Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Gabinet/Pokój gościnny
AutorWiadomość
Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]19.11.17 19:16

Piddletrenthide 79

Niewielkie pomieszczenie znajdujące się na piętrze zapewne powinno spełniać rolę gabinetu. Z tym, że... Joe nie pracuje w domu, nie ma też za bardzo czasu na czytanie książek. Do "gabinetu" więc wstawił łóżko i przerobił na skromny pokój gościnny pełny książek. Z czego jego własnych książek jest tu może kilka...? Nie więcej.


Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Joseph Wright
Zawód : Bezrobotny
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Re: Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]25.11.20 21:03

8 września


Ciasto pachniało cukrem i czereśniami, nadal ciepłe, gdy stawała w progu domu, z lekkim uśmiechem, wypełnionym słodyczą i wstydem. Nie powinno jej tu być. Miesiące wypełnione tym, by nie próbować nikogo wpakować w swoje życie, odciąć się od dawnych znajomości, nawet swoją biedną siostrę wyprawiła za granicę, by nie musieć bać się tego, że każdy dzień może nieść dla niej niebezpieczeństwo. Bycie na plakatach, bycie poszukiwanym człowiekiem, przyprawiło ją o pewnego rodzaju paranoję. Czuła, że nie powinna wychodzić tak po prostu, by się z kimś zobaczyć. Bez większego celu. Bez ogromnych planów. Po prostu spotkanie znajomych.
To było tak nierealne po całym tym czasie, który spędziła pod kamieniem w Szkocji, właściwie wychodząc jedynie do Londynu, że była tutaj. Tak niebezpiecznie. I narażała go na wszelkie problemy. I dodatkowo siebie. Zupełnie bez sensu. Chociaż podczas ich ostatniego spotkania przyznała, że się w końcu pojawi. Dlatego właśnie tutaj była. Bo obiecała, że przyjdzie.
Oddała gospodarzowi ciasto do rąk. Właściwie ledwie przekroczyła próg domu i poczuła się w nim jakoś swojo. Zanim jednak na dobre się rozgościła, musiała wyjść, dając Josephowi troszkę czasu. Sama zaś miała pewien chociaż niewielki plan, by nie narazić mężczyzny na pewne problemy. Dlatego wybrała się na krótki spacer, dookoła jego domu, krocząc wzdłuż płotu, ciągnąc w powietrzu różdżką świetlisty, jasny ślad. Teren był powoli zaznaczany, dokładnie, by nie ominąć żadnego centymetra posesji, aż w końcu dotarła do samego początku trasy. Kiedy dwa końce linii połączyły się ze sobą, w środku całej zaznaczonej posesji na chwilę rozświetliła się jasna barwa - objęła trawę, ganek, podłogę w środku, nawet na piętrze. Cave Inimicum zadziałało, od tej pory miało powiadomić ją, jeśli ktokolwiek inny pojawi się w tym miejscu.
Gdy skończyła już czekała na nią herbata przyprawiona słodką nalewką. Wiatr w tej części kraju był dosyć silny niemal zawsze - porywał on jej spódnicę lekko, a włosy aż musiała lekko przytrzymać, by zupełnie nie zostały rozczochrane. Nie za bardzo nawet wspomniała co tutaj zrobiła, ale cóż, nie musiał się martwić. W końcu nic nie wybuchło, nic w sumie ważnego się nie stało. Poza tym, że będzie odrobinkę bezpieczniej. - Ładnie. - Mruknęła spokojnie, stając na chwilę na ganku. Splotła ręce na piersi, obserwując jak powoli słońce chyli się ku zachodowi. Koniec kolejnego dnia. Ciekawe co stanie się jutro.


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem


Ostatnio zmieniony przez Marcella Figg dnia 05.02.21 21:57, w całości zmieniany 1 raz
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216
Re: Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]29.11.20 1:43
Bezczynność ostatnio coraz bardziej mu dokuczała. Prócz tych błogich chwil, kiedy ostro trenował czy to sam czy z pozostałymi Zjednoczonymi z Puddlemere i coraz rzadszych spotkań z przyjaciółmi, Joe dotkliwie czuł, że nie jest w odpowiednim miejscu. Stanowczo za dużo czasu spędzał sam, nie był do tego przyzwyczajony i wcale nie chciał się do tego przyzwyczajać. Samotność wysysała z niego energię i chęć działania. Wariował w otoczeniu czterech ścian, a miłe towarzystwo Komety wcale mu nie wystarczało. Potrzebował kontaktu z żywym człowiekiem. Potrzebował pogadać, pośmiać się, potańczyć - jak za starych dobrych czasów, kiedy w mgnieniu oka mógł znaleźć się w Londynie i tego wszystkiego doświadczyć. Nawet kontaktu z fanami mu brakowało. Ich listy, które zazwyczaj spływały do niego nieustannie piętrząc się na parapecie w oczekiwaniu na przeczytanie, teraz zdarzały się bardzo, bardzo rzadko. Czy to były przyziemne zachcianki? Możliwe. A jednak dziwnie niezbędne do normalnego funkcjonowania, bo obecnie jego życie i to, co kotłowało mu się we łbie, dalekie było od normalności.  
Trwała wojna, a jednak tutaj, na tym końcu świata, czytał o niej tylko w gazetach albo słyszał w przelotnych rozmowach. Czuł się odcięty od tego, co się działo. On, który przecież ZAWSZE był w centrum wydarzeń. Początkowo sądził, że tak trzeba, że dzięki temu jego poszukiwane listami gończymi rodzeństwo będzie bezpieczne. Myślał, że prędzej czy później sługusy bezprawnego Ministra po niego przyjdą nawet tutaj, żeby wydobyć z niego informacje o Benie i Hani, dlatego powinien o niczym nie wiedzieć. Ale... nikt nie przyszedł. Ani po miesiącu... ani po dwóch, ani po trzech. Zamiast kogokolwiek chronić w ten sposób, on po prostu tracił czas, nic więcej. I choć wciąż bił się z myślami, to docierało to do niego z każdym dniem coraz bardziej.
Dziś trenował sam, a właściwie z Kometą 210. Jeszcze przed świtem się zebrał i w towarzystwie gęsi poszybował na wybrzeże. Uznał, że oprócz zwyczajnej odmiany, potrzebuje też jakichś trudniejszych warunków dla urozmaicenia i podszlifowania swoich umiejętności. O ile wszelkie manewry przydatne w quidditchu ćwiczył nieustannie, tak samo latanie na miotle... Ech, no kiedyś był lepszy, brał udział w wyścigach przecież, nawet w nich zwyciężał, a teraz? Wygrać by mu było pewnie ciężko szczególnie w jakichś trudniejszych, zmiennych warunkach na nieznanym terenie. Ścigał się więc z Kometą pomiędzy klifami przy silnym wietrze raz po raz ochlapywany morską wodą. Wyszło całkiem w porządku (oboje przeżyli w każdym razie), choć Joe doszedł do wniosku, że będzie musiał to jeszcze parę razy przećwiczyć dla pewności.

Zanim Marcy w ogóle zdążyła zapukać, Kometa zeskoczyła z kanapy i ze swoim gęsim sykiem poczłapała do przedpokoju. Joe zatrzymał się w półkroku na schodach i spojrzał w tamtą stronę dokładnie w momencie, kiedy rozległo się pukanie. W mgnieniu oka zbiegł po stopniach i sam również znalazł się przy drzwiach, a widząc przez szybkę znajome dziewczę uśmiechnął się i bez wahania otworzył drzwi na oścież, Kometę odsuwając bezceremonialnie nogą, za co został udziobany. Wszak tak nie traktuje się gęsiej damy.
- Proszę, proszę, co za miła niespodzianka! Wchodź, wchodź! - zaprosił ją do środka przyjmując jednocześnie podarek - jeszcze ciepłe i pachnące ciasto. Aż mu nieelegancko zaburczało w brzuchu (ale może Marcy nie usłyszała dzięki pogęgiwaniu Komety?), bo zdał sobie sprawę, że niewiele zjadł w ciągu całego dnia. Znów odkładał to na ostatnią chwilę i wyszło jak zawsze.
- Cudownie pachnie, Marcy! - pochwalił bez wahania. - Wybacz za mój stan - dodał też zaraz, bo zdawał sobie sprawę, że wciąż jest w ubraniach roboczych i w dodatku przepocony - właśnie wróciłem z ogrodu. (i treningu) ale jak mi dasz pięć minut, to zaraz doprowadzę się do porządku - uśmiechnął się do niej ponownie.
Ech, żeby to ona wiedziała jak bardzo się cieszył, że go odwiedziła!
Zaproponował jej jeszcze oglądnięcie ogrodu, a po nastawieniu wody na herbatę, skoczył na piętro do łazienki na szybki prysznic. Dokładnie pięć minut później już czysty, pachnący i przebrany w świeże spodnie i koszulę (ale za to na bosaka) zszedł na dół. Marcy nadal nie było, ale nie przejął się tym wielce, tylko zabrał za przygotowywanie herbaty i krojenie ciasta (no dobra, nie powstrzymał się przed pochłonięciem pierwszego kawałka natychmiast), obserwując ją przez kuchenne okna. Wiatr szamotał jej włosami i ubraniem, ale w tamtej chwili zdawała się tego nawet nie zauważać pochłonięta rzucaniem zaklęć. Uśmiechnął się.
Kiedy wszystko przeniósł do salonu, wyszedł do przyjaciółki i oparł bokiem o framugę drzwi. Akurat skończyła to swoje czarowanie. Nie miał zamiaru pytać, choć oczywiście nie powstrzymał się przed komentarzem.
- Możesz być spokojna, nikt nas tu nie znajdzie - oświadczył lekko żartobliwym tonem, obserwując spod półprzymkniętych powiek jak się zatrzymuje i jeszcze raz spogląda na otoczenie.
- Cieszę się, że ci się podoba. To bardzo malownicze tereny, doskonałe do jazdy konnej... - zmarszczył lekko brwi. - Jeździsz konno? - zapytał, bo zdał sobie sprawę, że właściwie tego nie wie albo nie pamięta. - Herbata już gotowa - dodał zaraz, choć nadal opierał się o framugę i nie wyglądał, jakby miał zamiar się stąd ruszać. - Chyba że wolisz się napić tutaj - w głosie rozbrzmiały mu nuty rozbawienia, kiedy jego spojrzenie ześlizgnęło się na szamotaną wiatrem spódnicę Marcy. Tak, nie miał nic przeciwko takim widokom podczas picia herbatki i rozmowy.


Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Joseph Wright
Zawód : Bezrobotny
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Re: Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]09.12.20 14:53
W porównaniu z jej domem, ten był przepięknie malowniczy. Był mniejszy, to prawda, wydawało się, że na piętrze może mieć tylko pomieszczenia ze spocznikiem lub może jedno większe? Jednak całkiem dobrze się sprawdzał jako miejsce dla jednego samotnego mężczyzny. Jej dom w Caitness wyglądał w jej oczach w tej chwili niezadbanie, jakby był przynajmniej opuszczony, a przecież mieszkały tam dwie kobiety! Może powinna namówić jednak Lucindę do większego skupienia się na renowacji? Aż odrobinkę zrobiło się jej wstyd, bo urokliwy domek Josepha aż przykuwał oko. Cegiełki w ciepłym kolorze dawały odrobinkę wiejski klimat i nie trzymały się ich zabrudzenia tak bardzo jak białej elewacji. Tak, bardzo weszło jej to na ambicje, ale przynajmniej nie poczuła się zawiedziona po tym, jak przyjaciel tak chętnie zaprosił ją do siebie. I skorzystała z zaproszenia, wcześniej spędzając pół dnia w kuchni, by przygotować ciasto. Miała do dyspozycji mnóstwo świeżych śliwek - okazało się, że jedno takie drzewko rosło na jej posesji, więc ostatnio zrobiła z nich masę powideł. Była dosyć zaradną kobietą, a skromne życie było jej dosyć znane. Trzeba sobie radzić, policjanci też nie są najbardziej płatnym zawodem w przeciwieństwie do ich kolegów z biura obok (tych bardziej elitarnych). W ich domu zarabiała głównie Lucinda, na swoich artefaktach, Marcy prawie już nie dostawała wynagrodzenia, tylko czasami, gdy zdarzało jej się pilnować kuzynki Anthony'ego. Ale szukanie artefaktów nadal się opłacało. W tych czasach naprawdę musiały się wspierać.
Przezorny - zawsze ubezpieczony. Tak się mówi, prawda? Dlatego nie widziała powodu, żeby nie założyć tutaj kilku zaklęć. Na szczęście odpuściła sobie długie przesiadywanie w ogrodzie, by założyć kilka to kolejnych pułapek, na razie wystarczy tylko to jedno, by mogła na wszelki wypadek wyczuć, czy będzie grozić im jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Wprawdzie wątpiła, by ktoś oficjalnie połączył ją z tym miejscem, ale nadal pozostawała kwestia Hannah i Benjamina. W końcu to rodzeństwo, a pewno mieli to w jakichś kartotekach. Nie wyczuwała też w tym miejscu żadnych innych pułapek. Czyżby naprawdę zostawiono go kompletnie bez jakiejkolwiek ochrony? Miał dwójkę rodzeństwa, z czego jedno było prawdopodobnie mistrzem obrony, a drugie przynajmniej specjalistą... I nikt nie zadbał o to, by ochronić Josepha?
Jakoś czuła się z tego powodu niezadowolona.
- Skończyłeś się stroić? A nawet jeśli nie, to już przestań, bo mnie przyćmisz. - Zażartowała, kiedy przystanęła obok niego tuż przed wejściem. Splotła ręce na piersi, na chwilę znowu spoglądając w stronę ogródka. Wiatr delikatnie łopotał jej spódnicą, jednak teraz nie było to porwanie, ale co najwyżej lekka zabawa i łagodny taniec. Pobliska ściana trochę okryła ją od wiatru. - Oby. - Odpowiedziała, nieco bardziej ponuro, jednak nie chciała już ciągnąć tematu. Oczywiście, że wojna w końcu trafi poza granice Londynu i wtedy nikt już nie będzie bezpieczny. Ani tutaj, ani nigdzie, to właściwie tylko kwestia czasu. O to miejsce będzie trzeba zadbać o wiele bardziej, ale nie miała zamiaru robić nic co mogłoby nie zgodzić się z Wrightem. Może mu to zaproponuje, ale pewnie dopiero po herbacie lub może dwóch. Oparła się lekko o framugę dokładnie naprzeciwko jego, obie dłonie trzymając za plecami. - Nigdy nie miałam okazji jeździć. Wiesz, nie zawsze czułam się komfortowo przy dużych zwierzętach... Dopiero od niedawna zaczęłam się przyzwyczajać. - To było całkiem szczere, jeszcze niedawno nie była zbyt zainteresowana zwierzętami w ogóle, a myśl o tym, że trzeba powierzyć swój, niejako, los w ręce zwierzęcia trzy razy cięższego od niej samej, było jakieś abstrakcyjne. - Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda? - Bo zakładała, że to było jakieś zaproszenie. Herbata brzmiała świetnie, chociaż przyznać trzeba, że na ten wieczór lepsza byłaby jakaś lemoniada. Lato było w tym roku ciepłe, słońce przygrzewało mocno, do tego stopnia, że noszenie koszul z dłuższym rękawem było uciążliwe. Mimo to Marcella ciągle nosiła takie sięgające do łokcia. Tym razem założyła żółtą. Bardzo nostalgiczną, która swoją barwą od razu przypominała czasy, gdy Figg latała na miotle jak błyskawica i miała włosy zawsze spięte w nierówny koczek, a czasami wysypywały się z niego podczas zbyt szybkiego zwodu. - Chodźmy do środka. Będzie trzeba wszystko przenosić, a chcę zobaczyć czy ciasto jest okej. Chociaż może mi to po prostu powiesz. - Powiedziała z rozbawieniem i oderwała plecy od framugi, żeby dotknąć palcami jego policzka, tuż obok kącika ust, na którym ostało się trochę dowodów zbrodni. Okruszki z kruchego ciasta. Uniosła brew, po czym kręcąc głową skierowała się do kuchni, gdzie zaraz po niej swoim dostojnym krokiem wczłapała się Kometa, pewnie licząc na okruszki z ciasta. - A masz jakąś whisky?! - spytała dosyć głośno, żeby było ją słychać z drugiego pomieszczenia.


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216
Re: Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]22.12.20 0:28
Dobrze, że Marcelli nie przyszło do głowy, żeby poinformować Josepha o swym niezadowoleniu w związku z tym domniemanym brakiem odpowiedniej ochrony jego osoby, bo jak nic by ją wyśmiał. On? On nie potrzebował żadnej ochrony! Ba, on przecież przez cały ten czas właśnie czekał, żeby się nim zainteresowano. Już by dał popalić wszystkim poszukującym jego rodzeństwa! Niech by tu tylko przyleźli...!
- Nie śmiałbym przyćmić kobiety, Marcy - odparł momentalnie na wyrzut pokierowany w jego stronę. - A szczególnie ciebie - zaznaczył spoglądając na nią i uśmiechając się samymi kącikami warg, choć chyba tego nie widziała wpatrzona w ogródek. Może to źle, że miał rękę do roślin i dbał o teren wokół domu? Wyglądało na to, że panna Figg najwięcej uwagi przykładała właśnie do zieleni... a nie do jego skromnej osoby. Na szczęście, kiedy odwróciła się przodem do niego, błyskawicznie wyzbył się tej myśli. Nie ukrył też zdziwienia, że Marcella nigdy jeszcze nie jeździła konno.
- Naprawdę? Moją pierwszą fuchą po szkole była właśnie praca w stadninie. No, nie licząc tartaku - na to ostatnie lekceważąco machnął ręką, bo przecież nie o bawieniu się drewnem miał mówić. - Z rok tam dorabiałem. Konie to bardzo wdzięczne stworzenia jak się ma wystarczająco dużo czasu, żeby je poznać. Trzeba się ich uczyć, wyczuć je i zauważać najdrobniejsze niuanse w zachowaniu... - uśmiechnął się lekko i przymknął oczy wracając do miłych wspomnień z tamtych czasów. Z końmi było bardzo podobnie jak z kobietami, choć tego nie powiedział na głos. Marcella nie znając tych stworzeń, mogłaby to uznać za jakąś obelgę, a zupełnie niepotrzebnie.
- Ale nie musisz się martwić, z końmi jest jak z miotłami, są też takie całkiem spokojne i posłuszne - dodał rozbawiony przypominając sobie ich ostatnią rozmowę w Szkocji właśnie na temat mioteł. - W każdym razie chętnie zostanę twoim nauczycielem. Tu niedaleko nawet jest stadnina. Dla ciebie miałbym nawet okazyjną cenę - zupełnie za darmo - błysnął zębami w czarującym uśmiechu.  
Nie spodziewał się tylko, że ten uśmiech może być oprószony okruszkami po cieście. Kiedy więc Marcy zadecydowała, że przenoszą się do salonu delikatnie oskarżając go o podjadanie ciasta, zrobił zaskoczoną minę.
- Skąd ty... - zaczął, ale urwał, kiedy panna Figg zbliżyła się do niego i uniosła dłoń, by pozbyć się dowodów zbrodni. Zanim jej opuszek palca choćby musnął jego policzek, wargi Joe ponownie rozciągnęły się w uśmiechu.
- Było przepyszne, pani detektyw, aż nie mogłem mu się oprzeć - odpowiedział spoglądając za nią, gdy wchodziła do wnętrza domu. Sam nie ruszył za nią od razu, zresztą nawet gdyby chciał, to by nie mógł - jako dżentelmen przepuszczał kobiety przodem, a co za tym idzie - również i Kometę 210, która postanowiła powrócić ze spaceru i zapewne zająć swoje ulubione miejsce na kanapie.
- Jakąś whisky - prychnął pod nosem i przewrócił oczami, słysząc pytanie Marcelli dobiegające z wnętrza domostwa. - Za kogo ty mnie masz, Marcy?! - odpowiedział jej równie głośno, po czym ruszył do środka. - Może mi zabraknąć jedzenia albo czystych ubrań, ale nigdy, powtarzam: nigdy w moim domu nie zabraknie whisky! I to nie byle jakiej, ale najlepszej - zamknął za nimi drzwi i powędrował wprost do kredensu w kuchni, z którego swego czasu zrobił barek z częścią swojej kolekcji alkoholowej - Ognistej Macmillanów - zaprezentował nieotwartą jeszcze butelkę, do drugiej dłoni łapiąc od razu dwie szklaneczki. Do picia alkoholu nigdy nie trzeba go było namawiać, więc zaraz i ten asortyment znalazł się na stoliku w salonie, a Joe nalał bursztynowego płynu do szkła.
- To co, twoje zdrowie, Marcy, i żeby cię nigdy nie dorwali - zaproponował toast unosząc swoją szklankę.


Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Joseph Wright
Zawód : Bezrobotny
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Re: Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]29.12.20 23:27
Oczywiście, że by mu nie powiedziała. Była zaznajomiona z zagadnieniem delikatnej męskiej dumy i tego, że nie do końca przystoi kobiecie martwić się o mężczyznę w inny sposób nić bierny lub czynny w przypadku zmartwienia czy nie chodzi głodny. Lub nie ma się w co ubrać. Dlatego postanowiła go ochronić nie tłumacząc się w żaden sposób - będzie cichutko strzegła go w jego własnym domu i jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, będzie mogła szybko mu pomóc. A tutaj nawet nie było blokady na teleportację! Wystarczyło wejść kawałek poza jej posesję (na której już takie zabezpieczenie było) i mogła być tutaj w kilka sekund. Ale nie miała zamiaru tego nadużywać. Ani trochę.
Spojrzała na niego najpierw kątem oka i uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. - Ale masz do tego predyspozycje. - Mówiła prawie za cicho i bardzo żartobliwym tonem, nie chcąc go nęcić komplementami, bo jeszcze bardziej mu ego urośnie. Pamiętała, jak bardzo chełpił się, kiedy na początku dziękowała mu za pomoc przy dostaniu się do drużyny w szkole. Pokazał piórka jak prawdziwy, gryfoński paw. Na komplement też zareagowała uśmiechem i niepewnym odsunięciem włosów za ucho. Odkryła policzek, ozdobiony małymi, jasnymi piegami. - Naprawdę? - Spytała, z resztą wchodząc już wtedy do domu. - Mnie od razu wyłapali łowcy talentów, właściwie w lipcu już trenowałam z Wędrowcami. - Oczywiście nie została od razu dodana do składu, ale trener zdawał się chcieć ją ukształtować jak najszybciej. Możliwe, że była to też kwestia jej rodziny. W Szkocji raczej każdy znał chociaż jednego Figga, a jej ojca znało właściwie pół Szkocji. I wszyscy wiedzieli, że jego matka pochodziła z Parkinów. Ta drużyna, latanie i Quidditch pośrednio było w jej krwi. Może właśnie dlatego latając czuła się jakby była dokładnie w tym miejscu, w którym powinna być. Mając wiatr we włosach, wdychając zimne powietrze z chmur, ciężkie odwilgoci i miękkie jednocześnie. - Naprawdę lubisz tą posadę, co?
Weszła do środka i szybko się rozgościła. Zauważyła, że ciasto zostało już trochę rozpakowane, więc machnęła różdżką na leżący na blacie nóż, by ten pokroił resztę na mniejsze kawałki, oczywiście trójkątne, bo sam placek miał okrągły kształt. Jeden mały kawałek zjadła też zaraz po tym, obserwując czy mężczyzna ją z tego powodu zaczepi, ale uśmiechnęła się tylko niewinnie. Na szczęście temat whisky szybko odsunął ich oboje od zauważenia jak poważnie naruszyła właśnie swoją dietę. Jeden nieuważny krok i zaraz pojawią się boczki. Tu jeden, tu drugi i koniec. Panika murowana. Uniosła swoją szklankę podobnie jak Joseph. - A co tam, moje zdrowie! Następne będzie za Ciebie. - Dodała, po czym wychyliła wszystko co znajdowało się w szklance. Ognista jak zwykle paliła w gardło, choć nie boleśnie, rozgrzewała mocno żołądek, aż w brzuchu czuło się delikatne grzanie. Mruknęła pod nosem z niezadowoleniem, bo była nieco gorzka, ale przecież nie sięgnie po popitę. Duma na to nie pozwalała. - Chodźmy usiąść. I wtedy już będziemy mogli gadać o koniach... Czy czymkolwiek chcesz. - Złapała za swoją szklankę oraz butelkę, po czym minęła go prawie w piruecie. To miejsce miało tak przyjemną atmosferę, że zadomowiła się właściwie od wejścia. Z Joeyem znali się też od wieków, a echa dawnej bliskiej przyjaźni nadal były w nich silne. W tej relacji czuła się zupełnie inna. Czuła się nieco tak jak... kiedyś. Miała ochotę się uśmiechać. - Weźmiesz ciasto? - spytała jeszcze, gdy znikała w pokoju, w którym widziała kanapę, a gdzie rozsiadła się Kometa 201. Nic dziwnego, że Joe miał zwierzaka, bez nich dom wydawał się taki niepewny i pusty, zbyt cichy. Zwłaszcza gdy mieszkało się samemu. A teraz poza nimi nikogo tutaj nie było... - Ostatnio mam tyle ognistej, że prawie się palę. - Wysiliła się na żart, ale był naprawdę głupi. Przecież pracowała dla Macmillanów... Tam nigdy nie brakowało whisky. Usiadła na kanapie obok komety, podsuwając złączone ze sobą łydki pod pośladki. Obserwowała kątem oka udomowioną gęś, która zupełnie nic nie robiła sobie z tego, że siedziała obok niej zupełnie obca osoba. - Więc... Jak to było z tą stadniną? - Nie była wprawdzie jakoś bardzo przekonana, ale czemu nie spróbować? Nie miała też wielkiego przekonania do dużych zwierząt. Miała na tyle wiedzy, żeby rozumieć, że konie, niesprowokowane, nie będą agresywne, że są raczej łagodne i dobrze nastawione do człowieka. Ale nadal to było cielsko, które mogło ją przypadkowo zgnieść w dosłownie chwilę. Marcy ułożyła dłoń na piórkach Komety i delikatnie ją pogłaskała, uśmiechając się przy tym łagodnie. - Jest śliczna.


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216
Re: Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]14.01.21 15:58
Spodobał mu się ten delikatny uśmiech samym kącikiem ust Marcy i gdyby nie ten niecodzienny komplement, który od niej otrzymał, zapewne by się na nią zapatrzył. Zamiast tego jednak uniósł jedną brew i uśmiechnął się szerzej jednocześnie zaskoczony i rozbawiony.
- Tak uważasz...? - rzucił retorycznie zawadiackim tonem.
Na szczęście nie przewróciło mu się od tego komplementu w głowie, bo nie wziął go ani trochę na poważnie. Osobiście nie uważał, żeby pod względem aparycji czy prezencji dorastał kobietom choćby do pięt... więc może nie było z jego samouwielbieniem aż tak źle.
Tak szybkie przyjęcie do drużyny quidditcha jak w przypadku Marcelli, to było naprawdę coś i nie zdarzało się często. Akurat marzących o wielkiej karierze sportowej zawsze było pod dostatkiem i wcale nie było łatwo się przebić... tym bardziej, jeśli nie było się facetem. Joe sam nie był pewny czy nawet gdyby chodził na przesłuchania od samego początku po skończeniu szkoły, załapałby się do drużyny tak szybko jak Marcy.  
- Ciężko na to zapracowałaś - przyznał ze szczerym uznaniem. Kto jak kto, ale on wiedział doskonale jaką drogę przebyła panna Figg, by stać się zawodową graczką. Był przy tym i w tym uczestniczył. I choć oczywiście, że się puszył i tym chełpił, gdy tylko Marcy dostała się do drużyny, to robił to głównie na pokaz, bo wcale nie uważał, żeby cokolwiek w tym zakresie było jego zasługą. Nie, Marcella zapracowała na wszystko sama.
- Posadę twojego trenera osobistego? - powtórzył za nią uśmiechając się półgębkiem. - Żartujesz? Jasne, że lubiłem, byłaś moją najlepszą podopieczną - podkreślił pogodnie. Właściwie jedyną podopieczną, jeśli rozchodziło się o trenowanie, ale to już drobny szczegół, którego wcale nie musiał zaznaczać.
- Można powiedzieć, że nawet trochę mi tego brakuje po tych wszystkich latach - przyznał rozbawiony. Faktycznie ich wspólne treningi, a właściwie jej treningi pod jego czujnym okiem, sprawiały mu frajdę. Były inne i wprowadzały jakiś powiew świeżości do monotonii szkolnej rzeczywistości i to mu się podobało. Upór, samozaparcie i postępy Marcelli również, a jakże. Nie miał więc nic przeciwko staniu się ponownie jej nauczycielem, choć tym razem z trochę innej dziedziny.
Wszedł za paniami do środka i uśmiechnął się widząc, że nie tylko on podjadał ciasto zanim na dobre wylądowało na stoliku w salonie. Czy mu to przeszkadzało? A skąd! Zresztą sam przyznał przed chwilą, że nie można mu się było oprzeć, prawda? Ciastu, rzecz jasna. Jeszcze tylko wypicie za zdrowie panny Figg i można się było rozsiąść w salonie.
Marcy wymijająca go niemal tanecznym krokiem z butelką whisky w ręce była czarującym widokiem i Joe nie miał żadnych wyrzutów sumienia, że zapatrzył się za nią, kiedy przechodziła do salonu. Sam zaś ruszył dopiero po chwili i z ciastem i ze swoją szklaneczką. Herbata, choć teraz jakoś wątpił, żeby któreś z nich ją piło, już na nich czekała. Tak samo zresztą jak Kometa 210.
- Uważaj, żeby nie został z ciebie węgielek - odparł na jej żart.
Marcella usiadła na kanapie obok gęsi, co wyraźnie go zaskoczyło, bo zanim porozstawiał na stoliku to, co przyniósł, wyraźnie się zawahał zerkając i na dziewczynę i na ptaszysko. Proszę, proszę, kto by się spodziewał?
A, tak, tak, stadnina.
- To była zupełnie mugolska stadnina koni niedaleko mojego rodzinnego domu - zaczął odkładając wszystko na stolik, a korzystając jeszcze z okazji, że stał, to uzupełnił brakujący w szklankach alkohol. Dopiero wtedy usiadł na fotelu naprzeciwko pań. Swoją drogą, miał naprawdę zacny widok.
- I spędziłem w niej kupę czasu i w przerwach od pracy w tartaku i po wypadku... Niby nie robiłem tam nic nadzwyczajnego, głównie przerzucałem gnój - przyznał wprost bez jakiegokolwiek owijania w bawełnę, co go wyraźnie rozbawiło - ale lubiłem tam spędzać czas, jakkolwiek idiotycznie to w tej chwili brzmi, przebywać wśród tych zwierząt i ludzi, poznawać ich. W tartaku było zupełnie inaczej - chodziłem tam pracować i zarabiać na swoją miotłę, do stadniny szedłem raczej dla towarzystwa, chociaż wcale się nie obijałem - próbował jej to jakoś wyjaśnić, choć sam tego do końca nie rozumiał. Takie rzeczy chyba się zwykle po prostu czuło.  
- W zamian za pracę, mogłem siodłać dowolnego wierzchowca i wybierać się na przejażdżki po okolicy - uśmiechnął się do wspomnień, po czym sięgnął po kolejny kawałek ciasta. Żeby się nie zmarnowało. Kiedy pochłaniał pierwszy kęs, Marcy pogłaskała Kometę po popielatej szyi. Joe zamarł, ale widząc, że gęś nie zareagowała, kontynuował jedzenie.
- Lupi sie - stwierdził w odpowiedzi, choć niewyraźnie, bo z pełnymi ustami. Zaraz jednak przełknął resztę ciacha.
- Mało komu pozwala usiąść na tej kanapie, a już tylko wybrańcom pozwala się dotknąć. Czasami nawet mi nie wolno... jak coś przeskrobię. Co, Komcia? Nie lubisz jak się sam zamykam w łazience, prawda? To jest wielka obraza gęsiego majestatu, tak? - pytania naprawdę skierował do gęsi w dodatku tonem jakby przemawiał do dziecka. Wyglądało to tym komiczniej, że Kometa jak gdyby zrozumiała co do niej mówił, zagęgała cicho i zamachała tym swoim ptasim kuprem, nie wyglądała jednak przy tym jakby była zadowolona. Droczyli się ze sobą - Joseph i gęś.
- Jakbyś ją zobaczyła, jak coś nie jest po jej myśli - z powrotem zwrócił się do Marcy. - Wtedy to bez kija nie podchodź. A jak się potrafi obrazić, to byś nie uwierzyła - pokręcił głową z dezaprobatą.


Beat back those Bludgers, boys,
and chuck that Quaffle here
No team can ever best the best of Puddlemere!


Joseph Wright
Zawód : Bezrobotny
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
What if I'm far from home?
Oh, brother I will hear you call.
What if I lose it all?
Oh, sister I will help you out!
Oh, if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Zjednoczeni z Puddlemere
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5364-joseph-e-wright https://www.morsmordre.net/t5428-do-joe#123175 https://www.morsmordre.net/t5417-joe-w#122688 https://www.morsmordre.net/f108-piddletrenthide-79-kamienny-domek https://www.morsmordre.net/t5462-skrytka-bankowa-nr-1335#124469 https://www.morsmordre.net/t5441-joe-wright
Re: Gabinet/Pokój gościnny [odnośnik]03.02.21 12:58
- Co mówiłeś?! - Gładko wyłgała się od odpowiedzi na swoje własne słowa, które tak ładnie zarzuciła wcześniej, ale nie chciała już drążyć tego tematu. Tak naprawdę też doskonale usłyszała, co powiedział. Po prostu nie chciała odpowiadać. To zupełnie zwyczajne zachowanie. Ona też nie oceniała tego tak jak Joseph. Może dlatego, że sama raczej była koneserką męskiej urody, ale zdarzało się znaleźć kobietę mniej urodziwą od mężczyzny. I mężczyznę mniej urodziwego od kobiety. Tak po prostu działał świat… Każdy był inny.
Joseph tak dobrze ją pamiętał z tamtych czasów. Kiedy życie nagradzało ją dobrym powodzeniem, ona rozkwitała pod jego palcami jak pąk róży. Początek kariery to był ten czas, kiedy stworzyła swój charakterystyczny Quidditchowy styl. Podczas jednego z pierwszych meczy straciła kask po muśnięciu przez tłuczek. Gumka do włosów pękła i do końca meczu Figg świeciła jasnorudą taflą długich włosów. Może dlatego niedługo po zakończeniu kariery je ścięła i już nigdy nie wróciła do tych długich. A były naprawdę piękne, lekko zakręcone na końcach. Uśmiechała się też wtedy najwięcej w całym swoim życiu. Bo to stało przed nią otworem. Przyzwyczaiła się do tej wygody bycia zwycięzcą.
- Bo jedyną? - Musiała z tego zażartować, po prostu sam się prosił. Ona czuła raczej to, że sukces był zespołowy. I trochę żałowała, że po opuszczeniu Hogwartu na naprawdę długi czas o sobie zapomnieli. I dopiero podczas meczu ponownie się spotkali już jako w pełni ukształtowani ludzie, silni i pewni siebie. Ale Wright… On się właściwie w ogóle nie zmienił. Wciąż błyszczał jak gwiazda.
To ona się zmieniła.
Ale potrzebowała pogrzania się trochę w tym blasku, bo był beztroski. Łagodny, przypominał odrobinę ciepła na zmarznięte do bólu dłonie. Miał w sobie tyle nostalgii, ale nie tej, która przypominała jej o strachu przed stratą. Oboje już długo nie mieli kontaktu, ich drogi nie krzyżowały się często, więc wiedziała, że jego brak nie zmieni jej życia diametralnie. I nie była tutaj z potrzeby tego, by przy nim być. Była tutaj, ponieważ… Po prostu chciała tu być.
Herbata została wypita. Jednak ledwo upili z niej po kilka łyków, a Marcella dolała do niej trochę ognistej. I tak za każdym razem gry w kubku ubywało napoju, był on coraz bardziej zabarwiony procentami, z każdym razem powodując coraz więcej śmiechu u kobiety. - Jesteś z Contin, prawda? Nie dziwię się, że była tam stadnina, dużo miejsca do jeżdżenia. Przy Wigtown też była jedna. Ale Caitness jest o wiele lepsze do latania. Jest tam tyle klifów i prawie w ogóle drzew! Aż podejrzewam, że te w moim domu zostały posadzone magią, bo wątpię, że jakieś chciało tam wyrosnąć. - Oczywiście od razu musiała przejść do ulubionego tematu. Pomimo tego, że Marcy od dawna nie grała, miotła była w jej życiu cały czas. I to najbardziej lubiła w graniu… Lot. Wiatr we włosach, zimne powietrze w płucach, łapanie chmur otwartą dłonią. To nieopisane uczucie. - Czy jazda konna jest podoba do latania? - Jeśli tak, to kto wie, może znajdzie nowy ulubiony sport…
Słuchała go dokładnie, nie przerywając monologu i chyba rozumiała. Przynajmniej do momentu jak nie wypiła tyle whisky, że jej głowa zaczynała myśleć już swoje. Gęś no cóż, dała się raz pogłaskać, ale gdy Marcella wyciągnęła do niej rękę po raz drugi, już prawie została kłapnięta dziobem. Zabrała szybko rękę, żeby przypadkiem nie zsiniał jej palec od tego wszystkiego. - No właśnie widać jak lubi. - Mruknęła niezadowolona. Wolała więc przejść na poświęcanie uwagi kogoś kto jej raczej nie ugryzie. Miała mocną głowę do alkoholu, ale po turze zabójczej herbatki i szklance whisky, stała się nieco bardziej pieszczotliwa. Nie pamiętała nawet w którym momencie rozmowy ufnie ułożyła głowę na ramieniu mężczyzny. Oparła je jak o poduszkę, która nie załamie się pod jej ciężarem. - Trochę tęsknię za starymi czasami… - Mruknęła, wbijając się trochę myślą w jego słowa o Komecie. Może dlatego, że wcale nie brzmiały jakby mówił o gęsi, co trochę też ją rozbawiło teraz. Zaśmiała się pod nosem, zerkając spokojnie przez ramię prosto w jasne oczy mężczyzny. - Brzmi jakbyś mówił o kobiecie... - Wytknęła mu, odwracając się wtedy. Wbiła spojrzenie w trzymaną przez siebie szklankę whisky. Ciągle siedziała z nogą na nogę, oparta o niego, czując ciepło drugiej osoby i było jej po prostu błogo. Naprawdę dawno nie była w stanie poczuć obok kogoś pełnej ufności i pozwolić sobie, by odpłynąć myślami gdzieś powyżej wojny. Gdzieś w stronę chmur. - Nie czujesz się samotny…?


nim w popiół się zmienię, będę wielkim
płomieniem
Marcella Figg
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
porysował czas ramiona
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6925-marcella-figg#181615 https://www.morsmordre.net/t6971-arkady#183169 https://www.morsmordre.net/t6970-lelolelo-bagiety-jado#183167 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t6991-skrytka-nr-1723#183527 https://www.morsmordre.net/t6972-marcella-figg#183216
Gabinet/Pokój gościnny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach