Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Alejka przy cmentarzu

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Alejka przy cmentarzu - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime17.07.17 2:11

First topic message reminder :

Alejka przy cmentarzu

Ścieżka na jeden ze starszych cmentarzy wiedzie długą alejką przez przerzedzony las, który zaścielała drogę stertą liści porywanych przez świszczący niekiedy wiatr. Najczęściej panuje tu jednak cisza, tak charakterystyczna dla cmentarnej aury. Niespotykane w okolicach ptactwo zdaje się omijać opustoszałą alejkę, jakby wyczuwając rozchodzącą się z wieczorną, gęstą mgłą - wizję śmierci.
Mimo zaklętej wręcz atmosfery ciszy od czasu do czasu ktoś pokonuje całą dróżkę, by przekroczyć ciężkie, kiedyś pięknie zdobione czernią - bramy prawie zapomnianego cmentarza. Pamięć widocznie nie umarła wraz z lokatorami.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#214545
Zawód : astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczony
I don't care what nobody says
We're gonna have a baby
People call us renegades
Because we like living crazy
OPCM : 31
UROKI : 20
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime18.02.19 23:31

Potrafili się zrozumieć i zrównoważyć. Jego pełna energii osobowość z jej spokojem i zdystansowaniem uzupełniały się, a różnica wieku nie miała żadnego znaczenia. Niektórym mogłoby się wydawać, że te cztery lata robiły różnicę o wiele poważniejszą niż się mogło wydawać. Że pierwszoklasista z piątoklasistą nie mogli złapać wspólnego języka, bo skok był zbyt duży, by udało się zbudować nad przepaścią most. Jednak żadne z nich nie miało z tym problemu, ufając samym sobie i nie robią sobie specjalnie czegokolwiek z opinii innych ludzi. To prawda, że poznali się przez Caleba, jednak Jayden od zawsze wiedział, że z jego siostrą mieli coś odmiennego. Coś własnego i nienaciąganego. Coś co ich łączyło w dobrych wspomnieniach lat szkolnych. Początkowo nie podejrzewał, że cicha i spokojna Maeve mogłaby dostrzec w nim kogoś dla siebie. Kogoś odpowiedniego i kogoś przed kim się otworzy. Pomógł im fakt przebywania w jednym domu, gdzie tak często mijali się w pokoju wspólnym czy siadali obok siebie na Wielkiej Sali przy posiłkach. Caleb był jego dobrym przyjacielem, dlatego Vane chciał, żeby młodsza z rodzeństwa Clearwater czuła się dobrze w Hogwarcie. Musiało to wyglądać śmiesznie, gdy tak ciągle do niej mówił, a ona milczała. W końcu jednak i ona zaczęła się odzywać, a jego monologi przeradzały się w dialog. Rozmawiali jak równy z równym, nie mając żadnych barier, które w tamtych czasach potrafiły być stawiane z taką łatwością i bez żadnego większego umotywowania. Bo chłopcy nie mogli za bardzo zbliżać się do dziewczynek. Bo to nie wypadało. Bo to źle wyglądało. Pamiętał te zasady, które przetrwały do dnia dzisiejszego, chociaż aktualny, studencki reżim i tak różnił się od tego, co sam przeżywał. Delikatnie złagodzony miał się dostosowywać do aktualnego stanu rzeczy, mimo to Jaydenowi wydawało się, że młodzież pozostawała taka sama jak wcześniej - to dorośli ulegali zmianie. I to, co robili z tym światem, który został przekazany pod ich władanie.
Wyczuwając jej dłoń na swoim ramieniu, nie odezwał się. Jednocześnie jednak nie oponował i po chwili przykrył ją swoją ręką, zupełnie jakby chciał, żeby nie zostawiała go. Ona jako jedyna mogła go zrozumieć, pojąć co przeżywał i jak bardzo czuł się odrealniony od rzeczywistości w momencie wspomnień. Ona mówiła, on słuchał, nie chcąc nawet przerywać. Rozumiał i, tak jak kiedyś, nie potrzebowali słów, żeby sobie to przekazać. Być może minęło wiele lat, być może zdarzyło się wiele, być może doświadczyli tego, czego nie powinni. W środku wciąż jednak potrafili sięgnąć przeszłości i uczucia, które zrodziło się między nimi. Budujące się krok po kroku, wolno, spokojnie i nienachalnie oplotło ich serca, sprawiając, że nie byli dwójką oddzielnych, nieznanych sobie ludzi. Umieli się odnaleźć i odpowiedzieć na najtrudniejsze kwestie. A to, co działo się teraz... Tak miała rację. To nie powinno się wydarzyć ani na to nie zasługiwali w żadnym kontekście. Co miał powiedzieć? Zgadzał się i wiedział, że nie oczekiwała poklasku dla tych słów. Odetchnął głęboko po dłuższej chwili, podczas której hulał jedynie dokoła dziki wiatr. - Nie chciałabyś... - zaczął zbyt zagubiony, by tworzyć dłuższe zdania. - Nie chciałabyś się przejść? Wierz mi. Samotność to ostatnie, czego w tym momencie pragnę. - To zabawne, bo czy w podobnych słowach i ona nie wyznała mu swojego lęku wiele lat wcześniej? Nie zawierzyła trosk, gdy szukała wsparcia i zrozumienia? Czy wtedy nie ruszyli przez błonia w ciszy, idąc ramię w ramię i wspierając się po prostu przez swoją obecność? Czy to im nie wystarczyło do zebrania sił i dostrzeżenia, że pomimo wszystkich przeszkód, pomimo wszelkich smutków, pomimo cierpienia, zawsze miało się przyjaciela, który koił problemy, współdzieląc w ciszy brzemię i nie oczekując niczego w zamian?
– Maeve?
– Tak, Jay?
– Nic, tylko chciałem się upewnić, że jesteś.




I could be a wolf for you
I could put my teeth on your throat. I could growl. I could eat you whole. I could wait for you in the dark. I could howl against your hair.
Powrót do góry Go down
Maeve Clearwater
Maeve Clearwater

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/f267-cockerell-road-3-14 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Zawód : Wiedźmia Straż
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

I am terrified by this dark thing
That sleeps in me;
All day I feel its soft, feathery turnings, its malignity.

OPCM : 15
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Metamorfomag

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime24.02.19 14:04

Wyglądał na pogrążonego w myślach, oderwanego od rzeczywistości - Maeve miała nadzieję, że nie zagnębia się już wizjami martwych kuzynek i znalazł w sobie choć odrobinę radości z tego nieoczekiwanego spotkania po latach. Były to jednak jedynie pobożne życzenia; doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak trudno było odrzucić nachalne, dołujące myśli... A już zwłaszcza te dotyczące przedwcześnie zmarłych bliskich. Jak wyglądałby ten rok, gdyby nie śmierć Caleba? Gdyby nie konieczność złożenia w gronach pustych trumien kuzynek Jaydena? Z pewnością ładniej, radośniej, a może raczej - mniej smutno. Nie wierzyła przecież, że jakikolwiek czarodziej mógł pozostać obojętny na to, co działo się z ich społecznością; więc nawet gdyby to szaleństwo nie odebrało jej brata... Wciąż drżałaby na myśl o Lordzie Voldemorcie czy płonącym Ministerstwie. Wciąż zastanawiałaby się, kiedy przyszłość przestała być obietnicą i stała się zagrożeniem.
Kącik ust dziewczyny drgnął lekko, gdy mężczyzna przykrył jej dłoń swoją. Odczuła niespodziewaną ulgę. Przez chwilę bała się, w jaki sposób zareaguje na ten gest i czy przyniesie on jakikolwiek rezultat. Wyglądało jednak na to, że nadal potrafili rozumieć się bez słów. Choć minęło tyle długich lat, w trakcie których zmieniło się tak wiele, przestały istnieć całe światy, wciąż była w stanie przywołać wspomnienia szkoły. Nieco wyblakłe, nie aż tak wyraźne, lecz niosące ze sobą ogrom niekiedy sprzecznych ze sobą emocji. Hogwart nauczył jej, czym jest przyjaźń, odpowiedzialność, ale też - że są na świecie ludzie bezwzględni, którzy czerpią przyjemność ze sprawiania przykrości innym. Pamiętała, jak na trzecim roku została ośmieszona przed całym tłumem, gdy ktoś postanowił wyśmiać efekty niekontrolowanej przemiany. Nie zdążyła ukryć się w wieży krukonów. Długo to przeżywała. Pamiętała też szczęśliwsze chwile - bitwy na poduszki z koleżankami z dormitorium, pierwsze zauroczenie, otrzymanie odznaki prefekta, kibicowanie grającym w quidditcha braciom... Myślała wtedy, że razem dadzą sobie radę ze wszystkim, co przyniesie im dorosłe życie. Że będą utrzymywać ze sobą stały kontakt, że nic nie pokrzyżuje ich planów. Była taka naiwna.
Żałowała swych rażących zaniedbań, jakich dopuściła się względem bliskich sobie osób. Żałowała mostów, które spłonęły przez brak czasu i fanatyczne oddanie szkoleniu. I mimo przejmującego smutku, który od śmierci Caleba nie odpuszczał jej na krok, dzięki temu spotkaniu w jej sercu pojawił się też spokój. Przypadkowe wpadnięcie na Jaydena uświadomiło Maeve, że może jeszcze nie wszystko stracone. Że może niektóre z zerwanych więzi dałoby się uratować.
- Nigdzie mi się nie śpieszy - odpowiedziała cicho, bez wysiłku, przywołując na usta blady cień uśmiechu. Również i ona nie chciała wracać do ziejącego pustką mieszkania; nie chciała spędzić tego dnia na malowaniu kolejnych depresyjnych obrazów, masochistycznym analizowaniu ubiegłych miesięcy, histerycznej próbie zrozumienia wszystkiego, co działo się teraz na świecie. - I doskonale to rozumiem. Dlatego prowadź, gdziekolwiek zechcesz. - Ścisnęła jego ramię po raz ostatni, po czym poprawiła szalik i upewniła się, że torebka i różdżka są na swoim miejscu. Poczekała aż towarzysz zadecyduje, że jest gotowy i wspólnie ruszyli w dalszą drogę, ku wyjściu z cmentarza. Mijały kolejne minuty, a ona milczała. Nie odczuwała potrzeby zalewania go potokiem słów, wypytywania o samopoczucie czy plany na najbliższą przyszłość - w ten sposób mogłaby zniszczyć nić porozumienia, którą udało im się na nowo stworzyć. U jego boku nie bała się ciszy.




The same old fears
Wish you were here
Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#214545
Zawód : astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczony
I don't care what nobody says
We're gonna have a baby
People call us renegades
Because we like living crazy
OPCM : 31
UROKI : 20
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime26.02.19 8:22

Czy zastanawiał się, tak jak ona, co by było, gdyby nic z tych rzeczy się nie wydarzyło? Gdyby wciąż pozostali w przeszłości, nie będąc świadomymi, co mogłoby przyjść? Czy to by ich zahartowało w ten sam sposób jak aktualna rzeczywistość? Czy znieśliby krzywdy, gdyby spadły na nich tak nagle? Vane nie chciał, żeby jego kuzynki umierały. Nie chciał, by życie stracił jego dawny przyjaciel. Nie chciał, by ktokolwiek został ogołocony z podstawowego prawa do życia. A jednak stało się i nikt nie mógł cofnąć czasu. Musieli nauczyć się funkcjonować w stanie rzeczy tu i teraz - to pchało natomiast do wielu przemyśleń i autorefleksji. Co to aktualnie oznaczało? Co miał z tym zrobić? Czy miał pozwolić, by śmierć najbliższych poszła na darmo? To pytanie stawiał sobie od jakiegoś czasu i dość dokładnie analizował, bo ostatnim, czego pragnął, to bezsensu. Poszukiwał odpowiedzi na to, co był winien nieżyjącym i jak miał zmienić swoje życie, by ich poświęcenie nabrało znaczenia. Bo musiało się coś wydarzyć. Coś, co mogłoby nadać mu nowy tor, którym winien był zmierzać, żeby odnaleźć odpowiedzi na nurtującego go pytania. Za tym wszystkim oczywiście szło nowe doświadczenie realności, które uderzyło w niego gwałtownie i boleśnie, odbierając dech. Chyba wcale nie chciał powrotu dawnego siebie. Tamten człowiek był dzieckiem. Jayden nie twierdził, że wszystkiego jego decyzje były złe, lecz podejście... Tak wiele rzeczy mu przez to umykało, tak wiele rzeczy mogło się potoczyć w inny sposób, gdyby był inny. Gdyby nie zasłona pozytywnych myśli i chęci ocalenia świata. Teraz powoli zaczynał rozumieć, że nie dało się go uratować. Zasługiwał na spalenie, jednak nie zamierzał zupełnie odpuszczać w patrzeniu na ostatnie bastiony wartości. Nie chciał wyciągać przed siebie żadnego dorosłego, nie chciał nawet o nich myśleć, bo to przecież oni sprowadzali rzeczywistość na kolana i niszczyli ją najbrutalniej jak tylko potrafili. To nie w nich był ciąg dalszy; nie oni powinni być pierwszymi do wyciągnięcia na powierzchnię. Za nimi nadchodziły młodsze pokolenia, które miały żyć w świecie, który im zostawili. Jak on miał wyglądać? Bo póki co Vane nie widział w nim niczego prócz zniszczenia i bólu. I śmierci. Dzieci na to nie zasługiwały. Czy nikt nie dostrzegał tej prawdy? Śmierć niewinnych nikogo nie nawracała. Nikt nie stawał się lepszy, bo tego pragnął. Ludzie mogli się zmienić, lecz nie mogli zmienić swoich serc. Jay był tego idealnym przykładem, bo mimo transformacji charakteru jego pragnienie ładu było identyczne jak niegdyś. Bardziej surowe, brutalne. Dokładnie takie, jakie zafundowała mu Jocelyn swoją wiadomością. Serce ochłodziło się, dawne znajomości straciły na ważności, pasja straciła na znaczeniu przy ogromie większego zła. Astronom zmieniał się, lecz był dopiero na początku swojej drogi. To, co miało znaleźć się na jej końcu, było nieznane i nieprzewidywalne. Nikt nie mógł powiedzieć, kim będzie człowiek stojący właśnie tam.
Spotkanie z Maeve na moment wytrąciło go z letargu własnej nienawiści i złości. Uświadomiła mu, że nie tylko on przeżywał podobny stan i że gdzieś tam leżała siła, żeby podnieść się z kolan. Jej słowa zgody przyjął z wdzięcznością i ruszyli przed siebie, nie znając celu ani trasy. Po prostu szli naprzód i nic więcej nie miało znaczenia. Wyciszenie, brak słów, jedynie obecność. Bo gdy jedna droga sie zamykała, otwierała następna.

|zt




I could be a wolf for you
I could put my teeth on your throat. I could growl. I could eat you whole. I could wait for you in the dark. I could howl against your hair.
Powrót do góry Go down
Maeve Clearwater
Maeve Clearwater

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/f267-cockerell-road-3-14 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Zawód : Wiedźmia Straż
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

I am terrified by this dark thing
That sleeps in me;
All day I feel its soft, feathery turnings, its malignity.

OPCM : 15
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Metamorfomag

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime17.03.19 16:21

Ruszyli w dalszą drogę w ciszy, dla Maeve nie było w tym nic dziwnego czy krępującego; zarówno Jayden, jak i ona, mieli w głowach aż za dużo myśli. Spotkali się, po tylu długich latach, lecz byli już innymi ludźmi niż w Hogwarcie. Życie ich nie oszczędzało, czasy pełne niepokoju zebrały swe krwawe żniwa, wpędzając ich w niespodziewaną żałobę. Nie nie zapowiadało tych tragedii, nie byli gotowi na pożegnanie przedwcześnie zmarłych bliskich. I może właśnie z tego powodu nadal tak dobrze się rozumieli - przeżywali podobne dramaty, cierpieli w zbliżony sposób. Dlatego też nie czuła się źle z faktem, że jej towarzysz milczy. Sama dała pochłonąć się swym niezbyt radosnym przemyśleniom na temat rodziców, braci czy zmian, jakie zachodziły w ministerstwie. Bezwiednie poprawiła zsuwającą się z ramienia torbę czy rozplątującą się chustę, wciąż pozostając odciętą od świata, zajętą tylko i wyłącznie pogrążaniem się w smutku i rozpaczy. Mimo to, mimo wszystkich natrętnych myśli, nieoczekiwane spotkanie z Jaydenem dało jej odrobinę spokoju. Nie utrzymywali ze sobą kontaktu, nie pamiętała już, gdy wysłała mu ostatni list, nie mówiąc o spotkaniu twarzą w twarz - to sprawiało, że bała się jego reakcji i ewentualnego dystansu. Niepotrzebnie. Dawny przyjaciel nie odepchnął, nie wzgardził, wprost przeciwnie, przywrócił jej nadzieję w to, że nie wszystko było stracone.
Chciała powiedzieć mu o tym, jak rodzice znosili śmierć swego pierworodnego, że drugi z braci zawiódł ją, zranił brakiem obecności zaś nowy minister, minister Malfoy, próbował zniszczyć wszystko to, co ceniła w ich departamencie - zamiast tego milczała. To nie był czas, to nie było miejsce. Wierzyła, że jeszcze będą mieli do tego okazję, za kilka dni, a może tygodni, gdy emocje związane z pierwszym spotkaniem po latach opadną. Chciała być mu wsparciem, wyrozumiałym słuchaczem, który zaoferuje mu coś więcej niż banalne słowa pocieszenia - niekłamane zrozumienie. Czy tego chciała, czy nie, mogła wyobrazić sobie to, jak bardzo cierpiał i jak bardzo miał dosyć niesprawiedliwości, która dosięgła jego młode, mające przed sobą jeszcze wiele lat życia kuzynki.
Nie wiedziała, ile już tak spacerują, ani gdzie idą; nogi same ich niosły, żadne z nich nie korygowało wybieranej bezrefleksyjnie trasy. Wszak w ich wędrówce nie chodziło o cel, ale o drogę.

| zt




The same old fears
Wish you were here
Powrót do góry Go down
Sigrun Rookwood
Sigrun Rookwood

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5380-skrytka-bankowa-nr-1330#121543 https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
Zawód : dowódca grupy łowców wilkołaków
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
dangerous
that's what I want you for
dangerous
when I am in your arms
dangerous
know I will come to harm

OPCM : 33
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
i n s a n e

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime07.09.19 18:48

23 stycznia

Trwała dłuższą chwilę przy nagrobku, na którego płycie wyryto prostym, eleganckim pismem nazwisko Borgin[. Imię Sven niewiele jej mówiło, data śmierci zresztą była wcześniejsza, niż narodziny. Czarodziej był jednak krewnym jej matki, zapewne go znała, najpewniej byli kuzynostwem. Bracia Gudrun, po mężu Rookwood, nosili inne imiona. Z ust ciotek i wujostwa nigdy nie padło to imię, a nawet jeśli zostało wspomniane, to nie wyróżnił się niczym szczególnym, nie zapadło Sigrun w pamięć. Sama matka opowiedzieć jej o nim nie mogła, zmarła przy narodzinach bliźniąt, wydała ostatnie tchnienie nie wziąwszy nawet jedynej córki w ramiona. Ojciec nigdy nie przestał Sigrun za to winić.
Nie szukała grobu matki. To nie w Londynie ją pogrzebano, a na niewielkim cmentarzu w Harrogate, jak wszystkich członków ich rodziny. Człowiek, którego śledziła rozmył się w powietrzu kilka minut wcześniej, co oznajmił wiedźmie głośny trzask towarzyszący teleportacji. Zorientował się, że nie jest sam? Czy po prostu zdecydował się szybciej powrócić w rodzinne strony? Tego nie mogła być pewna, z ciężkim westchnieniem wsunęła różdżkę do rękawa, bez celu wędrowała chwilę alejkami cmentarza, spoglądając na nazwiska i daty. Wiele z nich znała, pochowano tu nie jednego czarodzieja i czarownicę czystej krwi.
Zawróciła, nieśpiesznie krocząc pogrążoną w półmroku alejką wzdłuż cmentarza, nie teleportowała się od razu; słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, raz po raz znikając za gęstniejącymi na niebie chmurami, z których zaczął prószyć śnieg. Delikatnie, łagodnie, będąc przyjemną odmianą po gwałtownych zamieciach, którymi raczył ich za sprawą anomalii mroźny grudzień. Drobinki śniegu opadły na ramiona ciemnego płaszcza, podszytego futrem, na jasne włosy Sigrun, okalające miękko twarz. Rozkoszowała się ciszą, paląc papierosa, obserwując jak nad zaśnieżoną dróżką zaczyna kłębić się mgła - z wolna zapadał zmierzch i przy legendarnym cmentarzu gęstniała atmosfera.
Trzask.
Sigrun odwróciła się nagle, na pięcie, błyskawicznie wysuwając różdżkę z rękawa szaty; pozostała czujna, nikogo wcześniej tu nie dostrzegła, a hałas sugerujący cudzą obecność ją zaalarmował, zareagowała instynktownie. Niewerbalne Lumos sprawiło, że koniec cisowej różdżki rozbłysł, rozpraszając półmrok; w jego blasku dostrzegła wysoką, męską sylwetkę, twarz, która wydała się wiedźmie znajoma - ale nie rozpoznała jej od razu. Przez kilka chwil musiała wysilać pamięć, by wyłowić z niej nazwisko tego, do którego należała.
- To ty - wyrzekła w końcu, opuszczając lekko różdżkę, nie ukrywając zdziwienia tym spotkaniem; zamiast papierosowego dymu, z jej ust uleciała biaława para. - Co za spotkanie... - mruknęła, skupiając na przystojnej twarzy spojrzenie brązowych tęczówek. Nie spodziewała się, że jeszcze się spotkają - a przynajmniej nie tutaj, nie w Londynie.




true evil is, above all things, seductive.
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, pośrednik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki widok zawsze
opuszcza mnie pewność, że
to co ważne, ważniejsze
jest od nieważnego
OPCM : 12
UROKI : 21
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime10.09.19 0:00

Cmentarze od zawsze w jakiś sposób go fascynowały. Niecodzienna, niepowtarzalna aura, pasowała do wyciszonego i spokojnego usposobienia. W żadnym z etapów swojego życia nie odczuwał przerażenia – lubił wypełniającą, tajemniczą sakralność, duchowość oraz wewnętrzną mistyczność. Wyczuwał ich obecność; tysiąca zbłąkanych jednostek, pochowanych wraz z niepoznanymi, fascynującymi przeżyciami; nieopowiedzianymi historiami. Zawsze błądził po wygłuszonych alejkach – wczytywał się w niewyraźne, wydrapane daty, wyszukując tych najbardziej odległych. Poznawał nietutejsze nazwiska, natrafiając na te, które brzmiały znajomo. Będąc ciekawskim dzieckiem, bardzo często wypytywał zabieganych rodziców, czy szczęśliwym, przypadkowym trafem znali personalia widniejące na marmurowym nagrobku. Może spotkali się niespodziewanie? Jakiś krewny pracował razem z ojcem? A może uczyli się w tym samym czasie, gdyż obskurna metryczka wskazywała zbliżoną datę urodzenia. Ta wiedza była mu niezbędna do zapełnienia szczeniackiej, nieodkrytej ciekawości. Smakował ponure wersy najsmutniejszych, pośmiertnych cytatów, które do dziś utkwiły na samym dnie chłonnej pamięci. Różnorodność, która go otaczała, powodowała wyraźne zdumienie, zafascynowanie i niedowierzanie. Anielskie, żałobne monumenty przerażały – napawały swoistą melancholią, która nasilała się podczas dni takich jak te. Zimnych, lodowatych, lekko zamglonych. Przy niebie przykrytym posępną szarością, nie pozwalającą właściwie określić panującej pory dnia. Przy lekkim, lecz niewygodnym wietrze, próbującym przesunąć ciężkie tabuny wilgotnego śniegu. Przy opadających, wirujących płatkach śniegu, zatrzymujących nieregularne kształty na ciemnym materiale grafitowego płaszcza. To miejsce było jedyną ucieczką, odskocznią, uspokojeniem. To tu zbierał skołatane myśli, zmieniając swe położenie ociężale, powolnie, nieznacznie. Było ciemno, bardzo ciemno.
Powrót w macierzyste tereny planował już od dawna. Pojawienie się w zapomnianych lokalizacjach, stanowiło pewnego rodzaju wyzwanie. Ciężko zawrócić i od nowa wpasować się w panujące, zmienione realia. Uczucie niedopasowania, przeplatało się z poczuciem odizolowania – niczym prawdziwy, niechciany intruz. Nie wiedział dlaczego zawędrował, aż tutaj – w las kamiennych, zaniedbanych nagrobków. Ukochana matka spoczywała samotnie w samym sercu zabieganego Londynu. Żadna, spokrewniona osoba nie pozostawiła po sobie śladu; nie wiedział kogo tak naprawdę szuka. Lecz, czy współtowarzysze niedoli, nie pojawiają się sami? Gwałtownie, tajemniczo, konkretnie?
Zagubiona łodyga jesiennego drzewa, roztrzaskała się pod twardą podeszwą. Niemrawy, tajemniczy ruch, wtrącił z chwilowej zadumy, kiedy to pogrążony w otchłani wspomnień, obserwował zlodowaciałe podłoże. Dłoń wciśnięta w głęboką kieszeń, natychmiastowo zacisnęła się na sztywnej różdżce czując charakterystyczne wyszczerbienie. Zapadał zmierzch; nieokiełznany mistycyzm wytwarzał atmosferę podobną do opowiadanych nocą, najczarniejszych horrorów. Wystarczyło kilka niepewnych kroków, aby oślepiające światło, obnażyło skrywaną tożsamość. Stała przed nim – w całkowitej gotowości. Czujna, drapieżna, niezwykle uważna. Lustrowała wzrokiem każdy, najdrobniejszy mankament, który przenikał najdrobniejsze, wewnętrzne kanaliki. Fenomenalnie wpasowała się w otoczenie; pojedyncze blond kosmyki pozwalały nadać jej osobie odrobinę człowieczeństwa. Nie zwalniał kroku, dziwnym trafem jego posągową twarz nawiedził blady uśmiech wykrzywionych kącików. Przecież się znamy, prawda? Dawna, zapominania, lecz intrygująca kompanka. Nietypowe miejsce spotkań, nieprawdaż? To tutaj los nakazał nam skonfrontować się ponownie? Witaj. Jeszcze nie wiem czy miło Cię widzieć. – Myślałem, że jesteś, przerażającą - zaakcentował udając dźwięk typowy dla złowieszczego ducha - cmentarną zjawą… – powiedział nad wyraz spokojnie, zmniejszając dystans między zziębniętymi sylwetkami. Zatrzymał się tuż obok niej, aby w tym samym czasie wyrównać i wyprostować postawę. Wolna, nieużywana dłoń, wyślizgnęła szarawego truciciela, który w bardzo szybkim tempie znalazł się w jego ustach. Niebieskawy dym utworzył nieprzekraczalną kotarę,  Niesamowite jak wdzierał się w mikroskopijne szczeliny, umożliwiając chwilę wytchnienia. Teatralnym gestem wypuścił podłużną stróżkę, kierując zmniejszony niedopałek w prawą stronę. Podczas osobistego aktu dodał krótkie stwierdzenie: - A to tylko Ty.a może, aż Ty? Pamiętał ją jak dziś – tajemniczą bohaterkę, która przewinęła się przez życie na odległej emigracji. Epizody z magicznej placówki, gdzie pochłonięci ciężką pracą zapominali o dzielących barierach. Rozmówczynię, kobietę z niespotykanym doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami. Interesującą kompankę, którą nie dane było mu poznać w całości. Co skrywasz i co Cię tu sprowadza zbłąkana duszo? – Mam nadzieję, że nie czekałaś na mnie za długo? Zbyt długo...  - niespotykane, lekko żartobliwe samopoczucie uderzyło w towarzyszącego mężczyznę. Jeszcze raz wypuścił resztki zalegającego dymu, aby za chwilę spleść dłonie przed sobą w geście natchnionego oddania. Nie myślał o konsekwencjach, oddając się niespotykanej chwili. Patrzył przed siebie wyczuwając emanujące, rozpływające ciepło. Lustrował niewielki nagrobek z przejmującym, pochyłym napisem: Bo jak śmierć potężna jest tylko miłość.


Powrót do góry Go down
Sigrun Rookwood
Sigrun Rookwood

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5380-skrytka-bankowa-nr-1330#121543 https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
Zawód : dowódca grupy łowców wilkołaków
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
dangerous
that's what I want you for
dangerous
when I am in your arms
dangerous
know I will come to harm

OPCM : 33
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
i n s a n e

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime13.10.19 16:09

Cmentarna cisza, ciężka od powagi i melancholii atmosfera, nie były dla czarownicy źródłem fascynacji; liczne nagrobki, na których wyryto nazwiska i wzruszające epitafia nie wzbudzały w niej ni smutku, ni wzruszenia. Nad zmarłymi nie zwykła ronić łez, nie wspominała ich, nawet na grobie własnej matki pojawiała się bardzo rzadko - i nigdy nie miała w rękach wieńca, który powinna na nim złożyć. Fascynowała ją śmierć. Ulotna chwila, gdy życie gasło w oczach, a serce przestawało bić. To, co było później, nie interesowało Sigrun aż tak. Wiedziała, że istnieje życie pozagrobowe, że jest coś dalej - wiedział o tym przecież każdy czarodziej i czarownica, którzy choć raz spędzili kilka chwil w towarzystwie ducha. Żaden z nich nie mówił nigdy o tym z czego zrezygnował na rzecz pustej egzystencji na ziemskim padole, może nie wiedział, może był zbyt przerażony, by o tym mówić. Nikt nie potrafił ich zmusić. Właściwie rzadko się nad tym zastanawiała - czasami wydawała się sądzić, że sama jest niezniszczalna i nieśmiertelna, że jej to nie dotyczy i dotyczyć nie będzie. Im głębiej brnęła w ciemność mrocznych sztuk czarnej magii, tym większego nabierała przekonania, że i śmierć można pokonać, jeśli człowiek miał w sobie wystarczająco wiele odwagi i zupełny brak skrupułów.
Obecność Sigrun na cmentarzu nie miała jednak żadnego związku z jego mistycyzmem, z rozważaniami o życiu i śmierci, pojawiła się tu zupełnym przypadkiem - a przynajmniej tak jej się wydawało, bo ujrzawszy znów twarz Vincenta Rineheart nie potrafiła ukryć szczerego zdziwienia. Przypadek?
- Tylko ja – powtórzyła za nim, pozwalając, by kącik ust uniósł się w uśmiechu. Tylko, czy ona? Czy mając świadomość o wszystkim, co wydarzyło się od ich ostatniego spotkania, wiedząc o plugawych uczynkach, których się dopuściła i jakie pragnęła powtarzać, posuwając się w swym szaleństwie coraz dalej, nadal twierdziłby, że to tylko ona i nie wolałby stanąć naprzeciwko cmentarnej zjawy? – Niewątpliwie minęło sporo czasu – odpowiedziała Sigrun, opuszczając dłoń, w której trzymała różdżkę. – Czy czekałam? Znów schlebiasz sobie, Vincencie, nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek cię spotkam  - przyznała szczerze. Kiedy to było? Rok wcześniej, może rok i dwa, trzy miesiące? Powtórzyła znów te same słowa, bo każde skrzyżowanie ich ścieżek przez los było niespodzianką. Ukończył Hogwart i zniknął, zapadł się pod powierzchnię ziemi, pomyślała wtedy, że może umarł, zginął gdzieś przypadkiem. Na pytanie co się z nim stało odpowiedzi nigdy nie szukała, wyrzuciła go z pamięci, pochłonięta przedzieraniem się przez własną, usłaną cierniami i kolcami ścieżkę. Aż nagle, niemal dekadę później, spotkali się w Rumunii, odnajdując na nowo dziwną nić porozumienia, która połączyła ich niespodziewanie przed laty. - Co tu robisz? - Nie na cmentarzu, nie w Londynie, a w tym kraju, gdzie ponoć nigdy miałeś już nie wracać. - Dlaczego wróciłeś? - Nigdy nie owijała w bawełnę, nie trwoniła czasu na zbędne uprzejmości, nie kluczyła wokół meritum. Pytała wprost o to, co wiedzieć chciała, brutalnie szczera, nietaktowna i czasami zbyt wścibska, nieczule uderzająca w zbolałe struny.
I kiedy, Vincencie? Kiedy wróciłeś do domu i czy naprawdę do domu? Opuścił przy niej ręce, zapatrzył się w nagrobek, podjął rozmowę jak przed laty, wydając się mile zaskoczonym tym spotkaniem - myśli Rookwood krążyły zaś wokół jego ojca i siostry, pojawiło się w nich pytanie, czy już z nimi rozmawiał i co wiedział?
- Bo jak śmierć potężna jest tylko miłość - odczytała, gdy powiodła wzrokiem za spojrzeniem Vincenta, a w głosie wiedźmy rozbrzmiało wyraźnie kpiące rozbawienie. - Uronię zaraz łzę wzruszenia - wyszeptała teatralnym, konspiracyjnym szeptem, nie robiąc sobie nic z powagi tego miejsca i intencji, z którą wygrawerowano te słowo na nagrobku. - Czy to miłość sprowadziła cię z powrotem?
Nie zdołałeś przezwyciężyć tej słabości, Vincencie?




true evil is, above all things, seductive.
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, pośrednik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki widok zawsze
opuszcza mnie pewność, że
to co ważne, ważniejsze
jest od nieważnego
OPCM : 12
UROKI : 21
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime24.10.19 13:07

Tylko jedną śmierć przeżył niezwykle intensywnie. Niespodziewaną, bolesną, okrutną. W szybkim, ulotnym momencie odebrała najważniejszą personę dziecięcego, sielankowego życia. W sekundę utracił wyjątkową powierniczkę, obrończynię, bezwzględne wsparcie. Podobno nic nie dało się zrobić, ale czy na pewno podjęli wszystkie możliwe działania uprawniające do przedłużenia życia? Dlaczego nic nie powiedziała? Dlaczego mimo walecznego usposobienia zaprzestała bezwzględnej i bezgranicznej walki? A może utraciła siły, chęci, pragnienia? Nie płakał. Pozostał w pewnej, statycznej pozie lustrując otaczającą rzeczywistość. Mimo młodego wieku rozumiał, odczuwał zbyt wiele. Doświadczał zmiennej atmosfery, chronił młodszą, nieświadomą latorośl. Akceptował dziwną krzątaninę rozbitego, zagubionego ojca, który od jakiegoś czasu całkowicie zaprzestał poświęcać jakąkolwiek uwagę. Tolerował przypadkowych przybyszów niezwykle wstrząśniętych tragedią, która napotkała jego rodzinę. Z poważnym, smutnym wyrazem twarzy przepuszczał rozżalone kondolencje, wymuszone troski, bezinteresowne uściski, mające ukoić ból rozdartego i złamanego serca. Odgradzał i wycofywał z najbliższej przestrzeni. Stał się wyciszony, zamglony, jeszcze bardziej indywidualny. Pogrążony we własnej boleści, przepracowywał zaistniałą sytuację. Nigdy nie pozwolił na jej całkowite odejście. Od momentu pogrzebu pojawiał się na smutnej mogile, tylko przy okazji kolejnej rocznicy. Dopiero po ponad dwudziestu, ciężkich i mozolnych latach, zdołał przebaczyć. Zatwierdzić fakt, że zostawiła go na pastwę okrutnego losu. A on mimo zatracenia, odnajdywał swoją drogę na nowo. Nigdy nie bał się śmierci. Przez większość czasu traktował ją jak bezwzględnego, niepokonalnego wroga. Czy naprawdę nie dało się zapobiec okrutnym działaniom? Czasami zastanawiał się nad wykonalnością ciemnych przemyśleń. Jak wiele musiałby poświęcić, aby zgłębić ów sztukę. Jak bardzo zatracić w przenikliwości. Kim musiałby się stać, aby pewnie objąć najważniejsze umiejętności. Kto mógłby wskazać właściwą drogę? Wiedział, że istnieje dziedzina, która umożliwiała podjęcie odpowiednich czynności. Okrutna, wyniszczająca, zakazana. Miał z nią styczność podczas wykonywanych czynności zawodowych. Miał sposobność zgłębić minimalne podstawy. Nigdy nie zastanawiał się, czy chciałby więcej. I kiedy myśli wkroczyły na niebezpieczny tor, ona znalazła się w niedalekiej przestrzeni. Była omenem. Musiał zadecydować czego zwiastunem mogła się stać. Dzisiaj, jutro w przyszłości.
Nie wiedziałby jak się zachować. Nie potrafiłby określić swojej reakcji, gdyby poznał wszystkie jej występki. Byłby przerażony, zniesmaczony, zdenerwowany – pragnął zemsty. A może w pewnym stopniu zafascynowany, wyrozumiały – utożsamiający swoją pozycję. Był rozdarty między dwoma rzeczywistościami; o żadnym z nich nie wiedział zbyt wiele. Błądził między pojedynczymi wypowiedziami nie domyślając się najważniejszego. Odczuwał skutki panującej wojny, lecz nigdy w niej nie uczestniczył. Wszystko wydawało się ukryte, zatajone, niedopowiedziane. Nie umiałby określić się po jednej stronie. Lecz czy strony pragnęłyby określić jego? Jeszcze raz zaciągnął się odurzającą substancją, wypuszczając dym w teatralnym, przerysowanym geście. Zatrzymał wzrok na zachmurzonym, przyciemnionym niebie pogłębiając uspokojenie i rozluźnienie mięśni. Dziwnym trafem nie był zdziwiony, że spotkał ją właśnie tutaj. Pasowała, wtapiała się w mistyczny i przejmujący obraz. Chyba się zmieniła, choć zamglone powietrze, odpowiednia odzież skrywała oblicze. Uśmiechnął się nieznacznie, podczas gdy powolnie opuszczał głowę, alby utkwić w niej roziskrzone spojrzenie. Na pierwsze stwierdzenie pokiwał głową potwierdzająco. Wyciągnął dłoń, aby oddać to co bezprawnie pożyczył i rzucił w nostalgicznej odpowiedzi: - A jednak... – nie przypuszczała i słusznie. On sam nie zakładał rychłego, niespodziewanego powrotu. Nie prosił o kontakt, odszukanie, atencje. Znalazł się tu przypadkowo, chwilowo, przelotnie. Nie miał planu na dalsze egzystowanie. Nie widział najbliższych, którym zawinił najwięcej. Może był tutaj tylko na chwilę; na godzinę, na dzień, na rok. – Podobno dobrze żywić nadzieje… - dodał nieco zaczepnie z dalszą nutą rozbawienia. Zdawał sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie istniał. Ich drogi rozłączyły się niezwykle dawno, choć pamięć wspólnych chwilach, przywoływała pozytywne doznania.
Mimo wyraźnych różnic odnaleźli odpowiednią, pasującą więź. Potrafili porozmawiać, wymienić spostrzeżenia, poddać fascynacjom zagnieżdżonym w podświadomości. Może wcale, aż tak bardzo się od siebie nie różnili? – Zmartwychwstałem.nie widać? Stoję tu przed Tobą, cały i zdrowy. Żyję. Postanowiłem działać i zamknąć to, co zostało rozgrzebane. Podczas kolejnego pytania, zmarszczył wymownie brwi ustalając odpowiednią odpowiedź. Powinien zdradzić prawidłowe intencje, przedstawić wersje, którą znali przypadkowi mieszkańcy, wyznać całkowitą prawdę? Wzrok błądził pomiędzy wystającymi elementami, zatrzymując się na pobliskiej, kamiennej figurze. – Mam sprawy do załatwienia. – zaczął. – Dużo spraw… - dokończył już nieco ciszej; głos zatracił się w przelotnym podmuchu. Zamyślił się, nie wyczuwał złych intencji. Nie wiedział do czego potrzebowała wybiórczych informacji. Kogo znała. Kim, lub czym się stała. Komu prawdziwie służyła. Gdy podłapała jego uwagę, natychmiastowo rozbudził się z chwilowego amoku. Wsłuchał się w kpiącą wypowiedź, pogłębiając nieco tajemniczy uśmiech. Nie chciałabyś tak wyniosłego cytatu droga Sigrun? Zastanawiałaś się kiedykolwiek, gdzie chciałabyś być pochowana? Zastanawiałaś się jak zakończy się Twój żywot? – Od ponad 11 lat nie znam tego uczucia. – odrzekł pewnie. – Wszystko to tylko zobowiązania. – nie przezwyciężył, lecz zamaskował. Nikt nie rozbudził w nim odpowiednich pragnień. Nic nie zbliżyło go do wibracji, emocji, niepowtarzalnych doznań. W tym momencie był zimny i statyczny – tak samo jak występująca pora roku. Prowokowała, a on pozostał nieustępliwy. Musiał wybadać intencje.


Powrót do góry Go down
Sigrun Rookwood
Sigrun Rookwood

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5380-skrytka-bankowa-nr-1330#121543 https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
Zawód : dowódca grupy łowców wilkołaków
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
dangerous
that's what I want you for
dangerous
when I am in your arms
dangerous
know I will come to harm

OPCM : 33
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
i n s a n e

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime01.12.19 17:44

Żadne dziecko nie powinno wychowywać się bez matki, bez ojca, bez któregokolwiek z nich. Do prawidłowego rozwoju niezbędni są oboje, by stworzyć całość. Ich dwojgu przyszło jednak żyć pośród roztrzaskanych odłamków rodziny, których ostre krawędzie raniły raz po raz. Oboje stracili matkę w bardzo wczesnym wieku. Właściwie trudno rzec, by Sigrun swoją straciła; serce Gudrun przestało bić w chwili, gdy wydała córkę na świat. Urodziła wcześniej troje synów, lecz gdy rodziły się bliźnięta jej była krucha. Magomedycy obarczali winą trudny poród i wątłe zdrowie, ale w oczach Normunda Rookwooda ona leżała po stronie córki, której nigdy nie pragnął. Nie potrzebował przecież słabej dziewczynki, a silnych synów; synów, którzy przedłużą linię rodziny, wzmocnią jej pozycję w czarodziejskim świecie, przyniosą dumę nazwisku. Córkę i tak trzeba było wydać za mąż. Odejdzie, nie da od siebie nic, poza ciężarem i kłopotem. Tak zawsze postrzegał Sigrun i nigdy tego nie ukrywał. Im starsza była, tym niechęć przybierała na sile. Dziewczynka okazała się wszak skórą zdjętą z matki. Te same oczy, te same rysy twarzy, jasne włosy. Uroda z północy, Gudrun wszak wywodziła się z Borginów, przybyłych do Anglii ze Skandynawii. Charakter miała jednak zdecydowanie po ojcu. Silny i twardy. Im mocniej w niego uderzał, tym odporniejszy się stawał. Ojcowska niechęć, surowe wychowanie ją zahartowało. Brak matczynej, kobiecej czułości nie nauczył jej empatii, współczucia, uczuć. A może po prostu tę zimną, płynną stal miała w żyłach zamiast krwi i obecność Gudrun w ich życiu niczego by nie zmieniło? Może niektórzy po prostu rodzą się z przegniłymi strunami duszy, rodzą się potworami, podczas gdy inni stają się nimi z czasem.
Ojciec Vincenta był chyba podobny. Taki wniosek wysnuła z opowieści szeptanych w opuszczanych klasach, gdy spotykali się w tajemnicy przed jej bliźniaczym bratem. Oboje chcieli, by ich dzieci byli kimś innym. Sigrun i Vincent nie spełniali ich oczekiwań, nie odpowiadali wyobrażeniom, zaprzeczali snutymi dlań planom. On miał przecież pójść w ślady ojca i zostać aurorem. Ona miała zostać posłuszną żoną i matką czarodzieja czystej krwi, bo jedynie do tego się nadawała przez rację płci. Odwaga była w nich jednak na tyle duża, by zdecydowali się podążyć własną ścieżką. Nie wyrośli z młodzieńczego buntu. Może wcale nie był młodzieńczy, a zwyczajnie słuszny?
Zaprowadził ich w różne miejsca. Sigrun wiedziała już dokładnie czego szuka. Miała przed sobą jasno wyznaczony cel, w którego stronę gnała uparcie, a ścieżkę tę gęsto sama usłała trupami, czyniła to z najdzikszą rozkoszą, nie dbając o to, co kto na ten temat pomyśli.
- Sądzisz, że miałam nadzieję? Tęskniłam? - odpowiedziała na zaczepkę, podchwytując jego rozbawiony ton; przechyliwszy głowę rzuciła mu wyzywające spojrzenie spod uniesionej brwi. To zawsze było dziwne. Łącząca ich nić porozumienia. Pojawiła się wbrew rozumowi i środowiskom, w których ich wychowano. A może to własnie Normund i Kieran nieświadomie pchnęli ich ku sobie. Rookwood nie widziała go tyle czasu, tamto jedno spotkanie na Bałkanach było zaledwie chwilą, wobec dekady, kiedy nie mieli żadnego kontaktu. Wtedy była już inna niż ją zapamiętał ze szkoły, ale teraz... Teraz znów była kimś innym.
Jeszcze większą pewność siebie mógł dostrzec w każdym ruchu, dumnie wyprostowanej sylwetce, swobodzie kroków, które stawiała tak jakby świat miał należeć do niej. Zdawała się niczego i nikogo nie obawiać. - Żywot nieboszczyka nie okazał się zbyt interesujący? Sądziłam, że będzie wprost przeciwnie. Żadnych zobowiązań, nakazów, pretensji. Wystarczy, by korzystać z życia - wyrzekła lekkim i niemal beztroskim tonem, nawiązując do tego, co wyjawił jej przed laty; nigdy nie należała do taktownych kobiet. - Zawodowych? - spytała zdawkowo, niby mimochodem; szczerze w to wątpiła, przypuszczała, że klątw do przełamania poszukiwał wszędzie, byle nie w Anglii, a podobnych specjalistów na rodzimych ziemiach nie brakowało. Sigrun podejrzewała, że sprowadziła go rodzina, skoro zmartwychwstał. A czyż dla nich nie był martwy? Dawał wiedźmie ku temu kolejny powód stwierdzeniem o nieznaniu miłości. Wyzbył się go na trwałe? Dobrze by było, gdyby okazało się to prawdą. Uczucia takie jak miłość równały się słabości. - Zobowiązania powiadasz. Znaleziono dla ciebie narzeczoną? - zaśmiała się perliście, odrzucając przy tym głowę, żartując jednako z instytucji małżeństwa - bo ta, którą znała nie miała nic wspólnego z miłością. Ani nawet z pożądaniem, pragnieniem drugiego ciała, fizyczną bliskością. To jedynie zobowiązanie. Umowa finansowa dla obu rodzin. Dla mężczyzny służąca, dla kobiety kajdany. Zakuto ją w nie raz. Przed laty. Normundowi udało się dopiąć swego, ale na krótko. Zerwała je okrutnie, lecz przebiegle. Nie nosiła więc na palcu ani obrączki, ani pierścionka, nie nosiła cudzego nazwiska, ale nie nazywano jej też panną. Status wdowy chyba od zawsze do niej pasował. Czarnej wdowy.




true evil is, above all things, seductive.
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, pośrednik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki widok zawsze
opuszcza mnie pewność, że
to co ważne, ważniejsze
jest od nieważnego
OPCM : 12
UROKI : 21
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Alejka przy cmentarzu - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Alejka przy cmentarzu   Alejka przy cmentarzu - Page 4 I_icon_minitime06.12.19 13:29

Będąc dzieckiem, niejednokrotnie słyszał o bezprawnych, trudnych i rygorystycznych wymaganiach narzucanych przez członków poszczególnych rodzin. Wyznawali odmienną, staromodną filozofię popychającą do najbardziej okrutnych i absurdalnych czynów. Liczyły się pewne przesłanki: walory fizyczne, magiczne, umysłowe, wyróżniające na tle gromady zwykłych mieszkańców. Zdarzały się przypadki, w których najistotniejszą kwestią okazywało się pochodzenie, płeć, a przede wszystkim czystość i szlachetność krwi. Kilkanaście lat temu nie rozumiał wytycznych tej ideologii; przecież wszyscy jesteśmy tacy sami, a niespotęgowana moc potrafi uczynić niepokonanym każdego czarodzieja. Czyż nie najważniejsza jest pokora, cierpliwość i odpowiednie kształcenie umiejętności? Owszem, każda jednostka rodzi się z wyjątkowym talentem, lecz bez odpowiedniego rozwoju, pielęgnacji i przekraczania granic, unikatowe umiejętności zanikną na dobre. Dlaczego nie dawać równych szans i zaprzestać jawnej nietolerancji? Kompletnie nie popierał ów działań, dzieląc się swoim niezadowoleniem na forum publicznym. Przed nią też go nie ukrywał. Współdzielili skomplikowane historie rodzinne odnajdując nić porozumienia. I choć widoczne różnice, na pierwszy rzut oka wykluczały poprawne porozumienie, przezwyciężyli niesprawiedliwe stereotypy. Odnaleźli ogrom podobieństw; w przeszłości odczuwali te same emocje związane z wielowarstwowym odrzuceniem, niezrozumienie, utratą jedynego, prawdziwego powiernika. Nie bali się wyrazić poglądów, stawiać kompromisów, dobitnie tłumaczyć swoje racje. Mimo wielokrotnych starć, dyskusje wydawały się sensowne, dobrze uargumentowane i dopasowane do poszczególnej ideologii. Byli ambitni, chcieli coś udowodnić – wspiąć na wyżyny magicznych umiejętności. Byli przecież silni. Nic nie mogło stać się nieprzekraczalną przeszkodą. Nie wiedział jak wyglądałoby życie, gdyby ukochana matka nadal sprawowała pieczę nad niesforną rodziną. Był jednak pewien, że bez problemu realizowałby swoje pasje pozostając w macierzystym kraju. Mimo sprzeciwu zaborczego ojca, spełniałby swoje marzenia – byłby na miejscu. Pielęgnował relacje, które nie dopuściłyby do rozłamu rodziny. Ale czy na pewno los byłby tak bardzo łaskawy?
Podobieństwo wychowawców było widoczne podczas intensywnych opowieści. Gdy wspólnie nakreślali ich sylwetki, poszczególne cechy wydawały się niemal bliźniacze. Siedząc w opustoszałej, wyciszonej klasie; ukryci przed wścibską aparycją zgromadzonych uczniaków mogli na dobre wyrzucić z siebie piętno żalu, niespełnionych wymagań, pretensji przewijających się na każdym kroku młodzieńczej egzystencji. Sylwetki ojców wydawały się niemal demoniczne, a wydźwięk rozkazów, nakazów i żądań porównywalne do rozbrajającego krzyku. Im bardziej intensywne się stawały, tym bardziej dwójka cierpiętników oddalała się od bezwzględnej wizji. Mieli w swoich głowach plan, który raz na zawsze pokona nieprawdziwe wyobrażenia. W tym przypadku bunt okazał się właściwy. Czy wiedział czego szuka? Tak mu się wydawało, aż do momentu gdy jego stopa, ponownie przekroczyła teren smagany wojną i paraliżującą zimą. Do momentu, w którym dawne, znajome twarze zaczną stawać na przeciwko,  zalewając ogromem emocji, zobowiązań i współdzielonej odpowiedzialności. Cel zaczyna się gubić; staje się nieodpowiednio rozproszony.
Mróz zyskiwał na  intensywności gnębiąc wystające kończyny. Poszczególne części ciała szczypały złośliwie, lecz orzeźwiająca i otrzeźwiająca aura wydawała się odpowiednia wobec rozgrzewającego spotkania. Ostatnie strużki dymu wydobyły się na drgającą powierzchnię, a subtelny, lekko zawadiacki uśmiech nie potrafił zejść z bladych ust mężczyzny. Gdy wyrzuciła w jego stronę kolejne pytania, wzruszył jedynie ramionami, wyrzucając niedopałek gdzieś w okolicy lewego pomnika. Czy przejawiał tym gestem brak szacunku? – Sądzę, że niewiele osób miało cierpliwość, aby cię wysłuchać. – rzucił zaczepnie, żartobliwie nie potrafiąc wyzbyć się iskierki złośliwości. – Tak jak ja… dodał po chwili lokując intensywny, pewny wzrok błękitnych tęczówek wprost na zamgloną twarz. – I oto przybyłem. – właściwie niezwykła sposobność, która przyzwoliła na spotkanie w taki nietypowym miejscu zaskoczyła uciekiniera. Nastawiony na mistyczną samotność; rozmowę z zagubionymi duszami, nie spodziewał się jej obecności. Dość dziwna reakcja zaatakowała jego wnętrze, gdyż poziom rozbawienia wykraczał ponad codzienny standard. Zmienili się i było to widoczne przy pierwszym, bardziej skupionym spojrzeniu. Zmienili poglądy, postępowanie, patrzenie na otaczający świat. Zyskali nowe umiejętności, odwagę i śmiałość. On też był pewny siebie; nie przerażał się groźną, wyrafinowaną postawą – mógł być zdumiony, mógł być zafascynowany, mógł jej dorównać. Na jej słowa znów uśmiechnął się zawadiacko kręcąc głową z niedowierzaniem. Czyżby uważała, że będąc za granicą wiódł życie prawdziwego dostojnika? – A czy życie nieboszczyka może w ogóle okazać się interesujące? – złapał ją za słowo, odwracając głowę. Spojrzenie utkwił w kamiennym nagrobku; niewielkiej zaspie śnieżnej przykrywającej nachylony krzyż. – Przestałem lubić zimno.  – zatrzymał. – Życie lekkoducha też może się znudzić. – zapewnił, gdyby miała jeszcze jakieś wątpliwości. Nigdy nie nastawiał się na zbyt kolorowe egzystowanie. Dobrze wiedział, że aby wypracować pozycje należy pracować nadzwyczaj ciężko – i tak też się starał. Skonfrontowany z obcym terenem, za każdym razem dostosowywał się do panujących realiów. Z pokorą, zawziętością i wyznaczonym celem wykonywał obowiązki, za które później zostanie nagrodzony. Często dość bezpruderyjnie i samolubnie oferował siebie na dane stanowisko. Poświęcał niezwykle dużo czasu na zgłębianie wiedzy; aż w końcu został zauważony. – A ty droga Sigrun, co robiłaś przez ostatnie lata? – wystarczy wypytywania z jej strony, teraz przyszła kolej na niego. – Zawodowych. – powtórzył po niej, aby jeszcze intensywniej zapewnić w swojej wypowiedzi. Czemu tak bardzo się temu dziwiła? Skąd ta  pewność, że jedyne zobowiązanie stanowiły klątwy? Drugie przypuszczenie, było jak najbardziej trafne. To przede wszystkim rodzina jak i sytuacja w kraju ściągnęła go z drugiego krańca świata. Nie chciał wypowiadać na głos targających umysł przemyśleń, planów, spekulacji na temat najbliższych spotkań. Miał pozostać anonimowy, jak i anonimowe miały być jego działania. Wierzył w pomyślność misji, którą sam na siebie narzucił.  Nie zdradzał uczuć. Były zgubne – łatwo nimi manipulować. Zmartwychwstał dla niej, zmartwychwstanie i  dla nich. Dołączył do dźwięcznego śmiechu nie wierząc w to co właśnie wypowiedziała. – Widzę, że wyostrzył ci się humor. – rzucił na rozładowanie napięcia i odwrócenie uwagi. Czy przygnała go tutaj miłość? A czym tak naprawdę była miłość? Zobowiązaniem, chwilowym uniesieniem, rozproszeniem, którego nie potrzebował. Zgubną emocją wprowadzającą w stan dekoncentracji i uśpienia. – Pytasz, bo sama zmieniłaś podejście do instytucji małżeństwa? A może jest ktoś na horyzoncie? – znał jej historię, dlatego nie zawahał się pociągnąć i uderzyć w ten punkt. Była przecież wyzwolona, ale czy tak się czuła? Nie myślał o zakładaniu rodziny – aspekt wydawał się odległy i nieosiągalny. Niepotrzebny? Czasy, w którym przyszło im żyć nie sprzyjały warunkom do tworzenia domu. Dobrze o tym wiedział. Poruszył się lekko chcąc wprowadzić w kończyny zalążki ciepła. Dłonie powędrowały do kieszeni w poszukiwaniu zgniecionej paczki papierosów, a usta ułożyły w sformułowanie: – Nauczyłaś się czegoś ostatnio? – zaklęcie, dziedzina, myśl, pojedyncza umiejętność? Czy jesteś w stanie czymś zaskoczyć?


Powrót do góry Go down
 

Alejka przy cmentarzu

Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19