Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]27.10.17 14:04
First topic message reminder :

Salon

To ładny, przytulny i widny pokój z kominkiem, kanapą oraz regałami pełnymi książek, więc pełni też rolę niewielkiej biblioteczki. Zazwyczaj jest tu ciepło, to idealne miejsce do wypoczynku a także spotkań. Siostry Leighton odnowiły jego wystrój i nadały mu nieco bardziej współczesnego wyglądu, wymieniając stare, przeżarte przez mole zasłony, dywan, kanapy i fotele na nowsze i w lepszym stanie. Salonik jest utrzymany w jasnozielonych barwach, a nad kominkiem wisi magiczny ruchomy pejzaż przywieziony z ich rodzinnego domu w Tinworth.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton

Re: Salon [odnośnik]28.08.18 17:08
The member 'Charlene Leighton' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 50
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salon [odnośnik]02.01.19 21:01
| 80/220, -40 [ -45 (psychiczne), -100 (zatrucie), 15 (tłuczone) ]

Wyszczerzyłem się do Jackie uśmiechem pełnym zarówno zadowolenia jak i bólu. Wcześniej nie myślałem, że tak absurdalne mieszanki były w ogóle możliwe, jednak żyje jak zwykle weryfikowało moje poglądy.
- Tak więc - urwałem kaszląc i dławiąc się resztkami trucizny drapiącymi w gardle - zapraszam do tańca - głupi czas na głupie żarty, ale może to właśnie był właściwy sposób postępowania? Rozpraszanie uwagi, zajęcie się czymś innym niż tragicznie potłuczone zdrowie i zabijające poczucie bezsilności oraz zawodu? Charlene natomiast była w tym momencie jedynym racjonalnym - w porównaniu do topornych żartów - światełkiem w obliczu całej dramaturgii dzisiejszego dnia. A która to dramaturgia wcale nie miała się ku końcowi, nie zmierzając odpuścić nam nawet teraz.
Nie wiedziałem skąd, jednak dokładnie poczułem kiedy zaklęcie w nas uderzyło. Porywisty wiatr zrzucił nas z sofy niczym suche liście, obijając i zrzucając razem na stertę niczym szmaciane lalki. Poczułem dotkliwy ból z ramieniu, który musiałem zahaczyć o mebel, na którym jeszcze chwilę temu wygodnie siedziałem. Chwilę zajęło mi zarejestrowanie tego, co się stało. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem jednak uwagę był ciepły oddech Jackie owiewający moją twarz. Zrozumienie w jak niefortunnej pozycji zajęło mi zdecydowanie więcej czasu - dokładnie tyle, ile Jackie potrzebowała, żeby nazwać mnie pajacem.
- P-przerrpraszam? - wybąkałem w odpowiedzi na syk aurorki, orientując się jak bardzo ta pozycja była niefortunna, kiedy poczułem gdzie spoczywają ręce przygniatającej mnie do Jackie Charlene. Kiedy tylko alchemiczka zeskoczyła ze mnie jak oparzona przeturlałem się na bok, pokładając na plecach obok Rineheart, całkowicie niepoprawnie zarumieniony. Na szczęście zarumieniony - krew poszła w policzki, a nie gdzie indziej. Tego poziomu niezręczności bowiem bym już chyba zwyczajnie nie zniósł - na samą myśl moje włosy przybrały lekko rudawy odcień, jeszcze trochę i można by mnie pomylić z jakimś Prewettem albo Weasleyem.
- Nic się nie stało, Charlene, ciężko... przewidzieć jak zadziała... anomalia - powiedziałem tak bardzo neutralnie, jak byłem w stanie, dwa razy zmuszony jednak do zrobienia krótkiej przerwy an kaszel. Tym razem poza cierpieniem słyszalne było w tym prostym fizjologicznym procesie bezbrzeżne zawstydzenie. Z jękiem i cichym stęknięciem podniosłem się do pozycji siedzącej, żeby następnie wczołgać się jakoś na sofę. Wyciągnąłem rękę w kierunku Jackie, oferując jej pomoc we wpełznięciu z powrotem na miękkie siedzisko - lecz szczerze powątpiewałem, że zdecyduje się skorzystać z mojej pomocy.
Na słowa panny Leighton odwróciłem się w jej kierunku, kiwając głową. - Jeżeli byś go przyniosła... to będziemy wdzięczni... i na pewno dotrwamy - wydusiłem z siebie, po czym zaniosłem się gwałtowniejszym kaszlem, przyciskając lewą, bliznowatą dłoń do ust. - Mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca - wysapałem do Jackie, kiedy w końcu złapałem oddech. Gdy Charlene wróciła i postawiła przede mną eliksir podziękowałem jej jedynie skinieniem głowy, po raz kolejny walcząc z falą duszności. Kiedy w końcu ustąpiła wziąłem fiolkę w smukłe palce i ostrożnie odmierzyłem odpowiednie porcje do dwóch szklanek, po czym jedną z nich podsunąłem pannie Rineheart.
- Na zdrowie - mruknąłem, unikając spojrzeniem jej twarzy. Mimo, że nie miałem wpływu na odruchowe wyciągnięcie przed siebie rąk w momencie upadku to tak czy siak czułem się winny wprawieniu jej w jakikolwiek możliwy rodzaj dyskomfortu. Wychyliłem Czyścioszka do dna, jednym duszkiem.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Salon - Page 3 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Re: Salon [odnośnik]14.09.19 11:58
22 III

Zaniepokoił ją swoim listem, zdawał sobie z tego sprawę, jednak musiał się z nią skontaktować, aby poprosić o spotkanie. Nie bez powodu zasugerował, iż cała rozmowa powinna odbyć się w domowym zaciszu. To był bardzo łatwy sygnał do odczytania. Listowna odpowiedź, którą dostał, zmartwiła z kolei jego. Młoda alchemiczka szybko pojęła, z jaką sprawą zamierza do niej przybyć. I zapewne przeczuwała, że nie ma dla niej dobrych wieści. Od połowy grudnia próbował pomóc przy sprawie zaginięcia młodszej siostry Charlene, jednak wydawało się, że zbyt wiele czasu minęło od momentu jej zniknięcia. Szanse na odnalezienie jej malały z każdym dniem, a ludzie z Patrolu Egzekucyjnego, którzy się tą sprawą zajmowali, mieli sporo podobnych spraw. Teczka z aktami dotyczącymi osoby Very Leighton wylądowała w jednej z głębokich szuflad i była wyciągana tylko wtedy, gdy zjawiał się Kieran i próbował dopytywać o postępy. Jego pytania zaczęto brać bardziej poważnie, kiedy został mianowany Szefem Biura Aurorów.
Przełom nadszedł po ustaniu zimy. W marcu śnieżne zaspy zaczęły stopniowo topnieć, aby ostatecznie zniknąć całkiem, niektórych pozostawiając z wrażeniem, że nigdy ich nie było. Czasem ludziom tak łatwo było zapominać o strasznych rzeczach, jeśli tylko nie zaznali ich sami. Wszyscy bez przeszkód mogli używać magii, więc przestali roztrząsać inne problemy. Topniejący śnieg odsłonił nie tylko grunt i coraz bardziej zieleniącą się trawę. Po odwilży odnaleziono również zwłoki – rozszczepione ciało, na którym odnaleziono resztki czarnej magii. Dopiero po dokonaniu sekcji koroner stwierdził, że nie ma ani jednego śladu na ciele, który mógłby świadczyć o zastosowaniu zaklęcia. Nie było też żadnych pośmiertnych śladów świadczących o zastosowaniu trucizny lub wpływie klątwy.
Twarz w dużej mierze uległa rozszczepieniu, dlatego identyfikacja musiała odbyć się na podstawie znalezionych przy ofierze przedmiotów. Na szyi miała łańcuszek z medalionem, na jednym z palców pierścionek. W mocnym uścisku martwa czarownica trzymała jeszcze różdżkę. Czy swoją?
Lavender Hill wieczorową porą wydawało się tak bardzo spokojne. Rineheart stanął przed drzwiami odpowiedniego domu, dobrze wiedząc, że zmąci spokój tylko jednej osoby mieszkającej przy tej londyńskiej ulicy. Ta wizyta nie mogła być przyjemna, ale musiał ją złożyć. Nie mógł już dłużej zwlekać, jeśli chciał dopełnić wszystkich formalności związanych z prowadzonym dochodzeniem. Moment wysłania listu odłożył o dwa dni, choć na jego biurku już leżała ekspertyza stanowiąca jasny dowód, że znaleziona przy zwłokach różdżka należała do Very Leighton. W kieszeni płaszcza schowana była znaleziona również biżuteria.
Wreszcie zapukał do drzwi, aby oznajmić swoje przybycie.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.


Ostatnio zmieniony przez Kieran Rineheart dnia 14.10.19 17:00, w całości zmieniany 1 raz
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Salon [odnośnik]14.09.19 14:40
Gdy wczoraj wieczorem otrzymała list od pana Rinehearta, ugodziło w nią złe przeczucie. Być może było to irracjonalne, ale gdy odczytała krótką wiadomość zdała sobie sprawę, że mogło chodzić o Verę. Bo przecież gdyby chodziło tylko o eliksiry, pan Rineheart zapewne zakomunikowałby to w bardziej bezpośredni i mniej stresujący sposób, pytając ją, czy nie może czegoś dla niego uwarzyć lub wyłuskać ze swoich zapasów. Gdy ktoś z Zakonników chciał od niej mikstur, zazwyczaj wspominał o tym w liście, nie prosił lakonicznie o spotkanie w bezpiecznym miejscu. Oczywiście mogło być i tak, że pan Rineheart, jako auror z długoletnim stażem i w dodatku od niedawna szef całego Biura, był bardziej ostrożny i paranoiczny i nawet o eliksirach wolał nie wspominać w liście, ale choć próbowała się takiej myśli trzymać, głosik w głowie szeptał jej, że to może chodzić o Verę. Wciąż pamiętała tamtą rozmowę jeszcze w grudniu, kiedy auror zaoferował swoją pomoc i rozejrzenie się, czy gdzieś nie wypłynęły informacje na temat jej siostry. Ufała mu na tyle by wierzyć, że rzeczywiście próbował się czegoś dowiedzieć, w końcu Vera, bądź co bądź, również była członkinią Zakonu Feniksa.
Co, jeśli rzeczywiście się czegoś dowiedział? Miała nadzieję na dobre wieści, ale – czy wtedy auror nie napisałby jej od razu, że Vera żyje i jest cała, że znalazła się i czeka na nią? Jej dłoń drżała wyjątkowo mocno, gdy próbowała skreślić odpowiedź, parę razy prawie łamiąc przy tym pióro, gniotąc pergamin i robiąc na nim kleksy. Ale nie miała głowy do przepisywania tego na czysto, przywiązała rulonik do nóżki Moly i wypuściła ją w mrok późnego wieczora, a potem została sama ze swoimi myślami.
Nie potrafiła zasnąć. Kręciła się z boku na bok, raz za razem analizując w myślach treść listu i swojej odpowiedzi. Może pospieszyła się z bezpośrednim pytaniem o Verę, może chodziło tylko o eliksiry i niepotrzebnie tak się zdenerwowała i czarnowidziła? Może jutro miało się okazać, że tą pilną sprawą jest jakaś wyjątkowo trudna mikstura, a nie coś powiązanego z zaginioną siostrą? Wtedy na pewno poczułaby ulgę, ale nie do końca. Bo przecież jej niepokój miał trwać tak długo, jak długo nie usłyszy wieści o siostrze. Jakichkolwiek, dobrych lub złych.
W końcu, po paru godzinach wiercenia się w pościeli zmorzył ją sen, a rankiem udała się do Munga z podkrążonymi z niewyspania oczami, wciąż w stresie przed czekającym ją po południu spotkaniem z aurorem. Choć starała się skupić na pracy, to myśli regularnie uciekały w stronę otrzymanego listu, zaginionej siostry i perspektywy rozmowy. Ręce wciąż jej się trzęsły z podenerwowania, co w połączeniu z tym, że była chorobliwie blada i miała pod oczami głębokie cienie sprawiło, że odesłano ją do domu wcześniej.
Wróciła więc do domku na Lavender Hill, gdzie nie umiała się skupić nawet na czytaniu książki. Za żadne eliksiry nawet się nie brała, więc tylko nakarmiła koty, a potem usiadła przed kominkiem na kanapie, pozwalając by czterej futrzaści towarzysze usadowili się obok niej. Obecność kotów uspokajała wewnętrzny niepokój; od czasu zaginięcia Very często była podenerwowana, zwłaszcza gdy coś przypomniało jej o siostrze, ale list Kierana sprawił, że niepokoje przybrały na sile.
Czy to dziś miał być ten dzień, którego przez ostatnie pięć miesięcy tak się bała? Czy może niedługo poczuje wielką ulgę, słysząc że pan Rineheart chce tylko zamówić jakiś trudny eliksir na użytek jakiejś misji? Wszystko miało okazać się, gdy auror przybędzie.
Gdy usłyszała pukanie, zbyt głośne i mocne jak na jej sąsiadkę, która czasem ją odwiedzała, podskoczyła tak nerwowo, że zrzuciła na ziemię kota, który siedział jej na kolanach. Zwierzę miauknęło z wyrzutem, a Charlie na drżących nogach podniosła się, prawie potykając się o innego z czterech kotów. Ruszyła w stronę wejściowych drzwi, mając wrażenie, jakby jej dom magicznie się powiększył, bo droga zdawała się wydłużać i wcale nie przybliżać jej do drzwi.
Ale w końcu się przy nich zatrzymała i wyjrzała przez wizjer. Za progiem czekał auror we własnej osobie. Drżącymi z coraz większego zdenerwowania dłońmi odblokowała łańcuch i otworzyła zamek, nieśmiało wyglądając zza drzwi. Na zewnątrz zaczynała się wiosna, śniegi stały się wspomnieniem, ale nie zwracała w tej chwili większej uwagi na świeżo zieleniącą się trawę i pierwsze pączki roślinności. Jej wzrok skoncentrował się na twarzy mężczyzny, z której próbowała odczytać jakiekolwiek emocje, pozytywne lub negatywne.
- Ja... eee... Proszę wejść – wymamrotała po kilku sekundach, przesuwając się i wpuszczając go. Zamknęła za nim drzwi. Jej ruchy nadal były nieco chaotyczne, zdradzające zdenerwowanie. – Może... przejdziemy do salonu? – zaproponowała. Cokolwiek chciał jej powiedzieć nie powinni rozmawiać w progu. Poprowadziła go więc do niedużego, ale przytulnego salonu wypełnionego kotami.
Zawahała się, ale wciągnęła powietrze i odwróciła się z powrotem w jego stronę, zbierając się w sobie. Cokolwiek miało się wydarzyć musiała się z tym zmierzyć.
- Proszę mi powiedzieć, panie Rineheart, bo już dłużej nie zniosę tej niepewności. Chodzi o eliksiry? Czy może... o Verę? Od pańskiego listu nie opuszczają mnie myśli, że... że może pan chce się spotkać właśnie tutaj, bo... bo chodzi o nią.
Nie umiała się tej myśli wyzbyć. Intuicyjnego przekonania, że to nie eliksiry, a coś gorszego skłoniło go, by napisać tak tajemniczy list i poprosić o spotkanie w jej domu, obłożonym jeszcze przez Verę ochronnymi zaklęciami.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]18.09.19 22:53
Oczekiwał i jednocześnie obawiał się chwili, w której drzwi otworzą się przed nim, aby mógł w końcu przekroczyć próg spokojnego domostwa. Doczekał tego momentu i wówczas ujrzał oblicze Charlene, które nie taiło przed nim żadnych emocji. Widział dokładnie malujące się na młodej twarzy zmęczenie i niepewność, tę przemożną trwogę o osobę najbliższą, co paraliżowała całkowicie. Sam doświadczył tego samego przerażenia, ale jednocześnie uniknął dobitnej straty. Był w stanie znieść samotność, a przynajmniej wciąż w to wierzył, jednak ostateczność śmierci mroziła mu krew w żyłach. Pozwoliłby Jackie odejść daleko, jeśli tylko miałby pewność, że żyje gdzieś na świecie zdrowa i szczęśliwa. Choć raz nie kierowałby się własnymi ambicjami, którymi stłamsił swoją rodzinę. Wszystko przez to, że zabrakło naturalnej przeciwwagi dla tej jego krzykliwej stanowczości, kiedy ukochana żona odeszła z tego świata zbyt młodo i nagle.
Nie wiedział jednak czym jest życie w niepewności. Trwanie w jednej wielkiej niewiadomej przez brak wiedzy o tym, co dzieje się z bliską osobą, gdzie podziewa się w danej chwili, czy jeszcze żyje. Czasem wydawało mu się, że syn, który opuścił rodzinny dom po jednej z licznych kłótni, nigdy tak naprawdę nie istniał. W pewnych chwilach, kiedy niewygodne prawdy z dawnych lat znów do niego powracały, nawet sobie wmawiał, że nigdy nic złego się nie wydarzyło. Zawsze ważniejsza była praca – ciągła gonitwa za najgorszą kategorią zwyrodnialców. Łatwiej było skupić myśli na kolejnych celach niż żyć przykrą przeszłością. Pięknych akcentów, które były w stanie wywołać jeszcze jego uśmiech, było tak niewiele. To rzeczywistość stawała się oraz bardziej mroczniejsza, nawet jeśli udało im się przezwyciężyć złowieszcze anomalie. Czy działanie Zakonu Feniksa to wciąż było za mało, aby rozpędzić mrok?
Ciężar odpowiedzialności nieustannie spoczywał na jego ramionach, lecz uparcie nie dawał mu się przygnieść Wziął dyskretnie kolejny wdech i wkroczył do środka, nie potrafiąc wypowiedzieć na początku zwykłego powitania. Próbował zachować milczenie jak najdłużej się da. Tylko skinieniem głowy odpowiedział na propozycję przejścia do salonu. Jasnozielone barwy wydały mu się kojące, ale nie na tyle, aby przezwyciężyć nadchodzącą rozpacz. Był pewien, że nie uniknie kobiecych łez, a nie potrafił sobie z nimi radzić. Nie był z niego żaden pocieszyciel, to inna rola dziś mu przypadła.
Wybacz, że tak bardzo zaniepokoiłem cię wczorajszym listem – musiał go jednak napisać, skoro tak zależało mu na tym, aby spotkanie odbyło się w jak najbardziej dogodnych okolicznościach. Zbyt dobrze wiedział, jak przekazywanie strasznych wieści odbywa się w ministerialnych warunkach. Chciał jej tego oszczędzić, choćby przez wzgląd na pamięć o zmarłej. Miał też kilka pytań, które chciał zadać, choć raport koronera zdążył już rozwiać niektóre jego wątpliwości. Tylko nie miał żadnej gwarancji, że młoda alchemiczka będzie chciała z nim rozmawiać. – Tak, chodzi o Verę – potwierdził jej przypuszczenia, nie spuszczając czujnego spojrzenia z twarzy przyjmującej go w swych progach gospodyni. Nie chciał dłużej trzymać ją w niepewności, ale nie potrafił też tak po prostu zadać ciosu siostrzanemu sercu. Pamiętał jeszcze dawne łzy Poppy, kiedy przekazywał jej wieści o śmierci kuzyna.
Wyjął z kieszeni płaszcza łańcuszek z medalionem i pierścionek, aby podać pozostałą po ofierze biżuterię jej krewnej. Jeszcze się łudził, że być może Charlene nie rozpozna tych przedmiotów i da to podstawę do prowadzenia dalszych poszukiwań jej siostry. Ale tyle rzeczy się zgadzało. Znalezione ciało wiekiem i posturą pasowało do opisu Very, różdżka również należała do niej.
Czy rozpoznajesz te przedmioty? – spytał z należytą powagą i dużym spokojem, pragnąć okazać jak najwięcej szacunku w tak trudnej chwili. Tak wiele zależało od tej jednej odpowiedzi. Znów może zapłonąć nikła nadzieja lub czyjś świat może runąć.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Salon [odnośnik]18.09.19 23:58
Trudno było ukryć to, co dręczyło ją od pięciu miesięcy, a teraz, w obliczu tego, że wreszcie miała poznać jakiekolwiek wieści, wypłynęło na światło dzienne. Przez te wszystkie dni zmieniające się w tygodnie, a potem miesiące starała się uciekać w pracę lub naukę, zajmować swój umysł na tyle mocno, by nie miał czasu ani sił na pogrążanie się w ponurych myślach. Zawsze była raczej optymistką, ale jednak odkąd zaginęła Vera, racjonalizm kazał jej brać pod uwagę fakt, że siostra nie musiała przeżyć spotkania z anomaliami. Że im więcej minęło czasu od jej zniknięcia, tym bardziej malały szanse na pomyślne rozwiązanie sprawy i powrót siostry całej i zdrowej. O zbyt wielu nieszczęśliwych finałach takich spraw słyszała, by o nich nie myśleć. Nawet w obrębie Zakonu Feniksa nie wszyscy pozostawali żywi, kilku towarzyszy, których pamiętała ze spotkań, miało już nigdy nie wrócić.
A przecież Vera wróciłaby, gdyby tylko mogła. A gdyby była ranna, to w magicznym świecie leczenie ran nie trwało aż tak długo. Gdyby zaś trafiła do Munga, wiedziałaby o tym już dawno temu. Mogła też stracić pamięć, ale czy ktoś by jej już nie znalazł, gdyby była żywa, tylko bez wspomnień? Błąkająca się po ulicach młoda kobieta na pewno zwróciłaby czyjąś uwagę.
Niemniej jednak nadzieja umierała ostatnia, więc starała się wymyślać coraz to nowe uzasadnienia tego, gdzie Vera mogła być. Nie chciała pozwolić, by te ponure, nawet jeśli racjonalne myśli, rozgościły się w jej głowie na dłużej.
Jej serce waliło o żebra jakby próbowało wydostać się z więżącej je klatki. Trzęsące się dłonie stały się nieco wilgotne ze zdenerwowania, a usta drżały, kiedy wpuściła mężczyznę i skierowała do niego pierwsze słowa, witając go i zapraszając do salonu. Niby coś tak normalnego, ale jednak czuła, że nie jest to zwykłe spotkanie.
Nie zazdrościła aurorom i innym pracownikom służb tego, że czasem musieli wcielać się w taką niewdzięczną rolę i odwiedzać rodziny zaginionych lub ofiar różnych przykrych spraw. W Mungu to spoczywało na uzdrowicielach, którzy czasem musieli powiedzieć komuś, że niestety nie udało się uratować jego bliskiego, ale Charlie, jako alchemiczka, siedziała zamknięta w pracowni i nie stykała się z pacjentami ani ich rodzinami bezpośrednio. Od znajomych uzdrowicielek wiedziała jednak, jak to wygląda z ich strony i cieszyła się, że ona nie musi nikomu przekazywać złych wiadomości.
Ale liczyła się z tym, że ktoś może przekazać złe wiadomości jej, co niestety było w ostatnich czasach częstym finałem zaginięć, chociaż tak bardzo pragnęła, żeby Vera znalazła się wśród tych mających nadal szansę na bezpieczny powrót.
Pan Rineheart był konkretny. Ale w tym przypadku może to i lepiej, nie chciała zbytnio przeciągać swojej niepewności, a poznać prawdę możliwie szybko. To jak z odrywaniem opatrunku, lepiej było to zrobić szybko i sprawnie, ale czy na pewno zminimalizowałoby to jej cierpienie?
Spojrzała na mężczyznę z wahaniem, modląc się w duchu, żeby się myliła i żeby chodziło tylko o eliksiry, jednak auror potwierdził, że chodziło o Verę. Przełknęła głośno ślinę, drobne dłonie bezwiednie na moment zacisnęły się i znowu rozluźniły.
- Miałam nadzieję, że może niepotrzebnie się martwię i to tylko eliksiry, ale... jakoś tak czułam, po tym liście... że pan już coś wie. – Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego. Może to podszept intuicji, wyczulonej na coś, co dotyczyło jej siostry. Może nadinterpretowała pewne fakty, zakładając że o eliksirach napisałby wprost, ale okazało się, że przeczucia jej nie myliły.
Chodziło o Verę.
Patrzyła, jak mężczyzna wyciąga coś z kieszeni płaszcza. Biżuteria zamigotała na jego dłoni, a potem trafiła w ręce Charlie. Spojrzała na naszyjnik i pierścionek. Znała te przedmioty, oczywiście że je znała. Naszyjnik był prezentem od ojca na siedemnaste urodziny, młodsza Leightonówna miała podobny, choć nie zawsze nosiła. Pierścionek kupiła jej sama w antykwariacie na Pokątnej, uznając że ta dość stara, choć niezbyt kosztowna błyskotka spodoba się Verze. Spodobał jej się, kiedy akurat buszowała tam w poszukiwaniu jakichś interesujących książek i postanowiła dorzucić go do krótkiej listy zakupów, by spontanicznie sprawić siostrze prezent.
- To... to Very. Miała to na sobie... tamtego dnia – wyszeptała ledwie słyszalnie, a krew odpłynęła jej z twarzy. – Skąd pan to ma? – zapytała nagle, a jej głos drżał coraz mocniej. – Czy ona...? – nie potrafiła tego dokończyć, ale niewypowiedziane pytanie zawisło między nimi w przestrzeni. Dłoń lekko zacisnęła się na chłodnej biżuterii, którą ostatni raz widziała tamtego poranka w połowie października, gdy po wspólnie zjedzonym śniadaniu wyszła do pracy, a kiedy wróciła, Very nie było i nie pojawiła się w żadnym z kolejnych dni.
Jej nogi stały się dziwnie miękkie, jakby mogły się zaraz pod nią ugiąć, ale spojrzenie zielonych jak u kota oczu wbiło się w twarz Kierana. Nawet jej koty umilkły i nie wydały z siebie żadnego dźwięku, jakby ciężka, nieznośna atmosfera podziałała i na nie. Dla Charlie zresztą wszystko wokół równie dobrze mogło przestać istnieć. Była tylko ona, auror i przedmioty, które trzymała w dłoni, własność jej siostry, która z jakiegoś powodu została od niej oddzielona. Dlaczego? Czy to dlatego, że Vera już nie żyła? Czy może znaleziono je gdzieś zgubione, może w gruzach budynku, w którym zniknęła?




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]20.09.19 14:09
Nerwowość alchemiczki była jak najbardziej zrozumiała. Kieran nie potrafił odmówić jej prawa do tego, aby czuła całą sobą różne emocje, choć wobec aurorów nigdy nie miał przed tym żadnych oporów. To był dopiero początek drogi przez mękę, a wydawało mu się, że Charlene już się rozsypuje. Unikał jeszcze powiedzenia tego, co tak właściwie wie, nie chcąc niczego czarownicy sugerować. Po oddaniu w jej ręce biżuterii począł uważnie przyglądać się jej twarzy, dzięki czemu dostrzegł błysk rozpoznania w jej oczach. Czekał jednak na jej werdykt, który ostatecznie potwierdzi lub rozwieje wszystkie przypuszczenia, umocni lub obali poczynione już założenia. Przyjął milczącą postawę, twardo stojąc w ciepłym salonie, ale nie próbował walczyć z przygarbionymi ramionami. Nigdy nie należał do osób naiwnych, a jednak gdzieś w głębi jego duszy tliła się jeszcze nadzieja, że być może zbyt wcześnie przypisali tożsamość do martwego ciała, idąc po najmniejszej linii oporu. Wszystko wydawało się do siebie pasować, ale to mogło być przecież tylko złudzenie i to bardzo krzywdzące, jeśli z czasem okazałoby się, że przez zaniedbanie doszło do pomyłki.
Odpowiedź w końcu nadeszła. Słowa wydobyły się z ust panny Leighton i były właściwie ledwo słyszalne, jednak dla Kierana w tej spokojnej przestrzeni były niczym armatni huk. Tylko na ułamek sekundy uciekł spojrzeniem gdzieś w bok, ale to był w jego przypadku tak bardzo oczywisty sygnał. – Bardzo mi przykro, Charlene – nie wyprzedzał tym zdaniem nadejścia złych wieści zbyt często. W ten sposób jako pierwszy złożył kondolencje i nie był pewien, jak właściwie powinien się z tym czuć. Musiał jednak określić powód odczuwalnego nawet przez niego smutku. Przymierzał się do zadania ostatecznego ciosu. Zbliżył się do czarownicy, przeczuwając, że może nadejść chwila słabości lub atak histerii. Rodziny zmarłych różnie reagowały. Podtrzymał ją za ramię, nie chcąc, żeby upadła. Już teraz była cała blada z nerwów i wydawało mu się, że złamie się w pół, kiedy padną słowa zbyt straszne i bolące. – Vera nie żyje – powiedział to wreszcie, zachowując spokój i próbując zabrzmieć jak najbardziej łagodnie. Nagle jego zawodowa beznamiętność rozpłynęła się, do wypowiedzi wdarł się cień żalu. Choć nie znał dobrze młodszej z sióstr, to jednak wiedział, że dziewczyna miała dobre serce, również waleczne, skoro nie wahała się dołączyć do Zakonu i działać w niespokojnych czasach. Stała się jedną z ofiar anomalii, które zebrały zbyt wielkie żniwo. Wszystko przez czarnomagiczne praktyki jednego szaleńca, na którego miejsce czyhał już kolejny potwór.
Jak mógłby uśmierzyć jej ból? Nawet gdyby znał na to sposób, prawdopodobnie nie potrafiłby go wdrożyć. Po latach ścigania zwyrodnialców tylko czasem odzywały się w nim resztki wrażliwości. Wciąż potrafił współczuć, ale nie chciał identyfikować się z żałobnikami. Lecz tym razem nie chodziło o całkowicie obcą mu osobę. Teraz był świadkiem cierpienia, które w jakiś sposób dotykało również jego. Ktoś z Zakonu Feniksa doświadczył straty. Ilu z nich jeszcze padnie? Jak wiele jeszcze będą musieli poświęcić, aby odmienić ten świat i rozgonić przerażający mrok?
– Gdy stopniały śniegi, na skraju jednego z angielskich lasów znaleziono zwłoki
– wyjawił jej prawdę o tym, jak ją znaleźli, choć wtedy jeszcze nikt nie wiedział czyje to ciało. Z jednej strony przemawiał spokojnie, z mniejszą stanowczością niż zazwyczaj, ale nie mógł do końca wyzbyć się fachowego żargonu, jakby znów mówił o bezimiennej ofierze. – Zidentyfikowaliśmy już różdżkę, która przy nich leżała. Ty zidentyfikowałaś biżuterię.
Oszczędził jej dalszych szczegółów, czekając na wyraźną prośbę z jej strony o to, aby ją z nimi zapoznał. Przyglądał się jej uważnie, zastanawiając się nad tym, jak powinien się zachować w takiej chwili.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Salon [odnośnik]20.09.19 22:10
Nie była aurorem, nikt nie trenował jej przez lata, by była silna, wytrzymała i panująca nad emocjami. Była tylko młodą kobietą, alchemiczką, która trzymała się z daleka od prawdziwych zagrożeń. Jej praca polegała na warzeniu mikstur w zaciszu alchemicznej pracowni, więc nigdy nie musiała wykształcić w sobie cech, jakie miały osoby realnie walczące ze złem. Jej siostra była dzielniejsza. Zawsze ją za to podziwiała, bo w sobie nie widziała zbyt wiele odwagi. Vera miała też zupełnie inny charakter, twardszy, mniej ufny niż miało to miejsce w przypadku łagodnej, nieco naiwnej i często zbyt miłej Charlie. Vera zawsze była paranoiczna i ostrożna za nie dwie, poczuwając się do roli chronienia młodszej siostry, zwłaszcza odkąd zamieszkały razem w Londynie. Łamiąc klątwy stykała się ze złem, czasem pojawiając się w różnych miejscach na zlecenie aurorów i nie tylko, by zdjąć klątwę z jakiegoś miejsca, osoby lub przedmiotu. Na pewno miała okazję widzieć niejedno, bo działanie klątw na ludzkie ciało nie mogło wyglądać przyjemnie. Charlie zawsze podziwiała w niej tę odwagę, upór i umiejętności, ale łamacze klątw, podobnie jak aurorzy, czasem żegnali się ze światem przedwcześnie. Zawsze trochę się tego bała i sama Vera uczulała ją na to, że pewnego dnia może nie wrócić, dlatego chciała by młodsza siostra była jak najbardziej niezależna i przygotowana psychicznie na to, że może zostać sama.
Czy teraz to miało się sprawdzić i jej ciągnąca się od pięciu miesięcy samotność miała stać się stanem permanentnym?
Wzięła do ręki biżuterię, oglądając ją niemal mechanicznie, a w jej spojrzeniu, zaraz po błysku rozpoznania, pojawił się strach. Vera nie porzuciłaby tych przedmiotów w przypadkowym miejscu bez ważnego powodu, a na pewno miała je na sobie w momencie, kiedy widziały się po raz ostatni. Żegnały się wtedy jak co dzień przed pracą, nie wiedząc że więcej się nie zobaczą.
Przez kilka dłużących się sekund wpatrywała się w twarz pana Rinehearta. A zaraz potem nadeszła odpowiedź, bardzo sugestywne słowa, które wypowiadało się wtedy, gdy mówiło się komuś o śmierci bliskiej osoby. Tak przecież robili to uzdrowiciele w Mungu. Tak zapewne robili to też aurorzy.
Tak bardzo mi przykro, Charlene. Vera nie żyje. Te słowa wwiercały się w jej umysł, przyginały jej ciało do ziemi, sprawiały, że grunt usunął jej się spod nóg. Czuła jakby spadała prosto w otchłań, i tylko uściskowi Kierana zawdzięczała to, że utrzymała się w pionie, choć jej nogi zaczęły dygotać i i tak groziło jej osunięcie się na kolana. Jednocześnie zacisnęła dłoń na naszyjniku i pierścionku, jakby chciała namacalnie poczuć bliskość swojej siostry, mieć w ręku coś, co należało do niej. W pierwszej chwili nie pomyślała o tym, że to, co właśnie trzymała, zostało zdjęte z martwego ciała Very. Liczyło się tylko to, że to było jej i stanowiło ostatnią linę namacalnie łączącą ją z siostrą.
Vera nie żyje.
A więc to prawda. Very nie było wśród żywych, intuicja słusznie kazała jej obawiać się tej rozmowy. Może tak naprawdę od dawna to przeczuwała, tyle że kurczowo i naiwnie czepiała się resztek nadziei na przekór rozsądkowi, bo tak bardzo chciała odzyskać siostrę żywą, całą i zdrową. Już raz przechodziła przez ten ból, kiedy pięć i pół roku temu umarła Helen. Mała, dziewięcioletnia Helen, którą we śnie zabrała niewykryta choroba. Był to ogromny cios dla całej rodziny, po którym nic już nigdy nie było takie samo. Charlie wyprowadziła się do Very, bo nie mogła psychicznie znieść panującej w domu atmosfery, tata pogrążył się w pracy, a mama w depresji, z której, choć zrobiła duże postępy, nie zdążyła się jeszcze w pełni wyleczyć, kiedy uderzyła w nią wiadomość o zaginięciu Very. Jak zareaguje więc na wieść o tym, że będzie musiała pochować drugie dziecko, bo Vera już nigdy nie wróci, nigdy nie wpadnie w biegu do rodzinnego domu na niedzielny obiad, znalazłszy wolną chwilę między kolejnymi obowiązkami klątwołamaczki?
Teraz w pierwszej chwili przypomniała sobie tamte dni, które nastały po śmierci Helen. Wiedziała że znów czeka ich wszystkich ten sam horror, ale przynajmniej już wiedzieli. Jedyną dobrą stroną tego wszystkiego było to, że będą już wiedzieć i ich niepewne drżenie o losy Very właśnie się zakończyło, choć skończyła się też nadzieja na jej bezpieczny powrót.
Nadzieja Charlie właśnie ze skowytem wyzionęła ducha i tak właśnie coś w jej życiu się skończyło, ten niewinny, beztroski etap nie naznaczony piętnem wojny. Teraz to wszystko dotyczyło i jej, bo anomalie zabrały jej siostrę.
Przez dłuższą chwilę po prostu milczała, starając się omdleć, nie osunąć na ziemię i nie rozsypać kompletnie. Wiele siły i wewnętrznej determinacji kosztowało ją utrzymanie się na nogach, choć oddech przyspieszył, a ramiona drżały od ledwie tłumionego szlochu, którego po chwili już nie potrafiła ukrywać. Rozpłakała się, tak po prostu się rozpłakała nie bacząc na to, że pan Rineheart patrzył. Po bladych policzkach zaczęły spływać łzy, kiedy te wszystkie emocje musiały znaleźć ujście w wyrazie czystej rozpaczy po utracie osoby, która była jej tak droga, może nawet najdroższa na świecie. Mimo znacznych różnic w charakterze i zainteresowaniach były przecież jak dwie połówki jednego jabłka. Doskonale się uzupełniały i znały się tak dobrze, jak nie znał ich nikt inny. Dzielił je tylko rok, więc całe życie były razem, nawet gdy w Hogwarcie Tiara umieściła je w różnych domach, a potem podjęły różne zawodowe ścieżki. To wcale ich nie rozdzieliło. A teraz czuła się, jakby wraz z Verą umarło także coś w niej, straciła coś bardzo ważnego.
Nie miała powodu, by mu nie wierzyć, choć przez chwilę miała ochotę zaprzeczać. Że to nie Vera, to nie mogła być ona. Jednak biżuteria należała do niej, różdżki tu nie było, ale na pewno istniały sposoby identyfikacji i że aurorzy na pewno by to sprawdzili w pierwszej kolejności. Biżuteria. Przypomniała sobie, że nadal ją trzyma, i że została ona znaleziona przy martwej Verze. Poluzowała uścisk, a naszyjnik i pierścionek wyślizgnęły się z jej dłoni na dywan, połyskując na nim smętnie. Przez chwilę wpatrywała się w to, ledwie widząc przez załzawione oczy, ale po chwili pociągnęła nosem i zmusiła się, by spojrzeć na aurora. Po policzkach spływały łzy, ale nie szlochała już tak histerycznie jak przed chwilą.
- Jak ona... umarła? Czy to była... anomalia? – zapytała nagle trzęsącym się od przejęcia i wcześniejszego płaczu głosem. Vera zaginęła przy anomalii, tak opowiedział jej Alexander. – I... kiedy?
Czy to możliwe, że leżała tak od października i nikt jej nie znalazł póki nie znikły śniegi? Czy może umarła niedawno i przez te wszystkie miesiąca żyła gdzieś nie wiadomo gdzie, nieodnaleziona przez tych, którzy mieli jej szukać? Charlie musiała poznać odpowiedź na to pytanie, dowiedzieć się, od jak dawna jej siostra nie żyła.
- Będę mogła ją zobaczyć? P-pożegnać? – Kolejne pytania opuściły jej usta, choć z drugiej strony bała się tego, jak Vera może wyglądać. Nie chciała pamiętać jej takiej, być może będącej w bardzo złym stanie. Chciała mieć w pamięci obraz żywej siostry. Szczęśliwej, oddanej swojej pasji Very, która do samego końca próbowała ratować świat przed złem, jakie niosły klątwy.
- Moi rodzice... muszę im powiedzieć – wyszeptała nagle w porywie przytomniejszych myśli. Jak ona to powie rodzicom, zwłaszcza mamie? Czy znajdzie w sobie dość siły, by jej to powiedzieć i znieść nie tylko swoją rozpacz, ale i jej?




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]23.09.19 13:44
Biżuteria, która była częścią istotnych dowodów rzeczowych, w tej chwili wydawała się nie mieć już tak wielkiego znaczenia. To, że wylądowała na dywanie, wcale go nie raziło, choć odnotował ten fakt w myślach, dobrze wiedząc, że będzie musiał po nią sięgnąć i zabrać ze sobą, gdy będzie wychodził. Dopiero za kilka dni zwróci przedmioty osobiste zmarłej jej rodzinie. Na razie miały pomóc w zamknięciu sprawy, co było ważne, bo dopiero po dopełnieniu formalności koroner będzie mógł wydać ciało bliskim. Lecz dla Charlene te procedury były niczym w obliczu jej straty. Właśnie dlatego Rineheart o pewnych rzeczach musiał nieustannie pamiętać, aby nie przysparzać nikomu jeszcze więcej bólu niż to konieczne. Skoro mógł dopilnować przebiegu całej sprawy w celu szybkiego jej zamknięcia, zamierzał to zrobić.
Miał rację, żeby ją złapać przed wyjawieniem tragicznej wieści. W pewnym momencie trzymała się na nogach chyba tylko dlatego, że podtrzymywał ją uparcie za ramiona. Czuł drżenie jej ciała, kiedy targał nią szloch. Kiedy stał właściwie przy niej, widział każdą pojedynczą łzę i zarazem potok wszystkich. Zapewne tym przejawem dobroci niczego nie ułatwiał i nie dodawał otuchy, ale chciał chociaż uchronić ją przed upadkiem. Nie był pewien, czy utrata świadomości nie przyniosłaby w tej sytuacji chociaż odrobiny ulgi, ale wolał jednak nie musieć roztaczać opieki nad nieprzytomną osobą. Ale wobec przytomności zrozpaczonego umysłu i tak podchodził z dozą nieufności.
Pytania w końcu nadeszły i tylko na nie czekał – to wręcz nieodłączny element tak trudnych rozmów. Nie podejmował jednak próby odpowiedzi zbyt szybko, chcąc odczekać chwilę, aż kilka pierwszych wątpliwości zostanie zwerbalizowanych.
Najpierw usiądź, Charlene – zaproponował ochrypłym głosem, z trudem obserwując wędrówkę tych wszystkich łez po jej policzkach. Wypowiedziana przez niego prośba pozostała bez echa i uznał, że ponawianie jej nie ma żadnego sensu. Czuł, że zrozpaczona czarownica nie jest w stanie zrobić kroku, podjąć jakiejkolwiek inicjatywy. Jak miała wykonać pierwszy krok, kiedy ledwo właściwie stała? Zdecydował się jej pomóc w wędrówce. Sam ostatecznie doprowadził ją do kanapy i posadził na niej z pewnym naciskiem na drobniejsze ciało, próbując jednocześnie wykazać się przy tym jak największą łagodnością. Dużym ułatwieniem w tej sytuacji było to, że droga do mebla nie była zbyt daleka i kręta. Kiedy już miał pewność, że Leighton nie uderzy o podłogę, zaczął zastanawiać się nad tym, jak powinien odpowiedzieć na zadane przez nią pytania.
Koroner datuje czas zgonu na drugą połowę października. Pokrywa się to z datą, kiedy Vera na zlecenie Ministerstwa udała się do mugolskiego warsztatu opanowanego przez anomalię – to był logiczny wniosek, zwłaszcza że już w grudniu dotarł do dokumentów mówiących o zaangażowaniu klątwołamaczki w jedną z kłopotliwych spraw. – Patrol Egzekucyjny przekazał nam śledztwo, kiedy znaleziono na ofierze ślady czarnej magii, ale po sekcji nie wskazano żadnych śladów po klątwie, truciźnie i czarnomagicznych zaklęciach. To prawdopodobnie była moc anomalii, innego wytłumaczenia nie odnajduję.
Dał jej chwilę na przyswojenie tych informacji, choć musiał zapoznać ją z kolejnymi, jeszcze mniej przyjemnymi.
Będziesz mogła, oczywiście, jednak ciało jest… – urwał wypowiedź, nie chcąc zadawać kolejnego ciosu, kiedy czarownica rozsypywała się emocjonalnie na jego oczach. Ale wyjawienie całej prawdy o śmierci siostry było jedynym, co mógł dla niej zrobić w tej chwili. – Nie ma na nim obrażeń, ale nie jest też w najlepszym stanie – to było oczywiste, w końcu leżało w lesie, potem przez pewien czas pod grubą warstwą śniegu, co miało wpływ na jego rozkład. To i tak cud, że nie rozszarpały go zwierzęta. Był jeszcze jeden szczegół i to właściwie najgorszy. – Twarz uległa poważnemu rozszczepieniu i to z tego powodu identyfikacja trwała tak długo – nie bez powodu prosił ją o zidentyfikowanie biżuterii. Ciało bez twarzy było wręcz anonimowe i tylko po znalezionych przy nim przedmiotach można było ustalić tożsamość. – Masz prawo zobaczyć ciało siostry, ale to nie będzie przyjemny widok – chciał ją przestrzec przed drastycznym widokiem, aby miała na względzie to, co może zobaczyć i jak chce zapamiętać bliską krewniaczkę.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Salon [odnośnik]24.09.19 1:28
Charlene przeżywała właśnie być może jedną z najgorszych chwil w życiu. Zdawała sobie sprawę, że pewnego dnia takie wieści mogą nadejść, była naiwna, ale nie aż tak głupia, by nie mieć świadomości, w jak niebezpiecznych czasach żyli. Ludzie znikali i umierali, nie zawsze od czarnomagicznych klątw, w czasach anomalii zagrożenie mogło nadejść z każdej strony, zwłaszcza gdy pracowało się w tak niebezpiecznym zawodzie. Sama wiedziała, jak bardzo groźne są siedliska anomalii i że podeście do nich kosztowało ją naprawdę wiele odwagi i sama nigdy by się tego nie podjęła, nie bez towarzystwa silniejszych od siebie. Teraz anomalie się skończyły, to prawda, ale nie zapominała, że Vera zaginęła przy siedlisku jednej z nich. I że koniec anomalii nie miał magicznie sprawić, że Vera zmaterializuje się w domu.
Usłyszenie tego było wstrząsem, ale wiedziała, że ktoś taki jak Kieran Rineheart nie przyszedłby tutaj, gdyby nie miał solidnych podejrzeń, że znalezione ciało rzeczywiście jest jej siostrą. Szef Biura Aurorów nie trwoniłby cennego czasu, ale wiedziała, że nie przyszedł tu tylko jako auror, a także jako Zakonnik informujący inną Zakonniczkę o śmierci siostry również należącej do organizacji.
Gdyby jej nie trzymał na pewno już leżałaby na ziemi, upadając gdzieś obok upuszczonych bezwiednie elementów biżuterii. Choć na pierwszy plan wysuwały się silne emocje i przeżywana tragedia, w głębi duszy potrafiła docenić otrzymaną dobroć i to, że mężczyzna był tu, przytrzymał ją i po chwili podprowadził do kanapy, bo w obecnym stanie niemal zapomniała, jak właściwie powinna się poruszać i była w takim szoku, że nawet nie wpadłaby na to, że powinna usiąść.
Opadła na kanapę dość sztywno i mechanicznie, a koty umknęły na bok, przyglądając się tej dziwnej scenie z dystansu. Żaden nawet nie miauknął, oczy każdego wpatrywały się w Charlie i Kierana. Zapłakane oczy alchemiczki spoczęły na aurorze. Choć miała ochotę pogrążyć się w otchłani rozpaczy lub wręcz uciec od swojego ludzkiego ciała w swoje zwierzęce alter ego, które przeżywało emocje z mniejszą intensywnością, wiedziała, że pewne kwestie muszą zostać wyjaśnione do końca, bo inaczej by ją dręczyły. Musiała więc znaleźć w sobie siłę, by poprowadzić tę trudną (być może jedną z najtrudniejszych w życiu) rozmowę, by zadać te pytania i poznać odpowiedzi na nie. Musiała dowiedzieć się, co dokładnie stało się z Verą, poznać prawdę, a także zadbać o to, by w odpowiednim czasie odzyskać jej ciało, pochować ją tak, jak na to zasługiwała. Zaraz potem uderzyła ją niesprawiedliwość tego wszystkiego, tego, że tylu złych ludzi chodziło po świecie i krzywdziło innych, a ktoś tak wspaniały i dobry jak Vera musiał pożegnać się ze światem u progu życia, nie zdążywszy poznać wszystkich jego uroków.
- Tak... to wtedy z-zaginęła – wyszeptała drżącym, nieco zachrypniętym od wcześniejszego płaczu głosem. Pociągnęła nosem, a dłonią próbowała niezgrabnie otrzeć łzy. Ale to na nic, z oczu zaraz zaczęły płynąć kolejne. Słowa pana Rinehearta utwierdziły ją w tym, że Vera mogła zginąć już wtedy, przy anomalii, podczas swojej ostatniej misji. Że przez cały ten czas, kiedy ona rozpaczliwie czekała na znak życia z jej strony, jej ciało spoczywało martwe i nieodnalezione przez nikogo przez okropnie długi czas. Nie miała powodu, by mu nie wierzyć. – Alexander opowiedział mi trochę o tamtym dniu. Podobno też był w tym warsztacie, oprócz niego było tam paru aurorów... i Vera, która w pewnym momencie... przepadła.
Po tych słowach, a także po tym, co auror powiedział o stanie ciała Very, znów targnął nią atak płaczu, gdy pomyślała sobie o swojej siostrze wciąganej przez anomalię i wyrzuconą w jakimś nieznanym miejscu, być może już martwą, a może ciężko ranną i zmarłą dopiero później, gdy pomoc nie nadeszła. Nie potrafiła jednak winić Alexandra, Vera idąc tam na pewno zdawała sobie sprawę z ryzyka i miała po prostu ogromnego pecha, że anomalia okazała się silniejsza od niej.
Czy jej życie będzie jeszcze kiedykolwiek takie samo, kiedy zabrakło w nim tak ważnej osoby? Czy będzie potrafiła zmierzyć się z tym, co nadchodziło, nie mając u swego boku tej twardszej i silniejszej połówki? To Vera zawsze była dla niej podporą, nie tylko w Hogwarcie, ale i później, gdy zmarła Helen, a Charlie zamieszkała w Londynie. To dzięki Verze przekuła rozpacz po utracie młodszej siostry w konstruktywne działania, jak praca i nauka. To dzięki niej była silna w tamtych trudnych chwilach i w początkach swojego życia w nowym miejscu.
A teraz Very już nie było i nie będzie, więc jej świat zdawał się chwiać w posadach, niczym domek z kart zdmuchnięty nagłym podmuchem wiatru. Ale pewnym kwestiom musiało stać się zadość. Bez względu na to, jak bardzo chciałaby się teraz zmienić w kota i nie wracać do ludzkiego ciała przez kilka tygodni, wiedziała że czeka ją poinformowanie rodziców, że w stosownym czasie będą musieli odebrać ciało i zorganizować skromny pogrzeb. Ciało Very o wiele za wcześnie spocznie obok Helen na maleńkim cmentarzu w Kornwalii. To nie powinno mieć miejsca jeszcze przez długie lata, jednak los zadrwił z Leightonów po raz kolejny, jakby odbijając sobie te wszystkie lata, kiedy byli tak beztrosko szczęśliwi.
- Och, Vero... – jęknęła cicho, ukrywając twarz w dłoniach. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że auror wciąż tu był. – Ja... naprawdę przepraszam. To dla mnie bardzo trudne. Tak bardzo pragnęłam... by ona odnalazła się żywa. Ale... dziękuję że powiedział mi pan prawdę. Że w ogóle próbował pan jej szukać i dowiedzieć się... co się wydarzyło.
W czasach, gdy wielu przedstawicieli ministerstwa chowało głowy w piasek i cechowało się znieczulicą, tak ważne było ludzkie podejście i dbałość o wszystkich, bez względu na ich krew. Dla wielu bezdusznych urzędników Vera może i była tylko mieszańcem, na którego szukanie nie warto przeznaczać wielkich środków, ale dla niej była jedną z najważniejszych osób na świecie. A teraz już wiedziała, że jej brakło i że pewien etap jej życia bezpowrotnie dobiegł końca, bo bez Very już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Ale ona, przez wzgląd na pamięć siostry, musiała znaleźć w sobie siłę i przetrwać to. Miała dla kogo i dla czego żyć.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]24.09.19 17:53
I w niego uderzała ta rażąca niesprawiedliwość, kiedy ze światem żegnały się osoby o dobrych sercach i odważnych duszach, a w tym samym czasie zwyrodnialcy pozostawali nieuchwytni i mogli cieszyć się życiem. Nie chciał się z tym godzić i naprawdę próbował uczynić wszystko, aby zmienić ten stan rzeczy. To wydawało się coraz bardziej nieosiągalnym celem, gdy władza już oficjalnie sprzyjała poplecznikom Voldemorta. Choć nikt już nie zginie z powodu anomalii, to jak wiele ofiar pochłonie jeszcze idea czystej krwi? Ledwo położyli kres mrocznym praktykom jednego czarnoksiężnika, a na scenie pojawiał się kolejny, jeszcze gorszy, przekonując do siebie większość szlachty.
Czytał raporty z tamtej wizyty w mugolskim warsztacie i przy stawianiu hipotez wiązał ze sobą to wydarzenie z zaginięciem klątwołamaczki. Szukał również innego przebiegu zdarzeń, biorąc pod uwagę nawet wersję uprowadzenia przez Rycerzy Walpurgii. Wszystko wydawało się możliwe. Ale nie potrafił zarysowywać jej tak szerokiego obrazu, kiedy wpatrywała się w niego z tak ogromnym smutkiem. Spodziewał się, że to spojrzenie będzie go prześladować jeszcze przez jakiś czas.
Nie przepraszaj, Charlene – nie powinna czuć się winna za to, że odczuwa te wszystkie emocje i pozwoliła im przejąć nad sobą kontrolę. Jak miała panować nad własnymi reakcjami w takiej chwili? Tej sztuki uczono w pewnym stopniu na kursie aurorów a nie alchemików. Rineheart wciąż miał jeszcze zachowaną odrobinę empatii, dlatego nie mógł krzywo na nią patrzeć za to, że wylewa z siebie łzy, do których miała przecież prawo. Zapewne zmartwiłby się bardziej, gdyby pozostała całkowicie cicha, niby całkowicie beznamiętna. Nauczył się, że brak uczuć bywa najbardziej alarmującym znakiem. – Sam wierzyłem, że uda mi się jeszcze przekazać ci inne wieści – mówił szczerze, do samego końca łudził się, że znalezione na ciele elementy biżuterii nie zostaną przez nią rozpoznane. W takim przypadku aurorzy mieliby jeszcze podstawę do twierdzenia, że różdżka mogła zostać właścicielce odebrana i ona sama być może żyje. Czy jednak podobny scenariuszy nie byłby o wiele gorszy od tego obecnego? Nawet jeśli nie pozbawiałby resztek nadziei, to jednak podtrzymywałby niepewność o los bliskiej osoby. Zapewne nie byłoby dnia, w którym rodzina nie zastanawiałby się nad tym, gdzie Vera jest i co w danej chwili robi. W dzisiejszych czasach godne pożegnanie osoby zmarłej było prawie przywilejem. Tak wiele czarodziejów znikało bez wieści.
Po śmierci bliskiej osoby jakaś część duszy w człowieku obumiera – mógł to powiedzieć, ponieważ sam tego doświadczył. Niby przeszedł przez żałobę zwycięską ręką, bo nie uciekł się w pijaństwo czy inne używki, których stosowanie ściągnęłoby go szybko na same dno. Ale tak naprawdę nigdy nie odżałował tej straty i wciąż żył wyrzutami sumienia. Jego winą był rozpad rodziny i nic już nie mógł na to zaradzić. Kiedy był najbardziej potrzebny we własnym domu, skupił się na pracy. Bilans złożony z liczby uśmierconych przez niego szumowin i tych osadzonych w Azkabanie lub Tower stanowił jedyne podsumowanie jego dokonań. – Twoja siostra nie chciałaby, żebyś pogrążała się w rozpaczy. Wiesz najlepiej, jaka była i czego by ci teraz z całego serca życzyła – próbował przemówić zarówno do bolejącego serca Leighton, jak i jej rozsądku. Przywoływał postać Very, aby to w niej znalazła ukojenie. Siostrzana wieź stanowiła jej siłę i wcale nie została bezpowrotnie przerwana, ona nadal istniała i mogła być ważnym drogowskazem w życiu.
Postąpił kilka kroków i pochylił się nad dywanem, podnosząc z niego pierścionek i łańcuszek z medalionem. Schował przedmioty do kieszeni płaszcza i spojrzał na Charlene w ramach milczących przeprosin. – Oddam biżuterię po oficjalnym zamknięciu sprawy, możesz być tego pewna – obiecał jej bez zawahania, zamierzając dopilnować procedur w tym zakresie. Już spotkał się z nieuczciwymi ludźmi, co pomagali zniknąć cennym przedmiotom z archiwum, za nic mają to, że stanowią one dowody.
Czy mam z tobą poczekać na przybycie rodziny? – wybrał to pytanie, nie chcąc pytać wprost, czy jest jeszcze w tym domu mile widziany. Bał się pozostania w tym domostwie, do którego sam ściągnął widmo tragedii, ale nie był też pewien, czy powinien zostawić ją w tej chwili całkowicie samą. Wielokrotnie przekonał się już, że cierpiący ludzie są w stanie podjąć drastyczne kroki, aby tylko dłużej nie czuć bólu. Spojrzeniem odnalazł drogę do wyjścia, ale wciąż nieruchomo stał pośrodku salonu i przyglądał się siedzącej na kanapie czarownicy. Zwracał uwagę na jej potrzeby i nie był nawet pewien, kiedy uda jej się powiadomić resztę rodziny o tej tragedii. Współczuł jej.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Salon [odnośnik]24.09.19 23:14
Niestety świat w którym żyli był jaki był. Z życiem żegnało się wielu dobrych i często wciąż młodych ludzi. Pięć i pół roku temu odeszła Helen, mająca ledwie dziewięć lat. Teraz Vera. Do tego tyle innych tragedii spowodowanych anomaliami i wiele niepotrzebnych ofiar w ministerstwie, nie wspominając o tych, którzy ginęli dla kaprysu czarnoksiężników. Niektórych członków Zakonu Feniksa też już nie było, teraz miała do nich dołączyć Vera. Już nigdy więcej nie wkroczą razem na spotkanie organizacji ani nie będą się wzajemnie wspierać. To takie niesprawiedliwe, że jej zabrakło, że już niczego nie przeżyje, nie spełni żadnego marzenia i nie doczeka spokojnej starości, choć akurat w nią zdawała się nigdy nie wierzyć, od dawna uczulając Charlie na to, jak niebezpieczną ma pracę. Nie chciała by młodsza siostra się od niej uzależniała ani żeby jej odejście było dla niej końcem świata.
Od tego momentu Charlie będzie musiała samotnie kroczyć ścieżką życia i żyć za nie dwie. Ta świadomość była smutna i gorzka, ale jeszcze gorsza była myśl o tym, jak zareaguje mama, gdy dowie się o śmierci drugiego dziecka. A Charlie wiedziała, że musi powiedzieć rodzicom i zmierzyć się też z ich rozpaczą.
Póki co jeszcze mierzyła się z własną. Siedziała na kanapie tak, jak posadził ją pan Rineheart i zalewała się łzami, przeżywając utratę bliskiej osoby, która jeszcze kilka miesięcy temu była tutaj, mieszkała w tym samym domu i z którą rano i wieczorami zawsze mogła porozmawiać i poszukać u niej rady jako u tej starszej i dzielniejszej. Czuła się, jakby wydarto z niej fragment jej jestestwa, bo Vera była bardzo ważną sylwetką w jej życiu. Ukochaną siostrą i podporą, na którą zawsze mogła liczyć i ufała jej całkowicie. Nigdy więc nie wierzyła tym, którzy mówili, że jej siostra uciekła, porzucając rodzinę, pracę i wszystko co znała. Charlie wiedziała, że Vera była zbyt odpowiedzialna, zbyt wierna swoim bliskim, żeby tak mocno ich zranić, choć teraz wolałaby, żeby tak było, ale żeby żyła.
I z dwojga złego może lepiej że skończyło się to tak, że umarła przez anomalię, a nie ktoś zły zrobił jej krzywdę? Nic nie przeraziłoby jej bardziej niż myśl, że Vera przed śmiercią mogła cierpieć, krzywdzona czarnomagicznymi zaklęciami dla czyjegoś chorego kaprysu.
- Mam nadzieję, że... że nie cierpiała – odezwała się cicho, ale już nie dopytywała o to, jak dokładnie anomalia mogła ją zabić. Nie była pewna, czy chce wiedzieć, ale wolała łudzić się, że jej koniec był szybki i jak najmniej bolesny. – Chciałaby... żebym była silna. Zawsze tego chciała. Przygotowywała mnie na to, że... że łamanie klątw jest bardzo niebezpieczne i że może nie wrócić.
Gdyby Vera tu była, na pewno potrząsnęłaby nią i zaczęła mobilizować do tego, by była twarda. Nie pozwoliłaby jej się załamać, tak jak nie pozwoliła jej na to po śmierci Helen. Praktyczność i upór Very pomogły jej przejść przez tamten ciężki okres, uczyniły ją silniejszą. Ale czy dość wytrzymałą, by przetrwać utratę Very?
Spuściła smętnie głowę i znowu pociągnęła nosem. Wyglądała teraz jak kupka nieszczęścia, ale potrzebowała czasu na to, by dojść do siebie. Nie ulegało wątpliwości, że w najbliższych dniach nawet nie będzie w stanie pójść do pracy, o czym na pewno będzie musiała uprzedzić listownie. Ale jak to zrobić, kiedy myśli plątały się i nogi same nie wiedziały, jak odnaleźć drogę do najbliższego pióra i pergaminu, nie mówiąc o skleceniu kilku składnych zdań nadających się do wysłania? U rodziców musiała pojawić się osobiście, choć żeby teleportować się bez rozszczepienia musiała się uspokoić.
Zdecydowanie musiała się uspokoić.
Skinęła aurorowi głową. Teraz i tak nie chciała dotykać tej biżuterii, ale za kilka dni pewnie przyjmie ją z wdzięcznością i zachowa jako najcenniejszą pamiątkę. Wszystkie rzeczy Very będą teraz cennymi pamiątkami, namacalnymi dowodami tego, że kiedyś żyła i mieszkała pod tym samym dachem, choć widok jej przedmiotów osobistych pewnie długo będzie wiązać się także z bólem i tęsknotą.
- To pewnie trochę potrwa – szepnęła. – Zresztą... chyba to ja powinnam się do nich udać. I rozumiem, że ma pan dużo pracy.
Nie chciała zajmować mu cennego czasu. I tak była mu wdzięczna za to, że będąc szefem znalazł czas na sprawę Very i na poinformowanie jej. To dla niej naprawdę wiele znaczyło nawet jeśli pochłonięta przeżywanymi emocjami nie okazywała tego. Doceniała to, że przyszedł osobiście i nie wyręczył się pierwszym lepszym podwładnym, jak pewnie zrobiłoby wielu szefów.
Pożegnała go cicho, ale nie od razu podniosła się z kanapy, by zamknąć za nim drzwi. Minęło sporo czasu odkąd usłyszała trzaśnięcie, zanim zdołała na drżących nogach podnieść się i je zamknąć, a zaraz potem natychmiast zmieniła się w kota, co zesłało na udręczony umysł ulgę, bo emocje, choć nie mogły odejść, stały się mniej intensywne.

| zt. x 2




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]20.10.19 22:33
| 30.03

Po kilku dniach spędzonych w Kornwalii, w rodzinnym domu, wróciła w końcu do Londynu. Gdyby nie koty, pewnie zostałaby u rodziców dłużej, ale nie mogła wiecznie zrzucać swoich zwierząt na barki starszej sąsiadki. Poza tym musiała wrócić do pracy. Bez względu na to, co się wydarzyło, nie mogła ignorować swoich obowiązków, jakie miała w Mungu i czuła wyrzuty sumienia z powodu urlopu trwającego od dnia, w którym dowiedziała się o śmierci siostry.
Very nie było. Już od października, ale dopiero niedawno, w marcu, znaleziono jej ciało. Wtedy też Charlie dowiedziała się o tym, a po niej także rodzice. Vera została już pochowana, jej ciało spoczęło na malutkim cmentarzu w Tinworth, tuż obok Helen. Obie znalazły się tam stanowczo zbyt wcześnie, zaledwie u progu swego życia, choć przecież powinno je czekać jeszcze wiele wspaniałych lat. Tymczasem z trzech blondwłosych, zielonookich sióstr pozostała przy życiu tylko jedna.
Nadal nie potrafiła pogodzić się z tą myślą. Z tym, że obie jej siostry umarły, odeszły i odtąd będzie szła przez życie sama. Już bez Very, za którą latami podążała i na której mogła polegać. Bo choć ich zainteresowania i charaktery pod wieloma względami mocno się różniły, były jak dwie połówki jednego jabłka. Charlie nikomu w Londynie nie ufała tak jak Verze, nikogo nie kochała równie mocno jak jej, więc czuła się, jakby wydarto jej fragment duszy. Jakby Vera, odchodząc, zabrała ze sobą też cząstkę jej. A dom odtąd nie był już ich wspólny, a tylko Charlie i jej kotów. Vera już nigdy nie miała tu powrócić, a wszystkie jej rzeczy miały przypominać Charlie o bólu straty.
Pokój Very pozostawał zamknięty. Charlie nie czuła się jeszcze na siłach, by do niego wejść. Od czasu zaginięcia siostry weszła tam może kilka razy, by posprzątać, bo gdyby tak Vera wróciła, to nie chciała, by zastała tam grubą warstewkę kurzu. Ale teraz nie było już nadziei na szczęśliwy powrót, więc pokój równie dobrze mógł się kurzyć. Charlene i tak zachowywała się jak fontanna ilekroć przechodziła obok, albo kiedy jej wzrok padał na zdjęcia stojące na gzymsie kominka. Na kilku z nich była Vera, żywa i uśmiechnięta, ze spojrzeniem zdradzającym zamyślenie nad jakąś ważną kwestią.
W salonie też przebywała niechętnie, bo to tu pan Rineheart przekazał jej wieści. Od powrotu do domu kluczyła więc między kuchnią, swoim pokojem a pracownią alchemiczną, omijając zarówno pokój Very, jak i salon, gdzie z kominka patrzyły na nią fotografie siostry.
Ale w końcu zdecydowała się wejść do tego pomieszczenia, starając się nie myśleć o tej niedawnej rozmowie z aurorem, który zdradził jej druzgoczącą prawdę. W głębi duszy była mu jednak wdzięczna; teraz przynajmniej już wiedziała i beznadziejne oczekiwanie się skończyło. Vera nie gniła już w jakimś lesie, a została godnie pochowana, zaś rodzina przez najbliższe miesiące będzie mogła ją opłakać.
Nieco masochistycznie zbliżyła się do kominka i do stojących na nim ramek z ruchomymi zdjęciami. Na paru znajdowali się całą rodziną, na niektórych były tylko Charlie i Vera, niekiedy towarzyszył im też starszy brat, jedyny prócz Charlie żywy członek rodzeństwa. Zatrzymawszy wzrok na fotografii samej Very, młodszej o kilka lat, siedzącej na plaży w Tinworth i próbującej czytać jakąś grubą runiczną księgę mimo morskiej bryzy uparcie podwiewającej kartki oraz wpychającej do oczu pszeniczne włosy, rozpłakała się. Delikatnie zacisnęła palce na ramce, a później szybko obróciła zdjęcie tyłem. To samo zrobiła z innymi fotografiami, na których znajdowała się Vera, a po jej policzkach spływały łzy. W tej chwili patrzenie na zdjęcia siostry sprawiało ból, choć pewnie wkrótce znów staną się najcenniejszą pamiątką, namacalnym dowodem tego, że Vera kiedyś żyła, była zdrową i szczęśliwą osobą, do której zawsze mogła przyjść ze swoimi troskami i która nigdy nie przestała być ukochaną starszą siostrą, nawet gdy obie były już dorosłe.
Jak teraz będzie wyglądać jej życie, skoro Very w nim zabrakło?




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]04.02.20 21:33
Po srogiej zimie nie zostało zbyt wiele śladów; gotowa na nadchodzącą wiosnę ziemia przyjmowała resztki topniejących plam śniegu, w powietrzu dało się odczuć świeżość, trochę upragnionego ciepła - słońce coraz częściej wyglądało zza chmur, nieśmiało sprawdzając stan rzeczy, jakby upewniając się, czy Anglia jest gotowa na kwiecień. Stan ducha Susanne nie odzwierciedlał jednak pogody, trudno w nim było o nadzieję czy radość, myśli krążyły wokół przykrych wspomnień - gryzły się z piękniejącymi widokami, utrzymując ją w bezkompromisowych szarościach. Znów częściej śniła o płomieniach, trzask ognia ogłuszał w nocnych marach i gwałtowanie podrywał drobne ciało z miękkiej pościeli - pamięć o rodzinie budziła się do życia wyjątkowo żywo i mocno, choć od zeszłorocznej tragedii trudno było o momenty, w których całkowicie by o niej zapomniała. Wieść o Verze przyjęła z głębokim smutkiem, odbijającym się szczerze w zaszklonych oczach, a dręczące ukłucie w klatce piersiowej na chwilę zaparło dech. Znała tę rozpacz, pustkę i ból, tak jak świadomość, że każdy musi przepracować je samodzielnie, powoli, w swoim tempie i czasie - mimo tego chciała zabrać choć cząstkę trudności z serca alchemiczki, pozwolić jej odetchnąć nawet na parę sekund. Lovegood nie życzyłaby tak ciężkiej utraty nawet nieprzyjaciołom, gdy zaś cierpiała bliska jej osoba - sama też cierpiała. Od paru dni ta informacja kołatała się pod białą czupryną, nie dając spokoju. Sue ociężale podniosła się z łóżka, wodząc smutnym spojrzeniem po pustym pokoju i zastanawiając się, czy powinna skontaktować się z Charlene listownie - prędko odrzuciła ten pomysł, nie chcąc unikać trudnej konfrontacji z emocjami koleżanki. Wolała być przy niej i dbać o to, by powoli stawała na nogi, niezależnie czy miało to nadejść za miesiąc, czy za parę lat.
Doczłapała do kuchni, odkopując trochę warzyw, które wrzuciła do materiałowej torby i z tak przygotowanym ekwipunkiem wyruszyła z Rudery, pozwalając sobie na dłuższy spacer, by pozbierać chaotyczne myśli. Podejrzliwie patrzyła na wszechobecną jasność i trochę spóźnione przebiśniegi, muskane opuszkami drobnych palców. Mimo trudów, pojawiły się - jak co roku. Posłała im pokrzepiający uśmiech i parę dobrych słów, żeby wiedziały, że ktoś jest z nich dumny. Parę minut później pukała już do drzwi, dźwięki z drewna wydobywając z ostrożnością, lecz nie doczekując się odpowiedzi - bez wahania weszła do domu, z zaskoczeniem przyjmując fakt, że był otwarty.
- Charlene? - zawołała, drepcząc w tę i we w tę, gdy wzrok przeczesywał przestrzenie. Znalazła ją przy kominku, w zupełnej ciszy i samotności. - Charlene - powtórzyła łagodnie, odkładając cicho torbę na podłogę, nim podeszła do dziewczyny, by móc objąć ją i lekkim gestem pogładzić po włosach. - Tak mi przykro - wyrzuciła z siebie, nie powstrzymując szklących się w oczach łez, nie zwracając na nie uwagi, gdyż tą poświęcała alchemiczce. Nie mówiła więcej, dając jej czas i obecność - z doświadczenia wiedziała, że właśnie to było najbardziej potrzebne.


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 3 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Salon [odnośnik]05.02.20 0:08
Charlie, choć jeszcze niedawno tak czekała na wiosnę, teraz nie potrafiła w pełni cieszyć się jej nadejściem. Działo się źle, nie tylko w kraju, ale i w jej życiu. Trudno było pogodzić się z utratą siostry. Jeszcze dzień przed usłyszeniem wieści wraz z innymi Zakonnikami uczestniczyła w pożegnaniu profesor Bagshot i innych zmarłych, modląc się w duchu, by nigdy nie musiała wyryć na kamieniach w Oazie imienia siostry. Dzień później dowiedziała się, że Vera nie żyje, że zmarła jeszcze w październiku.
Kolejne dni należały do najtrudniejszych w jej życiu, może nawet do trudniejszych niż te, które nastały po śmierci Helen pięć i pół roku temu. Skupianie się na tym, żeby się nie rozsypać, wiele ją kosztowało, ale wiedziała, że jeśli sobie na to pozwoli, to prawdopodobniej już nie zbierze się w całość. Bo łatwo się rozsypać, ale dużo trudniej pozlepiać te kawałki z powrotem.
Nikt nie powinien tracić bliskich. A jednak traciło ich zbyt wielu, nie tylko ona. Większość ludzi których znała kogoś utraciła, czy to z grona rodziny, czy przyjaciół.
Nawet patrzenie na zdjęcia było bolesne, więc w pierwszym odruchu zaczęła odwracać ramki, by nie patrzeć na tę żywą, śmiejącą się Verę, tak różną od tej, którą cztery dni temu pochowali. Co prawda pogrzeb odbył się przy zamkniętej trumnie, ale wyobraźnia Charlie i tak podsyłała jej różne obrazy tego, jak wygląda siostra po pięciu miesiącach leżenia gdzieś w lesie.
Nie spodziewała się, że ktoś postanowi do niej wpaść. Bardzo się zdziwiła, kiedy usłyszała znajomy głos. Najwyraźniej wracając do domu zapomniała zamknąć drzwi, Vera na pewno porządnie by ją okrzyczała, gdyby tu była. Bo to Vera najmocniej pilnowała bezpieczeństwa i zawsze uczulała na to Charlie, a sama Charlie zawsze pamiętała o zamykaniu drzwi, choć wiadomym było, że gdyby ktoś niebezpieczny chciał tu wejść, to i tak by wszedł. Żadne zamki nie zatrzymałyby czarodzieja pragnącego czynić zło.
- Sue? – zapytała cicho, odwracając się w stronę głosu. Z zaskoczeniem pozwoliła się przytulić i po chwili wahania odwzajemniła uścisk. Wiedziała, że Sue rozumie, sama też przeżyła dotkliwą stratę i została pozbawiona rodziny. I tym bardziej mogła docenić fakt, że Lovegood tu przyszła, z własnej nieprzymuszonej woli postanowiła ją odwiedzić w tych trudnych chwilach. To dla Charlie bardzo wiele znaczyło. Przez chwilę po prostu tak stały, obejmując się, a gesty mówiły więcej niż słowa. Obie już wiedziały, jak to jest utracić kogoś bliskiego i znaleźć się w poczuciu, że cały dotychczasowy świat się zawalił. Charlie co prawda nadal miała rodziców, ale Vera była jej niezwykle bliska. Tracąc się, czuła, jakby wraz z nią umarła cząstka jej samej. Jakby Vera odchodząc wydarła z niej fragment duszy i zabrała go ze sobą, pozostawiając wyrwę, która długo się nie zasklepi. Może nawet nigdy.
Ale mimo to Charlie nie zapominała o żyjących. O reszcie rodziny, a także przyjaciołach i znajomych. Miała dla kogo żyć, miała przecież rodziców, miała przyjaciół, koty no i pracę. Alchemia i pomaganie innym było jej misją.
- Cieszę się, że przyszłaś – przerwała milczenie dopiero po dłuższej chwili, ocierając z policzków łzy. Było jej trochę głupio, że Sue zastała ją w takim stanie, nawet jeśli wiedziała, że panna Lovegood nie będzie mieć pretensji. – To... wiele dla mnie znaczy, dziękuję – dodała, przyglądając się twarzy Susanne. Choć pod wieloma względami się różniły, cieszyła się, że w jej życiu była taka osoba jak Sue, która potrafiła poprawić humor i wnieść w codzienność radość, nawet mimo tego co sama przeszła. Wielu na jej miejscu załamałoby się, a jednak Susanne nadal szła przez życie z podniesioną głową, a odwagą i optymizmem mogłaby obdzielić kilka osób. Ze wstydem przypomniała sobie tamtą sylwestrową noc trzy miesiące wstecz, kiedy ona uciekała jak tchórz, pchana przed siebie prymitywnym instynktem przetrwania, a Sue na pewno dzielnie tam została.
- Dopiero dziś zdobyłam się na to, by tu wejść, wiesz? – odezwała się nagle. – To tu pan Rineheart przekazał mi... wieści. Osiem dni temu, dzień po pożegnaniu profesor Bagshot.
Ciekawe, czy wtedy, w Oazie, już wiedział, tylko nie chciał jej psuć nastroju i postanowił jej podarować jeszcze jeden dzień nadziei?
Dokładnie kilka kroków stąd upuściła na ziemię należącą do Very biżuterię, gdy dowiedziała się, że ta została zdjęta z jej martwego ciała. Potem pan Kieran zabrał ją z powrotem, ale Charlie i tak, patrząc na dywan, przez moment miała wrażenie, jakby naszyjnik i pierścionek wciąż tam leżały.
Może rzeczywiście powinna się stąd wyprowadzić. Takie myśli narodziły się w niej, kiedy po pogrzebie Very przebywała u rodziców. Teraz, kiedy już wiedziała, że Vera nie żyje, nie musiała na nią czekać. Było pewne, że siostra nie wróci, a nie wyprowadziła się do Kornwalii kilka miesięcy wstecz głównie dlatego, że chciała tutaj czekać na Verę, gdyby ta się odnalazła. Było dla niej ważne, by siostra miała dokąd wrócić, by ktoś na nią czekał w znajomym miejscu, ale teraz to było już nieistotne.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach