Wydarzenia


Ekipa forum
Oranżeria
AutorWiadomość
Oranżeria [odnośnik]15.11.17 11:28
First topic message reminder :

Oranżeria

Ogromna oranżeria jest osobnym, szklanym budynkiem znajdującym się po lewej stronie zamku. Jest niezwykle wysoka, wykonana z grubego, wzmacnianego magią szkła, rama zaś stworzona została z ciemnego metalu. W środku dodano kamienne elementy, zwłaszcza filary, podłogę oraz ławki. Oprócz najróżniejszych roślin, w tym tych najbardziej egzotycznych, oranżeria mieści również niewielkie oczko wodne, kilka fontann oraz wspaniałych rzeźb. Bez względu na porę roku we wnętrzu budynku zawsze jest ciepło, powietrze zaś wilgotne, stanowiąc w ten sposób idealne warunki dla roślinności.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Oranżeria - Page 5 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Oranżeria [odnośnik]21.08.22 20:00
Trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje z twarzy Primrose - arystokratka ćwiczyła kamienną minę zapewne przez wiele lat, podczas gdy Elvira zadawała kłam swoim emocjom poprzez wyraz wiecznego rozdrażnienia. W ten sposób również skutecznie ukrywała swoje prawdziwe odczucia, antypatyczną postawą przysparzała sobie jednak znacznie mniej szacunku niż Primrose. Fakt ten był wart zmian, nawet jeśli usta nawykłe do drwiących uśmieszków trudno było zmusić do neutralniejszego wyrazu. Nie miała jeszcze świadomości, że choćby nie wiem jak mocno starała się wymusić na sobie życzliwość, zawsze zdradzać ją będą oczy, niosące piętno paskudnej natury, a teraz i czarnej magii.
Dziś jednak ani jej sympatia ani szczerość nie były elementem wyrafinowanej gry. Po raz pierwszy od bardzo dawna miała okazję wyrazić swoje myśli tak otwarcie - i równocześnie z wystarczającym spokojem, by uznać to za sukces. Nad złością panowała lepiej, tłumaczyła swój punkt widzenia dokładniej - wielki wpływ na to miał zapewne fakt, że Primrose była rozsądną kobietą, której nie ograniczały obawy i święte oburzenie.
- Mhm - przyznała najpierw, gdy Burke uraczyła sprawę nestora własnym komentarzem, a potem szybko zajęła usta krawędzią filiżanki. Piła teraz niewielkie, prawie puste łyki, kupując sobie w ten sposób czas na zastanowienie. Co bowiem mogła powiedzieć? Bała się już wyrażać złość, uparcie starała się wierzyć w to, że w tej akurat materii posłuszeństwo jest najlepszym możliwym wyborem. Ale jak daleko rozciągały się jego granice? Tutaj nie sięgały ani uszy Tristana, ani jego gniew, ani pióro Valerie. Mogła i miała zamiar pozostać jego podwładną, ale nigdy nie będzie jego wielbicielką. To chyba jednak nie miało żadnego znaczenia. - Nie on jeden. Namiestnik Mulciber uraczył nas już faktami na temat naszych ciał i magii, na wypadek, gdybyśmy miały problem z rozumieniem samych siebie. Nie uważasz tego za fascynujące? Że mężczyzna im mniej ma do czegoś praw, tym chętniej się za to bierze? Inaczej jest z namiestnikiem Macnairem, on... szanuje kobiety - wyraziła, mrugając szybko i uciekając spojrzeniem w bok, za co zaraz skarciła się w myślach. To było tak oczywiste! Zmarszczyła brwi, udając, że przygląda się roślinie, która przykuła jej uwagę. W rzeczywistości rozmyślała o tym co Drew opowiedział jej kiedyś o swoim rodzie. Wszystko co mówił o kobietach, przynajmniej w jej obecności, nie miało znamion takiego męskiego politowania jak artykuł Ramseya. To co mówił o samej Elvirze natomiast... było starymi dziejami.
Z trudem przychodziło jej wspominać feralny Sabat, o którym najchętniej zupełnie by zapomniała. Był porażką, przede wszystkim jej osobistą, ale również jako przyjęcie. Niewiele miała z niego pełnych wspomnień, tak była pijana, ale wciąż pamiętała szczegóły; suknię Belviny migoczącą światłem świec, mocne ramię Cilliana, zapach skóry Drew, gdy do niego przylgnęła. I kpiące oczy za srebrzystą maską, ciemne jak noc i tak samo bezlitosne.
- Naprawdę tak uważasz? - zapytała, prawdziwie zaskoczona reakcją Prim. Spodziewała się co prawda pocieszenia, bądź co bądź sytuacja, w jakiej się znalazła, była niefortunna, ale po takim czasie trudno było jej wierzyć, że ktoś jeszcze obierze inną perspektywę. - Nie było cię tam. A ja nie pamiętam każdego słowa, które padło. Ale na pewno nestor widział jak bardzo jestem pijana i zrobił ze mnie swoją kukłę do zabawy. Nazwałam go tchórzem, prowokowałam wieloma słowami, to na pewno, ale gdy kazał mi się wynosić z Hampton Court, zrobiłam to. I przeprosiłam. Ale to bez znaczenia. Zgubił mnie alkohol, więc wybacz mi, że dziś po niego nie sięgam. Zresztą, Valerie mi zabrania. Popełniłam już błąd na swoim przyjęciu, wtedy również miałam zakaz, nie chciałam jednak zachować się niesprawiedliwie wobec was. - Westchnęła i przyłożyła na krótki moment palce do grzbietu nosa, ściskając mocno, aż poczuła ból. Ból zawsze ją otrzeźwiał. Parsknęła z kocią satysfakcją, gdy Primrose wspomniała o tym, że nie zapomni. Czy ją to zmartwiło? Ani trochę. Kiedyś mówiła sobie, że nie zaufa nikomu ani o jotę, ale te czasy widać dawno minęły. - Również żadna ze mnie romantyczka. Nigdy wcześniej nie interesował mnie mężczyzna, skupiałam się na karierze medycznej, robiłam kursy i specjalizację, przynajmniej, gdy jeszcze pracowałam w Mungu. A teraz... padło na zajętego - skonstatowała kwaśno, a potem wyprostowała się w krześle i spięła ramiona, słysząc rzucone przez Primrose wyzwanie.
Jemu, czy sobie, Multon?
Od kiedy chciała cokolwiek udowadniać mężczyznom?
Odkąd od tego zależała jej pozycja, rzecz jasna. Czy to zawsze musiało wyglądać w ten sposób? Kim się stanie, kiedy już wespnie się na szczyt (nie jeśli, a kiedy)? Czarnemu Panu oddałaby całą siebie, bez wątpienia. Nie Tristanowi Rosierowi. Ale Tristan Rosier był jego prawą ręką. Musiała podjąć cholerną decyzję i przestać chwiać się między nienawiścią a pragnieniem.
- Sobie. Nie zdołam nic udowodnić jemu - mruknęła ze zmarszczonymi brwiami, bardziej do siebie niż do Primrose; do takich kobieta zmusiła ją refleksji. - Muszę udowodnić sobie, że jestem w stanie to zrobić; że mnie to nie przeraża. Oddać całą siebie tym, którzy są najpotężniejsi i mogą mi pokazać drogę do potęgi... ale przy tym złożyć się w całość, nie tracąc godności. Myślałaś o tym, jak to zrobić, Primrose? Może o tym próbuje mi mówić Valerie, choć nie potrafi, bo zupełnie nie rozumie miejsca, w którym stoję. Jej chodzi tylko o małżeństwo, a mi o coś znacznie więcej. - Podparła brodę jasną, kościstą dłonią, zatrzymując spojrzenie na oczach Primrose; mądrych, uważnych i składających się z podobnych co jej drobin chłodu. - Jak zgodzić się na to, by mężczyźni byli ci drogowskazem i panem, ale zachować w tym wolę? Czy twoja silna wola jest kwestią usposobienia nestora Burke'a, który ci pobłaża? Nie chcę w to wierzyć. Powiedz, proszę, że jest coś więcej. - Sfrustrowałaby ją myśl, że jedyną ścieżką do choć cząstkowej autonomii kobiecej jest łaska pańska. Chciała sama zdecydować o tym, że podąży za Rosierem i za całą resztą z taką samą ufnością jak przed niemal rokiem zechciała stać się bliską Czarnemu Panu. Czarny Pan był dla niej niemal bóstwem, duchem rewolucji, który uratuje zatracającą się magię. Rosiera za to postrzegała wyłącznie jako potężnego człowieka. Nie chciała czuć do niego szacunku miałkiej kobiety do wielkiego mężczyzny. Chciała szanować go za więcej. Przede wszystkim - chciała być kimś więcej.
Pokręciła głową, bo obawa zwiększyła prędkość bicia jej serca, a myśli odpływały od toru rozmowy. Każdy kolejny temat był trudniejszy od poprzedniego i Primrose musiała to widzieć w skaczących po podłokietniku pajęczych palcach Elviry i coraz dłuższych przerwach między kolejnymi zdaniami. Uzdrowicielka uśmiechnęła się jednak do przyjaciółki surowym i krótkim uśmiechem, żeby dać jej do zrozumienia, że nie przestanie mówić. Im więcej od siebie wymagała, im więcej emocji wyszarpywała na zewnątrz, tym spokojniejsza się czuła; zupełnie jakby pozbywała się ich na dobre.
- Dziękuję ci za to co mówisz. Część rzeczy usłyszałam już od Valerie, ale nie wszystkie. Pani Vanity ma jednak manierę, która sprawia, że z trudem znoszę rozmowę z nią. Nie ufam jej. W tym leży problem. A to jak ona się do mnie odnosi... jak guwernantka, której nigdy nie miałam. - Wywróciła oczami, a potem parsknęła krótkim, ironicznym śmiechem. - Dobrze słyszeć to z twoich ust. Jeśli wszyscy jesteście szaleni, być może uda mi się dostroić własne szaleństwo do waszego. - Kiwnęła głową z aprobatą, a potem spochmurniała, uśmiech spełzł z jej warg. - Och, z pewnością dużo prawdy w tym, że mało kto stamtąd wracał. Potrafię sobie to wyobrazić. W zasadzie świętej pamięci lord Black nie był jedynym, który zginął tamtej nocy, ale fakt, że nazwisko drugiego z nas zatarło się w mojej pamięci wskazuje tylko na pewną ponurą zależność międzyklasową. - Zacisnęła usta. Gdyby to ona zginęła tamtej nocy; ile osób pamiętałoby ją w czerwcu? Drew? Złośliwy głos w głowie odpowiedział jej na to, ale nie w sposób, który ją zadowolił. Zdusiła go i wmówiła sobie, że jej pogrzeb byłby honorowy i ceremonialny. Tyle że sama myśl o śmierci mroziła jej krew w żyłach. - Nie są mi znane pełne możliwości artefaktu, możliwe, że zna je tylko nasz Pan. Składa się on jednak z kilku odrębnych kamieni mieniących się jak kryształy, noszą one symbole, które nie są standardowym futharkiem. Niektóre chyba nawet bardziej przypominały rysunki... pamiętam mgliście. W podziemiach skrywał się ołtarz i to do niego musieliśmy dotrzeć. Moc tych kryształów jest potężna i nie da się jej zlekceważyć. Miesza ludziom w głowach, wywołuje wizje, koszmary, zmienia osobowość, przywołuje mściwe duchy. Z pewnością jest to związane z jakimś celtyckim mitem, może z bóstwami, niestety, moja wiedza nie jest wystarczająca, by móc zrozumieć więcej. Mogę co najwyżej opowiedzieć ci o własnym doświadczeniu. - Opuściła brodę aż kosmyk włosów opadł jej ponuro na oko. Odnosiła wrażenie, że nawet światło słońca przezierające teraz przez szkło oranżerii przybrało szmaragdowy poblask.
[bylobrzydkobedzieladnie]



don't you ever
tame your demons
but always keep them
on a leash
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Oranżeria [odnośnik]25.08.22 20:56
Zdawało się, że blondwłosa czarownica była szarpana w różne strony. Rozdarta pomiędzy posłuszeństwem a poczuciem bycia jednostką, która pragnie wysłuchania i uznania jej osoby bez wtłaczania w tłum wielu wiernych. Sama się z tym zmagała, ale w pewnym momencie musiała zaakceptować fakt, że są pewne zasady, których nie zmieni od razu, a jeżeli im się otwarcie przeciwstawi to poniesie tego konsekwencje. Głośno mówiła, że jest na nie gotowa, ale w samotności opłakiwały razy, kładła na nie opatrunek cierpliwości i własnego uporu tworząc tym samym kolejną maskę dumnej kobiety, która nie zważa na sarkanie i komentarze innych. Każda kolejna warstwa sprawiała, że stawała się ona coraz grubsza i mocniejsza.
Elvira nie hamowała gniewu a wyrażała go w inny, obcy dla siebie sposób, wyćwiczony. Ważenie własnych emocji było na plus. Nie zdradzając się z myśli można było zachować twarz i odpowiednią opinię. Wykazując jawną skruchę przychylność i pobłażliwość, która usypiała czujność drugiej strony. Powściągliwość rody Burke pozwalała jej na wiele, ale wciąż za mało. Nałożone obowiązki i oczekiwania pętały nogi i nawet gdy wyrwała się z jednych to kolejne oplatały się wokół kostki niczym ramiona diabelskich sideł.
-Pan Mulciber chciał pewną rzecz wykazać, ale obawiam się, że postawił tezę, którą chciał za wszelką cenę udowodnić więc naginał fakty do niej. Nie szukał prawdy. Szukał poparcia tezy, a to dwie różne rzeczy. - Podobnie jak Elvira upiła łyk herbaty zbierając w głowie odpowiednie słowa. -Jak większość mężczyzn jest tworem społeczności z jakiej się wywodzi i tworem starych prawd, które nie pasują do świata zmieniającego się wokół nas. Tradycja jest ważna, tradycja sprawia, że wiemy skąd się wywodzimy. Zasady, którymi się kierujesz również, ale są one jak… głośne modlitwy. Szanowane, oczywiście, ale kłopotliwe na przyjęciu. - Tego się nauczyła. Nigdy nie wychodzić z własnymi zasadami póki nie było się gotowym na przyjęcie otwartej krytyki. Pewne zmiany należało wprowadzać tylnymi drzwiami. Tak było zwyczajnie łatwiej. Mężczyźni zaś byli kształtowani, że muszą sięgać po więcej i więcej, stawać się silni, a każda oznaka słabości była surowo karana. Kobieta mogła okazać słabość i była wtedy traktowana z pobłażaniem, czasami z troską utwierdzających się w przekonaniu mężczyzn, że muszą roztoczyć nad nią opiekę, nawet jak jej nie chciała, bo słabość je wzmacniała. Jednak oczekiwano, że tak będą robić, bo jeżeli nie - spotka ich ostracyzm i śmieszność. Jakże skomplikowany był ich świat. Rozważania te przypomniały jej rozmowy z matką i babką, a za tą rozwagę otrzymałaby pochwałę od Evandry, która często pomagała Primrose spojrzeć inaczej na problem, który przed nią urastał do rangi średnich rozmiarów smoka. -Namiestnik Macnair szanuje kobiety? - Powtórzyła za Elvirą nie kryjąc zaskoczenia. -Możesz mieć trochę racji. Nie odmówił mi gdy poprosiłam go o wsparcie w poznaniu klątw, służył radą oraz wsparciem. Nawet jeżeli pewnych rzeczy nie mówił, to nie dał mi odczuć, że czegoś nie powinnam robić. - Przypomniała sobie ostatnie interakcje z tym czarodziejem, który śmiało przekroczył pewne granice, ale robił to z taką nonszalancją, że nie miała powodów aby chować do niego urazę. Być może to był błąd, bo dawała przyzwolenie na pewien rodzaj zachowania, ale z drugiej strony, w jakimś stopniu, polubiła tego czarodzieja.
-To fakt. Nie było mnie tam. Jednak z tego co opowiadasz wnioskuję, że doszło do niegrzecznego zachowania ze strony mężczyzny i twojego wybuchu emocjonalnego, spowodowanego obecnością osoby, która w jakiś sposób jest ci bliska, a która zadała ci ból. Nie można swojego wybuchu uzasadniać i widzieć winę tylko w innych, ale druga strona również nie zachowała się jak należy naciskając i zmuszając do podjęcia czynności tobie nie miłych. - Starała się racjonalizować całą opowieść wskazać Elvirze, że nie jest całkowicie bez winy. Nie była też odpowiedzialna za całą sytuację, ponieważ sam Tristan Rosier dołożył cegiełkę do sytuacji, która miała miejsce, a następnie wykorzystał swoją pozycję aby uznać, że tylko jedna osoba może ponieść konsekwencje. -Została na ciebie nałożona kara. Moim zdaniem nie do końca adekwatna do zachowania, niezbyt adekwatna do całej sytuacji, ale tego już się nie odwróci. Należy z tego co już masz, wyciągnąć lekcję oraz korzyść. Dostałaś możliwość zdobycia pewnych umiejętności. Wykorzystuj je i szlifuj. Praktyka czyni mistrza - stara prawda, wyświechtana ale jakże prawdziwa. Jak rozumiem uczysz się mówić, zachowywać, pisać, wyrażać jak kobieta z wyższych sfer. Odetta jest twoją kuzynką, korzystaj z tego jak najwięcej. Będziesz popełniać błędy, na Merlina my same, wychowane w tym od maleńkości, popełniamy błędy. Matrony wypatrzą każdą nieścisłość i możesz być pewna, że wiadomość ta rozejdzie się lotem błyskawicy. Jak plotka soczysta to jeszcze Czarownica ją podłapie. Ot, taka dola. - Dodała trochę kąśliwie, trochę ironizując pewne zachowania we własnej socjecie. Zerknęła na likier, który stał na stole i kiwnęła głową. Wyciągnęła niespiesznie różdżkę by wskazać nią na stojące kieliszki i karafkę. Po chwili pojawił się skrzat, który zabrał naczynia ze stołu. Miała zamiar uszanować decyzję Elviry i nie namawiać jej do niczego. Nie potrafiła doradzać w sprawach sercowych, sama zmagając się z pewnym zauroczeniem, które nie wiedziała czy było słuszne. Obawiała się powtórki sytuacji jak z Aresem Carrow. Widać wolno się uczyła na własnych błędach, ale teraz przynajmniej czekała na rozwój wypadków. Pozwalała mu działać lub zaprzestać działań, a swoje myśli skupiała wokół samorozwoju, który był często krytykowany - nie wprost, ale w prywatnych rozmowach.
Kącik ust drgnął w uśmiechu gdy padła odpowiedź. Taka, jakiej sama sobie udzieliła przed paroma miesiącami. Udowodnić sobie, oznaczało znaleźć siłę do dalszego działania. Odwagę do podejmowania wyzwań i stawianiu czoła temu co niespodziewane i często nie wygodne. -Dla jednych małżeństwo może być celem samym w sobie i nie należy ich za to potępiać. Gdybyśmy wszystkie dążyły do tego samego, nie byłoby różnorodności. - Bardzo możliwe, że panna Vanity zwyczajnie nie rozumiała Elviry, być może nie chciała poznać skupiając się jedynie na wykonaniu zadania bez oglądania się na drugą osobę. Niezwykle okrutna postawa. -Przez jakiś czas uważałam, że tupnięcie nogą i wykrzyczenie własnych oczekiwań jest jedyną słuszną drogą pozyskania czegoś dla siebie. Udowodnienie swojej siły w mocny i męski sposób. Okazało się, że tak nie jest i brat wyraźnie mi to wskazał. - Edgar był jej wzorem do naśladowania, nawet zaczęła mieć podobne gesty co on. Widziała w nim mądrość i spokój, który sama chciała pewnego dnia osiągnąć. -Świat jest zdominowany przez mężczyzn. A rolą kobiety jest stać się dla niego niezbędną. W momencie, w którym znikniesz, a on uświadomi sobie, że stracił kogoś ważnego jest momentem twojego małego triumfu. Naszą rolą jest sterowanie z cienia. Dla tych co chcą być na świeczniku może być ciężkie do osiągnięcia, ale to właśnie stojąc za plecami mężczyzn i pociągając za sznurki zyskujemy najwięcej. - Uzupełniła filiżanki ciepłym naparem kontynuując opowieść. -Nie godzisz się na to aby był panem i drogowskazem, pozwalasz na to aby tak myślał. Przychodząc po poradę do mężczyzny nie uwłaczasz sobie. Prawda jest taka, że mają dostęp do wiedzy i informacji jakiej nam odmawiano. Lecz kiedy przychodzę i o nią proszę… jeszcze żaden mi nie odmówił. Oni chcą się nią dzielić, jedni bo rzeczywiście przyświeca im idea pomocy. Inni bo chcą się popisać. Niezależnie od tego jakie mają motywacje ja na tym korzystam. - Ujęła filiżankę by napić się kolejnego małego łyka naparu, a następnie sięgnęła po ciasteczko. -Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent. Zyskując pewną pozycję i świadomość, że w czymś jestem niezbędna, nawet jeżeli poczynię pewne działania, które się im nie spodobają, to nie będzie w ich interesie wykluczenie mnie całkowicie. - Wzięła głębszy wdech by ponownie zebrać myśli i pozwolić aby słowa, które wypowiedziała wybrzmiały w oranżerii. -Oczywiście to ciężka droga, pełna zakrętów, wyboistości ale świadomie nią kroczę; licząc się z tym, że zaliczę wiele potknięć i upadków. Tylko, że jest nas więcej i uświadomiłyśmy to sobie, tak sądzę, na twoim małym przyjęciu.
Miała świadomość, że Edgar na wiele jej pozwalał. Ród Burke wychowywał na równi chłopców i dziewczynki więc kuzyni dzielili się chętnie z nią swoją wiedzą. Nie odmawiali dostępu do informacji. Pracowała na Nokturnie, brała udział w rozmowach, w których kobiety raczej nie uczestniczyły, ale też pracowała na to sama. Nestor musiał się przekonać, że jego porywcza siostra jest godna zaufania, że może powierzyć jej kolejne zadania. -Jeżeli masz mężczyznę, któremu możesz zaufać i masz w nim pełne oparcie - trzymaj się go. Jeśli nie - znajdź. To pewnie ci nie spodoba, ale bardzo pomaga. Należy był sprytnym, a nie tylko upartym. - Takimi dla niej byli czarodzieje z rodu Burke, ale czy Elvira mogła powiedzieć podobnie? Budować własną niezależność należało z silnym oparciem, z osobami, które staną murem, obronią lub będą miejscem bezpiecznej ucieczki i nie wyprą się samodzielnej kobiety. Silni mężczyźni nie bojący się tego, że kobieta obok nich może bym im równa. Nie było to proste, ale też nie niemożliwe, tylko że takich w rodach arystokratycznych ze świecą szukać. Należało spojrzeć w innym kierunku.-Nie zakładam złej woli panny Vanity. -Zwyczajnie brak umiejętności. - Nie miała zamiaru podważać aż tak autorytetu nauczycielki bo zapewne Elvira nie była łatwą w obejściu uczennicą. Słuchała zaś z zafascynowaniem tego o czym czarownica mówiła. O Locus Nihil, miejscu, w którym zginął brat Rigela, a kuzyn i brat wrócili całkowicie odmienieni. Do dziś mierzyli się z tym co po sobie zostawiło na nich to miejsce. Była wtedy wystraszona i wściekła. Bała się o ich życie, a złość przelewała na osobę Czarnego Pana, który poświęciłby życie każdego by budować swoją potęgę. Tego nie mogła zrozumieć, a może nie chciała, bojąc się, że sama podążyła by tą drogą gdyby doświadczyła możliwości tej potęgi. Ambitna Primrose miała świadomość swoich słabości, które mogły ją zgubić. Elvira była wiernie mu oddana, gotowa zapewne skoczyć w ogień gdyby tylko takie wydał polecenie, bo wątpiła aby Czarny Pan o cokolwiek prosił. Rozmowa zaś schodziła na bardzo interesujący temat. Prastare legendy celtyckie ostatnio coraz częściej pojawiały się wokół niej, jakby rzeczywistość chciała aby się tym tematem zajęła. Należało zgłębić historię magii i sięgnąć do źródeł. Czuła, że czeka ją ponownie wizyta w bibliotece. -Będę wielce wdzięczna, jeżeli opowiesz czego sama doświadczyłaś. - To być może pomoże jej zrozumieć co trawiło brata oraz Craiga.




May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, B&B
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 28 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Oranżeria - Page 5 E331336106fb118b6485453aee90de3a
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8879-primrose-burke https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Re: Oranżeria [odnośnik]05.09.22 21:36
Zbyt wiele lat spędziła w swoim własnym świecie, głucha nie tylko na opinie i złośliwości innych, ale także na zasady rządzące społeczeństwem jako takim. Będąc zrzędliwą i okrutną uzdrowicielką zawsze budziła w ludziach poczucie sprzeczności; najpierw leczyła ich rany, chroniła przed zgubą, a potem łamała serca, drwiła sobie z szacunku, z potrzeby sympatii. Próbując wmieszać się teraz między ludzi i szukać dokładnie tego, czego niegdyś tak często odmawiała - prawdziwego uznania, godności, przyjaźni - nie raz potykała się, błądząc jak dziecko, grając rolę dojrzałej kobiety pośród tych, którzy uważali ją za nijaką; ani matkę, ani żonę, ani przyjaciółkę. Starą pannę. Wojowniczkę. Uzdrowicielkę. Ale tylko wtedy, kiedy było to przydatne, bo łatwo było ją potem rzucić w kąt i zdeptać. Miała dość takiego życia, lecz jej zwykłe środki ochronne, takie jak drwina, pogarda i przemoc nie miały prawa zadziałać. Musiała nauczyć się czegoś innego.
- Zgadzam się. Nie wydaje mi się, by w trakcie pisania artykułu zasięgał opinii jakiejkolwiek kobiety. Nawet ja w swojej pracy szukam często porad i rozwiązań innych mistrzów w dziedzinie, choć wiesz, że nie lubię tego robić. Cenię sobie samotność i samodzielność. - Przede wszystkim, była zarozumiała, ale nie była to cecha, którą kiedykolwiek byłaby skłonna wyrazić na głos. To co dla innych było narcyzmem, dla niej pozostawało zdolnościami tłamszonymi przez ogół. Często szukała winnych nie tam gdzie należy, ale każdy widać miał wady. - To dobrze, że nigdy się nie modlę - przyznała bez ogródek, a potem uśmiechnęła się z jakimś ponurym rozbawieniem. - Czy to hipokryzja, że tak mi zależy, by świat spojrzał inaczej na czarownice, ale równocześnie mdli mnie i wzdryga na samą myśl o reformach, które próbują wprowadzić inni? Wiesz co mam na myśli. To że ktoś w ogóle waży się przyrównywać szacunek należny kobietom do czegoś takiego jak mugol i jego prawa tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że sprawa naszej godności dla wielu pozostaje wyłącznie zabawną anegdotą. - Spochmurniała, ale zatrzymała spojrzenie na dłużej na twarzy Primrose, słuchając przyjaciółki z uwagą i lekkim przestrachem, jakby dała się przyłapać na czymś dla siebie kłopotliwym. Milczała nieco zbyt długo, by pozostało to niezauważone, ale chyba nie próbowała już tego ukrywać.
- Tak, namiestnik... on taki jest. Po prawdzie, nie podobało mu się, gdy tak do niego mówiłam. Namiestniku... - Uśmiechnęła się ponuro. - W każdym razie miałam kiedyś okazję prowadzić z nim interesującą rozmowę na temat jego korzeni. Wychodzi na to, że w jego rodzinie, która jak moja niegdyś cieszyła się własnym herbem, szacunek do kobiet był kwestią bardzo istotną. W średniowieczu i później Macnairowie mieli wiele potężnych czarownic. Tak też się wychował, bo zależy mu na tym, by przywrócić swoją rodzinę do korzeni, do tej chwały, którą stracili. Idzie mu dobrze...
Elvira zastanawiała się, czy Primrose jest w stanie wyłapać te przebrzydłe ślady czułości, których nie była w stanie w pełni wyplenić ze swego głosu. Tu i tam uciekała spojrzeniem, bezmyślnie bawiła się uszkiem filiżanki, by potem sięgnąć po ciasteczko i przyglądać mu się zamiast je jeść. Gdy jednak temat zszedł z powrotem na Sabat, na sprawę najbardziej dla niej niewygodną, zajęła myśli słodkością, by nie dać po sobie poznać bólu jaki wciąż przywoływały te wspomnienia. Gdy tłumaczyła się Primrose, mówiła już sztywno i chłodno, bo czuła, że nie może zrobić nic lepszego niż tylko twardo wyznać winy, ale i wyrazić skrywane dotąd niezadowolenie z obrotu spraw. Ta kara była zbyt wielka, zbyt... złośliwa.
Nic dziwnego, że nie była w stanie się powstrzymać przed dumnym uniesieniem brody i spięciem ramion, gdy Primrose przyznała jej nieadekwatność efektu do uczynku. Dobrze było to słyszeć i byłaby zachichotała, gdyby tak dobrze nie nauczyła się kontrolować swoich emocji względem tej konkretnej sprawy. W towarzystwie Valerie i niemal wszystkich Rycerzy nie mogła ich wszak okazywać.
- Nigdy nie pisano o mnie w Czarownicy i nie powiem, by mi się do tego spieszyło - przyznała z lekkim rozbawieniem, bo kąśliwość Primrose była widoczna jak na dłoni. - Czasem są tam dobre rady, ale to w głównej mierze szmatławiec... mierna gazeta, miałam rzecz jasna na myśli - poprawiła się. - Mam zresztą nadzieję, że nie bierzesz tych słów do siebie. Wrona? To nieznane mi nawiązanie do waszej rodowej historii, czy zwyczajna złośliwość? Jak dla mnie nie mogliby cię bardziej skomplementować. Ptak związany ze śmiercią, z wojną? Po stokroć wolałabym być wroną niż pawiem... - Nie była to nawet pusta uprzejmość, zresztą bardzo niezgrabna z jej strony. Naprawdę przykuło to jej uwagę i uznała ten przydomek za w niegroźny sposób zabawny. - Dziękuję ci za wszystkie rady, będę o nich pamiętać. Nie powiem, bym darzyła panią Vanity sympatią, ale staram się, jak mówisz, korzystać z tego co los mi zesłał. - Czasem nie istniało już inne wyjście. - Zdarza jej się mówić rzeczy przydatne i mądre, przydałoby się jej też jednak więcej szczerości i może wiary... a przynajmniej pokory. - Uniosła brew, zasłuchana w dalszą przemowę Primrose, jej własną historię, którą tak szczegółowo i ufnie rysowała przed Elvirą. Na niektóre słowa miała ochotę się żachnąć, inne jednak szybko uspokajały gniewny temperament i prowokowały do zamyślenia. - Sterowanie z oddali, zawsze w męskim cieniu, a jednak... jednak na pierwszej decyzyjnej pozycji. - Mimowolnie pomyślała o Morganie Selwyn, nie wywołała jednak jej nazwiska. - Brzmi bardzo zachęcająco, zwłaszcza z twoich ust, dotąd bowiem kojarzyło mi się tylko z bezwstydnym wykorzystywaniem swoich wdzięków. Jestem piękna, ale nigdy nie chciałam... kojarzyło mi się to z prostytucją - przyznała, pozwalając, by jej głos na moment przesiąkł pogardą. Zaraz jednak złagodniała. - Udało ci się wyrobić bardzo pewną pozycję, Primrose. Wydawało mi się dotąd, że moja również taka była, ale czegoś mi brakowało, i chyba zrozumiałam w końcu, na czym powinnam się teraz skupić.
Uśmiechnęła się kątem ust; co zaskakujące, uśmiech ten jako jeden z nielicznych sięgnął nawet jej oczu. Naprawdę wiele przyjemności sprawiała jej świadomość, że swoim spontanicznym pomysłem spotkania w liczniejszym kobiecym gronie mogła zapoczątkować głębsze sojusze. Uśmiech jednak zrzedł jej nieco, a twarz poszarzała na sugestię Primrose o znalezieniu właściwego mężczyzny.
Miała go. Miała mężczyznę, któremu mogła zaufać, który rozumiał jej zainteresowania i zawsze ją w nich wspierał. Z którym rozmawiała najswobodniej ze wszystkich dotąd spotkanych czarodziejów. Został jej jednak odebrany z zaskoczenia, w najbardziej perfidny sposób, zanim jeszcze zrozumiała w pełni jak bardzo był dla niej ważny.
Zacisnęła zęby i milczała nieustępliwie, nie zamierzając odnosić się do tego w żaden sposób.
Łatwiej już powracało się do mrocznych, wilgotnych i przesiąkniętych śmiercią pieczar Locus Nihil. Do obłąkanego spojrzenia Sigrun, do bólu gorszego niż czuła kiedykolwiek w życiu, do zielonej poświaty na twarzy Ramseya i potęgi Czarnego Pana, która tamtego dnia powaliła ich wszystkich na kolana.
- Trudno jest poskładać w całość wspomnienia, które tak często potem nawiedzały w koszmarach we śnie i na jawie - powiedziała wpierw, dla ostrzeżenia, były jednak rzeczy, których była pewna do dzisiaj i zapewne nigdy nie miała zapomnieć. - Zeszliśmy tamtego dnia na tak głębokie poziomy jaskiń pod Bankiem Gringotta, że nie wydaje mi się, by kiedykolwiek wpuszczano tam jakiegokolwiek klienta. Nawet jeśli, zresztą, musiałby pokonać bramę. Była ona zamknięta, może czarną magią, bo to właśnie specjaliści od klątw, run i zabezpieczeń ją koniec końców rozpracowali. Dalej czekały ciemności. I nie jest to metafora... to nie była naturalna ciemność, zostaliśmy rozdzieleni. Pamiętam schody, niekończące się stopnie prowadzące coraz głębiej, aż ciężko było oddychać i skupić myśli. - Zapomniała o filiżance, o talerzach, nawet o Primrose, tak uważnie zasłuchanej. Spojrzeniem i duchem była zupełnie gdzie indziej. - Następnie przepaść? Tak mi się wydaje, ale ją przeskoczyłam, choć ktoś spadł. Chyba Ramsey Mulciber, ale został złapany. Nie pamiętam, kto go złapał. Kolejne komnaty też rozmywają mi się, ale wiem, że było ich wiele. Wtedy zaczęły się też wizje. Emocje przychodziły znikąd, wszyscy zaczęliśmy zapominać, kto jest wrogiem, a kto sojusznikiem, wpadaliśmy w złość, w rozpacz, w śmiech, bez żadnej przyczyny. Momentami nawet zapominaliśmy po co tam jesteśmy. Było wiele pułapek, które pokonywaliśmy wspólnymi siłami, żeby tylko dostać się do samego jądra, do ołtarza. Po drodze udało nam się znaleźć kilka pomniejszych... to chyba były kryształy. - Nieświadomie podrygiwała nogą, piekła ją lewa ręka, więc uniosła ją do ust i przygryzła paznokieć, jakże nieelegancki gest. - Edgar był z nami, tak mi się zdaje, ale chyba tylko przez chwilę. Na koniec i tak wszyscy spotkaliśmy się w głównej sali, Czarny Pan był tam z nami i to on aktywował ten ołtarz, choć wszyscy musieliśmy ponieść za to ofiarę. Mówię chaotycznie, prawda? Wybacz. - Pokręciła głową. - To zabrzmi nieprawdopodobnie, ale ciągle, także miesiące później, podążały za mną zjawy, upiory moich... ludzi, których miałam okazję zabić - Moich ofiar? Co pomyślałaby o niej Primrose? Co pomyśli, jest tu przecież. - Czasem były też halucynacje. W ten sposób chyba starłam się z samym Mulciberem, dlatego że ani on nie widział prawdy ani ja, ale ciężko mi powiedzieć co się wtedy dokładnie stało, bo potem mam w pamięci tylko czarną pustkę aż do momentu trafienia pod ten ołtarz. Nie miałam już wtedy lewej ręki. Uwierz mi, nikt nie chce znaleźć się po drugiej stronie różdżki Ramseya Mulcibera - Wbrew sobie parsknęła śmiechem, jakby chciała na ten szalony sposób obrócić swój lęk w żart. To było tak dawno temu! - Nie zrobił tego specjalnie, to bez znaczenia. Byliśmy dobrze zaopatrzeni, miałam potężne eliksiry, przeżyłam, tylko to się liczy. Dzięki aktywowaniu artefaktu Czarny Pan przejął te kryształy. Jeśli dobrze rozumiem, coś jest w nich zaklęte, coś co daje władzę nad ludźmi. Nad wszystkimi ich zmysłami, tym co myślą i pamiętają, co czują. - Wizja była przytłaczająca, a jednak Elvira czuła więcej fascynacji niż strachu. Sama myśl o tym, że jest, że może znaleźć się tak blisko kogoś równie potężnego wprawiała jej ciało w drżenie. Czasem, gdy się skupiła, wciąż mogła przywołać echo tego mrowienia, które zawsze czuła w jego obecności. - Wiesz może, że w marcu brałam udział w odbiciu zamku Warwick. Dostaliśmy wtedy odłamki, zaledwie odłamki tych kryształów, kamieni, czymkolwiek są. Nosiłam go na szyi. Nie wiem, ile słyszałaś szczegółów o tym zwycięstwie, ale to co zdarzyło się na końcu, ta masakra mugolskiego wojska, deszcz krwi... to nie było żadne zaklęcie. Nie mogło być. - powiedziała w końcu, mówiąc coraz ciszej, coraz mniej pewnie, jakby sam fakt wyznawania tego na głos w jakiś sposób narażał ją na przeżycie tego ponownie. Może czułaby tamtego dnia ekstazę, gdyby nie była tak otępiała po eksplozji, ranna i kulejąca. Czy nie wtedy właśnie wydostała Mathieu Rosiera z pułapki, wyszarpując mu z ciała metalowy pręt, który przeszył go na wylot?
Ale o tym nie powiedziała i nie zamierzała mówić Primrose.
O jednej rzeczy jednak wspomnieć musiała.
- Wiesz, mam nadzieję, że to nie może stąd wyjść? Jesteś Rycerką Walpurgii, ale nikt, kto tego zaszczytu nie dostąpił, nie może o tym usłyszeć, niczego, choćby był ci najbliższy. - Nie posądzała Primros o gadulstwo, wolała jednak zachować bezpieczeństwo.



don't you ever
tame your demons
but always keep them
on a leash
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Oranżeria [odnośnik]23.09.22 22:51
Miała spotkać się z Ramseyem, gotowa zmierzyć się z jego poczuciem wyższości, chęci udowodnienia, że jego teza jest właściwa, a ona tylko głupiutką gęsią, która nie zrozumiała podstawowego przesłania słów autora.
-Tak powinien działać naukowiec. - Przytaknęła słowom Elviry. W końcu w pozyskaniu nowych informacji, odnajdywaniu odpowiedzi na pytania należało dyskutować, zaciągać opinii tych, z którymi się nie zgadzamy. Nic nie stworzono poklepując się po plecach, poza bufonadą, z którą musiała coraz częściej się ścierać w swoim życiu. -Porównanie walki o nasze prawa z tymi do mugoli, to próba zdyskredytowania nas. Pokazania nam, gdzie nasze miejsce. Zgniecenia butem, usadowienia. Tylko jest wielka i znacząca różnica między nami, a mugolami. - Szarozielone spojrzenie, chłodne i opanowane utkwiła w twarzy blondynki. -Potęga i magia. - Tym się różnili. Czarodzieje widzieli więcej i potrafili władać potężną, nieraz niszczycielską siłą. Niespiesznie potoczyła spojrzeniem po zieleni oranżerii. Miała ochotę się przejść, ale strój jej towarzyszki mógł stanowić mały kłopot. Nie był przeznaczony do swobodnego przemieszczania się; kolejny błąd w etykiecie, którą tak starano się wpoić Elvirze, zapominając o podstawowej zasadzie - prostocie. -Dano nam skrzydła, ale zakazano latać bo się pobrudzą. - Tak mogła ostatecznie skomentować krępujące je zasady, wobec których się buntowały.
Przyglądała się uważnie Elvirze, gdy mówiła o Drew, a w kąciku ust pojawił się tajemniczy, nieco przekorny uśmiech, ale nie przerwała słów czarownicy przez chwilę dokładnie je analizując. To co właśnie usłyszała sprawiło, że w głowie lady Burke zaczął się pojawiać pewien pomysł. Na razie jedynie kiełkował nieśmiało, ale zapewne pod koniec dnia będzie miała już cały plan. Był on śmiały, może trochę bezczelny… mógł się udać. Rzucanie się na głęboką wodę zaczynało wchodzić jej w krew, a wokół siebie miała mądre czarownice, które dobrej rady zapewne nie odmówią. Zaczynała rozumieć, że ścieżki jakimi kroczyła Evandra nie były dla niej, ale nic nie stało na przeszkodzie aby się one regularnie krzyżowały. -W przywracaniu do chwały rodzinnej spuścizny zawsze przyda się pomoc. Nie sądzisz? - Zapytała z błyskiem w oku.
Uniosła jedną brew ku górze słysząc nawiązanie do obraźliwego przezwiska.
-Chcieli być… zabawni poprzez swój prztyk do mojej osoby. - Nie posiadali kruka w herbie, było nim inne stworzenie. -Srebrny wąż opleciony wokół srebrnej włóczni. To nasze zwierzę rodowe. - Zerknęła z ukosa na swoją rozmówczynię. -Bywam próżna, Elviro. Chcę się podobać i mam swoje chwile słabości, gdy patrzę w lustro i nie widzę ideału. - Westchnęła cicho słysząc, że kobieta może wykorzystywać jedynie swoją urodę. -Tak, ładna aparycja pomaga. Wodzi za nos, usypia czujność, bywa bardzo pomocna, ale kiedy wiesz jak ją wykorzystać, wtedy nie musisz oddawać siebie całej. - Jej nie było pisane uwodzić, zachwycać swoją urodą, pozostał jej jedynie umysł oraz biegła umiejętność władania słowem by kupić przychylność rozmówcy, na którym chciała zrobić wrażenie. Na Elvirze nie musiała, mówiła szczerze to co myślała, bo przecież po to się spotkały. Chciała budować więzi z innymi kobietami, ale nie mogła tego zrobić nie dając czegoś od siebie. -Dziękuję za te słowa. Dopiero postawiłam podwaliny pod swoją pozycję, jeszcze można mnie zepchnąć, ale kiedyś ją ugruntuję. Mam nadzieję, że szybciej niż później. - Pozwoliła sobie na lżejszy ton, jakby zaczepny, ale zaraz skupiła się na opowieści czarownicy, ponieważ od bardzo dawna chciała ją usłyszeć i poznać. Brat i kuzyn się wzbraniali, choć zaczynali mówić więcej, ale wciąż za mało. Elvira pozwoliła jej poznać sytuację z innej perspektywy, a każdy szczegół był dla lady Burke niezwykle ważny.
Demony, istoty, których nie rozumieli przejęły ich jaźnie, wolę i ciała. Sprawiły, że stali się bezwolni i skażeni. Tak jak Craig, tak jak Edgar, który nie pamiętał o swoim bracie. Słowa Elviry choć miejscami chaotyczne były opisem tego co przeżyli, jaką tragedię i z czym musieli się zmierzyć.
Nie łudziła się, że Elvira nie miała na rękach wiele krwi. Tak samo wiele miał Edgar, Xavier i Craig… ostatnio również ona sama splamiła swoje palce życiodajną cieczą i co najbardziej ją przerażało, nie czuła zbyt długo wyrzutów.
Zamieniała się w to o co prosił ją Rigel aby nie robiła. Przepraszam, przyjacielu… Czy kiedyś jeszcze będzie potrafiła z nim rozmawiać nie okłamując go, nie grając pogodnej i zaczytanej w książkach Prim?
Kamienie władzy, brzmiały jak ostateczna broń, która mogła zawładnąć nimi wszystkimi. Czy to właśnie dla niej zginął Alphard Black? Czy wiedział, że poświęca własne życie dla potęgi, która mogła pozbawić wolnej woli jego rodzinę? Czy Czarny Pan chciał nimi sterować jak marionetkami? Jaki przyświecał mu cel? Tyle pytań, a żadnych odpowiedzi.
-Otrzymaliście te kryształy od Czarnego Pana przy odbijaniu Warwick? - Zapytała zaskoczona, bo niczego teraz nie rozumiała. Zdobył je, a potem oddał im? O masakrze coś słyszała, ale nie za dużo. Jej myśli były skupione na czymś zupełnie innym, walka na froncie nie leżała w kręgu jej zainteresowań, o co pewnie nie jedna osoba ją podejrzewała woląc oceniać lady Burke niż z nią porozmawiać.
Myślała, że może szczątkowymi informacjami mogłaby podzielić się z Rigelem, ale im więcej słyszała tym bardziej rozumiała, że młody Black nie może się o niczym dowiedzieć. Ona jednak mogła nad tym pracować.
-Te cienie, o których wspominałaś… czy dotknęły kogoś jeszcze? Chociażby pana Mulciebera? - Czy to co widziała na konferencji naukowej było właśnie tym co ich zaatakowało i zaszczepiło się w ciele i umyśle czarodzieja?






May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, B&B
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 28 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Oranżeria - Page 5 E331336106fb118b6485453aee90de3a
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8879-primrose-burke https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Oranżeria
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach