtedy proste, dyktowane potrzebami Mel i dyżurami w Mungu. Chciała mieć więcej, nie zważając na to, że przecież ma tak wiele. Teraz ten czas był zaledwie wspomnieniem, nie było już spokojnych dni pozbawionych strachu przed tym kolejnym. W jej naturze jednak nie leżało użalanie się nad sobą, czekanie aż ktoś inny weźmie jej życie w swoje ręce i nada mu odpowiedniego kierunku. Burza chaotycznych emocji, strachu, żalu i gniewu, trwała jedynie w jej głowie. Rose, którą obserwowała jej córka i jej najbliżsi nie mogła być dla nich ciężarem, kimś kto sprawiał wrażenie, że za chwilę się rozpadnie. Kilka spokojnych dni w Killarney sprawiło, że odzyskała względną równowagę. Teraz potrzebowała odzyskać swoje życie, jego namiastkę. Znaleźć źródło utrzymania, przygotować się do opuszczenia domu Jaydena. Pamiętać, że nie jest jedyną, że tak wielu ucierpiało i będzie cierpieć. To nie był czas, żeby zajmować się tylko sobą, odwracać się od ludzi, którzy potrzebowali pomocy. Nadeszły ponure czasy i musieli sobie pomagać. Być wspólnotą. Nie dać przełamać hartu ducha. Ta jedyna walka nie wymagała fizycznej siły czy umiejętności w walce, była w ich głowach i każdy miał szansę ją wygrać. Żyć dalej, z podniesioną głową, godnie. Ich świat się rozpadał, ale oni wcale nie musieli rozpaść się razem z nim. Zdawało się, że obie to rozumiały, nie dając ponieść się żalom, wszakże najważniejsze było to, że były tu razem. Zdrowe, świadome tego, że zgodnie ze swoim sumieniem trzeba wywalczyć sobie każdy kolejny dzień.
Nieznacznie pokiwała głową, mimowolnie zaciskając palce na magnoliowym drewnie. Różdżce, którą nosiła u swojego boku od czasów szkolnych. Tej, która była z nią przez lata, wchłaniała jej zaklęcia. Chociaż to był tylko przedmiot, postrzegała ją jako część siebie, element jej magii. Nie bez powodu różdżki ich wybierały, dlatego nie chciałaby się z nią rozstać.
Słysząc gorycz w głosie kuzynki, na chwilę skrzyżowała z nią spojrzenie. Gdyby okoliczności były inne z pewnością by się roześmiała. Hannah, zawsze samodzielna, wolna - mogłaby sobie wyobrazić to jak niekomfortowym dla niej musiało być, gdy ktoś był w stosunku do niej nadopiekuńczy. Teraz jednak cieszyło ją to, że ktoś się o nią troszczył i pilnował, aby nie stała się jej krzywda - Dbają o ciebie. Dobrze mieć przy sobie takich ludzi - uśmiechnęła się lekko.
- Mam względem ciebie wielki dług wdzięczności - odparła jej. Wiedziała, że Hannah wcale nie potrzebowała odbierać takiego długu. Rose jedynie chciała, żeby wiedziała, że jest jej wdzięczna, docenia. Tylko w taki sposób mogła jej teraz to okazać. - Wiesz, że jeśli będziesz potrzebowała czegoś ode mnie zawsze możesz napisać. Szczególnie, gdyby stało się coś niedobrego - powiedziała. Wiedziała, że nie jest w stanie zbyt wiele zaoferować, jedynie swoje umiejętności. Chciała, żeby Hannah wiedziała, że mimo wszystko co się dzieje, wciąż jest obecna i nie odwraca się od niej mimo zagrożenia. Musiały dbać o siebie nawzajem. Były rodziną.
W milczeniu słucha słów kobiety. Nie znała ich, nie tak jak Hannah. Pamiętała ich twarze, słowa, które wypowiadali na spotkaniach. Jednak wiedziała o nich niewiele. Jedynie Samuel zdawał się być nieco bliższą jej figurą. Wciąż nie bliską jej sercu, a jednak znajomą, połączoną więzami krwi z jej córką. Wszyscy byli połączeni, niewidzialną siecią zależności - w cieniu straty była rodzina i przyjaciele, ludzie, którym wyrwano kawałek ich samych, odebrano to co drogie. Tym razem nie dotyczyło to jej, jednak wciąż napawało smutkiem i złością, bo ktoś je zabrał. Powietrze gwałtownie uleciało z płuc. - Jak wielu ludzi ma jeszcze zginąć w imię szalonych idei? Jakim trzeba być bestią by dopuszczać się tych wszystkich potworności? - pokręciła szybko głową, jakby wcale nie chciała znać tych odpowiedzi, a sam wybuch był zupełnie kontrolowany - Przepraszam, wiem, że straciłaś przyjaciół - śladem Hannah niechlujnie rzuciła kamyk, by odbił się od powierzchni wody, ten jednak zatopił się w toni Loch Muick.
- Zastanowię się nad tym - odparła krótko, gdy Hannah wspomniała o Oazie.
Cieszyła się, że Hannah nie podjęła tematu. Nie lubiła rozmawiać o Anthonym, a teraz nie czuła się na siłach, aby ścierać się z emocjami, którymi wywoływała jego postać w jej życiu. Wolała odrzucić to od siebie. Jak coś co było i przeminęło, nawet jeśli pozostawiło po sobie ślad na całe życie. Anthony żył jak chciał, a ona musiała nauczyć się żyć tak, by go nie potrzebować.
- Zmierzcha - powiedziała po dłuższej chwili, wpatrując się w horyzont. Dobrze byłoby się tu skryć przed całym światem, ale on czekał na nie obie. - Pewnie nie spotkamy się zbyt prędko - mruknęła pod nosem - Rozmawiałaś z Charlene? Jakże musi cierpieć po utracie Very - powiedziała, spoglądając w stronę Hannah. Każda z nich była inna, ale nie martwiła się o Hannah w taki sposób jak o Leighton. Charlie zawsze wydawała się być najbardziej krucha z ich trójki. - A co z kuzynami? Ja trzyma się twoja mama?




jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą. Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą. Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła — Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła.
Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Loch Muick - Page 2 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime03.10.20 21:01

Była matką samotnie wychowującą dziecko — trudno było nazwać to wyzwaniem. Rola, jaką pełniła wykraczała ponad cele, osiągnięcia i drogę, którą musiała sobie utorować. Nie miała lekko. Reputacja kobiety, która znalazła się w takiej sytuacji nie pomagała stanąć na równe nogi. Ale Rose była wspaniałą matką, silną kobietą. Nie tylko dlatego, że była Wrightem. Dała sobie radę z czymś, co wielu przerastało. Parła do przodu, całe swoje życie podporządkowując cudownej istocie, którą sprowadziła na świat. I nie było ważne nic poza tym — ani ci patrzący, ani komentujący, niewiedzący nic. Nie wiedziała, jak można odwrócić się w takiej sytuacji, udawać, że nie łączy nas nic. Nabrać wody w usta i spróbować zapomnieć. Może dlatego nie potrafiła tego darować Skamanderowi. Ucieczki od odpowiedzialności, bo przecież nie miał piętnastu lat, by nie wiedzieć, co należy zrobić. Nie sądziła, by kiedykolwiek to uległo zmianie, zrozumiała jego stanowisko, powody, które nim kierowały, zaakceptowała, że odrzucił własne dziecko. Bo kobiety dało się nie kochać, ale przyczynił się stworzenia nowego życia, którego się wyparł, uznając za nieistniejące.A tak postępowali najgorsi, bez sumienia, bez empatii. Niedojrzali, egoistyczni.
Spojrzała na kuzynkę z cieniem żalu na twarzy. Przyszło im żyć w trudnych czasach, ale wyglądało na to, że każde pokolenie toczyło swoją własną wojnę. I te nigdy się nie skończą. Rosie mogła tylko — i z pewnością to robiła — starać się zapewnić córce jak najszczęśliwsze dzieciństwo, jakie tylko mogła. Ciesząc się z każdej chwili spokoju, każdej zebranej stokrotki na polnej łące. Jeśli tam, u Jaydena mogła jej to dać, to chyba nie było lepszego miejsca. Póki były tylko bezpieczne.
Pokiwała głową, i ruszając dalej, wzdłuż brzegu zamyśliła się na moment. Ani przez chwilę nie narzekała. Nie mogła. Zbyt wielu ludzi poświęcało się wokół niej, ratując cudze życia, upadające miasto, pomagając najbliższym — w tym jej. Pomimo wszystkich silnych zażyłości, głębokich i trwałych relacji nigdy nie chciała być zależna. Nie przez wzgląd na potrzebę wolności; nie mogłaby znieść myśli, że jest dla kogoś ciężarem. Ale coraz częściej zaczynała myśleć, że opór, zamiast dać wszystkim poczucie spokoju i świadomość, że mogą ruszyć dalej i zrobić coś innego, tylko wywoływał większą troskę.
— Wspaniale. Mam szczęście — przyznała w końcu z uśmiechem, kiwając głową, jakby mówiąc to też głównie do siebie. — Ale ty też masz, wiesz o tym, prawda?— Zwróciła się do niej, obracając głowę. Sięgnęła ręką do jej przedramienia, ale zamiast przyciągnąć ją ku sobie sama się zbliżyła, oplatając się wokół jej ręki. — Masz na kogo liczyć, do kogo się zwrócić. Zawsze i w każdej sytuacji. Nawet gdybys tylko chciała powiedzieć, że śniło ci się coś złego. Pamiętaj o tym, proszę — jej głos stał się cichy, błagalny. O nią też się martwiła. O jej bezpieczeństwo, o samopoczucie. — Wiem, że jesteś silna i dajesz sobie jakoś radę, ale nie udawaj tego przede mną. W normalnych okolicznościach powiedziałabym, że zawsze możesz wpaść na kawę i kawałek ciasta, ale… — Ale to był wciąż Londyn. Miejsce zbyt niebezpieczne dla niej i Melanie. Niebezpieczne dla wszystkich Wrightów. — Pozostaje nam spacer po Contin i herbata z cynamonem u mojej mamy.— Bo i tak była zawsze mile widziana. Musiała o tym pamiętać. Powinni trzymać się razem, wspierać. Dbać o siebie wzajemnie. — Daj spokój, jaki dług — machnęła ręką i znów przylgnęła do niej, spoglądając pod nogi, by nie potknąć się o jakiś kamień. — Jesteś dla mnie jak starsza siostra. Z dobrych wiadomości… Billy wrócił.— Na jej twarzy pojawił się cień radości, patrzyła jednak przed siebie, jakby samo wspomnienie tego imienia przewróciło jej zawartość żołądka. — Oni też wrócą. Któregoś dnia, napewno. — Wierzyła w to. Dla potwierdzenia pokiwała głową i westchnęła cicho. Nie odpowiedziała jej. Nie wiedziała nawet co, bowiem skończyły się w niej pokłady wszelkiego zrozumienia. Istoty magiczne, wielkie i niebezpieczne potrafiły być okrutne. Niedźwiedzie potrafiły rozszarpać swoją ofiarę w kilku kłapnięciach paszczą, podobnie jak wilki, a nawet zlekceważone hipogryfy. Ale nie było na tym świecie potworów gorszych od nich samych, od ludzi. Od czarodziejów ślepo dążących do władzy, potykających się o ciała, które pozbawili życia, wciąż udając, że ich nie widzą.
Zmierzchało. Spojrzała w górę, na rozlane kolorami niebo, a później na Roselyn i zatrzymała się. Wracajmy, zaproponowała choć nie powiedziała nic, ale spojrzenie przez ramię na drogę powrotną mówiło samo za siebie. Wiedziała, że musiała wracać do domu, do córki. Jeszcze będą mieć czas nadrobić wszystko.
—Chciałabym, by było inaczej. Ale pisz do mnie często — ścisnęła ją za ramię, nim ją puściła, by zawrócić. — Rozmawiałam. Jest w bardzo kiepskim stanie. Myślę, że ma kłopoty. Takie… wiesz, ze sobą. Ze swoimi myślami. Nie radzi sobie, a jest tu prawie całkiem sama. Ma nas, ale wiesz, to nie to samo. Każdy z nas ma swoje życie, mam wyrzuty sumienia, że poświęcam jej tak mało czasu. Uważaj na kamienie, są śliskie— uprzedziła ją, samej obchodząc podejrzliwy głaz. Wygładziła materiał spódnicy i zaczesała kosmyki włosów za ucho. — W porządku, radzą sobie. Joe cały czas gra, pomimo sytuacji, ale jest raczej bezpieczny. A Ben… Ben się przeprowadził. Do lasu. W sam jego środek, dasz wiarę?— mruknęła z rozbawieniem i pokręciła głową. — Mama o niczym nie wie. W sensie, o sytuacji w Londynie, o wojnie, o tym co robią z takimi…– jak ona. Zająknęła się, spoglądając tylko na kuzynkę, ale wiedziała, że rozumie.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
Roselyn Wright
Roselyn Wright

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Zawód : uzdrawiam w Leśnej Lecznicy
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Isn't all that rage so ugly?
And isn't it mine still?
Good god, isn't it mine?
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime29.10.20 23:32

Dobrze znała to uczucie, gdy wszyscy wokół chociaż chętni do pomocy, gotowi by ściągnąć odrobinę ciężaru z barków, powodowali rosnącą frustrację. Nie mogła gniewać się za ich troskę, doszukiwać się w nich złych intencji. Jednak w świetle ich uwagi, czułości i wsparcia sama czuła się po prostu słaba - niezdolna do podejmowania własnych decyzji, potrzebująca ich ciągłej atencji. Czuła się jak ich ciężar, a przecież tak nie powinno być. Nie chciała być myślą, która prześladuje ich spokojne dnie, ciągłą udręką. Kimś kim trzeba się ciągle opiekować. To wszystko chociaż naturalne w gronie najbliższych w jakiś sposób powodowało dyskomfort. Bo przecież nie na tym to wszystko polegało. Trzeba była nie tylko brać, ale też dawać. Musiała więc wyhodować twardszą skórę, stać pewnie na własnych nogach, nie oczekując że inni zrobią to za nią. Wtedy już nie czuła się słaba, a te poczucie przynosiło ulgę. Nie warto było wylewać łez za kimś kto nie był warty ani jednej ich kropli. Nie ważnym były osądy i spojrzenia wypełnione zgorszeniem. Ciężko było odciąć się od przeszłości, ale próbowała po prostu zapomnieć. Być nie był to lek, który leczył chorobę, ale dobrze pozytywnie wpływał na usunięcie jej symptomów. W jej życiu byli ludzie dla których musiała się starać. Tylko ona była odpowiedzialna za Melanie, nikt inny. Musiała się starać nie tylko dla Melanie, ale też dla wszystkich tych, których kochała. Być może oziębła. Musiała od siebie wymagać i nie było tu miejsca na słabostki. Lecz potem przyszła wojna i wszystkie te wydarzenia znów sprawiły, że czuła się bezsilna. Brakło jej umiejętności by bronić samej siebie. Jak mogła więc ochronić przed tym wszystkim córkę? Skóra oplatająca chude nadgarstki wydawała się być zbyt cienka. Potrzebowała wyprać te uczucia, sięgnąć tam gdzie nie była w stanie sięgnąć dotyczas. Nauczyć się jak bronić to co kochała w zupełnie inny sposób niż dotychczas.
Spojrzenie skupiło się na twarzy kuzynki - Wiem - odparła, wyginając usta w lekkim półuśmiechu. Wiedziała, że jeśli tylko zwróciłaby się o pomoc do najbliższych, to pomogliby jej. Tego nie kwestionowała. Jeśli była jednak w stanie stać twardo na własnych nogach, właśnie to robiła. Nie by dopieścić własne ego, wzmocnić poczucie kontroli nad swoim światem. By nie utrudniać innym tego co już tak było udręką. I dać przykład własnej córce, pokazać jej rzeczy, których jeszcze nie rozumiała. Jej matka była kiedyś głupia i naiwna, ale jeśli miała czegoś się od niej nauczyć to tego, że trzeba było stawiać czoła rzeczywistości, z podniesionym czołem i nie liczyć na to, że ktoś inny wyręczy ją w przeżywaniu własnego życia. Słowa Hannah były jednak czułe, ciepłe. Nie miały naruszać jej komfortu, oferowały schronienie i wysłuchanie. - Będę pamiętać. Pamiętam - usta drgnęły, starając się ukryć krótkie wzruszenie. Mrużąc oczy, spędziła tą emocje, przenosząc wzrok na toń jeziora - Wiem, że mogę na ciebie liczyć. Czasami tego nie okazuje, zdaje sobie z tego sprawę, ale nawet ta świadomość, jest po prostu pokrzepiająco. Sam fakt, że wiem. Że mogę napisać w każdej chwili, pojawić się na waszym progu w Contin. Nawet jeśli jestem daleko, dobrze jest czuć tą więź - wyznała, zerkając na kuzynkę.
Nigdy nie miała siostry i Hannah również była sama pośród braci. Ciężko było jej porównać to do jakiegoś doświadczenia. Łączyły je silne więzy krwi i jeśli kogoś miałaby określić tymi słowami, tym właśnie była Hannah. - Więc wychodziłoby na to, że ty dla mnie jak ta młodsza - odparła. - Jak się ma? - zapytała. Niewiele ostatnimi czasy słyszała o Billym Moorze. Jawił się we wspomnieniach z czasów, gdy wszyscy mieli jeszcze naście lat. Bliskiego jego kuzynostwu. Aż w końcu jego postać zniknęła z życia Hannah. Dobrze było słyszeć, że mimo wszystko ma się dobrze - Wyjawił ci dlaczego tak nagle zniknął? - zapytała. Ich przyjaźń w jakiś sposób nie dziwiła. Sama wszakże odnalazła przyjaciela nie w towarzyszkach ze szkolnej ławy, a w innym mężczyźnie.
Podążyła śladem kuzynki, słuchając uważnie jej słów, chociaż kamieniste wybrzeże nie ułatwiało jej tego. Stopa niepewnie stąpająca po wyboistej dróżce, poślizgnęła się. Mimowolnym ruchem złapała za płaszcz Hannah, póki nie odzyskała równowagi. - Też to poczułam. Musi to wszystko ułożyć sobie w głowie, po swojemu. - Straciła siostrę. Wyrwano jej jakąś część siebie, a mimo to, że mogli na siebie liczyć, to każde z nich pozostawało odrębnością. Odpowiedzi kryły się nie w innych, a w niej same. Jednak w takich chwilach niełatwo było sobie radzić samemu, a teraz… każde z nich musiało robić to co do niego należy. Brakło czasu i nie wiedzieli jak wiele go jeszcze mieli.
Zaśmiała się na wieści o braciach Hannah. - Trochę tam pasuje - odpowiedziała, poszerzając uśmiech.
Przystanęła na chwilę. - Nic a nic? - zapytała. Może i nie powinna być zaskoczona. Czasami niemalże potrafiła sobie wyobrazić ją z różdżką w dłoni, rozporządzającą domem Wrightów. Jednak nie była tak jak oni i jej dzieci musiały chronić przed tym co otaczało ich domowe ognisko.
Pokiwała głową energicznie. Nie musiała kończyć tej myśli. Wiedziała. Nie potrafiła w tym momencie nie postawić się w tej roli. Zobaczyć świat za kilkanaście lat, gdy to jej córka tak bardzo chciałaby jej bronić, że nawet skrywała by przed nią myśl o samym zagrożeniu. Że gdyby coś się stało, nie wiedziała nawet kto i dlaczego wyrządził jej krzywdę. - Planujecie jej powiedzieć?




jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą. Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą. Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła — Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła.
Powrót do góry Go down
Hannah Wright
Hannah Wright

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Tell me things
you've never said out loud.
Just try and go there if you can
Show me the parts of you
you're not that proud of.
OPCM : 30
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Loch Muick - Page 2 8c905527b1ee98e0d94e5b8666c44eb444639c46

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime27.11.20 13:49

Tak samo jak ona nauczona była rozwiązywania spraw samodzielnie przy jednoczesnej tendencji do odsuwania od siebie oferowanej pomocy. Może właśnie dlatego, że były tak podobne, powtarzała jej ciągle i do znudzenia, że w razie kłopotów mogła na niej polegać. Słowa wypowiadało się łatwo, zawsze trudniej przychodziło zrealizować złożone obietnice, ale choć zwykła gadać dużo i czasem pieść trzy po trzy, nigdy nie rzucała swoich ofert na wiatr. Mogła być przy niej, jeśli tego potrzebowała i odciążyć ją, gdy miała zbyt wiele na głowie. I nie chodziło wyłącznie o pieniądze. To nie one były najważniejsze. Chciała też, żeby pamiętała, że dom w Szkocji, mama i tata całej trójki Wrightów zawsze czekali na Rosie z otwartymi ramionami. Na nią i małą Melanie. Nie była sama. I nigdy sama nie będzie. Pomimo oporu, pomimo silnie zadzieranej jak typowy Wright głowy do góry i powtarzania, że ma się wszystko pod kontrolą i sobie poradzi — musiała pamiętać; bo nie zawsze, zgodnie z własnym życzeniem tak było. Bo czasem w życiu działy się rzeczy, które trudno było przewidzieć, przed którymi trudno było się obronić. Nigdy nie wątpiła w jej siłę. W jej wytrwałość, odwagę. Jako matka nie było dla niej ważniejszej rzeczy niż dobro dziecka. Jayden, u którego się zatrzymała był nauczycielem. Nie było go na miejscu. Nie było go w pobliżu — przez większość czasu była zdana sama na siebie. Martwiła się o nią, o to, jak sobie radzi, ale wiedziała, że gdy tylko zacznie ten temat nie zasłoni się zwyczajnym brakiem taktu.
— Mama chętnie zajmie się Melanie, gdybyś potrzebowała… No wiesz. Zrobić coś innego — niż być matką, uzdrowicielką i kobietą na pełen etat. Wiedziała, że mogło jej czasem brakować sił. Że dawała z siebie wszystko, co tylko mogła, by dać dziecku wszystko, czego potrzebowało, a czasy były niespokojne. To, co się działo czyniło jej życie coraz trudniejszym. — Rosie… — zaczęła, nie odrywając od niej wzroku, nawet wtedy, gdy ta przeniosła spojrzenie na taflę jeziora, umykając przed jej zwinnie. — Przyleć kiedyś. Po prostu. Na obiad, na herbatę. Kiedy będziesz mieć czas — do mamy; do Londynu nigdy by jej nie próbowała ściągnąć. To, co się tam działo było potworne i powinna trzymać się od tego jak najdalej.
Spuściła wzrok, ręce splotła na piersi, choć prawdopodobnie tylko po to, by zająć czymś dłonie, zacisnąć palce na materiale, rękawach, uszczypnąć się może. Przygryzła policzek od środka i westchnęła. Teraz, idąc u boku Roselyn zdawało jej się, że mieli wspólne tematy, mieliby o czym pomówić. I może potrafiliby pomóc sobie wzajemnie w jakiś sposób.
— Tak — przyznała krótko, nie podnosząc spojrzenia na kuzynkę. Nikomu poza Michaelem i Just nie mówiła o powodzie jego wyjazdu. Pogłoski roznosiły się po ludziach i wiedziała, że to prawda, choć on sam, Moore, nie miał na tyle odwagi, by powiedzieć cokolwiek. Zakłuło ją to w boku, westchnęła ciężko znów. Jego powrót z jednej strony ją uszczęśliwił, już w chwili, gdy przeczytała ten list, z drugiej stał się jakiś dziwnie ciężki. I doskonale zdawała sobie sprawę, dlaczego. — W zeszłym roku dowiedział się, że ma córkę. Mniej więcej w wieku Melanie. Kiedy anomalie rozszalały się w Anglii na dobre, wywiózł ją i tatę do Francji. — I nie miała do niego o to pretensji. Chyba nie spodziewałaby się nawet tak odpowiedzialnej i przemyślanej decyzji. Egoistycznie jednak wciąż próbowała oswoić się z faktem, że po prostu zostawił ją bez słowa.
Wyciągnęła rękę ku kuzynce, kiedy się poślizgnęła, a jej myśli gwałtownie uciekły, skupiając się na przytrzymaniu jej w pionie. Zaicnsęła na niej palce.
— Wszystko w porządku? — Była beznadziejna w pierwszej pomocy, jeśli zwichnęłaby sobie stopę najprawdopodobniej — pomimo olbrzymiej chęci — wyrwałaby jej ją z jakiegoś stawu, próbując nastawić. Ale poszła dalej, nie wyglądało, jakby miało stać się coś złego z jej nogą, nie utykała. Ruszyły dalej, ostrożnie, pobliskich kamieniach. Zaciągnęła się świeżym, chłodnym powietrzem. Nadeszła wiosna. Dało sir ją czuć tutaj, w rzeźnim otoczeniu jeziora.
Pokręciła głową, kiedy spytała o mamę i spojrzała na nią niepewnie. Bo sama nie wiedziała, czy robią dobrze. — Tata nie pokazuje jej gazet, a my w listach nie piszemy jej o tym. Jest zapracowana, trzymana z dala od tych wszystkich informacji, a nawet plotek z miasteczka. Ale to kwestia czasu, wiesz. Prędzej czy później czegoś się dowie. Albo domyśli, — Czuła się źle z myślą, że ją okłamują. Sama nie potrafiła tego robić, unikała więc tematów jak ognia, w listach pisząc co jej przychodziło na myśl — tak było łatwiej, niż twarzą w twarz. Ale przyjdzie taki dzień, że będą musieli jej coś powiedzieć. Wszystko, a może część? — Nie wiem, co jest dla niej najlepsze. Chociaż żyje z tatą tyle lat, wciąż myśli, że jest nam tak cieżko, jak jej, gdy była młoda. Jeśli dowie się, co się wydarzyło w Londynie wpadnie w panikę. Będzie się zamartwiać, a my zamiast robić swoje dla Zakonu będziemy zamartwiać się o nią. — Była słabsza, podatniejsza na choroby, które ich się nie imały, krążyła w ich żyłach magia. Musieli o nią dbać. — Co byś zrobiła na moim miejscu?— spytała ją, podchodząc w końcu na koniec jeziora, do miejsca, z którego wyruszyły.





storm in the sky
fire in the street
if there's nothing but pain
put in on me


Powrót do góry Go down
Roselyn Wright
Roselyn Wright

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Zawód : uzdrawiam w Leśnej Lecznicy
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Isn't all that rage so ugly?
And isn't it mine still?
Good god, isn't it mine?
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime27.01.21 23:46

- Przydałoby się jej towarzystwo kogoś z rodziny - przyznała. Nie tylko po to, aby zgodzić się. Porzucić już ten temat. Melanie nie potrzebowała tylko jej. Przede wszystkim musiała mieć matkę, jednak w jej życiu inni członkowie rodziny Rose powinni stanowić ważną jego wartość. Nie być nią tylko z nazwy. Powinna doświadczyć obecności innych osób, innych figur jakie reprezentowali. Nawet jeśli miała niesmakować tej jednej z najważniejszych w tym okresie dorastania. Powinna czuć się kochana, powinna czuć troskę nie tylko wypływającą z matczyną ramion, ale doświadczyć tej innej. Ciepła rodzinnego ogniska. Wszkaże to było jej nie w pełni znane. Dom tworzony tylko przez nie dwie, nie odzwierciedlał tego czego doznała Rose. Dorastała w pełnej rodzinie, w ciepłym blasku nie tylko tej najbliższej. Jako dorosła kobieta wiedziała, że chociaż dzieliły ich te najbliższe więzi pokrewieństwa, to wciąż łączy ich tak wiele. Ta myśl sączyła poczuciem winy, że chociaż kochała swojego ojca, to wciąż duma zabraniała by zwracać się do niego w tych ciężkich chwilach.
Słuchała w milczeniu słów Hannah. Nie miała zamiaru wyrokować, nie jej było ocenianie decyzji innych ludzi, z pewnością nie decyzji tego rodzaju. Zdawała sobie sprawę z tego czym był strach o życie dziecka, z tego jak bardzo pragnęło się chronić je za każdą cenę. Czasami nie odwracając wzroku za siebie. Sama od miesięcy stała przed podobną decyzję. Czy może nie lepiej byłoby stąd po prostu odejść. Zabrać Melanie tam gdzie nie było wojny, wychowywać w miejscu gdzie nie musiały bać się każdego następnego dnia. Jak do tej pory rozterka ta pozostała nierozstrzygnięta. Chciała zostać w domu; blisko tych, których kochała, tych na których jej zależało. I chciała, aby Melanie również miała namiastkę tego miejsca.
Kolejne słowa zamknęły się w milczeniu, dała Hannah mówić, nie przerywając jej własnymi przemyśleniami. W odpowiedzi na pytanie, spojrzenie na chwilę odszukało te kuzynki. - Nie wiem co zrobiłabym na twoim miejscu. Łatwiej jest mówić, niż faktycznie być w takiej sytuacji i podejmować decyzję, ale myślę że jeśli ja byłabym na twoim miejscu to chciałabym żebym wiedziała. Powinna wiedzieć co się dzieje z jej dziećmi, dlaczego to robicie i z czym to się wiąże. Zasługuje na to. Kiedyś was chroniła na swój własny sposób i chociaż teraz nie może powinna być świadoma tego co się dzieje ze swoimi dziećmi. Co by czuła gdyby któregoś z was zabrakło? Nie wiedząc dlaczego, nie wiedząc nic o tym w jaki sposób żyjecie, w imię czego walczycie. Oczywiście, że będzie się martwić. Być może na początku tego nie zrozumie, ale zasługuje na prawdę, chociaż trzeba będzie żyć z jej konsekwencjami - powiedziała, przystając na chwilę. Próbowała się postawić w tym miejscu, spojrzeć na wszystko z dwóch perspektyw. Oczami matki i oczami dziecka, i właśnie w tej interpretacji zdawało jej się, że powinni zdecydować się na szczerość, bo kłamstwa zrywały więzi, niszczyły zaufanie. Te było zbyt cenne i jeśli mogli sobie na to pozwolić, powinni skorzystać z tego. Zbyt wiele tajemnic było w ich życiach. - Ale decyzja należy do was. Będę milczeć, dopóki jej nie podejmiecie - jeszcze raz spojrzała na kuzynkę, nawiązując do zaproszenia do Contin. Nie jej było o tym decydować, ani wyjawiać sekretów dzieci pani Wright.
Gdy w końcu doszły do miejsca, z którego rozpoczęły swój spacer. Uśmiechnęła się miękko, zaciskając dłoń na ramieniu Hannah - Odzywaj się. Ja też się postaram - powiedziała zanim się rozstały.
|zt




jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą. Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą. Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła — Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła.
Powrót do góry Go down
Luna Lupin
Luna Lupin

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8986-luna-lupin?nid=2#270434 https://www.morsmordre.net/t8996-azra#270488 https://www.morsmordre.net/t8995-to-the-moon-and-back#270465 https://www.morsmordre.net/f75-north-yorkshire-farma-lupinow https://www.morsmordre.net/t8998-skrytka-bankowa-nr-2117#270564 https://www.morsmordre.net/t8999-luna-lupin#270567
Zawód : ex-solistka, dbam o rodzinną farmę
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We li­ve, as we dream – alo­ne
OPCM : 11
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime25.03.21 18:53

/ 6 grudnia ‘57

Świat był niesprawiedliwy. Stwierdzała jedynie fakt, nie było w tym nic nowego i zaskakującego. Doświadczali tego wszyscy na każdym kroku. Drobne zmiany w otoczeniu, zachowaniu ludzi, dystansowaniu się od wszystkiego i wszystkich. Ona w swoim życiu również sporo niesprawiedliwości doświadczyła. Od pogrzebu siostry, który pamiętała jedynie przez mgłę po załamanie rodziców i nieobecność braci. Po części się z tym pogodziła. Życie pisało różne scenariusze i kiedy przydarzało jej się coś złego potrafiła się z tym skonfrontować i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Czasami jednak jak każdy szary człowiek stosowała gamę ulubionych mechanizmów obronnych – wyparcie, zaprzeczenie, tłumienie i projekcja. Nie była idealna i świat też taki nie był. W sytuacjach takich jak ta odczuwała to najmocniej.
Spotkanie z Jaydenem planowała już od kilku miesięcy. Właściwie to nie planowała go wcale. Znali się od dawna. Kiedy stawiała pierwsze kroki jako artystka i potykała się z każdym dźwiękiem, jego mama bardzo jej pomogła. Była dla niej ostoją i mentorem. Tylko dzięki niej zaszła tak daleko. Jayden zawsze był dla niej uprzejmy. Na początku spędzali ze sobą sporo czasu, bo i Luna bywała częstym gościem w jego domu. Wszystko jednak z czasem się kończy. Nie było tak, że całkowicie o nim zapomniała, ale jej muzyczna kariera zakończyła się szybciej niż się tego spodziewała i trudno było wracać do wspomnień, które przypominały jej o najlepszym momencie w życiu. To wszystko było jedynie przypadkiem. Niefortunnym i przykrym. Znała Pomonę dość dobrze, ale kontakt kobiet nagle i szybko się urwał. Luna miała wtedy wiele swoich problemów i nie myślała o tym by wznowić kontakt z dawną przyjaciółką. Minął rok i Lupin zaczęła się martwić. Wojna nabierała prędkości, ludziom było coraz ciężej odnaleźć się w tej okropnej rzeczywistości. Postanowiła napisać do niej list i upewnić się, że wszystko jest w porządku. Sowia poczta jak nigdy ją zawiodła i list dotarł do domu Pani Sprout, a właściwie Vane dużo później. Za późno. Ten fakt bolał jak nic innego.
Choć Lupin doskonale znała przekorność losu, to i tak fakt, że Pomona została żoną Jaydena był dla niej zaskakujący. Przyjemnie zaskakujący, bo gdy w myślach połączyła tę dwójkę ze sobą, to pasowali do siebie idealnie. Mogła sobie tylko wyobrażać przez co w tym momencie przechodził. Nie chciała naciskać na to spotkanie, bo przecież nie była człowiekiem, który potrafił kogokolwiek pocieszyć. Wręcz przeciwnie. Zdarzało jej się palnąć coś bez sensu, powiedzieć zbyt dużo, stać jak słup soli, gdy palił się świat. Taka była i nie mogła już tego zmienić. Fakt jednak, że Jayden zechciał się z nią spotkać pokazał jej, że może właśnie takiej rozmowy potrzebuje. Kogoś z kim nie widział się od lat, kogoś kto nie będzie go oceniał, szukał sposobów na pocieszenie go w tej trudnej sytuacji. Bo co mogłaby mu powiedzieć? Wszystko będzie dobrze? Nie martw się, bo w końcu wszystko wróci do normy? Nie była taką hipokrytką, nawet nie potrafiła nią być.
Dotarła do miejsca, w którym się umówili w liście dość wcześnie. Nie dlatego, że się stresowała tym spotkaniem, ale dlatego, że w ostatnim czasie ciągle gdzieś się spóźnia. Zaczęło ją to już samą irytować. Postanowiła poczekać. Nie było to najgorsze miejsce na czekanie. Całkiem ładne. Przyjemne.




no one can say what we get to be so why don't we rewrite the stars?
Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Loch Muick - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Loch Muick [odnośnikLoch Muick - Page 2 I_icon_minitime30.03.21 22:02

Zimne powietrze wypełniło jego płuca, wkradając się poprzez schrypnięte od tygodni gardło i wypełniało swoją świeżością bolące miejsca. Gdyby nie było to jedynie odczucie, Jayden byłby pewien, że jego wnętrze rozpadało się, krwawiło, zalewało samo siebie, tonęło we własnej posoce. Zaczął się jednak przyzwyczajać. Balansował na granicy świadomości, logiki i wyczerpania już długi czas - jeszcze przed pojawieniem się Billyego z ciałem Pomony niósł na sobie ciężar braku wiedzy oraz zamartwiania się. Musiał dostosować się do warunków dnia codziennego lub upaść. Druga opcja nie była nawet dostępna w jego spisie możliwości, dlatego też trzymał wszystko we własnym wnętrzu, nie dzieląc się tym z nikim. Prowadził nieustanną walkę sam ze sobą, ale nie chciał, by ktokolwiek inny w to ingerował. Już wystarczająco sporo jego bliscy namącili, wywierając zbędny i przesadny nacisk. Dlatego przez jakiś czas musiał trzymać ich z daleka od siebie oraz z daleka od tematów, które mogły wywołać w nim bunt. Nie było to przyjemne, ale musiał postawić jasne granice między dobrem swojej rodziny a wpływem reszty. Miał wystarczająco wiele zmartwień bez myślenia o tym, czego dla przykładu chciała Roselyn. A gdy o tym myślał, zastanawianie się nad samopoczuciem wymagającej od niego ślepego, bezrefleksyjnego zaufania przyjaciółki schodziło na dalszy plan. Szczególnie że wiara w innych została w nim tak bardzo nadszarpnięta... Sądził, że rozumiała, ale mylił się. Pomylił się również wobec ostatniej ostoi jego dawnego świata - do dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Wraz z objęciem posady opiekuna Krukonów obowiązków w Hogwarcie nie zmalało, do tego niepokój związany z boleśnie zranionym zaufaniem wobec Dippeta umacniał się w profesorze i nie pomagał w żaden sposób uporządkować tej strefy życia. Martwił się o uczniów, o przyszłość szkoły, o dalsze bezpieczeństwo oraz szczerość w relacji z przełożonym. Czy starszy czarodziej go wyczuwał? Czy wiedział? Musiał wyłapać długie, uważne spojrzenia Jaydena przy spotkaniach, lecz nie odnosił się do tego. Vane nie zamierzał się z nim konfrontować. Jeszcze nie. Nie były potrzebne wewnętrzne wojny, skoro na zewnątrz działo się tak źle...
Chłodny podmuch wiatru uderzył idącego przed siebie Jaydena, przypominając mu o celu, w jakim znalazł się w Loch Muick. Przy spotkaniu z Luną miał o tym nie myśleć. Miał być czysty, ale wszystko po prostu trafił szlag. Już i tak był poirytowany całą sytuacją dziejącą się poza - ciężko było więc po prostu całkowicie się oderwać, zapomnieć. Postawił kołnierz płaszcza, czując jak silne porywy próbowały wślizgnąć mu się za ubranie - nawet z pogodą musiał walczyć... Na szczęście sylwetkę osamotnionej czarownicy ujrzał już z daleka, gdy stała nad brzegiem jeziora. Mógł skupić się więc już tylko na jej postaci i starać się jakoś przygotować do nadchodzącej rozmowy o... W sumie nie wiedział. Liczył na to, że wszystko pójdzie samo, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z własnych ograniczeń. Chwilowych... Długoterminowych... Ciężko było powiedzieć. Wolał się z góry nie nastawiać. Poprawił więc charakterystycznym dla siebie ruchem dłoni włosy, po czym włożył ją z powrotem do kieszeni filcowego płaszcza. Zupełnie jakby jakoś chciał się odnaleźć w sytuacji, w której sam chciał się znaleźć, a teraz nie wiedział, czy był to taki dobry pomysł... Podchodząc do kobiety, zatrzymał się na odległości trzech kroków i przez chwilę po prostu milczał, wpatrując się w nią. Czy doglądał w niej zmian, podobieństw? Chyba sam do końca nie znał odpowiedzi. Wiedział, że powinien był się odezwać... - Ścięłaś włosy - zauważył bez większej emocjonalności, zdając sobie sprawę, że jedynie się pogrążał. Może i lepiej? Może Luna miała uciec i wytłumaczyć się nagłym przypadkiem? Może miała tym samym ocalić siebie i jego przed tym wszystkim? Wciąż była wysoka, jednak nie posiadała w sobie tego dziecięcego tłuszczyku, który jeszcze podczas ostatniego spotkania przejawiał się na jej twarzy tuż przy podgardlu. Ile to już lat? Nie liczył. Nie miało to zresztą większego znaczenia. Liczenie tego nie miało im pomóc nadrobić straconych lat lub po prostu nie potrzebowali o nich wiedzieć - żyli po swojemu, nigdy nie byli szczególnie blisko i gdyby nie postać Pomony, zapewne już by się nie spotkali. Prowadzili oddzielne egzystencje, a rysująca się linia między dwoma stojącymi naprzeciwko siebie sylwetkami nigdy nie była tak wyraźna jak w tym momencie.





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
 

Loch Muick

Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Szkocja-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21