Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Fontanna Życia
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Fontanna Życia

Jej historia jest równie zawiła, co baśniowa - ciężko stwierdzić, ile w niej prawdy. Niektórzy nazywają ją bliźniaczką Fontanny Szczęśliwego Losu, inni mówią, że stworzył ją szarlatan, który chciał wzbogacić się na legendzie. Jedno jest pewne: od niepamiętnych czasów mówi się, że czarna woda Fontanny Życia posiada lecznicze właściwości. Postawiona jest ona na niewielkim, okrągłym placyku w Dolinie Godryka, który został ukryty przed wzrokiem mugoli. Cały skwer jest jasny, wyzbyty roślinności, wyłożony piaskowcem - z niego też zbudowana jest fontanna. Zawsze roi się tu od ptaków. Niektórzy uzdrowiciele wysyłają tu pacjentów cierpiących na choroby genetyczne, wierząc, że magiczna, ciemna woda złagodzi ich objawy. Często to działa, choć prawdopodobnie to tylko efekt placebo; woda jednak uspokaja, zatrzymuje ataki chorób. Mimo to nie jest w stanie ich wyleczyć. Na fontannę został rzucony urok - można pić z niej tylko tworząc koszyczek z dłoni, woda natychmiast wyparowuje bowiem ze wszystkich naczyń.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Fontanna Życia - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down



5 XI 1957

Początkowo nie zamierzała pozostawać w Dolinie na długo, chciała potraktować to miejsce jako krótki przystanek, zanim ruszy dalej i w końcu dotrze do Londynu, by stamtąd obrać sobie kolejny cel. Mimo to mijał kolejny tydzień, jaki spędziła w okolicy. Spokój mieściny działał kojąco i jak żadne inne miejsce zachęcało, aby odpocząć trochę od ciągłej podróży. Życie w ruchu było dla niej normalne, tabor wiecznie podążał stałymi trasami i zmieniał okolicę, nigdzie nie grzejąc miejsca na dłużej. Tak samo robiła przez ostatnie dwa lata, od punktu do punktu, początkowo z siostrą, a teraz samej. Chociaż porzuciła większość dawnych przyzwyczajeń, zapomniała o wiążących zasadach jakie panowały w jej rodzinie, tak pewne rzeczy pozostawały niezmienne.
Zawsze miała szczęście, potrafiła z każdej sytuacji wyjść obronną ręką, lecz dopiero tutaj doceniła to bardziej. Nieduże mieszkanko na strychu, może nie było luksusem, jednak jej wystarczyło i co ważniejsze, nie musiała za nie płacić. Starsza kobieta, która odstąpiła te kilka metrów własnego domu, wymagała jedynie pomocy w codzienności. Uczciwy układ na który nie zamierzała narzekać, czując się tak bardzo na miejscu. Przecież od zawsze nauczona była pracować na siebie, pomagać, aby nie żerować na tych, którzy byli jej rodziną lub jakkolwiek stali się bliżsi. Wracając ze spaceru, otuliła się mocniej płaszczem i naciągnęła kaptur na głowę, gdy delikatna mżawka zaczęła zacinać nieco bardziej w towarzystwie wieczornej mgły, spowijającej okolicę. Początek października zapowiadał pogorszenie pogody, jak zawsze, ale tym razem zdawało się to jeszcze bardziej nieprzyjemne. Nie miała ochoty wracać do czterech ścian, nawet jeśli tam było o wiele cieplej i nie groziło jej przeziębienie. Zdecydowanie wolała otwarte przestrzenie, zwłaszcza odkąd pierwszy raz udało jej rozłożyć srocze skrzydła i zaznać przyjemność lotu. Dzisiejszy trening w lesie z daleka od ciekawskich oczu, nie przyniósł jednak postępu, a same porażki bez spojrzenia na świat z perspektywy ptaka. Obowiązkowo musiała znaleźć kogoś z kim będzie mogła poćwiczyć tę sztukę, kto podpowie i wskaże popełniane błędy. Jednak póki co, nikogo takiego nie spotkała, wśród nowych znajomości nikt nie znał się na animagi.
Zatrzymała się w końcu, przystając przy fontannie, która nawet w taką pogodę, późną porą cały czas przelewała wodę w kolorze najgłębszej czerni. W pierwszych dniach była ciekawa tego zjawiska, pytała i dostała odpowiedzi, nawet jeśli szczerze wątpiła w niesamowite właściwości. Uniosła spojrzenie na niebo, odchylając nieco głowę, by skupić wzrok na płaczących chmurach. Przymknęła delikatnie powieki, unosząc kąciki ust w uśmiechu, gdy czuła drobniutkie kropelki osiadające na skórze. Wciągnęła wilgotne powietrze w płuca, pozostając w miejscu, nawet kiedy mżawka zmieniła się w deszcz wygrywający własne melodie o wszelkie dostępne powierzchnie. Pochyliła głowę, ukrywając w końcu twarz w cieniu kaptura i robiąc krok… drugi… trzeci w rytmie nadanym przez krople deszczu. Zamierzała już wracać, wystarczyło panoszenia się po pustych ulicach, nawet jeśli nie czuła, aby cokolwiek mogło jej zagrozić tutaj. Zachęcona muzyką deszczu odwróciła się płynnym ruchem, nie kryjąc ulotnej beztroski w ruchach, jaką odczuwała, a która miała już za moment stać się tylko wspomnieniem. Poprawiła delikatnie kaptur, który w ruchu zsunął się jej na oczy, ograniczając pole widzenia. W taką pogodę nie spodziewała się, że nagle będzie miała towarzystwo, dlatego zatrzymała ciemne tęczówki na obcej sylwetce. Spojrzenie wręcz natrętnie zawisło na chłopięcej twarzy, by przez chwilę wyrażać jedynie pogodność tak kontrastującą z deszczem, lecz ustąpić zaraz zaskoczeniu. Rozchyliła usta, chcąc coś powiedzieć, ale żadne słowo nie uleciało. Naprawdę właśnie dziś, przez przypadek znalazła kogoś bliskiego?
Los miał dziwne poczucie humoru.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Lepiej być w kajdanach z ukochanymi ludźmi,
niż cieszyć się wolnością w samotności



Ostatnio zmieniony przez Eve Doe dnia 20.05.21 22:21, w całości zmieniany 1 raz
Eve Doe
Eve Doe
Zawód : Tancerka, złodziejka
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Nie wszystko złoto,
co sroka ukradnie
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
danse macabre
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe

Powrót do góry Go down

Coraz częściej przychodziło mu opuszczać miasto - statki dobijające do portu wiozły zapasy dla ministerialnych oficjeli i nikt nawet nie zauważał, kiedy te ubożały; w Dolinie Godryka nietrudno było znaleźć tych, którzy potrzebowali tych artykułów bardziej. Zniszczony wojną kraj trwał dalej, ale najmocniej cierpieli na tym wszystkim zwyczajni ludzie - dostawał kontakty, wykorzystywał je, zostawiał pakunki u czarodziejów, co do których miał pewność, że przekażą je tym, którzy byli najmocniej poszkodowani przez los. Szedł głównym placem, opuściwszy ostatnie z domostw - odwiedził ich dzisiaj aż pięć - pomniejszony magicznie worek ukrywał w wewnętrznej kieszeni kurtki, której kaptur chronił go przed deszczem. O ramię wspierał kij miotły - miał zamiar wkrótce poderwać się do lotu, by zdążyć przed nocą przenieść się do miasta, na Arenę. Coraz mocniej zacinający deszcz sprawiał, że trochę się wahał; zrywające się co jakiś czas powiewy wiatru zwiastowały trudniejszą pogodę, a on może nie mieć się gdzie zatrzymać, jeśli warunki staną się naprawdę ciężkie. Mógł to przeczekać w hipogryfie - czy powinien? Przemykał w kierunku pubu, gdy stanęła mu na drodze - kto? Zjawa, bo to niemożliwe; znał jej ruchy na pamięć, potrafił rozpoznać jej taniec, każde ciało opowiadało historie inaczej - i tylko jej w ten sposób. To niemożliwe, powtarzał w myślach, kiedy kiedy dłoń podtrzymująca miotłę opadła bezwiednie, pozwalając zderzyć się trzonowi z kamiennym podłożem placu; wsparł się na niej jak na kiju - wciąż patrząc na nią. Płynny, subtelny obrót, prosto w ego stronę. Pokaż twarz, nocny ptaku.
Szukał jej wszędzie, w każdym jednym miejscu na ziemi, przetrząsnął kraj wzdłuż i wszerz, postawił na nogi pół Londynu, James wciąż wierzył, choć była to wiara coraz bardziej mdła, blednąca, coraz bardziej szara. Porzucona. Marcel chyba tę wiarę stracił, był pewien, że minęło zbyt dużo czasu. Był pewien, że musiała być już martwa. James chyba też tak sądził, nawet jeśli żadne z nich nie potrafiło przyznać tego na głos. Wpatrywał się w nią rzeczywiście jak w ducha: szeroko otwartymi błękitnymi oczami, niepewny, czy stoi naprzeciwko żywej dziewczyny, czy może jednak fatamorgany utkanej z dawno porzuconych nadziei. Los czasem kpi tak okrutnie. Uniósł drżącą dłoń ku twarzy, by zrzucić z głowy kaptur, pozwalając, by siąpiący deszcz zrosił jasne włosy; wkrótce jego krople zaczęły spływać silniejszą strugą po czole, policzkach, po zlepionych razem złotych kosmykach. Bezwiednie rozchylone usta nie drgnęły, w niezrozumiałym paraliżu nie odnajdując odpowiednich słów. Poznajesz mnie, Eve, prawda? Poznała, patrzyła zbyt długo i zbyt intensywnie, by zrzucić to na karb przypadku, omyłki, która mogła się przecież zdarzyć - minęło tyle czasu. Tyle długich dni, tygodni, miesięcy, w końcu lat. Ale rozpoznałby ją wszędzie, po samym kroku, rozpoznałby ją po burzy ciemnych loków i przeszywającym ciemnym spojrzeniu, błyszczącym dziś nawet pomimo symbolicznie skrytego za ciemnymi chmurami słońca. Nikt nie przygotował go na takie spotkanie - co właściwie powinien zrobić, czy mógł wciąż przywitać się z nią jak dawniej? Postąpił w jej stronę pół kroku, przez twarz przemknęło niezrozumiałe zawahanie. Strach? Przed czym? A może - o co? Sam nie do końca rozumiał. Ale teraz, teraz nie mógł pozwolić jej odejść.
- Eve - wypowiedział w końcu jej imię, szeptem ledwie przedzierającym się przez siąpiący deszcz; jakby bał się, że to ciche zawołanie spłoszy ją jak ptaka gonionego krzykiem. Jakby wciąż nie dowierzał - że stała przed nim, prawdziwa, cała, żywa. Co się z tobą działo, Eve? Gdzie byłaś tyle czasu? - Eve, to ty? - Oczywiście, że ona, po chwili zawahania wykonał w jej stronę jeszcze jeden krok, potem drugi, rozpaczliwie szukając spojrzeniem reakcji, reakcji jej twarzy, grymasu, ciała. To niemożliwe, szok i zaskoczenie ściskające serce nie dały jeszcze dojść do głosu radości - radości z tego, że przeżyła.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Wiele razy wyobrażała sobie dzień, gdy w końcu uda jej się znaleźć kogoś bliskiego sercu, kogoś kto był dla niej, jak rodzina, nawet jeśli nie łączyły ich więzy krwi. Przez pierwszy rok właśnie to pchało ją do przodu, zmuszało do odwiedzania kolejnych miejsc, zostawiania po sobie śladu w jakikolwiek sposób. Nadzieja jednak umierała, znikała zadeptana przez rzeczywistość i poczucie, że została całkiem sama. Nic więc nie mogło przygotować jej na dzisiejszy dzień i chwilę, kiedy szukając radości w deszczowy wieczór coś, co dotąd było nieuchwytne, stanie się realne. Wykonując miękkie kroki, płynne ruchy nie czuła na sobie tego spojrzenia, przywykła przecież do bycia obserwowaną i nauczyła się ignorować, gdy pozostawało to nieszkodliwe. W Dolinie czuła się pewnie, dobrze, a co najważniejsze bezpiecznie, więc nie rozglądała się i nie uciekała spłoszona trafiając na kogokolwiek. Mogła tego pożałować niedługo, lecz jeszcze nie teraz, nie dziś. Ostatni ruch, delikatny obrót zaprowadził ją prosto przed pozornie obce oblicze, przed którym zamarła zalana falą wspomnień i świadomością kogo ma przed sobą. Rozchylone usta mimo upływających sekund uparcie nie niosły za sobą słów, żadnego dźwięku, który zdradziłby, że poznała Go. Wiedziała jednak, że nie musiała mówić nic, bo spoglądali na siebie tak samo z zaskoczeniem i niedowierzaniem, może obawą, że to tylko psikus oszukanego wzroku. Widok przyjaciela cieszył ją bardzo, lecz nie potrafiła tylko tego wyrazić w żaden sensowny sposób, gdy ciało przestało z nią współpracować. Pierwszy raz stało się tak niepodatne na wolę oraz ruch, jaki chciałaby wymóc. Powolnym gestem zsunęła kaptur z głowy, pozwalając, aby krople deszczu spotkały się z brązowymi lokami, osiadły na skórze policzków oraz powiekach. Pogoda przestała mieć tak duże znaczenie, stała się wręcz ledwo zauważalna.
Drgnęła nerwowo, gdy zbliżył się o pół kroku, by w niezrozumiałym odruchu samej cofnąć się przed nim. Im dłużej to trwało, tym większy stawał się chaos w myślach, piętrzyły się pytania na które nie miała odpowiedzi, a wystarczyło tylko je zadać. Nie wiedząc czemu, była pewna, że Marcel wyjaśniłby większość nurtujących ją kwestii. Obawiała się tylko jednego, okrutnej prawdy. Słysząc swoje imię, zdrobnienie, którego używali wszyscy i którym zawsze się przedstawiała, kącik jej ust drgnął lekko. Czuła, jak wraca kontrola, spokój i opanowanie.
- Marcel - szepnęła tylko. Kiedy znów się zbliżył, nie zwiększała już dystansu, a zamiast tego sama podeszła bliżej. Bez wahania przytuliła go, obejmując za szyję.- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę.- emocje odbijały się w głosie, łamiąc go odrobinę.- Nie mogłam znaleźć nikogo. Szukałam… - urwała, tkwiąc jeszcze chwilę przy nim, zanim cofnęła się o półkroku.- Czy wiesz… - co się stało? masz pojęcie o wydarzeniach sprzed dwóch lat? - Czy James…- żyje? umarł? Widziałeś go? Nie wiedziała, jak ubrać pytanie w słowa, ale była pewna, że jeśli Jimmy przetrwał tamtą noc, to właśnie Marcel będzie wiedział cokolwiek. Od czasów szkoły pamiętała, że jeśli chciała znaleźć jednego, wystarczyło spytać tego drugiego z duetu i liczyła, iż teraz też dowie się czegokolwiek.


Lepiej być w kajdanach z ukochanymi ludźmi,
niż cieszyć się wolnością w samotności

Eve Doe
Eve Doe
Zawód : Tancerka, złodziejka
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Nie wszystko złoto,
co sroka ukradnie
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
danse macabre
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe

Powrót do góry Go down

Nie widział jej tak długo, zmieniła się; sylwetka wydoroślała, twarz nabrała kobiecości, ciemna cera podkreślała jej niezwykłą cygańską urodę, spojrzenie pozostało takim, jak przed laty, przeszywającym na wskroś, sercu bliskim. Kaptur, który opadł z jej twarzy, odsłonił jej fizjonomię w pełni, nie pozostawiając wątpliwości co do jej tożsamości. Stali naprzeciw siebie bez słowa, w ciszy, a on czuł paraliż rozchodzący się po całym jego ciele, od krańców stóp po palce dłoni, po szyję, twarz, kiedy nie potrafił ani poruszyć ustami, wydając z siebie jakikolwiek dźwięk, ani przekręcić głowy, by odjąć od niej spojrzenie. Była jak strzępy snu wyrwane gdzieś z sennej mary, trudne do uchwycenia pragnienie, zwodliwa fatamorgana. Nie wierzył, że była żywa, nie potrafił w to wierzyć: los z nich zakpił, krzyżując ich drogi w taki sposób - czy oto miał nadejść tej kpiny kres? Nie? Usta mimowolnie wygięły się w grymasie, a przerażenie zmieszane z rozpaczą zatliły się w źrenicach, kiedy cofnęła się o krok; dlaczego? Co wydarzyło się przez minione lata?
Ale w końcu - z jej ust popłynęło jego imię, grymas ustąpił przepełnionemu niedowierzaniem uśmiechowi, kiedy otoczył ją ramionami, zakleszczając w silnym przyjacielskim uścisku, ciepło jej ramion wokół jego szyi niósł wspomnienia wciąż żywe, ale już pogrzebane - razem z nadzieją na jej odnalezienie. Na nic wysiłki i starania, wystarczyło zwykłe zrządzenie losu. Jej łamliwy głos dobiegł go jak z oddali, ledwie przedzierając się przez osłonę całkowitego oszołomienia. Ale przecież ją czuł ją przy sobie: ciepło jej ciała, wilgoć jej zroszonych deszczem włosów, słyszał przełamany drżącą emocją głos.  - Eve - wydusił z siebie tylko jej imię, nie zwalniając jej z uścisku, choć już raz je wypowiedział. Nie był na to przygotowany. Nie był na nią przygotowany. Ciężar wszystkiego, z czym się to wiązało, przygwoździł go do ziemi w kilka chwil. Pokręcił głową z niedowierzaniem, jeszcze nim się od niego odsunęła; nie wypuścił jej całkiem, dłoń osunęła się z jej pleców na jej ramię, jakby bał się, że lada moment może znowu zniknąć.
- Szukaliśmy cię wszędzie, Eve, James przetrząsnął niebo i ziemię, pytaliśmy każdego, byliśmy w każdej dziurze, a mimo to - Urwał, i w jego głosie coś się załamało, wzruszenie? - Nie znaleźliśmy po tobie ani śladu. Ani jednego cholernego śladu, i oto nagle spotykam cię pośrodku niczego, w Dolinie Godryka, jak gdybyś tu po prostu...  - Mieszkała? Kilka tygodni temu zjawił się tu po raz pierwszy, rzadko opuszczał Londyn. Teraz - czasem wymagał tego od niego Zakon Feniksa. - Co się z tobą działo przez cały ten czas? - zapytał w końcu wprost, odnajdując jej ciemne tęczówki. Uśmiech ustąpił niedowierzaniu, emocje splatały się ze sobą raz po razie, szukała. Szukała go, Jamesa. Z jakiegoś powodu te słowa przyniosły mu ulgę. - Nic ci nie grozi? - Wiedział, wiedział o tym, co się stało, James zawsze wiedział, gdzie go znaleźć. Kiedy o niego zapytała, kąciki ust uniosły się wyżej, a z ust wreszcie wydobył się śmiech, śmiech szczęścia i śmiech niedowierzania, leniwe krople deszczu wciąż opadały na jego głowę, ramiona, ale niewiele sobie z tego robił, pogoda nie miała znaczenia. Teraz nic nie miało znaczenia - tylko ona.
- Żartujesz? Zabieram cię do niego - odpowiedział od razu, zamierzając zburzyć tymi słowy wszelkie wątpliwości. Minęło parę lat, nie znał jej sytuacji, ale przez myśl mu nie przeszło, że z jakiegoś powodu mogłaby mieć opory. - Nawet teraz. Gdzie się zatrzymałaś? Weźmiemy twoje rzeczy, pomogę ci. - Poruszył miotłą, którą ściskał w dłoni, mogli lecieć. Obrócenie swojego życia z dnia na dzień mogło nie być takie proste, ale o tym - nie myślał wcale. A może miał to gdzieś, jej miejsce było przy Jamesie. - Masz dokumenty? Możesz wejść do miasta? Do Londynu? - Świat się tak bardzo zmienił, odkąd widzieliśmy się ostatnio, Eve. Wierzył, że miała sporo do opowiedzenia, ale wiedział też, że musiała się z kimś zobaczyć.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Dwa lata, niby tak nie dużo, a jednak w ich wieku okazywało się to bardziej znaczące, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Przepaść między szesnastolatką, która na wszystko spoglądała z uśmiechem, a dziewiętnastolatką, w której ciemnych oczach błyszczała wyrobiona czasem ostrożności, była znaczna. Co prawda uśmiech nadal zdobił usta, lecz nie był już tym samym, co dawniej. Stojąc przed Marcelem, przyglądając mu się z uwagą, widziała podobne zmiany, o ile nie większe. Czy naprawdę czas nie był im łaskaw? Od paru lat mogli nazywać się dorosłymi, ale nie sądziła, że tak to będzie wyglądało. Naznaczone stratą, krwią i nieprzyjaznym otoczeniem skąpanym w wojnie, której szczegółów nawet nie znała. Trzymała się w końcu z daleka od kłopotów, a na przeciętną srokę nikt nie zwracał uwagi. Nie wiedziała do końca, czemu cofnęła się przed nim, przecież był przyjacielem, był jak brat, członek rodziny, którego słów nie podważało się z zaufania. Patrzyła na jego twarz, dostrzegając coś na kształt grymasu, emocje odbijające się w oczach, gdy najpewniej nie takiej reakcji się spodziewał. Może właśnie to ją przekonało? Sprawiło, że w następnej chwili objęła go za szyję, pozwalając, by otoczyły ją silne ramiona akrobaty. Ukryła na moment twarz w zagłębieniu chłopięcej szyi, drażniąc bez wątpienia ciepłym oddechem, gdy temperatura otoczenia pozostawała zdecydowanie niższa. Uśmiechnęła się z zadowoleniem i rozbawieniem, kiedy usłyszała jeszcze raz swoje imię. To naprawdę się działo, odnalazła Marcela. Merlin jeden wiedział, jak blisko było do odnalezienia również pozostałych. Cofając się, uniosła ciemne tęczówki na twarz przyjaciela, czując jego dłoń na swoim ramieniu. Nie uciekała spod dotyku, jakby samej chcąc mieć pewność, że to niespodziewane spotkanie jest realne, że naprawdę ma miejsce.
Słuchała z uwagą, obojętniejąc na chłodny deszcz, którego krople zajadlej osiadały na włosach, twarzy i płaszczu, który zarzuciła na ramiona.- Chyba słabo wam to szło.- rzuciła żartobliwie, gdy przyznał, że szukali jej wszędzie. Może, gdyby nie radość, jaką teraz odczuwała, zebrałaby się na nieco inny ton. Mniej lekki, mniej przepełniony rozbawieniem, którego nie kryła.- Mieszkam tu od pewnego czasu, potrzebowałam przerwy w podróży, chwili odpoczynku. Trafiłam na starszą czarownicę, która potrzebowała pomocy i zostałam.- wyjaśniła najpierw, dlaczego właśnie tutaj ją przywiało. Uniosła rękę, by zamknąć palce na dłoni Marcela, która dotąd spoczywała na jej ramieniu.- Tamtej nocy, uciekłam wraz z siostrą. Podróżowałyśmy, szukałyśmy kogokolwiek, kto mógł przeżyć.- odwróciła wzrok na pobliską fontannę, a jej dłoń mocniej zacisnęła się na ręce przyjaciela.- Nikt nie podążał szlakiem taboru, a przynajmniej na nikogo nie trafiłam przez ten czas.- głos lekko się załamał. Miała dość życia w pojedynkę, tęskniła za rodziną, za przyjaciółmi. Teraz miała przed sobą jednego z nich i było jakby lżej. Słysząc pytanie, pokręciła powoli głową. Nic jej nie groziło, nauczyła się radzić sobie na ile tylko mogła i sprytnie unikała kłopotów. Spojrzała na chłopaka zdumiona, gdy tak po prostu się roześmiał i mimowolnie uśmiechnęła się na ten dźwięk. Strasznie dawno go nie słyszała.
- Nie.- rzuciła cicho, puszczając jego dłoń i cofając się o krok. Poczuła gotujące się wewnątrz emocje, bo z jednej strony chciała rzucić to wszystko, zniknąć stąd, a tym samym odnaleźć męża i najpewniej She. Jednak z drugiej, nie mogła tak bez słowa wyjaśnienia zostawić kobiety, która otworzyła przed nią drzwi własnego domu, dała jej schronienie i nie wymagała wiele w zamian.- Nie mogę tak.- dodała z delikatnym grymasem na ustach.
- Powiedz Mu, gdzie jestem. Nie znalazł mnie przez dwa lata, niech postara się teraz… łatwiej już się nie da.- kupowała sobie trochę czasu, aby pozamykać sprawy, jakie mogła mieć w Dolinie, ale również miała inny cel. Dawna złość na Jamesa i Thomasa uleciała w jakimś stopniu, nie zmieniało to jednak faktu, że nie chciała biec do młodszego z braci Doe, tak bezmyślnie. Fakt, że żył i musiał mieć się dobrze, uspokoił towarzyszący jej przez dwa lata strach.


Lepiej być w kajdanach z ukochanymi ludźmi,
niż cieszyć się wolnością w samotności

Eve Doe
Eve Doe
Zawód : Tancerka, złodziejka
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Nie wszystko złoto,
co sroka ukradnie
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
danse macabre
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe

Powrót do góry Go down

Pokręcił głową z niedowierzaniem, kiedy przylgnęła do niego ponownie; objął ją ramionami mocniej, a usta zadrżała, gdy ciepły oddech połaskotał jego wystawioną na chłód i mokrą od deszczu skórę. Nie był pewien, czy to jawa czy sen, ale jej ciepło, bliskość, jej zapach, jej głos, to wszystko nie pozwalało mu odrzucić tej chwili. Było mu wstyd, wstyd przed samym sobą, że stracił wiarę - wiarę w to, że Eve wciąż żyła. Ponad jej ramieniem spoglądał na ciemności skryte pod koronami drzew pobliskiego lasu, jak gdyby ich nieznane i obce mroki miały przynieść przepowiednię chmurnej przyszłości, ściągnął jasną brew, zbierając siły - gdy cień na chwilę przysłonił jego radość, wkrótce umykając i robiąc miejsce tej samej szczerej radości wyrażonej uśmiechem. Chyba słabo im to szło, bardzo możliwe. Może nie zrobili wszystkiego, co mogli? Wierzył, że James zajrzał pod każdy jeden kamień w całej Anglii. Odnalazł spojrzeniem jej ciemne oczy, kiedy zacisnęła palce na jego dłoni, w jego oczach błyszczały silne emocje, obok iskier radości - wzruszenie, którego nie potrafił opanować. Zawsze czuł intensywnie.
- Jestem tu przypadkiem i akurat dzisiaj udało nam się na siebie trafić. Może wreszcie gwiazdy zaczęły nam wszystkim sprzyjać, Eve - Zrządzenie losu, czysty przypadek, nie bywał w Dolinie Godryka na tyle często, by odnaleźć ją tutaj tak po prostu. Fatalne zrządzenie losu odnalazło swój finał paralelnie szczęśliwym. - Jest dla ciebie dobra? - Stare wiedźmy bywały potwornymi zrzędami, a starzy ludzie w ogóle miewali przywary charakterów. Opieka nad sędziwymi nie należała do najprostszych zajęć, choć ani przez chwilę nie pomyślał, by takowa stanowiła dla niej wyzwanie. Po prostu, martwił się, a może w pędzie zbyt krótkiej chwili chciał dowiedzieć się o niej jak najwięcej, rozpaczliwie goniąc stracony czas. Minęło dużo czasu, dwa lata dla nich - były dość dużą częścią życia. - Co z twoja siostrą? Też tu jest? - dopytywał dalej, gdy z jej ust spłynęło dramatyczne wyznanie. Śladem taboru nikt nie podążał - bo nikt nie przetrwał, ci, którzy uciekli, chcieli zostawić ten koszmar za sobą. Jak ona. W spojrzeniu błysnęło zmartwienie, przenikliwy i silniejszy od wzruszenia smutek, którego jednak nie wyraził słowami. Czy wiedziała mniej niż James? Nie z nim powinna o tym rozmawiać, znał tylko relację, zbyt intymną, by samemu zdradzać szczegóły. - To już koniec - oznajmił krótko. - Jesteś w domu - Bo dom był przecież tam, gdzie byli tych, których kochała. Wędrowny tabór nie przywiązywał się do miejsc. Lada moment mógł ją zabrać do Jamesa.
- Co? - Jak to: nie? Dlaczego? Wpatrywał się w jej oczy nieprzerwanie, poszukując odpowiedzi na pytania, które tak samo jak one nigdy nie wybrzmiały. Niech się postara? Przecież się starał! - Czy ty... - Czy ty mówisz poważnie, Eve? - Jest wojna, Eve, w każdym momencie mogą się tu zjawić ludzie, którzy zniszczą to miejsce dokładnie tak, jak wasz tabór przed laty. Którzy będą szukać takich jak ty. - Nie próbował być delikatny. To nie był na to czas i miejsce, jeśli ją tak po prostu wypuści z rąk, jeśli pozwoli jej odejść, jeśli wydarzy się coś, co sprawi, że ona i James nie zdołają się już spotkać - przenigdy sobie tego nie wybaczy. Jego głos drżał, coraz silniej z każdą wypowiadaną sylabą. - Nie pozwól losowi znowu was rozdzielić - Bez słowa, to nawet nie byłaby decyzja. - Sheila - wypowiedział jej imię, szukając w niej ostatniej deski ratunku. - Wiem też, gdzie jest Sheila. Powiem Jamesowi, gdzie jesteś, przyjdzie po ciebie, kiedy się tylko dowie. Ale teraz - pozwól mi się zabrać do niej, chociaż na chwilę. Niech cię zobaczy, uściska... - Ona i James byli razem, ale o tym mówić jej teraz nie zamierzał. - Zanim znowu... - urwał w pół słowa, nie potrafił dokończyć tej myśli. Intensywne spojrzenie przybrało na determinacji, nigdy nie poddawał się łatwo.  - Ona cię potrzebuje. Nikogo więcej już nie ma - Została sama z bratem, oczywiście, że jej potrzebowała. Jej bliskości, rady, ciepła. No dalej, Eve. Jeśli nie dla Jamesa, zrób to chociaż dla niej, dla małej Sheili. Okłamywał ją, tylko trochę. Okłamywał, bo musiał i wierzył, że postępował słusznie, choć nie widział, czy mu to kiedykolwiek wybaczy - teraz o tym nie myślał. Teraz - najważniejsze było zabrać ją do rodziny.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

To wszystko zdawało się tak nierealne, tak bardzo oderwane od rzeczywistości. Gdyby wiedziała, że w Dolinie przyjdzie jej spotkać pierwszą bliską sercu duszę, pojawiłaby się tu już dawno. Kilka miesięcy temu, gdy desperacko potrzebowała, aby dwuletnia tułaczka po Anglii znów nabrała sensu, by postawiony dawno cel, znów pchał ją do przodu. Wtedy przyszło jej się rozczarować, lecz teraz cień nadziei odżył na nowo. Uśmiech wykrzywił jej usta, gdy spojrzenie przyjaciela spoczęło na niej.
- Przypadki kochają ludzi takich jak my.- stwierdziła pogodnie. Nie ważne, co stało za tym spotkaniem, czemu można było dziękować bez przerw. Istotne, że cokolwiek czuwało nad nią, postanowiło właśnie dziś i teraz spleść jej ścieżkę z Marcelem.- Mam nadzieję.- szepnęła, chociaż w ciemnych tęczówkach wyraźnie czaiło się pytanie, które pozostawiło niewypowiedziane. Nam. Powiedz to, powiedz, że naprawdę wiesz, gdzie jest Jimmy. Abstrakcja tej sytuacji uderzyła w nią ponownie, ale nie zastanawiała się nad tym bardziej. Skupiała całą swoją uwagę na blondynie stojącym przed nią.
Pokiwała powoli głową, a kąciki ust znów uniosły się, zdradzając emocje, jakie teraz odczuwała.- Jest bardzo dobra. Tylko dzięki niej nie poddałam się całkiem.- wyjaśniła. Kobieta, która przygarnęła ją pod swój dach, okazała się najlepszą osobą, jaką miała okazję spotkać od naprawdę długiego czasu. Była ciepłą i wyrozumiałą czarownicą, dając jej namiastkę domu oraz poczucia bezpieczeństwa. Prawie zapomniała, jak ważne to jest i nie była świadoma, jak bardzo jej tego brakuje, odkąd tabor przestał istnieć.- Prawie zwątpiłam, że w tym kraju można jeszcze spotkać dobrych czarodziejów.- dodała prawie szeptem. Nie trafiała na najlepsze osoby, dlatego rzadko kiedy zostawała w jednym miejscu na dłużej niż parę dni. W drodze czuła się bezpieczniej, w ciele sroki pozostawała niewidoczna i pozornie nie potrzebowała niczego więcej.
Kiedy padło pytanie o siostrę, uśmiech spełzł z jej twarzy, mimika zmieniła się zauważalnie. Pogodność stała się smutkiem.- Nie.- wypowiedziała cicho, spinając się odrobinę.- Po roku rozeszłyśmy się, Ja szukałam innych… She, Jamesa, nawet Thomasa.- brązowe tęczówki, zdawały się jeszcze ciemniejsze, gdy wypowiedziała ostatnie z imion, przypominając sobie o bracie swego męża.- Ona się poddała, postanowiła znaleźć własne miejsce i zapomnieć o wszystkim.- dodała zaraz, wzrokiem wędrując gdzieś w bok, by zdławić emocje. Nie wiedziała, co działo się z siostrą, lecz w duchu liczyła, że znalazła miejsce… gdzieś tam. Zasługiwała na to i miała duże szanse, aby swój upragniony cel osiągnąć.
Spojrzała na niego ponownie, gdy padło to ciche zapewnienie. Koniec. Naprawdę? Po dwóch latach? Odetchnęła cicho, chcąc mu uwierzyć. Spuściła delikatnie głowę, pozwalając sobie na chwilę zamknąć oczy, oswoić się z myślą, że nie musiała już wędrować dalej i spotykać się z kolejnymi rozczarowaniami.
Zadziałała impulsywnie, nieprzemyślane zaprzeczenie padło szybko, wyprzedzając rozsądek. Wiedziała, że musi wrócić do męża, stać się znów jego żoną, lecz dwa lata w pojedynkę odbiły się na niej. Poza tym nadal w myślach kotłowało się jedno. Nie mogła tak rzucić wszystkiego, po prostu nie mogła. Milczała, słuchając jego słów, nawet jeśli nie przebierał w nich jakoś wyjątkowo. Z drugiej strony, nie potrzebowała, aby obchodzono się z nią jak z jajkiem, nie była tak delikatna, jak kiedyś.
- Może i mogą, ale tak samo tutaj, jak i wszędzie indziej.- ten argument wyjątkowo nie trafiał do niej.- Jaką mam pewność, że nie będą szukać takich jak ja, tam, gdzie chcesz mnie zabrać? – spytała, nawet jeśli mogła domyślić się odpowiedzi. Chciała odmówić raz jeszcze, powtórzyć to, co powiedziała moment wcześniej, lecz argument, jaki niespodziewanie wypowiedział Marcel, uciszył ją.
- She…- szepnęła pod nosem. Nie pomyślała o niej, nie spodziewała, że i o niej wie przyjaciel.- Dobrze, pójdę.- nie mogła już zaprzeczyć, nawet spróbować odwrócić się, aby odejść.- Wszystko u niej w porządku? – spytała zaraz, nie mogąc się powstrzymać. Musiała wiedzieć, zanim zobaczy małą She.


Lepiej być w kajdanach z ukochanymi ludźmi,
niż cieszyć się wolnością w samotności

Eve Doe
Eve Doe
Zawód : Tancerka, złodziejka
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Nie wszystko złoto,
co sroka ukradnie
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
danse macabre
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe

Powrót do góry Go down

Uśmiechnął się; kąciki jego ust uniosły się w górę, gdy mówiła o przypadkach, głosem tak pogodnym, jak gdyby słyszał go na hogwarckich błoniach. Dwa lata jawiły mu się jak szmat czasu, dość długi, by stracić nadzieję, pogrzebać ją, nie pamięć o niej, nadzieję, że wciąż mogła się odnaleźć - żywa. Tym lepiej się czuł, kiedy słyszał, że Eve udało się natrafić na życzliwych ludzi. Kimkolwiek była kobieta, z którą związał ją los, jeśli pomogła jej przerwać - i on był jej wdzięczny za okazaną dobroć.
- Musiałaś krążyć nie tymi zaułkami, co trzeba - odparł, wciąż z trwających na ustach uśmiechem; musiała, bo wcześniej umknęła im: ale ta tułaczka miała wreszcie swój finał, musiała znaleźć się przy Jamesie, przy pozostałych. - Ale powiedz, że nic gorszego od tamtego dnia już cię potem nie spotkało - poprosił, z nadzieją dzwięczącą w głosie. Ile musiała przejść, ile przeszła, to wiedziała tylko ona, mógł się najwyżej domyślać. I chciał, naprawdę chciał się mylić. Z powagą,  w milczeniu, wysłuchał opowieści o jej siostrze - najważniejsze chyba, że była cała. Nawet, jeśli się rozeszły, zrobiły to świadomie wiedząc, że mogą się wzajemnie odnaleźć, czyż nie? Nie...? Smutek wydawał się niemal namacalny, gdy błyszczał w jej oczach, siostra Eve najwyraźniej pozostawiła za sobą żal, tęsknotę. - Myślisz, że nie odnalazła spokoju - zgadnął, wciąż lustrując jej twarz. - Macie kontakt? - Musiały mieć? Rok rozłąki to długo, ale cienie przeszłości mogły je poróżnić.
- Eve... - szepnął jej imię, z niedowierzaniem kręcąc głową. W źrenicach znów błysnęła determinacja, nie mógł jej na to pozwolić. Naprawdę nie robi ci to różnicy, czy zginiesz sama tutaj, czy tam - z rodziną? - Żadną - Nie mógł jej okłamywać, nie chciał. Nie wziąłby za to nigdy odpowiedzialności. Musiała podjąć tę decyzję świadomie, zdając sobie sprawę z ewentualnego zagrożenia. Ale musiała ją podjąć. - Ale masz całkowitą pewność, że będą tam ludzie, którzy zrobią wszystko, żeby cię ochronić, jeśli zajdzie taka konieczność. - On, James, pomogliby jej niezależnie od wszystkiego. - Jesteś w stanie znaleźć to tutaj? - Czy kobieta, u której mieszkała, była dla niej aż tak ważna? Czy ona - znaczyła dla niej aż tak wiele? Starsi ludzie woleli nie mieć kłopotów, wiedział o tym aż zbyt dobrze. Ale i ten problem - rozwiązać miała Sheila, jej wspomnienie wystarczyło, żeby zmieniła zdanie. Marcel nie zwlekał ani chwili, nie chcąc dać jej szansy na zmianę zdania.
- Do mnie - wypowiedział inkantację, wyciągając przed siebie dłoń; wsparta o fontannę opodal miotła poderwała się w górę i pomknęła, by zawisnąć w powietrzu przed nim. Uniósł ku niej spojrzenie. - Sama ci opowie - odpowiedział na zadane przez nią pytanie. - Miała dużo szczęścia - dodał po chwili, chcąc ją uspokoić. - Trafiła na życzliwych ludzi. Ale teraz - potrzebuje naszego wsparcia - zakończył, przerzucając nogę przez miotłę - i wyciągając dłoń w kierunku dziewczyny. - Nie traćmy czasu. Przywiozę cię tu z powrotem, jeśli będziesz chciała - obiecał, mając zamiar tę obietnicę spełnić - ale w duchu mając też nadzieję, że wcale go o to nie poprosi. Musiała ich po prostu zobaczyć, wszystkich. Zwłaszcza Jamesa.

zt x2 -> idziemy tutaj


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

17 grudnia

Tajemnica zaklęta w czarnym atramencie sączącym się z fontanny przez długi moment utrzymywała jej zaintrygowane spojrzenie. Ta woda, tak inna, tak enigmatyczna, tak niecodzienna, czy była tym wszystkim, co powiadały o niej legendy? Z ust okolicznych mieszkańców raz za razem ulatywały baśnie. Bliźniacza, rzekomo, do Fontanny Szczęśliwego Losu, opatrzona przez przeznaczenie leczniczymi właściwościami, odgrodzona jednocześnie od niepożądanych mugolskich wędrówek. Gdyby młodziutkiej Livii dokuczała choroba zdolna w jej organizmie przetrwać długimi latami, szlachcianka z pewnością odnalazłaby drogę do tego miejsca po to, by zaczerpnąć jego medycznego dobrodziejstwa, ale była przecież okazem zdrowia, piegowatym i szczęśliwym. Powód, dla którego nadciągała tu mniej więcej raz w tygodniu, był natomiast prozaicznie prosty. Na krawędzi fontanny często odnaleźć można było przeróżne gatunki ptaków. Przybywały do niej nawet w zimie, być może wspomagane w przetrwaniu cięższych do zniesienia temperatur za sprawą tutejszego napitku właśnie.
Służka Abbottówny, Poppy, rozłożyła dla swej pani koc na ziemi pokrytej warstewką pierwszego prawdziwego śniegu. Materiał był gruby i solidny, powinien poradzić sobie z podmokłym piaskowcem; przed oddaleniem się w stronę targowej części Doliny kobieta wręczyła jeszcze Livii parasol i przestrzegła, by ta nie pozwoliła sobie zmoknąć w porannym, delikatnym opadzie śnieżynek. Kasztanowłose dziewczątko skinęło głową w zrozumieniu i odprowadziło spojrzeniem Poppy, po czym powróciła nim do otaczającego ją ptactwa. Nie były to znikacze, ale to nic, były przecież podobnie piękne do zagrożonego gatunku rozwijającego się w obrębie rezerwatu.
Młódka wysunęła przed siebie opatuloną w rękawiczkę dłoń i zaprosiła nań jedną z ptaszyn, która z przyzwyczajenia pojawiła się nieopodal nadgarstka, nauczona obietnicą smakołyków. W zimowych miesiącach bardziej niż kiedykolwiek indziej Livia odczuwała potrzebę dokarmiania skrzydlatych mieszkańców Somerset.
- Mam tu dla was trochę świeżych nasion - mówiła melodyjnie, nieskrępowana, pozornie samotna w otoczeniu Fontanny Życia, wolną ręką sięgnąwszy do torebki pokrytej białym futrem, z której wyciągnęła zawiniątko z brązowego papieru. - Jesteście głodne? Chodźcie, nakarmię was wszystkie, niech to znów będzie nasza tajemnica. Idą święta - czy odwiedzicie mnie wtedy w Dunster Castle? - mówiła do ptaków, które rozumiały jej słowa, lecz nie odpowiadały słowem, a zwykłym, naturalnym sobie trelem.

| rzut na genetykę: 16+10, 26.
20-30: zwierzę rozumie, co się do niego mówi.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywne dzieci
Nieaktywne dzieci
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494

Powrót do góry Go down

Z ciemnych chmur roztoczonych nad Anglią tego dnia nie spadł deszcz, czy nie wyłonił się spośród nich mroczny znak. Płatki pierwszego śniegu nieśmiało opadały z nieba na ziemię tworząc na niej po dłuższym czasie biały dywan. Biel kojarzyła mu się z samymi dobrymi rzeczami: białym futerkiem kota sąsiadów, bielą prześcieradeł, które rozwieszał z mamą po praniu, z ubitym białkiem jajek z cukrem, z niewinnością i szczerością, a przynajmniej tak twierdziły kwiaty. No i śniegiem rzecz jasna. Zima była jego ulubioną porą roku. Nie dość, że była piękna, to i można było urządzać bitwy na śnieżki! No i święta! Wypieki, choinka, kolacja z całą rodziną przy stole. Z tym okresem wiązały się same dobre wspomnienia. Po śmierci mamy było... inaczej. Początkowo naprawdę ciężko, to mama była spoiwem trzymającym ich razem i wciąż była. Jej brak spowodował, że spędzali ze sobą teraz jeszcze więcej czasu, wojna była przyczyną dlaczego zamieszkali razem. To nie tak, że cieszył się z powodu tych dwóch rzeczy. Oczywiście, że nie! Ale ostatecznie chyba faktycznie nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Wracając od kuzyna ze Szczurzej Jamy nie mógł odpuścić sobie "zabłądzenia" jeszcze w kilka innych miejsc. Oazę opuszczał rzadko, więc jeśli już miał okazję gdzieś dalej zawędrować z chęcią ją wykorzystywał. Czasy były jakie były. Musiał uważać. Nie chodziło tu przecież tylko o jego bezpieczeństwo, ale całej jego rodziny, w szczególności poszukiwanego Billego, jak i Oazy. Młodzieńcza energia i wrodzona ciekawość sprawiały, że było to dla niego cięższe niż początkowo sądził. Dobrze, że Dolina wciąż była bezpiecznym miejscem. Gdy dowiedział się o istnieniu Fontanny namówił mamę, żeby tu przyszli, z nadzieją, że magiczna woda pomoże i jej. Nic takiego jednak się nie stało, najwidoczniej nawet magia nie była w stanie wyleczyć wszystkiego. Nie czuł urazu do tego miejsca jednak, już nie. Zmądrzał, przestał winić siebie, czy wszystkich wokoło z powodu tego co się stało. To nie była niczyja wina, po prostu los był czasem niesprawiedliwy.
W drodze co chwilę łapał płatki śniegu, które po chwili wtapiały się w materiał jego rękawiczki. Każda piękniejsza od poprzedniej. Słysząc, że nie jest sam podniósł wzrok do góry przysłuchując się przez chwilę rozmowie lady i jej towarzyszy. Nie był pewien czy mógł zakłócić tą chwilę, czy powinien jednak odejść. Ciekawość zwyciężyła, a i fakt, że była sama nieco go zaniepokoił. Somerset było bezpieczne, ale wciąż...
- Lady Abbott. - Przywitał się niezręcznie nie będąc do końca pewnym jak się do niej zwrócić. Z Nelką znali się dużo lepiej, więc no, już wiedział, a przynajmniej trochę. Zawiły jest ten suawiwr. - Też z nimi rozmawiasz? - Zapytał nieśmiało będąc jednak szczerze zaintrygowany. On też rozmawiał ze zwierzętami. Wierzył, że te potrafią go zrozumieć, choć on niestety nie był w stanie zrozumieć ich. Ale to nic, w końcu i tak się dogadywali.
Aidan Moore
Aidan Moore
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chaotic good
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9575-aidan-moore#291411 https://www.morsmordre.net/t9693-bazyl#294574 https://www.morsmordre.net/t9692-zabie-udko#294568 https://www.morsmordre.net/f181-oaza-skamielina https://www.morsmordre.net/t9923-skrytka-bankowa-nr-2197#299908 https://www.morsmordre.net/t9696-aidan-moore#294585

Powrót do góry Go down

Zaskoczona niezapowiedzianą obecnością nastoletnia pannica drgnęła lekko na swoim posłaniu, odwróciwszy głowę w kierunku nadchodzącego młodzieńca. Choć nie pamiętała jego imienia, była pewna, że twarz mignęła jej wielokrotnie podczas spacerów w Dolinie Godryka, a być może i w przeszłości mieli okazję zamienić ze sobą kilka uprzejmych słów - w jego oczach na próżno było doszukiwać się złej woli, ona przynajmniej jej nie dostrzegła. Na zarumienionej od wczesnozimowego chłodu twarzy zagościł więc przyjazny uśmiech, nie tak nieśmiały jak aura towarzysząca Aidanowi, a zwyczajnie serdeczny, przyzwyczajony do niezaplanowanych konwersacji. To właśnie zawdzięczała swojemu urodzeniu, tego uczono ją od maleńkości; Livia musiała umieć poruszać się odpowiednio w towarzystwie, czy to szlachetnie urodzonym, czy klasy niższej, jednak równie ważnej.
- Dzień dobry - przywitała się zatem miękko. Jeden z towarzyszących jej ptaków niecierpliwie wzbił się w powietrze i zatoczył koło nad dziewczyną, by potem ponownie osiąść na ziemi, w oczekiwaniu na obiecane ziarna; każdy z upierzonych przyjaciół zrozumiał bowiem jej słowa, a głód powoli sięgał zenitu. Tak w ptakach, jak i w ludziach. Wojna sprawiała przecież, że cierpieli niewinni, którym odebrano wszystko, w tym także pożywienie - i lady Abbott nie mogła nie myśleć o tym co chwila, gdy tak beztrosko przesiadywała na kocu, gotowa karmić uskrzydlonych kompanów. - Też? - powtórzyła po Moorze z ledwo wyczuwalnym zawahaniem w głosie. - Och, naturalnie! To bardzo mądre stworzenia. Wierne, jeśli zdobędzie się ich przyjaźń. Zechciałby pan potowarzyszyć mi w ukojeniu ich apetytu? Sama mogę nie dać rady - słowem i gestem zaprosiła czarodzieja bliżej, delikatnym ruchem dłoni wskazując na miejsce nieopodal; mógł się zbliżyć, jeśli tylko chciał, choć w otoczeniu nie posiadali przyzwoitki. Powinni - lecz Poppy nie wróciła jeszcze z targu, a przecież do tego czasu odwlekać odpowiedzi arystokratka nie mogła. - Proszę mi powiedzieć, czy dobrze pojmuję, że... Że pan także jest w stanie mówić do nich zrozumiale, a one - panu odpowiadać? - zapytała po chwili Livia, tym razem już wyraźnie bardziej nieśmiało, z pewnym zażenowaniem, zupełnie jakby odsłaniała przed młodzieńcem swój sekret, coś, czego lata temu przestała się wstydzić, mimo wspomnień wciąż nękających pamięć. Wspomnień złych, okrutnych.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywne dzieci
Nieaktywne dzieci
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494

Powrót do góry Go down

Wojna i list gończy za jego bratem sprawił, że Aidan stał się nieco ostrożniejszy jeśli chodziło o obcych. A przynajmniej tak chciałby myśleć, bo niestety już kilka razy pakował się w sytuacje, w które jeśli trafiłby na niewłaściwe osoby, mogłyby się skończyć dla niego źle. Wiedział bardzo dobrze, że podchodząc do wszystkiego w tak naiwny sposób prędzej czy później może się to dla niego skończyć marnie, ale sama świadomość nie za wiele mogła zmienić. Na szczęście lady Abbott nie była obcą. Nie znał jej dobrze, ale wiedział, że ani dziewczyna, ani jej rodzina nie miała złych zamiarów wobec mugolaków.
- Dzień dobry. - Odpowiedział z wykwitającym na ustach uśmiechem, które szybko zastąpiło zmartwienie. - Przepraszam jeśli cię, znaczy lady wystraszyłem. - Powiedział skruszony przecierając w geście zakłopotania tył karku. Dopiero teraz zorientował się jak mokre miał włosy, które zapewne zakręciły się bardziej niż zwykle od całej tej wilgoci. "Pan" - jeszcze chyba nikt go tak nie nazwał. Dziwnie to brzmiało. Był za młody na "pana", tym bardziej, że lady Abbott była mniej więcej w jego wieku, chyba nawet w tym samym co Nelka. Nie był do końca pewien.
Propozycje przyjął z wdzięcznością ponownie przywdziewając pogodną minę. Nie orientował się za bardzo w etykiecie i tych innych skomplikowanych rzeczach. W spotkaniach z Sheilą, czy Anne nikt im nie towarzyszył, z Nelką też nie zawsze. W Ottery tak, ale przecież nieraz wymykali się gdzieś tylko we dwoje. Nie widział w tym nic złego, w końcu jego intencje były czyste jak łza. - Biedaczyska znowu się nacierpią przez zimę. - Dlatego pomoc, tym którzy jej potrzebowali, była tak istotna. Zwierzęta, czy nie, ta zima będzie ciężka dla wielu. Jakby nigdy nic przysiadł obok młodszej dziewczyny, ostrożnie, nie chcąc narobić zbyt wielkiego zamieszania, aby nie odstraszyć mniejszych towarzyszy. - Mogę? - Zapytał dla pewności wskazując na ziarna. Był nieco speszony, niepewny tego, czy faktycznie powinien był w ogóle zakłócić czas rudowłosej dziewczyny. Może chciała pobyć sama? On też często zaszywał się gdzieś i otaczał się wyłącznie swoimi zwierzęcymi przyjaciółmi. Wtedy nie można było być samotnym, ale też nie trzeba było spędzać czasu z innymi ludźmi. Nie, że tego nie lubił, po prostu czasami było to przytłaczające.
Czy mówił do nich zrozumiale? Nooo, on czasem sam siebie nie rozumiał, ale domyślił się o co chodziło lady Abbott. - Niezupełnie, nie tak jak ty, znaczy lady. - Poprawił się szybko łapiąc się znów na tym samym błędzie. - Mówię do zwierząt, bo mam wrażenie, że są w stanie wiele zrozumieć, jak nie wszystko. To z nami jest problem, że nie potrafimy się z nimi porozumieć. Znaczy, ze mną, nie z lady. - Czuły tak jak ludzie, ból, smutek, przywiązanie, pewnie i miłość. Nawet jeśli nie rozumiały jego słów to zapewne wciąż były w stanie pojąć jego przesłanie, czy choćby intencje. - Dałbym wiele by móc porozmawiać sobie choćby z Bogartem. Wydaje się być dość gadatliwy, może ma dużo historii do opowiedzenia? - Oh! Jak dużo fascynujących historii muszą mieć przeróżne zwierzęta do opowiedzenia. Choćby właśnie ptaki, obawiał się jednak, że te mogły być świadkiem naprawdę wielu okropieństw.
Aidan Moore
Aidan Moore
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 17
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chaotic good
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9575-aidan-moore#291411 https://www.morsmordre.net/t9693-bazyl#294574 https://www.morsmordre.net/t9692-zabie-udko#294568 https://www.morsmordre.net/f181-oaza-skamielina https://www.morsmordre.net/t9923-skrytka-bankowa-nr-2197#299908 https://www.morsmordre.net/t9696-aidan-moore#294585

Powrót do góry Go down

Zagubienie w meandrach etykiety nie stanowiło już dla niej zdziwienia. Niemal codziennie przechadzała się uliczkami Doliny Godryka i wszelkich innych miasteczek Somerset, stykając się z ludźmi prostymi, rzec by można - nisko urodzonymi, choć określenie to nigdy nie przypadło jej do gustu. Było cierpkie, dziwne, wręcz niestosowne. Nie przeczyło jednak faktu, że dla owładniętych zupełnie inną codziennością ludzi podążanie za ścieżkami zachowania wytyczonego przez arystokrację nie było łatwe; Livia nauczyła się więc puszczać nietakt mimo uszu, pewna, że nie czaiła się za nim zła intencja, a jedynie niedoinformowanie. Upominała łagodnie, jeśli reakcje przekraczały granice dobrego smaku - lecz zazwyczaj czyniła to za nią Poppy, wiecznie na straży honoru swojej pani, którego nie pozwalała naruszyć ni jednemu nieodpowiedniemu słowu.
- Nikt w Somerset nie mógłby mnie wystraszyć, miły panie. Zbyt dużo tu dobrych ludzi, bym mogła się ich lękać - odpowiedziała przyjaźnie, z promiennym uśmiechem, sygnalizując jednocześnie, iż wierzyła w jego dobre intencje. Wedle przekonania dziewczęcia Dolina była najbezpieczniejszym miejscem na świecie, nie tylko dzięki patronatowi jej rodu roztaczanemu nad miejscowością, ale wszystkich jej mieszkańcom sumiennie pracującym na to, by zarówno czarodziejom, jak i mugolom żyło się tu spokojnie. Nie wiedziała jedynie, że Aidan w rzeczywistości nie zamieszkiwał tych okolic. Ale czy miało to znaczenie? Podchodził do niej z czystym sercem niezmąconym intrygą, dostrzegała to w jego oczach błękitnych jak wiosenne niebo. - Bardzo przepraszam, ale pamięć płata mi dziś figle - czy mógłby pan przypomnieć mi swoje imię? - spytała jeszcze bez skrępowania, ale z delikatnym rumieńcem wkradającym się na poliki. Livia sądziła, że jej obowiązkiem było poznanie mieszkańców Somerset personalnie - jego jednak nie kojarzyła zbyt dobrze; może nie powinna?
- Oczywiście, proszę - odparła pogodnie i przysunęła woreczek z ziarnami w stronę towarzyszącego jej młodzieńca, który rozgościł się także na pledzie, ku uldze dziewczynki w stosownej odległości. Dobre wychowanie nakazywało, by dotykać mógł jej jedynie krewny i w swym czasie również mąż, plotka natomiast mogła zaszkodzić godności panny, jaka niebawem znajdzie się na wydaniu, po osiągnięciu odpowiedniego wieku. - Każdy organizm musi przetrwać zimę, by móc radośniej cieszyć się tym, co po niej nastanie. Jak my. Myślę, że dzięki temu ptaki również są w stanie bardziej docenić wiosnę. Lód zamieni się w wodę, śnieg zniknie z traw, a w ziemi znów pojawią się insekty, wszystko przeżyje swoje odrodzenie - pogoda ich ducha także... - przyznała z nieco zażenowanym uśmiechem, niepoprawnie rozmarzona, odwróciwszy wzrok na otaczających ich uskrzydlonych przyjaciół, którzy chętnie zajęli się rozkradaniem ziaren oferowanych przez Moore'a. Może powinna mocniej przylgnąć do powagi, ale własną naturę oszukać było trudno, szczególnie jeśli w spoczywającym nieopodal czarodzieju dostrzegła pewne pokrewieństwo wrażliwości.
Odpowiedź Aidana sprawiła, że nastolatka zachichotała uprzejmie i kiwnęła głową, w pełni rozumiejąc jego trudności. Och, może nie tak do końca, dla niej przecież nie istniała granica porozumiewania się z ptactwem - jedynie z innymi stworzeniami. - A jednak niemowa w jakiś sposób zrozumie drugiego niemowę, prawda? Choćby za pomocą gestów - skontrowała miękko; nie powinien myśleć, że jego działania pozostawały niezauważone przez faunę, o wiele bardziej inteligentną, niż wielu mężów i dam byłoby w stanie ją o to posądzić. Po chwili także kasztanowe brwi uniosły się nieco wyżej, w niezrozumieniu, a melodia pytania rozbrzmiała prędko, nim opadła w niej ciekawość, - Och, a czym jest ten... Bogart?


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywne dzieci
Nieaktywne dzieci
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494

Powrót do góry Go down

18 lutego 1958
David & Aurora

Dolina Godryka była miejscem opatrzonym nieskazitelnym pięknem natury, która, zdawałoby się - koegzystowała w harmonii z magią krajobrazu dopełnionego dziełem ludzkiej kreatywności. Nie brakowało tu ludzi z pomysłem, dokładających cegiełkę do przyjaznego wizerunku ostoi proludzkiego społeczeństwa, którą niewątpliwie było to miejsce; wielu mieszkańców bowiem, dobrymi uczynkami, a niekiedy nawet cnotliwym bohaterstwem, niosło ulgę i morale towarzyszom niedoli, nadając tej lokacji osobliwego uroku i gościnności. Tą ostatnią, wespół z rzeczonym poświęceniem, odnalazł szczególnie na Wrzosowisku, którego rezydenci pozwolili mu poczuć się, jak we własnym domu. Tutaj jednak, w przeciwieństwie do pustego mieszkania, do którego nawykł wracać każdego wieczoru tylko po to, by zakończyć i powitać nowy dzień, liznął namiastki tego, co nazywa się rodziną. Sproutowie, nawet pomimo trudnego okresu, trzymali się razem, a ich dobrotliwość umilała czas spędzony na rekonwalescencji, którą rozpoczął przeszło dziewięć dni temu.
Przed kilkoma dniami, gdy poznał wielkoduszne dziewczę, które mimo własnych słabości ocaliło go przed śmiercią, nie spodziewał się, że zostanie w tym miejscu na dłużej. Za punkt honoru postawił sobie jednak pewien cel: cokolwiek trapiło tę kobietę, jeśli tylko był w mocy, zamierzał udzielić jej pomocnej dłoni. Wszystkie sygnały, choć skrzętnie ukrywane, nie umknęły uwadze spostrzegawczego mężczyzny świadomego, że za przygnębieniem kobiety musi stać coś więcej, niż choroba lub kiepski okres. Takie objawy zdradzały tragedię, którą w sobie dusiła i Merlinowi jednemu przypuszczać, przez co musiała przechodzić. Utwierdził się w przekonaniach, gdy rozpoczął nową, dzienną rutynę, doświadczając niezdrowych schematów w zachowaniu młodej Sproutówny, która jeszcze przed świtem - w środku najsroższej zimy stulecia - wybywała z domu tylko po to, by po powrocie wykonać najważniejsze obowiązki i zamknąć się w swoim pokoju, nie wydając zeń ni dźwięku. Musiała spotkać ją krzywda, której nie rozumieli nawet jej rodzice. Pan Sprout, zmartwiony stanem swojej córki, przy rozpalonym kominku z butelką taniego alkoholu, uzewnętrzniał swe obawy i troski, nie pozostawiając przed Davidem żadnych wątpliwości - Aurora potrzebowała kogoś, kto tym razem właśnie ją otoczy ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. Pamiętał jej słowa, wydawało mu się, całkiem szczere - kiedy wspominała, że jego obecność pomaga również jej. Właśnie dlatego zdecydował się zostać na jeszcze kilka, może kilkanaście dni, mimo zdecydowanej poprawy zdrowia. Zamierzał pomóc jej na mocy paktu zwanego przyjaźnią, która była lekarstwem na wiele traum.
Przez te kilka dni Aurora nie pozwalała mu opuścić Wrzosowiska. Przyszedł jednak dzień, kiedy poczuł się silniejszy, a wspierane eliksirami wzmacniającymi ramię powróciło do jeszcze niepełnego zdrowia. Organizm zwalczył już chorobę powstałą wynikiem odmrożeń; tu pomogły tradycyjne, domowe sposoby i odrobina magii. Zamierzał zrealizować daną obietnicę o pozostaniu w obecnym miejscu zamieszkania na nieco dłużej, w ten czas dokończyć rozpoczęte z ojcem kobiety prace remontowe, jednakże brak przedmiotów osobistych i własnej garderoby zaczął mu sprawiać dyskomfort. Nie mieszkał daleko, toteż dobrym pretekstem na wyciągnięcie czarodziejki z zamkniętych czterech ścian był wspólny spacer do jego domu i sprowadzenie przedmiotów użytku osobistego, ale i zaopatrzenia do spiżarni, z którego wszakże korzystał w gościnie. Nie był pewien, czy kobieta wyrazi chęć opuszczenia sfery komfortu, dlatego ubiegł ją z pomysłem, kiedy tylko gliniany garniec z obiadem stanął na ogniu, nim czmychnęła do swojego pokoju.
Spacerowali leśną ścieżką, a później ulicami Doliny Godryka w całkowitej ciszy. Do jego domu istniała krótsza droga, toteż nie bez powodu znaleźli się na skwerze pokrytym białym puchem, dostrzegając w centrum niewielkiego placu niewymowną Fontannę Życia, której magiczna, czarna ciecz - pomimo okrutnego mrozu - wciąż płynęła spokojnym strumykiem, robiąc na czarodzieju niezwykłe wrażenie. Spojrzał na kobietę, która zmierzała u jego boku, znając krążące wokół tego miejsca legendy pewnie lepiej, niżeli on sam; mieszkał tu wszakże niecały rok.
- Mówi się, że woda z tego strumienia pomaga zasklepić rany na duszy i ciele, wyzwolić z oków ciemiężycielskiej choroby lub przynieść tymczasową ulgę. - droga, która ciągnęła się od drugiego końca placu, prowadziła do jego domu, lecz zatrzymał się na chwilę, by nawiązać z kobietą dialog, wnieść do jej życia nieco kolorytu, przełamać milczącą rutynę, ocalić przed samotnością.
David Hargrave
David Hargrave
Zawód : konwojent, agent wywiadu MACUSA
Wiek : 40
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 31
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5 (17)
SPRAWNOŚĆ : 5 (54)
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t10580-david-hargrave?nid=2#321220 https://www.morsmordre.net/t10610-poczta-hargrave-a#321237 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/

Powrót do góry Go down

Do tej pory cieszyła ją każda pora roku. Nawet zimą potrafiła dostrzec drobne, małe szczęścia, które umknęły uwadze innych. Drobinki śniegu zatrzymujące się na wiecznie zielonych igłach wielkich choin. Skrzypienie puchu pod butami. Zapach i trzask drewna w rozpalonym przez ojca piecu, gdzie gwizdał już czajnik z wodą. Zimą wszystko pachniało chłodem, wpuszczanym do środka wraz z każdym otwarciem drzwi. Zwłaszcza okres świąt był Aurorze bliski sercu, ale ten już minął, zostawiając kolejnych 10 miesięcy oczekiwania. Problem jednak pojawił się pod koniec stycznia, gdy Aurora przestała widzieć szczęście. Czas do następnych świąt wydał jej się tak odległy, jakby miało minąć całe jej życie. Każdy dzień wydawał się niezmiernie ciężkim doświadczeniem, a zwłaszcza zanim pojawił się w jej domu David.
Zajmowanie się nim i jego ranami pomogło Aurorze zająć czymś myśli, a co za tym idzie, nie miała możliwości aż takiego skupiania się na własnych problemach. Może powinna na tym się skupić właśnie, żeby wreszcie, własną duszę być gotowa uleczyć? Pomagając innym. Czy nie do tego czuła się stworzona od tak dawna? Ona, jako istota na niewiele jest przydatna, ale z pewnością są gdzieś ludzie, nad którymi warto się pochylić. Nad którymi zastanowić się warto i pomóc pójść im dalej. To wszystko było dla innych. Ona mogła być jedynie pośrednikiem siły, sama nie mając jej w sobie wcale. Tylko zajęcia trzymały ją w jako takim porządku. Sprawiały, że miała po co wstawać z łóżka. Do tej pory były to jedynie mroźne poranne spacery, który miały za zadanie jednocześnie ożywić ją, jak i dać szansę na odejście z tego świata.
Ale teraz musiała wracać na Wrzosowisko, wciąż naiwnie licząc, że nikt nie zorientował się w tym, że umyka o świcie. Nie widziała pary oczu śledzących ją z okna gościnnej sypialni. Nie miała pojęcia, że jej własny ojciec nasłuchuje jej kroków, gdy przemykała korytarzem. I chociaż zapewne bał się tego, co się dzieje i dokąd to wymyka się pod osłoną nocy, to jednak chyba bardziej bał się, że któregoś poranka nie usłyszy tego skrzypu, a to znaczyło, że pośród mroku zimowej nocy musiało stać się coś złego.
Jakby nieco w hipokryzji, nie pozwalała Davidowi wychodzić za granicę domu. Ona była bowiem święcie przekonana o tym, że sobie nie poradzi. Już raz las wokół Doliny Godryka prawie go zagarnął. Dopóki nie odzyska, chociaż części sił, nie powinien kusić losu ponownie. Ale wiedziała równocześnie, czym jest tęsknota za domem i jak potrafi zmęczyć człowieka nieposiadanie niczego własnego. Dlatego właśnie, gdy zrozumiała, że na ten moment jego stan będzie już w miarę stabilny, pozwoliła mu wyjść z domu. Nie samemu rzecz jasna. Choroby bywały zdradliwe i w nowych warunkach często potrafiły dawać się we znaki w najmniej odpowiednim momencie, więc lepiej mieć go na oku. Ubrała się ciepło, opatuliła ciepłym wełnianym szalikiem po samą szyję, na to włożyła ciepły płaszcz i niewiele więcej poza parą niebieskich oczu było widać, bo na czoło naciągnęła czapkę. Marznąć mogła w samotności, jako sposób swoistego karania się, ale nie chciała, żeby inni widzieli co się z nią dzieje i nie daj boże, żałowali tego, co się z nią działo. Litości by nie zniosła. Dlatego chyba nawet lepiej, że nie wiedziała o tym, że jej towarzysz planuje poratować spiżarnie Sproutów. Czułaby się, jakby przyjmowała jałmużnę. A przecież nie prosiła o cokolwiek w zamian — nie chciała i postanowiła sobie to już dawno, że będzie pomagać innym w miarę całych swoich możliwości. A że teraz właśnie to pchało ją naprzód, to właśnie tę wolę do życia brała jakoby była zapłatą.
Teraz, idąc obok Davida, pomimo panującej pomiędzy nimi ciszy, nie czuła napięcia, czy przymusu odzywania się. Pomimo szczelnego opatulenia się, wciąż ulatywał z jej ust biały obłoczek pary, więc mróz stanowił idealną wymówkę od podtrzymywania rozmowy. To nie tak, że David był złym rozmówcą. Wręcz przeciwnie — był mężczyzną, jak się wydawało o szerokich zainteresowaniach, a ona w ostatnim czasie nie bardzo wiedziała, jak podtrzymać takie rozmowy. Zupełnie, jakby samo myślenie na temat interakcji międzyludzkich było strasznym wysiłkiem. A nie chciała przecież wyjść na zupełną ignorantkę w takich kwestiach. A w zasadzie w żadnych kwestiach.
Ale było w tym spacerze coś równie leczniczego, co wychodzenie z domu o świcie.
Ciężkie od mokrego śniegu gałęzie uginały się i z cichym szumem opadały, tworząc niewielkie zaspy u dołu pnia, od czasu do czasu płosząc jakiegoś ptasiego lokatora. Ale ogólnie panował wszędzie wokół spokój, którego oddziaływanie wpływało na pannę Sprout kojąco.
Dotarli na placyk, gdzie znajdowała się fontanna. Aurora wychowała się w Dolinie, znała więc każdy jego zakątek, każdą legendę, niemal każdy kamień — a przynajmniej kiedyś tak było. Upływający czas nie oszczędzał nie tylko ludzi, ale i pozwalał, by kruszały mury niektórych domów, butwiały ogrodzenia.
Wiedziała więc, o czym mówi David, ale nie powiązała tego ze sobą. Największy bowiem problem tkwił w tym, że ona nie widziała w sobie problemu.
- Pamiętam, jak w dzieciństwie zwykliśmy przychodzić tutaj, żeby obmywać sobie otarcia. Nie goiły się z miejsca, ale jakoś tak człowiek sobie z tym radził. Mniej bolało. - Powiedziała, wyściubiając nos zza warstw materiału. - Pierwsze napicie się było jak inicjacja. Nikomu nie mówiliśmy, jaki jest sposób, żeby zaczerpnąć wody. Każdy musiał dojść do tego sam. - Spojrzała na figurę z piaskowca. Nie było ptaków. I dla nich musiało być zdecydowanie za zimno.
- Chcesz spróbować odgadnąć, jak się z niej pije? - Wskazała lekkim gestem fontannę. Może był zbyt dorosły na takie zgadywanki? A może po prostu spieszyło mu się do domu. Niezależnie od powodów Aurora była gotowa zrozumieć odmowę. Wszak żadne z nich nie było już dzieckiem. A ona im wcześniej porzuci mrzonki, tym lepiej będzie dla wszystkich.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Fontanna Życia - Page 6 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488

Powrót do góry Go down

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Fontanna Życia

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach