Wydarzenia


Ekipa forum
Pokój muzyczny
AutorWiadomość
Pokój muzyczny [odnośnik]15.11.17 11:27

Pokój muzyczny

Pokój muzyczny mieści się na piętrze, otwartym - sam jest wysoki wręcz na dwie kondygnacje. Na niższej znajdują się różnorakie instrumenty, centrum stanowi wiekowy fortepian należący do średniowiecznego przodka. Zakonserwowany został za pomocą magii, dzięki czemu ostał się po dziś dzień. Podłogą jest lite, jasne drewno; z ciemniejszego wykonano zmyślną boazerię wyłożoną na ścianach. Przy otwartych, dużych oknach postawiono stoliki wraz z wygodnymi krzesłami, idealnymi do zasłuchania się w recitalach starszych bądź młodszych członków rodu. Gdzieniegdzie stoją niewielkie stoliki, na których umieszczono wiekowe wazy albo rzeźby.
Wyższa kondygnacja stanowi przestronny, wygodny balkon, z którego również można zasłuchiwać się w wygrywanych melodiach - z góry.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]22.07.19 21:49

2 XI 1956 roku


Słowa nie były jej tego dnia posłuszne, wiły się nieprzerwanie w swej czerni, tworząc na bieli pergaminu zdobionego misternym wzorem kwiecia, zdania nijak pasujące do myśli układających się jakże płynnie w umyśle artystki. Spoglądała więc rankiem na swoje pismo bezradnie, z różanymi ustami wygiętymi w podkówkę oraz lekko szklącymi się oczętami, mając wrażenie, iż poczucie zdrady przenika całkowicie jej duszę — jeśli sztuka tworzenia zawodziła perełkę właśnie teraz, okrutnie odmawiając swego posłuszeństwa, to czy nadal mogła pokładać całkowicie wiarę w swe talenta? Czy doprawdy zniewolenie w sztywne ramy uprzejmej formuły życzeń, było dlań aż takie ciężkie? Utrata swobody pozwalała na uniknięcie potencjalnych błędów, lecz lakoniczność, jaka się z tym wiązała, wywoływała ogrom rozczarowania i obaw, iż szczere chęci zostaną potraktowane jako świadectwo fałszu oraz oschłości, scementowane ciszą od strony odbiorcy bileciku. To byłoby po prostu o k r o p n e, uznaje w raptownym nadąsaniu, pociągając noskiem, jakże bliska uronienia kilku łez dla podkreślenia dramatyzmu i odczuwanego smutku. Nie mogła na to pozwolić, zarówno na łzy, przez które puchną wrażliwe powieki, jak i na zlekceważenie jej starań. Po prostu nie mogła! Bo Elodie się starała, począwszy od prawdziwie drobiazgowych szkiców, po kontakt z rodzinnymi jubilerami gotowymi przystać na żądania wymagającej panienki i nie zgodzi się na to, by zignorowano jej wysiłek na rzecz jakichś bezsensownych nieporozumień, tudzież zgubnych interpretacji. Nie mogła więc postąpić inaczej niźli udać się wraz z panią matką oraz szanowną cioteczką Cecylią na wizytację do Durham, gdzie szacowne matrony Parkinson będą mogły omówić szczegóły przesunięcia daty zaślubin. Może Ellie wykazywała się w tym momencie ogromną naiwnością, ale zaczynała mieć wrażenie, iż lady Elvira odnalazła wspólny — choć wyjątkowo mrukliwy, należało zaznaczyć — język z maman i przestała tak często wpatrywać się w sufit rezydencji, gdy przyszło im rozmawiać. Co było wyjątkowo miłe, naprawdę blondyneczka liczyła na to, że wciąż będzie mogła swobodnie przyjmować krewne w zaciszu własnych komnat, wspólnie spędzając z nimi czas.
Durham niemniej powitała drżeniem, gdy złota wstęga błyskawicy przecięła kłębowisko burzowych chmur, które jasnym blaskiem rozświetliło na kilka uderzeń trzepocącego serca ponure wieże zamczyska. Ryk wiatru zdawał się wzmagać, w swej gwałtowności szarpał nienawistnie korony okolicznych drzew skrytych za kurtyną lodowatego deszczu i nawet, ledwie na chwilę dziewczątko nieświadomie powstrzymuje napływ powietrza do płuc, kiedy to gardłowy pomruk przetacza się echem po dziedzińcu. I jest w tym coś niezwykle malowniczego, potęga żywiołu panosząca się pośród mrocznych, wiekowych ścian, stojących pewnie na przekór zmianom, jakie zachodzą w magicznym społeczeństwie. Gdyby nie obecność ich gospodyni, najpewniej spędziłaby czas, próbując uchwycić każdy fragment, każdy drobny element rozgrywanej sceny, pozwalając, by wyobraźnia na nowo niczym nieskrępowana mogła tworzyć najprzedniejsze obrazy, jakie następnie mogłaby zacząć przelewać na papier. Nie byłoby to jednak grzeczne, dlatego też krocząc lekko, podążała za damami, uprzejmie odwracając wzrok od wysokich okien i zasłon ich zdobiących, w rozczarowująco niemodnym odcieniu czerni. Gubi się w labiryncie korytarzy, który niebawem ośmieli się nazwać domem i chyba nawet słyszy w oddali dźwięk dzwoneczka, być może znak, że z pozoru opustoszała posiadłość ma w sobie jakieś życie, a może to po prostu echo przeszłości, duch zastygły w teraźniejszości. Obie z tych potencjalnych prawd wydają się na tyle intrygujące, by mogła poświęcić im swe drogocenne myśli, lecz wspomnienie imienia narzeczonego przywołuje na powrót skupienie na licach panienki. Najwyraźniej Quentin swój czas poświęcał w pracowni alchemicznej, nie spodziewając się żadnych gości i minie trochę czasu nim się pojawi. To takie, takie smutne — myśli Elodie, chcąc pociągnąć noskiem. Nie spodziewać się wizytacji we własne urodziny, spędzać wolne chwile nad kociołkiem i gryzącymi oparami, jakże zgrabnie umiejącymi wycisnąć kilka kryształowych łez z oczu blondyneczki. Taka samotność jest zbyt ciężka do udźwignięcia, ma ochotę lamentować, albowiem deszczowa pogoda sprzyjała takowemu zachowaniu. I być może lady Burke dostrzega przygnębienie, jakie ją dotyka, bowiem proponuje jej zaczekać na alchemika w otwartym pokoju muzycznym, miast zmuszać ją do spędzenia dodatkowych minut w dusznym saloniku. Lady Parkinson wyrażają gorliwie zgodę na takowy pomysł, tylko przyzwoitka mruczy coś o klątwach i straszydłach, co szczęśliwie nie sięga uszu ich gospodyni. Etinette potrafi być taka nietaktowna! Ellie dygnięciem żegna swe towarzyszki, zostając na łasce obcego pomieszczenia i uderzeń chłodnych kropel o szybę. Być może jest to impulsem, to, że kieruje się w stronę hebanowego fortepianu, że szczupłym paluszkiem naciska na klawisz i zabiera niemal natychmiast rączkę, gdy instrument wydaje z siebie perfekcyjny dźwięk. Swoje zachowanie kwituje niemalże dziecinnym chichotem, a wzrok przesuwa się na zeszyt nut. Och, uśmiecha się łagodnie, widząc znajomy utwór, nie spodziewała się, że ktokolwiek mógłby grać tak pogodną melodię, jaką było für Elise Beethovena. Perełka rozgląda się, jakby chciała się upewnić, iż nikt w najbliższym czasie nie nadejdzie i pomimo protestów Nette, pozwala sobie zagrać kilka pierwszych nut.
Och... — tym razem szepce z żalem, gdy zamiast żywiołowej muzyki słyszy zdecydowanie spokojniejsze, poważniejsze tony. Próbuje raz jeszcze, a gdy efekt pozostaje ten sam, kuli ramiona w rozczarowaniu. Kiedyś pogodzi się z faktem, iż nie potrafiła poprawnie interpretować utworów. Póki co zanurzy się w swoje kapryśne dąsy oraz ubolewanie nad wyraźnym brakiem talentu muzycznego.


Run your fingers through my hair,
Tell me I'm the fairest of the fair
Elodie Burke
Zawód : Dama na trzy etaty
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

she's a saint
with the lips of a sinner


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
she`s an  a n g e l
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6266-elodie-parkinson https://www.morsmordre.net/t6336-lethe https://www.morsmordre.net/t6343-once-upon-a-time https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t6333-skrytka-bankowa-nr-1568 https://www.morsmordre.net/t6335-elodie-parkinson
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]01.08.19 13:08
Wszystkie dni pędzą jak oszalałe, zlewając się w jeden rytm, ledwie mgnienie oka na drodze życia. Nie wiem który jest którym i co dokładnie one oznaczają, ale dopóki pracuję w swojej alchemicznej przestrzeni, to niczego więcej mi nie trzeba. Znów pogrążam się w samotności, w starych nawykach. Z zadowoleniem stwierdzam, że wcale nie potrzebuję innych ludzi. Rozmowy, towarzystwo? Co za nonsens, kto dobrowolnie włącza się do międzyludzkich interakcji? Po co i na co to komu? Nie pojmuję. Wizja przyszłości, zmian jakie miały nadejść - to wszystko nagle blednie w obliczu spalania się z odwieczną pasją. Wystarczy cichy syk gotującego się wywaru, znajomy zapach ziół unoszący się w pomieszczeniu, dźwięk uderzanego o deskę noża, żebym poczuł się naprawdę dobrze. Zapomniał o wszystkim, co złe i niewygodne, o powinnościach, przyrzeczeniach oraz postanowieniach. Mogę trwać w tej słodkiej chwili bez końca; przynajmniej do czasu, aż większość z mikstur okazuje się być felerna. Nadają się jedynie do wyparowania w przestrzeń, co za rozczarowanie. Gorycz porażki osiada ciężko na języku, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Zegar na ścianie ponuro tyka obwieszczając nieubłagany upływ czasu. Nie zwracam na niego większej uwagi, wręcz ignorując go z premedytacją. Nie wiem który już raz z kolei podaję skrzatowi zabrudzony złoty kociołek, żeby pozbył się dowodów zbrodni, gdy ten nagle znika w teleportacyjnym trzasku. Unoszę zdziwiony brwi, ostatecznie machając ręką. Zrobi to później, przyda mi się przerwa. Podchodzę więc niespiesznym krokiem do brudnej, odsłoniętej szyby, niewiele widząc. Krajobraz pozostaje zakrzywiony, trawiony kurzem i zapomnieniem. Wzdycham cicho, gdy ciemne tęczówki prześlizgują się po kolejnych meblach stojących pod ścianą. Wreszcie postanawiam, że przygotuję kilka ingrediencji na później. Krojenie, ucieranie, rozrywanie, obieranie. Aż do znudzenia - chociaż jedyne, co czuję, to błogi spokój. Nie czułem go od czasów wydarzeń w Stonehenge. Dobrze jest się wyciszyć, zapomnieć o niebezpieczeństwach czyhających na zewnątrz.
Głośne uderzenie pioruna na moment odwraca moją uwagę od przygotowywania składników. Deszcz miarowo uderza w twardą taflę okna i powoduje niepokój. Wzbiera on w moim ciele stopniowo, ledwie zauważalnie. Mimowolnie pamięć odtwarza zdarzenia z tamtego dnia w Wiltshire. Przejmujące błyskawice uderzające w kopułę, chłód dementorów mrożący do szpiku kości… strach o życie swoje oraz najbliższych. Nóż zatrzymuje się powierzchni tykwobulwy, mięśnie drżą nieznacznie. Nabieram ciepłego powietrza w płuca z zamiarem uspokojenia rozedrganych zakończeń nerwowych. Po paru minutach wydaje mi się, że wszystko jest już w porządku - wznawiam pracę. Do momentu niespodziewanego powrotu skrzata. Jeden nieuważny ruch i ostrze przecina skórę. Szlag. - Podaj mi maść z wodnej gwiazdy i wywar wzmacniający krew - rozkazuję stworzeniu, nawet nie próbując zamaskować złości pobrzmiewającej w zdecydowanym głosie. Czy te ich ptasie móżdżki nigdy się nie nauczą, że nie mogą mnie zaskakiwać podczas tworzenia eliksirów? - W tej szafce po lewej, idioto - warczę już, bo szkarłat posoki powoli zalewa mi ingrediencję. Przecież wie, że jestem chory, nie mogę tak stać z otwartą raną pół dnia. Pomijając już fakt, że przecież często przesiaduje ze mną w tej pracowni, jakim cudem jeszcze nie spamiętał gdzie trzymam wszystkie mikstury?
Ze zniecierpliwieniem przyjmuję opisane fiolki - i kiedy wydaje mi się już, że problem zostaje zażegnany, to nieśmiałe zaanonsowanie przybycia lady Parkinson do Durham ponownie wytrąca mnie z równowagi. - I mówisz mi o tym dopiero teraz? - wyrzucam z siebie, chyba po raz pierwszy od kilku lat tracąc nad sobą panowanie. Zwykle moja złość objawia się w ściśniętych ze sobą brwiach oraz zmarszczkami na czole, nic więcej. Czy to echo przeżytej traumy?
Po wymyśleniu kary dla nieudolnego Gerwazego mknę szybko do swoich komnat, co, mam wrażenie, zajmuje mi wiek cały. Co mogę zrobić na szybko? Przebieram się nieskładnie, z drżącymi rękoma. Nie ma już czasu na poprawki, i tak jestem bardzo niemodnie spóźniony. Prędko przeczesuję włosy, wodą kolońską usiłując zatuszować chodzącą za mnie eliksirową mgiełkę zapachową. Merlinie, co się stało, że przybyła niezapowiedziana?
Zupełnie nieświadom tego, jaki jest dziś dzień, wpadam niemalże jak burza do pokoju muzycznego, w którym niby ma przebywać arystokratka. Rzeczywiście, pochyla się nawet nad fortepianem. - Witaj, Elodie - mówię może ze zbyt świszczącym oddechem, który naprawdę usiłuję uspokoić. Bieganie mi nie służy. Jednak wtedy kątem oka dostrzegam przerażoną niemalże na śmierć przyzwoitkę. - Ekhm, to znaczy, lady Parkinson - dokonuję natychmiastowej korekty, tak jak prostuję się znacząco i poprawiam poły na szybko założonej szaty. Wreszcie zamykam za sobą drzwi, przestępując kilka kroków bliżej obu kobiet. - Czemu zawdzięczam tę niezwykle przyjemną wizytę? Mam nadzieję, że nie stało się nic złego? - dopytuję jednocześnie zdziwiony jak i zatroskany. Naprawdę nic mi w głowie nie świta, żaden powód. Merlinie, a co jeśli byliśmy umówieni, a ja zapomniałem?! To k o n i e c.


Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Quentin Burke
Zawód : alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3300-skrytka-bankowa-nr-783#55807 https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]03.08.19 2:07
Odpowiada im cisza. Tak nienaturalna dla wrażliwych uszu nawykłych do melodii śmiechu oraz przygrywanych pieśni, szelestu bogatych strojów oraz szmerów prowadzonych rozmów, świadczących o życiu przenikającym wiekowe ściany. Miast tego jest milczenie, milczenie, a także tajemnice, które osiadły w murach zamczyska niby kurz na starych meblach, enigmą kusząc zbłąkane dusze, niemo nawołując naiwne serca. A przecież wystarczy jedno słowo, by móc ją zburzyć, w pył obrócić nagłe napięcie, poczucie obserwacji — nie czyni tego, zafascynowana doznaniami, zaintrygowany orzech tęczówek śledzi otoczenie, chcąc wychwycić nawet najdrobniejszy szczegół. Chociaż świece płoną jasno, tak pomieszczenie zdaje się wchłaniać sobą wszelkie światło, pozostawiając osoby weń goszczące na łasce półmroku. To będzie niebawem mój dom — myśli Elodie, starając się odegnać przygnębienie, gdy wzrok jej pada na wazę, której wzór zdecydowanie nie wpisuje się w najnowsze trendy. Paluszki zaciska kurczowo na rubinowej spódnicy, a umysł skąpany w oparach artyzmu poddaje się dobrowolnie zmiennemu nastrojowi, kapryśności duszy. Miałem dziwny sen, może i nie całkiem senny, zdało mi się, że nagle zagasnął blask dzienny — powtarza w głowie pierwsze wersy poematu, przedziwnie zadowolona, iż może osobiście interpretować utwór na swój własny sposób, tutaj pośród nieokiełznanej burzy i niezmąconego milczenia. Jakby ciemna oprawa pokoju, okraszona ciężkimi zdobnikami będącymi zapewne pamiątkami minionych pokoleń, nadawała wszelkim spostrzeżeniom głębi, drugiego dna wspominanemu fragmentowi. Rozmyślanie tutaj musi być niezwykle malownicze, lecz nastrój, jaki temu towarzyszy z pewnością nie wpisuje się w ten świąteczny, celebrujący czyjeś istnienie i to spostrzeżenie wywołuje lekkie drgnięcie na różanych wargach. Jakiż okropny wydaje się ten brak barwnych szarf zwiewnego materiału przecinających wnętrze pokoju, nieobecność kolorowych splotów kwiecia osadzonych w zdecydowanie ładniejszych, gustowniejszych wazonach wydaje się wręcz bolesna. Oprawa uroczystości jest równie ważna, co towarzystwo i upomnienie to sprawia, iż drobna dłoń zamiera nad klawiszami, które dopiero co zbudziła ze snu. Nie została zaproszona w tak szczególny dzień, czy to oznaczało, iż jej obecność była niepożądana? Oszołomienie nie do końca jest w stanie objąć wiotkie ciało, chaos myśli wyrzutami nie szarga wrażliwym sercem dziewczątka, gdyż początek lawiny dąsów oraz prawdziwie teatralnych, przeciągłych westchnień zostaje przerwany przez pojawienie się solenizanta. Trzepoce w zaskoczeniu rzęsami, wpatrując się w zasapaną postać narzeczonego, jakże nienaturalnie naturalnego pośród tych mroków i cieni, z przedziwnym przeświadczeniem, iż gdyby teraz wszelki blask zanikł, to nie czułaby się z tym źle, przynajmniej póki wymawiałby jej imię, ślizgające się miękko na języku nawet wtedy, gdy brakło mu tchu. Naprawdę lubiła swoje imię, czy to dziwne, chcieć je słyszeć częściej?
Lordzie Burke — odpowiada, dygając, nawet jeśli teoretycznie nie musi tego robić. Etinnette kryjąca się za wątłą postacią swej pani wygląda tak, jakby zaraz miała zderzyć się z jasnym drewnem podłogi i nie jest pewnym, czy to przez lęk związany z przebywaniem w owianej złą sławą siedzibie, bądź gwałtowne przybycie czarodzieja, a może po prostu przez fakt, iż właśnie szacowny członek tego jakże niepokojącego rodu wyrzucił z siebie tak wiele słów naraz. Lady Parkinson uprzejmie ignoruje stan swej towarzyszki, uznając to za śmieszność oraz przesadę, rozumiała westchnienia, ale żeby mdleć? Nigdzie w zasięgu wzroku nie zauważyła odpowiednio miękkich poduszek, by móc pozwolić sobie na podobne działania. Perełka przestępuje kilka kroków do przodu, ujęta troską, złapana przez rozjaśniony wysiłkiem heban oczu Quentina.
Stało się — mówi ze smutkiem Elodie, nieopatrznie wchodząc w przestrzeń osobistą alchemika, wpatrzona w jego bladą twarz — Stało się coś doprawdy okropnego — kontynuuje, wydymając dolną wargę ust, ponownie trzepocąc szybciej smolistymi rzęsami — Proszę sobie wyobrazić lordzie Burke, jak przykrym było mi odkryć brak zaproszenia z waszej strony — mówi miękko, nieco z żalem, albowiem ten należy odczuwać zawsze — A jeszcze gorszym brak zrozumienia u samej siebie, tej niemożności zaakceptowania tak przygnębiającego stanu rzeczy — a przecież przyrzekli sobie, iż podaruje mu czas. Wystarczającą ilość, by stopniowo mogli przekształcać własne istnienie na coś bardziej zdolnego do koegzystencji, do umilania sobie dnia codziennego — I przeciwstawienia się pokusie, której poddałam się za uprzejmą zgodą waszej szanownej pani matki — dodaje dla usprawiedliwienia, nieświadomie wspinając się na same czubki palców stóp, by mogła poprawić źle ułożony kołnierz szaty. Uśmiecha się przy tym nawet, dziwne — Ale nie mogłam nie złożyć wam życzeń osobiście — kończy, przesuwając opuszkiem palca po materiale, zadowolona z idealnego ułożenia. Powraca spojrzeniem ku mężczyźnie, zauważając nagle napięcie, jakie zapanowało w pomieszczeniu, nieodgadnioną minę narzeczonego. Cofa się natychmiast, o krok, następnie o dwa, opuszczając bezradnie dłonie — Czy popełniłam błąd? — pyta nagle niepewnie, w obawie, iż rzeczywiście zrobiła coś złego. Co, jeśli preferował samotne uczczenie własnych urodzin? Albo wolał poświęcić ten czas na bliskich, a nie swojej młodziutkiej narzeczonej? Och nie, teraz naprawdę stało się coś  p o t w o r n e g o.


Run your fingers through my hair,
Tell me I'm the fairest of the fair
Elodie Burke
Zawód : Dama na trzy etaty
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

she's a saint
with the lips of a sinner


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
she`s an  a n g e l
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6266-elodie-parkinson https://www.morsmordre.net/t6336-lethe https://www.morsmordre.net/t6343-once-upon-a-time https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t6333-skrytka-bankowa-nr-1568 https://www.morsmordre.net/t6335-elodie-parkinson
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]08.08.19 12:28
Lubię ciszę. Jest kojąca, szczególnie na rozedrgane nerwy. Świat idzie do przodu, ale przecież wciąż tak wiele pozostało w tyle. Nasze historie, wydarzenia, które bolą powracającymi wspomnieniami. Czuję się z tym źle. Mogę wtedy zaufać milczeniu panującym dookoła, mieszkańcom tak cichym, jakby bali się zakłócić trwający w Durham spokój. Jest jak sanktuarium rozumiane jedynie przez nielicznych - to nic złego. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele osób nie pojmuje istoty władającego tu bezgłosu. Dźwięki, słowa, one wszystkie zagłuszają pracę umysłu, zdrowego rozsądku. Ci, którzy boją się samych siebie, chętniej uciekają w ten świat harmidru. Nie mogę ich za to winić, czasem tak jest, że jedynym ratunkiem pozostaje ucieczka. Ciężko jest opuścić swą własną osobę, wiem o tym najlepiej. Dobrze jest więc oddać się w ramiona chaosu, żeby umniejszyć pulsujący w ciele ból. Tak mi się wydaje - nigdy nie próbowałem. Moje życie od zawsze jest poukładane, a jeśli dzieje się coś niespodziewanego, nigdy z mojej inicjatywy. To tylko okrucieństwo zdradliwego losu. Nad którą nie zastanawiam się już dłużej, zwyczajnie przyjmując jego dary oraz kary, wierząc, że gdzieś na końcu tej drogi czeka upragniona oaza, jaką jest właśnie to miejsce. Przerażające dla tych, którzy nie zostali tu wychowani, nie pojęli duszy tego miejsca. Ono nie jest wcale takie puste i takie milczące jak mogłoby się zdawać - każdy przedmiot znajdujący się w zamku ma swoją unikatową historię, którą mógłby opowiedzieć wszystkim, gdyby ci tylko zechcieli go wysłuchać. Nie zapomnę chińskiej wazy z lekko przetartym bokiem będącym skutkiem po szermierczym pojedynku z bratem, nie zapomnę też gładkości klawiszy fortepianu, dzięki któremu przeżyłem trudy alchemicznego kursu, tak jak stolika, przy którym siedziała matka słuchając mojej gry - zawsze tym samym, na tym samym krześle. Rozpoznawała je przez drobną, ciemną plamkę po lewej stronie oparcia, zrobioną podobno przez papierosa przesadnie egzaltowanej ciotki. Całe to pomieszczenie wypełnione jest powietrzem minionych chwil, gotowych do przedstawienia swojego unikatowego przekazu. Jednak nie każdy chce o nim słuchać, niektórzy wolą przejść przez dwór na wydechu, szybko, żeby w następnej chwili zapomnieć o wszystkim, co widzieli.
Muszę przyznać sam przed sobą, w duchu, że jestem zaskoczony obecnością Elodie w tym miejscu. Zapragnęła poznać nowe miejsce zamieszkania, oswoić się z jego przerażającą aurą? Byłoby to posunięcie odważne, godne podziwu, ale mam niejasne przeczucie, że chodzi o coś więcej niż tylko katowanie się toporną atmosferą zamku. Tęsknota za Burke’ami też nie wchodzi w grę, więc coraz jaśniejsze staje się to, że zapomniałem o ważnym spotkaniu. Stresuję się wewnętrznie, drżę w posadach, w umyśle rozkwitają najczarniejsze scenariusze; oszalały bieg w to miejsce jest poniekąd zbawieniem, bo nie widać po mnie tych wszystkich skrytych emocji. Twarz i ciało wyrażają zmęczenie, później lekkie zakłopotanie faktem zapomnienia o prawidłowej formie etykiety, chociaż opinia przyzwoitki nie liczy się wcale. Powinienem zignorować palące uczucie wstydu, ale ono obezwładnia mnie dość mocno, ściśle przylegając do klatki piersiowej. Czuję się dziwnie, tak jakbym to ja zakłócał panującą w pokoju harmonię, nie czekający w napięciu goście. Wzrok przemieszcza się z miejsca na miejsce, z przedmiotu na przedmiot, doszukując się dowodu tragedii w przestrzeni wokół. Wysypanej ziemi z kwiatów, połamanych krzeseł, zapadniętych stolików, zniszczonych instrumentów. Nic, co mogłoby wzbudzić niepokój, więc powracam spokojniejszym już spojrzeniem do orzechu kobiecych oczu. Dlaczego oblanie ich miodem przywołuje nostalgię dziecięcych śniadań z rodzeństwem? Co za nonsens, potrząsam krótko głową, nieznacznie.
Stoję w oczekiwaniu, w duchu łapiąc się nadziei na rozwianie moich paranoicznych myśli, ale nie. Oto nadchodzi dramat, wślizgując się w umysł dramatycznym crescendo, aż piszczącym w uszach. Brwi unoszą się znacznie, oczy patrzą pytająco, usta nie mają odwagi przerwać potoku słów narzeczonej. Więc stoję i słucham, chwilowo sparaliżowany obecnością czarownicy tak blisko. Wstrzymuję oddech, poddając się jej gestom, myślami ponownie uciekając gdzieś w przeszłość. Na chwilę zaledwie, bo muszę przecież zażegnać kryzys, z jakim przybywa do Durham Elodie. Koncentruję umysł na nowo, zaś zdziwienie potęgują oskarżenia, których całkowicie nie rozumiem. Mrugam więc zdezorientowany. - Zaproszenia? - pytam głucho, gdy nadarza się okazja do wtrącenia własnych wypowiedzi. - Życzenia? - kontynuuję bycie zszokowanym, nie rozumiejąc o czym ona do mnie mówi. - Wybacz, lady, nie wiedziałem, że zapragnęłaś uczyć się alchemii - mówię mocno zbity z tropu, nieśmiało i niepewnie. Naprawdę się tego nie spodziewałem. Dopiero po kilku uporczywie mijających sekundach coś we mnie zaskakuje, oczy rozszerzają się w realizacji. Uwalniam też wreszcie oddech, jakbym poczuł nagle rozluźnienie, ale to dalekie od prawdy. Po prostu przypomniałem sobie, że powinienem oddychać. - Czy dzisiaj jest drugi listopada? - pytam, a na krótkie, chociaż przerażone potwierdzenie służki wszystko składa się nagle w miarę logiczną całość. - Wybacz, pani, zapomniałem, byłem zajęty… - tłumaczę się niemrawo. - Nie! - zaprzeczam może zbyt energicznie. Tak, zdecydowanie, gdy kobieta stojąca za plecami swojej pracodawczyni podskakuje nerwowo w miejscu. - To znaczy, nie, naturalnie, że nie. Może zechcesz usiąść lady? Możemy napić się herbaty… - Błądzę w meandrach pomysłów, nie mając pojęcia jak normalni ludzie świętują urodziny.


Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Quentin Burke
Zawód : alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3300-skrytka-bankowa-nr-783#55807 https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]14.08.19 15:26
Szeroko otwarte oczy, nienawykłe do cieni spowijających wąskie korytarze zamczyska, nie dostrzegają historii, jakie zdają się wyzierać z mijanych przedmiotów, noszących znamiona lat minionych. Nie, kiedy namiętnie chłoną atmosferę chłodu oraz grobowej powagi, mroku oraz strachów zalęgłych w nazbyt rozwiniętej wyobraźni. Słowa powtarzane szeptem, zza jasnych paluszków oraz rąbków wachlarzy, skropione powagą i dosyć ciężko skrywanym rozbawieniem, echem odbijają się w rozmarzonym umyśle — pamięta te karykaturalne opowiastki, podkreślające nieokrzesanie wrogiego wtedy rodu, zaznaczające surowość oraz niesamowite bezguście. A także coś o wiele cięższego, co nakazywało płochliwie odwrócić wzrok, zmienić temat na coś znacznie przyjemniejszego, bardziej przystojącego młodziutkiej damie. Trudno jest więc przebić się przez tę ciszę, mając w pamięci podobne rozmowy, przez które tęsknota za odgłosami jakże pomyślnego życia zdaje się być ogromna. Ile czasu będzie musiało minąć, nim odnajdzie tutaj ukojenie? Zanim pogodzi się ze swym losem niczym szanowna kuzyneczka Adeline i sama oblecze się w ciemne barwy, stając się tym samym tłem dla niewzruszonego Durham. Och, nie, nie. Perspektywa porzucenia kolorowych sukni oraz wymyślnych, prześlicznych klejnotów zdobiących jej biżuterię jest nad wyraz okrutna, wzmaga protest w duszy i wymaga uniesienia dumnie podbródka. Lady Parkinson nie pozwoli oblec się w mrok oraz miałkie kreacje, oscylujące tylko wokół czerni i szarości — to byłby zbyt wielki dyshonor dla rodziny, dla tradycji wynoszonych z umiłowanego domu oraz co najważniejsze! Dla mody. Musi być więc odważna, tak jak teraz przebywając samotnie — ale tylko do czasu — w obcym sobie pomieszczeniu, mając u boku tylko niepotrzebną dwórkę, która zapewne w swej bezczelności próbowałaby w chwilach strachu mdleć prędzej niż jej pani.
Wszystko to nie ma już znaczenia, lord Burke zaszczyca niewiasty swą obecnością i nie po raz pierwszy Elodie myśli, jak trudno jest patrzeć na narzeczonego. A przecież Quentin jest niezwykle przyjemny dla oczu, noszący urodę najznamienitszych arystokratów oraz pełen rozwagi ciężar smolistego spojrzenia, tylko podkreślanego przez bladość skóry. Nawet surowość drzemiąca w kącikach wąskich warg nie jest odpychająca, nie kiedy trudna do zidentyfikowania melancholia rosi czasami surowe lico. Nie był on jednak prosty do odczytania, nawet jeśli wewnątrz mógł umierać ze zdenerwowania, tak mięśnie twarzy nijak odbijały podobne zachowanie na zewnątrz. Może tylko częściej unikał spotkania z łagodnym orzechem tęczówek dziewczątka. Dlatego też każde drgnięcie, każdy wyraz zaskoczenia był dla młodziutkiej artystki wyjątkowo cenny — nawet jeśli liczyła na zgoła inne powitanie. Ellie mruga w zakłopotaniu, obserwując, jak dystans niezrozumienia powiększa się i chociaż nie tego się mogła spodziewać, tak uprzejmość nakazuje nie wspominać, iż prędzej założy sukienkę z poprzedniego sezonu, niż dobrowolnie zdecyduje się na nauki alchemii. Zapach eliksirowych oparów był naprawdę trudny do wywabienia.
Nie na chwilę obecną sir — odpowiada grzecznie, ujęta tą nieśmiałością oraz niepewnością. W jasnej głowie gotowa była przyrównać siebie do ucieszonego dziecka, które zbierało zapamiętale reakcje na swoją osobę, niczym najpiękniejsze zabawki. Co jeszcze potrafiła w nim wzbudzić? — Musiał mieć lord naprawdę wiele obowiązków, żeby tak zapomnieć o własnym święcie. Mam nadzieje, iż moje pojawienie się nie oderwało lorda od pilnych sprawunków — wyraża swe obawy z troską, ignorując wdzięcznie przyzwoitkę i jej przesadne reakcje. Zaraz jednak jej twarz rozjaśnia uśmiech, kiedy składa rączki tak, jakby miała zaraz klasnąć — Naturalnie sir, ale czy nie wolałby lord wpierw otrzymać prezentu oraz życzeń ode mnie? — pyta, unosząc się na palcach stop w podekscytowaniu, jakby miała zaraz podskakiwać w tym całym zaaferowaniu. Dobrze wychowana lady jednak tak się nie zachowuje, wystarczy więc ogień zaległy w spojrzeniu oraz nadzieja osiadła na różanych wargach. Elodie uwielbiała wprost sprawiać przemyślane podarki i doprawdy będzie prawdziwie dotknięta, jeśli jej prezent nie przypadnie mężczyźnie do gustu. Będzie zdruzgotana. Z d r u z g o t a n a.


Run your fingers through my hair,
Tell me I'm the fairest of the fair
Elodie Burke
Zawód : Dama na trzy etaty
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

she's a saint
with the lips of a sinner


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
she`s an  a n g e l
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6266-elodie-parkinson https://www.morsmordre.net/t6336-lethe https://www.morsmordre.net/t6343-once-upon-a-time https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t6333-skrytka-bankowa-nr-1568 https://www.morsmordre.net/t6335-elodie-parkinson
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]04.09.19 22:38
Wszystko staje się trudniejsze, gdy pozwalamy przyzwyczajeniom trzymać nad nami kontrolę. Przyzwyczajenia się właśnie tą bezpieczną przystanią, do której chętnie podpływamy, zwłaszcza w chwilach zwątpienia; ale to one sprawiają, że mamy z góry ustalone poglądy. Wiemy, że wszędzie jest dobrze, ale w domu najlepiej, wiemy też, że odstępstwa od znanej nam normy wywołują zdziwienie, niepokój oraz dyskomfort. Nasze reakcje mogłyby być doskonale odmienne, gdybyśmy tak odwrócili nasze role, doczekalibyśmy się innej scenerii ponad tą, którą raczymy się teraz. Te zdania wpływają do mojego umysłu jako coś oczywistego, przecież nie odkrywam Ameryki - ale dlaczego tak ciężko to w pełni zrozumieć? Dlaczego trudno pojąć sytuację drugiej osoby, postawić się na jej miejscu, spojrzeć na wydarzenia jej oczami? Bo to kolejne wyjście ze strefy komfortu, z tego, co znane. Zwłaszcza, jeśli trzeba całkowicie zmienić percepcję. Pochodzimy z dwóch różnych światów, chociaż oboje otaczamy się arystokratycznym towarzystwem. Wydaje się, że wystarczą pieniądze, znane nazwisko oraz identyczne kręgi, w jakich się przemieszczamy, żeby wiedzieć o sobie wszystko i móc powiedzieć, że się znamy, ale to nieprawda. Raczej smętna iluzja bazująca na powierzchowności. Dokładnie tak, jak ocena czyjegoś domu lub ubrania - opiera się na tym, co widać na zewnątrz, nie tym, co jest w środku. Zadać sobie trud zagłębić się w historię, zrozumieć pobudki danego zachowania, to wszystko wymaga czasu oraz wysiłku, na które nie każdego stać. To nie jest złe, nie, jeśli nie chce budować się trwałych, znaczących relacji.
Umiem oceniać. Patrzeć na innych krytycznie, też ocierając się o pozory. Większości ludzi nawet nie lubię, bo zbyt mocno zamykam się w tym, co znam. Elodie jest nowością, jakby całkiem odmienną galaktyką, wokół której nie potrafię się poruszać. Czuję się nieswojo, poniekąd zmuszony do krążenia po orbitach przecinających nasze ścieżki, ale jednocześnie jest w tym pewna doza fascynacji. Ekscytacji z patrzenia na rozwijające się zdarzenie, z którego nie wiadomo, co wyniknie. Trochę jak naukowe eksperymentowanie, chociaż dużo bardziej nieprzewidywalne. Ludzie uwielbiają kryć się za fasadą wyuczonych masek, szczególnie ci uczący się tej sztuki od urodzenia - nigdy więc nie można być niczego pewnym. Zdaje się, że to jakieś moje motto, gdy stoję tak właśnie niepewnie przed kobietą nadzwyczaj odważną. Dla mnie aktem odwagi jest już same podejście tak blisko do drugiej osoby; przełykam ślinę, szukając w umyśle gotowych rozwiązań na podobne sytuacje. Przydałby się podręcznik poruszania się między kobiecymi półsłówkami, a tajemnicami pokroju domyśl się. Starając się odczytać każdy gest czy spojrzenie gubię się pomiędzy tym, co wypada, a co zrobiłbym, gdybym nie musiał trzymać nerwów na wodzy. Staram się więc ugasić palące się zgliszcza stabilności i koncentruję na tym, co dobrze mi znane. Tak, tak znów jest prościej. Kiwam zatem głową, bezpieczeństwo odnajdując w ramionach milczenia - jednak nic, co tak piękne, nie może trwać przecież wiecznie. Nie mogę tylko stać nie wypowiadając ani jednego słowa. To zbrodnia przeciw gościnie oraz narzeczonej starającej się umilić mi samotność urodzin. Jestem szczerze zdumiony, że zapamiętała tę datę. Jednak pod grubą warstwą zdziwienia kryje się… czy to drobna przyjemność? - Naturalnie, że nie - odzywam się wreszcie, może nieco zbyt nerwowo poprawiając rękawy szaty. - Nie miałem dziś zbyt wielu zleceń, a jeśli miałbym, to i tak z chęcią spotkałbym się z tobą, lady - dodaję, zaskakująco szczerze. Nie, żebym zwykle kłamał, nawet nie potrafię, ale rzadko przyznaję, że towarzystwo sprawia mi przyjemność. Zwłaszcza pięknych, czarujących kobiet, przy których zazwyczaj nie umiem się zachować. - Prezent? Och, nie trzeba było - mówię, mocno już speszony. Niezdarnie drapię się po karku, szukając w sobie większych pokładów pewności siebie. Przydadzą się. - Jednak tak, to wspaniały pomysł, dziękuję - zachęcam czarownicę do rozpoczęcia tej wstydliwej części naszego spotkania. Raczej nie dostaję prezentów, a już na pewno nie na urodziny, ale… może to część planu wychodzenia z dobrze znanej strefy komfortu.


Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Quentin Burke
Zawód : alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3300-skrytka-bankowa-nr-783#55807 https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]14.09.19 20:17
Jakże łatwym byłoby się skryć pośród znajomych formuł oraz uprzejmości, wyuczone słówka gładko nanieść na chropowatą powierzchnię pergaminu skropionego perfumami, w których przebija się wyraźna nuta wanilii — zamknąć się w lakoniczności przesłania, nie wysilać się wcale. Pozwolić się gonić z perlistym śmiechem osiadłym na różanych ustach, nie wyciągać drobnej dłoni w celu pojednania, zrozumienia. Porzucić nieszczęsną duszę na pastwę niedomówień, słodko-gorzkich rozważań nad szczerością zaklętą w czerni atramentu. Nie należało to przecież do działań jej obcych, wszakże wiecznie głodne ego łaknęło ofiar, a sylwetka obleczona w mrok, niewyraźna postać narzeczonego, wydawała się spełniać wymogi do podjęcia się podobnej roli. Lecz tkwiło w tym coś niezrozumiale okrutnego, przekonanie to nasilało się, gdy opuszki delikatnie muskały wrażliwą skórę ramion, a echo dotyku cięższego, mocniejszego przemykało przez zakłopotany nagłym zrywem wspomnień umysł. Jak mogłaby traktować z dziecięcą beztroską kogoś, kto z własnej woli postanowił ochronić ją przed chłodem oraz własną naiwnością? Kto z wyjątkową troską próbował zasklepić rany zadane przez osobę, której postać stopniowo rozmywała się w sercu, aż wreszcie pozostanie tylko pojedyncze, niemal niezauważalne mrowienie? Chciała odwzajemnić podobną troskliwość, opuścić ramy samozadowolenia, naznaczyć istnienie przyrzeczonego jej mężczyzny swoją osobą, tak by pojął, iż rzeczywiście, przyjdzie im kroczyć przez życie wspólnie i podobne rocznice będą odtąd dzielone razem. Było to dziwne, tak myśleć o drugiej osobie bez większych ukrytych motywów, dbać o szczegóły wydarzeń tak, by nie sprawiały one przyjemności jedynie arystokratce, nawet jeśli nie była jeszcze w stanie zrozumieć czy lord Burke odbierał podobne działania w ten sam sposób. Elodie mogła się jednak poświęcić, wychodzić naprzeciw, łapać orzechem tęczówek smoliste spojrzenie starające się za wszelką cenę uniknąć spotkania. Narzucać nieśmiale swoją obecność, zaczepiać słownie oraz drobnymi gestami, wywoływać dotąd reakcje, aż nie będzie pewna opinii padającej z wąskich ust Quentina. Czy potrzeba poznania, była w niej aż tak silna? Podobna myśl sprawia, iż na chwilę zastyga w bezruchu, a następnie w nagłym zakłopotaniu odwraca wzrok ku przyzwoitce. Była też w tym trudna do zidentyfikowana zachłanność i lady Parkinson nie po raz pierwszy zastanawiała się w lekkim oszołomieniu, jakim cudem czarodziej z pozoru miałki oraz bezosobowy, ponury ponad miarę i rzekomo nudny, był w stanie zakląć całkowicie uwagę artystki między paroma słowami oraz ruchami. Dlaczego jednym gestem potrafił zatrzeć wszelkie doznane przezeń nieprzyjemności, wymusić pokłady wybaczenia dla popełnianych błędów oraz nieświadomie pędy myśli oplatać wokół swojej osoby. I przede wszystkim, czemu chciała ukazywać przy nim tylko swoją łagodną stronę, kapryśność oraz roszczeniowość zachowując na momenty nigdy niezaistniałe? Nie rozumiała tego, nie była zresztą gotowa zanurzyć się w podobną plątaninę sprzecznych emocji — skupiała się więc na czymś prostszym, bardziej symbolicznym, co nie sprawi, iż będzie się czuć niczym niedorzeczny podlotek, a doskonale wychowana dama.
Nie wie, kiedy milczenie, jakie między nimi zapada, zaczęła wypełniać oczekiwaniem, skrzącym się w lśniących oczach, w subtelnym wygięciu warg. Czeka, gotowa przyjąć na siebie wszelkie ciosy oraz uwagi, a jednak to słodycz rosi srebrny język dziewczątka, gdy alchemik potwierdza gotowość do spędzenia z nią czasu. Nawet jeśli jest to coś, co każdy szlachcic w swej uprzejmości winien stwierdzić swej narzeczonej. Burke nie dbają o grzeczność oraz o to, co wypada — pouczały ją kuzyneczki trwożliwie i po raz pierwszy cieszyła ją podobna cecha u panów na Durham, gdzie nie było zbyt wiele miejsca na fałsz.
Ciesze się sir, iż nasze chęci są podobne, jeśli nie takie same — odpowiada więc perełka, trochę miękko, choć zaraz unosi blade knykcie, chcąc skryć za nimi krótki chichot wypadający spomiędzy ust. Nie spodziewała się, iż składanie życzeń urodzinowych może być dla niego aż tak niezręczne. Odchrząka zaraz i dyga, przyjmując z wdziękiem zgodę na nadchodzące działania. Nim jednak wypowie choćby pierwsze zdanie, odwraca się, z wyczekiwaniem wyciągając drobne dłonie ku stojącej za nią kobiecie, gniewnym zmarszczeniem brwi ucinając wszelkie potencjalne batalie, o te wszystkie grzecznościowe proszę, nim łaskawie zostanie jej oddana własność, którą dwórka dotąd dzierżyła. To ona była lady, czarownicą o perfekcyjnej krwi i nikt niżej stanem urodzony nie będzie robił scen w obecności osoby, na której dobrej opinii zależało Elodie. Bez sporów zostaje złożone na jej rączki pudełeczko, a uśmiech nieśmiały, acz ciepły rozjaśnia lica panienki. Jest gotowa rozpocząć to jakże niezręczne dla niego przedstawienie.
Lordzie Burke... — zaczyna, choć milknie zaraz, uważnie przyglądając się alchemikowi — Nie, Quentinie... — poprawia się łagodnie, po raz pierwszy od początku ich znajomości, niepewności spotkań oraz zawiłości jakże niepasujących do siebie charakterów, wypowiada jego imię. Brzmi tak przyjemnie, czemu nie zwracała się do niego tak wcześniej, kiedy i jej miano wypowiadał tak pewnie? — Najmilszy Quentinie, w tym szczególnym dniu chciałabym ci życzyć wszystkiego, co najlepsze, lecz jest to życzenie puste, bowiem wszystko, co cię otacza oraz co czynisz, zwykło być najwyższej jakości. Swoje sukcesy oraz talenta osiągasz dzięki własnemu działaniu, nie zaś poprzez parę słów rzuconych na wiatr, dlatego nie potrafię złożyć żadnych pomyślnych próśb, wybacz mi, proszę. W swej śmiałości jednak pragnę wyrazić wdzięczność za twoją obecność, za to, że jesteś i mam nadzieję, iż w przyszłości...będziesz czerpał zadowolenie ze wspólnie spędzonych ze mną chwil — kończy ciszej, czując, jak róż oblewa nie tylko blade policzki, ale i końcówki uszu. W głowie, krocząc przez ciemne korytarze zamczyska, układała prawdziwie kwiecistą przemowę, która mogłaby do łez doprowadzić słuchacza, lecz uleciała ona z jej umysłu zaraz w momencie, w którym smoliste ślepia towarzysza otwarcie skierowały się jej stronę. Och, jakże czuła się zawstydzona własną śmiałością, tak też, by odwrócić uwagę od życzeń, które życzeniami wcale nie były, podaje puzderko lordowi Burke. Prezent zapakowała osobiście, stąd nierówność złotej kokardy oplatającej czarną, elegancką skrzynkę nadto była wyraźna, lecz wnętrze napełniało dziewczątko dumą, stąd brak perfekcyjności w wybranej wstążce aż tak jej nie ciążył. Środek wypełniony rubinowym atłasem zawierał srebrną broszę w kształcie maku, rodowego symbolu narzeczonego, lecz jej wyjątkowość objawiała się w samym środku ozdobnego kwiatu. To tam, między płatkami, gdzie winny być ziarnka, został wtopiony świetlisty bursztyn, który arystokratka kupiła miesiące temu na Festiwalu Lata. Czy mógł poznać, iż podobny zakup był możliwy tylko w tamtym okresie? Czy dowie się, iż już wtedy przyszło jej o nim myśleć uważniej? Och nie, uświadomiła sobie jeszcze bardziej zawstydzona, czy mógł pamiętać historię, jaka kryje się za tym wyjątkowym kamieniem? Oby nie!

| prezent


Run your fingers through my hair,
Tell me I'm the fairest of the fair
Elodie Burke
Zawód : Dama na trzy etaty
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

she's a saint
with the lips of a sinner


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
she`s an  a n g e l
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6266-elodie-parkinson https://www.morsmordre.net/t6336-lethe https://www.morsmordre.net/t6343-once-upon-a-time https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t6333-skrytka-bankowa-nr-1568 https://www.morsmordre.net/t6335-elodie-parkinson
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]01.10.19 18:01
Zasada ograniczonego zaufania nie jest złą zasadą, gdy wiedząc o otoczeniu, w jakim przychodzi nam żyć, nakładamy na siebie ograniczenia. Zamykamy się dla dobra samych siebie, bo dookoła istnieje zbyt wiele zła, podłości oraz prób manipulacji, żeby tak po prostu nie pozostawać czujnym. To ciągła walka o każdy skrawek jutra, utrzymania godności, nieskazywania rodu na hańbę czy chociażby śmieszność. Ktoś taki jak ja musi być ostrożnym dwukrotnie - gdy brak spostrzegawczości oraz zdolności do kłamstwa, skąd brać siłę? Umiejętność przetrwania? Kiedyś było prościej, w innej postaci było prościej; teraz potrafię jedynie uwarzyć mikstury, nic więcej i nic mniej. Zapomniałem już jak to jest przebywać z ludźmi - dotąd nie musiałem jeśli nie miałem na to ochoty. Poza debiutem na salonach nie istniał absolutnie żaden nakaz, żeby pojawiać się na kolejnych przyjęciach. Rozmawiać z innymi, prowadzić miałkie konwersacje o niczym, poruszać trywialne tematy dla zaspokojenia ciekawości rozmówców. Nie czekali więc jak wygłodniałe kojoty na swą ofiarę, nie ostrzyły kłów udając słodkie, niewinne kocięta pragnące raptem odrobiny atencji; po prostu to nie istniało. Do pewnego momentu, gdy żona zapragnęła kolejnych wyjść, adoracji z zewnątrz, skoro nie umiałem jej tego dać. Czekanie w najdalszym zakamarku na koniec nie zawsze wchodziło w grę, stąd blisko już do odsłonięcia kolejnych wrażliwych miejsc. Idealnych do przeprowadzenia ataków. Mam świadomość, że poniekąd znów się na to wystawiam - co dziwniejsze, z własnej woli. Nie umiem tego do końca wyjaśnić, ale przy Elodie jest jakoś inaczej. To absurdalne, wierzyć komuś, kto z łatwością mógłby obrócić kota ogonem, wbić nóż w plecy i twierdzić, że to moja wina. Uwierzyłbym. Nie z naiwności, z braku doświadczenia. Czasem czuję się, jakbym zaczynał wszystko od nowa; te lata mozolnej nauki nie przydały się na nic. Jak mogłyby, gdy przez większość życia trzymano nas pod kloszem w Durham? Bez konieczności zachłyśnięcia się tym rzekomo wspaniałym, salonowym życiem, jakie większość rodów wychwalało? Od zawsze sądziłem, że to coś złego. To całe targowisko próżności i obłudy, ale czy tego chcę, czy nie, w jakiś sposób jestem z tym środowiskiem połączony. Powinienem przynajmniej umieć grać w tę grę. Nawet jeżeli teoretycznie, całkowicie hipotetycznie, cios nie ma wcale nadejść ze strony Parkinsonówny - od momentu zawarcia małżeństwa będę musiał prezentować się na salonach tak, jak zasługuje na to przyszła żona. Sama myśl o tym powoduje nieokreślony niepokój wprawiający komórki w drżenie, ale trudno. Postanowienie jest postanowieniem, zamierzam w nim wytrwać. Sprawić, że wspólna koegzystencja nie będzie aż tak przykra jak mogłaby. Jak wiele takich chwil mamy jeszcze przeżyć? Gdy będę pracował, a ona wyciągnie mnie z pracowni, żeby porozmawiać? Czy w ogóle tak to będzie wyglądać? Może znów rozdzielimy swoje życia mieszkając pod jednym dachem, ale widując się okazjonalnie? Ciężko nie wybiegać myślami do tej przyszłości oraz wizji, gdy obiekt tych refleksji stoi przede mną, zaczarowując wszystko wokół? Nawet powietrze staje się cięższe, oddech płytszy, zaskoczenie miesza się z zawstydzeniem; nie wiem dlaczego tak na mnie działa, bo chyba nawet półwila nie działała z taką intensywnością na skrywane pod ponurością uczucia.
Uśmiechnąłbym się, gdybym posiadał taką zdolność; zamiast tego jest delikatne skinięcie głową. Pełne wdzięczności co do wyznania, nieważne już, czy prawdziwego czy powiedzianego wyłącznie z grzeczności. Nic nie zmieni faktu, że zwykle przedstawiam rzeczy takimi, jakimi są. Wszystkich emocji nie da się ukryć - ja tego nie umiem. Zaś wypowiadane słowa zawsze powinny być oszczędne, za to treściwe. Zawsze tak uważałem. Chociaż… Elodie potrafi mówić. Ubierać rzeczywistość w piękne barwy, dzięki czemu zapomina się o rujnującej szarości. Przez moment nie pamiętam nawet o niezręczności stania blisko oraz otrzymywania życzeń i prezentu. Po prostu stoję i słucham wpatrując się w jasną twarz. Dotąd nie zauważyłem tych złocistych refleksów w tęczówkach, ust jakby piękniejszych, gdy wyginają się w uczuciu radości - ale to prawdopodobnie dlatego, że nie przystoi tak długo wpatrywać się w kobietę. Dziś… dziś wszystko wydaje się inne. Życzenia, może nie są standardowymi życzeniami urodzinowymi, ale to właśnie to czyni je lepszymi niż wszystkie inne, które dotąd słyszałem. Nie wiem ile tkwi w nich prawdy, a ile powinności, ale chcę cieszyć się w swoim pałacu złudzeń, że przynajmniej część z nich odznacza się szczerością. - Dziękuję, chociaż uważam, że do czerpania zadowolenia z twej obecności w moim życiu nie potrzebuję życzeń - odpowiadam w końcu, gdy pierwsze zdziwienie ostatecznie mija, ustępując przyjemnemu uczuciu rozlewającym się po klatce piersiowej. Nie wiem, co ono oznacza, ale podoba mi się. Tak samo jak prezent rozpakowywany ostrożnie oraz z szacunkiem. Otoczkę odkładam na najbliższy stolik, ale broszka… broszka prezentuje się naprawdę cudownie. Przejeżdżam palcami po chłodnym srebrze, aż te natrafiają na bursztyn, dziwnie rozpalający koniuszki. Nagle wszystko zdaje się mieć sens - dobrze, że choroba pozwala policzkom jedynie na muśnięcie szkarłatem, bo tak to byłbym czerwony cały. - Naprawdę… dziękuję. To… wspaniały prezent, będę o niego dbał - mówię cicho, z jakimś dziwnym przejęciem w głosie. Trochę jestem zły na tą całą emocjonalność, ale ignoruję ją. Zamiast tego odpinam z klapy szaty przypinkę, odkładam ją razem z pakunkiem - na jej miejscu znajduje się metalowy mak. - I jak, w skali od jeden do dziesięciu? - pytam Elodie o opinię. Prostuję się nawet, jakbym przymierzał nowy strój, nie ledwie jego element; ale dla mnie ma on znacznie większą wartość niż cała garderoba.


Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Quentin Burke
Zawód : alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3300-skrytka-bankowa-nr-783#55807 https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]03.10.19 1:53
Czy naprawdę ich świat jawił się aż tak okrutnie? Skąpany w ułudzie, słodyczy fałszu okraszonej niezbędną dawką luksusu niewyobrażalnego? Gdzie każdy krok czyniony był z rozwagą, albowiem jeden niedoskonały ruch mógł przynieść prawdziwie fatalne konsekwencje? Szczerości zaś przyszło niknąć pod naporem sztywnych ram, gdzie ciepłota uczuć nigdy nie miała szans poruszyć duszy, a zawarte znajomości malowały się li jedynie w chłodnych barwach szarości? Nie miała w sobie wystarczająco śmiałości, by móc postrzegać w ten sposób ich otoczenie — ona, wiecznie pławiąca się w promieniach słońca, nazbyt wrażliwa na piękno, łaknąca atencji niczym najprzedniejszych smakołyków, nie zamierzała dostrzegać zgnilizny oraz pustki panoszącej się na salonach. Nie chciała widzieć tej szkarady rzeczywistości, której oblicze mogłaby ujrzeć we własnym odbiciu. Poruszała się więc z gracją pośród zawiłych ścieżek arystokratycznych intryg, nosząc na różanych wargach wdzięczny uśmiech, a w oczach skrzącą czujność. Każde wyjście nie jawiło się jako pole bitwy, tragiczna batalia o zachowanie resztek godności, nie. Był to przyjemny obowiązek, któremu bezwstydnie ulegała, czerpiąc inspirację oraz karmiąc własne ego. W swej arogancji, a może jakże zaskakująco niewinnej nieświadomości nie potrafiłaby tak łatwo pojąć ostrożności, jaką żywił Quentin wobec towarzyskich spotkań. Zrozumieć obaw popartych brakiem niezbędnych przymiotów, zezwalających na swobodne dryfowanie na gładkiej powierzchni wszelkich kłamstw i pozorów. Lecz czy miało to znaczenie? Póki pozostanie przy niej, smętny cień górujący nad drobną postacią, srebro języka dziewczęcia bronić będzie go przed werbalnymi atakami. Lekkość ruchów odciągnie niechętne spojrzenia, czar zaś usposobienia złagodzi wszelki osąd, dopóki mężczyzna nie nabierze pewności, siły by mógł samodzielnie stanąć w szranki z resztą błękitnokrwistej braci. Ofiaruje mu czas oraz swe talenta, przynajmniej dopóki wciąż będzie patrzył na nią w ten sposób — z chaotyczną mieszaniną sprzecznych uczuć, gdzie potrzeba zachowania dystansu kłóciła się z mimowolnym oczarowaniem, z pragnieniem opuszczenia własnej strefy komfortu, a także niezrozumieniem dla pewnych dokonywanych przez siebie działań, które miast szkód niosą sobą zaskakujące zadowolenie. Póki heban ciemnych oczu przywierać będzie do artystki z podobną intensywnością, wzbudzającą niepojęty żar, dotąd uprzejmie ignorowany przez młodziutką damę. Tak, nie musiał się niczym troskać — tego perełka była absolutnie pewna. Nie słyszy już słów opuszczających miękkość warg, serce w piersi trzepoce nazbyt głośno, a niepokój związany z okazaniem się głuptasem, rośnie z każdym płytkim oddechem. Lecz mówi, nie tak pięknie, jak zamierzała, nie trzyma się jednak sztywnych ram, obojętności, jaka przemawia przez utarte formuły i sądzi, że tak jest dobrze. I jest, uświadamia sobie w nieśmiało kiełkującym zachwycie, podkreślanym przez róż wciąż widniejący na jasnych policzkach. Elodie uśmiecha się, delikatnie i słodko jak tylko potrafią uszczęśliwione panienki, gdy czarodziej odzywa się do niej po krótkiej chwili milczenia. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi, jeszcze nie i ma wrażenie, iż jeśli teraz wypowie jakiekolwiek zdanie, to czar, jaki został rzucony między nimi, pryśnie. To nic, nic, albowiem teraz smukłe palce sięgają w stronę podarku i lady Parkinson zastanawia się przez ułamek sekundy, czy aby na pewno zadbała o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Najwyraźniej tak, gdyż lord Burke wydaje się zadowolony z prezentu, a nawet...zawstydzony? Ach! Czerwień tym razem kąsa czubki uszu, gdy blondyneczka uświadamia sobie, iż czarodziej doskonale zdaje sobie sprawę, jakiż to kamień zdobi broszkę. Nie żałowała jednak zakupu, zakłopotanie palące dusze nie było przykre, nie kiedy nieznana nuta kala dotąd spokojny, głęboki głos alchemika.
Ciesze się, iż przypadł lordowi do gustu — mówi gładko artystka, nie kryjąc swej radości związanej z pozytywnym odbiorem prezentu i to jej jakże skromnego projektu! Ma ochotę się roześmiać szczerze, lecz poważnieje, gdy pada prośba o ocenę. Odsuwa się o krok, krytycznie przyglądając się męskiej sylwetce, zmarszczka między brwiami podkreśla wagę chwili, aż wreszcie arystokratka powoli kiwa głową, dokonując oceny — Jedenaście — odpowiada, a orzech tęczówek zdaje się raptownie jakby cieplejszy — Zawsze jedenaście — dodaje ciszej, unosząc jednocześnie rączkę, poruszając paluszkami w stronę Quentina — Herbaty? — pyta, mając na myśli wcześniejszą propozycję bruneta odnośnie wspólnego spędzenia czasu. Czeka cierpliwie, aż ten ujmie jej dłoń i poprowadzi do stolika, by zdecydowanie bardziej rozluźnieni mogli podjąć rozmowę na znacznie lżejsze, bezpieczniejsze tematy. I tylko serce wciąż miotało się w piersi, nie mogąc znaleźć ukojenia, podobnie jak usta nie potrafiły powstrzymać się przed układaniem w nieśmiały, pełen niewinnego uroku uśmiech.


Run your fingers through my hair,
Tell me I'm the fairest of the fair
Elodie Burke
Zawód : Dama na trzy etaty
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna

she's a saint
with the lips of a sinner


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
she`s an  a n g e l
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6266-elodie-parkinson https://www.morsmordre.net/t6336-lethe https://www.morsmordre.net/t6343-once-upon-a-time https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t6333-skrytka-bankowa-nr-1568 https://www.morsmordre.net/t6335-elodie-parkinson
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]10.10.19 13:32
Jawi się okrutnie. Tylko tego nie widać - od tego są pozory. Zmyślnie przystrojone zamiary drogimi, dobrymi manierami, uprzejmością oraz pochlebstwami. Nikt nie powie wprost o swych planach, to nie miałoby wtedy sensu. Każdy liczy na element zaskoczenia, przechytrzenie kogoś w tej kurtuazyjnej grze, wygranie starcia i osiągnięcie celu. Nie mogę mieć im tego za złe, nie powinienem mieć, ulepiony z tej samej gliny. W krwią najszlachetniejszą krążącą w cienkich żyłach; kto by pomyślał, że oprócz wspaniałości kryje w sobie zepsucie? Nie tylko moralne, także fizyczne, trawione ciężką, nieuleczalną chorobą. Dotąd wierzyłem, że tylko uzdrowienie ciała będzie w stanie wyrwać mnie z marazmu, w jakim tkwię. Że to ono pozwoli mi wyjść przed zbudowane w pocie czoła mury, odetchnąć namiastką wolności, wrócić do bycia dawnym sobą. Jednak problem kryje się gdzie indziej. Dużo głębiej niż sięga analityczność umysłu. To w emocjach oraz pewności siebie tkwi klucz do rozwiązania trapiącej mnie od jakiegoś czasu zagadki. Muszę po prostu wziąć się w garść zamiast doszukiwać się winy wszędzie, byle nie w sobie. Zawsze ktoś jest winien - inni ludzie, choroba, niesprawiedliwość świata. Jestem naiwny. Jak nadal mogę wierzyć w coś takiego? Sprawiedliwość ani prawo nie istnieją, zostały brutalnie zmiecione z powierzchni ziemi wraz ze Stonehenge. Powinienem otrząsnąć się wcześniej. Należy działać, nie doszukiwać się spisków czy kolejnych przeciwności. Od tego są - od pokonywania ich. Z tego powodu postanowienia powinny iść gdzieś dalej niż tylko w sferę umysłu oraz gorących planów i zapewnień. Tak naprawdę nigdy nie powiedziałem tego na głos, chociaż tak byłoby najlepiej.
Wielu rzeczy nie mówię wprost. Nie otwieram ust na darmo, na nie darmo też nie - o ile nie ma ku temu absolutnej potrzeby. Ale nawet z tą potrzebą nie potrafię werbalnie wyrazić ani uczuć, ani myśli, gdy Elodie jest w pobliżu. Paradoksalnie wydaje się to prostsze w tłumie ludzi, pod ich oceniającymi spojrzeniami. Gdy znajdujemy się w pomieszczeniu sami, panika w komórkach nerwowych zwiększa swoje stężenie, zaś ja łapię się na tym, że nie umiem. Dorównać jej praktycznie w niczym - czy to sprawiedliwe? Więzić najpiękniejszego z ptaków w klatce zasnutej mrokiem? Czyż nie powinna rozwinąć skrzydeł w porównywalnie zachwycającym świecie? Brylować towarzysko, olśniewać urodą oraz wdziękiem, istnieć jako diament u boku mężczyzny równie odważnego? Tak, naturalnie, że tak. Gdyby to tylko zależało ode mnie, już dawno zwróciłbym jej wolność - bo nigdy nie chciałem skazywać nikogo na życie właśnie ze mną. A ona… ona nie zasłużyła na to wszystko. To nic, że być może wśród tamtych lordów nie spotkałaby człowieka doceniającego jej bystrość i talenty, pewnie przez większość uznawane za niewystarczające, w końcu sztuka jest zajęciem typowo kobiecym, często umniejszanym. Tylko co, jeśli to właśnie lady Parkinson to jej uosobienie? Gdzie więc te kwiaty składane pod drobne stopy, gdzie uwielbienie, walka o względy muzy? Nie rozumiem. Przecież zaręczyny nie są nierozerwalne, przekonałem się o tym w najboleśniejszy ze sposobów.
Wtedy pojawia się nieśmiała myśl, że może to powinienem być ja, tak wbrew wszystkiemu. Ktoś, kto uszanuje ją bez względu na wszystko. Ktoś, to będzie wdzięczny za każde posyłane w jego kierunku spojrzenie, muśnięcie palców na ramieniu, pogodny uśmiech. Za życzenia, które nie musiały wybrzmieć, prezent, który nie musiał zostać ofiarowany. Bo przecież nikt nie mógł jej zmusić do pojawienia się w ponurym Durham, pewnie troskliwe ciotki wręcz odradzały ten pomysł. A mimo wszystko stoi tu, tak blisko, wręczając coś, co nie jest zwykłym zakupem w zwyczajnym sklepie. On ma znaczenie. Tak jak cała ta sytuacja między nami. Jak wyprostowanie sylwetki oczekując na werdykt. Najlepszy z możliwych, powodujących kolejny wybuch zawstydzenia. Tak jak możliwość ściśnięcia delikatnej dłoni. Na moment wstrzymuję oddech, nim zaprowadzam czarownicę do stołu; odsuwam krzesło, wzywam skrzata, zapewniając, że herbata spełni wszystkie oczekiwania. Gorzej z rozmową - tej wciąż się uczę, ale mając taką nauczycielkę, wszystko staje się możliwe.

zt. x2


Mil­cze­nie, cisza gro­bowa, a jakże wy­mow­na. Zdmuchnęła is­kry złudzeń. Zos­ta­wiła tło stra­conych nadziei.
I po­wiedziała więcej niż słowa.

Quentin Burke
Zawód : alchemik, ale pomaga u Borgina & Burke'a
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3067-quentin-burke#50373 https://www.morsmordre.net/t3092-skrzynka-quentina#50608 https://www.morsmordre.net/t3083-disco-inferius#50538 https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t3300-skrytka-bankowa-nr-783#55807 https://www.morsmordre.net/t3261-quentin-burke
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]10.11.20 0:38
2.07.1957

Futerał leżał na stoliku rzucając jej wyzwanie. Wystarczyło tylko sięgnąć w jego stronę, otworzyć delikatne i misterne zamkniecie by wyciągnąć instrument. Ojciec był zaskoczony jej prośbą, ale nie miał powodów aby odmawiać córce zakupu. Matka zaś głowiła się co też się skłoniło córkę do takiej decyzji? Złożyło się na to wiele sytuacji i rozmów, a każda przyczyniła się do tego momentu kiedy Primrose stała przed futerałem wahając się czy chce go otworzyć.
Była panną z dobrego domu, powinna umieć wysławiać się, poruszać z gracją i wdziękiem, tańczyć, prowadzić konwersację i być uzdolnioną artystycznie. Całe swoje dotychczasowe życie poświęciła nauce. Zdobywaniu wiedzy w zakresie starożytnych run, historii magii, nawet uroków czy obrony przed czarną magią. Z czasem to ostatnie zaczęło być obecne w jej życiu coraz częściej. Obcowała z nim prawie na co dzień. Artefakty, które trafiały do pracowni w sklepie często dotykały jakieś sfery czarnej magii, talizmany, które tworzyła zmuszały do pogłębiania wiedzy ze starożytnych run. Mogła poszczycić się dość dużą wiedzą oraz tym, że chłonęła ją jak gąbka. Spotykała się z naukowcami, prowadziła długie dysputy, wymieniała z nimi listy. Muzyka była obecna w jej życiu, ale nigdy sama jej nie tworzyła, a teraz miało się to zmienić. Po części chciała nauczyć się czegoś nowego, pokazać, że panna Burke potrafi coś więcej niż machać szpadą oraz jeździć z rozwianym włosem po dzikich polach. Harfa wydawała się dla niej zbyt delikatna, zaś pianino było domeną Quentina, a skrzypce zawsze ją ujmowały. Miały w sobie pewien wdzięk oraz były na tyle małe, że można je było położyć gdzieś z boku i nikomu nie przeszkadzały. Primrose wzięła parę głębszych oddechów i otworzyła futerał aby spojrzeć na instrument. Drewno lśniło w świetle promieni słonecznych, a te załamywały się na strunach, miękka linia obudowy instrumentu kusiła swoim wyglądem. Kobieta delikatnie ujęła skrzypce i wyciągnęła je z futerału. Quentin poświecił ostatnie dni na tym aby nauczyć ją czytania nut, a Prim spędziła dwa razy więcej czasu aby przeczytać książki o grze na skrzypcach. Znała teorię, ale jak pójdzie jej z praktyką. Otworzyła jedną z książek oraz proste nuty piosenek dla dzieci.  Wzięła do ręki smyczek aby przygotować do go użycia. Dokładnie nasmarowała, upewniła się, ze robi to dobrze zerkając co jakiś czas na książkę, gdzie ruchomy obrazek znacznie ułatwiał przygotowanie smyczka do pracy. Gdy była pewna, że wszystko ma już gotowe ułożyła skrzypce na barku i sięgnęła po smyczek. Pierwsze dźwięki sprawiły, że się skrzywiła i syknęła cicho. Wiedziała, że nie będzie to łatwa nauka, zwłaszcza będąc samoukiem, ale nie było nikogo to by mógł ją nauczyć, musiała zrobić to sama. Kolejne pociągniecie smyczka, odpowiednie ułożenie palca na strunach zgodnie z opisem w książce i szukanie tego właściwego dźwięku, który będzie czysty. Tylko czy wiedziała czego szuka? Podeszła do pianina i nacisnęła odpowiedni klawisz, aby usłyszeć ten dźwięk i jeszcze raz. Pociągnięcie smyczka, skrzyp i zgrzyt, nic to. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Aż do skutku, aż dźwięk będzie czysty, aż uzyska to na czym jej zależy. Smyczek góra dół, odpowiednie ułożenie nadgarstka, tak jak w książce. Przecież to potrafi? Kto jak nie ona? Craig mówił, że będzie uciekał jak tylko zobaczy ją ze skrzypcami, udowodni mu, że to potrafi i osiągnie. Zagra na urodzinach Edgara, zaintonuje kołysankę dla bratanic i bratanka.  To był jej cel. Być dobrze wykształcona panną, nie przynieść wstydu rodzinie i udowodnić samej sobie, że w każdym wieku można się nauczyć czegoś nowego. Mówili, że za późno się za to zabiera, ale Prim w to nie wierzyła, musiała spróbować, a gdy ktoś jej mówił, że czegoś nie zrobi... cóż, panna Burke postanawiała udowodnić, że będzie inaczej.
Drgnęła kiedy usłyszała czysty dźwięk, powtórzyła ruch, znów czysta nuta. Uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Powtórzyła ruch smyczkiem i nacisk na strunie jeszcze parę razy aby zapamiętać ułożenie.  Czas na kolejną nutę, nie spocznie póki wszystkich nie zagra czysto. Nacisnęła kolejny klawisz panina i wsłuchała się w dźwięk. Smyczek w górę i dół, lekki nadgarstek, mocniej nacisnąć strunę. Smyczek bardziej pod kątem i w dół, jeszcze raz. Czysta nuta. Zaczynała łapać o co w tym chodzi. Powtórka, póki nie będzie mieć pewności, że to nie fart początkującego.
Wyobrażała sobie jak stoi w salonie i gra czysto utwór, a rodzina i przyjaciele biją jej brawo. Kolejne obrazy wyobraźnia podsuwała sama. Prim grająca z Quetinem w duecie, Prim grająca z Evandrą. Poczuła jak nadgarstek jej zesztywniał więc przerwała ćwiczenia uświadamiając sobie, że to co teraz robi to straszne skrzypienie i fałszowanie, które ledwo znoszą przodkowie na obrazach, a co dopiero żywi mieszkańcy domu. Nic dziwnego, ze na czas jej ćwiczeń wszyscy nagle musieli wybyć z domu. Zdawało się jej jednak, że paru przodków patrzy na nią przychylnie jakby chcieli dodać otuchy i zapewnić, że kiedyś osiągnie sukces. Rozruszała zesztywniałe nadgarstki oraz rozmasowała obolałe opuszki palców. Nie miała jeszcze wyczucia instrumentu i cała była sztywna. Bolał też ją kark i bark, ale to ją na pewno nie zniechęci. Kiedy odpoczęła sięgnęła ponownie po instrument i powtórzyła trzy poprzednie nuty, aby mieć pewność, że znów zagra je czysto. Skrzywienie kiedy zafałszowała nutę, ale kolejną zagrała już prawidłowo, z większym wyczuciem. Powtarzała do upadłego, trzy kolejne nuty. Kiedy już opanowała całą gamę, spojrzała na nuty i spróbowała zagrać pierwszą sekwencję. Niestety nic z tego nie wyszło, ponieważ palce jeszcze się plątały. Sięgnęła po ołówek i na boku rozrysowała sobie gryf z progami i kropkami zaznaczyła gdzie powinna trzymać palec. Z taką ściągawką spróbowała ponownie i za drugim razem się udało. Chyba usłyszała nawet jakąś nieśmiałą linię melodyczną, gdyż muzyką ciężko to było nazwać. Ponownie skupiła się na powtarzaniu, tak aby zagrać całość bez patrzenia na ściągawkę. Na końcu dłoń jej zadrżała i fałsz poranił już i tak nadwyrężone uszy. Ostatni raz Prim, zagraj czysto i na dziś koniec. Do kolejnych ćwiczeń powrócisz jutro. Rozruszała obolały i zesztywniały nadgarstek by spróbować jeszcze raz. Przymknęła lekko oczy jakby chciała aby instrument sam ją poprowadził we właściwym kierunku i uniosła smyczek do góry, który opadł delikatnie na struny. Palce przesuwały się po strunach, już zapamiętywały sekwencje ruchów, wiedziały gdzie powinny się położyć. Czuła ich ból, piekący i drażniący. Nie były przyzwyczajone do tego. Jej ciało musiało się przestawić. Jak kiedyś bolały plecy od pochylania się nad stołem roboczym tak teraz nadgarstki i palce upominały się o odpoczynek. Pozwoliła aby koślawa muzyka przebrzmiała w pomieszczeniu. Westchnęła cicho i schowała instrument do futerały. Pogładziła go czule i zamknęła dokładnie oznajmiając tym samym, że przestaje torturować mieszkańców. Każdy może wrócić do swoich zajęć. Zdawała sobie sprawę, że przed nią długie dni ćwiczeń, miesiące zawodów i wyrzucania sobie, że jest nazbyt ambitna i chce wszystkim dookoła udowodnić co też jest warta, ale wiedziała, że kiedy to minie powie z dumną miną: „Warto było”. Przynajmniej taką miała nadzieję. Zamknęła pianino i zebrała nuty, które leżały rozrzucone na stole. Następnie sięgnęła po książkę, która była jej przewodnikiem po tej trudnej sztuce i zanurzyła się w lekturze na nowo. Może coś ominęła, może teraz zwróci na coś innego uwagę? Bez nauczyciela nie było tak łatwo, ale wbrew pozorom nie było aż tyle osób w jej środowisku, które mogłyby ją podszkolić. Musiała zdać się na cierpliwość brata oraz swoje samozaparcie. Motywował ją cel jaki chciała osiągnąć, oraz była pewna, że umiejętność grania na skrzypce zapewni jej sporo radości i pozwoli się jej wyciszyć. Ostatnio coraz częściej dopadały ją ponure myśli, które nie pozwalały się skupić na codziennych zajęciach, a sytuacja w świecie czarodziejów niczego nie ułatwiała. Prim pokręciła głową chcąc się pozbyć natrętnych myśli. Po aktywności muzycznej czas na aktywność ruchową. W stajni czekała Powiastka na codzienną dawkę przejażdżki, nie mogła jej zawieść.

zt 1252 słów



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, B&B
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 28 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Pokój muzyczny E331336106fb118b6485453aee90de3a
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8879-primrose-burke https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]07.12.20 15:08
21.07.1957

Nastał wreszcie dzień, w którym Primrose pozna swojego nauczyciela od gry na skrzypcach. Moment, w którym przyszła do Edgara z prośbą o opłacenie lekcji był tym, w którym widziała szczere zdumienie w oczach brata. Spodziewał się prośby o lepsze siodło do jazdy konnej, nowej szpady do szermierki lub całej listy składników do tworzenia talizmanów, jednak prośba o zakup skrzypiec i opłacenie nauczyciela nie było czymś typowym dla jego siostry. Jednak nie przyśniło mu się to, a lady Burke chciała wkroczyć w świat muzyki w sposób inny niż figury tańców na salonach. Otrzymała najlepszej jakości skrzypce, a starszy brat podarował jej proste nuty i nauczył ją jak je odczytywać. Zostały przed nią uchylone drzwi do nowego świata, który chciała dobrze poznać. Przez ostatnie tygodnie samodzielnie grała na skrzypcach poznając powoli tajniki tej skomplikowanej sztuki. Każda fałszywa nuta nie zniechęcała jej, a wręcz przeciwnie utwierdzała w postanowieniu. Niezależnie jednak jak była zdolna i uparta potrzebowała przewodnika w tej dziedzinie i żaden z domowników nim nie mógł zostać. Musieli zatrudnić nauczyciela dla Primrose, który będzie czuwał nad jej postępami. Wreszcie nadszedł ten dzień, a panna Burke krążyła po pokoju zniecierpliwiona co chwila zerkając na futerał z instrumentem. Czuła lekki dreszczyk podniecenia na samą myśl, że będzie kiedyś grała biegle na skrzypcach. W planach miała dać mały koncert dla rodziny, a dokładniej dla Edgara w dniu jego urodzi 24 grudnia. Ambitny plan – powiedziało parę osób wątpiąc czy uda się jej osiągnąć ten cel. Prim jednak była uparta i zawzięta. Nie mogła zawieść i się poddać na samym początku. Świadczyłoby to o słabości jej charakteru i słomianym zapale, a żadna z tych cech do niej nie pasowała.
Skrzat domowy widząc, że zbliża się godzina przybycia nauczyciela znalazł się przed wejściem do Durham celem przywitania gościa i zaprowadzenia go do lady Burke, która czekała w pokoju muzycznym.
Kiedy nauczyciel przybył na miejsce, został poprowadzony potężnymi schodami w głąb zamku, a z każdego obrazu spoglądały na niego obrazy przodków, którzy patrzyły z uznaniem i jakby nadzieją. Nawet one wiedziały, że panna Burke zajęła się czymś innym niż artefakty, talizmany i jazda z rozwianym włosem po okolicznych wzgórzach.
Na zewnątrz było upalnie tego lata, ale wśród murów Durham czuło się przyjemny i kojący chłód pomimo panującego półmroku wewnątrz, który budził lekki niepokój u osób, które przybywały tutaj pierwszy raz. W samym pokoju było jednak jasno i przestronnie, a promienie słoneczne padały złotymi smugami na ciemną podłogę z litego drewna.



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, B&B
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 28 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Pokój muzyczny E331336106fb118b6485453aee90de3a
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8879-primrose-burke https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]07.12.20 17:55
Colonel Roots w niczym nie przypominał sławnego skrzypka. Wysoki, jak wysocy bywali mężczyźni w czasach, w których przyszło im żyć. Ostre rysy twarzy okraszone kilkoma większymi oraz mniejszymi bliznami sprawiały wrażenie mężczyzny nieprzyjemnego oraz niedostępnego, a dobrze zbudowana sylwetka wskazywała na kogoś odznaczającą się tężyzną fizyczną. I jedynie dłonie mężczyzny wskazywały na umiłowanie do muzyki - zadbane, zwinne, sprawiające wrażenie w pewien sposób nie pasujących do groteskowej postury. Ubrany w ciemną, surową szatę stanął przed drzwiami zamku Durham, nie będąc w pełni pewnym, czego miał się spodziewać. Szlachta bywała różna. Szlachta bywała kapryśna. A on nie należał do mężczyzn pełnych kurtuazji. Przyjął jednak zlecenie, pewien, iż dobre kontakty z rodem Burke, mogą okazać się niezwykle przydatne.
Kroczył pewnie korytarzami zamku pewne, z miną pokerzysty w jaką ułożyła się nieprzyjemna dla oka twarz. Naznaczone bielmem oko nie dostrzegało wszystkich portretów, tak ciekawsko zerkających w jego kierunku. Nie one były dziś istotne, nie dla nich pojawił się w pochmurnym zamku. Aura zamku zdawała się zgrywać z dziwnym gościem, roztaczającym wokół siebie podobną otoczkę niepokoju oraz chłodu.
Przekroczył drzwi do pokoju pewnie, nie zwracając większej uwagi na skrzata, który przyprowadzić go do tego miejsca. Nie skrzat był ważny a ona - ciemnowłosa kobieta oczekująca jego przybycia w nerwowym napięciu. Colonel podszedł do niej, by skłonić się tak, jak wymagały konwenanse, w jego ruchach brakowało jednak odpowiedniej gracji; były powściągliwe oraz chłodne.
- Lady Burke. - Zaczął głosem przenikliwym, rzucając jej uważne spojrzenie stalowych oczu. - Colonel Roots. Lord Burke prosił, bym udzielił lady kilku lekcji. - Oznajmił sucho, dłonią przejeżdżając po przydługich, ciemnych włosach by odsunąć je z twarzy. Przez chwilę przyglądał się kobiecie. Uważnie, próbując dostrzec to, co do tej pory pozostawało dla wielu ukryte. Zrobił kilka kroków do najbliższego z krzeseł, by z namaszczeniem odłożyć na nim futerał ze swoimi skrzypcami. - Pozwolę sobie ominąć wszelkie grzecznościowe formułki... Co umiesz? Czego zdążyłaś się nauczyć? Co chcesz mi zaprezentować? - Mówił zwięźle, konkretnie, zakładając ręce za swoimi plecami.  Uwielbiał konkrety. I nie mógł rozpocząć lekcji, bez dokładniejszego zgłębienia obecnych umiejętności dziewczyny. Musiał wiedzieć. A ona powinna odpowiedzieć, najlepiej zwięźle, by nie marnować ich czasu.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Pokój muzyczny 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]07.12.20 19:27
Pan Roots nie wyglądał jak książkowy nauczyciel muzyki. Nie wyglądał na wybitnego skrzypka, ale jak tylko przekroczył próg pokoju muzycznego panna Burke wyprostowała się niczym struna.  Wyszła mu naprzeciw i skinęła głową na powitanie starając się nie zachowywać jak dziecko, które nie może doczekać się prezentu. Lekcje nauki gry na skrzypcach były właśnie prezentem dla młodej czarownicy, która jednak chciała choć trochę wpasować się w wyobrażenie dobrze wykształconej młodej damy i zazdrościła trochę bratu, że potrafi grać na instrumencie. Marzyła, że  zagra z nim kiedyś w duecie. Czy właśnie powoli zbliżała się do jego realizacji? Miała taką nadzieję.
-Panie Roots – przywitała się z mężczyzną i zaprosiła go gestem dłoni do środka. - Niezmiernie mi miło, że zgodził się pan udzielić paru lekcji.
Odpowiedziała zgodnie z prawdą, a na jej twarzy pojawił się delikatny i uprzejmy uśmiech. Jego surowość i chłód jej nie odstraszał. Większość członków rodu Burek była wycofana i zdystansowana, więc nie stanowiło to dla młodej czarownicy problemu. Ba! Przy takich osobach czuła się lepiej niż przy wylewnych i bardzo otwartych. Wbrew pozorom wtedy sama bardziej się dystansowała i była chłodniejsza w odbiorze niż w rzeczywistości. Obserwowała mężczyznę, który postanowił przejść od razu do sedna sprawy nie bawiąc się w półśrodki.
-Potrafię czytać nuty oraz nauczyłam się grać Pieśń Filaretów. - Odpowiedziała zgodnie z prawdą i zdawała sobie sprawę, że to mało. Jednocześnie zabrała się za naukę dość późno. Zwykle zaczynało uczyć się będąc dziećmi, dorosłym było już trudniej. Nie znaczyło to, że nie są w stanie. Muszą jednak liczyć się z tym, że nauka będzie wolniejsza.
Podeszła do swojego futerału i wyciągnęła skrzypce, po czym ułożyła je na ramieniu biorąc w dłoń smyczek nacisnęła odpowiednią strunę A i w rytmie staccato zaczęła grać utwór, o którym wcześniej wspomniała. Dłoń miała dość pewną, poprzez ciągłe ćwiczenie tego utworu, choć popełniała błędy i parę razy wkradła się fałszywa nuta, raz za bardzo przyspieszyła, innym razem zbyt wolno pociągała smyczkiem. Lekko zmarszczone brwi świadczyły o skupieniu i zaangażowaniu w graną, prostą melodię. Zawahała się w pewnym momencie, ale zaraz szybko powróciła do zagubionej nuty naciskając zbyt mocno strunę i usztywniając nadgarstek w zdenerwowaniu. Po chwili zakończyła melodię i lekko zmieszana spojrzała na nauczyciela. Wiedziała, że popełniła sporo błędów, a tak bardzo chciała pokazać, że sama osiągnęła wiele. Czasami zbytnia ambicja szkodziła, kiedyś to słyszała i nie wierzyła. Czy właśnie doświadczyła zbytniej ambicji?
-Pragnę nauczyć grać płynnie na skrzypcach - pogładziła instrument z czułością. - Nie oszukuję się, że będę wybitną skrzypaczką. Robię to dla samej siebie.



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, B&B
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 28 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Pokój muzyczny E331336106fb118b6485453aee90de3a
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8879-primrose-burke https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Pokój muzyczny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach