Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Restauracja
AutorWiadomość
Restauracja [odnośnik]08.08.17 18:31
First topic message reminder :

Restauracja

★★★★
Restauracja mieści się w bocznym korytarzu nieopodal głównej sali; to nieduże pomieszczenie - zaledwie sześć małych stolików - rozsypanych po lśniących połyskiem parkiecie w odległości wystarczająco dalekiej, by zapewnić pełną dyskrecję. Blaty wykonane z ciemnego drewna mają owalne kształty, na każdym - prócz kryształowego wazonu ze świeżą różą - znajdują się popielnice w kształcie muszel. Dostawione do nich krzesła to miękkie, kremowe siedziska o wysokich oparciach i bogato zdobionych nogach, które zapewniają wygodny komfort. W menu królują owoce morza, małże, ostrygi, kałamarnice, krewetki, czy ryby, ale również francuskie sery i trufle, wszech znane jest to miejsce także z potraw wykonywanych na bazie egzotycznych owoców, wyeksponowanych na srebrnych półmiskach w terrarium ciągnącym się wzdłuż ściany, wewnątrz którego zastygły żywe czarne węże. Przez okna po drugiej stronie roztacza się widok na przepiękne ogrody na zewnątrz. Dania podawane są na srebrnej zastawie, całość obsługują kelnerzy tak dyskretni, że niemal niewidzialni. Sufit zakrywa płachta z czarnego aksamitu, podobne materiały ścielą podłogę. Goście, którzy mają problemy z zachowaniem, są wypraszani, wymaga się również odpowiednio eleganckiego stroju. Złoty gramofon znajdujący się w kącie sali gra Wagnera. Przy wejściu czarodzieje proszeni są o podanie nazwiska - tylko jeśli nie jest ono oczywiste, obsługa jest doskonale zaznajomiona ze skorowidzem czystości krwi i jego nielicznymi beneficjentami - które następnie podlega weryfikacji jako czystokrwiste.
Wstęp wyłącznie dla postaci krwi czystej. Muffliato.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:21, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Restauracja - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Restauracja [odnośnik]17.01.22 21:57
Wycieńczenie, to psychiczne w dużej mierze, wszak ciało zdołało odzyskać nieco ze straconych sił, ciążyło Edwardowi. Zmarszczka irytacji, wątłego zastanowienia co rusza wstępowała na oblicze niczym debiutantka na swój pierwszy sceniczny występ: nieśmiało, z pewną dozą uwagi, aby zaraz po zerknięciu na widownię skryć się za kurtyną gładkiej, nieskazitelnej skóry, o którą Parkinson dbał jak mało kto, niejednokrotnie przesadzając z ilością zabiegów mających zachować młodość i powstrzymać wszelkie efekty starzenia się. Zacieniony kącik sali restauracyjnej baletu służył także i w tej sprawie, powstrzymując zbędną koncentrację nadmiernej ilości światła, w którym spędzał całe godziny, doskonale wiedząc, że perfekcyjne oświetlenie nadawało blasku każdej kreacji wydobytej spod jego rąk. A te najwyraźniej miały nie być już tak perfekcyjne. Żaden z projektów nie nadawał się! Każdy zawierał mankamenty, niedociągnięcia, na które Edward nie miał siły. Głowa pełna pomysłów została najwyraźniej w dniu trzynastym lutego, dzień przed balem w Kentwell, do którego wracał i wracał, nie potrafiąc oderwać się od krwistego dywanu i dziesiątek martwych ciał.
Zacisnął oczy gniewnie, powstrzymując łzy przepełnione tym uczucie. Raptem kilka wyślizgnęło się spomiędzy rzęs, znacząc kąciki. Otarł je opuszkami palców. Westchnął z przesadną irytacją, oczy wznosząc ku niebu, od którego oddzielał go sufity pomieszczenia.
Ile można czekać na herbatę i ciastka — skomentował niecierpliwym, dość aroganckim jak na niego tonem — że o winie nie wspomnę — wymamrotał, wracając do przewracania kolejnych stron czasopisma. Dłużej zatrzymał się na zwyczajowej rubryce z horoskopem. Wzrokiem omiótł swój znak, reagując ledwie drgnięciem prawego kącika ust. Drgnął, gdy cisza stała się zbyt ciężka, zupełnie jakby magia osiadła w sali i zaczęła wywierać na arystokracie presję, której Edward całym sobą nie znosił. Rzadko doświadczał tego uczucia: bycia obserwowanym. Nie wiedział, skąd się to bierze. Zwykle nie mylił się i miał rację, ale przecież, czy to w Domu Mody, czy na paryskich ulicach swego czasu, był postacią dostatecznie rozpoznawalną i przyciągającą uwagę. Tutaj, w lokalu Tristana, nie stanowił przesadnej osobowości, co zwykle niezmiernie irytowało i drażniło delikatne ego, a dzisiaj stanowiło rychłe zbawienie. Letnią toń, w której nurzał się całym sobą, oddając bez mała to, co było mu najcenniejsze. Wciąż jednak czuł. Magię, wzrok, nerwowość i nie przesadzał, gdy stukot obcasów dotarł jego uszu. Ktoś zbliżył się, a Edward pomknął wzrokiem z dala od przybysza. To tylko kelner, stwierdził w duchu, spoglądając na imbryk oraz filiżankę.
Zamawiałem ciastka — rzucił głucho w przestrzeń, tonem, który bezsprzecznie zdradzał wyraźny zawód oraz dziecięcą potrzebę spełnienia nawet najbardziej idiotycznego kaprysu, a warto wiedzieć, że ten konkretny Parkinson, smykałkę do najbardziej wymyślnych życzeń miał nie od parady. Szczęśliwie nie odziedziczył jej ani po panu ojcu, ani po pani matce, pięknej róży, której kwiat został zerwany, aby on mógł dumnie reprezentować wyjątkową mieszankę genów stanowiącą esencję unikalnego i nieskazitelnego wyczucia smaku oraz stylu, osiadającego w duszy narażonej na tak wiele przez ignoranckich tekstylnych zbrodniarzy.
Westchnął znowu, wyciągając wreszcie pismo z katalogu, w którym umieścił rozpoczęte projekty. Praca, przyjemności. Zawsze potrafił to oddzielić, znajdując czas na jedną i drugą pasję, ale nawet tutaj, w miejscu należącym do ukochanego kuzyna spokój nie nadszedł. Wciąż ogarniało go to przedziwne napięcie, lecz tym razem jego źródło odnajdywał w niej. Oczy delikatnie zmrużyły się, maleńkie kurze łapki ozdobiły ramę rzęs na ledwie kilka sekund, zbyt długich i zbyt męczących, poświęconych jakże wnikliwej i bezbłędnej analizie czarno-złotej kreacji, wysoko upiętych włosów oraz skośnych oczu. Kiedy ruszyła, ku niemu bez wątpienia, nauczony doświadczeniem sięgnął powoli po ucho imbryka i jął nalewać herbaty do filiżanki. Kurtuazjom musiało stać się zadość. Oto dżentelmen pochłonięty w tradycyjnym angielskim obyczaju został ofiarą mającą w sobie jedynie ułudę niewinnego spojrzenia, którego nie odpuszczał od czarownicy, jedynie krótkimi zerknięciami monitorując, czy nie rozlał herbaty na porcelanowy talerzyk. Odstawił naczynie, nim ostatni krok ukończył wędrówkę sukni opinającej ciało zdecydowanie zbyt mocno jak na wszechstronne obycie Edwarda. Krytyczną uwagę oszczędził swym uszom, zamiast tego uprzejmie skinął głową. W dżentelmeńskim odruchu wskazał wolne krzesło przy stoliku i wstał z miejsca, oczekując aż zostanie zajęte, niezmiennie pozostając przykładem perfekcyjnego wychowania odebranego z najlepszych rąk guwernantów oraz niań pieczołowicie obserwujących każdy krok dorastającego dziedzica.
Najwyraźniej nie dość ważny, by zamówienie zostało wypełnione właściwie — odparł zwięźle, przywdziewając na twarz uprzejme oczarowanie i powab, niewielkim gestem dłoni przymykając katalog, w którym znajdowały się kreacje nieprzystające oczu innym niż jego własne. — Ależ skąd — padły kolejne słowa, tym razem otulone kpiną, którą tylko wytrawny słuchacz doceniał, że została mu ofiarowana. Nic tak nie bawiło i nie nadawało rytmu rozmowie jak subtelność uwag niosących za sobą znaczenia znajome jedynie skąpej, wręcz wyrafinowanej publiczności.
Wzajemne prywatne przedstawienie sztuki jednego aktora rozpoczęło się, ale myśl ta nie cieszyła Edwarda. Dostrzegał to zdystansowane nastawienie, pewną prowokację, na którą został wystawiony, stając w blasku scenicznych świateł, choć już siedział na swoim miejscu i patrzył na Mericourt z pewną dozą... irytacji?
Czyżby obsługa nie potrafiła poradzić sobie z jednym lordem? — Padło ciche pytanie z ust Edwarda; uprzejme, grzeczne, lecz jednocześnie dało się słyszeć niezbyt ładną i składną próbę obrócenia jej w żart. — Czyż musieli wzywać M-Madame — zająknął się, lekko ocierając zębami o język, nim wypowiedział to słowo całkowicie nieprzystające do zaistniałej sytuacji. — Jestem przekonany, że nie wierzą w swoje możliwości, moja droga — wrócił gładko do uprzejmego tonu, decydując się na drastyczne przekroczenie linii oddzielającej kulturalnego Państwa od dobrze sobie znanego Jego i Jej. — Nie powinnaś sobie, madame, zaprzątać mną głowy. Jestem przekonany, że obsługa lokalu mojego brata poradzi sobie z moimi kaprysami. — Celowo użył tego słowa, mając na myśli nikogo innego jak właściciela, wciskając w nie wszystkie drogie uczucia i wspomnienia, które z nim wiązał. I które właśnie teraz nabrały dla Edwarda jeszcze więcej mocy niż nawykł o nich mówić. W przeciwieństwie do ciebie, zadrwił sam ze sobą, usta wyginając w uśmiech numer dwanaście. Niewielkim uniesieniu kąciku ust sygnalizujących rozbawienie własnymi słowami, spojrzeniu sygnalizującym bezgraniczne oddanie samemu sobie, wzroku niesięgającym poniżej próżnego piedestału, na którym stał. — Proszę mi wybaczyć. Nie przedstawiłem się. Edward. — Gładko sięgnął po kolejny, czy też poprzedni temat, absurdalnie ignorując pytania, na które nie zamierzał udzielić odpowiedzi, a na które może i odpowiedział, nim przyszło to komukolwiek innemu do głowy.


I walk, I talk like I own the place
I play with you like it's a game
Edward Parkinson
Zawód : krawiec, projektant
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Wild things that turn me on
Drag my dark into the dawn
OPCM : 2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9457-edward-parkinson-budowa#288270 https://www.morsmordre.net/t9541-czarus https://www.morsmordre.net/t9540-rece-drza-gdy-zbieram-twoja-miare#290099 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t9572-skrytka-nr-2183 https://www.morsmordre.net/t9573-edward-parkinson#291128
Re: Restauracja [odnośnik]18.01.22 13:14
Pierwsze słowa, skierowane ku nadchodzącej czarownicy, dobrze opisywały całą osobę Edwarda Parkinsona. Żadnych uprzejmości wobec służby, narcyzm w przystojnym wydaniu, rozkapryszenie godne księcia z baśni, który jednak nie zamierzał walczyć o rękę księżniczki a o swoje dostatnie, przyjemne w każdym calu życie. Nie, żeby Deirdre znała lorda Parkinsona na wylot, nie interesowała się nim przesadnie, lecz zawsze pozostawała czujna, a jednym z podstawowych elementów przetrwania w Wenus było słuchanie plotek. To dzięki nim zdobywała cenne informacje nie tylko na temat upodobań klientów, dzięki czemu później bez pytania spełniała ich zachcianki, otrzymując za to sowitą nagrodę, ale również na temat ich charakterów, słabości lub ambicji. A także skłonności do przemocy. Tej Edward zdawał się nie posiadać, przynajmniej według opowieści prostytutek, szczerze zachwyconych jego elegancką prezencją i urodą; cóż z tego, skoro pod przystojną fasadą skrywał się człowiek do cna przeżarty przez szowinizm.
- Jestem pewna, że niedługo pojawią się na lorda stoliku – odpowiedziała gładko, nawet nie mrugnąwszy okiem na to bezpardonowe zgłoszenie swych zastrzeżeń. Zignorowała też – na razie – propozycję zajęcia miejsca naprzeciwko, wydawało się jej to mimo wszystko, o grotesko, nie na miejscu, chciała zadbać o komfort gościa, a nie się z nim spoufalać. – A więc lord nie został obsłużony tak, jak tego sobie życzył? Zbyt długi czas oczekiwania? Herbata z nieodpowiednią mieszanką liści? Będę wdzięczna za informacje – zadeklamowała troskliwie, zastanawiając się, ile też arystokrata oczekiwał na swe przekąski, pięć minut? Czas to pieniądz, ale wątpiła, by Edward kłopotał się umykającym z przepastnych kieszeni złotem – podejrzewała, że mógłby martwić się tylko ich krojem. – Nasze piekarnia i kuchnia pracują wyłącznie na świeżych produktach, wypieki przygotowywane są na bieżąco, stąd nieco dłuższy czas oczekiwania niż w przeciętnych restauracjach, lecz obiecuję, że warto zaczekać tych kilka chwil, by zaoferować podniebieniu prawdziwą rozkosz - kontynuowała subtelne wychwalanie La Fantasmagorii, podkreślając jej wyższość nad innymi przybytkami, nawet tymi luksusowymi, przeznaczonymi dla najwyższych sfer. Możliwe, że trochę przesadzała, wszak ich restauracja była niewielka, kameralna, lecz nadrabiała najlepszej jakości składnikami oraz mistrzowskim szefem kuchni, przygotowującym niewielkie, ale imponujące pod względem smaku i wyszukania menu. Leżące na stoliku tuż obok czasopism i…katalogu mody? Deirdre dyskretnie przesunęła wzrok na projekty, schowane sekundę później przez ich właściciela.
Przykuwającego uwagę znacznie skuteczniej. Pomimo pozornej uprzejmości, coś w wilgotnych – ze zmęczenia? braku snu? przedawkowania opium lub smoczych pazurów? – oczach Edwarda nadawało jego wypowiedziom tonu wręcz obrazoburczego. Szczęśliwie było to wyczuwalne jedynie dla Mericourt, wyczulonej na nawet najdoskonalej ukryte dwuznaczności. Miała dwie opcje, z klasą zignorować podobne sugestie, puszczając je mimo uszu, udając, że nie pojęła prowokacji, albo – równie elegancko – podjąć rzuconą rękawicę, pokazując, że nie jest tamtą uładzoną, nieśmiałą, bierną dziewczyną, która musiała potakiwać i udawać, że jest zachwycona komentarzami swego towarzysza, nawet jeśli zasługiwały one na miano skrajnie obraźliwych.
- Co wskazuje na to, że sobie nie poradzili, sir? – udała teatralne zdziwienie, dalej stojąc przy Edwardzie z dłońmi splecionymi przed sobą. Pozycja, w jakiej się znajdowali, dodawała jej pewności siebie – lubiła patrzeć na mężczyzn z góry. – Zresztą, z przyjemnością się lordem zajmę, z własnej inicjatywy. Wyjątkowi goście wymagają wyjątkowej opieki. A taką oferuję właśnie ja – kontynuowała, przyglądając się uważnie jego twarzy, drobnym skurczom mięśni, lekko wilgotnym oczom. Nie wyglądał na szczęśliwego, ba, irytacja wręcz buchała spod perfekcyjnych manier, przeciskając się na wierzch pod postacią zająknięcia. Zwracanie się do byłej prostytutki pełnym uznania terminem widocznie nie mieściło się Edwardowi w ustach. – Moje miano nie przechodzi lordowi przez gardło? Proszę mówić mi po imieniu, będzie łatwiej – zaoferowała łaskawie, również dodając do wypowiedzi szczyptę prowokacyjnej pikanterii. Tak w ramach zachowania równowagi, z jakiej Parkinson z łatwością zaczynał ją wyprowadzać, sugerując, że obsługa lokalu nie spełnia najwyższych standardów. To ona była za nie odpowiedzialna, zarządzała tymi ludźmi, badała ich, uczyła, jak postępować z klientami, odebrała więc sugestię bardzo osobiście. Zirytowana bardziej uderzeniem w profesjonalizm madame Mericourt niż w jej wyuzdaną przeszłość. – Przeszkoliłam naszych pracowników i jestem pewna, że sprostają lorda wymaganiom. Jeśli jednak lord ma jakieś uwagi, zajmę się nimi osobiście. Na co lord miał dzisiaj ochotę? Co znajduje się w lorda zamówieniu? – zapytała uprzejmie, choć znów dwuznacznie, próbując wykorzystać obosieczny miecz do wyprowadzenia skutecznego bloku. Skoro sama potrafiła ironicznie odnosić się do przeszłości, mogła oszukać arystokratę i wybić mu oręż z ręki. Władał nim jednak zaskakująco wprawnie, a nazwanie Tristana bratem wywołało na twarzy Deirdre krótki grymas, ni to niezadowolenia, ni zdziwienia. Wiedziała, że się przyjaźnili, widywała ich w Wenus, lecz nie podejrzewała, że znajdują się aż tak blisko siebie. – Och, nie wiedziałam, że lord nestor posiada brata. Do tej pory mogłam poznać tylko jego wspaniałe siostry – zdziwiła się teatralnie, odgarniając z czoła kosmyk czarnych włosów. Denerwował ją ten cwaniacki uśmieszek, rozjaśniający twarz szlachcica. – Wiem, kim lord jest, nie ma potrzeby się przedstawiać – dorzuciła, zastanawiając się jednocześnie, czy ten wyzywająco uśmiechnięty mężczyzna może powiedzieć o niej to samo. Pamiętał ją z Wenus, to nie ulegało wątpliwości, inaczej nie zachowywałby się wobec niej w ten sposób – ale jak wiele wspomnień potrafił przywołać? Czy Tristan dzielił się ze swym bratem opowieściami o Miu, i co ważniejsze, czy je zaktualizował, powiadamiając o jej nowej roli faworyty, zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym? Ciekawość oraz oddanie pracy wygrało z chęcią odwrócenia się na pięcie i odejścia, dalej stała nad nim jak kat nad wyjątkowo grzeszną duszą. – Ja chyba też nie powinnam? Lord nestor opowiadał o mnie swemu bratu? – spytała niewinnie, spokojnie, ciekawa odpowiedzi i pozycji, w jakiej odmalował ją Rosier. Podkreślił, jak dobrze sprawuje się w La Fantasmagorii? A może sam zaprosił tutaj Edwarda, by przekonał się o doskonałej opiece, jaką roztoczyła nad magicznym baletem?


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Restauracja [odnośnik]20.02.22 21:45
Zatem poczekajmy na tę rozkosz — padło w odpowiedzi Edwarda tym tonem, którym zwykło mówić się o pogodzie, choć ostatnie słowo nabrało wydźwięku mającego nieść tylko jedno skojarzenie. Nie wątpił, że tak wprawne ucho wyłapie je bez większej trudności i trafnie oceni uncję ironii skrywającej się za tym wszystkim. Spojrzenie pozostało bezwiednie poruszającym się po kolejnych stronach plotkarskiego magazynu jeszcze przez kilka chwil, nim Parkinson gestem pełnym nabytego latami praktyki wdzięku sięgnął po filiżankę, chcąc upić niewielki łyk. Mały palec dłoni odchylił się, z ust nie wydobył się nawet szept bestialskiego siorbania, za które karcił spojrzeniem pełnym dezaprobaty. To dzisiejsze, bezkreśnie zmęczone, nieco zbyt mocno przekrwione podjęło tor ku gospodyni, obdarzając ją przelotnym zainteresowaniem. To prawdziwe, czyste i pełne uległości oddanie chował za maskaradą gestów, min oraz póz, którymi zwykł mamić towarzyskie podlotki, nawet jeśli dzisiaj nie było to najlepszym z wyczynów. Ale to miało nie być mu wypomniane. Kaprysy Edwarda stanowiły przecież zwyczajowy temat plotek, które świadomie wzbudzał swoim zachowaniem, pusząc pawi ogon tak mocno, że czasami miewał wrażenie, iż faktycznie rzeczony atrybut posiadał. Jedynie ogłada w przestrzeni publicznej powstrzymywała go od spojrzenia za siebie, bowiem jednym z tych przedziwnych zachowań lorda Parkinsona było dostrzeganie absurdów tam, gdzie nie mogły mieć miejsca.
Na nic innego nie liczyłem — odpowiedział, wreszcie spoglądając na Deirdre dość odważnym spojrzeniem, kąciki ust unosząc lekko ku górze. — Byłbym jednak zobowiązany, gdybyś, Madame, usiadła i nie wystawała nade mną jak jakaś harpia — dodał, ton ściszając do dyskrecji wyznaczanej przez niewidoczną barierę oddzielającą stolik od reszty sali restauracyjnej. — Deirdre — wymówił jej imię miękko, nie odrywając spojrzenia od czarownicy, a powoli prąc nim lekko po obcisłych kształtach qipao, by wreszcie sięgnąć palcami ku jednej z kart i nakreślić drobnym, starannym pismem własne spostrzeżenia. Po chwili ciszy odchrząknął delikatnie, znacząco. Zarzucił jedną nogę na drugą (lewą na prawą), palcami zastukał w blat stolika i utkwił wzrok w czarownicy. — Nim przejdę do wskazówek, które z całą pewnością uznasz za cenne i usprawniające pracę — podjął tonem wyraźnie podekscytowanym — zdradź mi, jak to jest nosić strój, który tak bezwstydnie opina ciało? Przysiągłbym, że nasze gorsety pod suknie wieczorowe leżą równie dobrze, ale jest w tobie coś, co mnie frapuje... nie wiem tylko... — urwał, szukając w swoim krawieckim i projektanckim portfolio odniesień, z których mógłby skorzystać w tym wypadku. Bezgranicznie przejętym swoją modową misją nie kreował niczego, co nie obejmowało europejskich kanonów. Azjatyckie materiały, wprawdzie doskonałe, nie mogły stać się kreacjami z tamtych stron. Tworzenie dla podziwiania manekinów nie było drogą obraną przez Edwarda, a teraz właśnie w ten sposób spoglądał na Deirdre oraz jej strój, powoli odnotowując sposób, w jaki napięty materiał układał się, jak łączenia pomiędzy poszczególnymi sekcjami sprytnie wyeksponowano dodatkowymi porcjami tkaniny.
Kolejny łyk herbaty wzmocnił posyłane spojrzenie. Intensywniejsze, pełne niewypowiedzianych słów, którymi mógł ją obrazić albo pochwalić w zależności od dominującego nastroju. Dziś, pozostając w jawnym kaprysie, wręcz pragnął nadepnąć na każdy odcisk, który stawiano mu na drodze. Powstrzymał się z dość obscenicznym wyrazem twarzy. Westchnął przesadnie i wyciągnął pozostałe niedokończone projekty schowane do tej pory w katalogu.
Ciastka oraz karafka odpowiednio dobranego wina. Nie interesuje mnie bukiet. Ma pasować do ciastek — wygłosił bezczelnie, jakby prawił oczywistości, o których wszyscy inni powinni wiedzieć o Edwardzie Parkinsonie. Jego pragnienia były przecież doskonale widoczne dla świata, a rzeczony świat winien wiedzieć jak zająć się kimś takim jak on. Czyż to nie było oczywiste? Czy może wojna wypruła im mózgi niczym szwaczka próbująca uratować źle przyszyty do sukni tiul.
Westchnął raz jeszcze, tym razem ciszej. Nie krył ani emocji, ani zmęczenia, w którym niezmiennie tkwił. Nie potrafił odnaleźć rozluźnienia, które przecież tak łatwo osiągał we wszelkich możliwych konfiguracjach, kiedy tylko tego zapragnął. Zamiast tego spojrzał na Deirdre i przypatrywał jej się przez chwilę z nieukrywanym zainteresowaniem.
Jak to jest być tak wysoko i wiedzieć, że w każdej chwili można spaść na samo dno? — Zapytał, odcinając pretensjonalne podrygi. Ten jeden raz w ciągu ich przedziwnego spotkania był całkowicie poważny, a nawet spokojny. Gama emocji przecinających oblicze Edwarda powoli znikała, a ślad po niej przeszedł na dłoń, na opuszki palców, którymi gładził delikatnie obrus.
Edward Parkinson
Zawód : krawiec, projektant
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Wild things that turn me on
Drag my dark into the dawn
OPCM : 2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9457-edward-parkinson-budowa#288270 https://www.morsmordre.net/t9541-czarus https://www.morsmordre.net/t9540-rece-drza-gdy-zbieram-twoja-miare#290099 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t9572-skrytka-nr-2183 https://www.morsmordre.net/t9573-edward-parkinson#291128
Re: Restauracja [odnośnik]24.02.22 18:16
Brew Deirdre lekko drgnęła, słysząc o kulinarnej rozkoszy, lecz nie skomentowała przytyku w żaden sposób. Nie zamierzała pozwolić, by pojawienie się w La Fantasmagorii lorda Parkinsona nadwyrężyło samokontrolę albo, co gorsza, naraziło na szwank dobre imię madame Mericourt. Miała tu już do czynienia z wieloma samozwańczymi władcami Wenus, próbującymi przenieść stosunki panujące w restauracji na artystyczny grunt, radziła sobie z nimi wręcz doskonale. W większości przypadków wystarczyło udane odegranie zdziwionej i zdezorientowanej subtelnymi aluzjami - brytyjska szlachta nie odróżniała przedstawicieli innych nacji, stawiało ich to w pozycji nieco speszonej, szybko przepraszali za pomyłkę i wycofywali się z stroszenia piór niemoralności, nawet jeśli potem przyglądali się jej ze zdwojoną uwagą. Pojedyncze elementy sprawiały więcej kłopotów, lecz i tutaj wystarczyło jasne postawienie granic oraz zaakcentowanie swej pozycji, a im więcej miesięcy mijało od opuszczenia przez Miu dawnego miejsca pracy, tym pewniejsza siebie się stawała. Z Edwardem nie miała jeszcze wątpliwej przyjemności spotkać się na tym marmurowym gruncie, do tego nie była w najdoskonalszej formie, wierzyła jednak, że zdoła wygrać tę przepychankę w walce o dominacje i dobre imię. Nie tylko dla własnego ego, ale i dla nienaruszalnej renomy madame Mericourt.
- Nie wezmę tego porównania do siebie, sir - chociaż i harpie w swej pierwotnej formie bywają podobno niezwykle urocze, czyż nie? - zagadnęła uprzejmie, zaciskając na moment pełne wargi tylko po to, by nie obnażyć kłów w warkliwym ostrzeżeniu. Odmówiła zajęcia miejsca raz, drugi: nie mogła, byłoby to nie tyle niegrzeczne, co przyciągające uwagę nielicznej klienteli. Powoli usiadła więc na wygodnym krześle, ignorując lepkie spojrzenie Edwarda sunące wśród ozdobnych, złotych detali kreacji, oblekającej każdy cal jej ciała. - Oczywiście, każda lorda wskazówka będzie na wagę złota. Może nawet sprowadzimy dla lorda specjalne składniki lub przygotowujemy ulubione danie, które rozpieści lorda podniebienie? - zasugerowała, wchodząc mu w słowo, słusznie wnioskując, że im bardziej podekscytowany stawał się lord Parkinson, tym gorzej dla niej. Niestety, nie udało się jej zwieść go z tej drogi, mówił dalej, teraz odnosząc się bezpośrednio do prezencji Mericourt. Znów poczuła się naga, wystawiona na ocenę, sprowadzana do roli wizualnej przyjemnostki; zajęcie miejsca niosło jednak swoją korzyść, już nie mógł obcinać ją wzrokiem od stóp do głowy, do połowy jej sylwetka skryła się bowiem za blatem stolika. Mimo to czuła intensywną krytykę błyszczącą w oczach szlachcica, nieprzerwaną nawet upiciem herbaty czy postukaniem w kamienną powierzchnię.
- Dlaczego bezwstydnie? To tradycyjny strój moich magicznych przodkiń - odparła, siląc się na spokojną reakcję, jedynie dłonie zaciśnięte na kolanach mogły zdradzać poddenerwowanie - siedziała sztywno wyprostowana, kątem oka zauważając, że ku ich stolikowi kroczy - w końcu - kelner, niosący na pozłacanej tacy zamówienie złożone przez Parkinsona. - I co lorda we mnie frapuje? Rażę lorda poczucie estetyki? - spytała wprost, pozornie łagodnie, choć tak naprawdę pozwalała sobie tymi pytaniami na przekroczenie pewnej bariery: naciskała na niego, zdradzała irytację, jaką budził w niej tą swoją elegancką nonszalancją oraz absurdalnym poczuciem wyższości. Najchętniej objaśniłaby mu, z kim naprawdę ma do czynienia, lecz tu nie była Śmierciożerczynią, a madame Mericourt - a jej zadaniem było sprawienie, by Edward Parkinson opuścił La Fantasmagorię skrajnie zadowolony. Przełknęła więc dumę i ponownie przybrała na twarzy uprzejmy, łagodny uśmiech, nie potrafiąc jednak do końca zapanować nad ostrym, lodowatym spojrzeniem. Omiotła nim także kelnera, ten jakby się przeląkł, wymamrotał słowa przeprosin za opóźnienia i postawił przed szlachcicem półmisek pełen ciastek i słodkich przekąsek, a także specjalnie dobrane przez sommeliera wino. Dei nie widziała ze swojego miejsca jego nazwy, wiedziała tylko, że na pewno należało do tych obscenicznie drogich. Najchętniej wylałaby je na przód równie bogatej szaty Edwarda, zwłaszcza po kolejnych słowach, uderzających w nią niczym celnie wymierzone zaklęcia. Tym razem nie powstrzymała całkowicie reakcji, kąciki ust zadrżały, bynajmniej w zapowiedzi płaczu: musiała mocno zagryźć zęby, by nie wysyczeć groźby lub inkantacji, która szybko zdarłaby z twarzy arystokraty nie tylko ten cwany uśmieszek, ale i każdy cal wypielęgnowanej skóry. - Nie wiem, o czym lord mówi - wypowiedziała w końcu cicho, powoli, tak, by nie pozwolić wściekłemu warkotowi przebić się do ścieżki fonii. Wzrok Parkinsona drażnił, pomimo spokojnego tonu oraz zainteresowania, łatwego do pomylenia z szacunkiem. - Renoma La Fantasmagorii nie jest w żaden sposób zagrożona, wręcz przeciwnie, nasze wpływy sięgają coraz dalej i współpracują z nami wspaniali artyści, znani i szanowani w Paryżu oraz Sankt Petersburgu - kontynuowała z powagą, nie zamierzając skręcić na grząską ścieżkę prawdy. Wiedziała, że mówił o niej, o jej pozycji, o tym, kim stała się madame Mericourt: ale ciągle robiła dobrą minę do bardzo dwuznacznej gry. - Czy jest coś, o czym nie wiem, sir? - uniosła pytająco brwi, dając mu szansę na wycofanie się. Lub uduszenie jedną z cudownie pachnących słodkości, kusząco prężących się na talerzu tuż przed nosem szlachcica.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Restauracja [odnośnik]30.03.22 22:41
Gdybym trafił na prawdziwą harpię, ta rozmowa nie miałaby miejsca — padło równie uprzejmym tonem niezmiennie naznaczonym prowokacyjnym podrygu ze strony Edwarda, gdy powoli przesuwał się na krześle, szukając ułożenia ciała na tyle wygodnego, by dalej czynić swoje niespieszne obserwacje madame. Jeszcze nie stała się nową rozrywką, której tak usilnie poszukiwał, próbując zapomnieć o wydarzeń ledwie sprzed paru dni, o tym wszystkim, co targało delikatnym i łagodnym Parkinsonem, gdy wystawiano go na próby znacznie przekraczające jego możliwości; i jak na razie doskonale szło mu zapominanie, oddychanie z ulgą oraz zajmowanie się tym, czemu wprost uwielbiał oddawać się w swojej próżnej naturze. — Z resztą, madame, twoja uroda przyćmiewa je — odezwał się znad zabranego ze sobą ekwipażu, zerkając ku Deirdre na tyle przenikliwie, na ile mógł pozwolić sobie stosownie do dobrych obyczajów, trwającej sytuacji, a przede wszystkim wobec własnego samopoczucia – nieznacznie. Lekko poruszył barkami, smukłymi palcami sięgnął ku barkowi okrytemu drogą tkaniną, opuszkami palców chwycił nieistniejący pyłek i z doskonałą gracją zrzucił go w niebyt ogromnej przestrzeni, po czym lekko uśmiechnął się, objawiając namiastkę zmarszczek wynikających z gestu.
Utrzymywanie tradycji jest niezmiernie ważne — wygłosił uwagę dość pretensjonalnym tonem, jakby właśnie urażono stulecia starań arystokracji, po czym jął znacznie uprzejmiej — ale tak niewielu jest w stanie to zrozumieć, wobec tak wielu, którzy nie rozumieją, że prawdziwie jedwabie, satyny i tiule przyćmią każdego, kto nie patrzył wystarczająco uważnie. — Mówił, słowa składając w zdania, które nie niosły większego sensu, wzrokiem dając znać, iż lekko odpływał w krainę samozadowolenia, po czym wracał z niej, niosąc lepsze samopoczucie. Wydawał się nie dostrzegać poirytowania rozmówczyni ani tym bardziej tego, że to on, Edward Parkinson we własnej osobie, mógł powodować takowe reakcje. Zapatrzony w siebie i swoje talenty, delikatnie kuł językiem niczym igłą tam, gdzie mogło zaboleć najmocniej, nie zdając sobie zbyt wielkiej sprawy z konsekwencji.
Ależ skąd! — Zaprzeczył, unosząc otwartą dłoń, by dać znak, że nie skończył jeszcze mówić. — Twoja estetyka jest nieskazitelnaniestety, dodał w myślach, niezmiennie utrzymując spojrzenie na Mericourt. — Kreacja godna wybiegów popularyzujących egzotyczną modę, muszę przyznać, frapuje sposobem, w jaki została stworzona. Wręcz śmiem twierdzić, że oczarowałaś jakiegoś niezrzeszonego krawca, by ją dla ciebie wykonał. Widzę kunszt, może nawet talent, ale frapuje mnie to, jak wyglądałabyś w najnowszych trendach Paryża otoczona surowym, zimnym marmurem i ciężkimi, burgundowymi kotarami. — Słowa Edwarda straciły frywolny charakter i uszczypliwość. Parkinson powoli wygłaszał krytykę, która zwyczajowo nie opuszczała jego ust, toteż była cicha. Głośniejsze zgłoski ucinał, lekko zaciskając usta, zębami osłaniając język gotowy podjąć próby degustacji. Dłoń pomknęła ku katalogowi, który utworzył szeroko, odsłaniając przed Deirdre namiastkę tajemnicy Domu Mody, sprawnie przewracając karty za strojem, którym nagle pojawił się w myślach arystokraty w trakcie toczonego wywodu. Raptem kilka chwil, których potrzebował, wystarczyło na wskazanie dość okazałej sukni za sprawą warstw tiulu, pozbawionej dziesiątek zdobień, koronek, zamkniętej w głębokiej zieleni materiału. Powoli odwrócił katalog tak, aby westalka La Fantasmagorie mogła ujrzeć kreację. Dłońmi zasłonił tiul, pozostawiając widoczną w dużej mierze górną część sukni, z nieco szerszym dekoltem odsłaniającym ledwie skrawki obojczyków, którego epicentrum stanowiła niewielka perła.
Powiedz mi — zaczął półszeptem, głosem dziwnie wyzutym z zachwytu. — Umiałabyś dostrzec siebie w tak surowym wydaniu? — Zapytał, spoglądając na nią, jednocześnie nie odejmując dłoni od tych części projektu, które zdaniem Edwarda nie pasowały do osoby skrywającej się za Deirdre Mericourt. Wiedział, że poznanie odpowiedzi nie da mu wytchnienia ani nie przyniesie nagle zaburzonego spokoju myśli. Te powędrowały w kierunkach innych, odmiennych od codziennego szwu, na którym pojawiały się niedoskonałości, które dało się naprawić. Ta jedna suknia, choć jedna z ulubionych w portfolio Edwarda, jednocześnie stanowiła ogromny cierń. Musiał niestety pokazać ją właśnie teraz. Gwałtownie zrodzona potrzeba musiała tkwić w nim od dawna, a nie potrafił nigdy poradzić sobie z własnymi emocjami prócz przykrycia ich warstwą kokieteryjnych uśmiechów, spojrzeń oraz dziesiątek bezsensownych słów, dzięki którym odwracał uwagę od sedna sprawy. Swój mały pokaz musiał jednak zamknąć, gdy stolik pokryło zamówienie pełne słodkości. Jedną z nich złapał w palce lekko, nie zamierzając ubrudzić się w tak przedziwnej sytuacji, którą sam wykreował w lokalu Tristana, smakując słodyczy językiem, mrucząc w przyjemności wymieszanej z tym, jak bardzo Edward drażnił swoją gospodynię, podsuwając kolejne tematy, prując szew wolno i dokładnie, by jak najmniej uszkodzić tkaninę.
Nie wątpię, madame — odpowiedział spokojnym tonem, nalewając sobie nieco wina i smakując go. Milczącym skinieniem głowy potwierdził dobór bukietu, wydając ten jeden wyrok w sprawie, co do której jego własne zdanie było najważniejszym. — Paryskie rewie rzeczywiście są przepiękne, ale czyż mało rodzimych talentów, które czekają na właściwą opiekę? Jesteśmy przecież tak wysoko, moja droga madame, czy możemy upaść? — Mówił, zahaczając to z lewa, to z prawa, z powrotem mając w sobie prowokację osłoniętą uprzejmym mianem czarującego lorda. Lorda–kawalera uposażonego w bękarta, okłamującego cały świat powabnym spojrzeniem i słodkim słowem, byle osiągnąć cele, o których nikt nie miał prawa wiedzieć. Spoglądając na Deirdre w milczeniu, nie odpowiedział na jej pytanie. Wymowa ciszy miała być odpowiedzią równie irytującą jak sam Edward.


I walk, I talk like I own the place
I play with you like it's a game
Edward Parkinson
Zawód : krawiec, projektant
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Wild things that turn me on
Drag my dark into the dawn
OPCM : 2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9457-edward-parkinson-budowa#288270 https://www.morsmordre.net/t9541-czarus https://www.morsmordre.net/t9540-rece-drza-gdy-zbieram-twoja-miare#290099 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t9572-skrytka-nr-2183 https://www.morsmordre.net/t9573-edward-parkinson#291128
Re: Restauracja [odnośnik]31.03.22 13:38
Gdyby dała się Edwardowi sprowokować, najpewniej odparłaby, że ma do czynienia z kimś gorszym od harpii – potrafiła rozerwać na strzępy człowieka równie sprawnie, choć oczywiście bez użycia długich, powykrzywianych pazurów – powstrzymała się jednak, nie zamierzała mu grozić, znajdowali się w oficjalnej sytuacji, a opinia słynącego z umiłowania piękna arystokraty liczyła się bardziej od urażonego ego. Mało subtelne pochlebstwo, wywyższające ją urodą ponad szpetne pół-wiedźmy, pół-ptaki, nie należało do najmilszych, mimo to uśmiechnęła się z wymuszoną uprzejmością.  Parkinson potrafił poruszać się na niższych, nieoczywistych rejestrach towarzyskich, pozornie czarujący, tak naprawdę umiejętnie wbijający drobne szpileczki pomiędzy praktycznie każde słowo. Krawiecko-retoryczna szermierka, którą obydwoje kontynuowali z gracją, bez krwi szpecącej eleganckie ubrania. To spowijające wypieszczone ciało Edwarda na pewno kosztowało krocie, lecz madame Mericourt nie ustępowała rażąco jakości materiałów. – Quipao sprowadzono i uszyto specjalnie dla mnie, to małe dzieło sztuki, a magiczny jedwab pochodzący prosto z Dalekiego Wschodu nie ma sobie równych – odpowiedziała nieco chłodniej, zakładając nogę na nogę, broniąc dobrego imienia nie tylko swego stroju, ale i całej aury, która otaczała ją jako opiekunkę La Fantasmagorii. Czarownicę tajemniczą, wyniosłą, lecz hojną i gotową uchylić nieba każdemu gościowi, który przekraczał progi magicznego baletu. W przypadku Edwarda najchętniej popchnęłaby go nieco niżej, do czyśćca, by tam otrząsnął się z przekonania o własnej wspaniałości. Ta wychowawcza lekcja również nie wchodziła w grę, pozostawała więc rozmowa: pełna pułapek, dwuznaczności i ukrytych intencji. Przemycanych nawet w pozornych komplementach.
- Czyli według lorda moja estetyka pasuje do aury La Fantasmagorii? – dociekała uprzejmie, z dość drażniącą słodyczą przeciąganych głosek, domagając się potwierdzenia, usankcjonowania jej obecności tutaj. W luksusach krainy zmysłowości, odmiennych jednakże skrajnie od wnętrz Wenus, z jakich mógł – chciał? – ją kojarzyć, wyciągając wnioski dostępne wyłącznie dla bliskiego przyjaciela Tristana Rosiera. – Najnowszym trendom hołduję głównie w kwestiach artystycznych, nadążamy za muzycznymi i tanecznymi nowinkami oraz zapowiedziami, o jakich piszą w swych esejach najznamienitsi choreografowie. Mój strój ma być…ciekawostką, orientalnym dodatkiem, niebanalną konwencją, bo któż, jeśli nie najwrażliwsi fani muz, będą w stanie ją docenić? – zawiesiła głos, dzielnie wytrzymując oceniające spojrzenie Edwarda. I jego komentarz, zadziwiająco konkretny; czyżby przesadziła w urazie, uznając wybuch pasji Parkinsona za próbę dotknięcia jej do żywego?
Nie od razu spojrzała na podsunięty katalog, przez dłuższą chwilę badała ciemne tęczówki mężczyzny, zastanawiając się, nad skrywającymi się za przystojną twarzą motywacjami. Dopiero później pozwoliła sobie skupić wzrok na zaprezentowanej sukni. Przytłaczającej tiulem, zmarszczyła brwi, czy to żart? – zanim zdołałaby obrazić, masywny dół kreacji został zasłonięty zaskakująco wypielęgnowaną męską dłonią. Żadnych blizn, poparzeń, odcisków od trzymania różdżki. Imponująca troska o własne ciało.
- Wbrew pozorom mam w sobie wiele surowości – odparła swobodnie, grała na czas, nie znała się na modzie, a mężczyźni częściej rozbierali ją niż ubierali; nawet w Wenus zakładała na siebie to, co jej podarowano lub kazano, a ubrania nie były zbyt szanowane, szybko ulegając zniszczeniu. – Zależy, jak wyglądałby dół sukni, bez tego ciężko wyrazić jakąkolwiek opinię – umknęła pytaniu, nie do końca rozumiejąc, dlaczego Edward domaga się odpowiedzi właśnie od niej. - Nie podoba mi się perła, kolor za to – jak najbardziej. Linia dekoltu…może odrobinę zbyt wyzywajaca – kontynuowała łagodną krytykę, mając nadzieję, że w ramach komentarza nie usłyszy parsknięcia śmiechem. Quipao, które miała na sobie, zawsze sięgało wysoko ponad obojczyki, kryjąc szyję; wariacja na temat tradycyjnego, chińskiego ubioru miała w sobie wiele sprzeczności. Monumentalna, ciemnozielona suknia była raczej elementem totalnym, jednoznacznie majestatycznym.
Wyprostowała się ponownie, z zadowoleniem przyjmując zajadającego się przekąską Edwarda. Smakowało mu, nie kręcił też nosem na wino, nie rzucał babeczki przez lokal w celu ukazania swego niezadowolenia. – Rozumiem, że opłacało się czekać?- weszła mu w słowo, i tak cierpliwie czekając na recenzję dotyczącą poziomu rozpieszczenia szlacheckich kubków smakowych. Skoro nie ofiarował Deirdre żadnych konkretnych uwag, musiała obejść się smakiem – a szkoda, może zaproponowałaby kucharzowi stworzenie specjalnej przystawki dla rozkapryszonego Parkinsona; zapewne posmakowałaby też wielu innym lordom. – Rodzimymi talentami także się zajmujemy, pozostajemy wierni magicznemu Londynowi, lecz nie zamykamy się przed pięknem kultury z kontynentu. Wciąż jednak to debiuty brytyjskich baletnic są u nas najczęstsze, skupiamy się również na współpracy z czarodziejami ceniącymi sztukę z całej AngliiCzy mogę coś jeszcze dla lorda zrobić? Jakoś umilić wizytę lub wynagrodzić czas oczekiwania na posiłek? – zapytała uprzejmie, z zamiarem podniesienia się z krzesła, miała wiele pilniejszych rzeczy do zrobienia – i choć to trudne do uwierzenia, patrząc na zakochanego w sobie Edwarda, jeszcze bardziej marudnych artystów do niańczenia.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: Restauracja [odnośnik]06.04.22 22:15
Oczy Edwarda niezmiennie spływały na materiał quipao. W swoim zwyczajowym, czarującym i uprzejmym wyrazie, błyszczały. Myśli szczęśliwie nie wracały do chwil, które sprowokowały nastrój oraz bezsprzeczną, prawie groteskową chęć uprzykrzenia tego dnia każdemu, kogo spotkał na swojej drodze. Nawet jeśli jego osobista animozja wobec Deirdre Mericourt, odwzajemniona jak tego oczekiwał, stanowiła dość ostre ukłucie igłą, to w jej obecności niewielka część humoru wróciła na swe właściwe tory, a krawieckie talenty ponownie sięgały ku fantazjom, tkając najśmielsze, godne ziszczenia sny.
Magiczny? — Zapytał krótki, lekko, wyraźnie zainteresowany. — Intrygujesz mnie madame równie mocno, co tkanina twojej szaty. Czy podzielisz się informacją, któż tak biegły w arkanach tkanin stworzył to quipao? Dobrze wymawiam to słowo? — Padły kolejne słowa, żywsze, bardziej zaangażowane w rozmowę, a twarz Parkinsona pojaśniała nieco, gdy potok myśli mógł zanurzyć w kolejnym łyku wina odpowiednio dobranego do słodkich przekąsek. Cierpki posmak zwykł przypominać o ciężkich trudach, kiedy upijał się do wątłych granic wytrzymałości własnego organizmu i potykał o wypastowane buty, znikając z eleganckich parkietów, by nie zostać dostrzeżonym przez tych, którzy czyhali na okazję do wbicia szpilki wieńczącej pieczołowicie budowaną przez lata karierę. Szczęśliwie w murach La Fantasmagorie był bezpieczny na tyle, na ile było to możliwe. Nie wątpił ani przez sekundę, że zostałaby zapewniona odpowiednia eskorta umożliwiająca stosowne francuskie zniknięcie z oczu gapiów. Albo chociażby z wbijających się weń oczu westalki, z którą toczył przedziwną bitwę, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
Tak... i nie — odparł, lekko wzruszając ramionami. — Jest coś takiego, co niewątpliwie stanowi o tobie i twoim miejscu tutaj — jął uprzejmym tonem — lecz pewne bardzo nietowarzyskie, powiedzmy, kręgi, odnoszą się z dystansem, który i mnie szokuje, gdy prezentuję nowe trendy. Jak na to mówią? Ośli upór? Głupota? — Zapytał, wzrokiem wodząc po restauracyjnej sali powoli, wypielęgnowanymi palcami sięgając po kolejną słodką przekąskę, a drugą dłonią wolno przesuwając kieliszek w stronę ust, z każdym oddechem coraz mocniej odczuwając bukiet wina, aż wreszcie zakosztował go na języku, opuszki palców mocniej dociskając do delikatnego, kruchego szkła.
Machinalnie skinął głową, przyjmując kolejne słowa Deirdre w milczeniu. Brwi lekko uniosły się ku górze, gdy padł komentarz wobec rodowego symbolu Parkinsonów, ale i to przemilczał. Nie mogła mieć pojęcia, dla kogo suknia ta była i dlaczego znalazł się tam właśnie ten symbol. Ciekawość jednak sięgnął dalej i mocniej, a pytanie, wręcz zawoalowana prośba o komentarz, prawie natchnienie, stała się faktem, przed którym nie mógł uciec. Zamiast własnej odpowiedzi, ponownie skinął głową i wreszcie odsłonił warstwy lekkiego, zwiewnego materiału, które nadawały dołowi sukni wręcz przesadnej objętości na papierze. Sięgnął za to po inną kartę i skreślił kilka uwag staranną kursywą, a nieco wyżej nakreślił kilka linii mających zapewne stworzyć podstawę do nowej sukni, ledwie jednym uchem wsłuchując się w komentarz dotyczący lokalnych talentów i angielskich debiutantek baletu.
Może powinienem więc wybrać się na najbliższe przedstawienie? — Zapytał uprzejmie, powoli zabierając się do składania zabranych ze sobą rzeczy w jeden stos, o którego prywatność znacznie łatwiej było zadbać. — Nie, nie, dziękuję za poświęcony czas, madame. Doczytam najnowszy horoskop i jeszcze chwilę tu zabawię, ale z całą pewnością dziś już nie będę potrzebował niczego więcej. — Odpowiedział na postawione przed nim pytania tonem, który jasno miał sugerować, że Edward nie miał w sobie większego zainteresowania dalszą konwersacją. Z powrotem sięgnął po Czarownicę i zaczął przekładać kolejne karty magazynu, odszukując miejsca, w którym skończył.


I walk, I talk like I own the place
I play with you like it's a game
Edward Parkinson
Zawód : krawiec, projektant
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Wild things that turn me on
Drag my dark into the dawn
OPCM : 2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9457-edward-parkinson-budowa#288270 https://www.morsmordre.net/t9541-czarus https://www.morsmordre.net/t9540-rece-drza-gdy-zbieram-twoja-miare#290099 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t9572-skrytka-nr-2183 https://www.morsmordre.net/t9573-edward-parkinson#291128
Re: Restauracja [odnośnik]08.04.22 12:30
- Nie znam niestety szczegółów, znajomość sekretów krawieckiego kunsztu wykracza znacznie poza posiadaną przeze mnie wiedzę - odparła swobodnie, wyjątkowo łatwo przyznając się do braku wszystkich informacji. Długo traktowała kwestie rzemieślnicze nie tyle z pogardą, co z obojętnością, nie przykładając wagi do drobiazgów architektury, meblarstwa czy nawet ubioru. Przez wiele lat ubierała się skromnie i z klasą, w Wenus - dawała się przebierać niczym naturalnych rozmiarów lalka lub bezwolny manekin, dopiero teraz, w La Fantasmagorii, mogąc pozwolić sobie na więcej dzięki protekcji - i galeonom - Rosiera, zaczynała doceniać przyjemność płynącą z wysokiej jakości materiałów, z weluru, aksamitu i jedwabiu oblekającego jej ciało. Potrafiła więc zrozumieć blask w oczach Edwarda, zaintrygowanego procesem powstawania quipao. Mogłaby zapytać, czy nie chce dotknąć rękawa sukni, przesunąć opuszkami palców po delikatnym splocie - lecz nie chciała przekraczać tej granicy. - Moja rola ograniczyła się do przymiarek. Reszta - jest dla mnie zagadką. Mogę jednak podać lordowi namiary na krawca, który uszył i sprowadził materiał do quipao - poprawiła go lekko w wymowie, sama operowała ledwie na podstawach języka chińskiego, lecz przywołanie akceptowalnego akcentu w artykulacji nazwy sukni nie stanowiło większego problemu.
Tak samo jak dalsze akceptowanie z uśmiechem brutalnie szczerych wypowiedzi Edwarda. Kąciki ust nie opadły, zęby nie zacisnęły się w niezadowolonym trzasku, pozostawała uprzejma i profesjonalna, choć trudno było słuchać o istnieniu grupy, która podejrzliwie odnosiła się do obecności pół-Azjatki w magicznym balecie. Parkinson miał na myśli jej pochodzenie, oczywiście, że tak, nie aluzjował przecież, że chodzi o dawnych gości Wenus, rozpoznających w westalce la Fantasmagorii dawną pracownicę luksusowego burdelu. - Myślę, że to kwestia przyzwyczajenia. Wkrótce zaakceptują moją obecność, z każdym tygodniem spotykam się z częstszymi oznakami nie tylko szacunku, ale i sympatii. Początkowo to, co nowe czy obce, zawsze razi niektóre...bardziej zamknięte grupy - skomentowała powoli, elegancko, nie wdając się w pyskówki i krytykę wspomnianych przez szlachcica elementów konserwatywnego społeczeństwa. Zdawała sobie sprawę, że pod pozorami zachwytu egzotyką kryje się często ksenofobia, a słodkie komplementy, padające z ust gości baletu, w kuluarach zastępowane są nieprzychylnymi szeptami. Plotki rządziły artystyczną śmietanką towarzyską, zaakceptowała to, niekiedy korzystając nawet z zaintrygowania, jakie wzbudzała swoją skośnooką ekstrawaganacją. Nieważne, jak mówią, ważne, by być na językach wszystkich wpływowych członków elity. Deirdre zgadzała się z tym powiedzeniem połowicznie, nie zniosłaby złych recenzji albo nieuzasadnionej krytyki baletu, dlatego robiła wszystko, by stać się szarą eminencją, dobrym duchem tego miejsca, a nie główną gwiazdą. Jak do tej pory: wychodziło jej to więcej niż dobrze. Głównie z powodu wytrzymałości, której nauczyło ją Wenus. Z promiennym uśmiechem przyjmowała nawet najzjadliwsze żarty czy największe przeciwności losu. Znoszenie humorów lorda Parkinsona nie znajdowało się nawet w pierwszej setce wyzwań, przed którymi musiała stanąć madame Mericourt.
- Oczywiście, obecność lorda na widowni byłaby zaszczytem dla La Fantasmagorii i występujących na deskach naszej sceny artystów - powiedziała, chyląc nieco głowę. - Chętnie prześlę lordowi specjalne zaproszenie. Wspaniale byłoby, gdyby zdołał lord pojawić się na występie ze swoją siostrą. Lady Odette to wyjątkowa czarownica, a jej miłość do piękna nie ma sobie równych - kontynuowała uprzejmie, mając nadzieję, że Odetta nigdy nie wspomni bratu o haniebnym zachowaniu Mericourt w Domu Mody Parkinsonów. Mogłoby to wpłynąć boleśnie na opinię o Deirdre, a także sprowadzić na nią podejrzliwe niezadowolenie Tristana. - Ja również dziękuję za pełną inspiracji rozmowę. W razie jakichkolwiek dodatkowych problemów, proszę mnie przywołać - pożegnała się z Edwardem skinieniem głowy, rada, że udało się jej załagodzić niezadowolenie szlachcica. Wydawał się spokojniejszy, bardziej stabilny niż przed kwadransem - chciała wierzyć, że to jej aura tak na niego wpłynęła, choć wpływ wykwintnych przekąsek i idealnie dobranego wina był również istotny. Powoli podniosła się z krzesła, poprawiając suknię, po czym opuściła restaurację, dopiero za drzwiami pozwalając sobie odetchnąć z ulgą. Nie było łatwo konwersować z kimś tak pewnym siebie, lecz miała wrażenie, że wyszła z tej nieoczywistej konfrontacji z twarzą.

| ztx2


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : 40
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 61
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Restauracja
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach