Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Szarodrzewo z Nuneaton
AutorWiadomość
Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]17.07.17 1:50
First topic message reminder :

Szarodrzewo z Nuneaton

Szarodrzewo z głębi lasów pod Nuneaton to jedno z najstarszych magicznych drzew w Anglii, a może i całej Europy: ponoć zawsze, gdy zbliżali się do niego drwale lub myśliwi, jego gałęzie ożywały i straszyły mugoli, którzy chcieli się do niego dostać – w ten sposób przetrwało już ponad 1600 lat. Ma sześć metrów średnicy i jest wysoki na czterdzieści, a jego kora przypomina kolorem angielską szarugę. W dotyku wydaje się szorstka, a przyłożona do niej dłoń delikatnie piecze. Sękate gałęzie rozchodzą się na wszystkie strony, niepostrzeżenie zamieniając się ze sobą miejscami, kiedy wiatr delikatnie kołysze wiecznie zaschniętymi burymi liśćmi. Dawno temu angielscy druidzi wsłuchiwali się w ten szelest, odnajdując w jego dźwiękach odpowiedzi na dręczące ich problemy.
Dziś czarodziejska młodzież za test męskości uznaje wdrapanie się na jego szczyt, gdzie można ułamać jedyne kwitnące gałązki szarodrzewa - od dołu tego nie widać, lecz ponoć mają przepiękną, bladobłękitną barwę i płatki delikatniejsze od jedwabiu stanowiące niepowtarzalny okaz dla każdego zielarza. Zasuszone bywają składnikami perfum - słyną z wyrazistego zapachu, który każdemu czarodziejowi wydaje się inny, powiązany z jego ukrytymi pragnieniami i kojarzące się z najpiękniejszymi wspomnieniami.

k100: ST wspięcia się na szczyt wynosi 70, do rzutu dodaje się podwojoną statystykę zwinności lub sprawności.
Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]11.05.22 13:54
Głos czarownicy, wysoki, jakby zwracała się do niego jak do dziecka — chyba nie bolał, z całą pewnością nie bolał fizycznie, ale wydawało się, że nie ugodził dumy alchemika. Wyglądał na młodszego, niż wskazywała jego metryka, wiele osób zwracało się do niego protekcjonalnie, jeżeli poruszana tematyka wybiegała poza zakres jego kompetencji. W tej chwili był zupełnie rozkojarzony — chociaż po głębszym zastanowieniu się, wręcz przeciwnie — maksymalnie skupiony na wyłącznie jednej rzeczy. Bólu wżynających się w delikatną tkankę łańcuchów. Przyjął więc słowa czarownicy, prawie tak jakby grał z nią w tę dziwną grę, gdzie ona była jego nauczycielem, a on uczniem, przyjmując jej korektę jak coś, co zaraz się spełni.
Bo spełniło się. Błagał zaledwie kilkanaście — kilkadziesiąt? Może kilkaset? Sekund później.
Z trudem zmusił się do otworzenia zaciśniętych oczu. Z krańców jasnych rzęs strząsnął tym samym kilka łez — czy poleciały na buty dowódcy, a może wsiąknęły gdzieś obok — nie zwrócił uwagi. Starał się bowiem utrzymać choć chwilę cicho, lecz zadanie nie należało do prostych. Po pierwsze, nieustający, wręcz pogarszający się według jego spanikowanych zmysłów ból, wciąż unoszący się w powietrzu zapach spalonej skóry. Nie chciał wyginać się i rozglądać wokół, wyobraźnia podpowiadała mu zdecydowanie zbyt wiele — stróżki dymu uchodzące z palonych ran, cokolwiek co mogło stać się z Alfiem (przez dłuższy dla Castora czas był przerażająco zbyt cicho, czy zrobili mu już... Gorszą krzywdę?). Do zapachowych sensacji doszła jeszcze jedna i Castor dziękował, że póki co nie była to krew, a zapach... Rozkładu. Przeraźliwie ciężki i słodki. Zacisnął mocniej szczęki, zadrżał po raz kolejny, cały, a jasnoszare spojrzenie, zsunęło się na ułamki sekund na naszyjnik.
Czyste cięcie, coś ostrego, to nie robota przypadku.
I pośród profuzji kolorów, którymi mogła pokryć się jego twarz, wybrana została kolejna barwa.
Zsiniał. Wyraźnie próbując powstrzymać się od wymiotów.
Gdy dowódca zlecił sprawdzenie, czy Multoni istnieją w kartotekach, byłby odetchnął z ulgą, gdyby nie ciągłe walczenie z wymiotami. Aby nie oddychać nosem, musiał udrożnić usta, z trudem więc — w krótkim momencie triumfu, udało się, jeszcze trochę... — przełnął wszystko, co miał w ustach, by rozchylić spierzchnięte wargi, spróbować nabrać oddechu, który poza syczeniem skumulował się także w przeciągłym, choć zdecydowanie cichszym pisku. Znów mrugnął, a gdy otworzył oczy — nie odciągał ich od dowódcy, póki ten zostawał w jego zasięgu. To w nich, wobec wyrwania mu możliwości poruszania się, odbijał się cały strach, cała panika, blondyna, nawet gdy próbował robić wszystko, by przełykać łzy dalej.
Zwłaszcza, że o ile jego skradziona tożsamość mogła ochronić, o tyle ta Summersa wystawiła go na bezpośrednie zagrożenie.
Miliony scenariuszy, przede wszystkim godnych pożałowania, przemknęło mu przez umysł, gdy słuchał wersji, którą przedstawiał kucający mężczyzna. I nawet pomimo niewygodnej pozycji, pomimo tego, że nie chciał spuścić go z oka nawet na sekundę, reagował na jego słowa dość żywo — nie przerywając ich jednak. Kilkukrotnie kręcił głową na nie, szczególnie mocno, gdy podniesione zostało to, że nie zmartwili się kradzieżą. Przecież wersja herszta była równie daleka od prawdy co ta, którą przedstawiał Sprout! Musiał coś wymyślić.
Zniknięcie czarodzieja z pola widzenia spotkało się z napowietrzonym, pełnym bólu, ale też zaskoczenia jęknięciem.
Nie, nie, nie, zostań, skup się na mnie, zostaw go, on nic nie zrobił—
Nie trwało to jednak długo. Kilkukrotnie otwierał i zamykał spierzchnięte wargi, próbując dojść do słowa, ale nie dość, że rosły mężczyzna nie zostawiał do tego przestrzeni, jak na złość słowa nie przychodziły mu do głowy. Kroki wciąż odbijały się gdzieś wokół, smród nie chciał się ulotnić, nie wiedział już, czy lepkość, która przyklejała mu ubranie do ciała i włosy do czoła to pot, krew, czy łzy — zagrożenie dawno przestało nad nimi wisieć, teraz wgryzało się w gardło i to chyba ostatni moment na strącenie go, nim zaciśnie żelazne szczęki i pocznie wyrywać fragmenty żywej tkanki. Jedna po drugiej.
Wrzasnął. Nagła sensacja, dłoń we włosach, ale zupełnie inaczej niż robił to Hector, niż robiła to Finley, niż inni, którzy klepali go po głowie z zadowoleniem. Teraz dłoń zaciskała się mocno, boleśnie, zmuszając i tak wymęczone, dziwnie napięte—ale—bezwładne ciało do poddania się woli dowódcy. Nie szarpał się, ale pozwolił sobą szarpnąć. Siła wystarczyła chyba, by poruszył się w łańcuchach, by wrzask poszedł dalej, by pierwotny strach, tak nieprzystający do żywego, myślącego racjonalnie stworzenia, znów odbił się w jego oczach.
Przepraszam, mamo. Wiem, że obiecałem, że nie będę.
— T—to wszystko nie tak... — zaczął słabo, próbując wycisnąć choć trochę słów, spomiędzy zalewanego co rusz łzami gardła. To nawet lepiej, że płakał — wnętrze ust było przeraźliwie suche, gdyby nie to, pewnie zacząłby jeszcze żałośniej kaszleć i nic by z siebie nie wydusił. — Tylko ja mam dokumenty, bo Conrad... — pociągnął głośno nosem, walcząc z pokusą wyrwania włosów z uścisku, może odwrócenia się w kierunku Alfreda. — Ma odsiadkę w Tower do odbębnienia — wydusił z siebie wreszcie, na moment przymykając powieki, zupełnie zrezygnowany. Po raz kolejny wrzucał Alfreda na minę, ale jeżeli miał wybierać między życiem Summersa, a odsiadką... to nie Azkaban, stamtąd ludzie wychodzą. Thomas przecież był tam trzy razy i żył. Nienawidził kłamać, nienawidził wybierać większego lub mniejszego zła. Wolałby chyba stracić przytomność i by wszystko działo się bez jego udziału. Ale był odpowiedzialny. Chciał być odpowiedzialny. W odróżnieniu do Alfreda miał zaplecze. Ludzi, których można zawiadomić, gdy dzieje się coś złego. Zdolniejszych, o stokroć zdolniejszych od niego, którzy wpadliby na plan mądrzejszy, sprytniejszy, lepszy, niż jego głupie kłamstwa, stawiające nie jego, ale kogoś innego w niebezpieczeństwie. Ale przy odrobinie szczęścia, gdy i jeżeli złoczyńcy puszczą go wolno, zdziała więcej niż Alfred w pojedynkę. Jeszcze nic straconego.
— Jeszcze za czasów Longbottoma, psidwaczy syn — gorące przeprosiny pod adresem pana Ministra wybiły się przez moment na przód świadomości. Chyba zawsze będzie się wstydził spojrzeć mu w oczy. — Ukradł trochę biżuterii ze sklepu na Pokątnej — słyszał kiedyś od pana Blythe, że ktoś faktycznie próbował włamać się mu do sklepu, ale nie pamiętał, czy była to tylko pogadanka o zamykaniu drzwi, czy faktyczna kradzież. — Ja się wtedy uczyłem, matka już chorowała. Musieli mieć za co kupić leki. Jak skoń...skończyłem szkołę, pojechałem do Londynu, zarejestrowałem różdżkę, ale tam sprawdzają bardzo i... — pod koniec zdania głos mu się załamał, zagoniony w kozi róg, stanął zupełnie pod ścianą. Szloch, ciężki i głośny, rozdarł jego klatkę piersiową, nie miał innego wyjścia. — Chciałem, żeby—yśmy pojechali tam razem, w tym tygodniu. Ja... Mia—ałem... Miałem... Zgło—osić to o swoich doku—umentach... A on wre—eszcie się zareje—estrować... — światło dotychczas tlące się w jego oczach zgasło zupełnie. — Ale nie wy—yszło... Ra—az... Chciałem mu po—omóc... On się zajmo—o—ował mamą... Sam... To chciałem wreszcie co—oś zrobić... — żal po stracie własnej matki wcisnął się w jego podświadomość, znajomy tak, jak tylko znajome mogą być wspomnienia i emocje. Choć ostatnie zdania wypowiadał szeptem, rosnąca niemoc potrzebowała ujścia.
— Zerwać ten durny kwiat z góry, zrobić eliksir... Ale już wszystko na nic! — i sam próbował odchylić głowę do tyłu, jeszcze dalej niż to, co zaoferował mu dowódca bandy. Kogo miał teraz przed sobą? Zapłakanego, cierpiącego młodzieńca ledwo składającego słowa, wciąż niepogodzonego z tym, jak prosty, prawie rutynowy wypad do lasu przerodził się w walkę... może już nawet nie o życie lub śmierć, ale o godne odejście.
Alfie też mówił. Claverdon — musiał zapamiętać, na wszelki wypadek, na wypadek cudu, jeżeli puszczą go w miarę wolno — naprawdę tam są mugole? Alfred...


słońce nadal jest tuż nad głową, deszcz dotyka jeszcze mnie. wiatr odbija się mi o dłonie, noc pozwala zbliżyć się. jeszcze mamy odwagę, siłę i oddechu starczy nam. Niebo wisi wciąż tuż nad głową, jeszcze mamy czas.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
muszę to przespać
p r z e c z e k a ć
przeczekać trzeba mi
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]14.05.22 15:42
Zacisnął mocniej szczękę. Jedynie strzępki zdrowego rozsądku sprawiły, że nie szarpnął się w stronę Castora, kiedy nasączony cierpieniem krzyk rozdarł gęstą ciszę w puszczy. Chociaż oczy dalej nie widziały, skacząc między losowo wybieranymi punktami, to zajaśniały złością.
Nie był do końca pewien, czy słyszał to, co mówił herszt tej groteskowej bandy. Jedyne dźwięki wybijające się wśród szmeru to te wydawane przez Castora - szczególnie gdy czarodziej wspomniał o rzekomym podobieństwie; od razu niczym za pomocą zaklęcia, z zakurzonych wspomnień wyłonił się obraz małego chłopca, trzymanego przez Alfreda w ramionach tak ciasno, jakby bał się, że małe zawiniątko wyślizgnie się z jego objęć. Przecież Ollie miałby dokładnie tyle samo lat i gdyby znalazł się w podobnym położeniu co teraz oni to chciałby, żeby też ktoś zajął się jego małym braciszkiem.
Jakiekolwiek słowa jednak uwięzły mu w gardle, zastąpione niekontrolowanym, krótkim krzykiem. Nie, rykiem, jakby ten wcześniej powstrzymywany przez zaciśnięte gardło również skorzystał z okazji i wydarł się na powierzchnię. Palący ból z okolic nadszarpniętego stawu skutecznie odwrócił jego uwagę od uderzonego kolana. Gruchnął kolanami na leśną ściółkę, czuł jak ból wypełnia jego usta charakterystycznym smakiem, którego chciał się pozbyć. Bardziej nerwowo zaczął mrugać, jakby chcąc zetrzeć z oczu spowijającą go ciemność. Odruchowo próbował się wyszarpnąć z uścisku, w pierwszych ułamkach sekund. Było to jednak bezcelowe - co innego, gdyby nie mieli tu różdżek, gdyby magia przestała działać. Albo gdyby coś zadziałało na ich korzyść.
- Wiecie jak było za Longbottoma - rzucił przez zaciśnięte zęby z trudem panując nad brzmieniem własnego głosu, nad drżeniem, które dyktował wciąż pulsujący w ciele ból. Jakby na potwierdzenie parszywości rządów Harolda, splunął na leśną ściółkę w rzeczywistości chcąc jedynie pozbyć się tego metalicznego smaku z ust.
Teraz naprawdę tęsknił za tym paskudnym jeleniem.
Pokręcił głową.
- Puśćcie młodego teraz, przecież jest tak zesrany, że i tak nic nie zrobi, to powiem wam gdzie dokładnie - próbował grać kartą, której tak naprawdę nie miał To jak siadać do pokera wiedząc, że tak naprawdę nic nie miał w rękawie. - Martwi się na nic wam nie zdamy, a tak jeszcze dalej możemy się rozejść w zgodzie i będzie coś z tego mieli - dodał jeszcze. Być może trochę przeciągał strunę, ale nie mieli wiele do stracenia. Obsesyjnie myślał o tym, żeby wyrwać stąd Castora. Przecież to jeszcze dzieciak - miał całe życie przed sobą.
Nie - nie godził się na to. Zbyt wiele razy był świadkiem jak młodzi chłopcy oddawali życie, poświęcali swoje marzenia w imię czego? W imię idei wielkich panów ukrytych za kotarami tajemnicy. - A tak? Nie dość, że przelejecie czarodziejską krew to jeszcze nie znajdziecie mugoli, chowających się wam pod nosem - wciąż zaciskał zęby, powstrzymując się, aby nie wychylić się trochę do przodu. Przecież czuł paskudny oddech tej wiedźmy, otulający się wokół niego niczym sidła.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : 14
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]Wczoraj o 0:50
Składanie w całość zdań i myśli przychodziło Castorowi z coraz większym trudem – ból poparzonej skóry stawał się silniejszy, niemożliwy do zignorowania, uniemożliwiający skupienie się na wymyśleniu logicznego ciągu zdarzeń – choć w pewnym momencie, gdzieś pomiędzy jednym a drugim drżącym wdechem, młodzieniec poczuł, jak zaciskający się na jego ciele łańcuch staje się luźniejszy. Gorące ogniwa opadły na ziemię, nie uderzyły w nią jednak – znikając w połowie drogi, rozpraszając się w powietrzu, pozostawiając po sobie uczucie zdrętwienia i rwącego pieczenia w miejscach, których wcześniej dotknęła czarna magia. Ból zelżał – ale nieznacznie, Castor wyraźnie potrzebował pomocy uzdrowiciela, a długie przebywanie głową w dół sprawiało, że ogarniające go mdłości narastały z każdą chwilą. – Psidwacza mać, prawie się wzruszyłem – odezwał się dowódca bandy, gdy młodzieniec skończył opowiadać swoją historię; czy mu uwierzył, czy nie – niełatwo było stwierdzić, w jego głosie było słychać przede wszystkim drwinę. – Wzruszyłeś się, Leith? – zapytał, robiąc krok do tyłu i zwracając się do tego samego czarodzieja, któremu wcześniej polecił potwierdzenie tożsamości podanej przez Castora.
Cud, na który czekał Alfred, póki co nie nadchodził – nic nie zwiastowało też, by ktokolwiek lub cokolwiek miało ruszyć wam na ratunek, a gdy kolejne słowa Summersa rozległy się w wypełnionym zapachem spalenizny powietrzu, herszt ruszył w jego kierunku – zatrzymując się tuż przed klęczącym mężczyzną. Alfred nie mógł go zobaczyć, czarna zasłona zalepiająca oczy nie rzedła, słyszał go jednak – i czuł, towarzyszący mu smród rozkładu był niemożliwy do przeoczenia. – Nawet cię lubię Connor, ale twojemu bratu chyba coś się popierdoliło – warknął, spluwając na ziemię. – Myślisz, że to ty stawiasz nam warunki? Za martwych też nam całkiem nieźle zapłacą, jest popyt na szlamy i zdrajców krwi. Nie mówiąc już o zbiegach i buntownikach – powiedział; mogliście być niemal pewni, że mówił poważnie. – Zrobimy tak – kontynuował; usłyszeliście świst różdżki, po czym siła przytrzymująca Castora w powietrzu zniknęła bez zapowiedzi – a sam Castor runął w dół, upadając na twardą ziemię. Zmęczone i zdrętwiałe kończyny się poddały, młodzieniec opadł bezwładnie, łutem szczęścia chroniąc przed rozbiciem głowę, ale całym ciężarem ciała spadając na lewy bark – w którym coś chrupnęło nieprzyjemnie, a następnie wzdłuż ramienia i łopatki rozlała się fala gorącego bólu. Nim zdążyłby się dźwignąć, ktoś zrobił to za niego – łapiąc go pod ramię i silnym szarpnięciem podnosząc na kolana, ale nie puszczając, pozwalając jednak na rozejrzenie się dookoła – po raz pierwszy od dłuższego czasu. Jeśli zdecydował się na to, po swojej lewej stronie mógł dostrzec Alfreda – przytrzymywanego przez dwóch ubranych w ciemne szmaty mężczyzn; trzeci przytrzymywał jego, a zarówno kobieta, jak i przywódca, stali przed nimi. Ostatni, szósty z mężczyzn, musiał znajdować się za waszymi plecami, bo nigdzie nie było go widać. Różdżka wypadła Castorowi z ręki w trakcie upadku, leżała jednak na ziemi tuż obok niego – był w stanie po nią sięgnąć.
Herszt bandy potrzebował jednego długiego kroku, żeby znaleźć się z powrotem przy nim, drugiego – żeby przykucnąć, jedno kolano opierając o ziemię, a drugie wysuwając do przodu; silnym ruchem ręki ścisnął lewy nadgarstek Castora, po czym pociągnął jego ramię w swoją stronę, żeby oprzeć je na własnej nodze; ręka, już i tak pulsująca bólem promieniującym od stłuczonego barku, wygięła się pod nienaturalnym kątem, przytrzymywana w tej pozycji przez dowódcę. W drugiej dłoni herszta błysnął nóż – Castor widział go wyraźnie, zakrzywione ostrze, błysk stali – i jej zimny dotyk, gdy cienka krawędź spoczęła na jego rozłożonych szeroko palcach, wciąż unieruchamianych przez potężnego mężczyznę. – Powiesz nam wszystko, co wiesz – kontynuował po krótkiej przerwie, odwracając się w stronę Alfredaa młody wyjdzie stąd żywy, zostawię sobie po nim tylko drobną pamiątkę. Albo – uśmiechnął się paskudnie, odsłaniając rząd żółtych zębów – możesz pyskować dalej, a braciszek wróci do mamy na jednej nodze. To jak będzie?

mistrz gry (ponownie) przeprasza za poślizg, zatrzymały go problemy prywatne - w ramach rekompensaty obaj otrzymujecie +20 do każdego rzutu k100 wykonanego w tej turze

Aktywne zaklęcia i eliksiry:
Levicorpus (Castor) - 3/3 tury

Żywotność i minus do kości:
Castor - 112/172 (-15) (30 - poparzenia tułowia; 15 - psychiczne; 15 - tłuczone)
Alfred - 208/235 (-5) (dodatkowe -10 dla czynności wymagających użycia prawej ręki) (27 - wyłamanie kości ze stawu łokciowego prawej ręki, oślepienie - 3/3 tury)

Energia magiczna:
Castor: 40/50
Alfred: 37/50
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Szarodrzewo z Nuneaton
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach