Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Weranda
AutorWiadomość
Weranda [odnośnik]06.08.17 18:42
First topic message reminder :

Weranda

Oszklona weranda wychodzi na najbardziej dziką część ogrodu - to ciemne, ustronne miejsce z doskonałą widocznością na zewnątrz, w powietrzu czuć zapachy z zewnątrz - aromaty ziół i kwiatowych nektarów. Obsydianowa rzeźba smoka znajdująca się tuż przy miękkich kremowych ławach przypomina o dziedzictwie Rosierów. Przestrzeń oddzielona jest od pozostałych pomieszczeń haftowanym, eleganckim parawanem, a drewnianą podłogę zakrywają perskie dywany. Wysokie sklepienie podtrzymują drewniane krokwie, solidne i rzeźbione w różane wzory. Zimą pomieszczenie ogrzewa zaczarowany piecyk. Mówią, że czasem widać stąd smoki unoszące się nad nieodległym Dover.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Weranda [odnośnik]25.01.20 14:07
Nie skinął głową, nie przytaknął, nie zareagował, gdy powtórzyła imiona, które nadał dzieciom; nie przeszło mu nawet przez myśl, że mogłaby się mu teraz sprzeciwić. Nie powinna. Nie miała prawa. Nie w obliczu tego, co zrobiła.
Sam się domyślił, miał ochotę zaśmiać się bezgłośnie, domyślił się tak po prostu, bez sugestii jej słów, bez wiedzy, której posiadać nie powinien, bez wnikania w jego sekrety. Życie Deirdre przestało być jej życiem, należało do niego; i w tym zakresie pozostawało jego tajemnicą, którą oną postanowiła szafować... zdecydowanie bezmyślnie. Nie potrafił pojąć jej słów: co przez nie przemawiało, czy naprawdę tylko głupota? Czy nie było w nich wyrachowania? Czy po tak długim czasie - wciąż nie potrafiła odróżnić jego przyjaciół od wrogów? Odnalazł wzrokiem jej twarz, zwróconą teraz wprost ku niemu - z oczami, które zaszły perlistymi łzami. Naprawdę rzadko pozwalała mu się widzieć w takim stanie, ale kobiece łzy już dawno przestały rozmiękczać jego serce, podobnie jak ciche kwilenie poddenerwowanego ciężką atmosferą dziecka. Słuchał w milczeniu potoku jej słów, z coraz większym niedowierzaniem, ściągając bez zrozumienia brew, gdy zaczęła mówić o sojuszu pomiędzy rodami. Uniósł brodę nieco wyżej, wciąż w milczeniu, wściekłej zimnej furii. Nie spodziewał się, że kolejny raz zachowa się tak głupio.
- Nie pomyślałaś - powtórzył po niej, z kpiną tańczącą na krańcu języka, naturalnie, że nie pomyślała, choć sądził, że gdy wytłumaczył jej to tak wiele razy, będzie w stanie przynajmniej zapamiętać jego słowa. Wiedział przecież, że nie była całkiem głupia, zwykle manipulacyjne gry wychodziły jej znacznie lepiej - co tym razem poszło nie tak? Czy rzeczywiście miała do Blacka słabość, traciła przy nim grunt pod nogami na tyle mocno, że nie potrafiła stanąć prosto? - Zapomniałaś - bardziej stwierdził, niż zapytał, nie odejmując od niej wzroku.  - O tym, co ci zrobili wcześniej i o tym, co mogą zrobić mi. - To samo. A razem ze mną tobie. W przeciwieństwie do niej potrafił uczyć się na błędach, nie tylko cudzych. Blackowie byli silnym i wpływowym rodem, który mógł mu nabruździć, gdyby tylko podobne informacje wpadły w ich ręce. Pozwoliła na to. - Straciłaś czujność - Rozumiesz chociaż powagę swojego postępowania, Deirdre? Czy wiesz, dlaczego zachowałaś się źle, czy wydaje ci się, że zrzędzę jak niezadowolony pan, którego słowa wciąż będziesz miała gdzieś? - Podejdź do mnie - zarządził, rozkazał, jego głos przypominał warkot wilka szczerzącego kły. - Szybciej - dodał zaraz, jeszcze nim dostrzegł w jej źrenicach choć cień zawahania. Jej jedynym obowiązkiem było być mu posłuszną, czy to naprawdę było zbyt trudne? - Bliżej - dodał jeszcze, nim w ogóle dostrzegł w jej kroku spowolnienie, chcąc mieć ją na wyciągnięcie ręki; wciąż owleczona skórzaną rękawiczką dłoń sięgnęła jej twarzy, ocierając spod oka błyszczącą strużkę łez. Zignorował jej wyrzuty, dobrze znała prawdę, dobrze też wiedziała, co zrobiła.
- Nie zaprzeczyłaś - nie zapytał, stwierdził fakt, fakt, który jasno wynikał z jej słów; gdyby tylko chciała, na poczekaniu stworzyłaby piękną i smutną historię o nagłej i krótkiej miłości lub sadystycznym gwałcie, w wyniku których zupełnie przypadkiem stała się brzemienną. Uwierzyłby jej. Uwierzyłby jej we wszystko, bo mógł wiedzieć o niej wiele, ale nie znał jej i nigdy nie pozna tak dobrze, jak on sam. Ale nie chciała. Więc tego nie zrobiła. - Dlaczego? - Milczenie też jest mową, czasem wyrażającą więcej niż słowa; czasem potrafiącą między wierszami zdradzić więcej, niż najdłuższe poematy. Dobrze przecież o tym wiedziała. Jego dłoń przesunęła się z jej policzka za ucho, odgarniając czarny kosmyk dziko wzburzonych włosów, przesuwając się wzdłuż szyi i krtani w nieczułej, zimnej pieszczocie.
- Mam wielu wrogów, Deirdre. Znacznie więcej niż przyjaciół - wyjaśnił, cichym, zbyt cichym głosem. - I pozwól, że nie ty będziesz decydować o tym, któremu z nich można zaufać, bo pokładasz całą wiarę w tym, że nie zamierzają mi zaszkodzić. Prawdopodobnie się mylisz. Tak samo nie ty będziesz mi tłumaczyła zaszłości pomiędzy rodami ani konieczność zjednoczenia, tym bardziej nie będziesz mnie jednoczyć z wrogimi rodzinami, rozdając im moje tajemnice, którymi mogą zniszczyć moją reputację w zaledwie kilka krótkich chwil. - Odnalazł wzrokiem jej spojrzenie, chcąc, by zrozumiała każde wypowiedziane przez niego słowo. Musiała z tym skończyć, jego wróg był jej wrogiem. Popełnił błąd, pozwalając jej do niego wrócić. - Jak zwykle - dodał z pewnym rozczarowaniem, bo przecież popełniła w życiu więcej błędów, niż potrafił zliczyć, choć przed wieloma z nich ją ostrzegał, czasem, jak teraz, nawet kilkukrotnie. - Jeśli naprawdę nie widzisz w swoim zachowaniu celu - podjął, powoli cedząc głoski - kolejnym razem po prostu się powstrzymaj. - Czy nie była bezczelna, zarzucając mu nonsens wypowiadanych słów? Nonsensem było wyłącznie to, co zrobiła. Absurdalnym, pozbawionym sensu. - A jeśli, cóż, przynajmniej na ten moment błąd dotyczy wyłącznie Blacka - mówił jednak dalej, wciąż powoli i dokładnie cedząc każde słowo - najpóźniej do jutra przedstawisz mi rozwiązanie tego problemu. - Musiał zostać uciszony. Nie obchodziło go, w jaki sposób; mogła go zabić, odebrać mu głos, wspomnienia, mógł jej złożyć przysięgę wieczystą, mogła wziąć go w szach w każdy inny sposób. Ale musiała się tym zająć. Jego dłoń przeszła z krtani na podbródek, który uścisnął mocno między palcami, wyciągając go bliżej siebie. - Nie będę wiecznie myśleć za ciebie, Deirdre. To cię niczego nie uczy, co udowadniasz na każdym kroku - oświadczył, wciąż ze złością przeplataną jednak pewną ojcowską stanowczością; wypuścił ją wreszcie z uścisku. Jeśli musiała, mogła się nad tym zastanowić; miał nadzieję, że jej pierwszą myślą nie będzie przespanie się z nim w zamian za milczenie - dotąd zwykle obierała tę drogę. Złożył obie dłonie na jej biodrach, mimo dziecka spoczywającego wciąż na jej rękach ciągnąć ją bliżej siebie, ciało do ciała.
- Wiesz coś, czego nie wiem ja? - zapytał wprost, powracając do słów o rzekomym sojuszu; nie żyli w zgodzie od wieków i nic nie było mu wiadome o tym, by miało się nagle stać inaczej.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Weranda [odnośnik]25.01.20 15:12
W szybie werandy odbijał się ktoś, kto budził w niej odrazę - słaba, skulona kobieta z podkrążonymi oczami, tuląca do piersi kwilace dziecko, w niczym nie przypominająca pełnej grozy i chwały czarownicy władającej najmroczniejszą magią. Wystarczyło, by przebywała z Rosierem kilka chwil, by znów zostać stłamszoną, wzgardzoną, uznaną za wroga, wpędzoną w paniczny strach, że historia zatoczy koło tortury, spychając ją za krawędź przetrwania. To niesprawiedliwe, to nie t a k: powtarzała to w głowie w nieskończoność, przymykając powieki, by nie musieć mierzyć się z własnym odbiciem. Hormonalne rozstrojenie sprawiło, że utraciła czujność. Powinna być mądrzejsza, przewidzieć, że Tristan zareaguje w ten sposób na wspomnienie Blacka - wyparła już sposób, w jaki potraktował ją po Festiwalu Lata, a każde upokorzenie przykrywała łaskawa woalka cielesnej rozkoszy, pomagająca w utrzymywaniu pozorów. Pewności co do intencji mężczyzny, którego kochała mocniej z każdym dniem. Z każdym odrzuceniem, z każdym ciosem, fizycznym i słównym, z każdą sekundą rozłąki. A im większe wypełniało ją oddanie, tym mniej pozostawało miejsca dla niej samej, dla rozsądku, dla siły, by walczyć o niezależność. Opadała z sił, ostatnie tygodnie nadszarpnęły rezerwy przetrwania - powoli wypuściła powietrze, osiadające na szybie srebrzystą mgiełką, i z ciągle przymkniętymi oczami oparła czoło o chłodne szkło, odnajdując w tym chwilową ulgę. Nie chciała słuchać reprymendy, nie chciała przypominać sobie tego, co uczynił jej Black, nie chciała czuć się tą najgorszą - i na pewno nie chciała słuchać rozkazów Tristana, ale nie potrafiła już zapanować nad wyuczonymi reakcjami. Wpadła w nową formę rutyny, w trans, groźniejszy i popychający ją do działania wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wyprostowała się powoli, odwróciła - niechętnie, nieśpiesznie stawiając bosą stopę ponownie na ciepłym dywanie. Patrzyła jednak w bok, gdzieś ponad męskim ramieniem, ciągle przyciskając do siebie Myssleine: obronnie. Chcąc ochronić ją przed bliżej nieokreślonym złem, czającym się w cieniu głosu Tristana, czy też wręcz przeciwnie, wykorzystać niewinne niemowlę jako tarczę. Amulet, mający uchronić ją przed niezadowoleniem twórcy.
Stanęła przy nim sztywno, lekko kołysząc w ramionach córkę, a dreszcze pokryły odkryte ramiona, z których zsuwał się biały, wełniany sweter - mimowolna gęsia skórka, mieszanina lęku i żywych wspomnień innych chwil, dusznych sypialni, wywarczanego szybciej lepkiego od potu i pragnienia a nie od gniewu.
Zacisnęła wargi, gdy dotknął jej policzka, ocierając łzę, dobitny dowód tego, jak słaba się stała - powstrzymała jednak odsunięcie głowy jak przed uderzeniem, drobny sukces, wynikający raczej ze zmęczenia niż z przepracowania odruchowej ucieczki przed przemocą. Nie zaprzeczyła - i sama nie wiedziała dlaczego. A może odpowiedź na to pytanie była zbyt żałosna, by była w stanie się do niej przyznać. Była zmęczona kłamstwami? Chciała komuś zaufać? Pozwolić, bo choć jedna osoba przedarła się przez zasieki łgarstw? By Alphard wiedział o tym, co łączyło ją z Tristanem - na wszelki wypadek, gdyby stało się coś złego? A może folgowała prymitywnej, kobiecej zazdrości; chęci uznania Rosiera za należącego do niej. - Nie uwierzyłby mi. Zna mnie- odparła tylko cicho, a ramiona spięły się nerwowo, gdy chłodna rękawica przesunęła się po rozgrzanej szyi. Czarne kosmyki włosów nie chroniły jej już przed spojrzeniem Tristana: stała tuż przed nim obnażona, strofowana w najgorszy z możliwych sposobów. Cichy, surowy. Rosier nigdy nie musiał podnosić na nią głosu, a im spokojniej mówił, tym głębiej docierały zatrute ostrza, łamiące ją od środka, zatruwające na wiele dni skrajnymi uczuciami zawstydzenia, poczucia winy, przekonania o tym, że jest nikim. - Masz rację. Przepraszam - powtórzyła prawie bezgłośnie, a usta same ułożyły się w kolejną, pełną szacunku sylabę. Sir zawisło między nimi po raz kolejny, zagłuszone przez szum krwi w tyle głowy. Przybierający na sile, gdy chwycił ją za podbródek, zmuszając do spojrzenia mu w oczy. Zmrużyła własne, wilgotne, ciemne, nozdrza rozszerzyły się, ale nie pozwoliła, by kolejna łza zdradziecko przebiegła po bladym policzku. Poczucie niesprawiedliwości i poczucie winy mieszały się w niej; najchętniej wydałaby z siebie dźwięk podobny do tego, którym skarżyła się Myssleine, drobną rączką wczepiając się w materiał matczynego swetra. - To mój przyjaciel. Rycerz Walpurgii. Poplecznik i sługa Czarnego Pana. Co mam mu zrobić? - wyrwało się nieco zbyt ostro spomiędzy zaciśniętych warg, zanim zdążyłaby się zreflektować, a chłodny powiew przemknął po drżących łydkach. Brzmiała też bezradnie, nie rozumiejąc, czego od niej oczekuje. Postępowała przecież zawsze według męskich wskazań, nawet jeśli początkowo sprzeciwiała się poleceniom. Czas przyniósł nieprzyjemną naukę - Rosier miał rację, był ostrożny, surowy i zdecydowany. A ona nie wierzyła już samej sobie, zbyt emocjonalna, roztrzęsiona, zagubiona w tym, czego skrycie pragnęła. Przymknęła powieki całkowicie, tylko tak mogąc w tej pozycji odgrodzić się od przeszywającego spojrzenia Tristana. - Sama nie usunę mu wspomnień, nie potrafię - wychrypiała cicho, przyznając się do braku umiejętności w zakresie mącących w głowie zaklęć, zszokowana, jak łatwo przyszła jej ta propozycja: odrzucenia kolejnej osoby, która o nią dbała, która była jej bliska; pozbycie się prawie ostatniego wyjścia ewakuacyjnego z emocjonalnej matni, do jakiej wciągał ją Tristan. Czarodziej wżerał się w nią coraz głębiej, przejmował kontrolę, krok po kroku niszcząc to, co łączyło ją z innymi ludźmi. Dostrzegała to, lecz było już za późno na bunt - stała się od niego w pełni zależna.
Nie zdążyła odetchnąć spokojniej, gdy jego dłonie znów dotknęły zesztywniałej talii; krągłości biodra, mocno, stanowczo. Tym razem poczuła ciepło buchające od mężczyzny, twarde ciało, za którym tak tęskniła - i które zaczynało kojarzyć się jej z zagrożeniem. Ściślej przycisnęła Myssleine do piersi, czarne włosy opadły na główkę dziecka; wahała się, czy nie odłożyć jej do niedalekiej kołyski, ale potrzebowała tego bufora, czegoś miękkiego i dającego nadzieję.
- Nie - odpowiedziała szybko, zbyt szybko; wiedziała, że zdołał już wyczuć jej lęk, a strach zdawał się ostatnio smakować mu bardziej od najdroższego wina. - To znaczy, nic pewnego, to tylko moje wrażenie - dodała, przesuwając spojrzenie w dół, na Myssleine: pomiędzy ich ciałami wydawała się taka drobna. I, o dziwo, spokojna; przestała kwilić, zamilkła, może zbyt wystraszona, może, instynktownie, czująca bliskość rodziców. Dziwne, przerażające, fascynujące. Oderwała się od tego budzącego nieznane ciepło uczucia, powracając do pytania. - Widziałam Alpharda i Melisande w Fantasmagorii, towarzyszyłam im podczas rozmowy. Później otrzymałam od niego niejednoznaczny list - ale na tyle, na ile znam lorda Blacka, wydaje mi się, że może czuć coś do twej siostry. Imponuje mu. Irytuje i intryguje go zarazem- mówiła rzeczowo, otulając dziecko, tak, że końcami palców muskała wilgotny od deszczu płaszcz Tristana, dalej ukrywający szeroką pierś mężczyzny. - To oczywiście tylko moje spostrzeżenia, może zupełnie mylne. Melisande budzi podziw wielu mężczyzn - dodała ciszej, nawet nie próbując pozbyć się dziwnego wrażenia, że zdradza sekret przyjaciela, ingerując w coś, co intymne i jeszcze nienazwane. Była jednak wierna tylko jednemu mężczyźnie - temu, który stał tuż przed nią, pachnąc wilgocią, smoczym popiołem i chłodem, przenikającym ją aż do szpiku kości. Nie śmiała wyrwać się z jego uścisku, nie drgnęła nawet o cal, choć ciche skrzypienie napiętej skóry przytrzymujących ją rękawic budziło najgorsze skojarzenia.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]02.02.20 20:43
Ściągnął wzrok niżej, na dziecko, które tak czule i zachłannie obejmowała ramionami; chciała obronić przed nim dziecko czy raczej samą siebie? Była roztrzęsiona, odkąd tylko postawił tutaj stopę. Słaba, zmęczona, rozdarta, fizycznie i psychicznie, obnażała swoje słabości, nie potrafiąc ich dzisiaj ukryć. A on nie zamierzał jej tego ułatwiać - gdy osłabiona opuszczała tarczę, uderzał tam, gdzie dostrzegł skrawek ciała; jeśli miała być mu posłuszna, teraz, w przyszłości, co w obecności wspólnych dzieci było jeszcze istotniejsze, niż dotąd, musiał pozwolić tym ranom krwawić. Musiała uwierzyć, że jej siła zależała od niego, że był jej częścią, że bez niego - byłaby nikim. Że bezmyślna zdrada zniszczyłaby również ją. Że nie mogła tak po prostu rozpowiadać jego tajemnic. Zwłaszcza ludziom, którzy widzieli go jako wroga. Nie rozumiał, dlaczego to zrobiła.
- Nawet ty wiesz, że to nieprawda - Uwierzyłby; nikt, nawet on, nie wiedział, co kryło się pod najdalszą maską na jej twarzy. Potrafiła je przebierać zwinnie, niepostrzeżenie, traciła rezon przy nim, ale przy nikim więcej. Czy Alpharda traktowała podobnie? Ważył słowa z pewną goryczą, niekończącą się odrazą, był na nią zły. Był zły, bo zawiodła. Nadszarpnęła jego zaufanie, nie pierwszy raz, okazując drastyczną nielojalność. Jak miał jej to tak po prostu przebaczyć? Przeprosiny nie mogły tutaj wystarczyć, słuchał ich bez zadowolenia i bez satysfakcji. Sprawa była poważna, a ona najwyraźniej nie zdawała sobie z tej powagi sprawy - zdając się być bardziej przestraszoną jego, niż konsekwencji własnej głupoty.
- Nie wiem, Deirdre - odpowiedział, przyjmując protekcjonalny ton głosu; jak do dziecka, który musi wreszcie poczuć odpowiedzialność za samego siebie na własnej skórze. - Nie chciałaś słuchać mnie - przypomniał, kazał jej przecież milczeć; oczekiwał od niej przecież, że zachowa jego sekrety dla siebie, nie rozpowiadając ich innym, a już na pewno nie jego nieprzyjaciołom, nie tym, którzy gotowi byli obrócić powzięte informacje w szantaż. Nie zasługiwała na wiedzę o czymkolwiek. - Więc radź sobie sama - Musiała przestać zachowywać się jak zagubione kocię, które co rusz popełnia błędy i czeka, aż on przyjdzie je naprawić. Musiała zrozumieć, że nie wszystkie błędy się dało naprawić - inaczej prędzej czy później obróciłoby się to w zgubne skutki, o ile te już nie nastały za sprawą Blacka.  Miała rację, był poplecznikiem Czarnego Pana - nie mógł zginąć. Nie mógł mu też otwarcie zaszkodzić, ale nikt nigdy nie dotrze do tego, co Black zdziałał za kulisami. Sama wiedza to za mało, tak długo, jak długo nie znał konkretów; w mdłą plotkę przecież mało kto uwierzy. - Znajdź kogoś, kto potrafi? - Uniósł w górę brew, ostrzegawczo, zamierzając uciszyć jej bezradność - powiedział przecież, że nie zamierza jej w tym pomóc. - Znajdź inny sposób? - Błąd nie był źle zakreślonym ołówkiem znakiem, nie wystarczała gumka, żeby go wymazać. Czasem - czasem nic nie było dostatecznie skuteczne. Nadszedł najwyższy czas, żeby mogła to zrozumieć. - Nie wiem. Radź sobie sama, jeśli nie zamierzasz grać według moich zasad - powtórzył oschle, przecież wziął ją do siebie pod pewnymi warunkami. Naprawdę nie potrafiła ich spełnić? Ton jego głosu pozostawał cichy, ale zaklęty gniewnym lodem. Było w nim coś z groźby, nie chciał zostać źle zrozumiany. Był poważny - i ona musiała to pojąć. Zabronił jej przecież widywać się z tym człowiekiem - nie po to, by pobiegła do niego opowiedzieć z najdrobniejszymi detalami szczegóły ich wspólnej relacji. By opowiedziała mu o jego dzieciach. Bo dała mu narzędzia, które tak łatwo mogły go zniszczyć. Może to jednak on był głupcem - może cała jej obecna poza była wyłącznie grą, w którą znów dał się złapać jak dziecko, jak chłopiec, skuszony wdziękami orientalnej piękności; może przez cały ten czas pozostawała na usługach Blacków, którzy wciąż oczekują na odpowiedni moment, żeby go pogrążyć. Został nestorem, teraz musiał strzec się bardziej, niż wcześniej. Teraz jego reputacja nie była już tylko jego reputacją. Teraz jego reputacja przestała być czymś, co można było zrzucić na karb młodzieńczego buntu i przekory, teraz oczekiwano od niego czegoś więcej - teraz, kiedy zatonie, to razem z całą swoją rodziną.
A ona przetrwa - jak ten szczur, który uniesie się na wodzie, aż wpełznie w kolejny wrak.
- Masz czas do jutra, nie będę czekać dłużej - oświadczył krótko, oschle, ucinając temat; nie zamierzał poddawać tego jakiejkolwiek dyskusji. Musiała być zdecydowana. Musiała wiedzieć, po której stronie stoi. I musiała mu to udowodnić, bo stracił w nią wiarę. Nie obchodziło go, że była osłabiona porodem - mogła pomyśleć o tym wcześniej, gdy szukała w brzemiennym stanie odpowiedniego schronienia. Musiała wiedzieć, że będzie oczekiwał od niej bezwzględnej lojalności. Jeśli rozważała schronienie się u Blacków - powinna była zrobić to od razu, stając między nimi w rozkroku popełniała błąd.
Odnalazł dłońmi skórę, której chłód poczułby przez palce, gdyby nie dzieląca ich martwa skóra czarnych rękawic; odnalazł kości bioder, zaciskając dłonie nieco mocniej, gdy usłyszał z jej ust szybkie zaprzeczenie. Wsłuchał się w jej słowa z uwagą, w skupieniu, koncentrując się na ich sensie, który nie był pewien, jak powinien właściwie interpretować. Uniósł spojrzenie gdzieś ponad nią, za nią, na śnieżny krajobraz za oknem; opis emocji Alpharda splatał się z jego wrażeniem po rozmowie z Melisande. Czy słusznie, czy nie, zapewne żadne z nich nie mogło wiedzieć. Brał na te słowa poprawkę, nie musiała mówić prawdy. Mogła być częścią większej gry, w której nie zamierzał dać się okraść.
- Przyszło ci do głowy - podjął, dopiero teraz powracając spojrzeniem ku jej twarzy, jej spojrzeniu, zupełnie jakby spodziewał się wyczytać tam coś innego, niż czytał z jej słów, głosu, ciała; po tym, co zrobiła, nie był pewien jej szczerości. - Że dałaś mu doskonały materiał, by dopiął to, czego pragnie bez mojej zgody? Że wystarczy mu teraz jeden szantaż, bym zrobił wszystko, czego pragnie? - Myśl o tym, że Alphard czegoś od niego chciał rzucała na to wszystko dodatkowy cień. Dwuznaczny, bo można to było rozegrać na więcej sposobów - jednak w razie jego upadku małżeństwo z Melisande być może otwierałoby mu zaskakującą drogę do przysługującej mu schedy. - Jak mogłaś, Deirdre? - zapytał z goryczą, wypuszczając ją z uścisku; odchodząc do niej, by przechodząc obok stolika pochwycić szklankę z ostatnim łykiem alkoholu - który przechylił zamaszystym, nerwowym ruchem dłoni. Pójście z nim na walkę w ten sposób byłoby przecież głupotą, Tristan mógł wziąć go w szach równie łatwo, co on jego - przez Melisande. Nie zmieniało to faktu, że Alphard otrzymał ostrze, którego nie powinien nigdy trzymać w ręku. Bo ona tak po prostu mu je dała.
- Załatw to - nakazał, krzyżując spojrzenie z drugim dzieckiem, wciąż cicho leżącym w koszyku. Dzieci były ciche, zbyt ciche. Może po matce, a może po toczącym się w ich krwi zepsuciu. Nie powiedział nic więcej, rozmywając się w ciemnościach we mgle, której strzępy porwały go z wyspy.

zt x2



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Weranda [odnośnik]16.08.20 17:46
| 29 lipca

Długie dni pełne błogiego odpoczynku - czy nie tak pozornie mogło wyglądać życie zesłanej na prawie bezludną wyspę czarownicy, utrzymanki wpływowego arystokraty? Przez pewien czas faktycznie tak było, Deirdre powracała do pełni sił, lecz gdy zyskała ich choć odrobinę, zaczęła działać. Nie tylko zawodowo, bowiem choć wciąż spędzała w la Fantasmagorii większość czasu, to powrót na Wyspę Sheppey oznaczał jeszcze więcej aktywności. Wzięła sobie przestrogi Cassandry do serca: częściej spędzała czas z dziećmi, nie doszło też ponownie do poważniejszej uległości wobec instynktów zastraszonego drapieżnika, mordującego swe młode - poza dwoma czy trzema drobnymi ekscesami, lecz na Merlina, każda matka może mieć gorszy dzień - dzięki czemu bliźnięta stały się spokojniejsze. Przestały też przypominać bezradne tobołki, poruszały się już na swój prymitywny sposób, gaworzyły, skupiały wzrok, a Myssleine zaczęła nawet szybciej raczkować. Te zmiany fascynowały, zadziwiały, ale i wymagały więcej aktywności. Od której i tak nie stroniła, ćwiczyła prawie każdego dnia, poranki często spędzając na długich spacerach wzdłuż wybrzeża. Nie inaczej było tym razem: dopiero niedawno rozsiadła się z powrotem na werandzie, obstawiona czarnomagicznymi woluminami, już po karmieniu bliźniąt.
W pierwszej chwili zignorowała zaaferowaną Agathę, przemykającą obok niej w stronę kuchni; przywykła do nienachalnego towarzystwa dziewczyny; czytała więc dalej, całkowicie skupiona, ostrożnie podkreślając interesujące ją lub zagadkowe akapity. Podniosła głowę akurat w momencie, gdy na szerokiej ścieżce prowadzącej od strony ogrodu pojawił się Tristan. Nie sam - a w towarzystwie dość nieoczekiwanym. Czyżby Claude powiedział mu o jej nieimponujących, lekko mówiąc, próbach nauki jeździectwa? Deirdre zamarła w pół gestu przekartkowania, rozumiejąc nagle popłoch Agathy, która zapewne przygotowywała już lekki lunch, magicznie chłodziła wino oraz zamykała dzieci w wyciszonym pomieszczeniu.
Uśmiechnęła się do niego. Po prostu, bez wylewnych powitań, bez chylenia głowy. Pięknie, ujmująco, tak, jak tylko ona potrafiła, ale bez rozromantycznionego rozczulenia. Skośne, kocie oczy pozostawały spokojne, uważne, czujne. Ostatnio spędzali więcej czasu osobno niż razem, rozumiała to, akceptowała - i okłamywała samą siebie, że nie odczuwa tęsknoty. Powoli wstała z otomany i zwinnie wspięła się na balustradę, zsuwając się z niej po drugiej stronie, tak, jakby przejście tych kilkunastu metrów do głównych schodów było w tej sytuacji niewyobrażalną stratą czasu.
- Sir - powitała to w końcu niby od niechcenia, zgrabnie omijając krzewy róż, przytrzymujące czarną suknię z widocznie dobrego, drogiego materiału; prostą, podkreślającą odzyskaną sylwetkę i krąglejsze kształty. W końcu wymieniła garderobę. Dla niego. Widywali się rzadziej niż przedtem, a i wtedy nie należeli do osób otumanionych szaleństwem nierozłącznej miłości. Przynajmniej on, bo Deirdre, spoglądając na Rosiera w innym, mniej oficjalnym, ale dalej eleganckim wydaniu, znów poczuła to słodko-gorzkie szarpnięcie w dole brzucha, krew szybciej buzującą w ciele, rozchylające się nozdrza. Po zwierzęcemu stęskniona, po zwierzęcemu także - ostrożna, pamiętająca raz otrzymane ciosy, spodziewająca się następnych. Nie podeszła do Tristana, pozwoliła mu się sobie tylko przyjrzeć; przystanęła dopiero  po drugiej stronie prowadzonego przez niego konia, sięgając dłonią do jego szyi. - Czy to subtelna sugestia, że Claude dzieli się z tobą wszystkim, co mu powiem? - spytała tonem niezobowiązującego zagajenia, świadoma odpowiedzi. I tego, że koń, choć piękny, nie wydawał się zbyt sympatyczny. Gdy go dotknęła, zaczął nerwowo uderzać nogą w podłogę, szarpnął też łbem, aż biała grzywa zatrzepotała na wietrze. Od razu odsunęła palce. - Nie przepadam za zwierzętami- stwierdziła fakt, nie wzruszały ją ani piękne szczenięta ani słodkie kotki. Szacunek odczuwała tylko do magicznych bestii, i to tylko wtedy, gdy były daleko, możliwe do bezpiecznego podziwiania lub wykorzystania do własnych celów. - Z wzajemnością, jak widać - dokończyła, robiąc krok w tył, bo koń tym razem zarżał dość wrogo. Zmierzyła go surowym spojrzeniem, ale niezbyt się tym przejął. - Chcę nauczyć się jeździć konno. Myślę, że powinnam - przyznała w końcu, ponownie próbując dotknąć boku głowy konia, ale ten szarpnął nią na boki jeszcze bardziej nerwowo. Zachowywał się trochę tak, jak sama Deirdre czuła się w środku: niespokojna, po części uwiązana, ograniczona, od kilku miesięcy nie mogąca skorzystać z pełnego potencjału, zniecierpliwiona i stęskniona za najintensywniejszymi bodźcami.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]18.08.20 13:59
Wieść o tym, że Deirdre zachciało się uczyć jeździectwa, powitał z pobłażliwym rozbawieniem; nie była to jej klasa, nie była rozrywka właściwa takim jak ona, ale reprezentując Fantasmagorię musiała rzeczywiście być w stanie dotrzymać towarzystwa mężczyznom z wyższych sfer również w plenerze -  być może w tym szaleństwie tkwiła jakaś metoda. Traktował to jednak - całkiem zresztą świadomie - jako wymówkę, konie uwielbiał od dziecka, a niedawno zakupione okazy były dla niego wyjątkowo udanymi zabawkami. Lubił je poznawać i sprawdzać ich możliwości.
Tak samo jak lubił sprawdzać możliwości Deirdre - nie byłby sobą, gdyby pozbawił się przyjemności starcia tych dwóch przyjemności.
Apollon był jednym z mniej wymagających rumaków, ale wciąż nie był spokojnym wałachem odpowiednim dla kobiety, która po raz pierwszy - niech będzie i drugi - zasiądzie w siodle, wybrał go wszak nie tylko ze względu na niosące wspomnienia imię. Wierzył jednak, że w jego obecności i pod jego okiem wszystko przebiegnie tak jak powinno, przecież będzie miał na nią oko. Uprząż związała skrzydła stworzenia, nie pozwalając mu ich rozprostować - na podniebne loty było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie. Zwierzę zostało podprowadzone pod Białą Willę przez Prymulkę, sam przeteleportował się tu chwilę później, przejmując wodze śnieżnego rumaka i za wskazówkami Agathy odnajdując Deirdre na tyłach domu. Na jej powitanie krótko, surowo skinął głową. Dobrze wyglądała, znów zadbana, jego spojrzenie prześlizgnęło się po obrzeżach i wypukłościach sukni, która akcentowała to, co jego kochanka zdobyła jako matka. Z pewnością nie był to najlepszy strój do nauki jeździectwa, ale zamierzał dzisiaj cieszyć przede wszystkim oko. Być może z wolna nadchodził czas, w którym Deirdre będzie wreszcie w stanie służyć mu jak dawniej - całą sobą.
- Nie jesteś tak naiwna, by nie znać odpowiedzi - odparł lekko, Claude był mu wierny, bezgranicznie oddany i uwiązany do niego mocniej niż sama Deirdre. Od dziecka uczony, by służyć - służyć jemu, jego domowi - informował go o wszystkim, co mogło mu się wydać, że będzie dla Tristana warte uwagi. A znał go już dość długo, by potrafić te informacje przecedzić trafnie. - Wiem - dodał, na jej stwierdzenie faktu; zdążył spostrzec i zauważyć, że magiczne stworzenia nigdy nie spędzały jej snu z powiek. Nie powinna była lekceważyć tej dziedziny, mimo wszystko urodziła jego syna. - Apollon powinien wzbudzić twój szacunek, nie tylko za sprawą znamienitego rodowodu. - Gdyby tylko to ważące pół tony zwierzę zdawało sobie sprawę ze swojej siły, mogłoby zawładnąć niebem nie mniej skutecznie od smoków. Te kopyta były twardsze od diamentów, przeciągnął wzrokiem na nogę uderzającą w miękką zarośniętą trawą ziemię. - Powinnaś? - powtórzył za nią, przenosząc ku niej spojrzenie - z uniesionym kącikiem ust. - Dlaczego? - Zdawało mu się, że pojmował jej pobudki - ale chciał je usłyszeć od niej. Przygładził szyję konia, gdy ten zdradził oznaki zdenerwowania, uspokajając zwierzę. Nie odda go przecież na pastwę losu, nie zostawi z nią sam na sam.
- To zwierzę, nie beczka, nie podchodź do niego tak, jakby cię nie widział - ozwał się w końcu, obchodząc konia od przodu - by stanąć za plecami Deirdre, nie puszczając końskiej wodzy. - Daj rękę - zażądał, nie czekając wcale na jej reakcję; stojąc za nią ujął jej dłoń, powoli wyciągając ją w kierunku końskiego pyska. Apollon był dużym, wysokim koniem - jak wszystkie z jego miotu, górował nad obojgiem. Deirdre nie sięgała głową do jego kłębu. - Rozłóż palce, jeśli nie chcesz ich stracić - poradził, szeptem prosto do jej ucha, oko w oko przyglądając się Apollonowi. Nieufnie obniżył pysk do ich rąk, z wolna obwąchując skórę - poznając nowy obcy zapach. - Kieruje się zapachem, w ten sposób dajesz mu się poznać - oznajmił, powoli wypuszczając jej dłoń z uścisku, instynkt powinien poprowadzić dalej tak ją, jak jego. - Pokaż mu drugą rękę. Musi wiedzieć, że nic w niej nie masz - Był nieufny. Nie znał jej. Musiała potrafić okazać mu szacunek - przy pierwszym zetknięciu rąk nie pchało się od razu w grzywę, kontakt wymagał intymności, a intymność zaufania. Czasu. Znajomości - siebie nawzajem.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Weranda [odnośnik]18.08.20 19:49
Miał rację, nie była aż tak naiwna, wyczuwała, że rolą Claude'a jest bardziej szpiegowanie i donoszenie swemu panu o każdym działaniu mieszkającej w Białej Willi kochanki niż rzeczywiste dbanie o jej komfort oraz spełnianie zachcianek, lecz mimo wszystko miała nadzieję, że nie jest na tyle interesująca, by lokaj składał codzienne, rzetelne raporty. Czasem znikała na całe noce, szukając ksiąg i ćwicząc czarną magię, a wolała nie myśleć, jak przedstawiłby to wierny sługa Rosierów. Świadomość, że do Prymulki dołączyła kolejna osoba, mająca nad nią nieuzasadnioną kontrolę, irytowała ją coraz bardziej. - Zamierzasz wysyłać tu jeszcze kogoś? Nałożyć zaklęcia śledzące? - spytała spokojnie, dbając o to, by nie zmienić tembru głosu na urażony, a by nadać mu jak najobojętniejsze brzmienie. Oczy zdradzały jednak urazę, niepokój, irytację - i mimo wszystko - tęsknotę; zerknęła na mężczyznę z ukosa, mimowolnie śledząc wyćwiczoną sylwetkę. Nie zapomniała, jak wyglądał bez jeździeckich, luźniejszych, ale na pewno niedorzecznie drogich ubrań, służyła mu wszak w łaźni, zmywając krwawe pozostałości prezentu. Nie mogła się jednak przez to dekoncentrować ani dać porwać frustracji, choć czuła się zagubiona jak nigdy. W tym, co czuła, co stało się z jej życiem i jak wiele znaczył dla niej Rosier.- Słyszałam, że rodowód to nie wszystko. Wiele rasowych zwierząt choruje. Chów wsobny niszczy ich magię i siłę - Na razie mogła tylko wypowiadać swoje opinie, świadoma, że w tym temacie smokolog nie ma sobie równych, nie chciała jednak być bierną uczennicą. Nigdy taką nie była, spierała się, próbowała, bo tylko tak mogła najszybciej przyswoić nową wiedzę. Wolałaby co prawda uczyć się okrutniejszych zaklęć, lecz i za naukę jeździectwa była - pod maską czujnej ostrożności - po prostu wdzięczna. Znów odsunęła rękę, szybko, chcąc zrobić kolejny krok w tył, bo Apollon wydawał się z każdą chwilą coraz bardziej rozjuszony, ale tuż za nią stał już Tristan. Blisko jak nigdy, blisko jak dawno nie był, zdecydowanie chwytając ją za nadgarstek.
Odruchowo wstrzymała oddech, bynajmniej z lęku przed wielkim końskim łbem; ledwie powstrzymała się przed odwróceniem, wciśnięciem twarzy w zagłębienie męskich obojczyków, by zaciągnąć się jego zapachem, przejechaniem językiem po szorstkiej żuchwie, wbicia zębów w skórę szyi, by poczuć na ustach wibrujący puls. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy i tylko napięcie ciała mogło świadczyć o intensywności skrywanych za maską spokoju uczuć. - Niedługo jesień. Otrzymuję zaproszenia na gonitwy i polowania, oczywiście, w roli gościa. Wielu marszandów i artystów lubuje się w takich rozrywkach, a sprawne prowadzenie pertraktacji w niezobowiązujących okolicznościach na pewno przyniesie nam dużo korzyści - odparła wyczerpująco, mimowolnie i nieświadomie podkreślając część wspólną. Nie chodziło o stawanie w szranki z innymi, lecz poruszanie się na koniu należało jednak do cennych umiejętności wyższej klasy, do jakiej aspirowała jako madame Mericourt.
Dama traktująca konia jak beczkę. Naprawdę miała wiele do nadrobienia. Prawie się najeżyła słysząc surową ocenę, zacisnęła usta. - Myślisz, że mógłby mnie ugryźć? Nic mu nie zrobiłam - powiedziała ostrożnie, pozwalając Tristanowi na pokierowanie jej dłonią. Poczuła na wewnętrznej stronie gorący, wilgotny oddech konia. Niezbyt miłe uczucie, zwłaszcza, gdy spostrzegła potężne zęby. W równie potężnym łbie zawieszonym na wielkim ciele. - Myślałam, że konie są mniejsze - dodała ciszej, powoli podnosząc drugą rękę, odruchowo cofając się do tyłu; bezskutecznie, nieustępliwe mięśnie Rosiera nie pozwalały na zwiększenie dystansu. Nie czuła się komfortowo przy czymś dzikim, co nie postępowało według wytycznych, konwenansów i zasad dyskusji, a rżało cicho, robiąc krok do przodu. - Znam już podstawy, na pewno sobie poradzę - rzuciła jeszcze, bardziej, by dodać samej sobie otuchy niż by buntowniczo przeciwstawić się sugestiom powolnego zapoznawania z Apollonem. Mimo to pozwoliła mu się obwąchać - niechętnie - mając nadzieję, że zwierzę nie będzie sprawiać problemów przy jeździe. Naiwne życzenia, bowiem nawet wspięcie się na siodło wydawało się przy takich gabarytach konia niemożliwe - Deirdre zerknęła na wysoki bok i ciągle nerwowo grzebiące w ziemi nogi konia; nie chciałaby z niego spaść, miała za sobą wystarczająco wiele zbyt bliskiego kontaktu z dziką istotą pod postacią garboroga.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]19.08.20 23:24
Uśmiechnął się cierpko, bez radości, samymi ustami - nie śmiały się jego oczy, nie śmiała się twarz. Deirdre popełniła w życiu - w życiu u jego boku - wystarczająco dużo błędów, by zasłużyć sobie na co najmniej dedykowany dla niej namiar. Jej uraza nie miała dla niego żadnego znaczenia, musiała zrozumieć i zaakceptować swoją sytuację - nie miała się zmienić, ani teraz, ani w niedalekiej przyszłości.
- Zamierzasz dać mi ku temu powód? - zapytał ostrzegawczo, spoglądając na nią z ukosa. Nie oczekiwał od niej odpowiedzi, a ucięcia tematu. Musiała wiedzieć, że pamiętał jej błędy, a błędy miały swoje konsekwencje. Spuszczenie z niej kontroli oznaczało dla niej wolność, z której nie potrafiła korzystać. - Wygląda ci na słabego czy pozbawionego mocy? - zmienił temat sam, kierunkując spojrzenie na zwierzę - spojrzenie przepełnione zafascynowanym podziwem. Zakupić te konie nie było łatwo, ale zadbał osobiście o doskonały rodowód każdego jednego rumaka - i był dumny z tego, co udało mu się stworzyć. - Brednie - odparł bez zawahania. - Nie powtarzaj frazesów, jeśli nie posiadasz wiedzy, która pozwoli ci ocenić, czy są prawdą, czy też nie - pouczył ją karcącym tonem, tym samym, którym używał w stosunku do niej w trakcie nauk znacznie mroczniejszych sztuk. - To efekt doskonałego doboru genów trwającego setki, jeśli nie tysiące lat, krzyżowania najlepszych ogierów z najlepszymi klaczami, nie przypadkowej zbieraniny źrebiąt z jednego miotu. Żadna szkapa z nieznanych rodziców nie mogłaby się z nim równać ani silą, ani mocą, ani urodą, ani intelektem, ani też szybkością. - Nietrudno było wychwycić z jego głosu dumę. Apollin - jak i pozostałe zakupione konie - fascynował go. Był zadowolony z nowej inwestycji i miał nadzieję, że wnet zdoła się na niej wzbogacić. Uniósł lewą dłoń na jej biodro, chwytając jej ciało przez cienki materiał sukni, zatrzymując ją, gdy zaczynała się cofać. Jeśli chciała się czegoś nauczyć, nie mogła uciekać.
- Rozsądnie - pochwalił ją, dla odmiany, bo nie robił tego często. Spodziewał się podobnych pobudek - Deirdre w Fantasmagorii pragnęła dać z siebie wszystko, by stać się jeszcze lepszą. I wychodziło jej to - była naprawdę dobra, przynosiła zyski, a nałożonym na nią obowiązkom potrafiła sprostać całą sobą.
- Jeśli będziesz trzymać palce w ten sposób, być może to zrobi - zwrócił jej uwagę, konie nie gryzły dla zabawy, nie była to też ich forma okazywania niezadowolenia. Znacznie skuteczniejsze były ich kopyta. - Jest przyzwyczajony, że na otwartej dłoni otrzymuje przysmaki. Jeśli wyczuje na niej twój palec, pomyli go z marchewką i go odgryzie - stwierdził lekkim tonem. Koń był dobrze wychowany - mógłby ją ugryźć tylko przypadkiem. Ale mógłby, jeśli wciąż będzie bezmyślna. - Mniejsze też są - dodał, tym razem rzeczywiście rozbawiony. Mniejsze konie nie miały tak szlachetnych rodowodów.
- Właśnie widzę - mruknął, obserwując jej niepewność. Sam wysunął dłoń wyżej, sięgając chrapów konia - uspokajającym gestem. - Jeśli chcesz, żeby się usłuchał, musi ci zaufać. Jeśli dostrzeże u ciebie strach lub niepewność, nie uwierzy, że jesteś w stanie mu przewodzić - i to on przejmie kontrolę nad tobą. W kontakcie z koniem musisz być silna, Deirdre, potrafisz? - Potrafiła, chciał nastąpić jej na ambicję. To była siła charakteru, nie siła różdżki, tak butnie przeciwstawiała się niekiedy jemu - teraz mogła spróbować to zrobić wobec stworzenia, które, choć większe, było znacznie mniej niebezpieczne od niego samego. Poklepał konia po szyi, zachodząc Apollina od boku, subtelnie przesuwając ku sobie również Deirdre  - dłonią wciąż spoczywającą na jej biodrze. Odsunął klapy siodła, by wyciągnąć zeń strzemię luźnym gestem.
- Wskakuj - zarządził - ale bądź ostrożna, to zwierzę nie nawykło do szarpaniny - Gestem wskazał siodło znajdujące się u szczytu kłębu, ponoć mogła zaczynać. Była gibka, być może dość, by wspiąć się na górę - ale zdawał sobie sprawę z jej początkowej niepewności, która ograniczała jej ruchy. - Lewa noga w strzemię - wskazał zwisający fragment pasa, nie wiedział, ile nauczył ją Claude - lewa ręka na przedni łęk, prawa na tylny. Wybijasz się z prawej nogi, a lądując nie kopiesz konia w żebra - pouczył, skinąwszy głową na znak, że powinna zaczynać. Jeśli zamierzała jeździć z elitami, nie mogła gramolić się na koński grzbiet - choć podejrzewał, że większość pośród jej potencjalnych towarzyszy ruszyło by jej z dżentelmeńską pomocą. Nie odsunął się, gotów ją złapać - i jej pomóc, chwytając ją za biodra - po pierwszym wybiciu.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Weranda [odnośnik]21.08.20 12:22
Szczęki zacisnęły się mocniej - ciągle nie pogodziła się z sytuacją, w jakiej się znalazła, zepchnięta z pozycji siły do pilnowanego przesadnie zwierzęcia, kontrolowanego nie z troski a z przekonania, że pozostawione na moment samotnie zrobi coś problematycznego. Deirdre była pewna, że nigdy nie będzie czuła się w takiej roli komfortowo, lecz nie znalazła jeszcze rozsądnego wyjścia. Za dużo się działo, za dużo się zmieniło, w życiu i w niej samej, połamanej i złożonej na nowo. Buntowniczy, niepodległy duch nie nadążał za nowym szkieletem, a dysonans coraz częściej domagał się głośnego wypowiedzenia. - Nie - odpowiedziała tylko krótko, zdecydowanie, a skośne oczy błysnęły prawie wrogo. Stłumiła chęć dodania, że nigdy tego nie robiła, ale każda rozmowa na ten temat kończyła się zagonieniem jej w kozi ruch wyrzutów sumienia i wątpliwości. Rosier ją przytłaczał, tłamsił, podczas dyskusji z nim nie myślała trzeźwo, a później, gdy znajdowała się już sama, nie miała możliwości wykorzystania logicznych argumentów. Ucinała więc potencjalne szarpaniny, skupiając się tylko na nauce. I na zwierzęciu, wychwalanym przez Tristana z taką dumą i właścicielską czułością, że poczuła irracjonalne ukłucie zazdrości. Zazdrosna o konia, z którego mężczyzna wydawał się bardziej zadowolony niż z niej - doprawdy, czy mogła upaść we własnych oczach niżej? - Brzmi arystokratycznie znajomo - skomentowała tylko beznamiętnym tonem, nie dając sobie trudnych uczuć. Złagodzonych krótkim pochlebstwem, dla kogoś postronnego mogącego brzmieć po prostu jak krótkie prychnięcie - dla niej jednakże wspomnienie o rozsądku, wraz z zdecydowanym dotykiem na biodrze, stanowiło miłą niespodziankę, wręcz nagrodę, niwelującą nieco najeżoną aurę.
Postępowała zgodnie z jego wskazówkami, rozkładając palce, nie chcąc pozbywać się możliwości trzymania różdżki. Ani skompromitować nieprofesjonalnym podejściem do zwierzęcia. Apollina traktowała jako kolejne wyzwanie na ścieżce ku perfekcji, stopień, mający podprowadzić ją bliżej ambitnego celu - miała stać się królową artystycznej śmietanki, szarą eminencją mającą jednocześnie swój wyjątkowy, egzotyczny blask; kimś, kto pozwoli czarodziejskiej sztuce najwyższej klasy rozwijać się i docierać do wyrafinowanych widzów. Chciała takiego życia, dostatniego, wśród najwybitniejszych czarodziejów i czarownic, z dala od motłochu i przeciętności. Kiedyś sądziła, że osiągnie to dyplomacją, lecz właściwie obecna posada nie różniła się tak bardzo od tej niegdyś wymarzonej. Musiała się tylko bardziej starać i dobrze prezentować, również na koniu.
Kiwnęła tylko głową, biorąc sobie wskazania Tristana do serca. Powoli przywykała do jego bliskości, do tego, że kieruje nią i poucza. - Oczywiście, że tak - odpowiedziała natychmiastowo. - To tylko zwierzę, musi słuchać czarodzieja - dodała ze spokojem równoważącym butność słów. Wkrótce mających zetrzeć się przykro z rzeczywistością, gdy szlachcic podprowadził ją pod bok konia, dość jasno sugerując, że czas przejść do praktyki, wskakując na grzbiet zwierzęcia.- Tak z ziemi? - upewniła się powoli; poprzednie konie były zdecydowanie drobniejsze i niższe. Nie zamierzała dać po sobie poznać po sobie wątpliwości, wsunęła lewą stopę w strzemię, zwinnie i gibko, spoglądając w górę. Prosząc Merlina, by nie pozwolił się jej skrajnie upokorzyć, spadając w pierwszej sekundzie. Zerknęła kontrolnie przez ramię, niepotrzebnie, Tristan był blisko, za blisko, dekoncentrując ją. Wyprostowała jednak dłonie, ledwo dosięgając łęków, po czym wybiła się z całych dostępnych sił. Zabrakło niewiele, lecz i tak potrzebowała pomocy mocnych dłoni Rosiera, po raz pierwszy dotykających jej w tak platonicznych okolicznościach - bez większego problemu wysunęła prawą nogę, siadając na siodle, ale nie wyhamowała stopy do końca, czyniąc to, czego nie powinna. Koń zarżał niezadowolony kopnięciem, poruszył się też gwałtownie, a Deirdre odruchowo przylgnęła do jego szyi, z trudem utrzymując się na grzbiecie. Czarne włosy przesłoniły jej twarz, całe ciało spięło się, ale nie wydała z siebie jęku zaskoczenia czy strachu, wstrzymując oddech i czekając, aż Apollin się uspokoi. Dopiero potem wyprostowała się, odgarniając kosmyki z twarzy, niewzruszonej początkową porażką. - Mam dobrą posturę? - spytała ostrożnie, poprawiając się na siodle, dalej nieco skulona, ze zbyt rozluźnionymi i rozsuniętymi udami.- Kiedy uczyłeś się jeździć? Już jako dziecko? - dorzuciła po zaledwie kilku sekundach, po części z chęci przesunięcia tematu z zbyt gwałtownego dosiądnięcia konia, po części zaś z czystej ciekawości Lubiła słuchać o życiu Tristana - sama wszak nie była jego elementem. Ani ona, ani ich potomstwo; dziwne, że prawie w tym samym momencie pomknęła myślami ku Marcusowi. Kto nauczy go jeździectwa, kto będzie stanowił męski przykład, kto będzie wzorem silnego, zdolnego czarodzieja? Niechęć do bliźniąt powoli przemieniała się w ambicję, w pragnienie, by stały się namacalnym dowodem potęgi: ich. Lub jej, skoro przecież ojciec na razie bezbronnej dwójki po prostu nie istniał.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]22.08.20 0:50
- Dobrze - odparł niemal od niechcenia, czując się jednak w obowiązku odpowiedzieć na jej zajadłe zaprzeczenie, widział te iskry w jej oczach, niezadowolenie, skrywaną wrogość, nie przejmował się nimi nadto. Chciał wypowiedzieć w temacie ostatnie słowo, przypominając jej o jej miejscu - oboje przecież wiedzieli, że przeszłość była różna - i że Deirdre zdarzało się mieć raczej niekonwencjonalne i nieszczególnie przemyślane plany na przyszłość. - Nie bądź śmieszna, to tylko zwierzę - wspomniał, choć w rzeczy samej ze swojego rodowodu dumny był znacznie bardziej, to wciąż ta sama duma nie pozwalała mu porównywać hodowli zwierząt do lat doskonalenia magicznych mocy wyselekcjonowanymi czarodziejami w drzewie genealogicznym Rosierów. Gałęzie róż były równie perfekcyjne, tak jak perfekcyjne były osiągnięcia przodków Apollina.
- Ale silne zwierzę, Deirdre, bądź łaskawa go nie lekceważyć i zważ na jego gabaryty. Sam przymus posłuszeństwa nie sprawi, że zacznie cię słuchać. Musisz mu udowodnić, że jesteś tego warta - Czy była? Nie za pierwszym razem, ale na tak dobrze ułożonym koniu powinna poradzić sobie i tak. Obserwował - chcąc wyczuć, na ile potrafią się wzajemnie zrozumieć, na ile Deirdre jest w stanie dotrzeć do niego. - Madame Mericourt to dama - odparł lekko na jej tylko pozornie głupie pytanie. Umyślnie odcinał ją od maski, którą zakrywała się w Fantasmagorii - przecież to było tylko przebranie, przebranie damy. Deirdre nigdy nie była damą. - Nie będzie dla niej ujmą poprosić o pomoc przy wsiadaniu - Mężczyźni przecież lubią być silniejsi, pytanie, czy Deirdre zawsze pragnęła grać tą słabszą. Jeśli nie, musiała nauczyć się radzić sobie sama. Podtrzymał ją po pierwszym wybiciu, mocno ściskając biodra i wypychając ją w górę, upewniając się, że zajęła miejsce - z pewną rezygnacją przyjmując niezadowolone prychnięcie samego Apollina. Musiała kopnąć go od drugiej strony. Tristan uniósł nieco wyżej jedną brew, przyglądając się - raczej krytycznie - wygibasom na końskim grzbiecie.
- Zły odruch - rzucił ostro, krótko, ostrzegawczo, jak surowy nauczyciel, jak zawsze wtedy, gdy stawiając pierwsze kroki myliła inkantacje; typowy błąd początkującego, ale musiała go z siebie wyplewić. - Masz beznadziejna posturę - odparł bez ogródek. - Wyprostuj się, Kiedy tracisz kontrolę, przesuwasz się w tył, nie w przód. Leżenie na szyi ani nie doda ci animuszu ani tym bardziej nie sprawi, by twój rumak zaczął brać cię na poważnie. Twój bark, biodro i pięta - Wciąż trzymając wodze chwycił dłonią jej nogę za kostkę, poprawiając jej ułożenie - mają znajdować się w jednej linii. Pięty - Przesunął dłoń wyżej, na jej udo, dociskając je do końskiego boku, mocno ściskając dłonią wąską nogę, tak doskonale wyczuwalną przez delikatny materiał sukni - idą w dół jako naturalny efekt ułożenia twojej nogi - Odsunął ją na moment w bok, by poprawić strzemiona i dopasować je do nóg Deirdre. - Pamiętaj, że to żywe zwierzę, na dodatek sportowe, nie będzie wiozło worka kartofli. Jesteś kobietą świadomą swojego ciała - stwierdził, odsuwając się nieco od nich obu, obrzucając obrazek spojrzeniem naznaczonym nutą zachwytu, trochę jakby podobnym przywiązaniem darzył oba znajdujące się przed nim pupile. - Wykorzystaj to - Nie powinno być jej trudno, nie po tym, kiedy zrozumie Apollina. Pozostawała wątpliwość, czy zrozumieć go potrafiła. Ruszył dalej, odwracając się tyłem do nich obojga - i prowadząc konia wgłąb ogrodów stanowczym krokiem. Na początku chód mógł wydać się z końskiego grzbietu szybki, ale to był tylko stęp: bezpieczny, spokojny, idealny, by zapoznać się z ruchem konia. Przecież robiła to już z Claudem. - Musisz się w niego wczuć, w jego rytm, musisz pozostać aktywna. Odciążyć go. Twoje biodra powinny poruszać się razem z każdym jego krokiem. -  Nie obejrzał się, nie spojrzał na nią, szedł przed siebie. Ale mimo to - wiedział.  - Puść się, czegokolwiek się teraz trzymasz. Połóż dłonie na biodrach, wyczuj równowagę. Aetonany są płochliwe, musisz zachowywać się przewidywalnie. - Wpierw musiała oswoić się z dosiadem. Zrozumieć podstawowe zasady.
- Odebrałem lekcje jako dziecko, kontynuowałem je w Beuxbatons. Ojciec zabierał mnie na polowania wcześniej, niż nauczyłem się dobrze chodzić. - Na długo przed szkołą. Nigdy nie bał się fantastycznych zwierząt, nawet tych znacznie większych od niego - był przecież Rosierem. Wspomnienie ojca zacierało się w pamięci. Czasem - kiedy wspominał go mimo woli - zastanawiał się, jaką ścieżkę obrałby dzisiaj na jego miejscu. - W Hogwarcie nie ma koni? - Nieco się zdziwił - wszak jeździectwo było mocniej spopularyzowane w Anglii niżeli Francji. Wciąż trudno było mu uwierzyć w prestiż tej szkoły - a jednak w jakiś sposób funkcjonowała od tak wielu lat.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Weranda [odnośnik]22.08.20 12:15
Lubiła uczyć się nowych rzeczy, wykraczać poza strefę komfortu, sięgać po to, co pozornie znajdowało się na odległym biegunie pasji. Ćwiczyć aż do perfekcji, stawać się lepszą z każdą próbą - towarzyszyło więc jej lekkie podekscytowanie, stłumione jednak przez bliskość oceniającego Rosiera oraz własny niepokój. W jeździectwie nie wszystko zależało od niej, część odpowiedzialności za sukces spoczywała na barkach zwierzęcia. Niezbyt rozumnego, kierowanego prymitywnymi instynktami, posiadającego charakter często działający na przekór podejmowanym działaniem. Wolała mieć całą kontrolę nad procesem nauki, przywykła do przygotowań bardziej teoretycznych, a choć wiedziała z jakich części składa się siodło, to praktyka różniła się całkowicie od obrazkowych wskazówek wyczytanych w woluminach o hippice.
Tam nie musiała znosić kolejnych delikatnych ukłuć instruktora, wyraźnie stawiającego na motywację negatywną. Początkowo nie dała się sprowokować, zacisnęła zęby, w końcu udanie, przy dość wyraźnej pomocy mężczyzny, znajdując się już na Apollinie. - Zadziwiająco wiele wiesz o tresurze i posłuszeństwie - skwitowała chmurnie, odrobinę ironicznie, gdy znalazła się już z dala od jego mocnych rąk i ciepłego ciała, starając się utrzymać dobrą pozycję. Nie było to łatwe, uderzony koń zrobił kilka kroków w przód, zachwiała się, ale już przynajmniej nie pokładała się na zwierzęcej szyi, tracąc równowagę. - Czy jako dama powinnam zgadzać się na to, by obcy mężczyźni dotykali moich bioder? - spytała tuż potem, lekko prowokacyjnie, zbyt skupiona na wyprostowaniu pleców i zaciskaniu nóg, by odkryć drugie dno narzuconego, nieco schizofrenicznego podziału na madame Mericourt. Zadziwiająco szybko przywykła do nowych personaliów, do wystawnego życia, do wymagającego towarzystwa artystów i szlachty. Zaakceptowano ją, podziwiano, szeptano o orientalnym pochodzeniu i tragedii, która spotkała młodą matkę - a sama Deirdre zaczęła w lustrze widzieć właśnie nową personę, silną, niezależną, wpływową.
Wierzącą w siebie nawet w chwili porażki, gdy Rosier bezpardonowo karcił ją za - według niego - oczywiste błędy. Była jego uczennicą wystarczająco długo, by nie kulić się już w sobie, przyjmowała krytykę beznamiętnie, po prostu podążając za wskazówkami. Te padające z ust Tristana zawsze przynosiły efekty. Przesunęła pięty do tyłu, barki odrobinę do przodu, pozwalając wprawnym palcom mężczyzny na ułożenie nóg w odpowiedniej pozycji. Miał rację, jak zwykle, usiadła nieco pewniej, równo rozdzielając ciężar ciała. - Teraz lepiej? - upewniła się; pozycja tylko początkowo wydawała się nienaturalna - Deirdre zaskakująco szybko adaptowała się do nowych warunków i wymagań. - Jakże tęskniłam za twymi komplementami - skwitowała ciszej, nie potrafiąc powstrzymać się od wyrażenia w ten pozornie ironiczny sposób szczerości. Naprawdę brakowało jej tego: czasu spędzanego razem, tak po prostu. Oczywiście wolałaby bardziej krwawe okoliczności, lecz nie była aż tak wybredna: nie, kiedy nosiła w sobie świadomość, że nestor odnalazł w swym napiętym harmonogramie popołudnie tylko dla niej. A może nawet mniej - tym bardziej zamierzała chłonąć nawet marną godzinę.
Gdy ruszyli, usłuchała sugestii. Ufała osądowi smokologa, spięła mięśnie brzucha, wykorzystując siłę uzyskaną regularnymi ćwiczeniami, i przełożyła dłonie na biodra. Zachwiała się raz, ale później z każdym krokiem konia coraz lepiej utrzymywała równowagę i odpowiednią pozycję. Napinała nogi, unosiła biodra, dociskała uda. - Dlaczego duże zwierzęta są tak płochliwe? Mają przecież przewagę, są szybkie i silne. Mogą latać - spytała po dość długiej chwili ciszy, gdy skupiała się tylko na rytmie kroków konia, dopasowując się do niego. - Nie. Mamy testrale, ciągną powozy, ale wtedy nie mogłam ich zobaczyć - odpowiedziała, podnosząc wzrok znad konia, by przenieść go na prowadzącego ich Tristana. Na szeroką linię pleców, na odsłonięty kark, na przesuwane wiatrem półdługie włosy. Zmienił się, obydwoje się zmienili, świat wokół nich też nie wyglądał tak, jak przed trzema laty, gdy po raz pierwszy zobaczyła go - nonszalanckiego, przystojnego, prowokującego - w Wenus. - Tęsknisz za nim? - pozwoliła sobie na proste pytanie, zadane jednak bez dociekliwości - pytała o ojca, bowiem jego odejście stało się cezurą wielkich zmian. Początkiem nowego życia, dosłownie i w przenośni. Nie nalegała na odpowiedź, ale dawała mu przestrzeń, by ta padła. Jak zwykle: została przecież stworzona dla niego. - Myślę, że mogę już przejąć wodze - dorzuciła swobodnie, Apollin przestał być nerwowy a ona utrzymała równowagę i pozycję, radząc sobie podczas dość szybkiego spaceru po nierównościach ogrodu.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]23.08.20 12:44
Uniósł wzrok w górę, gdy wspięła się na siodło, badawczo przeciągając wzrokiem po jej ramionach, łopatkach i plecach, sprawdzając postawę. Prosty siad był dopiero początkiem jej lekcji, była damą i musiała dosiadać wierzchowca jak dama. Zawsze zdawało mu się, że wbrew pozorom było to nieco trudniejsze, wymagało większego poczucia równowagi, ale w trakcie polowań z mężczyznami nie powinna mieć okazji do szybkiego galopu.
- Zadziwiające jest jedynie to, że wciąż cię to zadziwia - odparł lekko, sięgając dłonią do kolejnych pasów siodła, na dłużej zatrzymując dłoń przy pasie równoważnym; Apollin był rumakiem o szeroko rozstawionych łopatkach, dobrym, by przećwiczyć go również w jeździe damskiej, choć nie został do niej szczególnie wyćwiczony. Takich koni nie miał. - Oczywiście, że nie - odparł, tonem jakby mówił z dzieckiem - trochę tak było, kulturalne doświadczenie Deirdre pozostawało znikome, a konwenanse - były jej obce. W Wenus nie miała okazji zaznać tego, co w wyższych sferach uchodziło za normalność poza alkową. Opowieści snute przez klientów mogły byś wskazówkami, ale nie przedstawiały nigdy pełnego obrazu. - Każda stajnia powinna być wyposażona w odpowiedni podest; poprosisz, by ci go przyniesiono. - Tutaj, między nimi, był zbędny.
- Nieznacznie - Ale lepiej, skomentował krótko, odsuwając się od konia pół kroku, by owiać jej sylwetkę uważniejszym spojrzeniem. Bez uprzedzenia chwycił jej łydkę i przysunął ją bliżej końskiego boku; musiała czuć każdy mięsień, mieć kontakt ze zwierzęciem. - Claude pewnie już ci o tym powiedział, ale to twoja łydka wysyła mu sygnały - oznajmił, nie odejmując dłoni. - Musisz jednak uważać, by noga nie leżała na popręgu - musi dotykać skóry konia. Tak jak teraz. - Najbardziej oczywiste aspekty wydawały się poza zasięgiem, kiedy siedziało się w siodle po raz pierwszy. Niektórzy mieli do tego naturalny dar, ale Deirdre bała się zwierząt - i nie rozumiała ich. - Przyłożona w tym miejscu wywoła u konia skurcz, który zmusi go do podniesienia nogi - przypomniał, odnajdując jej spojrzenie. - Kiedy zrobisz to równocześnie, koń ruszy w przód. Kiedy użyjesz wyłącznie lewej nogi - przesunął jej łydkę nieco w tył, ten ruch musiał być ostrożniejszy - koń podniesie tylko lewą nogę - to dla niego sygnał, że ma zgiąć się w lewą stronę. Podąży za twoją nogą. Łydka to twoja podstawowa pomoc. Pomoc to narzędzie do komunikacji ze zwierzęciem. Drugim jest dosiad - musisz utrzymywać równowagę i trzymać ciało prosto. Przechylona w przód dajesz mu sygnał, by przyśpieszył kroku. Odsunięta w tył, zatrzymasz go. - Podstawowym błędem początkującego było sądzić, że jeździectwo opiera się na wodzy. Konie wymagały subtelnych sygnałów, nie szarpania za uwiązany pysk. Na razie ją prowadził - zataczając wokół ogrodów leniwe koło.
- Największym atutem kopytnych jest ich szybkość, a ta pozwala na ucieczkę. W ich przypadku - jest znacznie skuteczniejsza od obrony. Długie lata ewolucji zaszczepiły w nich tę cechę na stałe. - Przed potężnymi drapieżnikami ich potężne kopyta może by ich obroniły, a może nie. Ale z całą pewnością - potrafiłyby uciec.
Umilkł na moment, gdy zapytała o ojca - zwrócił wzrok przed siebie, nie dając jej ujrzeć strapionego spojrzenia. Brakowało mu go - oczywiście, że tak. Wcześniej był zbyt lekkomyślny, by korzystać z jego rad, a teraz, kiedy potrafił ich słuchać: już go nie było. Może tak wyglądał porządek wszechrzeczy, każdy musiał ogłupieć i zmądrzeć na własnych błędach. - To był jego czas - odparł krótko, zdawkowo, nie zaprzątając sobie myśli, czy znała go już na tyle mocno, by rozpoznać targające nim emocje.
- Tylko ci się wydaje, że możesz - odparł lekko, gdy zakończyli koło, musiał zabrać z werandy coś jeszcze. Przechodząc obok miejsca, w którym zostawił oprzyrządzenie, zabrał krótki czarny palcat, który trzymał w zewnętrznej dłoni, poza zasięgiem końskiego wzroku. - Ćwiczyć jazdę możesz w każdej pozycji, ale wśród oficjeli - zwłaszcza w takim stroju - Uniósł lekko brew, suknia napinała się i podwijała wysoko pod biodra, kusząco odsłaniając już w tym momencie nie tylko kolana, ale i uda - będziesz jeździć jak dama, nie okrakiem. Daj mi rękę - wysunął ku niej własną, by podczas manewru pomóc jej zachować równowagę. Za pierwszym razem mogła mieć problem. Drugą - odnalazł w siodle damską wypustkę, wskazując jej ten element siodła. - Przesuń prawą nogę na lewą stronę, przełożysz ją nad łęk, w tym miejscu - zarządził, spoglądając na nią wyczekująco - bez podparcia od drugiej strony równowaga mogła wydać się trudniejsza do utrzymania, zwłaszcza na początku. Ważne było też zaufanie do zwierzęcia - ale z ich dwojga Apollinowi ufał tylko on.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Weranda [odnośnik]23.08.20 17:32
Nie zamierzała dalej się z nim droczyć, zwłaszcza, że ta wątpliwie atrakcyjna rozrywka była jednostronna. Nauczyła się już, że pewnością siebie Tristana nie da się zachwiać - i chciała wierzyć, że to zasługa jego niesamowitej (i wykreowanej na solidnych podstawach) pewności siebie, a nie świadectwo tego, jak mało jej opinia znaczyła dla czarnoksiężnika. Znów zacisnęła usta, postanawiając skoncentrować się całkowicie na tym, by utrzymać dobrą pozycję na koniu, a nie spoglądaniem kątem oka z góry na Rosiera. Z tej perspektywy lepiej widziała szerokie plecy, umięśnione ramiona, całą wysoką sylwetkę, z taką łatwością równoważącą ewentualne wierzgnięcia rumaka, na którym jechała. A raczej próbowała jechać. Podążała za jego wskazówkami, napinała łopatki, równoważyła ciężar ciała ruchem bioder, z każdym chwiejnym krokiem Apollina czując się na nim coraz pewniej. - A co jeśli będziemy w lesie, bez stajni? Chyba nie każde jeździeckie bankiety albo polowania mają takie...zaplecze - dopytała, bez prowokacji, naprawdę nie chciała popełnić faux pas ani obrazić czyjejś żony. Oczyma wyobraźni już widziała zacietrzewioną arystokratkę, która z oburzeniem obserwuje swego zdradliwego męża, podsadzającego na konia madame Mericourt. A może to zachowanie było zupełnie normalne? Miała taką nadzieję, ale na razie ważniejszym było upewnienie się, że nie spadnie w czasie takiego spotkania.
Drgnęła widocznie, gdy mężczyzna pochwycił jej łydkę - ledwie powstrzymała się od instynktownego kopnięcia, ale w końcu rozluźniła mięśnie nogi, pozwalając mu ułożyć ją w odpowiedniej pozycji. Dziwnej; obróciła się w bok, by lepiej widzieć zakres ruchu, ale skręt ciała zmienił środek ciężkości. Szybko naprawiła pomyłkę, już ostrożniej przyglądając się całemu instruktażowi dotyczącego kierowania koniem. - Skąd właściwie konie to wszystko wiedzą? Ktoś je uczy tego od źrebaka? - spytała ze szczerym zdziwieniem, bo choć wiedziała już, że te śmieszne sznurki wiszące u wędzidła nie są podstawą współpracy ze zwierzęciem, to ciągle nie mogła wyjść z podziwu, że te nieludzkie istoty są w stanie pojąć tak subtelną wymianę sygnałów. - To po to są ostrogi? Wzmacniają przekaz dla konia? Mogą sprawić, że pobiegnie lub poleci znacznie szybciej, niż gdy tylko przesuwam po boku nogą? - kontynuowała serię pytań, nie tyle niecierpliwa, co niezwykle pilna jako uczennica. Chciała wiedzieć wszystko, a przynajmniej tyle, ile mogła na ten moment pojąć. Ambicja jak zwykle pchała ją do przodu, zniecierpliwiona powolnym pokonywaniem kolejnych stopni na drodze ku perfekcyjnemu jeździectwu. Kiedy brunet puścił jej łydkę, powstrzymała trudne do wyjaśnienia westchnienie: tęsknoty, żalu, irytacji. Skup się, Deirdre. Przywołała się do porządku i pozwoliła prowadzić się dalej, tym razem zwracając większą uwagę na ułożenie nóg, by nie siedzieć w siodle bezwładnym okrakiem, z stopami majtającymi po dwóch stronach końskiego grzbietu. - A co robić, by naprawdę szybko zatrzymać konia? Oprócz wychylenia do tyłu. Chodzi mi o sytuacje nagłe, awaryjne - dodała po chwili spokojniejszej jazdy, wydającej się jej już normalnym tempem, nie tak zabójczym, jak przy pierwszych okrążeniach ogrodu. Wydawało się też, że znacznie lepiej rozumie rytm konia, mogąc dopasować się do niego ruchem bioder. Nawet nie zauważyła, że powrócili przed werandę, tak skupiona na własnej sylwetce - oraz na tym, by na dość zmiennym terenie nadmorskiego ogrodu nie stracić równowagi. Znów zerknęła na Tristana z ukosa, chcąc powiedzieć coś więcej, przekazać mu, że rozumie ciężar, jaki na niego spadł oraz pustkę po stracie ojca, który byłby dla młodego nestora wielkim wsparciem. Powstrzymała się jednak, nie chcąc wchodzić brutalnie na tak grząski grunt. Ta chwilowa cisza nie była jednak pełna napięcia, raczej milczącego porozumienia, szacunku dla jego uczuć, które potrafiła odczytać ze spiętych barków lub barwy głosu. Może dlatego w pierwszej chwili nie zasypała go kolejnymi pytaniami dotyczącymi przyniesionego przedmiotu, ignorując także krytyczne spojrzenie prześlizgujące się po odkrytym udzie. - Będę zmuszona założyć spodnie do jazdy, trudno - skwitowała, a później, z nieco zmarszczonym nosem, przyjmowała instrukcje dotyczące cnotliwego, eleganckiego dosiadania konia. - To niewygodne - powiedziała jeszcze zanim przyjęła pozycję, nie buntowała się jednak wcale, przechylając się w bok, by podając rosłemu czarodziejowi rękę. Jej chłodne palce zacisnęły się na jego dłoni kurczowo, gdy dość zwinnie przenosiła prawą nogę nad siodłem. Gdyby nie lata praktyki w Wenus, nie otworzyłaby tak szeroko bioder, przy jednoczesnym pewnym utrzymaniu równowagi. W końcu, udało się jej usiąść po damsku, ciągle jednak obawiała się, że zaraz zsunie się z lewego boku konia na dół. - Po co tak sobie utrudniać jazdę? I denerwować konia? Ciężar rozkłada się nierówno i...jak właściwie mam nim teraz kierować? - kolejne pytania, w których nie tkwił jednak nawet okruch pretensji czy przerażenia, raczej w końcu budzące się zaciekawienie. - Wolę jeździć normalnie, okrakiem - dodała jednak na koniec, bo przywykła już do normalnego ujeżdżania Apollina.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]23.08.20 18:18
Prowokowała, tym razem jego. Kobiety mogły zazdrośnie patrzeć na mężczyzn podsadzających w siodło zgrabną Deirdre, a on powinien mieć pewność, że Deirdre poradzi sobie bez tego; nawet, jeśli podszepty rozsądku podpowiadały, że niekiedy prowokacja może być narzędziem, który doprowadzi ją dokładnie do osiągnięcia celu: zwabieni jej urokami, nawet tylko podziwianymi z daleka, mężczyźni będą w stanie zrobić dla niej więcej. Czy nie o zyski w tym wszystkim chodziło?
- Każda gonitwa gdzieś ma swój początek, a tam musi się znajdować odpowiednie infrastruktura, Deirdre - odparł cicho, tylko z pozornym spokojnie - w jego głosie drgnęła ostrzegawcza nuta. - Ale z pewnością wiesz, jak sobie poradzić - dodał, przesuwając dłoń na jej udo wyżej, ściskając je lekko jak u niepokornej klaczy. Nie, poproszenie mężczyzny o podsadzenie w siodło nie będzie faux pas - więc ostatecznie jej przed tym nie przestrzegł. - Konie przyzwyczaja się do obecności człowieka, a ich ujeżdżanie polega na przyzwyczajaniu ich do pomocy, ale tak naprawdę wszystkie twoje gesty bazują na wywieraniu nacisku na naturalną anatomię konia. Możesz pomagać mu nabrać prędkości lub przeszkodzić w sprawnym poruszaniu się, zepchnąć go na bok lub utrzymać jego chód prosto. Twoje ruchy muszą się zgrać z Apollinem, z jego ciałem, a zrozumie wszystko, co pragniesz mu przekazać. - Naturalnie, istniały też tresura ujeżdżania na znacznie bardziej zaawansowanym poziomie, ale tego nie potrafił ani Apollin ani Deirdre - wybrał aetonana dostosowanego zdolnościami do jej znikomych umiejętności. - Będziesz ćwiczyła z Apollinem, jeśli zapragniesz jego towarzystwa, poproś o nie Prymulkę. Będziesz go też zabierała w teren, jeśli zdarzy ci się uczestniczyć w podobnej uroczystości. Przyzwyczajając się do jednego wierzchowca, osiągniesz lepsze efekty szybciej. - Przygładził szyję aetonana, wykazywał się dziś nie lada cierpliwością. Podjął tę decyzję już wcześniej, nie podlegała pertraktacji. - Ostrogi są ostatecznością. Nie sprawią, że rumak nabierze prędkości większej, niż gdy popędzisz go nogą, ale być może zrobi to szybciej. Nieistotne dla ciebie, minie dużo czasu, nim będziesz mogła sięgać po podobne wyposażenie. Na Apollinie będzie zbędne, to wrażliwy koń i nie wymaga dużej siły. - Przygładził go raz jeszcze, obserwując strzyżenie uchem. - Nie przesuwasz nogą, Deirdre - poprawił ją jeszcze, niemal machinalnie, prawą dłoń ponownie zsunął z jej uda na łydkę, dociskając ją w odpowiednie miejsce, tuż obok popręgu. - Uciskasz nią, impulsywnie - oznajmił, ściągając wodze, by Apollin rzeczywiście nie rzucił się w bieg, kiedy wciąż - stał obok. - Do tego służą wodze - W końcu - zdecydował się je oddać, wyciągnął bliższą sobie lewą ręke Deirdre, zaciskajac ją na skórzanym pasie. - Trzymając wodze, musisz upewnić się, że są proste - stwierdził, przeciągając palcem wzdłuż naprężonej wodzy. - Zaciskasz na nich pięść, wodza przechodzi pomiędzy palcem małym a serdecznym, kciuk podtrzymuje od góry - ułożył jej palce odpowiednio, stawiając dłoń w poziomie na odpowiedniej wysokości. - Chwyć je od drugiej strony. Dłonie muszą utrzymać się w tej pozycji - nie mogą opaść, nie mogą zadrżeć, nie mogą latać na wszystkie strony. - Choć na początku będą. - Wodza musi być lekko naprężona, tak, byś czuła kontakt z Apollinem, ale nie na tyle, byś szarpała jego pysk. Kiedy chcesz, by skręcił, delikatnie wyginasz ku sobie wewnętrzną w stosunku do skrętu dłoń. Kiedy chcesz, by się zatrzymał, delikatnie wyginasz ku sobie obie dłonie. Nigdy nie szarpiesz - powtórzył, Apollin był dobrym koniem dobrej krwi. Nie chciał, żeby go zamęczyła. - To kwestia wyczucia, musisz z nim popracować, żeby go zrozumieć. Zawsze wtedy reagujesz też dosiadem. Zawsze, gdy skręcasz, reagujesz też łydką - spojrzał na nią, chcąc mieć pewność, że go rozumiała.
- Elegancja nie jest wygodna, bo nie takie jest jej zadanie. W tej pozycji twoja suknia prezentuje się tak, jak powinna. Nie będziesz gorszyła najmożniejszych nowomodą. Dopasuj swój strój do potrzeb i naucz się poruszać w każdym środowisku - oznajmił dalej, bez skrupułów. Po chwili przekazał jej trzymany palcat. - Trzymasz go razem z wodzą, skierowany w tył, blisko siebie, żeby koń go nie widział. Palcata używasz zamiast prawej łydki. Uderzasz o łopatkę. Nie co sił, koń to ma poczuć i zrozumieć, ale uderzenie nie ma wywołać bólu. Czy to jest jasne? - zapytał, ponownie unosząc ku niej spojrzenie. - Jeśli usiądziesz poprawnie, ciężar ciała również rozłoży się poprawnie. Kręgosłup ma być dokładnie w tej linii, w której znajdował się wcześniej - usiądź głębiej. - Nie puścił ogłowia, przyglądając się jej postawie - zastanawiając się, czy była gotowa, by wypuścić ją samą. Ostatecznie pociągnął konia raz jeszcze bliżej werandy, skąd zabrał przyniesioną wcześniej lonżę i upiął ją wędzidła. Powoli - zaczął rozwijać.
- Pokaż, czego się nauczyłaś. Przejdź do stępa.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Weranda [odnośnik]23.08.20 19:50
Pochwyciła jego spojrzenie, gdy dotykał jej uda, w pierwszej chwili sądząc, że zrobiła coś nie tak, że usiadła krzywo albo kolano wymknęło się spod kontroli, psując sylwetkę. Utrzymywała jednak pozycje prawie nienagannie, a chwilowa pieszczota - przestroga? - nie zdekoncentrowała jej na tyle, by nie nadążać za wyczerpującymi odpowiedziami Tristana. Lubiła go takiego, zdecydowanego, rzeczowego, rozpościerającego przed nią obrazy swych pasji. Podobnie opowiadał o smokach, lecz wtedy w brązowych oczach lśniła większa ekscytacja - nic dziwnego, konie, choć piękne, nie mogły równać się z prastarymi bestiami o lśniących łuskach i ślepiach pełnych ognistej magii. Nie znaczyło to, że nie doceniała aetonanów; wsłuchiwała się w uwagi arystokraty w pełni skupiona. - Ciężko mi wczuć się w zwierzę - wyznała w końcu, niezbyt zadowolona, z siebie jednak, nie z jego nauk. Potrafiła odczytywać pragnienia mężczyzn, prowadzić rozmowę przyjemną dla każdej z dam, a panowanie nad grupą wyjątkowo kapryśnych szlachciców nie sprawiało większego problemu. Czym innym była jednak współpraca lub kontrola nad koniem. Rzadko przebywała ze zwierzętami, nudziły ją i wzbudzały niedorzeczny lęk, dlatego próba zgrania się z Apollinem stanowiła dla Deirdre prawdziwe wyzwanie. Mieli jednak przed sobą wiele czasu na próby - uśmiechnęła się lekko, krótko, kiedy Rosier hojnie zaoferował wypożyczanie pięknego konia. Zapewne niezwykle cennego, nie znała się na hodowlach oraz rodowodach aetonanów, lecz wiedziała, że Tristan sprowadził do Kent to, co najlepsze, najdroższe i najtrudniej dostępne. - Dziękuję - powiedziała tylko cicho, pozwalając sobie delikatnie przeczesać srebrzystą grzywę konia palcami, tak, by te na sekundę splotły się z poklepującą go po szyi dłonią mężczyzny. Doceniała ten prezent, nieoczywisty, ale potrzebny; odbierała to jako okazanie niewerbalnego zadowolenia z faktu, że się rozwija i próbuje jeszcze lepiej odegrać madame Mericourt. Potrafiącą dotrzymać kroku rozmówcy podczas leniwej przejażdżki w arystokratycznych lasach, skupiając się wtedy na wprawnej konwersacji a nie na okiełznaniu narowistego konia. Apollin wykazywał się cierpliwością; znów przesunęła po nim nogę, mocniej, już nie gładzącym ruchem a zdecydowanym napięciem mięśni. Wyraźnie czuła ciepło końskiej sierści na nagiej łydce; w tej szorstkiej bliskości było coś przyjemnego, lecz w największe zadowolenie wprawiło ją podanie wodzy. Pochwyciła je od razu, prawie niecierpliwie, instynktownie pilnując już pozycji sylwetki. Posłusznie przesunęła skórzany pasek tak, jak instruował ją Rosier. W pierwszej chwili sposób trzymania wodzy wydał się jej nieintuicyjny, lecz nie marudziła, wiedząc, że wiedzę w tym temacie posiadała żałośnie małą i że uczy się od najlepszego. Podążała dalej za jego wskazówkami, skupiona tak, jak podczas pierwszych nauk czarnej magii, gdzie z rozbrajającą powagą łamała chudziutkie skrzydełka ptaszkom. Od tamtej pory pokonała daleką drogę; kto wie, przy swoim pracoholizmie i ambicji, może za rok lub dwa poczuje się na koniu całkowicie swobodnie. - Czy Apollina to zaboli? Gdy szarpnę? - spytała teoretycznie i beznamiętnie, wcale nie rozczulona taką możliwością. Nie chciała karać zwierzęcia, nie czerpała też satysfakcji z cierpienia istot mniejszych, wolała więc ustrzec się przed konsekwencjami przypadkowego, gwałtownego pociągnięcia za wodze. - Kieruję więc całym ciałem, zgrywam się z nim, dostosowuje do rytmu, bez gwałtownych, nieprzyjemnych szarpnięć ani panicznych zmian pozycji - powtórzyła najważniejsze zasady, wewnętrznie zadziwiona, jak wiele jeździectwo ma wspólnego z podobnie nazwanymi akrobacjami w intymnej atmosferze sypialni. - Wygląda znajomo - rzuciła jeszcze pozbawionym emocji tonem, widząc w rękach Tristana palcat. Nie miała z tym przedmiotem zbyt dobrych wspomnień, odebrała więc go od mężczyzny z lekką niechęcią. Zamierzała korzystać z gibkości ciała oraz odporności na dyskomfort; skośne oczy zalśniły podekscytowaniem, gdy w końcu została na grzbiecie konia sama, bez przytrzymującego Apollina mężczyzny. Oczywiście zwierzę dalej znajdowało się na lonży. - Wolę najpierw przyzwyczaić się do prostej jazdy - powiedziała szybko, znów przesuwając nogę na odpowiednią stronę a przy okazji, odrzucając palcat na bok. Siedząc na koniu jak mężczyzna czuła się znacznie pewniej, łatwiej też utrzymywała równowagę. Nauczyła się też podstaw właśnie w ten sposób, więc skoro miała przez moment jechać sama, wolała rozpocząć przygodę na bardziej znanym metaforycznie terenie. Poprawiła pozycję w siodle, pochwyciła wodze pewniej, upewniając się, że są napięte, po czym z poważną miną pochyliła się do przodu, w odpowiedni sposób (i z odpowiednim naciskiem) łydki dając Apollinowi znać, że czas ruszyć. Zrobił to dość gwałtownie - jak na jej doświadczenie - ale po pierwszym zachwianiu odzyskała równowagę, rozpoczynając stęp. Z boku mógł wyglądać niezwykle wolno, Dei zaś z zadowoleniem przyjęła wiatr rozczesujący długie włosy i owiewający twarz. Podstawowy krok wychodził jej - im - całkiem nieźle, okrążenie za okrążeniem, z każdym zaś czuła się swobodniej. Nie czekając na pozwolenie przeszła do kłusu, pochylając się nad końską szyją. Zaczynała czuć ból napiętych mięśni, ale była to przyjemna niedogodność, udowadniająca, że doskonaliła swoje ciało oraz naprawdę przykładała się do treningu. Pozwoliła sobie na kilka okrążeń i dopiero na przywołanie Tristana spróbowała zahamować Apollina; nie wyszło to tak, jak zamierzała, koń prychnął oburzony, lecz w końcu udało się jej zastopować rozbiegane zwierzę niedaleko mężczyzny.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Weranda [odnośnik]24.08.20 10:35
Na krótko skinął głową, przyjmując jej podziękowania, usta drgnęły, gdy niby przypadkiem musnęła przy tym jego dłoń; Deirdre chciała się rozwijać i chciała dać z siebie wszystko, by jak najlepiej odnaleźć się w kolejnej obranej roli. Robiła to w każdej – od uczennicy, przez ministerialną stażystkę, dziwkę, kochankę i w końcu westalkę Fantasmagorii. Jej ambicja miała przynieść wymierne korzyści jemu – dlatego też nie zechciał jej powstrzymywać, pozwalając jej na ten rozwój – i chwilę odprężającej beztroski, na którą ostatecznie zasłużyła. Apollin był dobrym koniem, doskonale ujeżdżonym, daleko było mu do upartości chabet lub zawziętości złośliwych klaczy, reagował na pomoce lekko i szybko. Uważnie obserwował przy tym samą Deirdre – nieumiejętnym obejściem się z jego wierzchowcem mogła jego zwyczaje bardzo łatwo zniszczyć, zdawała się jednak być ostrożną. Właśnie dlatego – tak bardzo uczulał ją na wszystko, co mogło się wydarzyć.
- Miałaś kiedyś stalowy pręt między zębami? – zapytał, unosząc ku niej wyzywające spojrzenie; mogła mieć, bo mógł zrobić z nią wszystko. Mogła mieć, bo kochała ból. Ale, przynajmniej na razie, miała też w szczęce wszystkie zęby. – Oczywiście, że go to zaboli. Możesz go zranić. Apollin jest wrażliwy, szybko reaguje na sygnały i unika zwad. Musisz to uszanować. – I miał nadzieję, że to zrobi, ale zamierzał przestrzec stajennych, by z większą uwagą przyglądali się temu wierzchowcowi. Początkujący jeździec nie zawsze panował nad swoimi odruchami. Na jego twarzy zabłąkał się zagadkowy uśmiech, gdy przypomniała, jak wszystkie te nazwy, a nawet niektóre akcesoria, były jej znajome. Z tym samym zagadkowym uśmiechem, spoglądając jej w oczy z bliżej nieodgadnioną mieszaniną emocji, o chwilę zbyt długo przytrzymał w dłoni palcat, nim pozwolił jej go zabrać. Może rzeczywiście on też mógł się dzisiaj zabawić.
W końcu rozwinął lonżę, dając jej większą przestrzeń, badawczo przyglądając się jej ruchom, oceniając jej ostrożność i bacznie obserwując postawę jej ciała. Na razie nauczycielem mógł jej być sam Apollin, nie zamierzała przecież ćwiczyć jazdy wyczynowo.
- Plecy prosto, łopatki razem. Pięty w dół, dłonie nieruchomo – powtórzył, choć już dziś wypowiadał te słowa; te same komendy miały być główną lekcją każdej z pierwszych jazd. Była w stanie upilnować tego sama. – Szarpiesz go za pysk, kiedy poruszasz rękami niekontrolowanie – Nie było łatwo je utrzymać, kiedy wierzchowiec ruszył szybszym tempem, gładko wchodząc w kłus, ale najtrudniejsze były tylko pierwsze razy. Resztę – trzeba było po prostu wyćwiczyć.
- Wyprostuj się – nakazał od razu, gdy Apollin wszedł w kłus; wyglądało na to, że Deirdre popędziła go do szybszego chodu celowo, nie zamierzał interweniować. – Patrz przed siebie – Pomagało to wszak w utrzymaniu prostych pleców. Anglezowała na złą nogę. Ale to mogło poczekać, miała ważniejsze braki do nadrobienia. – Znajdź równowagę w strzemionach, zgraj się z rytmem konia. Twoje ciało podnosi się na wyskoku, ale robi to siłą twoich mięśni. Opada w sposób kontrolowany, nie ciągnięty przez grawitację. Odciążasz kręgosłup konia, postaraj się go nie obić. Za każdym razem, kiedy opadasz bezwładnie, niszczysz jego plecy. – Jego głos był surowy, jak zawsze wtedy, kiedy wskazywał jej drogę. Na galop ani lot nie było dzisiaj miejsca, musiała najpierw opanować podstawy. Oceniał - i ją i jego, zastanawiając się, czy Apollin był najlepszym wyborem - ale zdawali się ze sobą zgrywać. Deirdre też będzie prościej, kiedy pozna już rumaka. Przestanie się go bać. Okręcił wokół dłoni końcówkę lonży, wymachując nią niby sznurem, celowo przyśpieszając tempo Apollina do szybszego kłusa. - Zacznij ćwiczyć półsiad. Zachowaj prostą pozycję, unieś się lekko nad siodło. Zostań w górze. - Było to pewne wyzwanie dla zwłaszcza niewyćwiczonych mięśni, nieprzyzwyczajonych do tego rodzaju ruchu. Ale musiała go opanować.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Weranda - Page 4 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier

Strona 4 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Weranda
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach