Wydarzenia


Ekipa forum
Szarodrzewo z Nuneaton
AutorWiadomość
Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]17.07.17 1:50
First topic message reminder :

Szarodrzewo z Nuneaton

Szarodrzewo z głębi lasów pod Nuneaton to jedno z najstarszych magicznych drzew w Anglii, a może i całej Europy: ponoć zawsze, gdy zbliżali się do niego drwale lub myśliwi, jego gałęzie ożywały i straszyły mugoli, którzy chcieli się do niego dostać – w ten sposób przetrwało już ponad 1600 lat. Ma sześć metrów średnicy i jest wysoki na czterdzieści, a jego kora przypomina kolorem angielską szarugę. W dotyku wydaje się szorstka, a przyłożona do niej dłoń delikatnie piecze. Sękate gałęzie rozchodzą się na wszystkie strony, niepostrzeżenie zamieniając się ze sobą miejscami, kiedy wiatr delikatnie kołysze wiecznie zaschniętymi burymi liśćmi. Dawno temu angielscy druidzi wsłuchiwali się w ten szelest, odnajdując w jego dźwiękach odpowiedzi na dręczące ich problemy.
Dziś czarodziejska młodzież za test męskości uznaje wdrapanie się na jego szczyt, gdzie można ułamać jedyne kwitnące gałązki szarodrzewa - od dołu tego nie widać, lecz ponoć mają przepiękną, bladobłękitną barwę i płatki delikatniejsze od jedwabiu stanowiące niepowtarzalny okaz dla każdego zielarza. Zasuszone bywają składnikami perfum - słyną z wyrazistego zapachu, który każdemu czarodziejowi wydaje się inny, powiązany z jego ukrytymi pragnieniami i kojarzące się z najpiękniejszymi wspomnieniami.

k100: ST wspięcia się na szczyt wynosi 70, do rzutu dodaje się podwojoną statystykę zwinności lub sprawności.
Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]11.05.22 13:54
Głos czarownicy, wysoki, jakby zwracała się do niego jak do dziecka — chyba nie bolał, z całą pewnością nie bolał fizycznie, ale wydawało się, że nie ugodził dumy alchemika. Wyglądał na młodszego, niż wskazywała jego metryka, wiele osób zwracało się do niego protekcjonalnie, jeżeli poruszana tematyka wybiegała poza zakres jego kompetencji. W tej chwili był zupełnie rozkojarzony — chociaż po głębszym zastanowieniu się, wręcz przeciwnie — maksymalnie skupiony na wyłącznie jednej rzeczy. Bólu wżynających się w delikatną tkankę łańcuchów. Przyjął więc słowa czarownicy, prawie tak jakby grał z nią w tę dziwną grę, gdzie ona była jego nauczycielem, a on uczniem, przyjmując jej korektę jak coś, co zaraz się spełni.
Bo spełniło się. Błagał zaledwie kilkanaście — kilkadziesiąt? Może kilkaset? Sekund później.
Z trudem zmusił się do otworzenia zaciśniętych oczu. Z krańców jasnych rzęs strząsnął tym samym kilka łez — czy poleciały na buty dowódcy, a może wsiąknęły gdzieś obok — nie zwrócił uwagi. Starał się bowiem utrzymać choć chwilę cicho, lecz zadanie nie należało do prostych. Po pierwsze, nieustający, wręcz pogarszający się według jego spanikowanych zmysłów ból, wciąż unoszący się w powietrzu zapach spalonej skóry. Nie chciał wyginać się i rozglądać wokół, wyobraźnia podpowiadała mu zdecydowanie zbyt wiele — stróżki dymu uchodzące z palonych ran, cokolwiek co mogło stać się z Alfiem (przez dłuższy dla Castora czas był przerażająco zbyt cicho, czy zrobili mu już... Gorszą krzywdę?). Do zapachowych sensacji doszła jeszcze jedna i Castor dziękował, że póki co nie była to krew, a zapach... Rozkładu. Przeraźliwie ciężki i słodki. Zacisnął mocniej szczęki, zadrżał po raz kolejny, cały, a jasnoszare spojrzenie, zsunęło się na ułamki sekund na naszyjnik.
Czyste cięcie, coś ostrego, to nie robota przypadku.
I pośród profuzji kolorów, którymi mogła pokryć się jego twarz, wybrana została kolejna barwa.
Zsiniał. Wyraźnie próbując powstrzymać się od wymiotów.
Gdy dowódca zlecił sprawdzenie, czy Multoni istnieją w kartotekach, byłby odetchnął z ulgą, gdyby nie ciągłe walczenie z wymiotami. Aby nie oddychać nosem, musiał udrożnić usta, z trudem więc — w krótkim momencie triumfu, udało się, jeszcze trochę... — przełnął wszystko, co miał w ustach, by rozchylić spierzchnięte wargi, spróbować nabrać oddechu, który poza syczeniem skumulował się także w przeciągłym, choć zdecydowanie cichszym pisku. Znów mrugnął, a gdy otworzył oczy — nie odciągał ich od dowódcy, póki ten zostawał w jego zasięgu. To w nich, wobec wyrwania mu możliwości poruszania się, odbijał się cały strach, cała panika, blondyna, nawet gdy próbował robić wszystko, by przełykać łzy dalej.
Zwłaszcza, że o ile jego skradziona tożsamość mogła ochronić, o tyle ta Summersa wystawiła go na bezpośrednie zagrożenie.
Miliony scenariuszy, przede wszystkim godnych pożałowania, przemknęło mu przez umysł, gdy słuchał wersji, którą przedstawiał kucający mężczyzna. I nawet pomimo niewygodnej pozycji, pomimo tego, że nie chciał spuścić go z oka nawet na sekundę, reagował na jego słowa dość żywo — nie przerywając ich jednak. Kilkukrotnie kręcił głową na nie, szczególnie mocno, gdy podniesione zostało to, że nie zmartwili się kradzieżą. Przecież wersja herszta była równie daleka od prawdy co ta, którą przedstawiał Sprout! Musiał coś wymyślić.
Zniknięcie czarodzieja z pola widzenia spotkało się z napowietrzonym, pełnym bólu, ale też zaskoczenia jęknięciem.
Nie, nie, nie, zostań, skup się na mnie, zostaw go, on nic nie zrobił—
Nie trwało to jednak długo. Kilkukrotnie otwierał i zamykał spierzchnięte wargi, próbując dojść do słowa, ale nie dość, że rosły mężczyzna nie zostawiał do tego przestrzeni, jak na złość słowa nie przychodziły mu do głowy. Kroki wciąż odbijały się gdzieś wokół, smród nie chciał się ulotnić, nie wiedział już, czy lepkość, która przyklejała mu ubranie do ciała i włosy do czoła to pot, krew, czy łzy — zagrożenie dawno przestało nad nimi wisieć, teraz wgryzało się w gardło i to chyba ostatni moment na strącenie go, nim zaciśnie żelazne szczęki i pocznie wyrywać fragmenty żywej tkanki. Jedna po drugiej.
Wrzasnął. Nagła sensacja, dłoń we włosach, ale zupełnie inaczej niż robił to Hector, niż robiła to Finley, niż inni, którzy klepali go po głowie z zadowoleniem. Teraz dłoń zaciskała się mocno, boleśnie, zmuszając i tak wymęczone, dziwnie napięte—ale—bezwładne ciało do poddania się woli dowódcy. Nie szarpał się, ale pozwolił sobą szarpnąć. Siła wystarczyła chyba, by poruszył się w łańcuchach, by wrzask poszedł dalej, by pierwotny strach, tak nieprzystający do żywego, myślącego racjonalnie stworzenia, znów odbił się w jego oczach.
Przepraszam, mamo. Wiem, że obiecałem, że nie będę.
— T—to wszystko nie tak... — zaczął słabo, próbując wycisnąć choć trochę słów, spomiędzy zalewanego co rusz łzami gardła. To nawet lepiej, że płakał — wnętrze ust było przeraźliwie suche, gdyby nie to, pewnie zacząłby jeszcze żałośniej kaszleć i nic by z siebie nie wydusił. — Tylko ja mam dokumenty, bo Conrad... — pociągnął głośno nosem, walcząc z pokusą wyrwania włosów z uścisku, może odwrócenia się w kierunku Alfreda. — Ma odsiadkę w Tower do odbębnienia — wydusił z siebie wreszcie, na moment przymykając powieki, zupełnie zrezygnowany. Po raz kolejny wrzucał Alfreda na minę, ale jeżeli miał wybierać między życiem Summersa, a odsiadką... to nie Azkaban, stamtąd ludzie wychodzą. Thomas przecież był tam trzy razy i żył. Nienawidził kłamać, nienawidził wybierać większego lub mniejszego zła. Wolałby chyba stracić przytomność i by wszystko działo się bez jego udziału. Ale był odpowiedzialny. Chciał być odpowiedzialny. W odróżnieniu do Alfreda miał zaplecze. Ludzi, których można zawiadomić, gdy dzieje się coś złego. Zdolniejszych, o stokroć zdolniejszych od niego, którzy wpadliby na plan mądrzejszy, sprytniejszy, lepszy, niż jego głupie kłamstwa, stawiające nie jego, ale kogoś innego w niebezpieczeństwie. Ale przy odrobinie szczęścia, gdy i jeżeli złoczyńcy puszczą go wolno, zdziała więcej niż Alfred w pojedynkę. Jeszcze nic straconego.
— Jeszcze za czasów Longbottoma, psidwaczy syn — gorące przeprosiny pod adresem pana Ministra wybiły się przez moment na przód świadomości. Chyba zawsze będzie się wstydził spojrzeć mu w oczy. — Ukradł trochę biżuterii ze sklepu na Pokątnej — słyszał kiedyś od pana Blythe, że ktoś faktycznie próbował włamać się mu do sklepu, ale nie pamiętał, czy była to tylko pogadanka o zamykaniu drzwi, czy faktyczna kradzież. — Ja się wtedy uczyłem, matka już chorowała. Musieli mieć za co kupić leki. Jak skoń...skończyłem szkołę, pojechałem do Londynu, zarejestrowałem różdżkę, ale tam sprawdzają bardzo i... — pod koniec zdania głos mu się załamał, zagoniony w kozi róg, stanął zupełnie pod ścianą. Szloch, ciężki i głośny, rozdarł jego klatkę piersiową, nie miał innego wyjścia. — Chciałem, żeby—yśmy pojechali tam razem, w tym tygodniu. Ja... Mia—ałem... Miałem... Zgło—osić to o swoich doku—umentach... A on wre—eszcie się zareje—estrować... — światło dotychczas tlące się w jego oczach zgasło zupełnie. — Ale nie wy—yszło... Ra—az... Chciałem mu po—omóc... On się zajmo—o—ował mamą... Sam... To chciałem wreszcie co—oś zrobić... — żal po stracie własnej matki wcisnął się w jego podświadomość, znajomy tak, jak tylko znajome mogą być wspomnienia i emocje. Choć ostatnie zdania wypowiadał szeptem, rosnąca niemoc potrzebowała ujścia.
— Zerwać ten durny kwiat z góry, zrobić eliksir... Ale już wszystko na nic! — i sam próbował odchylić głowę do tyłu, jeszcze dalej niż to, co zaoferował mu dowódca bandy. Kogo miał teraz przed sobą? Zapłakanego, cierpiącego młodzieńca ledwo składającego słowa, wciąż niepogodzonego z tym, jak prosty, prawie rutynowy wypad do lasu przerodził się w walkę... może już nawet nie o życie lub śmierć, ale o godne odejście.
Alfie też mówił. Claverdon — musiał zapamiętać, na wszelki wypadek, na wypadek cudu, jeżeli puszczą go w miarę wolno — naprawdę tam są mugole? Alfred...


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]14.05.22 15:42
Zacisnął mocniej szczękę. Jedynie strzępki zdrowego rozsądku sprawiły, że nie szarpnął się w stronę Castora, kiedy nasączony cierpieniem krzyk rozdarł gęstą ciszę w puszczy. Chociaż oczy dalej nie widziały, skacząc między losowo wybieranymi punktami, to zajaśniały złością.
Nie był do końca pewien, czy słyszał to, co mówił herszt tej groteskowej bandy. Jedyne dźwięki wybijające się wśród szmeru to te wydawane przez Castora - szczególnie gdy czarodziej wspomniał o rzekomym podobieństwie; od razu niczym za pomocą zaklęcia, z zakurzonych wspomnień wyłonił się obraz małego chłopca, trzymanego przez Alfreda w ramionach tak ciasno, jakby bał się, że małe zawiniątko wyślizgnie się z jego objęć. Przecież Ollie miałby dokładnie tyle samo lat i gdyby znalazł się w podobnym położeniu co teraz oni to chciałby, żeby też ktoś zajął się jego małym braciszkiem.
Jakiekolwiek słowa jednak uwięzły mu w gardle, zastąpione niekontrolowanym, krótkim krzykiem. Nie, rykiem, jakby ten wcześniej powstrzymywany przez zaciśnięte gardło również skorzystał z okazji i wydarł się na powierzchnię. Palący ból z okolic nadszarpniętego stawu skutecznie odwrócił jego uwagę od uderzonego kolana. Gruchnął kolanami na leśną ściółkę, czuł jak ból wypełnia jego usta charakterystycznym smakiem, którego chciał się pozbyć. Bardziej nerwowo zaczął mrugać, jakby chcąc zetrzeć z oczu spowijającą go ciemność. Odruchowo próbował się wyszarpnąć z uścisku, w pierwszych ułamkach sekund. Było to jednak bezcelowe - co innego, gdyby nie mieli tu różdżek, gdyby magia przestała działać. Albo gdyby coś zadziałało na ich korzyść.
- Wiecie jak było za Longbottoma - rzucił przez zaciśnięte zęby z trudem panując nad brzmieniem własnego głosu, nad drżeniem, które dyktował wciąż pulsujący w ciele ból. Jakby na potwierdzenie parszywości rządów Harolda, splunął na leśną ściółkę w rzeczywistości chcąc jedynie pozbyć się tego metalicznego smaku z ust.
Teraz naprawdę tęsknił za tym paskudnym jeleniem.
Pokręcił głową.
- Puśćcie młodego teraz, przecież jest tak zesrany, że i tak nic nie zrobi, to powiem wam gdzie dokładnie - próbował grać kartą, której tak naprawdę nie miał To jak siadać do pokera wiedząc, że tak naprawdę nic nie miał w rękawie. - Martwi się na nic wam nie zdamy, a tak jeszcze dalej możemy się rozejść w zgodzie i będzie coś z tego mieli - dodał jeszcze. Być może trochę przeciągał strunę, ale nie mieli wiele do stracenia. Obsesyjnie myślał o tym, żeby wyrwać stąd Castora. Przecież to jeszcze dzieciak - miał całe życie przed sobą.
Nie - nie godził się na to. Zbyt wiele razy był świadkiem jak młodzi chłopcy oddawali życie, poświęcali swoje marzenia w imię czego? W imię idei wielkich panów ukrytych za kotarami tajemnicy. - A tak? Nie dość, że przelejecie czarodziejską krew to jeszcze nie znajdziecie mugoli, chowających się wam pod nosem - wciąż zaciskał zęby, powstrzymując się, aby nie wychylić się trochę do przodu. Przecież czuł paskudny oddech tej wiedźmy, otulający się wokół niego niczym sidła.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]18.05.22 0:50
Składanie w całość zdań i myśli przychodziło Castorowi z coraz większym trudem – ból poparzonej skóry stawał się silniejszy, niemożliwy do zignorowania, uniemożliwiający skupienie się na wymyśleniu logicznego ciągu zdarzeń – choć w pewnym momencie, gdzieś pomiędzy jednym a drugim drżącym wdechem, młodzieniec poczuł, jak zaciskający się na jego ciele łańcuch staje się luźniejszy. Gorące ogniwa opadły na ziemię, nie uderzyły w nią jednak – znikając w połowie drogi, rozpraszając się w powietrzu, pozostawiając po sobie uczucie zdrętwienia i rwącego pieczenia w miejscach, których wcześniej dotknęła czarna magia. Ból zelżał – ale nieznacznie, Castor wyraźnie potrzebował pomocy uzdrowiciela, a długie przebywanie głową w dół sprawiało, że ogarniające go mdłości narastały z każdą chwilą. – Psidwacza mać, prawie się wzruszyłem – odezwał się dowódca bandy, gdy młodzieniec skończył opowiadać swoją historię; czy mu uwierzył, czy nie – niełatwo było stwierdzić, w jego głosie było słychać przede wszystkim drwinę. – Wzruszyłeś się, Leith? – zapytał, robiąc krok do tyłu i zwracając się do tego samego czarodzieja, któremu wcześniej polecił potwierdzenie tożsamości podanej przez Castora.
Cud, na który czekał Alfred, póki co nie nadchodził – nic nie zwiastowało też, by ktokolwiek lub cokolwiek miało ruszyć wam na ratunek, a gdy kolejne słowa Summersa rozległy się w wypełnionym zapachem spalenizny powietrzu, herszt ruszył w jego kierunku – zatrzymując się tuż przed klęczącym mężczyzną. Alfred nie mógł go zobaczyć, czarna zasłona zalepiająca oczy nie rzedła, słyszał go jednak – i czuł, towarzyszący mu smród rozkładu był niemożliwy do przeoczenia. – Nawet cię lubię Connor, ale twojemu bratu chyba coś się popierdoliło – warknął, spluwając na ziemię. – Myślisz, że to ty stawiasz nam warunki? Za martwych też nam całkiem nieźle zapłacą, jest popyt na szlamy i zdrajców krwi. Nie mówiąc już o zbiegach i buntownikach – powiedział; mogliście być niemal pewni, że mówił poważnie. – Zrobimy tak – kontynuował; usłyszeliście świst różdżki, po czym siła przytrzymująca Castora w powietrzu zniknęła bez zapowiedzi – a sam Castor runął w dół, upadając na twardą ziemię. Zmęczone i zdrętwiałe kończyny się poddały, młodzieniec opadł bezwładnie, łutem szczęścia chroniąc przed rozbiciem głowę, ale całym ciężarem ciała spadając na lewy bark – w którym coś chrupnęło nieprzyjemnie, a następnie wzdłuż ramienia i łopatki rozlała się fala gorącego bólu. Nim zdążyłby się dźwignąć, ktoś zrobił to za niego – łapiąc go pod ramię i silnym szarpnięciem podnosząc na kolana, ale nie puszczając, pozwalając jednak na rozejrzenie się dookoła – po raz pierwszy od dłuższego czasu. Jeśli zdecydował się na to, po swojej lewej stronie mógł dostrzec Alfreda – przytrzymywanego przez dwóch ubranych w ciemne szmaty mężczyzn; trzeci przytrzymywał jego, a zarówno kobieta, jak i przywódca, stali przed nimi. Ostatni, szósty z mężczyzn, musiał znajdować się za waszymi plecami, bo nigdzie nie było go widać. Różdżka wypadła Castorowi z ręki w trakcie upadku, leżała jednak na ziemi tuż obok niego – był w stanie po nią sięgnąć.
Herszt bandy potrzebował jednego długiego kroku, żeby znaleźć się z powrotem przy nim, drugiego – żeby przykucnąć, jedno kolano opierając o ziemię, a drugie wysuwając do przodu; silnym ruchem ręki ścisnął lewy nadgarstek Castora, po czym pociągnął jego ramię w swoją stronę, żeby oprzeć je na własnej nodze; ręka, już i tak pulsująca bólem promieniującym od stłuczonego barku, wygięła się pod nienaturalnym kątem, przytrzymywana w tej pozycji przez dowódcę. W drugiej dłoni herszta błysnął nóż – Castor widział go wyraźnie, zakrzywione ostrze, błysk stali – i jej zimny dotyk, gdy cienka krawędź spoczęła na jego rozłożonych szeroko palcach, wciąż unieruchamianych przez potężnego mężczyznę. – Powiesz nam wszystko, co wiesz – kontynuował po krótkiej przerwie, odwracając się w stronę Alfredaa młody wyjdzie stąd żywy, zostawię sobie po nim tylko drobną pamiątkę. Albo – uśmiechnął się paskudnie, odsłaniając rząd żółtych zębów – możesz pyskować dalej, a braciszek wróci do mamy na jednej nodze. To jak będzie?

mistrz gry (ponownie) przeprasza za poślizg, zatrzymały go problemy prywatne - w ramach rekompensaty obaj otrzymujecie +20 do każdego rzutu k100 wykonanego w tej turze

Aktywne zaklęcia i eliksiry:
Levicorpus (Castor) - 3/3 tury

Żywotność i minus do kości:
Castor - 112/172 (-15) (30 - poparzenia tułowia; 15 - psychiczne; 15 - tłuczone)
Alfred - 208/235 (-5) (dodatkowe -10 dla czynności wymagających użycia prawej ręki) (27 - wyłamanie kości ze stawu łokciowego prawej ręki, oślepienie - 3/3 tury)

Energia magiczna:
Castor: 40/50
Alfred: 37/50
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]19.05.22 18:13
Treść żołądkowa niezmiennie podchodziła do ust, wędrując coraz wyżej — albo niżej, w końcu wisiał głową do dołu — a on wciąż, niezmiennie, próbował zachować się jak najdzielniej, przełykać wszystko, wciskać ją na powrót do środka. Gorzki smak żółci niemal parzył w język, wiedział, że jeżeli będzie to trwało jeszcze dłużej, jeżeli będzie musiał odezwać się raz jeszcze — nie wytrzyma.
Ale dla nieprzyzwyczajonego do czarnej magii, znającego jej działanie tylko z ponurych opowieści tych, którzy szczęście mieli umknąć przed jej najgorszymi skutkami młodego mężczyzny to, co działo się później, wydawało się być równe cudowi. Pośród nierozpoznawalnych myśli, czarnej chmury bólu zasłaniającej mu jasność umysłu nagłe oswobodzenie było czymś zupełnie nieprzewidzianym. Ucieszyłby się. Może znaczyło to, że kolejny raz mu uwierzono, choć nie był pewien, czy byłby w stanie dalej ciągnąć tę historię, czy nie wyłożyłby się na jakimś specyficznym detalu. Pewnie tak, co gorsza, nie zdołałby tego wychwycić, nie był wprawnym kłamcą. Niemniej jednak łańcuchy puściły. Oczy Castora rozszerzyły się natychmiast, puste westchnienie wydostało się spomiędzy drżących warg, nim zacisnął je znowu, było blisko.
Wciąż wisiał, ale teraz wreszcie mógł chociaż próbować się poruszyć. Odrętwienie nie mijało, próba poruszenie nadgarstkiem, chyba udana, posłała kolejny spazm bólu po napiętych mięśniach. Próbował unormować oddech, skupić się na trzech rzeczach — bez paniki, Cassie, to pierwsza myśl, chyba najbardziej istotna, nie mógł utracić kontroli, musiał zapamiętać najwięcej, jak tylko potrafił. Leith — to druga. Imię, tylko imię, cholera, albo aż imię. Jakaś informacja identyfikująca, zdolniejsi na pewno coś z tym zrobią, jeżeli będą mieli okazję. Trzecią mógł wprowadzić w życie, dopiero gdy herszt odszedł od niego, gdy zapach rozkładu przynajmniej stracił na intensywności, bo w nozdrzach i pamięci zagnieździ się na pewno na długo. Próbował normować oddech i starać się, najmocniej jak umiał, na rozluźnieniu ciała. Stawianie oporu wobec zaklęcia nie mogło mu przynieść nic dobrego, ostatnie resztki zakumulowanej wiedzy z zakresu anatomii, których mógł użyć.
Herszt mówił dalej — lecz nie dane mu było usłyszeć żadnej werbalnej odpowiedzi na swe słowa. Zaciśnięte szczęki, groźba zwrócenia wszystkiego, co jadł tego ranka, przejmujące trudności w werbalizacji myśli — to wszystko spowodowało, że zamiast słów, jakichkolwiek, po raz kolejny rozległ się tylko stłumiony pisk, dość wysoki jak na mężczyznę, choć cichszy niż te, które towarzyszyły mu niemal cały czas, gdy ciało spętane miał magicznymi łańcuchami. Strach oblepiał go chyba jeszcze mocniej niż płonące ogniwa, na pewno skuteczniej pętał ruchy.
On mówi prawdę. Przecież słyszał tyle historii, przecież widział listy gończe, ale Alfred nie był ani Michaelem Tonksem, ani Justine, lordem Archibaldem, Percivalem, lordem Longbottomem, nie był nikim ważnym!
Ciągnąłby może tę myśl, gdyby nie wybudzający go z letargu świst różdżki. Nie zdążył zareagować. Lewy bark przyjął na siebie większość ciężaru upadku, promieniował gorącym bólem, ale innym od tego, do którego zdołał przyzwyczajać się w tracie pełni. Odgłos, który wydał, gdy zderzył się z ziemią, podniósł włosy na jego karku, chciał przesunąć ręką po ziemi, upewnić się, że to nie jest tylko zły sen.
Ale nie zdążył. Ktoś szarpnął, pociągnął do góry, albo do tyłu, po tak długim wiszeniu kręciło mu się w głowie, nie był chyba w stanie określić, w jakim kierunku nim poruszano. Nie stawiał jednak oporu, ciężar wymęczonego ciała oparł się na drżących kolanach. Chciał opuścić głowę w dół, ale to znów było nienaturalne, znów pobladł, łzy płynęły po policzkach we względnej, przerywanej najczęściej charczącymi oddechami i piśnięciami ciszy.
Zmusił się jednak do otworzenia oczu. Alfred też klęczał, ale wyglądało na to, że żył i ta myśl była jak elektryczny impuls, jak respiro wpychające w płuca świeże powietrze po ciągnących się w nieskończoność minutach oddychania trującymi oparami. Jeszcze nie wszystko stracone. Chciał zacisnąć palce na różdżce — ten gest wszedł mu ostatnio w nawyk, pokrzepiał. Ale palce dotknęły tylko skóry wnętrza dłoni, nie poczuł drewna. Po ściągnięciu spojrzenia ze stojących przed Alfredem herszta i kobiety czuł już, że robi mu się wyjątkowo niedobrze.
Nie wytrzymał. Z rozdzierającym gardło pieczeniem poradził sobie tak, jak potrafił, przed czym wzbraniał się do tej pory. Teraz nawet trzymający go czarodziej musiał odejść gdzieś na dalszy plan, przechylił się w prawo, a dłoń szukająca podpory trafiła na drewno. Znajome drewno, palce zacisnęły się na agarowej różdżce dokładnie w momencie, w którym pierwsza fala suchych wymiotów wstrząsnęła jego ciałem. Potem druga, trzecia, przy czwartym razem z ust chlusnęła śmierdząca, na wpół strawiona masa, choć przede wszystkim pomieszana z żółcią i śliną.
Było mu słabo, okropnie słabo, ktoś znowu szarpnął jego lewą ręką, byłby wywalił się na twarz, gdyby nie to, że wciąż był trzymany, albo tak mu się tylko wydawało. Ostrożnie podniósł rozbiegany, rozedrgany wzrok jasnoszarych oczu, oddychając ciężko, stróżka śliny, której nie zdołał otrzeć z twarzy zatrzymała się w kąciku ust. Wyglądał tragicznie.
— Prze...przepraszam... — szepnął ze szczerą skruchą. Nie chciał przecież rozzłościć tego mężczyzny, nie gdy błysnął nóż, nie gdy czuł kontrastujące z ognistymi łańcuchami zimno ostrza, nie gdy znów kręciło mu się w głowie — ze zmęczenia, od smrodu rozkładu? — w głowie, nie gdy dochodziło do niego, że grali o coraz wyższą stawkę. Gdy herszt odwrócił się w kierunku Alfreda, Castor spróbował poruszyć nadgarstkiem, rzucić niewerbalne zaklęcie Amicusa, ale chyba nie miał wystarczającej kontroli. Nad magią, nad ciałem, nad sobą. A potem...
Palec albo noga.
Pobladł jeszcze raz.
— T—to nie...? — zaczął łamiącym się głosem, ale ze wszystkich sił starał się nie poruszyć ręką. Oczywiście, instynkt podpowiadał mu, że powinien uciekać, chciałby znaleźć się naprawdę daleko stąd. Ale jeżeli miał możliwość wybrać, wolałby wrócić w jednym kawałku. — To nie są mugoli? — spytał, w ostatniej, niemal dramatycznej próbie uratowania integralności cielesnej. — Myślałem, że... Że to tych... zwierząt... — próbował mówić przynajmniej wyraźnie, choć wciąż w lekko rozchylone usta łapał łzy. Nie miał siły na budowanie dalszych argumentów, wolałby uciec, najszybciej i przy najbliższej możliwej okazji, ale nawet gdyby poczuł ciągnięcie w okolicy pępka, pewnie straciłby i całą rękę. A na to nie mógł, nie potrafił, nie chciał pozwolić. Ani sobie, ani Alfredowi.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]19.05.22 20:56
Cud nie przyszedł.
Cud nigdy nie przychodził.
A jego wciąż szczelnie otulała ciemność, trzymając w niepewności. Chociaż wytężał słuch, nie mógł stwierdzić co działo się z Castorem. Uczucie beznadziejnej bezradności zaciskała się pętlą na jego żołądku i paraliżowało ciało. Nie szarpał się, nie opierał się chwytowi dwóch czarodziejów podtrzymujących go za ramiona. Ból pulsujący na całą prawą rękę powoli stawał się echem, tłem dla wypowiadanych słów, szeleszczących w uszach dźwięków i drażniących nos zapachów. Smród zdradził, że jeden z bandytów znalazł się naprzeciwko niego, a po głosie rozpoznał herszta bandy. Przynajmniej udało mu się zwrócić uwagę mężczyzny na siebie i łudził się, że interakcja potoczy się właśnie tym tropem - byle odciągnąć go od Casa. Budziły się w nim stare schematy, porywy, które kazały ratować towarzysza, nie bacząc na cenę jaką przyjdzie mu zapłacić. Musiał przełamać bierność.
Zacisnął mocniej zęby, gdy usłyszał gruchot, zderzenie się ciała z leśną ściółką i nieprzyjemny zgrzyt kości. Odruchowo obrócił głowę w stronę, z której dobiegł dźwięk, ale oczy nadal skąpane były w czerni.
- Za mugoli zapłacą więcej niż za dwóch czarodziejów - stwierdził, chcąc odwołać się do jego niechęci do niemagicznych obywateli, ale i do natury człowieka biznesu. Przecież w tych czasach każdy liczył pieniądz, jedynie arystokraci siedzieli bezpiecznie w swych odizolowanych od normalnego świata twierdzach.
Jeżeli posiadał jakiekolwiek strzępki instynktu samozachowawczego, to ten całkowicie przepadł, gdy dotarł do niego łamiący się głos Castora. Brzmiał tak bezbronnie i absolutnie niewinnie. Przecież to nie tak miało być - miał wrócić do domu, do swojego sklepu, do swojej rodziny.
- Zaprowadzę was osobiście - wyrzucił w przypływie impulsu. Doskonale zdawał sobie sprawę, z tego co mogłoby go czekać kiedy pojawią się na miejscu i okaże się, że ani mugoli, ani skradzionych dokumentów tam nie ma. Grał na czas - po prostu, wciąż naiwnie licząc na łut szczęścia, który pozwoli Castorowi na wydostanie się stąd. Miał jedynie nadzieję, że chłopak podaruje sobie zbędny heroizm. Herszt przepadał za nim, za Alfredem niezbyt, a zatem chciał to wykorzystać. - To jak? Młody wychodzi cały i zdrowy, a my udajemy się do Claverdon? - mówiąc to chciał skupić na sobie uwagę, jedynie tego chciał.
Wystarczy jedynie ramię, pomyślał, zaciskając mocniej palce na drewnie, o którego obecności jakby dopiero sobie przypomniał. Musiał zrobić to szybko i bez zastanowienia. Miał nadzieję, że czarodzieje nie spodziewali się gwałtownego ruchu z jego strony, w końcu od jakiegoś czasu grzecznie klęczał, poddając się ich sile całkowicie. W szarpnięcie ramieniem włożył całą siłę, przygotowując się na falę bólu zalewającej jego ciało, który pewnie zaćmiłby mu obraz, gdyby nie fakt, że i tak czarna zasłona została spuszczona na jego oczy. Mimo to niemalże od razu po uwolnieniu - Pavor veneno - jedynie zaklęcie obszarowe mogło go w tym momencie ocalić i dać chociaż cień szansy na ucieczkę, na wyciągnięcie ich z tej patowej sytuacji, w którą wpakowali się w najbanalniejszy sposób jaki był możliwy.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]24.05.22 21:49
Sytuacja, w której się znaleźliście, zdawała się przerastać Castora – walka z bólem, z mdłościami, z nagromadzeniem bodźców i rozlegającymi się dookoła niego groźbami, snującymi wizję niedalekiej przyszłości, wstrząsnęły jego ciałem, zmuszając do pochylenia się do przodu i zwymiotowania – choć pieczenie podrażnionego gardła i smród jego własnej treści żołądkowej ledwie przebijały się przez rwanie poparzonej skóry. Gdzieś obok niego ktoś wybuchł śmiechem, zachrypniętym, drwiącym; paskudny dźwięk dotarł również do Alfreda, który w tym samym czasie odniósł wrażenie, jakby zasłona zakrywająca pole jego widzenia zaczęła się rozrzedzać; przed oczami zamajaczyły mu powidoki, szare kształty niewyraźnych sylwetek, wyostrzające się z każdym mrugnięciem powiekami – odzyskiwał wzrok, widział coraz więcej, mimo że jego oczy wydawały się wrażliwsze na światło niż wcześniej.
Herszt nie zareagował na przeprosiny Castora, być może wcale ich nie słysząc – skupiony w tamtym momencie na propozycji padającej z ust Alfreda. Uśmiechnął się paskudnie, odsłaniając pożółkłe, nierówne zęby. Gdy Sprout machnął różdżką, usiłując rzucić na przywódcę pacyfikujące zaklęcie, stojący za nim mężczyzna szarpnął go ostrzegawczo za ramię. – Nie próbuj żadnych sztuczek młody, bo pożałujesz – warknął; niewerbalna inkantacja pozostawiła zamiary młodzieńca w tajemnicy, ale niestety – nie zadziałała tak, jakby tego chciał.
Ostrze noża zawisło nad opartą na kolanie dłonią, a kolejne słowa Castora oraz jego nieudany manewr zwróciły wreszcie uwagę herszta. – Mugoli, mugolaków, pomocników szlam – nie jesteśmy wybredni – odpowiedział, w absurdalnym geście puszczając mu oko. Odwrócił się do Alfreda. – Co racja to racja, tak czułem, że dobrze się z wami będzie robiło interesy. Wstawaj – rozkazał, podkreślając swoje słowa krótkim ruchem podbródka. Nie puścił jednak nadgarstka Castora, zamiast tego raz jeszcze otwierając usta – ale nim zdążyłby powiedzieć cokolwiek, kilka rzeczy stało się jednocześnie.
Inkantacja zaklęcia rzuconego przez Alfreda rozległa się w przestrzeni wyraźnie, sprawiając, że wszyscy – łącznie z dowódcą grupy – spojrzeli w jego kierunku; ramię i bark Summersa zalała fala bólu – paraliżującego, ostrego, roznoszącego się wśród zakończeń nerwowych – nie jednak na tyle, by czarodziej nie zauważył, że w tym samym momencie drewno ściskanej w palcach różdżki rozgrzało się intensywnie. Spomiędzy trawy, z ziemi, spod kamieni w waszym najbliższym otoczeniu zaczęła przesączać się mgła – szaroczarna, gęstniejąca i unosząca się wyżej. – Psidwakosyn! – rozległo się gdzieś obok.
Miałeś go pilnować! – warknął dowódca, kolejne głosy zginęły jednak w ogólnym chaosie, który zapanował wśród szmalcowników, kiedy na polanie pod drzewem ponownie pojawił się cienisty jeleń.
Dostrzegliście go jako pierwsi – oczy błyszczące zza drzew, potężne poroże, strzępki skóry i mięśni zwisające z kości; czarna jak noc kreatura zatrzymała się na sekundę, przypatrując się rozgrywającej się scenie – nie była jednak sama. Tuż za nią zaczęły pojawiać się kolejne kształty, niektóre pozbawione formy, inne – przypominające dzikie zwierzęta, jelenie, wilki, wszystkie z błyszczącymi niepokojąco oczami; za waszymi plecami rozległ się krzyk kobiety, potem następny, należący do mężczyzny. – Co do?.. – rzucił ktoś na wydechu. – Coś ty zrobił?! – krzyknął mężczyzna za Alfredem – a potem wszystko utonęło w kakofonii szeptów, które zdawały się rozlegać wprost w waszych głowach, melodyjnych wersów wypowiadanych przez pozbawione ciał istoty, brzmiących w obcym, niezrozumiałym dla was języku. Cienie i mgła dookoła zaczęły gęstnieć, wznosić się wyżej, aż całkowicie przysłoniły niebo; wokół was zapanował mrok – ciemność tak gęsta, że mieliście wrażenie, jakbyście nagle zamknęli oczy. Otoczyły was krzyki przerażenia, później tupot stóp; ręce przytrzymujące Alfreda zniknęły, podobnie jak te, które trzymały CastoraSprout poczuł jedynie krótkotrwałe pieczenie na wysokości kciuka, skóra zalała się czymś gorącym, ale póki co nie był w stanie ocenić jego stanu, zresztą – niemożliwym było skupienie się na czymkolwiek, polanę wypełniły warkot zwierząt, tupot stóp i łap, wrzaski; gdzieś niedaleko ktoś lub coś ciężkiego upadło na ziemię, rozległ się dźwięk rwanej tkaniny i czegoś jeszcze; obaj mieliście wrażenie, że coś przebiegło tuż za waszymi plecami, szepty narastały, były coraz bliżej – a mimo że nie potrafiliście rozróżnić słów, mieliście wrażenie, że były wściekłe – i że miały zaatakować lada moment.

W tej turze każdy z was - bez względu na wykonywane akcje - wykonuje dodatkowy rzut kością k6.

Aktywne zaklęcia i eliksiry:
Pavor veneno - 1/3 tury

Żywotność i minus do kości:
Castor - 112/172 (-15) (30 - poparzenia tułowia; 15 - psychiczne; 15 - tłuczone)
Alfred - 208/235 (-5) (dodatkowe -10 dla czynności wymagających użycia prawej ręki) (27 - wyłamanie kości ze stawu łokciowego prawej ręki, oślepienie - 3/3 tury)

Energia magiczna:
Castor: 38/50
Alfred: 34/50
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]25.05.22 23:01
Serce szarpnęło w porywie nadziei, kiedy przy ciemność zelżała przy jednym z mrugnięć. Każde, kolejne przynosiło ulgę i chociaż dalej jego pole widzenia było ograniczone, to po raz kolejny spojrzenie stalowych oczu mogło odnaleźć w zamazanej rzeczywistości twarze bandytów. Mógł odetchnąć z ulgą, gdyby nie fakt, że zdecydował się już na swój kolejny krok.
Ból falą przeszedł przez jego ciało, ogniskując się w okolicach ramienia oraz barku – jednakże zaklęcie powiodło się. Czuł to po rozgrzanej różdżce, która – miał wrażenie – wibrowała w jego dłoni. A może to jedynie poruszone bólem palce sprawiały złudne wrażenie rozedrgania?
Nie dane było mu nacieszyć się odzyskaniem wzroku – mgła która zaczęła ich otulać zdawała się nie być jedyną, czającą się między drzewami niespodzianką.
Zbawienie – chwilowe, takie na złapanie przydechu – przyniósł im niedawny koszmar. Cienisty jeleń o przeszywającym spojrzeniu i porożu obwieszonym ludzką skórą. Strach zaczął zaciskać smukłe palce na jego sercu – nie był pewien czy to wina tajemniczej istoty, a może to jedynie wspomnienie wciąż żywe w zalanym bólem umyśle. Cokolwiek to było – duchy złe, duchy im nieprzychylne, a może wręcz przeciwnie – sprawiło, że banda rozbiegła się, wykrzykując coś jeszcze za nim.
Nie słuchał. Nie było to teraz istotne.
- Młody? – napięty, pełen niepewności, głos przebijał się przez chaos w stronę Castora, a lewa dłoń niemalże machinalnie i całkowicie na oślep wyciągnęła się w stronę czarodzieja. W głowie miał jedynie dwie myśli, z czego jedna wydawała się strasznie absurdalna, bo przecież wiedział, że ktokolwiek ich złapał, zamknął w ciasnym kręgu, padł ofiarom cienistych istot. A mimo to dalej za wszelką cenę nie chciał wyjawić jego imienia. Koślawo doczołgał się do Castora, spodziewając się, że ten znajdzie się niedaleko. Miał go teraz na wyciągnięcie ręki.
Żywego. Co prawda obitego, spanikowanego, ale żywego. Chyba jedynie rwący ból w prawej ręce sprawił, że nie zdecydował się na przygarnięcie Sprouta do siebie.
I chociaż jedno zagrożenie minęło, to jedynie dlatego, że zostało zastąpione przez następne. Czuł niepokój – ten przebiegał wzdłuż kręgosłupa, wywołując dreszcze. – Chodź, możesz wstać? – spytał, chcąc zorientować się czy w razie konieczności był w stanie po prostu uciekać.
Nie miał bladego pojęcia czym były cienie, niekiedy do złudzenia przypominające zwierzęta o czarnej jak smoła barwie. Zdawał sobie też sprawę, że zaklęcie patronusa było wymagające, a jemu nie udało się jeszcze stworzyć cielesnej formy. Niemniej jednak w sytuacjach przestaje się myśleć racjonalnie i chwytało się każdej, czasem nawet najgłupszej z myśli. – Expecto patronum – wypowiedział formułę zaklęcia, poprawiając chwyt na stygnącym wciąż drewnie. Wypowiadając zaklęcie, uczepił się jednego z obrazów zapisanych z dzieciństwa – rodzina, wspólnie siedząca w ciasnej kuchni, słuchająca opowieści pykającego fajkę ojca. Mama siedziała z najmłodszym dzieckiem na kolanach, jego siostra miała głowę opartą o jej kolana, a pod materiałem skromnej sukienki zarysowany był krągły, ciążowy brzuch.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]26.05.22 16:52
Koszmar trwał, musiał trwać. A on musiał trwać w nim, nawet jeżeli wydawało mu się, że bliski jest już poddania się, nie mógł tego zrobić, tego nie zniosłaby duma, nie mógł pozwolić, by tlący się w nim płomyk nadziei zgasł na zawsze. Był za niego odpowiedzialny — w końcu to światło obiecał nieść, to światło miało rozświetlać mroki wojny, musiał zrobić więc wszystko, by tego nie zatracić. I choć płomień migotał, podobny świecy na wietrze, choć czasami chylił się tak, że zdawało się, że już po nim, był niezwykle trudny do zduszenia. Odradzał się, czekał w skupieniu na swój moment. Odrodzi się i tym razem. Nawet wśród smrodu palonej skóry i wymiotów.
Póki żyjemy, możemy z tego wyjść — jego własne słowa zadźwięczały w głowie; w Ratuszu mówił je do Marcela, który zwrócił się do niego z problemem, teraz chciał przypomnieć je samemu sobie, póki żyjemy, mamy czas.
Dum spiro spero. Póki żywota póty nadziei. Castor nie miał jeszcze pojęcia, że jego własny ojciec, ten pykający fajką we wspomnieniach Alfreda, upodobał sobie to powiedzenie na tyle, że stało się ono poniekąd maksymą Summersów, niezależnie od tego, czy wzrastali wśród zawalonych węglem ulic Birmingham, czy w wiejskiej sielance Doliny Godryka.
Syknął, gdy ktoś pociągnął go za rękę, zauważyli. Gdyby nie ta nagła reakcja, poparta później słowami, może wśród nadmiaru wrażeń uznałby, że uszło mu to na sucho, teraz jednak nie miał miejsca na wątpliwości.
I choć słyszał inkantację zaklęcia bardzo wyraźnie — wydawało mu się, że śni. Gdy szaro—czarna mgła zaczęła pokrywać okolicę, blokując między innymi szersze pole widzenia, zupełnie go sparaliżowało. Niepewny względem tego, czy nie nabawił się już majaków ze zmęczenia, przyglądał się całej sytuacji z szeroko otwartymi oczami i ustami, przez które łapał kolejne, łapczywe hausty powietrza.
Gdzieś, może na skraju pola widzenia, błysnęły czarne jak noc oczy, czerwona poświata potwierdziła pierwszą myśl, która przyszła do głowy gdy uniósł wzrok wyżej. Strzępki skóry i mięśni. I w mig zagrożenie, to dotychczasowe, herszt z przeżółkłymi zębami i naszyjnikiem z ludzkich kciuków, piszcząca kobieta, szarpiący mężczyźni — przestali być tak straszni. W głowie Castora rozlały się wszystkie szepty; nie był w stanie ich zliczyć, co dopiero zrozumieć, choć chciał, chyba chciał, niezależnie od tego, jak złe wieści mogły ze sobą nieść.
Słyszał kiedyś pewien wiersz, od jakiejś polskiej imigrantki w Londynie, cytował go nawet Isabelli, kiedyś, w poprzednim życiu. I choć nie był to czas — w żadnym wypadku nie był to odpowiedni czas — na wiersze, czy było coś, co mogło go ugruntować w rzeczywistości mocniej?
Pieczenie na wysokości kciuka sprawiło, że niemal szarpnął ręką, chcąc cofnąć ją przed bólem w naturalnej reakcji. Coś chlusnęło, chyba, ciepło spłynęło na skórę, ale nie był w stanie powiedzieć, czy było to lepkie, czy było tego dużo. Wiedział jedynie, że zrobiło się zupełnie ciemno, że ludzie wokół krzyczą, że może wstać na nogi, że gdzieś obok rozlega się tętent, a cieniste zwierzęta, które widział wcześniej, w niczym nie przypominają masy, którą napotkał z Thalią i Floreanem w Leeds.
Wstał. Nogi mu się trzęsły, trząsł się chyba już cały, ale i tak udało mu się — wreszcie — sięgnąć do kieszeni płaszcza, z której wyciągnął zabezpieczony odpowiednio eliksir znieczulający. Jeżeli ma zrobić cokolwiek, wreszcie skupić myśli, potrzebował w tym pomocy. Otwartą fiolkę ze szmaragdowym płynem przystawił do ust, po czym wypił prędko, nie chcąc tracić ani sekundy.
Na całe szczęście obok był Alfred. Dłoń mężczyzny dotknęła lewe ramię, to obolałe, ale coś kojącego było w tym dotyku, jakby czułość, zupełnie kontrastując z tym, co czuł przez ostatnie kilkanaście minut. Eliksir chyba zaczął działać, albo wmówił sobie, że będzie, nie wzdrygnął się na dotyk. Co więcej, sam wyciągnął rękę, złapał na oślep za ubranie Alfreda, próbując przyciągnąć go bliżej. Jeżeli nie mógł go widzieć, musiał choć czuć, że jest obok.
— Żyję, stoję — zdołał wydusić, raz jeszcze sięgając do tej samej kieszeni. Zazwyczaj w płaszczu przechowywał cztery eliksiry, po dwa na każdą kieszeń, z czego jeden zawsze był środkiem leczniczym, drugi bojowym. Wiedział więc, na jaki eliksir natrafi, nawet po ciemku. — Stój w miejscu — powiedział, nie chcąc, by Alfred stawiał za duży opór. Wystarczyło, że obracał się z nim, bowiem odbezpieczywszy fiolkę z eliksirem ochrony, Castor rozpoczął wylewanie go wokół nich. By mieć pewność, że Alfred cały czas będzie w kole wyznaczonym przez eliksir, użył go poniekąd jak cyrkla. Summers miał stać w miejscu, Sprout zaś krążyć wokół niego, aż wylany eliksir nie stworzy pełnego koła. Gdy otrzymywał go od Charlie, powiedziała mu, że nie była pewna, czy mikstura zadziała tak, jak powinna. Teraz jednak nie miał innego wyjścia, musiał zaryzykować.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]26.05.22 16:52
The member 'Castor Sprout' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]26.05.22 21:35
The member 'Alfie Summers' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 5
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]30.05.22 13:12
Chaos, który wokół was zapanował, nie przypominał niczego, czego moglibyście doświadczyć wcześniej; otaczający was mrok był tak gęsty, że wydawał się mieć konsystencję i ciężar – sprawiał wrażenie lepkiego, klejącego się do ubrań i skóry, wdzierającego do oczu i uszu. Jedynym, co byliście w stanie w nim dostrzec, były ślepia – migające od czasu do czasu obok was, lśniące czerwienią i złotem, szmaragdem i błękitem, układały się w coś, co wyglądało na zawężający się z każdą sekundą okrąg, a im bliżej was się znajdowały, tym bardziej narastały szepty, głosy przemawiające w obcym języku, brzmiącym niepokojąco i pradawnie, ale także – gniewnie. Mieliście wrażenie, że zbliżające się was istoty szukały zemsty – i odnajdywały ją, słyszeliście to w podnoszących się od czasu do czasu wrzaskach, które musiały należeć do członków bandy, a którym towarzyszyły dźwięki kojarzące się z łamaniem kości.
Nie znajdowaliście się daleko od siebie, dlatego zdołaliście się odnaleźć – po omacku, po ciemku. Castor z trudem dźwignął się na nogi, a ledwie zmienił pozycję, ogarnęły go silne zawroty głowy – jednak wsunięta do kieszeni dłoń bez trudu natrafiła na fiolkę z eliksirem. Chłodny płyn nie miał zapachu ani smaku, a choć Sprout wciąż miał w ustach kwaśny posmak, to bardzo szybko poczuł też efekty mikstury – ból poparzonej skóry zniknął, podobnie jak przytępiło się lekkie pieczenie kciuka i nieprzyjemne pulsowanie obitego w trakcie upadku ciała; myśli Castora także zdawały się rozjaśnić, poczuł się lepiej – choć jednocześnie zdawał sobie sprawę, że w lepszym stanie wcale nie był, a eliksir wygłuszył jedynie przykre objawy, nie uciszając jednak wpychającej się do uszu kakofonii głosów.
A później – stało się coś, czego Sprout nie był w stanie wyjaśnić ani za pomocą wiedzy magicznej, ani usprawiedliwić działaniem eliksiru.
Razem z bólem zniknęły wszystkie inne bodźce: dotyk ręki Alfreda zaciśniętej na ramieniu, opór stawiany przez twardy grunt pod stopami, powietrze na policzkach, krzyki uciekających ludzi. Znalazł się w pustce – spadając w dół, coraz niżej i niżej w głąb czegoś, co przypominało kwadratowy szyb o kamiennych ścianach, po których wspinały się te same szepty, które usłyszał na polanie – tyle, że nie pamiętał już o żadnej polanie, ani drzewie, ani mało szczęśliwym spotkaniu ze szmalcownikami. Gdzieś ponad jego głową rozbrzmiewał hałas, dźwięk, który w jakiś sposób wydał mu się znajomy, choć nie potrafił go jednoznacznie umiejscowić: metaliczny szum, stukanie metalu o metal, klikanie obracających się kół zębatych. Potem wylądował – na środku czegoś, co przypominało przestronną salę na planie koła, o suficie zawieszonym tak wysoko, że nie było go widać, bo ginął w ciemnościach słabo oświetlonego pomieszczenia. Pustego – nie licząc czerni kłębiącej się na samym środku, spętanej czymś, co przypominało utkane ze światła łańcuchy. Czerń poruszała się, oddychała niczym żywy organizm, a jeśli Castor spojrzał w jej kierunku, ogarnęło go przerażenie – i wściekłość, choć nie jego własna, a ta, którą wyczuwał od istoty. Miał wrażenie – irracjonalne – że zaraz się na niego rzuci, że sięgnie go mimo spętania, zerwie łańcuchy – ale zanim mogłoby się to stać, ponad otaczające Sprouta szepty przebił się inny głos, znajomy, męski – należący do Alfreda.
Summers nie zauważył zniknięcia Castora – choć ten zamilkł na krótką chwilę, to przez cały czas znajdował się tuż obok, Alfred czuł jego obecność obok siebie, mógł bez problemu zacisnąć palce na materiale kurtki młodzieńca. Przywołanie szczęśliwego wspomnienia nie było proste, szczegóły ciepłych obrazów wydawały się mu umykać, rozmywać się w otaczającym go mroku – dlatego, gdy sięgnął po inkantację trudnego zaklęcia, z jego różdżki wydobył się ledwie strzęp jasnej mgły, świetlista poświata, która uderzyła w ciemność – i zaraz się w niej rozmyła, nie odpędzając istot, ale w jakiś sposób wyciągając Castora na powierzchnię.
Znów znajdował się na polanie, mogąc na nowo się odnaleźć; wspomnienia wróciły do niego, podobnie jak klarowność myśli – zdołał więc wyciągnąć z kieszeni drugi z eliksirów. Srebrzysta ciecz z przechylonej fiolki wylała się na ziemię, powoli układając się w okrąg – gdy ten jednak już miał się zamknąć, obaj usłyszeliście szelest skrzydeł, a później – fantomowe uderzenie piór, przesuwających się po waszych szyjach i twarzach – tak, jakby skrzydłem musnął was przelatujący tuż obok ptak. Szepty ucichły – na chwilę, krótki moment, w trakcie którego obu was zalały wspomnienia – i potrzebowaliście dłuższego czasu, żeby zorientować się, że nie należały do was.
Castor znalazł się w kuchni – pomieszczeniu skromnym i maleńkim, w którym ledwie mieściły się wysłużone meble i drewniany stół, za którym siedział mężczyzna z fajką tkwiącą pomiędzy ustami; obok niego, na kuchennym krześle, siedziała kobieta, ramionami otaczając trzymane na kolanach dziecko. O jej nogi opierała się dziewczynka, która przycupnęła na podłodze z oczami utkwionymi w starszym mężczyźnie, słuchając uważnie snutej przez niego opowieści. Skromna sukienka, którą miała na sobie kobieta, unosiła się lekko w okolicy brzucha – wskazując na jej brzemienny stan.
Alfred nie zobaczył przed oczami obrazów – nadal znajdował się w ciemności, ale gdy ucichły wokół niego obce szepty, usłyszał znajomy głos Castora – tym razem brzmiał jednak spokojniej, niepodszyty bólem ani strachem. Wydawał się dobiegać też z oddali. – Wiatr wzdłuż i wszerz przebiega skrzypiące akacje, szeleszczą małe liście z księżycowej blachy; a z pustki nieba schodzą ciemne, smutne strachy, niosą rzeczy okropne - i mają świętą rację.
Oba wspomnienia rozmyły się tak nagle, jak nagle się pojawiły – a kiedy znów poczuliście pod nogami twardą ziemię, mogliście się zorientować, że otaczające was ciemności zaczęły się rozrzedzać. Świecące oczy poznikały, gasnąc jak gwiazdy o poranku, a gdy rozpierzchły się ostatnie strzępy czarnej mgły, stało się jasne, że jedynym, co was uratowało, była migocząca wokół was bariera.
Członkowie bandy nie żyli – prawdopodobnie wszyscy, choć ze względu na stan, w jakim znajdowały się ich ciała, nie byliście w stanie dokładnie ich policzyć. Być może któremuś cudem udało się zbiec między drzewa, może nie – resztę spotkał jednak los równie brutalny, co okrutny. W ziemię wokół was wsiąkała krew, jej metaliczny, rdzawy zapach zaczynał już do was docierać; oprócz niej dostrzegaliście martwych ludzi, z twarzami tak poranionymi, że stały się niemożliwe do rozpoznania – z szarpanymi ranami brzucha, z porwanymi ubraniami; gdzieniegdzie między kamieniami leżało coś, co do złudzenia przypominało fragmenty ciał, podobne jak te, które zwisały z jeleniego poroża. Niektórzy wciąż mieli w dłoniach zaciśnięte różdżki.

Mistrz gry dziękuje Wam za wspólną rozgrywkę i jej nie kontynuuje (chyba że z jakiegokolwiek powodu będzie potrzebny Wam arbitraż), możecie kontynuować wątek samodzielnie bądź go zakończyć.

Bariera stworzona przez eliksir ochrony utrzyma się przez 5 tur, na potrzeby rozgrywki możecie jednak uznać, że czas ten minął szybciej niż w 5 postach; w takim przypadku należy uznać, że działanie eliksiru znieczulającego wypitego przez Castora również kończy się w tym samym czasie.

Aktywne zaklęcia i eliksiry:
Eliksir ochrony - 1/5 tur
Eliksir znieczulający (Castor) - 1/5 tur

Żywotność i minus do kości:
Castor - 112/172 (-15) (30 - poparzenia tułowia; 15 - psychiczne; 15 - tłuczone)
Alfred - 208/235 (-5) (dodatkowe -10 dla czynności wymagających użycia prawej ręki) (27 - wyłamanie kości ze stawu łokciowego prawej ręki, oślepienie - 3/3 tury)

Energia magiczna:
Castor: 38/50
Alfred: 32/50

W razie pytań - zapraszam. <3
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Szarodrzewo z Nuneaton - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]02.06.22 1:38
Ciemność, taka wciągająca i nieprzejednana, oplotła ich szczelnie. Alfred gubił się w panującym chaosie, chociaż jednocześnie było w tym coś znajomego. Nie sama sytuacja, a emocje budzące się powoli z lekkiego snu, wydawały się podobne. Bał się tego, na jakie wody wpływają jego myśli – były wzburzone i niespokojne. Miał wrażenie, że jedynie uczucie szorstkiego materiału szaty Castora sprawiła, że znajdował się nieco bliżej teraźniejszości, niżeli przeszłości. Jednak zarówno teraz jak i kiedyś malowało się w barwach głębokiej czerni, paraliżującej zmysły i oplatającej serce. Szczęśliwe wspomnienie w bólach rodziło się we wspomnieniach Alfreda - przywoływany obraz rozmazywał się tak szybko, jak tylko odzyskiwał ostrość. To tak, jakby pradawne, cieniste bestie zacieśniające krąg wokół nich, rozganiały każde światło, które mogło rozświetlić panującą ciemność.
Rejestrował fragmenty wydarzeń z zaskakującą ostrością; Castor wylewający jakąś ciecz wokół nich, muśnięcie piór i ponowne zapadnięcie się w ciemności, z której desperacko próbował się wydostać. Zabierzcie mnie stąd krzyczały jego myśli, jednakże nikt nie miał usłyszeć jego desperackich próśb. Te gubiły się w szepcie pradawnej mowy. Czuł, że balansuje na krawędzi, nierówny oddech oddawał kołatanie serca. Miał wrażenie, że obecnie balansuje na linie i jeden fałszywy krok, jedna myśl niespodziewanie wyrywająca się w niewłaściwą stronę mogła strącić go w bezkresną przepaść. A może już spadał? Zanurzył się w czerni, która jednocześnie oplatała go ciasno, zamykając w klatce, z drugiej zaś nie posiadała żadnej bariery - grunt pod stopami przestał istnieć, nie było też powiewu wiatru. Nie było nic. Tylko on i ciemność.
I nagle - jakby z oddali, przebijał się spokojny, niemalże kojący głos Castora. Słowa splatały się w zdania, które wsiąkały w jego umysł, chociaż ich sens zdawał się wymykać się spod jego palców. A gdy ostatnie słowa wybrzmiały, ciemność opadła, niczym teatralna kurtyna, kończąc swoje makabryczne przedstawienie.
Jeszcze nie do końca obecne spojrzenie obiegło teren ich otaczający. Krew wsiąkała w glebę, mieszała się ze sobą, spajała się z nabierającą dopiero soczystości zielenią ściółki. Twarz Alfreda pozostała niewzruszona widokiem rozszarpanych ciał. Widział to. Widział już porozrzucane części rozerwanych ciał, układających się w krwawą mozaikę. Źródłem tragedii było coś odmiennego - niezależnie jednak czy sprawcą była przerażająca do szpiku kości pradawna magia, czy też zatrważające bestialstwo mugolskiej machiny wojennej. Ciała nie różniły się niczym. Ta myśl wybrzmiała w pustce, która ogarnęła jego umysł i rodziła nerwowy śmiech, który utknął jednak w klatce piersiowej. Ocknął się jednak, zdając sobie sprawę, że jego dłoń nadal zaciska się na ramieniu Castora. Zesztywniałe palce rozprostowały się z trudem. Obolała prawa dłoń nadal jednak dzielnie trzymała różdżkę. Z grymasem bólu wykrzywiającym twarz, uniósł ją wyżej i wykonał odpowiedni ruch nadgarstka. - Lumos - inkantacja wypowiedziana przez zaciśnięte zęby sprawiła, że na końcu różdżki pojawiło się światło. - Castor, spójrz na mnie - jego głos był szorstki, jakby jeszcze niezmącony emocją. Adrenalina nadal wartko płynęła w jego żyłach. Wiedział, że reakcja przyjdzie za chwilę. Nie chciał, aby skupiał się na zmasakrowanych ciałach szmalcowników. - Możesz iść? - zagadnął, a spojrzenie stalowych oczu obiegło szczupłą sylwetkę. Nie chciał tego okazać, ale marzył, aby zniknąć stąd jak najszybciej, aby obraz rozpościerający się przed jego oczami zniknął. Zadaniowość - to nadal trzymało go w ryzach. W głowie pojawiały się pytania, co dalej? Powinni zabrać ich różdżki? Tak robili na wojnie, zabierali przydatny sprzęt.
Nie, nie. Miałem już tam nie wracać, odezwał się drżący głos.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]17.06.22 19:14
Nie mógł oderwać wzroku.
Choć ten i tak był zamglony rozciągającym się zewsząd bólem, zmuszał się do skupienia uwagi. Musiał — każdy moment, w którym opuściłby wzrok mógł go przecież kosztować nawet najwyższą cenę. W panice próbował obmyślić plan ucieczki, ale i to nie było prostym zadaniem, gdy w powietrzu, ciężkim, gęstym powietrzu wciąż unosił się zapach palonego ciała, gdy głosy w głowie narastały, pradawne szepty mroziły krew w żyłach, a gdy myślał, że gorzej — w pewnym sensie — być nie może, rozległy się wrzaski.
Wrzaski oraz dźwięk czegoś, co wżynało się w pamięć Castora ze zdwojoną, potrojoną siłą. Dźwięk łamanych kości towarzyszył mu w równych, comiesięcznych odstępach, nie potrafił pomylić tego dźwięku z czymkolwiek innym, jednak... To nie jego kości łamały się tym razem. Płytki, wyjątkowo rzęsisty oddech przebiegł przez klatkę piersiową wychudzonego młodzieńca, nie bestii, to nie on ulegał krwawej przemianie, nie on, nie on, nie on...
Alfred?
Nie, Alfred też nie. Znaleźli się, nawet w tych ciemnościach, w sposób najbardziej pierwotny, po omacku. I gdy miał pewność, że chwilowo znaleźli się w dobrym miejscu, musiał działać dalej. Kwaśnota eliksiru na języku tłumiła ból ciała, ale cuciła duszę. Myśli wciąż nie przychodziły mu do głowy tak prosto, jakby tego chciał, ale z sekundy na sekundę zdawało się być lepiej, przyjemna iluzja powrotu do zdrowia, kupił sobie przecież ledwo kilka chwil, kilka chwil do strategicznego wykorzystania. Trzeba było przywrócić się do porządku, uciec jak najdalej, do bezpieczeństwa domu, w myślach poczynał rysować się już plan i chciał zacisnąć palce na różdżce, unieść ją raz jeszcze, zadać Alfredowi kilka pytań...
Ale Alfreda nie było obok. Nie dotykał już jego ramienia, choć robił to jeszcze przed kilkoma sekundami. Usta otworzyły się — chciał zawołać, zapytać, dowiedzieć się czegokolwiek, ale nawet ziemia nie dawała komfortu i oparcia, a on s p a d a ł. Próbował wyciągnąć wszystkie kończyny na boki, wyczuć przynajmniej jakieś krawędzie miejsca, w którym się znalazł, ale ani nogi, ani ręce nie natrafiły na żaden punkt oporu. Nie był w tym sam — głosy mówiły coś, ale nie wiedział co, ani nawet, czy to on był adresatem tych słów. Znalazłszy się w pustce, nie widział praktycznie niczego — a to dobry punkt wyjścia dla umysłu analitycznego. Tylko bez założeń można poznać cokolwiek w sposób najbardziej zbliżony do prawdy. Gdzie więc był? Kim właściwie był? Dokąd zmierzał? Wszystkie te pytania odbijały się od jasnych kości jego czaszki, podobnie jak dźwięk — znajomy, ale nieuchwytny, jak słowo ostałe na końcu języka, tak blisko i tak daleko. Ale runął wreszcie, opadł na posadzkę, z której pragnął podnieść się szybko, na obie swe trzęsące się z wysiłku i przestrachu chude nogi. Pierwszym, co zrobił, było poderwanie głowy do góry. Sufit pomieszczenia był zbyt wysoko, by przedrzeć się przez ciemności. Czy to tam było źródło tego dziwnego stukania? Dźwięku przeskakujących pomiędzy sobą kół zębatych?
Coś szarpnęło się w kąciku jego oczu, znajomy dźwięk łańcuchów zaalarmował, odwrócił się więc w kierunku jego źródła i gdyby mógł, pobladłby jeszcze bardziej. Zimny dreszcz przeszedł przez całe jego ciało, prędko ustępując miejsca gorącej fali gniewu, nieracjonalnego, bowiem jakimś sposobem czuł, że ten nie należał do niego. Cofnął się — najpierw o krok, później o następny, ale niczym zahipnotyzowany — raz jeszcze nie potrafił odwrócić wzroku. Czerń zakuta była w łańcuchy ze światła. Wierzgała się, była zła, ale łańcuchy wciąż ją trzymały. Co, jeżeli nie potrwa to długo? Był jeno pyłkiem na wietrze, samotnym okazem w miejscu, które wydawało się nie mieć początku ani końca. Towarzyszyły mu co prawda szepty, ale nie było to towarzystwo szczególnie przyjemne, wciąż nie wiedział, co chciały mu przekazać. Próbował skupić się na nich — i cofać się, cofać się od bestii jak najdalej mógł — aż wreszcie, spośród nieznanego pojawiło się coś, co przypomniało o tym, że był w tym miejscu gościem, że czekało na niego coś innego. Podążył za głosem Alfreda i...
Zamrugał kilkukrotnie, intensywnie, choć ogarniające ich ciemności były z pewnością gorsze niż to, co zastał tam. Był zdezorientowany. Co właściwie się stało? Czy to tylko przywidzenie, majak spowodowany zmęczeniem? Nagle żołądek zacisnął się raz jeszcze, jakby pragnął podnieść swój własny, prywatny alarm.
Ach tak, eliksir...
Kończył już kreślenie kręgu, wydawało się, że mikstura działała poprawnie. Niemal wypuścił z ust westchnienie ulgi, ale w tym samym momencie poczuł na twarzy i szyi coś jeszcze innego. Muśnięcie ptasich piór przy tym wszystkim, co spotkało go tego dnia, wydawało się niemal czułe i dobre. Przyniosło chwilowe ukojenie, ściszenie szeptów, przyniosło o b r a z, którego nigdy wcześniej nie widział. Niewielka, wysłużona kuchnia, a w niej kilka osób. Mężczyzna pykający fajkę, kobieta z dwójką dzieci — jednym na kolanach i dziewczynką siedzącą w nogach. Wydawali się spokojni i szczęśliwi, i tacy znajomi, choć widział ich chyba pierwszy raz. Przypadkiem zsunął wzrok na kobiecy brzuch, zauważając, że materiał noszonej przez nią sukienki nie układa się tak, jak powinien. Czyżby... Czyżby była w ciąży?
Chciał podejść. Coś w środku mówiło mu, że zburzyłby tym obraz skromnej sielanki, ale przecież tak bardzo chciał być jej częścią. Nim zdążył się poruszyć, znów był na polanie. Ciemności przerzedzały się, niebo przystrojone zostało jasnymi gwiazdami, a wokół nich wciąż trwała migocząca poświata ochronnego eliksiru.
Przeżyli. Uratowali się.
— Słucham? — wyrwany z ostatniego obrazu Castor brzmiał nie tyle na zmęczonego, co na w pewien sposób smutnego i rozczarowanego. Jednak szorstki głos Alfreda nie musiał wybrzmiewać drugi raz. Spojrzał na niego, prosto w oczy. Byli równi wzrostem, a w punktowym świetle lumos ich oczy przybrały taką samą, błękitną barwę. — Iść mogę, ale chyba niezbyt długo... — przyznał niechętnie, próbując przenieść uwagę gdzieś indziej. Ręka Alfreda, prawa, ułożona była zupełnie nienaturalnie, zwróciło to jego uwagę od razu. Zacisnął mocniej szczęki, próbując zdusić w sobie chęć przeklnięcia bandytów, ale zamiast tego tym razem on położył dłoń na barku Summersa. Lewym. Zdrowym.
— Nie wygląda dobrze — stwierdził lakonicznie, ale przecież nie odkrywał ani Ameryki, ani receptury tworzenia Kamienia Filozoficznego. — Będzie boleć, ale postaraj się nie ruszać — uprzedził, wreszcie wracając do miękkiego tonu głosu, którym zazwyczaj się posługiwał. Ostrożnie przesunął rękę pomiędzy lewym barkiem a prawą stroną szyi Alfreda, chcąc powstrzymać go przed ewentualnym wierzgnięciem z bólu. Nastawianie kości nie było przyjemne, ale teraz wydawało się, że od niego właśnie należało zacząć. Feniterionie mieli dużo czasu, a przywrócenie Alfreda do jak najlepszego stanu było najpilniejszym zadaniem. Castor chwilowo znajdujący się pod wpływem eliksiru znieczulającego musiał przecież zadbać o tego, który był potencjalnie silniejszy. Tego, który mógłby — gdyby Sprout jednak zaniemógł — pomóc mu w ucieczce z tego miejsca. Priorytety dzielił bowiem blondyn z uzdrowicielami i tak jak oni wiedział, że zadba o siebie na samym końcu. — Teraz... Teraz będziemy zrastać kość. Fractura Texta i choć starał się wytłumaczyć Summersowi to, jakie zaklęcia w jego kieruje, tym razem z końca jego różdżki, przytkniętej do prawego barku Alfreda nie wydostała się nawet najmniejsza, niewielka smuga magicznej energii. Fractura Textapowtórzył więc zaklęcie, tym razem już skutecznie. Miał nadzieję, że choć trochę ulżył cierpieniu towarzysza. Co prawda nie był dyplomowanym uzdrowicielem, wybierał więc sposoby leczenia, które instynktownie zdawały się mu najlepsze, ale skupił się tak bardzo, że zapomniał nawet skorzystać ze światła podarowanego przez Alfreda i spojrzeć, w jakim stanie znajdował się jego własny kciuk.

| EM: 35/50
Żywotność Alfreda: 208 + 23/235 = 231/235 (nastawiona kość barkowa, zrośnięcie złamania)


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]24.06.22 12:26
Przez chwilę miał wrażenie, że jego towarzysz był nieobecny, jakby jego myśli odpłynęły gdzieś poza ramy utworzone przez jego ciało. Wskazywało na to spojrzenie, przez chwilę niewyraźne, nie do końca obecne, a później głos zabarwiony dziwnym smutkiem - Alfred skojarzyłby to z melancholią. Dreszcze przebiegły pędem wzdłuż jego kręgosłupa, gdy bliźniaczo podobne pary oczu spotkały się na jednej linii.
Nie, nie były takie same.
Te oczy były mądre.
Mądry chłopiec.
Przeszłość wybrzmiała echem w jego głowie, nagłaśniając absurdalną myśl. Lekko pokręcił głową, chcąc otrząsnąć umysł z absurdalnej myśli, którą mu podsuwano. Przełknął ślinę, która nagle nabiegła do jego ust i skupił się na Castorze. Próbował w poświacie rzucanej z jego różdżki ocenić stań młodzieńca. Ślady jakby po łańcuchach wiły się wokół jego sylwetki.
Przeklęte, przegniłe monstra.
Szczęki zacisnęły się mocniej, rysując wyraźną linię na twarzy Alfiego.
- Dotrzemy do Doliny - choćbym miał czołgać się z tobą na plecach, dopowiedział w myślach, a jego zapewnienie wybrzmiało zaskakująco pewnie w grobowej ciszy jaka zapanowała wokół Szarodrzewa. W Dolinie mieli znaleźć spokój, w Dolinie mieli znaleźć kogoś kto załata rany.
- Bywało gorzej - odparł z całą surową szczerością tego stwierdzenia. Bo było gorzej, gdy krew lała się z postrzałowej rany rwącą, szkarłatną rzeką, a namiot medyczny pękał w szwach, namiot z którego dobiegało wycie, które nazwałby rykiem rozjuszonego zwierzęcia, gdyby nie to, że na własne oczy widział ludzi, których gardła zdzierały się w owym ryku. Z nutą zaskoczenia spojrzał na młodą twarz Castora, na której w tym momencie rozpoczęły swoją grę światłocienie. Skinął mu jedynie głową. Zaczęło mu towarzyszyć to dziwne uczucie zaciskające żołądek, gdy czekasz na to aż fala bólu rozbije się o twoje ciało. Mięśnie skryte pod bladą powłoką skóry napięły się, jakby w przygotowaniu. Kość wskoczyła na swoje miejsce z charakterystycznym chrupnięciem. Ból ponownie prądem przeszedł przez jego ciało, dosięgając nawet najodleglejszych zakamarków jego ciała. Castor pod palcami mógł czuć drgnięcia ciała, które próbowało się poderwać w chaotycznym ruchu, ale które skutecznie zostały powstrzymane przez Alfreda. W uszach zaczęła szumieć jego własna krew, skutecznie zagłuszając inkantację wypowiadaną przez młodego alchemika. Jego twarz poczerwieniała od wysiłku, z jakim spotkało się kontrolowanie własnego ciała, oczy nabiegły słoną wodą, a na szyi uwydatniły się żyły. A mimo to jego usta były zasznurowane, zęby zgrzytały o zęby. Ich ścieranie się Alfie czuł aż w skroniach, słyszał je równie wyraźnie co wcześniejsze chrupnięcie kości. - Kurwa - ciche, a jednocześnie ostre przekleństwo wyrwało się spomiędzy jego warg, jakby miało przynieść ulgę w bólu. Dopiero kiedy ból echem rozchodził się po jego ciele pozwolił sobie na wypuszczenie oddechu z płuc, orientując się dopiero w tym momencie, że przez te kilka chwil nie pozwolił sobie na zaczerpnięcie świeżego powietrza. Zamrugał kilkukrotnie, chcąc odgonić ze swych oczu tańczące cienie i na nowo mógł skupić się na świetle z różdżki, którą do tej pory ściskał mocno w prawej dłoni. Skinął mu głową na znak, że jest gotowy i nie do końca wiedząc czego powinien się spodziewać, zacisnął ponownie zęby, knykcie zaciśniętych na kawałku drewna palców ponownie pobielały. Za pierwszą inkantacją nic się nie zmieniło, ból nadal tępo pulsował w jego prawej ręce. Dopiero za drugim razem poczuł, że coś się zadziało, a kości uporządkowały się pod zaklęciem Castora. Wypuścił powietrze z płuc, jakby z ulgą. Najpierw niepewnie, później z większym zdecydowaniem poruszył prawym barkiem.
- Dziękuję- zwrócił się w stronę mężczyzny. I wraz z wypowiedzeniem słów podziękowania podarła do niego ponura świadomość jego własnej niewiedzy. On nie był w stanie mu pomóc, nie w taki sposób jak Castor pomógł jemu. Irracjonalna złość na samego siebie zaczęła kiełkować w jego spojrzeniu. - Wracajmy do Doliny, powinien cię obejrzeć medyk - nie chciał tu być, gdyby istoty ciemności miałyby tutaj wrócić. - Wesprzyj się i mów, jak tylko poczujesz się gorzej - na razie mógł przerzucić ramię na ramię Alfreda, a później będą się martwić. Teraz już byli względnie bezpieczni. Teraz musieli wracać do domu.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Szarodrzewo z Nuneaton [odnośnik]24.06.22 16:40
Poczuł, oczywiście, że musiał poczuć pod palcami spięcie, jakie prąd bólu wywołał w posturze Alfreda. Sam zatrzymał wtedy oddech, postarał się skupić na tym, by w razie jakiegokolwiek impulsu, niezapowiedzianej reakcji, poruszenia ręką, czegokolwiek zareagować w czas, powstrzymać Summersa przed zrobieniem sobie jeszcze większej krzywdy. Wydawało się jednak, że ten naprawdę dobrze sobie radził z bólem. Że słowa, które wywołały na twarzy Castora drobny, rozczulony nieco i może delikatnie pobłażliwy (w sposób, w jaki jest się pobłażliwy względem dziecięcych przechwałek) uśmiech, mogły być prawdziwe. Przeżył moment nastawiania i zrastania kości całkiem nieźle, choć po samej mimice twarzy Sprout mógł sobie wyobrazić, ile mogło go to kosztować. Porozmawiają o tym kiedyś. Gdzieś, gdzie będą bezpieczni, nie w środku niebezpiecznego lasu.
— Jeszcze moment, teraz będzie tylko lepiej... — zmusił się do nawet wesołego, choć spokojnego tonu. Pamiętał, że sam rzucał podobnymi inwektywami, w tej leśnej chatce w Gloucestershire, ponad pół roku wcześniej. Nie chciał jednakże myśleć teraz o własnym cierpieniu, korzystajac z chwili błogiego wyciszenia objawów własnego pokiereszowania przez nieznajomą co do zasady bandę. Czuł, że trwali za magiczną zaporą (a on pod wpływem eliksiru znieczulającego) już trochę czasu, musiał spieszyć się z doprowadzeniem Alfreda do porządku. Arcorecte Maximai chyba spieszył się za bardzo, bowiem magia nie odpowiedziała na jego wezwanie. Wziął głębszy wdech, przymknął powieki, próbując skupić się na odpowiednim przepływie energii przez różdżkę skierowaną na bark starszego czarodzieja. Arcorecte Maximanajwyraźniej wreszcie wszystko poszło po jego myśli. Miał nadzieję, że rzucane zaklęcia pomogą na dolegliwości ręki Summersa, która teraz wyglądała już — w niepopartej dyplomem uzdrowicielskim, ale jakieś — ocenie Sprouta zdecydowanie lepiej, właściwie to nawet tak, jak powinna. Odetchnął wreszcie z ulgą i w typowy dla siebie sposób uniósł drżącą dłoń do góry, przeczesując sobie jasne loki palcami. Nie spodziewał się, że zdołał się tak zmęczyć, ale nazwanie w tym momencie jego kondycji "nienajlepszą" było sporym niedomówieniem. — Zniosłeś to jak bohater, możesz być z siebie dumny — uśmiechnął się wreszcie, pozwalając i samemu sobie na odrobinę rozluźnienia.
Nie potrafił jednak zignorować zapachu palonej skóry, który przylgnął do niego od momentu spętania rozgrzanym łańcuchem. Skierował różdżkę na swą lewą rękę, pragnąc ulżyć przyszłemu—sobie w choć odrobinie bólu.
Cauma Sanavi Maximaszepnął, ale biorąc pod uwagę efekt zaklęcia, a raczej jego brak, niekoniecznie pałał sympatią do siebie w przyszłości. Opuścił różdżkę, odrobinę zrezygnowany, słysząc padające w tym samym momencie podziękowania.
— Nie ma za co, przyprowadziłem cię tutaj, to chociaż tyle mogę... — mruknął nieśmiało, nie chcąc, póki co patrzeć na Alfiego. Czy zjadały go wyrzuty sumienia? Oczywiście! Czuł się za niego odpowiedzialny, to jego pomysłem było przecież zjawienie się tu dzisiaj, to chęć ratowania jego skóry sprawiła, że Alfred w ogóle otrzymał te wszystkie obrażenia. Drgnął, dopiero gdy usłyszał, dokąd mają wrócić i że powinien go obejrzeć lekarz.
Pewnie powinien, przyznał mu rację w myślach, nie wypowiadając tego na głos. Ale nie może. Miał dwóch uzdrowicieli, którym ufał. Jeden nie mógł go zobaczyć w takim stanie, drugi zaś mieszkał zbyt daleko Doliny Godryka, by fatygować go po nocy na wizytę.
— Jeszcze chwila — podniósł powoli dłoń, a w tym samym czasie otaczająca ich bariera opadła. Z każdym stawianym krokiem w kierunku, z którego (jego zdaniem) dobiegały krzyki, a w którym (im bliżej był, tym więcej pewności nabierał) leżały szczątki, resztki po tych, którzy jeszcze nie tak dawno zagrażali ich życiu, czuł, jak całe jego ciało błaga o pomoc. Z jęknięciem bólu, którego nie próbował nawet powstrzymywać, schylił się, zbierając wszystkie różdżki. Zapach krwi był niemal nie do zniesienia, ale Castor czuł naprawdę dziwny rodzaj spokoju. Choć sprawa dalej nie była rozwiązana, krótki epizod sprawiedliwości pozwolił mu wytrzymać i zebrać wszystkie pięć różdżek, które były w jego zasięgu. Ostatnia, bo przecież napastników było sześciu, musiała być przykryta krwawą miazgą, której nie miał ochoty dotykać.
Zostawił ich. Tak jak leżeli. Może gdyby posiadał odrobinę więcej umiejętności z zakresu uroków, zrobiłby im chociaż dół przy pomocy Orcumiano. Ale nie potrafił. Chyba nie miał też wystarczająco dużo siły, by marnować ją na kogoś, kto na pewno nie mógł sobie przypisać zasług za coś dobrego, co zdarzyło się w Warwickshire.
Wojna była okrutna. Dla wszystkich stron. A niektórzy dostawali to, na co zasługują prędzej niż inni.
— Idziemy — dał sygnał, zarzucając lewe ramię — trzymające zebrane różdżki — przez ramię Alfreda. Na kolejne słowa skinął tylko głową, nie chcąc tracić sił. Pozwolił Summersowi poprowadzić go w bezpieczne miejsce, a niedługo później pod Szarodrzewem z Nuneaton zrobiło się niemal zupełnie cicho.
Za wyjątkiem szumiących ostrzegawczo gałęzi starego drzewa.

| EM: 32/50
Żywotność Alfreda: 231 + 14 = 245/235, 235/235 (nastawiona kość barkowa, zrośnięcie złamania, wyleczone uszkodzenie stawu)

z/t x2
[bylobrzydkobedzieladnie]


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Strona 7 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Szarodrzewo z Nuneaton
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach