Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Pokątna 1943
AutorWiadomość
Pokątna 1943 [odnośnik]27.07.17 13:55
Trzynasta godzina wybiła dokładnie w tym samym momencie, w którym moja stopa spotkała się z brukowanym chodnikiem na ulicy pokątnej. Ten dzień był jednak o wiele bardziej szczególny, nie tylko przez fakt dokonywanych zakupów ale i urodzin - moich jedenastych urodzin. Który z czarodziei o nich nie marzy? Moje wypadały niemal pod koniec wakacji, kiedy dni na powrót stają się coraz krótsze a noce nieco chłodniejsze. Wszelkie znaki na niebie i ziemi zwiastują wówczas nadejście jesieni, która w przeciwieństwie do lat poprzednich, jeszcze nigdy nie była tak wyczekiwana. W końcu dostałam swój list, w końcu miałam udać się do Hogwartu i zasilić szeregi odważnych Gryffonów (żaden inny dom nie wchodził rzecz jasna w grę). Przemierzałam więc wraz z mamą i braćmi ulicę pokątną, w celu zakupienia wszystkich potrzebnych mi rzeczy. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak skupiona i tak... grzeczna. Nie odpowiadałam na docinki Jamesa ani nie próbowałam rzucić się w pogoń za Alexem, kiedy ten szarpnął jeden z moich ciemnych warkoczy. Zamiast tego maszerowałam u boku rodzicielki z poważną miną, jakoby czasy wybryków dobiegły końca.
Nim weszliśmy do księgarni, mama przezornie upomniała mnie, bym nie wdawała się w dyskusje z obcymi i pilnowała własnego czubka nosa. Przytaknęłam jej krótkim skinieniem głowy i gdy tylko drzwi się otworzyły, czmychnęłam gdzieś wgłąb sklepu w poszukiwaniu podręcznika Obrony Przed Czarną Magią. W końcu jako przyszły auror musiałam świetnie rzucać zaklęcia obronne.
Mój wzrok ślizgał się po mniej lub bardziej opasłych tomiskach. Może gdybym nie była wzrostu karła, byłoby mi łatwiej odnaleźć upragnioną książkę. W tym momencie jednak, moich uszu dobiegł głos, na którego dźwięk - jak się później okaże - będę dostawała bladej gorączki. Wiedziona melodyjnym skomleniem, znalazłam na jego końcu pisklę o krwi błękitnej. Perfekcyjnie ułożone ciemne włosy, blada cera, suknia za którą można by wyżywić pół Nokturnu i ton, pretensjonalny ton którego nie dało się pomylić z żadnym innym i który był tak specyficzny dla czarodziei szlacheckiego pochodzenia. Przysłuchiwałam się tej paplaninie parę minut, więc twarz moja zdążyła wykrzywić się w grymasie zniesmaczenia a brwi unieść do połowy czoła.
- Jeśli Ci się tu tak nie podoba, trzeba było wysłać skrzata lub służącą. - rzuciłam jakby od niechcenia, przybierając lekceważącą pozę,w której to oparłam się o regał, ręce splatając na wysokości piersi. - Zaoszczędziłabyś nam wszystkim tego skomlenia. Już uszy mi puchną, od Twojego piskliwego głosu. - dodałam, posyłając nieznajomej pogardliwe spojrzenie.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Madeline Levine dnia 09.08.17 13:57, w całości zmieniany 2 razy
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]27.07.17 15:03
Pierwszy wyjazd do szkoły z pewnością był wielkim wydarzeniem, ale Evelyn w głębi duszy trochę się bała wyjazdu do Francji i znalezienia się tak daleko od rodzinnej posiadłości, od rodziców, Ignatiusa, a także ulubionych zakamarków dworku. Czy w Beauxbatons też będą wspaniałe szklarnie pełne ziół, malownicze lasy i pasjonujące piwnice pełne skarbów? Czy będą tam warunki godne damy, na którą od urodzenia ją wychowywano? Oczywiście wiedziała, że uczyło się tam już jej starsze rodzeństwo, a także część krewnych ze strony matki, wiedziała też, że Beauxbatons przykładało sporą wagę do artystycznych (i jakże stosownych do jej pochodzenia) aktywności, ale miał to być także pierwszy raz w życiu, kiedy zetknie się ze szlamami, czyli osobami, o których jej rodzice i krewni mówili z taką pogardą i przestrzegali ją przed spoufalaniem się z nimi.
Na Pokątną przybyła w towarzystwie matki i guwernantki, która sprawowała pieczę nad młodymi panienkami Slughorn, ucząc je i pilnując, kiedy matka była zajęta własnymi sprawami. Najpierw zaczęły od najważniejszego zakupu, czyli różdżki. Po opuszczeniu sklepu Ollivanderów Evelyn czuła się pyszna jak paw, bo wreszcie posiadała przedmiot swojego pożądania od najwcześniejszych lat, narzędzie, za pomocą którego będzie mogła być czarownicą w pełnym tego słowa znaczeniu. Guinevere nie miała jednak dość cierpliwości, by stać w kolejce w księgarni, więc sama udała się do drogiej perfumerii z najlepszymi na Pokątnej pachnidłami, a opiekująca się nią czarownica, niejaka pani Welles, miała dopilnować zakupu podręczników, zanim przejdą dalej, by kupić błękitne, jedwabne szaty panien z Beauxbatons, sprowadzane na specjalne zamówienie przez rodziców tych uczniów, którzy decydowali się na wysłanie swoich dzieci za granicę.
Niestety księgarnia okazała się niezwykle zatłoczona. I chociaż Evelyn bardzo lubiła książki i spędzała sporo czasu w rodowej bibliotece, bardzo szybko znużyła ją kolejka i przepychające się dzieciaki (co, jeśli niechcący otarła się o nią jakaś szlama?), i zaczęła marudzić. Może nie należała do najbardziej marudnych szlacheckich panienek na świecie, no, ale w końcu opuszczała dwór bardzo rzadko i to głównie wtedy, gdy z rodziną była zabierana w odwiedziny do krewnych. Praktycznie całym jej światem były tereny posiadłości w Westmorland, gdzie się urodziła i wychowała. Nigdy wcześniej nie była w tak tłocznym miejscu jak to i nigdy nie widziała tylu dzieciaków naraz... I to nieszlacheckich dzieciaków. Łatwo było je rozpoznać po ich plebejskim zachowaniu. Evelyn stała spokojnie i była dumnie wyprostowana, zarówno jej postawa, jak i ubiór mówiły wyraźnie, że była osobą z wyższych sfer. Biegać mogła tylko po lesie za dworem i to tylko wtedy, gdy rodzice nie widzieli, bo damie nie przystało biegać i wrzeszczeć jak dzikie zwierzę, a właśnie minął ją wyjątkowo rozwrzeszczany chłopak i na dodatek zawadził ją ramieniem. Przy ludziach musiała zachowywać się przykładnie, miała przecież już dziesięć lat! Była dużą panienką, która za parę tygodni znajdzie się we francuskiej akademii magii.
Znużona i przytłoczona tłokiem i koniecznością długiego czekania na zakup po pewnym czasie zaczęła marudzić pani Welles, nalegając, by jak najszybciej załatwiła sprawę i zabrała ją z tego miejsca pełnego niewychowanych i głośnych dzieci oraz ich równie głośnych rodziców. Więc pani Welles kazała jej grzecznie poczekać, podczas gdy sama miała zamiar zorientować się, czy nie dałoby rady obsłużyć ich szybciej. Evelyn była w końcu szlachcianką, zasługiwała na specjalne traktowanie, jak zawsze powtarzała jej matka i opiekunki. Dlatego też dziewczynka nie była przyzwyczajona do czekania. I do tłoku. Bardzo jej się to nie spodobało, że miejsce tak interesujące jak księgarnia zostało skalane przez ten zalew dzieciaków zapewne także przygotowujących się na wyjazd do szkoły. Najwyraźniej okazało się, że wszyscy zostawiali zakupy na ostatnią chwilę, czyli na sierpień.
Nagle jednak, chwilę po tym, jak zganiła jakiegoś dzieciaka, który znowu przebiegł zbyt blisko, usłyszała czyjś nieprzyjemny, lekceważący głos i odruchowo zwróciła się w tamtą stronę. Chociaż nieznajoma była od niej wyższa, Evelyn dumnie zadarła podbródek i spojrzała na nią wyniośle.
- Nikt cię nie pytał o zdanie – odezwała się równie wyniosłym tonem. Nie zamierzała przejmować się opinią osoby nieszlacheckiego pochodzenia. – Ty pewnie nie mogłabyś wysłać skrzata ani służącej. Nie wyglądasz na kogoś, kto może sobie na to pozwolić. Zresztą pani Welles zaraz wróci z zakupionymi książkami i będę mogła opuścić to miejsce.
Evelyn nie wiedziała jeszcze, jak właściwie powinno rozmawiać się z dzieciakami spoza wyższych sfer. Dopiero miała się tego nauczyć i zrozumieć, że nie wszyscy byli źli, a niektórzy czarodzieje krwi czystej lub półkrwi mogli wyznawać odpowiednie poglądy i okazać się na swój sposób... interesujący. Ale na ten moment miała dziesięć lat i świat wciąż wydawał się czarno-biały. To, co wpojono jej w domu, było dobre i właściwe. Zwykły świat... cóż, zawsze znajdował się poza jej uwagą i tak naprawdę go nie znała. Ta obca, bezczelna dziewucha była czymś całkowicie nowym dla Evelyn.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas.

Evelyn Slughorn
Zawód : Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3967-skrytka-bankowa-nr-779 https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]27.07.17 17:34
Nigdy nie należałam do osób, które trzymały język za zębami i potulnie podkulały ogony, w pełni akceptując sytuacje w której się znalazły. Od dziecka uczono mnie by głośno mówić to co się myśli, postępować tak jak się uważa za słuszne i w zgodzie z własnym sumieniem. Zdarzało się więc, że wdawałam się w potyczki słowne z innymi dziećmi, nie raz kończące się bójką. Zawsze jednak, działo się tak z powodu stawania w obronie innych. Tym razem nie było inaczej. Widząc jak młoda szlachcianka rozstawia inne dzieci po kątach i prycha na nie z pogardą, nie mogłam się nie wtrącić.
Słowa nieznajomej wysoce mnie rozbawiły, toteż na mojej twarzy szybko pojawił się szeroki uśmiech. Udało mi się przykuć uwagę małej złośnicy, która nie omieszkała odpowiedzieć ogniem. Oczywiście tak jak już wspomniałam, ogień ten jedynie musnął moją skórę. Nie była nikim szczególnym, nie dla mnie. Żadne jej słowo nie mogło więc mnie w żaden sposób dotknąć.
- Tak jak i Ciebie nikt nie prosił o bycie komentatorem dzisiejszej wizyty w Esach. - odparłam, odrywając się od regału by wzruszyć lekko ramionami. - I chwała Merlinowi, jeszcze wyrosłabym na taką zrzędliwą dziewuchę jak Ty. - rzuciłam, lecz tym razem oprócz nonszalancji w moim głosie zatańczyła nieco ostrzejsza nuta. Ona naprawdę miała się za pępek świata. Nie miałam jednak zamiaru poprzestać na tej krótkiej wymianie życzliwości, ktoś powinien ją ustawić do pionu.
- Ile masz lat? Osiemdziesiąt? - spytałam, na powrót przybierając kwaśną minę. - Bo marudzisz jak stara zgorzkniała panna. - skwitowałam, w międzyczasie przystępując parę kroków na przód. - I jeśli nie przestaniesz, to skończysz jako taka. Nikt nie lubi dziewcząt, które wiecznie mają w nosie muchy. - stwierdziłam, zbliżając do małej złośnicy jeszcze bardziej. Chłodne spojrzenie ciemnych tęczówek taksowało całą sylwetkę brunetki. Zastanawiająca była jej postawa. Niższa mogła być ode mnie o głowę a mimo to wciąż zadzierała swój podbródek a głos jej brzmiał pysznie, dumnie. Czy wszyscy tak wyglądali? Wszyscy szlachcice. Czy wszyscy zachowywali się równie butnie? Czy wszyscy patrzyli na innych z taką wyższością? Wiedziałam o nich tylko tyle ile można wyciągnąć z opowiadań, głównie matki czy ojca - które nigdy nie stawiały ich w dobrym świetle, choć ponoć i w ich warstwie społecznej, występowały odstępstwa od reguły. Cóż, stojąca przede mną dziewczyna z pewnością odstępstwem od reguły nie była. Ciekawa byłam ile czasu minie, nim ucieknie w popłochu przed ciężarem mojego spojrzenia. W końcu pani Welles wydawała się być znaczącą osobą, w życiu tej młodej arystokratki. Pani Welles jednak była zajęta zakupami (czyt. przepychaniem się w kolejce) i oprócz siebie samej, błękitnokrwista nie miała nikogo, kto mógłby ją teraz obronić.
Jak widać ciężko być zwierzyną, kiedy całe życie było się myśliwym.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]28.07.17 13:33
Evelyn czuła się dziwnie, tak nagle wrzucona w tą dziwaczną rzeczywistość odmienną od dworskiego życia. W posiadłościach szlacheckich rodów obowiązywały określone zasady. W jej rodzinnym Westmorland panowała kojąca cisza, a każdy z domowników miał swoje zajęcia. Tutaj natomiast trwało istne pandemonium, które wzbudzało w młódce poczucie dezorientacji i zagubienia. Nie lubiła się tak czuć i miała nadzieję, że w szkole jednak będą panować jakieś zasady i podobne sytuacje nie będą dopuszczalne. Przez swoje hermetyczne wychowanie i dorastanie pod kloszem nie była przyzwyczajona do zgiełku zwykłej codzienności zwykłych ludzi robiących zakupy. Do tej pory wszystko co było potrzebne dostarczała do posiadłości służba, ale przecież zakupy przed pierwszą podróżą do szkoły były czymś wyjątkowym, zwłaszcza zakup różdżki. Musiała osobiście znaleźć tą, z którą poczułaby tą właściwą więź.
Ale teraz, gdy już różdżkę miała, niczego tak nie pragnęła jak powrotu do dworku. Chciała zaszyć się w swoich komnatach lub pójść do szklarni albo alchemicznej pracowni ojca. Musiała nacieszyć się ulubionymi zakątkami, zanim wyjedzie na długie miesiące. Zamiast tego tkwiła tutaj, czekając aż banda rozwrzeszczanych dzieciaków kupi swoje książki i przyjdzie kolej na nią. W domu będzie mogła szczegółowo zapoznać się z podręcznikami, z dala od zgiełku.
Oczywiście nie mogła pokazać tej nieznajomej dziewczynie, jak bardzo niepewnie się tutaj czuła. Stąd też ta dumna poza tak absurdalnie wyglądająca u dziesięciolatki. Która prawdopodobnie powinna być taka swobodna, jak te dzieciaki, ale powstrzymywały ją ramy wychowania i świadomość, że była kimś więcej niż oni, więc musiała odpowiednio się zachowywać. Uniosła podbródek jeszcze wyżej i wydęła różane usteczka, ani myśląc opuścić wzrok. Dzielnie wytrzymała spojrzenie tamtej, choć była od niej wyższa i prawdopodobnie starsza.
- Nie wolno tak mówić do lady – zganiła ją. Matka i opiekunki zawsze pouczały ją, że nie powinna pozwalać sobą pomiatać ludziom bez tytułu, których z pewnością spotka w szkole. Miała nadzieję, że tej bezczelnej dziewczyny nie spotka w Beauxbatons. – Za kogo ty się właściwie uważasz, że śmiesz zwracać mi uwagę? Nie przypominam sobie, żebym o to prosiła – Zastanawiało ją, z kim w ogóle miała do czynienia i dlaczego ta dziewczyna w ogóle do niej podeszła, mówiąc jej takie rzeczy. Evelyn nie pytała jej o zdanie. Sama prawdopodobnie nie zwróciłaby na nią większej uwagi, bardziej skupiona na swoim rosnącym niezadowoleniu z niedogodności, do których nie była przyzwyczajona. Chciała tylko żeby pani Welles zabrała ją do matki, a potem z powrotem do dworu. – Czy twoi rodzice w ogóle są czarodziejami? – zapytała jeszcze. Matka powtarzała jej, że powinna bardzo uważać na dzieci mugoli, które nie były takie jak ona. Ani nawet takie jak czarodzieje krwi czystej czy mieszanej.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas.

Evelyn Slughorn
Zawód : Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3967-skrytka-bankowa-nr-779 https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]31.07.17 17:39
Była zabawna. Zabawna czy śmieszna? Sama nie do końca wiedziałam. Stała przede mną w tej bufiastej sukience z miną zdenerwowanego kuguchara i rzucała uwagi na temat czystości krwi. Naprawdę? Wszyscy czarodzieje w których żyłach płynęła błękitna krew mieli takie hopla na tym punkcie? Odpowiedź nasuwała się jedna - tak. Skoro ta niezbyt wyrośnięta latorośl jednego z wyśmienitych rodów podkreślała ów fakt na każdym kroku, nie mogłam mieć co do swojej tezy większych wątpliwości. Oczywiście wkrótce miałam przekonać się, że nie wszyscy arystokraci byli tacy zepsuci. Niektórzy z nich nie zadzierali nosa, nie uważali się w żadnym stopniu za lepszych, tym samym nie szufladkowali ludzi przez pryzmat ich pochodzenia. Główne zasługi odbierali tu ich rodzice, którzy zachowali zdrowy rozsądek i nie wychowali swych pociech w nienawiści do wszystkiego. Póki co jednak, musiałam zmierzyć się z nadętą jak balon, stojącą przede mną dziewczynką.
Wywróciłam oczami w teatralnym geście, kiedy po raz kolejny zasłoniła się przysługującym jej tytułem. Słodki Merlinie, więcej samouwielbienia te ściany już chyba nie zniosą. - Lady i lady... - powtórzyłam za nią, próbując naśladować jej ton głosu. - To uwagę zwraca się na specjalne polecenie? Od kiedy? - zakpiłam. Nie wiem jakie zasady panowały na salonach ale już zaczynałam im współczuć. Kiedy jednak rzuciła uwagę na temat moich rodziców, miarka się przebrała. - Jeśli Cię to uspokoi, to tak są. Krwi czystej o lady, a teraz posłuchaj - wycelowałam w nią palec, mrużąc przy tym wzrok. - Jesteś w miejscu publicznym. Jak sama nazwa wskazuje, jest to miejsce w którym przebywają różni ludzie. Od tych Twojego pokroju, do tych najzwyczajniejszych. Przychodząc tu, zaakceptowałaś wszelkie konsekwencje jakie się z tym wiążą. Nie kręć więc teraz nosem i nie fucz na każdego z osobna, tylko dlatego, że w przeciwieństwie do Ciebie, dobrze się bawią i nie są drętwi jak kawał drewna. - fuknęłam ostro, nie zamierzając się z nią już dłużej cackać. Za kogo ona się w ogóle miała? Wszak ani pełen skarbiec galeonów, ani wyśmienity rodowód nie dawał jej prawa do pomiatania innymi.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]04.08.17 13:31
Nie znająca jeszcze świata i życia Evelyn była ślepo zapatrzona w poglądy wpojone jej w rodzinnym domu. Nigdy nie miała powodu, by kwestionować słowa rodziców, tym bardziej, że wygodnie było wierzyć w wyższość własnego pochodzenia, czuć się częścią elity społeczeństwa. Była dumna z tego, kim się urodziła; graniczyło to wręcz z butą, która w przypadku dziesięciolatki mogła dla osób postronnych, spoza szlacheckiego środowiska, wyglądać co najwyżej karykaturalnie. Nie miała zbyt wielu okazji do zadzierania nosa, bo zwykle przebywała z dorosłymi lub dziećmi równymi sobie, więc korzystała z tej możliwości i była bardzo zdziwiona, że ktoś jej wyższości nie respektował. Przecież była osobą szlachetnie urodzoną, przyszłą damą o nieskazitelnie czystej krwi. Ojciec zawsze mówił, że była wyjątkowa, a czystość krwi ma znaczenie, że dlatego są szlachetni, że ich krew od wieków nie zmieszała się z mugolskim brudem. W parze ze szlachectwem szły obowiązki, ale Evelyn dzielnie znosiła wszystkie zakazy, nakazy, lekcje umiejętności i dobrego wychowania, nawet te, które interesowały ją mniej.
Później, za ileś lat, pewnie przekona się, że nawet czarodzieje szlachetnego urodzenia są bardzo zróżnicowani, i że nawet wśród innych warstw społecznych znajdowali się zdolni czarodzieje. Teraz rysowały się w jej głowie dwie skrajności: my i oni, biel i czerń, między którymi pewnego dnia zauważy też odcienie szarości. Nie była przepełniona nienawiścią, była jeszcze za młoda, by zdawać sobie sprawę, jak to jest naprawdę kogoś nienawidzić. Czuła raczej poczucie wyższości, dystans, niechęć ale i obawy przed światem, którego nie znała, choć to ostatnie starała się ukryć. Strach był oznaką słabości, a ona musiała pokazać, że jest silna i pewna siebie, nawet, jeśli tak naprawdę wcale nie czuła się tutaj tak pewnie. I nie wiedziała, czy w domu nie dostanie bury, jeśli okazałoby się, że dziewczynka, która ją zaczepiła i z którą wdała się w rozmowę, jest mugolaczką. Stąd pytanie o rodziców, upewnienie się, czy aby na pewno nie byli mugolami. Oczywiście nieznajoma mogła skłamać, ale chyba mugolskość byłoby widać na pierwszy rzut oka, prawda? Tak przynajmniej jej się wydawało; wyobrażała sobie dzieci mugoli jako wyjątkowo nieokrzesane, niewychowane i nie potrafiące obchodzić się z otaczającą ich magią.
- To dobrze. Dzieci mugoli nigdy nie będą jednymi z nas – powiedziała, unosząc podbródek. Dopiero w szkole miała poczuć pewne niedowierzanie, a nawet zazdrość, gdy okaże się, że niektórzy z nich byli naprawdę utalentowani mimo że dowiedzieli się o magii dopiero po dostaniu listu ze szkoły. Ale kiedy dziewczynka nagle zaczęła ją pouczać i fuczeć na nią, Evelyn odruchowo się zjeżyła; nigdy dotąd nie zdarzyło jej się, żeby ktoś odnosił się do niej w taki sposób. Jej blada twarzyczka wykrzywiła się w grymasie. Nieznajoma musiała być niesłychanie butna, skoro wypowiedziała takie słowa do szlachcianki, zwróciła jej uwagę, choć do tej pory robili to wyłącznie krewni i guwernanci. – Ty natomiast zachowujesz się skandalicznie i bezczelnie, nachodząc nieznajomych i pouczając ich – prychnęła z niechęcią, choć wciąż utrzymywała dumną postawę i wyniosły wyraz twarzy. – Myślałam zresztą, że księgarnia jest miejscem, gdzie kupuje się książki i zachowuje z szacunkiem do słowa pisanego, a nie... bawi, chyba że to zgubne wzorce ze świata mugoli. Podejrzewam zresztą, że zupełnie inaczej rozumiemy pojęcie zabawy. – Biorąc pod uwagę różnice w pochodzeniu, zapewne tak było. A Evelyn tutaj spodziewała się cichego miejsca pełnego zadumy, a tymczasem zastała istną dzicz; siłą rzeczy obwiniła o to niewychowane mugolskie dzieci, których przecież nie miał kto nauczyć dobrych magicznych wzorców i pokory wobec świata, który wspaniałomyślnie ich przyjmował. Chciała więc stąd wyjść i wrócić do domu, w nadziei, że w szkole będzie inaczej i takie niegrzeczne dzieci jak ona czy rozwrzeszczani mugolacy szybko nabiorą tam właściwej pokory. Nie wiedziała też, czemu właściwie rozmawiała z tą dziewczyną zamiast po prostu poszukać pani Welles. Może na swój sposób zaintrygowało ją to nietypowe zjawisko, jakim była butna i niegrzeczna dziewczynka z innej warstwy społecznej?




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas.

Evelyn Slughorn
Zawód : Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3967-skrytka-bankowa-nr-779 https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]09.08.17 17:36
- Jednymi z nas? - powtórzyłam za nią głucho. Na mojej twarzy powstał grymas, mieszanina niedowierzania połączona z... obrzydzeniem? Bezwarunkowo zmrużyłam oczy, obleciałam wzrokiem twarz nieznajomej, jednak nie wypowiedziałam ani jednego słowa. Nie musiała mówić dużo, wystarczyło ledwo parę wyplutych zdań, by zmrozić moje serce. Stałam więc przed nią i milczałam. Trwało to może chwilę, może dwie. Jeszcze chyba nikt nigdy tak mnie nie uciszył i to jak mniemam zupełnie nie celowo. To późniejsza kipiąca oburzeniem wiązanka miała doprowadzić do tego, bym straciła zainteresowanie biedną szlachcianką i w końcu zostawiła ją w spokoju. Szczerze mówiąc w tym momencie nie marzyłam o niczym innym, jak o opuszczeniu księgarni i błaganiu Merlina, by żaden inny dzieciak pokroju stojącej przede mną dziewczyny, nie przeciął mi już więcej drogi. Co oni u diabła mieli w tych swoich głowach, watę? Rodzice faszerowali ich codzienną porcją ignorancji na śniadanie? Czym byli dla nich inni czarodzieje? Patrzyłam na nią z niedowierzaniem, bo nie mogłam pojąc jak bardzo zakorzenione jest w niej przekonanie o wyższości, która przecież była tak pozorna i krucha, tak łatwa do obalenia...
Z początku się we mnie zagotowało. Nie potrafiłam pojąć tego, jak można klasyfikować ludzi na gorszych i lepszych, niczym jabłka na straganie. Miałam ochotę wykrzyczeć jej w twarz, że nie ma żadnych NAS, bo nigdy nie upadłabym tak nisko jak ona. W miarę upływu chwil jednak, zrozumiałam, że mój kolejny wybuch na nic by się tu nie zdał. Brunetka była zbyt zaślepiona swoją osobą, zbyt przetrawiona kazaniami rodziców, by w krótkim starciu na ulicy pokątnej, móc jej cokolwiek uświadomić. Westchnęłam więc cicho, i tym razem moje spojrzenie wyglądało inaczej, iskra uciekła a zamiast niej pojawił się smutek. To było moje pierwsze zderzenie z rzeczywistością, z tym o czym opowiadali mi rodzice a z czym przyjdzie mi się jeszcze nie raz zmierzyć w rzeczywistości.
- Chyba mi Cię żal - odparłam w końcu, wbijając w nią swe ciemne tęczówki. Najzwyczajniej w świecie było mi jej szkoda. - Żal mi Cię, że jesteś tak ograniczona i jedyne co widzisz to swoje odbicie w lustrze, bogato zastawiony stół i złote galeony. Że mierzysz innych ludzi właśnie taką miarą i nie potrafisz dostrzec tego co wewnątrz a nie na zewnątrz. - dodałam, wymiatając ją o krok. Nikt z nas nie wybierał w jakiej rodzinie przychodzi na świat, nikt też nie wybierał rodziców. Czy osądziłam ją zbyt pochopnie? Nie sądzę, swoim zachowaniem zaprezentowała z jakim typ człowieka przyszło mi obcować przez krótką chwilę w księgarni.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]11.08.17 1:38
Evelyn spojrzała na nią, jakby właśnie spadła z księżyca.
- Nas. Prawdziwych czarodziejów – powiedziała, podkreślając dwa ostatnie słowa. Bo ojciec mówił, że prawdziwymi czarodziejami są tylko ci, którzy mieli w sobie magiczną krew, nawet, jeśli mieszaną. A krew szlachetna stała na samym szczycie jako ta najczystsza i najlepsza, a mugolacy dostępowali niezwykłej łaski, że pozwalano im wchodzić do świata magii, posiadać różdżki i uczyć się czarów. Prawdę mówiąc Evelyn trochę się bała, że mogłaby w szkole dzielić dormitorium z jakimiś mugolaczkami, które nie potrafiły się odpowiednio zachować w towarzystwie szlachetnie urodzonych. Przecież nikt ich odpowiednio nie wychował i nie wpoił czarodziejskich wartości. Chociaż ta tutaj, mimo że twierdziła że jest czarownicą, też wyraźnie nie wiedziała, jak zachowywać się w obecności młodej damy. Może miała tylko dziesięć lat, ale jej krew była idealnie czysta i rodzice zawsze mówili jej, że przez sam ten fakt wszyscy powinni ją szanować. Chociaż kiedy zraniła się podczas upadku z konia, gdy Ignatius uczył ją jazdy, jej krew wcale nie była błękitna, a ciemnoczerwona. Wierzyła jednak, że i tak jest lepsza od nieszlachetnie urodzonych. Nawet jeśli błękitna krew to tylko przenośnia.
Dla Evelyn to też było pewne zderzenie z rzeczywistością, choć w nadchodzących tygodniach czekało jej ich sporo. Pierwsze tygodnie w Beauxbatons miały być szokiem dla chowanej pod kloszem dziewczynki, która nie znała innego świata niż ten, w którym się wychowała. Jeszcze wiele rzeczy ją zaskoczy – pozytywnie lub negatywnie.
Teraz jednak stała w zatłoczonej magicznej księgarni na Pokątnej naprzeciwko aroganckiej, przemądrzałej dziewczynki, która raz po raz ją zaskakiwała, chociaż raczej w negatywny sposób. Z pewnością było to jednak zbyt mało, żeby zasiać w jej głowie ziarno wątpliwości; na te przyjdzie czas dużo później, w czasie, gdy już pewnie prawie zapomni, że takie spotkanie miało miejsce.
Słysząc kolejne słowa znowu wydęła usteczka i wyprostowała się sztywno, oburzona tonem nieznajomej.
- Ja? Ograniczona? Nie rozśmieszaj mnie. Jestem damą, od najmłodszych lat uczę się rzeczy, o których pewnie nie masz pojęcia. To chyba mi może być ciebie żal, a także tego, że pewnie po prostu zazdrościsz, bo sama nigdy nie zostaniesz damą – odrzekła nieco napuszonym tonem, prawdopodobnie trochę opacznie rozumiejąc słowa dziewczynki, a może po prostu nie do końca je rozumiała, bo przecież dla niej było to całkowicie oczywiste, że dorastała w dostatku i niczego innego nie znała, poza tym nie miała do tej pory do czynienia z ludźmi spoza szlacheckiego środowiska; znała ich tylko przez pryzmat opowieści rodziców, rodzeństwa i innych krewnych. Ale w żadnym wypadku nie uważała się za osobę ograniczoną. Przecież od najwcześniejszych lat uczyła się niezbędnych umiejętności i wiedzy, miała dostęp do licznych ksiąg i najlepsze guwernantki. Przyswajała magiczną wiedzę i pod okiem ojca zaczęła też zgłębiać tajniki alchemii, choć do prawdziwego warzenia mikstur brakowało jej jeszcze różdżki. A że była ograniczona w kwestiach kontaktów z czarodziejami z innych środowisk? O tym już nie myślała, bo przecież to nie było takie ważne jak jej przygotowanie magiczne i szlacheckie.
- Pewnie idziesz do Hogwartu, prawda? Ojciec mówił, że ta szkoła nie jest już tak dobra jak kiedyś – zauważyła po chwili, przybierając nieco wyniosłą minę. Ona i jej rodzeństwo jako jedyni spośród Slughornów uczyli się we Francji; ojciec uważał, że Hogwart propaguje nieodpowiednie wzorce i staje się coraz bardziej pobłażliwy, a jego daleki krewny, który nauczał tam eliksirów, był zakałą rodu. Przynajmniej w jego mniemaniu.
Westchnęła i wywróciła oczami, rozglądając się za swoją opiekunką, która kazała jej tu czekać. Pani Welles była już na początku kolejki; prawdopodobnie lada chwila opuszczą to miejsce.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas.

Evelyn Slughorn
Zawód : Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3967-skrytka-bankowa-nr-779 https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]01.09.17 15:08
Już miałam odejść. Byłam dosłownie o krok od zostawienia tej jędzy samej sobie i zaprzestania nawracania jej na właściwe tory, kiedy jej zaczepny głos znów dosiągł moich uszu. Naprawdę musiała mieć ostatnie zdanie we wszystkim? Była to kolejna rzecz, która irytowała mnie niesamowicie. Zazwyczaj to ja wychodziłam zwycięsko z każdej potyczki, zarówno fizycznej jak i słownej. Tym razem jednak trafiłam na kogoś równie zawziętego, co ja. Wywróciłam więc teatralnie oczami, na chwilę znów skupiając na niej spojrzenie swych ciemnych, chłodnych tęczówek.
- To damy zachowują się tak niegrzecznie? - spytałam retorycznie. Nie oczekiwałam odpowiedzi, była to raczej forma zwrócenia jej uwagi. Czym innym było bowiem upomnienie kogoś w sposób uprzejmy i grzeczny, z zachowaniem zasad kultury a czym innym spluwanie jadem. Niby prosta rzecz a tak ciężka do zrozumienia przez niektórych. Być może była więc ograniczona i to bardziej, niż jej się wydawało. - I polecam sprawdzenie w słowniku słowa ograniczona, bo najwyraźniej zupełnie nie pojmujesz co miałam na myśli - warknęłam w jej kierunku. - Podpowiem Ci tylko tyle, że ma więcej niż jedno znaczenie - dodałam równie uprzejmie co wcześniej. Kolejne słowa wypływające z jej ust jedynie pogarszały stan rzeczy. Drażniła mnie niesamowicie a kwękanie przy każdym zdaniu o naznaczającej ją wyższości, zaczynało być naprawdę nużące.
- Hogwart był, jest i będzie, jedną z najlepszych szkół w świecie magii. To, że gdzieś jest ciężej nie znaczy, że gorzej. Trzeba się postarać, żeby coś osiągnąć - fuknęłam w jej kierunku, przymierzając się do odejścia. - Pamiętaj jednak nawet najlepsi nauczyciele nie są w stanie zrobić nic, by z beztalencia uczynić potężnego czarodzieja - dodałam, siląc się na złośliwy uśmiech. A niech ją pożoga porwie! Ją i tą całą nadętą arystokratyczną bujdę. - W każdym razie, czas na mnie. Może z czasem wyciągniesz wnioski ze swojego zachowania i przestaniesz być taką jędzą - posłałam jej znaczące spojrzenie, po czym odeszłam parę kroków, by następnie rzucić przez ramię - Nie do zobaczenia, mam nadzieję - i zniknęłam za upchanymi do sufitu książkami. Przy wyjściu spotkałam mamę, z którą opuściłam księgarnie, następnie kierując swe kroki w kierunku sklepu z szatami.

| z/t
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pokątna 1943 [odnośnik]02.09.17 1:03
Evelyn była uparta i nieco butna, w końcu nie przywykła do tego, żeby ktoś zachowywał się wobec niej w taki sposób. Czuła się też usprawiedliwiona tym, że nie miała do czynienia z kimś o równie dobrym pochodzeniu, a ze zwykłą dziewczynką bez tytułu. Nie zamierzała więc odnosić się do niej jak do szlacheckich rówieśników, których musiała szanować przez sam fakt ich urodzenia, nawet jeśli nie wszystkich lubiła. Wobec pozostałych mogła zachowywać się z pewną dozą wyższości, ale jak się okazywało, nieznajoma dziewczynka również była niezwykle butna i zadzierała nosa. Być może pochodziła z rodziny postępowych czarodziejów głoszących absurdalne ideały równości. Ojciec opowiadał jej o takich i przestrzegał przed nimi, mówiąc, że tylko głupcy mogą nie zauważać podziałów i chcieć zrównać się ze szlamem. Czy ta dziewczyna również należała do takiego sortu postępowych dziwaków? Całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę jej słowa.
Dla Evelyn zawsze było całkowicie oczywiste to, że dostawała wszystko czego chce, czasami zanim zdążyła jeszcze o to poprosić. Nie musiała martwić się o przyszłość, a w swoje talenty nie wątpiła. Mając takie pochodzenie z pewnością musiała wyrosnąć na zdolną czarownicę, jak jej najstarszy brat, który skończył już szkołę. Już za kilka tygodni sama przekona się, jak to jest i rozpocznie praktyczną naukę magii, choć w odróżnieniu do dzieci mugoli, wyruszy do szkoły z solidnym teoretycznym wstępem i dużą wiedzą o magicznym świecie, w którym dorastała od urodzenia. Samo to sprawiało, że czuła wewnętrzną dumą i wyższość. Była lepsza i wkrótce to pokaże takim butnym, niewychowanym dzieciom jak dziewczynka, która ją zaczepiła.
Zadarła więc dumnie podbródek i prychnęła cicho, spoglądając na tamtą wyniośle, większość jej słów kwitując milczeniem.
- Również mam nadzieję, że więcej się nie zobaczymy, panno przemądrzała – rzuciła, odprowadzając ją wzrokiem. Dziewczynka nie wzbudziła w niej sympatii, ale pozostawiła swego rodzaju ciekawość tym nowym dla niej doświadczeniem, pierwszym zderzeniem z zupełnie innym środowiskiem niż to, do jakiego przywykła. I okazywało się, że ludzie spoza szlacheckich kręgów niekoniecznie lubili takich jak oni; to też było zadziwiające, przynajmniej dla Evelyn, która wyobrażała sobie zawsze, że każdy będzie od razu wiedział, kim jest i ją za to szanował. Ale jednak miało się okazać, że wcale tak nie będzie; że owszem, będą może i tacy, którzy będą ją podziwiać lub jej zazdrościć, ale nie braknie też tych, którzy nią wzgardzą.
Niedługo później wróciła po nią opiekunka, niosąca naręcza zakupionych książek. Opuściły księgarnię, by kontynuować magiczne zakupy. Choć Evelyn zastanawiała się jeszcze, czy spotkają gdzieś pannę bezczelną, już jej nie zobaczyła, a w obliczu kupowania kolejnych atrybutów młodej czarownicy wkrótce przestała o niej myśleć.

| zt.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas.

Evelyn Slughorn
Zawód : Dama, alchemiczka w rezerwacie smoków
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Szczęśliwy, kto zdołał poznać przyczyny wszechrzeczy.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn https://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t3967-skrytka-bankowa-nr-779 https://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Pokątna 1943
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach