Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Alejka przy cmentarzu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Alejka przy cmentarzu   17.07.17 2:11

First topic message reminder :

Alejka przy cmentarzu

Ścieżka na jeden ze starszych cmentarzy wiedzie długą alejką przez przerzedzony las, który zaścielała drogę stertą liści porywanych przez świszczący niekiedy wiatr. Najczęściej panuje tu jednak cisza, tak charakterystyczna dla cmentarnej aury. Niespotykane w okolicach ptactwo zdaje się omijać opustoszałą alejkę, jakby wyczuwając rozchodzącą się z wieczorną, gęstą mgłą - wizję śmierci.
Mimo zaklętej wręcz atmosfery ciszy od czasu do czasu ktoś pokonuje całą dróżkę, by przekroczyć ciężkie, kiedyś pięknie zdobione czernią - bramy prawie zapomnianego cmentarza. Pamięć widocznie nie umarła wraz z lokatorami.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   14.01.18 21:48

|15 maj 56'

Wieczór był wybitnie nieprzyjemny; śnieg nieustannie zajmował nową warstwą uliczki, a silny wiatr zmieniał jego położenie. Noc, choć późna, sprawiała wrażenie wczesnej, jasnej i pozbawionej tajemnicy, do której na co dzień zdążyła mieszkańców Londynu przyzwyczaić. Macnair lubował się w pogrążonych w mroku uliczkach, na których osiadła mgła zdawała się sprawować pieczę, ukrywać to co nie chciało zostać wystawione na dzienne światło. Był typem człowieka szanującego swą prywatność, przestrzeń oraz możliwość działania, które to właśnie ciemność ułatwiała najbardziej.
Rzadko chodził na spacery. Preferował zdecydowanie bardziej intensywne rozrywki, jak snucie się wśród natury, które jedyne co zapewniało to możliwość samotnej analizy własnego postępowania tudzież kolejnych  planów. Zważywszy na fakt, iż Macnair nieczęsto poświęcał choć chwilę na przemyślenie błędów, to przeważnie aranżował ów czas na tworzenie nowych celów, szukanie możliwości zdobycia kolejnych wskazówek, które były mu niezbędne, aby dosięgnąć to czego tak naprawdę pragnął.
Odpaliwszy papierosa zasiadał na ławce nieopodal wejścia na cmentarz, który nie budził w nim żadnych wspomnień. Sentymentalność nie była jego mocną stroną – w zasadzie nie była żadną, albowiem nie posiadając jej w sobie za grosz z łatwością godził się z myślą, iż mogli tam spoczywać jego przodkowie. Dawno przestał uznawać fakt posiadania jakiejkolwiek rodziny, więc nie widział powodu, dla którego miałby wracać na ich grobowce z podkulonym ogonem i prosić o zrozumienie, a co gorsza wybaczenie. Nie miał za co przepraszać, nie miał czego się wstydzić – był sobą, a genetyka tego nie zmieniała, choć rzekomo tak bardzo napiętnowała dobre imię „Macnairów”.
Rozsiadając się nieco wygodniej zarzucił jedno z ramion na oparcie ławki i rozejrzawszy się po alejce szukał elementu, na którym mógłby skupić swą uwagę. Spoczywający między jego wargami papieros wciąż się żarzył, choć zażywał dymu z nieco mniejszym zaangażowaniem jak jeszcze chwilę wcześniej, bowiem jego wzrok przykuła niewielka istota nieustannie zbliżająca się do wielkich, cmentarnych bram. W pierwszym momencie nie był pewien, czy aby na pewno to ta sama zmora – dziewczyna przypominająca mu o najgorszym okresie szkolnym, o najpaskudniejszym koszmarze i fatalnej trudności pogodzenia się z tym, kim po prostu był – była też i ona. Zacisnąwszy opuszki palców na papierosie wziął ostatni nikotynowy wdech, a następnie wyrzucił niedopałek przed siebie podnosząc się w tym samym momencie z chłodnej ławki. Nie widział po jaką cholerę ruszył za nią, jednakże po tak wielu latach wciąż nie potrafił odmówić sobie pozostawienia jej w spokoju. Dlaczego?
-Czy na górze, czy na dole szlama zawsze w oczy kole.- zaczął dziecinną rymowankę, którą witał ją wraz z innymi Ślizgonami na korytarzach Hogwartu . -Czy też z tyłu, czy też z przodu, nie unikniesz tego smrodu, który wręcz ci zasnąć każe, by się poddać sennej marze. A ta mara bronią mugolaków, brudnych, pewnych siebie mimo czarodziejskich braków i choć wstyd na ich miejscu dobywać różdżki, nie wymagajmy zbyt wiele, mają małe móżdżki.- zwieńczył zapewne myląc pewne słowa, ale tym samym zyskując rozpoznanie w jej oczach – w końcu nie było możliwości, aby wzięła go za kogoś innego, zbyt dobrze się znali. Zrównawszy się z nią krokiem zacisnął rękę na różdżce znajdującej się pod szatą, gdyż Tonks należała do osób nieobliczalnych i nie zamierzał nadziać się na jej momentalny wybuch. -Kopę lat, Justine. Wypiękniałaś, wydoroślałaś i zapewne zrozumiałaś, że nie masz czego szukać na Pokątnej?- bardziej stwierdził, jak spytał, a kpiący uśmiech ubarwił jego bladą od zimna twarz.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
20
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   22.01.18 21:28

Tylko na chwilę zamarłam w pół kroku, by zaraz podjąć dalszą wędrówkę. I choć włosy na karku zjeżyły się lekko, nie zamierzałam dać po sobie poznać, że jego słowa w jakikolwiek sposób na mnie wpłynęły. Wiedziałam do czego był zdolny, doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, jednak teraz nie był w stanie już mnie dotknąć słowami. Kiedyś tylko udawałam, że nie bolą, że nie posiadają siły sprawczej i nie wpływają na postrzeganie samej siebie. Ale za każdym razem skrupulatnie budowana pewność siebie sypała się jak domek z kart, a całą budowę musiałam zacząć od nowa. Kiedyś, bo teraz zrozumiałam już, że to nie jest ważne - choć dla niektórych ważne było wciąż. Teraz w końcu wolna od wszystkich demonów, w końcu rozumiejąca co blokowało niektóre funkcje mojej zdolności, a może raczej jedynie uwidaczniało skumulowane w środku emocje. Teraz byłam silna, silniejsza niż którekolwiek z nich mogłoby przypuszczać, musiałam jednak chronić się przed wszystkim innym, do czego wiedziałam, że był w stanie się posunąć. Dłoń zacisnęła się mocniej na różdżce, na której i tak spoczywała w dużej kieszeni beżowego płaszcza, który miałam zarzucony na ramiona. Nie bałam się, a może powinnam? Samuel ostrzegał, a może nawet prosił bym nie chodził sama, a jednak, niektóre rzeczy załatwić można było tylko w pojedynkę. I w czasie kiedy on recytował dalej bzdurną rymowanką, którą witał mnie razem z resztą ślizgonów ja szłam dalej wyciągając różdżkę i ledwie poruszając ustami wyszeptałam.
- Reflexio. - mając nadzieję, że urok będzie udany. Nawet jeśli nie zostawała nadzieja, że zdławiony brzmieniem własnego głosu nie zauważy, jak próbuję rzucić urok. Nie miało to jednak znaczenia, to że usłyszałby zaklęcie które wypowiadam. Choć zdecydowanie dałoby mi przewagę, gdyby zdecydował się zaatakować. Milczałam gdy skończył idąc przed siebie, jednak obierając inną trasę niż wcześniejsze docelowe miejsce podróży - nie powinien wiedzieć dokąd szłam, nawet nie to, że nie powinien, nie zasługiwał na to, by to wiedzieć.
Nie skrzywiłam się na dźwięk własnego imienia, choć wcześniej robiłam to za każdym razem. Nie miało to już na mnie wpływu. Drażniło nadal, lekko tykając gdzieś między żebrami, ale żal po stracie matki nadal był świeższy. Cera nadal pozostawała niezdrowo blada, a na twarzy widniała cienka, podłużna blizna, która jeszcze nie zdążyła się zagoić, ta miała zniknąć, ale wiedziałam że te na brzuchu pozostaną ze mną na zawsze. Jeszcze nie do końca zasklepione zaczepiały się czasem o koszulę przynosząc nieprzyjemne uczucie pełne dyskomfortu którą okraszała odrobina bólu. W końcu się odezwałam.
- Czy w Hogwarcie, czy w Londynie, mały Drew się nie ukryje. - pozwoliłam by lekko zachrypnięty głos przeciął powietrze. Brzmiałam nawet dla samej siebie dziwnie, inaczej, jak nie ja. A przynajmniej nie ta ja, którą byłam jeszcze miesiąc temu. Złota Wieża zmieniła wszystko, tego jednego byłam pewna. Ale nie poprzestałam tylko na słowach. Zmuszałam ciała do zmian. Najpierw urosłam w górę, przestają się rozciągać dopiero w momencie, gdy zrównałam się z jego wysokością. - Gdy niepewność wen się wedrze, zrobi wszystko by się nie drzeć. - mówiłam dalej, w przeciwieństwie do jego rymowanki, tej nie mógł znać, pisałam ją na specjalnie zamówienie dla niego. Właśnie teraz w tym momencie. Szczęka zmężniała, rozciągnęła się w niektórych momentach swojego trwania. - Gnębi, kłamie, łamie dusze, lecz to on przeżywa katusze. - mówiłam dalej swoim głosem, ale już coraz mniej swoją twarzą. Włosy zaczęły się kurczyć by finalnie wyglądać jedno z tymi, które na swojej głowie nosił idący obok mężczyzna. Ale nie odwracałam się, idąc dalej przed siebie i tam kierując swoje spojrzenie. - Gdy zrozumie, że nie tedy droga, wtedy minie cała trwoga. - zakończyłam. Nigdy nie umiałam dobrze rymować, cały ten wiersz który sklepiłam na poczekaniu właściwie nie powinien nosić tego miana, a wszyscy wielcy twórcy z pewnością nie zaliczyliby go do gatunku. Nie było to jednak ważne. W końcu odwróciłam głowę spoglądając na zmorę z przeszłości własnymi oczami, jednak już nie własną twarzą. Założyłam tą jego, naturalnie i bez problemów które zdarzały mi się wcześniej. Wszystkie blokady zostały zdjęte w końcu posiadałam całkowitą kontrolę nad zdolnością którą odziedziczyłam w genach.
- Drew. - powiedziałam tylko w ramach odpowiedzi na przywitanie. - Wyprzystojniałeś, wydoroślałeś, nauczyłeś się już patrzeć samemu sobie w oczy? - odpowiedziałam pytaniem na pytaniem, na usta nie wpłynął uśmiech, twarz pozostawała śmiertelnie poważna. Tak, wiedziałam doskonale. Rozgryzłam cię Macnair już lata temu, choć nie przyznawałeś się do tego na głos. Sam siebie zdradziłeś, przystając tylko czasem, lub też tylko czasem specjalnie mnie odnajdując by sobie pomóc, siebie dowartościować w jakiś dziwny, zrozumiały tylko dla ciebie sposób. Ale nie byliśmy już w szkole, prawda?




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   22.01.18 21:28

The member 'Justine Tonks' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 37

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   26.01.18 0:08

Od samego początku miał pewność, że go pozna i nie ucieszy na jego widok. Szkolne czasy, choć tak odległe, na stałe pozostawiły skazę na ich znajomości, która w większej mierze opierała się o prześmiewcze zwroty, uderzające w ambicje teksty i mało wyszukane przezwiska mające na celu jedynie urazić. Byli kompletnie inni, posiadali zupełnie różne poglądy, kierowali się ścieżkami prowadzącymi w przeciwległe strony nie mając prawa i możliwości w jakimkolwiek miejscu się skrzyżować.
Brzydził się krwią płynącą w jej żyłach. Miał wrażenie, że otrzymany przez nią dar był wynikiem oszustwa tudzież błędu, którego należało naprawić, aby takie przypadki więcej nie miały miejsca. Szlamy były plamą na pięknej, a zarazem potężnej historii czarodziejów; doprowadzali do kolejnych rozłamów, wszczynali bunty i ściśle opierali się wyższości czystokrwistych będących prawowitymi, magicznymi potomkami. Zaczynali rościć sobie coraz więcej praw, obsadzać swoimi paskudnymi odmieńcami wysokie stanowiska i mieszać w głowach uczniów mających w obowiązku znać mugolski świat oraz obyczaje. To było chore, obrzydliwe i karygodne.
Nie zauważył, że w obawie przed jego atakiem starała się obronić. Ruch różdżką był tak nieznaczny, iż umknęło to jego czujności, choć z reguły uchodził za spostrzegawczego mężczyznę – może zaaferował się widokiem szkolnej zmory sprzed ponad dekady? Tonks była jego wrogiem, osobą której uwielbiał bez powodu wbijać szpile, jednakże posiadany przez nią dar sprawiał, że zdarzało mu się patrzeć na nią inaczej i tylko w samotności. Wówczas o wiele lepiej radziła sobie z kontrolą własnego ciała, emocji i zmian wywołujących nierzadko salwy śmiechu reszty uczniów uważających metamorfomagów za dziwolągów. Macnair starał się nie przejmować ich gadaniem, ale irytowało go to potwornie, jednak reagował agresywnie jedynie w skrajnych przypadkach, kiedy naprawdę limit jego cierpliwości został znacznie przekroczony. Justine natomiast sprawiała wrażenie zupełnie nietkniętej, nieustannie uśmiechniętej i paskudnie pewnej siebie, co budziło w nim swego rodzaju podziw. Długo nie mógł przełamać się, aby spotkać ją na błoniach, gdzie często przebywała tylko z książką i zapytać o kilka aspektów, na które odpowiedzi nie znał żaden jego towarzysz – w końcu nikt z nich nie miał daru. Cuchnęło od niej mugolskim szlamem, ale była mu potrzebna do otrzymania wiedzy, którą pragnął pojąć.
-Biegnie, pędzi, mknie z zapłakaną twarzą, nie dostała różdżki o której dzieci marzą.- rzucił w ripoście na jej słowa, choć zadziałał element zaskoczenia, bowiem nie posądzał dziewczyny o tak wyniosłą poezję. Nigdy wcześniej nie skierowała ku niemu podobnych słów, toteż wiedział o wymyślaniu wszystkiego dosłownie na poczekaniu – naprawdę miała ochotę w ten sposób się droczyć? Jego poprzedni wierszyk był wręcz szkolną mantrą, podobnie jak kolejny bezlitośnie uderzający w jej korzenia, rodzinę oraz tradycje. Zapewne wracanie do tego było dziecinne, ale miał świadomość, że nic nie bolało bardziej niżeli powrót do odbijających się echem, przykrych wspomnień. -Stary Ollivander pocieszał, głaskał i słał ciepłe uśmiechy, choć doskonale wiedział, że nie jest to potęga dla mugoli pociechy. Skradła ona bowiem umiejętności i splamiła krew, robiąc to dosłownie wszystkim błękitnym wbrew. Cuchnąc paskudnie weszła w nieswoje progi, wiedząc że za drzwiami czeka ją dom wrogi.- zwieńczył nie przestając wyginać warg w kpiącym uśmieszku.
Zmieniające się ciało obserwował uważnie, choć nie robiło to na nim takiego samego wrażenia, jak za szkolnymi murami. Obecnie sam potrafił doskonale władać własnym darem i nieustannie wykorzystując go zdobywał właściwie wszystko, co tylko było mu potrzebne – a przede wszystkim informacje.
Zaśmiał się kpiąco na jej słowa, a następnie wsunął dłonie w kieszenie szaty mając różdżkę w pogotowiu, choć nie sądził by była na tyle głupia, aby wejść w otwartą walkę.
-Widzę szkoliłaś swój język i pisanie poezji. Jak zwykle wszystko nieprzydatne.- westchnął wzruszając teatralnie ramionami.
-Właściwie nie mam co się dziwić w końcu ambitne i prowadzące do czegoś lepszego czyny są Ci obce, podobnie jak czarodziejska moc. Uśpiłaś już skradziony dar, czy dalej wmawiasz wszystkim, że urodzony z Ciebie mag?- spytał prześmiewczo, bo przecież nie była odosobnionym przypadkiem – ale wyjątkowym w kontekście złośliwości szatyna. Znęcał się nad szlamami, ale nad Tonks wręcz pastwił się i co gorsza nigdy mu się to nie nudziło. -Źle dobrałaś włosy do rys twarzy, wyglądasz jak po wypiciu nieudanego eliksiru wielosokowego.- nie odpowiedział na jej pytanie, chyba nie znał odpowiedzi. Może tak naprawdę nadal nawet sam przed sobą po prostu grał? Może jego wewnętrzne mury i bariery były na tyle silne, że nic nie było w stanie ich skruszyć?






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
20
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   11.02.18 17:50

Nie byłabym go w stanie zapomnieć. Jego istnienie, jak i istnienie jemu podobnych było wpisane w moją historię. Paradoksalnie, pewnie nawet nieświadomi niczego, to właśnie oni pozwalali stać mi się silniejszą, odporniejszą. To dzięki nim zyskiwałam pewność siebie, bo to właśnie przez nich, musiałam pilnować by nigdy w siebie nie zwątpić.
Jednak Merlin mi świadkiem, że wątpiłam. I to nie raz, a kilkanaście, może kilkadziesiąt razy, może nawet kilkaset, nie byłam w stanie tego zliczyć. Jednak nie pozwalałam, by wątpliwości wymknęły się z obrębu mojej głowy strzegąc ich pilnie. Pilnej, niż czegokolwiek innego.
Doskonale zdawałam sobie sprawę co sobie o mnie myśli, jego przekonania nie różniły się od tych, prezentowanych przez Mulcibera. Dla nich byłam jedynie robakiem - skazą, na pięknej krwi czystokrwistych czarodziejów. Złodziejem mocy, który skradł moc kompletnie nie należącą do niego. Co rozsierdzało ich jeszcze bardziej? Moja zdolność, która przeczyła tym tezą, którą odziedziczyłam po babce, której nie dało się ukraść z nią można było się tylko urodzić.
Zaklęcie się nie powiodło, wiedziałam, że nie. Zbyt mocno skupiłam się na tym, by nie zauważył gestu, że wykonałam go źle. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Szłam dalej, słuchając jego kolejnych słów, wyciągniętych z bezdennej studni głupot zgłosek zlepionych w całość mających mnie dotknąć, trafić. Nie zamierzałam pozwolić, by tym razem mu się udało.
Tym razem nie odpowiedziałam już poezją wysokich lotów. Nie zamierzałam w to dalej brnąć, nie chciałam, szkoda było mi na to energii i czasu. Choć nie mogło zastanowić mnie, czemu on marnuje swój cenny czas, dzieląc ze mną to samo powietrze? Czyżby coś nie szło po jego myśli i musiał poprawić sobie humor, próbując zepsuć go mnie? Był egoistą, zapatrzonym w siebie, nie robiącym nic dla innych. A radość sprawiało mu cierpienie innych, zwłaszcza gdy sam je zadawał. Byliśmy tak różni, że wątpiłam, byśmy kiedykolwiek mogli zaleźć łączącą nas płaszczyznę. A jednak, była jedna rzecz, która nas łączyła. Dar, który pewnie gdyby mógł, odebrał mi siłą. Nie miał jednak takiej mocy sprawczej.
- Wymień jeden. - wypowiedziałam więc, zatrzymują się - wstrzymują dalszą wędrówkę. Jeden, lepszy czyn, który był mi obcy a którego ty z pewnością doświadczyłeś. Wszak, nie mówiłbyś o nich, gdybyś nie mógł się nimi chełpić? Znałam swoją wartość, choć niezmiennie i codziennie wątpiłam w nią. Nauczyłam się kwestionować własne zdolności, ale i paradoksalnie im ufać. Pomagałam codziennie niezliczonej liczbie czarodziejów opatrując ich rany. Walczyłam za słabszych, za tych gnębionych i poniżanych. Wiedziałam dokąd zmierzam, wiedziałam też co osiągnęłam. Więc wymień jeden czyn, lepszy w twoim mniemaniu. Na kolejne słowa na twarz wszedł uśmiech. Nie moją twarz, twoją. Sam gest na pozór pozytywny, teraz był inny, jakby kwaśny i niesmaczny. - Jak pewien jesteś, że to ja popełniłam błąd? Może to ty, nie pamiętasz już jak wyglądasz. - odpowiedziałam ponownie poważniejąc, ściągając gest, ściągając nieswoją twarz, zmniejszając się do swoich rozmiarów. Dłoń mocniej zacisnęła sie na różdżce, która uniosła się ku górze, był blisko na tyle, by modrzewiowe drewno było w stanie dotknąć skóry pod jego szyją o ile nie odskoczył.
- Czego chcesz, Macnair? - po co podszedłeś? Jaki miałeś w tym cel. Wyduś to z siebie, załatwmy to od razu. Nie mam czasu, ani chęci na powrót do przeszłości. Żadne z nas nie było już dzieckiem oboje byliśmy dorośli. A zawoalowane gierki które tak bardzo lubiłeś nie leżały już w moim interesie. Niebieskie tęczówki nie spuszczały mężczyzny z oczu. Nogi lekko ugięte w kolanach pozwalały na dowolny manewr - jeśli miałaby zajść potrzeba. Miałam nadzieję, że takiej nie będzie. Bowiem, ponad wszystko w ostatnich dniach, na niczym za bardzo mi już nie zależało. Podnosiłam się i wykonywałam zadania, by nie poddać się całkiem rozpaczy. Jednak czułam jak wokół mnie zaciskają się coraz mocniej ramiona obojętności. Musiałam z nimi wygrać, pokonać je - na razie jednak nie wiedziałam jeszcze jak.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   23.03.18 18:47

Macnair wiedział, że daru nie można było ukraść, nauczyć się, a tym bardziej posiąść w wybranym przez siebie momencie. Genetyka była nieugięta wybierając swe ofiary wedle własnych upodobań, a nie czyiś pragnień tudzież szeroko rozumianych próśb. Większość potocznie nazywana była przekleństwem, ale tylko posiadacz mógł zrozumieć jak wielką dzierżył w sobie moc i ile przewagi zyskiwał dzięki niecodziennym umiejętnościom  stanowiącą zagadkę dla potencjalnego wroga. Przypadek Tonks był jednak inny – dziewczyna była szlamą, paskudną skazą na krwi i hańbą dla prawdziwych czarodziejów mimo dalszych korzeni, więc niezrozumiała była dla niego hojność z jaką została nagrodzona. Mroziło go w żyłach na samą myśl, że cokolwiek łączyło go z ów osobą – a wbrew pozorom łączyło wiele.
Wylewanie kubła pomyj na jej głowę pozwalało mu zapomnieć o momentach, w których wyraźnie pragnął zaczerpnąć od niej wiedzy i sposobu kontroli. Nienawidził owych chwil, kiedy musiał obnażyć swoje braki i tym samym podsuwać dziewczynie kolejnego asa do rękawa o dziwo nigdy nie wykorzystanego. Czyżby naprawdę nie było to dla niej niczym istotnym? Mogła przecież publicznie zlinczować jego nieme prośby i tym samym sprowadzić do parteru zapewne finalnie zakończonego niedozwolonym zaklęciem. Pluł sobie w brodę, że to akurat musiała być ona. Naprawdę skazany był na tak wielkiego pecha?
Rodzina Macnairów miała w swym genologicznym drzewie kilku metamorfomagów, ale szatynowi nigdy nie przyszło poznać ich personaliów, a tym bardziej spotkać osobiście. Matka skrzętnie ukrywała informacje o historii ojca, a on nie czując potrzeby odnalezienia ich pogodził się z losem samotnika skazanego na pisanie nowej, zupełnie odmiennej biografii. Na próżno było w tym szukać łamania tradycji, albowiem ów ród już dawno skazany został na arystokratyczny lincz pozbawiający sporej ilości praw. Coraz to młodsze czarne charaktery zdawały się pałać niebezpieczniejszą i gorzej płatną pracą wskutek czego postrzegani byli jako ludzie od paskudnej roboty, a nie solidni, godni polecenia inwestorzy.
Na jej pytanie uniósł wysoko brwi po czym z perfidnie kpiącym wyrazem przesunął językiem po górnej wardze swych lekko uchylonych ust dając jej do zrozumienia, że nie dowie się od niego niczego więcej poza tym czego nie chciała usłyszeć. -Najprostszy? Daleko szukać nie trzeba.- rzucił wsuwając dłonie do kieszeni długiego, czarnego płaszcza, który pod wpływem ilości śniegu zaczął nieznacznie zmieniać swój kolor. Nieprzyjemnym było stanie na tak paskudnym mrozie, a tym bardziej w tak beznadziejnym towarzystwie, ale chęć wbicia kolejnej szpili stała się nader kusząca. -Zabranie różdżek tym, którym się one nie należą.- zasugerował pewnym tonem, by następnie posłać jej pełne drwiny spojrzenie. Naprawdę sądziła, że doceni jakiekolwiek działania dążące do równości, nietykalności oraz koniecznego respektu wobec mugolskiego dziadostwa? Obrona słabszych, pragnienie zapewnienia wszystkim bezpieczeństwa – jak wielkim trzeba być idiotom, aby nie poświęcać słabszych, niepełnych i nieudanych jednostek w imię potęgi? Nie była to rzeź na niewiniątkach, ale znane od pradawna oczyszczanie stada z tych, którzy opóźniali je i ciągnęli na dno. Macnair nie mógł być tego świadkiem, nie chciał na to patrzeć. -Mowa tutaj także o tych, którzy rzekomo Cię akceptują.- zaśmiał się pod nosem, a jego stalowo-zielone tęczówki rozbłysnęły w coraz większym mroku i gęstniejącej atmosferze. -Ale nie łudź się, to tylko obronne farmazony podobnie spaczonych. Trzymacie się w grupie, a gdy tylko nadarzy się okazja drwicie w kałuży hipokryzji z nadzieją, że lepsi to docenią.- „lepsi” czyli oni, czarodzieje czystej krwi.
Czując chłód drewna w okolicach swej szyi uniósł brew nie spuszczając wzroku z jej oczu. Tonks była nieobliczalna, ale nie poruszył się nawet o milimetr mając świadomość, że zbije ją to z tropu zwłaszcza, iż nie sięgnął po swoją różdżkę mając jedynie rękę w pogotowiu. Momentalnie chwycił między palce broń dziewczyny i zatrzymując ją w stalowym uścisku nieznacznie zmniejszył swój wzrost za pomocą daru, aby kraniec mocniej wbił się w zziębniętą skórę. Ironiczny uśmiech nie schodził z jego twarzy. -Pokaż co potrafisz. No dalej.- źrenice szatyna rozszerzyły się, a tętno nieco przyspieszyło. Spodziewać mógł się tylko tego, że nie uszkodzi go nader mocno – brakowało jej jaj. -Pokaż mi swą siłę i umiejętności. Zmień w królika czy tchórzofretkę lub skaż na paskudne katusze pozostawiając w drętwocie na tym paskudnym mrozie.- puszczając jej oczko szydził w głowie z osób niepałających się czarną magią – dziedziną najpotężniejszą i bezsprzecznie najniebezpieczniejszą. Nie byli tego godni – zbyt słabi i zatraceni w chorej wartości „dobra”.
-Obydwoje wiemy, że tylko ja jestem w stanie Cię zrozumieć. Masz tylko mnie.- przeciągnął ostatnie słowo, choć nie odpuścił sobie oblania go sporą ilością sarkazmu. -Twoja matka była zwykłą kurwą preferującą mugolskie ścierwo i podobnie jak moja mi, spieprzyła Ci życie. Wiele rzeczy nas łączy kwiatuszku i temu nie zaprzeczysz.- przelał czarę goryczy, wiedział to. -Śmiało pozbądź się tego, który jest w stanie stać obok tych wszystkich dziwactw i wykazać zrozumienie wobec kwestii, na które nie ma się wpływu.- nie kłamał. Był pewien, że jej głowę plądrowały wspomnienia inne - zapewne mniej przykre - przykryte jedynie płachtą paskudnych docinek i nękania. Tylko oni sami wiedzieli ile dni spędzili razem w ukryciu później zapewne już tylko pod pretekstem wspólnej nauki kontroli.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
20
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   15.04.18 2:47

Wiedziała, że zdaje sobie z tego sprawę. Z tego że zdolność którą posiedli oboje wędrowała wraz z krwią, tego że w jej przypadku była jawnym dowodem na to iż w jej brudnej krwi znajdowała się magia, którą nosił w sobie i on. Że niewiele dalej w przeszłości można było odnaleźć źródło magii - wszak jej babka posiadała ten sam dar, Tonks nigdy jednak nie śledziła głębiej własnego drzewa genealogicznego. A jednak, wielu - w tym on - nadal niezmiennie i bezmyślnie powtarzali z uporem iż ukradła magię, której siłą posiąść się nie dało.
Nie kłóciła się już jednak z tym - gdy logiczne argumenty przegrywały z uporem, dalsza walka traciła na ważności bowiem jasnym stawało się, że cokolwiek nie powie czy zrobi nie zmieni zdania, które już raz zostało podjęte.
Tak samo się przecież zaczęło, prawda? Gdy dręczył ją by poprawić swój własny nastrój. Czasem odpowiadała mu ogniście nie przebierając w słowach gdy trafił zbyt celnie a włosy zaiskrzyły się na końcówkach ognistą czerwienią. Czasem zwyczajnie mijała, zaszczycając jedynie krótkim, wymownym spojrzeniem, które przepełnione było zwyczajną litością i zrozumieniem, które z pewnością sam dostrzegał.
Wiedziała.
I on doskonale zdawał sobie z tego sprawę że wie. I mogłaby tego użyć, skorzystać, odnaleźć w tym profit który mógłby zaowocować. Jednak nigdy nie była taka. Nie potrafiła i nie chciała taką być. Wtedy z pewnością zatraciłaby siebie, a do tego nie mogła dopuścić.
- Nie. - powiedziała więc, wtrącając się w jego przemowę. - Jeden większy, lepszy czyn, którego ty - wyraźnie zaintonowała to słowo nim pozwoliła by dalsze słowa wypłynęły z jej ust - byłeś inicjatorem lub choćby częścią. Jeden, który już miał miejsce. Nie prosiłam o przedstawienie planu którego przyszłość może zwyczajnie nie zaakceptować. - wyjaśniła spokojnie, kompletnie jakby nie słyszała wszystkich zdań, którymi celował prosto w nią. Jakby należały do niebytu, czy też grona słów, które pozostają jedynie w myślach i nigdy nie opuszczają własnej głowy, niczym smok broniący twierdzy nie do zdobycia. Skoro większe i lepsze czyny były jej obce, a on wypowiadał się o nich jakby ich doświadczał z pewnością potrafił wymienić choć jeden - czyż nie?
Nie ruszył się, gdy jej różdżka przecięła powietrze z cichym świtem końcówką lądując na jego szyi. Jej twarz jednak nie pozbyła się ponurego oblicza które od jakiegoś czasu towarzyszyło jej niezmiennie. Czy zdziwiło ją to? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, najpierw musiałaby wysilić choć trochę swój umysł by zastanowić się nad zaistniałą sytuacją. Nie zrobiła tego jednak, przemykając nad tym faktem kompletnie nieczule, niepodobnie do siebie samej. Błękitne tęczówki zerknęły w stronę dłoni, który już za chwilę dotykała jej drewna. Nadal jednak pozostawała niezmienne stateczna, pewniejsza własnego wyboru, kompletnie jednak niepodobna do własnych zachowań - przecież, powinna poruszyć się, odskoczyć, wszak samą dłonią był w stanie zrobić jej krzywdę i w dziwnie pędzącej kawalkadzie myśli odkryła że liczyła na to. Liczyła że dłoń jej dosięgnie, obije boleśnie twarz, albo zaciśnie się na gardle pozbawiając oddechu, jednak jednocześnie uświadamiając coś bardzo ważnego, coś, co zdawało jej się utracić. Nie wiedziała jednak co zgubiła, dłoń nie dotarła do jej gładkiej skóry.
Zacisnęła mocniej dłoń na modrzewiowym drewnie. Mocno, najmocniej jak tylko potrafiła, samą różdżkę wciskając głębiej w jego szyję na podszyte ironicznym uśmiechem no dalej. Śmiał się z niej, szydził i widziała to w jego oczach, dostrzegając własne odbicie w tęczówkach źrenic.
Nie był wart nawet złamanego knuta i nie mogła zrozumieć czemu wcześniej chciała mu pomóc, może była naiwna. Może w tej naiwności wierzyła, że jest w stanie coś zmienić. Teraz wiedziała, widziała jak bardzo się myliła.
Odpuściła.
Całkowicie, pozwalając by dłoń z różdżką opadła, schowała ją na powrót w kieszeni jasnego płaszcza przez który mróz przenikał szczypiąc mrozem po ramionach. Uchyliła lekko wargi jakby chcąc coś powiedzieć, jednak odpuściła. Cofnęła się o krok, na pięcie wykonując odwrót gdy próbował przekonać ją że tylko on jest w stanie ją zrozumieć, szykując się do odejścia. Postanawiając nie zostawać tutaj nawet chwili dłużej.
Miała wykonać kolejny ruch, krok, mający zbudować między nimi większą odległość. A potem kolejny i następny, stopniowo pozwalającą jej oderwać się od tego przesiąkniętego zepsuciem i jadem człowieka. Jednak stopa zamarła w pół ruchu z jego kolejnymi słowami a ciało momentalnie zastygło. Nie na długo, jedynie na ułamki sekund, gdy dotarło do niego co powiedział. Gdy umysł momentalnie najeżył się budząc w niej uśpione ostatnio emocje i nim pomyślała, nim w ogóle zdążyła postanowić co robić, jej ciało postanowiło za nią. Dłoń, zaciśnięta wcześniej na różdżce, teraz zwijająca się się sama wysunęła się z płaszcza. A ona powróciła ciałem tą samą drogą którą przed chwilą pokonała tym razem jednak przykładając się do tego, biorąc potężny w jej mniemaniu zamach, marząc o tym by niewielka pięść trafiła w nos, albo szczękę łamiąc każdą jedną kość na którą natrafi. Logika mówiła iż nie jest to możliwe, ale złość która ją ogarnęła zdawała się nie posiadać innego ujścia, jak i nie akceptować logiki w swych działaniach. Jak śmiał... Jak mógł wypowiadać się tak o jej matce, o kobiecie którą kochała nad życie, o kobiecie, której nie zdążyła uratować, a co najważniejsze - nie zdążyła pożegnać.
Jeśli kiedykolwiek myślała, miała nadzieję, że jest w stanie coś wskórać, wszystkie te uczucia zdawały się dziwnie odlegle. Teraz jedynie - odkryła gdzieś daleko w świadomości zdziwiona - chciała go jedynie zranić. Możliwie jak najmocniej, możliwe jak najbardziej mając nadzieję, że to zabierze choć cząstkę bólu który nosiła z sobą co dzień.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   17.04.18 23:18

Irytowało go, gdy próbowała oczyścić słowo milczeniem jeszcze silniej drażniącym ucho niżeli piskliwy głos przeradzający się w krzyk. Często w ten sposób kończyła ich dyskusje, przy czym nigdy nie ruszała w swoją stronę licząc, że to on złoży broń i oddali się z miejsca małej wojny toczonej przez kilka długich, szkolnych lat. Łączyła ich upartość, zawziętość i pragnienie postawienia na swoim, choć doskonale wiedzieli o skrajnych poglądach w żaden sposób niemogących znaleźć wspólnego mianownika. Nigdy nie zastanawiał się do czego dążyli, a tym bardziej nie poświęcił nawet chwili na znalezienie powodu, w wyniku którego mogliby omijać się szerokim łukiem oszczędzając sobie tych wszystkich paskudnych oszczerstw. Szatyn traktował to jak zabawę i odskocznię, a doświadczony przeszłością kompletnie nie brał do siebie słów, które rzekomo powinny uderzyć w honor i ego. Jej myśli teoretycznie nie znał, choć w praktyce pamiętać nie chciał.
Definicji dobra było tyle ilu starało się ją przytoczyć – Drew widział je w zupełnie innych barwach i był to kolejny element zupełnie różniący ich światopoglądy. Empatia, pomoc drugiej osobie, życie w zgodzie ze wszystkimi i z pełnym poddaniem wobec przymusowej akceptacji było dla niego świadectwem słabości, a nie moralności oraz przyzwoitości. To właśnie owa słabość dzieliła ludzi – na tych pragnących żyć na uboczu, ale w miłości z całym światem i drugich dążących do osiągnięcia celów będących fundamentem potężnej władzy. Nie rozumiał bierności, gardził ówczesnym prawem i brzydził się mugolskiego smrodu usilnie wkradającego się na karty magicznej historii. Wierzył, że Czarny Pan miał moc, aby nad tym wszystkim zapanować i dlatego z każdym dniem coraz wierniej mu służył.
-Pragniesz wiedzieć, by samej móc dosięgnąć podobnego i czuć się przy tym lepszą?- zaśmiał się pod nosem, choć cisnęło mu się na usta zupełnie coś innego. -Czy czekałaś, aż stwierdzę, iż tępię takich jak Ty?- uniósł wysoko brew starając się przejrzeć jej intencje; nie był idiotą, wiedział, że dążyła do czegoś poprzez swe pytania. -Szkoda brudzić rąk, sami wyrżniecie się w pył.- rozłożył szeroko ramiona w geście rzekomej bezradności, ale widocznie przedzierała się przez to zwykła ignorancja. Nie uganiał się za szlamami – miał zdecydowanie ciekawsze i ważniejsze zadania. -Przyszłość zaakceptuje to na co pozwoli jej przywódca.- skwitował ów temat nie widząc sensu w jego kontynuacji. Nie zamierzał opowiadać o czynach z przeszłości stanowiących dla niej barierę nie do przejścia.
Brak reakcji nie był wielkim zdziwieniem. Od samego początku był przekonany, iż nie ulegnie pokusie zrobienia mu krzywdy, bowiem niejednokrotnie stawali w podobnej sytuacji i zawsze kończyła się ona w ten sam sposób owiany jedynie różną scenerią. Silny uścisk upewniał go w niemożności wykonania jakiegokolwiek ruchu różdżką, a zastygnięta twarz o nieprzeniknionym spojrzeniu i zblakniętych ustach uwieczniała płynącą nienawiść. Uśmiechał się. Wargi nieustannie wyginał w paskudnie kpiącym wyrazie dającym jej do zrozumienia więcej niżeli potok zbędnych, celujących w najczulsze punkty słów. Pogrywał z nią.
Była naiwna w swej wierze – on nigdy nie pragnął nic w sobie zmieniać, dokonywać przegrupowań w hierarchii wartości oraz odpokutować za dokonane czyny. Powtarzane niczym mantra poglądy zakorzeniły się w nim na tyle, aby wszelakie argumenty odkładać na bok nie biorąc ich w żaden sposób na poważnie. Racje mogła leżeć tylko po jednej stronie i zawsze był pewien stania obok niej.
Zrozumiawszy co chce zrobić rozluźnił palce wędrując nimi z powrotem do kieszeni długiej, czarnej szaty. Nie zamierzał walczyć, nie pomyślał nawet o wyciągnięciu różdżki stanowiącej narzędzie do odegrania się za ten iście nieodpowiedzialny czyn i sprawiając wrażenie przywykniętego do podobnych spraw chwycił piersiówkę, której mętna zawartość wypełniła jego usta. Nie odrywał jednak od niej wzroku, patrzył jak uchyla niepewnie wargi i finalnie je zamyka nie pozwalając by choć słowo rozbrzmiało pośród wysokich, bezlistnych drzew. Potem już widział tylko jej plecy, za którymi podążało widmo cholernie poplątanej przeszłości. Nie żałował swych słów, ale także nie czuł satysfakcji.
Ponura cisza zdawała odbijać się echem od tego przesiąkniętego śmiercią miejsca, kiedy nagle zakłócił ją powrót bolesnych wspomnień nie pozwalających odejść w zapomnienie cierpieniu i uczuciu samotności. Widział to w niej, spoglądając prosto w oczy dostrzegł nieznaną wcześniej zaciekłość mieszaną z pragnieniem sprawiedliwości oraz winy spoczywającej na drobnych barkach. Zapewne udałoby mu się zupełnie uniknąć ciosu, gdyby nie szukał odpowiedzi w zmęczonych tęczówkach już po chwili skupionych na zaczerwienieniu w okolicach jego górnej wargi. Uciekł przed pięścią, ale nie na tyle szybko, by ta nie pozostawiła po sobie żadnego śladu.
Ściągając brwi przesunął dłonią po policzku, a narastająca złość stawała się coraz trudniejsza do okiełznania. Bez chwili zastanowienia chwycił jej nadgarstki w żelaznym uścisku i ściągając je do tułowia sprawił, że znaleźli się wyraźnie bliżej siebie – bez wysiłku mogła dostrzec kąśliwy uśmiech niezwiastujący szczęśliwego zakończenia. -Od kiedy kwestia mamusi tak bardzo godzi w twoje zapchlone serce, Justine?- wysyczał wyraźnie podkreślając ostatnie słowo.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
20
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   21.04.18 19:42

To dziwne prawda? To, jak przeszłość wracała do nas kompletnie niespodziewanie. Ale nie tylko to, czasem zdawała się zlewać z teraźniejszością, przenikać przez nią i właśnie z nią się mieszać. Jedynie przyszłość zdawała się niezbadana, chociaż Justine czuła, że jej droga wiedzie tylko w jednym kierunku. Nie obawiała się, strach zdawał się uczuciem które znała kiedyś, które było też jej towarzyszem. Było, teraz starała się mierzyć z przyszłością z wysoko uniesioną głową, jednak czuła ogromny ciężar na barkach - ciężar śmierci, winy i niespełnionej obietnicy.
On był przeszłością, mętną, prawie zapomnianą. Doświadczeniem, ale i wspomnieniem mającym się nijak do rzeczywistości. Minęłaby go obojętnie na ulicy - minęło przecież tyle lat, jeszcze więcej ich dzieliło. A co więcej, teraz byli już dla siebie kompletnie obcy. I choć jego widok zdawał się przynosić nostalgię, tęsknotę za czasami łatwiejszymi, to nie była ona w stanie przebić się przez żal który ogarniał ją całą.
Mawiano, że ludzie się nie zmieniają. A jednak zdawało jej się, że ona sama zmieniła się całkiem. Nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie. Z zewnątrz pierwsze w oczy rzucały się włosy, które od śmierci mamy nie zmieniły koloru nawet raz, pozostając białymi ( a może bardziej szarymi). Oczy zyskały głębi i doświadczenia i przeklętej toni pełnej smutku, już one sprawiały, że wyglądała starzej - wcześniej ciągle zaniżali jej wiek, z pewnością przez wzrost. Do tego twarz, nienaturalnie, chorobliwie wręcz blada z podkrążonymi oczami które przyrosły do niej dzięki bezsennej nocy w której nawiedzały ją koszmary. Była młoda, a jednak czuła się zmęczona niczym staruszka.
A wewnątrz? Wewnątrz jedynie krzyczała, ciągle, nieustanie, głośno i przeraźliwie, zanosząc się spazmatycznym szlochem, by za chwilę wszystko spowiła grobowa cisza której nie przerywało nic. Innym razem zaś myśli galopowały w szaleńczym tempie próbując odnaleźć rozwiązania, którego zwyczajnie nie było.
Just teraz była już pewna - ludzie się zmieniali, była tego chodzącym przykładem.
Nie odpowiedziała mu już - wcześniej pewnie by to zrobiła. Ale dzisiaj? Dzisiaj jej nie zależało - na tym by go przekonać, na tym by się dowiedzieć, na nim, na odpowiedzi, na tym co czeka ją samą. On jednak zdawał się taki sam, chowający się niezmiennie za kpiną i sarkazmem, ubierający drwinę niczym własną zbroję z precyzją używając słów jako ostrego oręża pragnąc zranić nim dotkliwie.
I nagle znaleźli się tutaj, w sytuacji w jakiej znaleźli się już nie raz - a jednak ta była inna, czyż nie? Oni byli inni. Naprawdę chciała odejść. Po raz pierwszy zostawiając go i przeszłość za sobą. Chciała, ale nie mogła. Nie po słowach, które wypowiedział.
Ciało samo poddało się reakcji, które dyktowało serce. Nie opierała się, jednak nie sądziła, że jej zamiar może zakończyć się z sukcesem. Gdy pięść drasnęła twarz, jej powieki rozszerzyły się w zdziwieniu. Była pewna - tak jak pewnym jest się iż kolejnego dnia wstanie słońce - że nie uda jej się trafić. Chciała go zranić, ale nie była idiotką wiedziała że była na straconej pozycji - słabsza, niższa, mniejsza. Rzuciła się z motyką na słońce - czyżby właśnie go dosięgnęła? I jak bardzo miała się poparzyć?
Zdziwienie pojawiło się na jej twarz jedynie na ułamek sekundy w którym zrozumiała, że wierzch jej dłoni pulsuje lekkim bólem - jej uderzenie odbiło się i na niej. Ale nie żałowała. Stała po prostu oddychając ciężko, nie zauważając w którym momencie końcówki jej kosmyków zalśniły czerwienią. Powinna zniknąć, umknąć wykorzystując sekundy. Ale nowe, masochistyczne nakazywało jej zostać - i zamiast zdrowego rozsądku posłuchała jego.
Spojrzenie zakotwiczyło się na zaczerwienieniu, które sama naniosła na jego twarz. Obserwowała je z jednoczesnym zdziwieniem, zaskoczeniem, ale i czymś na kształt podziwu(?). Nie zareagowała gdy jego dłonie zacisnęły się na jej nadgarstkach w stalowym uścisku. Chciała tego. Chciała poczuć cokolwiek, coś innego niż bezcielesne, niekończące się cierpienie wypełniające jej duszę - a przecież najłatwiej było poczuć ból. Pociągnął ją, a ona się nie opierała znajdując się bliżej, czując nadal przyśpieszone tętno i ciężki oddech. Nie bała, a przecież powinna. Zamiast tego uśmiechnęła się. Inaczej, szaleńczo. Tylko na chwilę. Czyżby jej obłęd rósł w niej, a nie był jedynie wynikiem mary, której przecież już się pozbyła?
Zamiast tego uniosła brodę, dumnie, wyżej, spoglądając mu w oczy, nie pokazując jak mocno - mocniej niźli uścisk - zabolały słowa, które padły z jego ust. Wraz z którymi poczuła rosnącą niechęć, nienawiść która wcześniej była jej tak obca. Mierzyła z bliska jego twarz, hamując nieopartą chęć splunięcia wprost na nią.
- Zmarłym należy się szacunek. - wypowiedziała lodowato, unosząc brodę jeszcze wyżej, bliżej. - Zwłaszcza tym, którzy zginęli niesłusznie. - przecinała cichym półgłosem powietrze między nimi, zacięcie lustrowała jego spojrzenie będąc gotową na konsekwencje, w jakiś niezrozumiały sposób pragnąć im. - Zwłaszcza tym, których zabili tacy jak ty. - dokładnie podkreśliła ostatnie słów. Tak Macnair - zdawało się mówić jej spojrzenie - właśnie tutaj nasze drogi się rozchodzą - a może rozeszły się już wcześniej - w momencie w którym postanowiliście zaprowadzić własny porządek. Wszyscy jesteście tacy sami, tak samo zagubieni, tak samo splątani wokół idei, która nie przynosi wam nic. Szarpnęła dłońmi próbując się oswobodzić - bez skutku. Zaraz potem uniosła nogę, wymierzając stopę prosto w jego łydkę. Cierp - prosiła niemo - usychaj w środku tak jak ja, walcz o każdy oddech i powód by rano wstawać.
Przecież nie mogła być jedyną, która coś czuje.
Czy raczej czuje zbyt wiele.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Yesterday at 20:03

Przeszłości nie można było zmienić – należało ją zaakceptować taką, jaka była. Na próżno było szukać rozwiązań starych, przesiąkniętych wonią zepsucia spraw, utraconych kontaktów z ludźmi będącymi tylko na chwilę i przede wszystkim poczucia winy stanowiącego jeden z najbardziej obciążających elementów. Żyjąc wspomnieniami ciężko było w pełni ruszyć w przyszłość; w czas, na który można było jeszcze mieć wpływ kreując go tak, aby nie musieć żałować własnych czynów, bądź zupełnej bierności. To jednak siedziało w głowie, psychice o wiele częściej płatającej figle niżeli wszystko inne.
Macnair nie zapominał, a wyciągał wnioski i doświadczenie. Segregował historie układając je w odpowiednich szufladach, do których nierzadko wracał czerpiąc wiedzę tudzież pierwiastek mogący zadziałać na drugiego człowieka w wybrany przez niego sposób. Był bezwzględny – nie bał się wyciągać broni największego kalibru, jeśli miał w tym jakikolwiek większy cel, bowiem nic nie stanowiło dla niego większej wartości jak on sam. Daleki był od żalu, nie znał litości.
Właściwie sam nie wiedział, dlaczego zaczepił dziewczynę, kiedy ta ominęła go szerokim łukiem bez żadnego złego słowa. Choć właśnie może to było powodem? Pasywność? Obojętność? Zapewne nie potrafiłby wyperswadować popartej argumentami odpowiedzi, więc wszystko zrzuciłby na najprostszą chęć zepsucia komuś dnia, skoro i jego nie należał do najlepszych. Było to szczytem egoizmu, wyjątkową bezczelnością i złośliwością, ale szatyn nie widział tego w tak czarnych barwach do chwili, w której stanęli blisko siebie, do momentu spostrzeżenia zmęczonej codziennością, zgaszonej dziewczyny.
Inaczej ją pamiętał. Zmieniła się. Niegdyś emanująca wesołością, tym irytującym ciepłem i pogodą ducha, a wówczas wydawała się taka jaką życzył jej być w częstych dyskusjach– przepełniona żalem, smutkiem i chorobliwą bladością dodającą jej ładnych kilka lat. Dalej widział w niej tą samą dziewczynę zza szkolnych murów, choć zasłoniętą maską paskudnej codzienności, w jakiej przyszło im egzystować. Z każdą chwilą, w której patrzył w jej szare, matowe tęczówki, coraz trudniej było wskazać element niezmienny, odporny na próbę czasu.
Macnair? Niewiele się zmienił. Twarz pokryła się zarostem, kości policzkowe stały się wydatne, co nadawało mu zdecydowanie bardziej męskiego wyrazu, lecz oczy pozostawały niezmienne; bystra zgaszona zieleń, która w pełnym słońcu sprawiała wrażenie intensywnie piwnej. Ostatnia dekada przysporzyła mu więcej blizn, ale każde niosły za sobą na tyle dużo doświadczenia, iż żadnej nie żałował. Były widoczne – szczególnie ta na czole i właśnie ją lubił najbardziej.
Wiele lat samotnej podróży wydrążyły w nim jeszcze większy egoizm , pewność siebie oraz poczucie niezaprzeczalnej indywidualności burzącej wszelkie pozytywne argumenty w kwestii współpracy. Widział jedynie swoje cele i skrzętnie wykorzystywał inne osoby nie dbając o ich interes tudzież dobre imię, a tym bardziej uczucia. Stał się jeszcze bardziej podły i wyrafinowany okradając, a finalnie wbijając nóż w plecy osobom nieświadomie wyciągającym do niego pomocą dłoń – wierzącym w jego czyste intencje. Zagłuszył w sobie wszystko co dobre i myślał, że stało się to na dobre.
Mylił się.
Powrót do Londynu był wejściem na nowo do tej samej rzeki. Coraz częściej tracił nad sobą panowanie, miewał wątpliwości i oglądał się za siebie. Ponownie dochodziło do sytuacji, w których potrafił ważyć korzyści na miarę czynów i to sprawiało, że z każdym dniem pragnął powrócić tam gdzie wszystko się zaczęło.
Nigdy by nie przypuszczał, że podniesie na niego rękę. Bywały momenty gorsze, skrajnie przesiąknięte jadem i nienawiścią, jednak nigdy nie doszło pomiędzy nimi do rękoczynów wieńczonych koniecznością użycia różdżek. Zbudowali w sobie dystans, pewien mur odgradzający od tych wszystkich słów i czynów, lecz wówczas coś sprawiło, iż ten powalił się z łoskotem nie zamierzając oszczędzić ofiar. Cios dosięgnął twarzy, na której malowała się satysfakcja mieszana z dozą zdziwienia i już na zawsze pozostawił rysę wprowadzającą ich znajomość na nowe tory. Czyżby teraz zostali wrogami tak naprawdę? To miała być ta chwila, w której będzie chciał pozbyć się ostatniej szlamy, jaką szczerze by oszczędził? Nie wiedział. W jego głowie kołatało mnóstwo myśli. Buzowało paskudnie dużo wspomnień. Otworzyła skrytkę, w której skrzętnie je ukrył.
Patrząc w jej oczy widział tą chorą satysfakcję mieszaną z pragnieniem otrzymania czegoś więcej. Czyżby stała się masochistką? Odpowiedziawszy jej tym samym wygiął wargi w ironicznym, pewnym siebie wyrazie, jedna z brwi powędrowała ku górze, a spojrzenie ani na moment nie odwróciło się od jej tęczówek. Prowadzili grę – nie znał nagrody, a tym bardziej na czym konkretnie miałaby takowa polegać, ale chciał w niej uczestniczyć. To był obłęd.
Dumnie unoszący się podbródek skwitował krótkim, chłodnym śmiechem starając się dać jej do zrozumienia, że w tej walce była przegranym – nie byli już w Hogwarcie, tu nie otrzymywała od niego forów ze względu na wiek. Zacisnąwszy nieco mocniej jej nadgarstki wygiął przedramiona do tyłu, aby jeszcze bardziej zawęzić pole manewru.
-Zmarłym?- spytał retorycznie, a uśmiech – o dziwo – zszedł z jego twarzy na poczet pewnego niezrozumienia. Zawsze o jedną mniej- pomyślał, choć nie wypowiedział tego na głos. Nie znał jej matki, była mu obca, a mugolskie korzenia nie budziły w nim współczucia. -Tacy jak ja?- uniósł brwi wyraźnie zdekoncentrowany. -Twoje szkolne miłości przyczyniły się do jej śmierci?- zakpił, choć już zdecydowanie mniej w swoim stylu. Nie było w tym krzty satysfakcji, a ciekawość.
Kolejny wymierzony cios - choć celny - nie poruszył go w żadnym stopniu. Z kamiennym wyrazem twarzy przyglądał się jej w poszukiwaniu targających nią emocji.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
 

Alejka przy cmentarzu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Płacząca wierzba przy stawie
» Stolik przy oknie
» Lvl up i ewolucje
» Łazienka przy barze
» Alejka główna

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18