Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Poczekalnia
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Poczekalnia

Poczekalnia na czwartym piętrze Ministerstwa Magii, które zajmuje Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami została utworzona z myślą o petentach, którzy to mieli tłumnie nawiedzać podległe biura. Zamysł faktycznie był szczytny, wykonanie jednak nieco gorsze. Całkiem szeroki korytarz wyłożono wyblakłym dywanem, pod ścianami upchnięto zaś po rzędzie krzeseł przerwanych od czasu do czasu stoliczkiem, na którym osoby chcące wpisać się na jedną z list bądź załatwić inną niezwykle ważną sprawę w departamencie, miały zapewne stawiać filiżanki z herbatą. Obecnie stoją tam jednak jedynie puste wazony na kwiaty. Na końcu korytarza, na ścianie wisi płaskorzeźba przedstawiająca uroczo wyglądającego cherubina, pieszczotliwie ochrzczony przez pracowników Złotoustym Johnem. Każdy petent winien na początku udać się do niego i wyjawić cel swojej wizyty. Następnie John niezwykle niskim, jakby zapijaczonym głosem wywarkuje numer w kolejce, który wzywa, gdy przychodzi kolej na daną osobę. Jedno z zaklęć ożywiających płaskorzeźbę nie wyszło, stąd cherubin zamiast uroczego, miłego i pełnego szacunku młodzieńca został starym, zapijaczonym zgredem.
Ustawione bezmyślnie stoliki skutecznie uniemożliwiają przejście szerokim przecież korytarzem więcej niż jednej osobie. Na szczęście nie stanowi to dużego problemu. Niezwykłe pomysły list dla wilkołaków, animagów, a także rzeszy magicznych stworzeń nie spotkały się z ciepłym przyjęciem w magicznym świecie. W efekcie niewiele osób odwiedza czwarte piętro ministerstwa, a jeszcze mniej marnuje swój cenny czas w coraz brzydszej poczekalni.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Poczekalnia - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Koniec i początek miesiąca zawsze był zawalony pracą papierkową, która uginała ministerialne biurka pod ciężarem obowiązków. Również wtedy do departamentu zbierały się hordy petentów, pragnących załatwić swoje interesy przed końcowymi terminami, jakie ich obejmowały. Zawierucha wzbierała od godzin porannych, dobijając duszę rwącą się do pracy w terenie – nie była to przyjemna adrenalina. Przez ostatnie tygodnie wiele rozważała w tej kwestii, nawet zaczęła podważać własne słowa, które ponad tydzień temu wypowiedziała w kierunku jednej ze swoich znajomych. Być może praca na własną rękę byłaby znacznie ciekawsza? Ale któż zapewniłby jej wtedy pewny grunt? Może powinna w takim razie chwycić się czyjejś prywatnej działalności, ale czy wtedy miałaby tak wiele możliwości? Tygodnie biurokratycznej męczarni, często odpłacały się nadobnymi podróżami, przekonała się już o tym na swoim stażu. Gdybała więc nad wartością takiego ryzyka od wielu dni, próbując znaleźć rozwiązanie dla tego problemu.
Nie spodziewała się gwałtownego zatrzymania, wyrwana z zamyślenie nie do końca zrozumiała, o co chodziło młodej kobiecie. Zamrugała kilkakrotnie, próbując skupić się na słowach, choć była zmęczona po średnio przespanej nocy, ale ostatecznie zebrała się w sobie i spróbowała wysłuchać pretensji. Nie przelała się jeszcze jej czara goryczy, toteż wypuściła z siebie powoli powietrze, przyjmując obelgi, zupełnie jakby były zwykłymi słowami.
Również i jej dłuższą chwilę zajęło, nim poznała znajomą twarz. – Luna… - mruknęła miękko pod nosem, na głos przywołując imię, które kojarzyła z twarzą. Uniosła lekko kąciki ust i spuściła wzrok z niewielkim rozbawieniem. – Nic się nie stało, w porządku – dodała, poprawiając plik pergaminów, jakie miała w rękach. Zerknęła przez ramię kobiety na innych petentów, po czym kiwnęła głową znacząco, popychając uchylone drzwi od swojego biura. – Zapraszam – rzuciła, przechodząc przez próg. Położyła papiery na biurku, a potem westchnęła, przeglądając arkusze. Może jednak powinna odpuścić sobie to całe Ministerstwo? Przez jej myśl przemknęły możliwości, jakie w ostatnim czasie pojawiły się w jej życiu, ale zaraz potem odrzuciła natrętne pomysły. – Chcesz wody? A może jesteś głodna? – zapytała taktycznie, podchodząc do nowo postawionej szafy, w której mogła przetrzymywać drobne przekąski, a także mały dzbanuszek, w którym zwykle znajdowała się woda. Otworzyła szafkę i zasłoniła swoim ciałem wnętrze, przykrywając stojącą w rogu piersiówkę jakimś pudełkiem. Znów zapomniała wrzucić ją do torebki, chociaż w obecnej chwili była pusta i tak naprawdę nie można było jej niczego zarzucić. Niemniej pewne zażenowanie wkradło się do jej sumienia. Machnęła różdżką, a dzbanek, dwie szklanki i paczuszka ciastek przemknęły przez pokój, miękko lądując na biurku. – Dobrze, w takim razie powiedz, o co dokładnie chodzi? Postaram się pomóc w miarę moich możliwości – zapytała, wyciągając jedno ciastko i wgryzając się w nie, przy okazji przysłuchując się temu, co miała do powiedzenia Luna.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Powrót do góry Go down

Szybko się irytowała. Trzeba było jej to przyznać. Chociaż starała się ze wszystkich sił znajdować w sobie pokłady cierpliwości to te jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dosłownie się rozpływały. Chciałaby żyć w świecie, w którym ludziom jest prościej. Nie myślała tu o zakończeniu wojny czy krainie mlekiem i miodem płynącej. Chodziło jej o takie proste kwestie jak właśnie biurokracja. Nie potrafiła zrozumieć po co te wszystkie papierki, fiszki i zgody. Wszystkim o wiele łatwiej by się żyło, gdyby takie sprawy można było załatwić listownie. Oczywiście wiedziała, że to marzenie ściętej głowy, ale w takiej chwili jak ta nie potrafiła myśleć inaczej.
Bez względu na to co nią kierowało nie miała prawa się tak zachować. Wybuchła jak kociołek cioci Poppy. Karciła się za to w myślach, bo myślała, że udało jej się wypracować już trzymanie emocji na wodzy. Widocznie była niestabilna. Wystarczyła jedna iskra by wybuchł w niej prawdziwy pożar. Możliwe, że nawet nie wzięłaby tego do siebie, gdyby nie fakt, że natrafiła na dawną znajomą. Dość bliską znajomą. Luna żyła w przekonaniu, że ludzie muszą widzieć maski. Życie to scena, na której deskach należy zagrać najlepiej jak się umie. Nie można doprowadzić do tego by ludzie przykleili ci łatki. Te potem ciągną się przez życie jak smród zostawiając same nieprzyjemności.
Wchodząc do gabinetu Crabbe odetchnęła lekko. Chyba nawet nie wiedziała, że ta tutaj pracuje. Może w tym swoim wybuchu znalazła nie tylko sposób na rozwiązanie swojego problemu. Nie widziały się w końcu szmat czasu, a Lupin zawsze wspominała ją dobrze. Zatopiona w zarządzaniu rodzinną farmą oderwała się od ludzi, którzy stanowili integralną część jej życia. Lubiła mieć kogoś obok siebie. Nienawidziła poczucia samotności. Nie odnajdowała w nim żadnego sensu.
Na pytanie kobiety uśmiechnęła się delikatnie. – Dziękuje. Dziwne, że nie proponujesz mi ziółek na uspokojenie. Ja pewnie bym to zrobiła – odparła siadając w wygodnym fotelu. Rozejrzała się po gabinecie, kiedy kobieta wstała. Bardzo ładne miejsce. Mogłoby się wydawać, że Forsythia złapała Pana Boga za nogi. W tak niepewnych czasach praca w Ministerstwie wydawała się być spełnieniem marzeń. Czy taka była? Szatynka chyba jeszcze nie miała wystarczająco odwagi by o to zapytać. – Mogę zapalić? – zapytała wprost. Nie sięgnęła do paczki papierosów od samego rana. To samo w sobie wzbudzało w niej bezkresną irytację.
- Naprawdę jeszcze raz przepraszam – zaczęła spoglądając na kobietę z miną zbitego psa. – Skłamałabym jednak mówiąc, że rozumiem dlaczego w taki sposób pracujecie. Trzy razy odesłali mnie z jednego okienka do drugiego dosłownie umywając ręce. – próbowała się wytłumaczyć? Pewnie troszkę tak, aczkolwiek podejrzewała, że nie była pierwszą, która w taki sposób zareagowała. Wszystkim puszczają finalnie nerwy. – Wraz z początkiem miesiąca kończy się zgoda na prowadzenie hodowli. Wcześniej zajmował się tym mój ojciec, ale teraz ja przejęłam większość obowiązków rodziców. Chciałam przy okazji odnawiania umieścić siebie jako współwłaściciela. Do wszystkich kwitków jest teraz potrzebna zgoda ojca, a ja nie chce, żeby on niepotrzebnie jeździł do Londynu. – zaczęła przekazując kobiecie lekko pogniecione dokumenty. – Problem pojawia się przy potwierdzeniu hodowli. Wszystko przecież dokładnie opisałam. Ile mamy zwierząt, jaki jest przychód, ile towaru sprzedajemy. No wszystko. Odsyłają mnie od okienka do okienka, a ja po prostu wychodzę już z siebie. – dodała ciężko wzdychając.
Zamilkła dając kobiecie czas na przeanalizowanie dokumentów. Nie wiedziała czy kobieta jest w stanie coś dla niej zrobić. Podejrzewała jednak, że sprawa może być jej bliska. A może była to tylko zwykła nadzieja. – Bardzo ładnie wyglądasz. Co u ciebie słychać? Nie widziałyśmy się tyle lat. – zaczepiła przyglądając się dłużej kobiecie. Ciężko było w niej rozpoznać dawną Crabbe. Była ciekawa jak bardzo zdążyła się kobieta zmienić przez ten czas.


no one can say what we get to be so why don't we rewrite the stars?
Luna Lupin
Luna Lupin
Zawód : właścicielka farmy, dawna solistka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We li­ve, as we dream – alo­ne
OPCM : 11
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8986-luna-lupin?nid=2#270434 https://www.morsmordre.net/t8996-azra#270488 https://www.morsmordre.net/t8995-to-the-moon-and-back#270465 https://www.morsmordre.net/f75-north-yorkshire-farma-lupinow https://www.morsmordre.net/t8998-skrytka-bankowa-nr-2117#270564 https://www.morsmordre.net/t8999-luna-lupin#270567

Powrót do góry Go down

Młoda panna Crabbe miała zazwyczaj cierpliwości, aż nadto. Czy to przez wzgląd na dorastanie w specyficznym domostwie, czy może przez przeróżne doświadczenia z magicznymi stworzeniami… Chociaż możliwe, że była to wypadkowa obu sytuacji. Niemniej jednak cierpliwość stanowiła trzon jej egzystencji i tylko dzięki niej potrafiła zachować zimną krew oraz względnie panować nad sobą. Stykając się z tak przeróżnymi personami, potrzebowała się zdystansować i być może wychodziło jej to coraz lepiej, w końcu od niespełna dwóch tygodni studiowała księgi, jakie dane jej było poznać za uprzejmością lady Burke.
Wybuchowe zachowanie Luny nie odznaczało się jakoś wyjątkowo na tle wielu przedziwnych person, jakie potrafiły naprzykrzać się Sythii podczas pracy w Ministerstwie. Mimo wszystko było jej jednak całkiem miło, słysząc przeprosiny, te zdarzały się rzadko, przynajmniej w świecie biurokracji. Praca w terenie była czymś zupełnie innym; ludzie byli swobodniejsi i nie traktowali kobiety jako najgorszego wroga, który chciał ich porażki. Westchnęła ciężko, przyglądając się młodej pannie Lupin, a potem parsknęła lekko, słysząc jej komentarz pod względem ziół. W rzeczy samej czasem przydałyby się takie herbaty przeróżnym petentom, jednak takich ekscesów jeszcze nie wymyślono albo miały długi termin realizacji, bo póki co jedyną przekąską było zaledwie to, o co sama Forsythia zadbała. – Możesz – kiwnęła głową, przyzwalając na okadzenie pomieszczenia dymem papierosowym. Choć najpewniej komuś innemu nie pozwoliłaby na to, uznając coś takiego za nietakt, niemniej jednak była to jej dawna znajoma, a widząc jej umęczoną twarz, nie chciała dokładać jej kolejnej niedogodności. Nie, żeby poświęcała coś dla niej swoim kosztem, biuro mogła przewietrzyć, a zszargane nerwy w tej chwili wymagały nadzwyczajnych środków. Sama zresztą czasami potrzebowała sobie ulżyć, a i znała sporo osób, które w taki czy inny sposób odreagowywały stres, było to lepsze niż znęcanie się nad kimś niewinnym – bo i tacy się zdarzali.
- Nie masz za co przepraszać, przestań – machnęła ręką, choć miło się tego słuchało. – Wiesz, takie są procedury. Ja rozumiem, jak absurdalnie to wygląda, ale wyobraź sobie zarządzać dokumentacją z całej Anglii… a niestety, szeregi pracowników uszczupliły się, stąd lekki rozgardiasz – odpowiedziała natychmiast, nie owijając w bawełnę. – Sama miałam skupiać się na pracy w terenie, ale od kwietnia jest w departamencie tak wiele braków, że często muszę tu przesiadywać. Wierz mi, sama czasami się gubię w tej papierologii – przyznała szczerze. Miesiące mijały, a ona marnowała swoje życie w ten sposób, lecz było to znacznie lepsze niż brak jakiejkolwiek pracy. Nie wyobrażała sobie nadal bycia czyjąś ozdobą, zaledwie dodatkiem do patriarchalnego świata. Nie byłaby wtedy sobą.
Kiwała głową, przysłuchując się problemom, z jakimi borykała się panna Lupin. Zgarnęła dokumenty pod swoją pieczę, rozprostowując je na drewnianym blacie biurka, co chwilę jednak unosząc znad nich wzrok, aby przyjrzeć się Lunie. – Rozumiem. Pobieżnie patrząc, widzę, że brakuje kilku podpisów, ale jeśli coś przeszkadza twojemu ojcu na pojawienie się tutaj osobiście… Hm… – wbiła spojrzenie w pannę Lupin, analizując jakiego rodzaju mogły być to problemy. Przez myśl przeszły jej listy gończe, a potem kolejne dziwne pomysły, jakie pohamowała, gdy milczała już zbyt długo. - Zaraz znajdziemy na to jakieś rozwiązanie – stwierdziła, wracając spojrzeniem do dokumentów. Studiowała dokładnie zapiski, zastanawiając się jak obejść brak podpisu ojca, ale wtedy ją olśniło, tak naprawdę nie był potrzebny, skoro chodziło o współwłaścicielstwo, a nie całkowite przejęcie. Jednak pytanie, jakie padło z ust młodej kobiety całkowicie rozproszyło Forsythię. – Och… Dziękuję - westchnienie przemknęło przez jej usta, a zaraz potem zaśmiała się, jakby wyrwana z transu. – Sporo do opowiadania. Miałam dosyć ciężki okres, ale obecnie nikomu nie jest lekko – stwierdziła, zanurzając się ponownie w stronach spędzających pannie Lupin sen z powiek. W końcu odłożyła plik i obróciła się do szafy, wyciągając kilka świstków jakichś papierów, przyglądała się im przez chwilę, a potem wróciła do biurka. – Niestety, czeka nas przechadzka do kilku biur – oznajmiła z lekka przepraszającą miną. – Jednak wydaje mi się, że jestem w stanie to załatwić – dodała pokrzepiająco, a następnie przysiadła na krześle i zaczęła wypełniać dokumenty, co jakiś czas zerkając na te przygotowane przez Lunę. – A jak ty się miewasz? – zapytała w końcu, wciąż kreśląc w rubryczkach odpowiednie zapiski.

[bylobrzydkobedzieladnie]


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak



Ostatnio zmieniony przez Forsythia Crabbe dnia 01.12.20 19:54, w całości zmieniany 1 raz
Forsythia Crabbe
Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Powrót do góry Go down

Szatynka zdawała sobie sprawę z tego, że w obecnej sytuacji ludzie zmuszeni byli do rezygnacji z wielu planów i marzeń wybierając mniejsze zło. Robili to dla siebie, dla bliskich i dla ogólnego bezpieczeństwa. Poczucie stabilności było tym czego wielu brakowało. Chociaż nie chciała angażować się w ten konflikt, ani stawać po żadnej ze stron to jednak ślepa by była nie dostrzegając co ta wojna robi z ludźmi. Bez względu na status społeczny, krew czy stronę, po której obstają. Wszyscy musieli odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, a dla Luny był to skok w przepaść. Nadal miała wrażenie, że spada. Szukanie stabilności nigdy nie wychodziło jej najlepiej. Była marzycielem nawet jeśli nigdy by się do tego nie przyznała.
Kiedy kobieta pozwoliła jej zapalić, szatynka sięgnęła do paczki i się zawahała. Nie chciała od progu sprawiać wrażenia niegrzecznej. Już i tak jej obraz w oczach czarownicy musiał zostać zniekształcony. W końcu jednak wyciągnęła papierosa z paczki i szybkim ruchem starej zapalniczki odpaliła tytoń. Ludzie rzadko byli szczerzy. Częściej zgadzali się na różne rzeczy z grzeczności. Wolała jednak prawdę i grzeczność też za taką uważała. Czarownica zaciągnęła się papierosem i wypuściła tak dobrze jej znany dym z płuc. – Od razu lepiej – odparła unosząc kącik ust w szczerym uśmiechu. To druga przyjemna rzecz, która ją tu spotkała. Pierwszą bez wątpienia była obecność Crabbe. Gdyby nie ona to pewnie strażnicy już odprowadzaliby ją do Tower. Nie było co się nawet oszukiwać. Straszna z niej nerwuska i czasami potrzebowała kogoś kto by ją tonował.
- Właśnie chciałam zapytać czy ta praca w biurze ci odpowiada. Rozumiem, że gdyby była opcja przejścia w teren to byś się nawet nie zastanawiała? – zapytała ciekawa jej zdania. Ścieżki potoczyły im się różnie. Każda poszła w swoją stronę, ale Luna była typem domownika. Nie zapominała o ludziach. Często wspominała dawne znajomości. Lubiła do nich wracać. Każdy miał przecież jakąś przyszłość, a zaprzeczanie jej do niczego nie prowadziło. – Na czym miałaby polegać wtedy twoja praca? – nigdy się tym zbytnio nie interesowała. Ludzie mieli różne profesje, interesowali się różnymi rzeczami. Ona była specjalistką w swoim fachu i nie mówiła tu o opiece nad farmą, bo tego wciąż się uczyła. Uwielbiała śpiewać, uwielbiała występować. Czasem łapała się na tym, że planuje nowe spektakle. Na planowaniu jednak się kończyło.
Luna zaciągnęła się ponownie papierosem, kiedy Forsythia przeglądała dokumenty, które udało jej się zgromadzić. Czekała na werdykt mając nadzieje, że cokolwiek uda im się z tym zrobić. Nie chciała przychodzić tu kolejny raz. Szczerze miała nadzieje, że już nigdy nie będzie musiała nawet przechodzić obok budynku Ministerstwa. Zdawała sobie sprawę z tego, że to marzenie ściętej głowy, ale na dzisiaj naprawdę miała dość. – Moi rodzice są w średniej kondycji psychicznej. Straciłam siostrę jakiś czas temu. Nadal to wielka tragedia dla naszej rodziny i większość tego typu spraw zostało na mojej głowie. – wyjaśniła nie chcąc budować żadnych wątpliwości. Czasem o wiele łatwiej było mówić prawdę. Ona zawsze należała do tych bezpośrednich. Może dlatego żadne z jej związków nie przetrwało nazbyt długo? Ludzie nie są przyzwyczajeni do prawdy.
- Jesteś kochana, wiesz? – zaczęła widząc jak kobieta stara się znaleźć rozwiązanie dla jej beznadziejnego problemu. – Nie wiem co by było gdybyśmy się nie zetknęły. – bardzo ładnie nazwała ich przypadkowe spotkanie w korytarzu. Luna bardzo martwiła się o swoich rodziców. Była nadopiekuńcza w stosunku do nich. Prawdopodobnie jej ojciec wszystkiego by się wyparł. Jako głowa rodziny stanąłby na wysokości zadania. Luna jednak wiedziała jak wiele by to go kosztowało. – Bywają lepsze i gorsze chwile, prawda? – jej pytanie było czysto retoryczne, bo chyba życie każdego wyglądało obecnie w taki sposób. Aczkolwiek nie chciała wchodzić w szczegóły. Jeśli kiedyś kobieta będzie chciała poruszyć ten temat to to zrobi.
Szatynka podniosła się z krzesła i zgasiła papierosa w miejscu wskazanym przez czarownicę. – W towarzystwie zawsze raźniej. Naprawdę ci dziękuję. Odwdzięczę się. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała to śmiało. – odparła uśmiechając się z wdzięcznością do kobiety. Zajmowała jej czas, który na pewno mogłaby poświęcić na coś innego. To już było godne podziwu w ich czasach. – Nie narzekam, a przynajmniej się staram nie narzekać. Mieszkałam przez jakiś czas w Paryżu, śpiewałam, grałam. To było to co zawsze chciałam robić w życiu. Od roku jednak opiekuje się farmą. Nie jest to takie złe, wiem, że ktoś musi się tym zająć. – odparła ze wzruszeniem ramion. Nie mogła liczyć na swoje rodzeństwo. Oni wypięli się na rodzinę. Nie chcieli angażować się w rodzinny biznes. – Idziemy? – zapytała gotowa zmierzyć się z tym co przyniesie im Ministerstwo.


no one can say what we get to be so why don't we rewrite the stars?
Luna Lupin
Luna Lupin
Zawód : właścicielka farmy, dawna solistka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We li­ve, as we dream – alo­ne
OPCM : 11
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8986-luna-lupin?nid=2#270434 https://www.morsmordre.net/t8996-azra#270488 https://www.morsmordre.net/t8995-to-the-moon-and-back#270465 https://www.morsmordre.net/f75-north-yorkshire-farma-lupinow https://www.morsmordre.net/t8998-skrytka-bankowa-nr-2117#270564 https://www.morsmordre.net/t8999-luna-lupin#270567

Powrót do góry Go down

- Zastanowiłabym się – odrzekła, bo tak na dobrą sprawę, czasem lubiła klimat tego budynku; przemykanie się między innymi pracownikami, spotykanie znajomych twarzy, plotkowanie na korytarzach, dostęp do papierów, o których inny mogli pomarzyć… dostęp do miejsc, gdzie inni byli nieautoryzowani. Zresztą, zwykle lubiła stać pomiędzy, a dedykowanie się jednej rzeczy lub stronie, nie było jej ulubionym zajęciem. Wzbraniała się od podejmowania takich decyzji, ale całkiem przyjemnie jej się narzekało na wydarzenia, które los rzucał jej pod nogi. – Zresztą, czasami nadal mam coś do załatwienia poza Londynem – dodała, trochę jakby od niechcenia, a potem przekrzywiła lekko głowę. – Zależy od wielu czynników, ale mogłabym na przykład odpowiadać za międzynarodowy transport smoków i nadzorować go osobiście lub prowadzić badania dla Ministerstwa – wzruszyła ramionami, choć na ostatnie słowa czuła jak dziwne mrowienie przebiegło po jej plecach. Badaczka magicznej fauny, odkrywczyni nowych gatunków – marzyła o tym, odkąd tylko pamiętała. Wszelkie baśnie, legendy i podania, jakie znajdowała w bibliotekach, rozbudzały jej wyobraźnię, oferując najprzeróżniejsze magiczne stworzenia, które czekały na swoje odkrycie, sklasyfikowanie i… zbadanie. Nie bez przyczyny fascynowała ją także historia magii, szczególnie tych dawnych kultur, które nie wszystko zdążyły przekazać w taki sposób, jaki oczekiwaliby tego żyjący obecnie czarodzieje. Stanowiły więc ogromną przepaść, w którą aż prosiło się, aby zejść.  
Uniosła spojrzenie, doszukując się w słowach Luny jakiejś drugiej prawdy. Wzdrygnęła się nieznacznie na słowa o utracie siostry… Czyżby świat chciał odbierać wszystkim ich rodzeństwo? – Moje kondolencje – miękkie słowa rozniosły się nad papierami, do których wróciła czarownica, aby nie zagłębiać się nadto w temat. Właściwe te słowa słyszała głównie w swoim kierunku, dawno nie wypowiadała ich do kogoś, przez co poczuła się odrobinę nieswojo, jakby próbowała obarczyć swoim ciężarem kogoś innego. – Nie prościej byłoby wam sprzedać farmę? – zapytała, nie mając nic złego na myśli. Wiedziała jakie przywiązanie mogło stać na drodze takiej sprzedaży, jednakże biorąc pod uwagę okoliczności, takie rozwiązanie wydało jej się całkiem w porządku.
Uśmiechnęła się ciepło, słysząc miłe słowa, a zaraz potem postanowiła zażartować. – Najpewniej budynek pochłonęłaby szatańska pożoga – przyznała, parskając lekko. – A tak na poważnie, to następnym razem powołaj się na mnie, żebyś nie musiała przechodzić przez innych urzędników – mrugnęła sugestywnie okiem, oddając się dalszym sprawom związanym z papierzyskami. Przekopiowywała niektóre formułki, zaś inne uzupełniała dokładnie, przez chwilę zastanawiając się nad tym co miała napisać. Możliwe, że w tej chwili zaczęła odrobinę naginać już reguły, niemniej jednak ostatecznie postawiła ostatnie słowo i była gotowa do podróży przez biura, gotowa walczyć o sprawę swojej koleżanki. – Dzięki – stwierdziła, doceniając ofertę odwdzięczenia się, choć tak na dobrą sprawę nie wiedziała, czego mogłaby chcieć. Jedynym co przyszło jej na myśl, była chwila wytchnienia na farmie, ale zaraz potem uznała to za bardzo nieeleganckie i impertynenckie myśli, toteż odgoniła je na rzecz słuchania o Paryżu. – Ach… Paryż, moja kuzynka często o nim opowiada – przyznała, zgarniając stosowne papiery do teczki. – Ważne, żebyś czuła się dobrze z tym co robisz.Och, Forsythio, jaką jesteś hipokrytką, przemknęło przez jej myśli, ale nie dała po sobie poznać, że coś było nie tak. Jej własne słowa, były niczym różdżka wycelowana w samą siebie, wiedziona potężnie niszczącą inkantacją. – Tak, tak, chodźmy – przytaknęła, przechodząc przez drzwi swojego biura. Potem skierowała się głównym korytarzem, przemykając prędko i pewnie między innymi pracownikami, dokładnie mając świadomość, do jakiej osoby powinna się najpierw pokierować. Przez cały ten czas, zerkała co chwilę na Lunę, upewniając się, że ta nie gubi za nią kroku. Kilkakrotnie również zdążyło zatrzymać kobiety kilka osób – jedni pytali o drogę, a inni pytali o sprawy związane z raportami czy innymi ważnymi dokumentami. Petenci, pracownicy – robił się w tym wszystkim tłok, harmider jak w ulu, lecz panna Crabbe wiedziała jak odpowiadać i co wskazać jako rozwiązanie. Żyła w Ministerstwie od pięciu lat jako pracowniczka, a jeszcze wcześniej, czasami była zabierana tutaj przez ojca. Można rzec, że było to miejsce, na którym wyrosła i choć wciąż zdarzały się miejsca, do których dostępu nie miała, tak czuła się jak ryba wodzie. W końcu dotarły do wyznaczonego okienka, gdzie wcześniej panna Lupin mogła mieć styczność z nieprzyjemnymi kobietami. Natomiast w obecnej sytuacji, to panna Crabbe była kilka stanowisk wyżej od nich, więc kwestią kilku słów było załatwienie stosownego papierka. Przybita została stosowna pieczątka na innym, a korzystając z możliwości Forsythia ujęła jedno z piór, podając je Lunie. – Podpisz tu i… tu – wskazała miejsca, kładąc dokument na okolicznym stoliku. Również przez to wszystko kobiety ominęły kolejkę, jaka zdawała się rosnąć z minuty na minutę. Tak to już było, gdy posiadało się znajomości, nagle wszystko można było załatwić sprawniej, łatwiej i szybciej.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Powrót do góry Go down

Ludzie bardzo często wybierali łatwiejszą drogę.  Zawsze znalazł się pretekst do tego by nie zaryzykować. Strach przed niepowodzeniem, obawa przed utratą marzeń czy zwykły spokój ducha. Wszystko co znane jest lepsze. Ona sama też obawiała się zmian. Ludzie często powtarzali, że te są bardzo potrzebne w życiu, ale ona jakoś nie dostrzegała ich zbawiennego wpływu na jej osobę. Może, gdyby te zmiany były dyktowane innymi okolicznościami to potrafiłaby je docenić. Wierzyła jednak, że ludzie powinni ryzykować. Szczególnie teraz, gdy jutro jest niepewne, a wojna zbiera coraz to większe żniwo. Inni powiedzieliby, że to szaleństwo, głupota. Rezygnacja z wygodnej posady na rzecz swoich niepewnych marzeń, ale osobiste tragedie i przeżycia Luny nauczyły ją, że nikt nie wie ile jeszcze czasu mu pozostało. – Nadzór transportu smoków? – powtórzyła z zaskoczeniem, ale też podziwem malującym się w jej głosie. Luna posiadała jakąś tam wiedzę na temat magicznych stworzeń. Nawet większą niż podstawowa. Wiedziała jak poważne i absorbujące może być takie zajęcie. – To brzmi naprawdę rozwojowo – dodała kiwając głową i lekko się uśmiechając. Na pewno była to praca o wiele ciekawsza od tej przy biurku. Dodatkowo te badania. Samo prowadzenie takowych omijało nudę szerokim łukiem. Czarownica jednak nie chciała wtrącać się w życie swojej rozmówczyni. Nie wiedziała co ją blokuje, nie wiedziała czemu podlega takie przebranżowienie. Dodatkowo nie widziały się wiele lat i od tamtej pory wiele mogło się zmienić. Przecież niewiele o sobie wiedziały. – Na pewno wybierzesz dla siebie najlepszą ścieżkę – rzuciła jeszcze chcąc dodać swoimi słowami kobiecie otuchy. To ona miała czuć się dobrze w wykonywanej przez nią pracy.
Skinęła głową na złożone przez kobietę kondolencje. Wcale nie chciała ciągnąć tematu. Tak naprawdę nie potrzebowała współczucia. Skłamałaby mówiąc, że zdążyła się ze śmiercią siostry pogodzić. Zawsze będzie miała żal do samej siebie. Przecież mogła coś zauważyć, mogła dostrzec, że dzieje jej się krzywda. Była za to nazbyt pochłonięta samą sobą. Czasami egoizm potrafi przyćmić największe sprawy.
- Pewnie tak – zaczęła ze wzruszeniem ramion. Sama niejednokrotnie o tym myślała. Nigdy jednak nie miała odwagi by zaproponować to ojcu. Farma była rodzinnym biznesem od zawsze. Lata niewyobrażalnej pracy jej rodziców. – Jednak dla moich rodziców to coś więcej niż biznes rodzinny. Farma stała się ich sposobem na życie. Chyba dawniej mieli nadzieje, że ja z braćmi przejmiemy interes, a farma nadal będzie żyć pełnią życia. Jak na razie zostałam sama i szczerze mówiąc nie mam serca im tego teraz odbierać. Zobaczymy jak to wszystko z czasem się rozwinie. Kto wie? Może się w tym odnajdę. – odparła bez większego przekonania. Nie mogła przekonać kogoś do swoich słów skoro sama nie potrafiła w nie uwierzyć. Aczkolwiek jak na razie nie widziała innego wyjścia. – Odwiedź mnie kiedyś. Zrozumiesz o czym mówię – dodała uśmiechając się do kobiety promiennie, kiedy ruszyły korytarzem.
W Ministerstwie nadal były tłumy. Na samą myśl, że miałaby nadal tkwić w jednej z tych kolejek robiło jej się słabo. Jednak ktoś nad nią czuwał zsyłając jej Forsythię. Ewentualnie ktoś dbał o życie tych wszystkich ludzi. Na szczęście one nie musiały już stać w żadnej kolejce. Luna nie byłą osobą, która wykorzystuje nadmiernie posiadane znajomości. Często jednak wolała komuś odwdzięczyć się po stokroć niż męczyć się tylko w imię honoru. – Zapamiętam – odparła z wdzięcznością. – Powiedźmy, że to szczęśliwy dzień nie tylko dla mnie, ale też dla wszystkich ludzi tutaj. – dodała. Czasami była strasznym nerwusem i nie była w stanie tego zmienić.
- Tak, Paryż to przepiękne miejsce, a czarodzieje żyją tam w ogóle w całkowicie inny sposób. W sumie ciężko jest tam znaleźć kogoś trzeźwego po godzinie trzynastej. Wino jest dla nich jak herbata dla nas – odparła śmiejąc się pod nosem na samo wspomnienie. Tak naprawdę nie było to wcale takie złe.
Luna skinęła głową na słowa brunetki. Na razie nie miała chyba zamiaru rezygnować z życia jakie prowadzi. Szukała alternatyw i próbowała odnaleźć złoty środek. Nie bała się wysiłku i lubiła ryzykować. Może w końcu przyda się na coś ten jej ośli upór.
Kiedy dotarły do pierwszego okienka, a później do kolejnego, Lupin poczuła ulgę. W końcu coś szło w dobrym kierunku. Dodatkowo było widać, że Crabbe czuje się tu jak ryba w wodzie. Ludzie ją znali, byli dla niej życzliwi, a ona jak na oazę spokoju przystało każdemu grzecznie odpowiadała. Czarownica powinna chyba umówić się do kobiety na jakieś korepetycje z cierpliwości i spokoju ducha. – Dziękuje ci naprawdę – powiedziała raz jeszcze podpisując we wskazanych przez kobietę miejscach. – To już wszystko? – zapytała już pogubiona w tych papierkach.


no one can say what we get to be so why don't we rewrite the stars?
Luna Lupin
Luna Lupin
Zawód : właścicielka farmy, dawna solistka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We li­ve, as we dream – alo­ne
OPCM : 11
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8986-luna-lupin?nid=2#270434 https://www.morsmordre.net/t8996-azra#270488 https://www.morsmordre.net/t8995-to-the-moon-and-back#270465 https://www.morsmordre.net/f75-north-yorkshire-farma-lupinow https://www.morsmordre.net/t8998-skrytka-bankowa-nr-2117#270564 https://www.morsmordre.net/t8999-luna-lupin#270567

Powrót do góry Go down

Pokiwała głową, choć tak na dobrą sprawę same smoki nigdy nie pasjonowały ją w taki sposób jak robiły to z jej innymi znajomymi po fachu. Kochała absolutnie każde stworzenie i fascynowały ją na równi, nawet włączając w to akromantule, które odstraszały tak wielu. Na pewno wybierzesz dla siebie najlepszą ścieżkę – słowa Luny rozbrzmiewały w umyśle panny Crabbe, przypominając jej o wszystkich ograniczeniach, jakie na niej spoczywały. Nie, nie mogła wybierać sama za siebie – jeszcze nie. A może mogła? Może każdy łańcuch, jaki skuwał jej pragnienia, był zaledwie ułudą, pieczołowicie pielęgnowaną przez ojca, który tak naprawdę nie miał nad córką żadnej kontroli. Forsythia powoli dojrzewała do tego, lecz wciąż ten wniosek pozostawał za gęstą mgłą, powstrzymując młodą czarownicę przed konkretnym działaniem. Grzeszyła myślą, względem tradycji i moralności, jakie przeświecały jej zmarłej matce. Grzeszyła uczynkiem, przez co wyglądała w ojcowskich oczach jak dziwadło. Ilekroć słyszała, że departament, w którym była, przyjął ją zaledwie z uprzejmości starego Crabbe’a. Oczywiście takie opinie dostawała zaledwie od zainteresowanego, wszak współpracownicy zwykle ją chwalili i doceniali. Jednak po powrotach do domu zderzała się ze ścianą, która kiedyś próbowała nagiąć ją do zmiany zainteresowań, tak teraz wyrażała dezaprobatę i pogardę. Poza tym była kobietą, wychowaną niemal w szlacheckiej bańce, tym samym miała być przeznaczona jako towar, którym Faustus Crabbe mógł się obrzydliwie wysługiwać. Ale i tu stawiała opór, zapierała się rękami i nogami przy wielu aspektach życia, a mimo to niektórzy wciąż uznawali ją za wygodnicką, ba! Sama uważała, że robiła za mało, szczególnie w okolicznościach, jakie nastały w Londynie. Nie skomentowała jednak słów panny Lupin, pozostawiając jej wypowiedź jako ostatnią.
Sprzedaż mogła rozwiać wiele wątpliwości, zakończyć pewien etap życia, który chwiejnie trwał jedynie dzięki samozaparciu Luny, a przynajmniej taki obraz jawił się w umyśle Forsythii, gdy słuchała koleżanki. – Zdaję sobie z tego sprawę – westchnęła, nie chcąc szukać dalszych powodów do namawiania czarownicy do takiego działania. Cień uśmiechu przemknął przez blade wargi panny Crabbe, gdy padła propozycja odwiedzin. – Chętnie – przyznała szczerze, choć nie miała pojęcia, kiedy znalazłaby na to czas. – Gdybyś potrzebowała bardziej praktycznej pomocy ze zwierzętami, to również możesz na mnie liczyć – policzki uniosły się nieco bardziej i choć mogła brzmieć śmiesznie, bo któż widział urzędniczkę w gospodarstwie, tak panna Crabbe miała całkiem spore doświadczenie w zajmowaniu się zwierzętami. Będąc na stażu, poświęcała niezliczone godziny na uczestniczenie w wolontariatach w przeróżnych hodowlach i rezerwatach.
Słuchała o Paryżu, zastanawiając się, że może powinna przeprowadzić się do Francji, lecz zaraz potem zdała sobie sprawę, że mogłaby równie dobrze zatrzymać się u rodziny w Antwerpii, gdzie panowały podobne tradycje. Uśmiechnęła się półgębkiem, porównując również doświadczenia swoje, kuzynki oraz panny Lupin – zdecydowanie Francuzi mieli swoją renomę szampańskiej zabawy. – Taki sposób funkcjonowania czasem przydałby się niektórym – zażartowała, zerkając wymownie, w kierunku dwójki spiętych czarodziejów, sprzeczających się o jakieś papiery na środku korytarza.
Machnęła ręką na ponowne podziękowania, wskazując, że naprawdę nie było to wiele – poza tym dla niej również było łatwiej posiadać petentkę, która nie kłóciła się bez sensu, doszukując kruczków prawnych, które przeradzałaby w teorie spiskowe, knute przez Ministerstwo na nieszczęście biednych obywateli. Właściwie… istniały takie ustawy, których sama panna Crabbe nie popierała, a szczytem wszystkiego było odsuwanie czarodziejów konkretnego statusu od niektórych spraw, hodowli, zezwoleń. Nie akceptowała tego, ale dla własnego dobra, czasem musiała podpisywać dokumenty, które działały w krzywdzący sposób. Wielokrotnie w jej głowie pojawiało się pytanie, czy ten chaos udający porządek był na tyle wartościowy, aby kosztował, aż tak wiele? Niestety nigdy nic nie było czarne, ani białe, lecz szarości minionych miesięcy zaczynały bardzo powoli klarować się w umyśle Forsythii. Na jaką ścieżkę miały je sprowadzić? To pytanie musiało poczekać na swoją dopowiedź…
- Nie, niestety nie. Musimy jeszcze podejść do biura A13 – westchnęła, zbierając papiery i ruszyła w kolejny wojaż po Ministerstwie wraz z panną Lupin. Tym razem wszystko przebiegło jeszcze szybciej, a kolejne papiery i pieczątki były wymieniane jak banknoty, łapczywie i pośpiesznie, a jednak z należytą uwagą, aby nie zaprzepaścić ich wartości. Po kilkunastu minutach panna Crabbe podsunęła ostatni z dokumentów do podpisania, pod dłonie Luny. - Doślę jeszcze kilka papierów, które będziesz musiała mi odesłać z podpisem taty, ale to już kwestia, którą możemy załatwić w ciągu kilku tygodni, bez pośpiechu. Tutaj masz dodatkowy dokument, którym możesz potwierdzać przypieczętowanie przez urząd tego, że jesteś współwłaścicielką – podała kolejne dwa dokumenty, które wcześniej sama podpisała. – Chodź, odprowadzę cię – zaoferowała się panna Crabbe, skręcając w mało uczęszczany korytarz, który był najpewniej skrótem.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Powrót do góry Go down

Luna była typem osoby, dla której najważniejsze było podążanie za marzeniami. Brzmiało to dość trywialnie. Przecież marzenia są jedynie malutkim procentem całego życia. Nie umiała jednak inaczej. Dokąd odkryła, że muzyka jest jej powołaniem nie potrafiła sobie wyobrazić innego sposobu na życie. Czuła się dobrze tylko wtedy, gdy śpiewała. Czerpała radość z każdego dźwięku. Opuściła rodzinny do by móc codziennie się spełniać. Nawet jeśli tęsknota za rodziną pukała do jej drzwi od czasu do czasu to i tak nie zamieniłaby tego za nic innego. Dopiero rodzinna tragedia sprowadziła ją na sam dół pokazując, że nie da się żyć jedynie z marzeń. Forsythia musiała zdecydować, którą ścieżką chce podążać. Jeśli zależało jej na tym by żyć zgodnie z poleceniami rodziny to powinna tak robić. Powinność wobec kogoś zawsze była jednak bardzo krzywdząca. Finalnie, przy schyłku życia, przyjdzie żal za tak podjęte decyzje. Żyły w świecie pełnym magii, ale nawet ona nie była w stanie cofnąć podjętych decyzji i przywrócić straconych dni.
Była uparta i nie wyobrażała sobie teraz, że się poddaje. To było całe życie jej rodziców. Jak miałoby wyglądać Yorkshire, gdyby nie było tam farmy Lupinów? Jak ona miałaby się budzić każdego dnia z myślą, że pod jej dowództwem wszystko trafił szlag. Patrzenie na siebie w lustrze byłoby wtedy prawdziwym wyzwaniem. – Nie zawaham się poprosić o pomoc w kryzysowej sytuacji – zaczęła uśmiechając się do kobiety z wdzięcznością.- Wciąż się uczę. Nigdy nie podejrzewałam, że ta wiedza będzie mi niezbędna. Wcześniej była to kwestia czystej ciekawości, a teraz łapię się na tym, że analizuje każdą sytuację na farmie jakby zależało od tego czyjeś życie. W sumie… zależy. – dodała z wzruszeniem ramion. Kobieta miała o wiele większą wiedzę od Luny, a ta choć miała upór osła to nigdy nie bała się prosić o pomoc. Potrafiła przyznać się do błędu lub niewiedzy, a to w ostatnim czasie dość rzadka cecha u ludzi.
- Sama czasem chętnie przeniosłabym się znowu do Paryża. Właśnie przez wzgląd na ich sposób życia. Wojna to jedno, ale my zawsze byliśmy narodem, który potrzebuje, żeby ktoś ten kij w końcu wyciągnął – może była to kwestia panującej w ich kraju hierarchii. Może myślała o szlachcie, a może po prostu o panującym w Anglii sposobie życia przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Ona potrafiła odnaleźć w tym jakąś radość życia. Nie wszyscy mieli jednak to szczęście. Dla większości wychowanie w takiej rodzinie oznaczało wyrok. Całe życie zapisane w zasadach i obowiązkach. Ciężar, którego nie dało się zdjąć już z ramion.
Luna skinęła głową, gdy towarzyszka poinformowała ją, że to jeszcze nie koniec ich podróży po Ministerstwie. Wcale nie narzekała. Gdyby nie spotkanie z czarownicą prawdopodobnie nadal byłaby odsyłana od okienka do okienka. Teraz przynajmniej ruszyła z czymkolwiek. Wiedziała, że Crabbe nie była w stanie zmienić tej biurokracji. Tego typu rzeczy musiały być załatwiane, nawet jeśli łączyło się to z koniecznością spędzenia całego czasu w tym szarym i pozbawionym energii miejscu. Miejscu, które nawet ją trochę przerażało. Czuła się tutaj jak intruz. Nieproszony gość. – Nie będę wspominać tego dnia jako całkowitej katastrofy – zażartowała. Koniec końców mogłaby skończyć w Tower za swój niewyparzony język i tyle by było.
Kobiety ruszyły do wyjścia i Lupin naprawdę poczuła się głupio. Nie chciała już dziękować czy przepraszać. Miała jednak nadzieje, że kiedyś będzie w stanie odwdzięczyć się kobiecie za to co dla niej zrobiła. – Forsy, mówiłam całkowicie poważnie. Jeśli będziesz czegoś potrzebować to nie wahaj się do mnie napisać. – zaczęła, gdy się już żegnały. – Mam szczerą nadzieje, że skorzystasz z zaproszenia i pojawisz się w Yorkshire. Zbudujemy tam mały Paryż – zaśmiała się jeszcze, a później schowała dokumenty do zawieszonej na ramieniu torebce. – Naprawdę dobrze było cię zobaczyć. – dodała chwile przed tym jak zniknęła za drzwiami Ministerstwa.  

z.t


no one can say what we get to be so why don't we rewrite the stars?
Luna Lupin
Luna Lupin
Zawód : właścicielka farmy, dawna solistka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We li­ve, as we dream – alo­ne
OPCM : 11
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8986-luna-lupin?nid=2#270434 https://www.morsmordre.net/t8996-azra#270488 https://www.morsmordre.net/t8995-to-the-moon-and-back#270465 https://www.morsmordre.net/f75-north-yorkshire-farma-lupinow https://www.morsmordre.net/t8998-skrytka-bankowa-nr-2117#270564 https://www.morsmordre.net/t8999-luna-lupin#270567

Powrót do góry Go down

W słowach panny Lupin, Forsythia znalazła prawdę, której do tej pory jakoś dokładniej nie zauważała. Może inaczej – raczej nie zdawała sobie wagi tej prawdy. Również odpowiadała za życia i to nie tylko te zwierzęce, ale i ludzkie, nawet jeśli podpisywała zaledwie dokumenty. Gdy pracowała w terenie, ta świadomość była znacznie łatwiejsza do przyswojenia, czuła ciężar na swoich barkach, ba! Ryzykując tym ciężarem, nabawiła się blizny, które nawet po prawie roku rekonwalescencji, wciąż zdobiła jej ciało i przypominała o popełnionych błędach. Przygryzła lekko dolną wargę, chcąc znaleźć jakiekolwiek słowa pocieszenia, lecz pustka w głowie emanowała zaledwie dźwiękiem świerszczy na ciemnej łące. Dopiero po chwili drobne świetliki, uraczyły ją ideą słów. – Luna, jesteś niebywale odważna, przejmując taki obowiązek. Nie zapominaj o tym – uśmiechnęła się pokrzepiająco, darowała sobie jednak dodawanie o sytuacji, w jakiej znajdowała się Anglia i wspominanie o tym, komu i do czego mogłoby przysłużyć się takie miejsce. I nie, nie chodziło jej o miejsce dla czarodziejów, a raczej dla tych, których wygnano z Londynu przez to, że byli inni. Bezpieczniej było nie wygłaszać takich pomysłów, szczególnie w miejscu takim jak Ministerstwo. – Wszyscy uczymy się całe życie – dodała jeszcze później, gdy zastanowiła się powtórnie nad wypowiedzią panny Lupin. Pogłębianie wiedzy stanowiło jedną z nadrzędnych potrzeb panny Crabbe i to właśnie dzięki niej mogła teraz być w takim miejscu.  
Parsknęła lekko śmiechem na wspomnienie o kiju – o tak, z tym mogła zgodzić się w całej okazałości tego mięsistego określenia. – Zdecydowanie – przytaknęła wesoło, puszczając wodzę wyobraźni w kierunku Londynu, tak frywolnego jak Paryż. Czyż nie byłoby wówczas milej? Jednak na próżno było w tej chwili liczyć na takie ekscesy, szczególnie z trupami na ulicach, zamieszkami i innymi wydarzeniami, raz po raz kalającymi miasto. Nawet propaganda gazet nie była w stanie przysłonić tego co tak naprawdę wyniszczało miasto i panna Crabbe, z dnia na dzień, była coraz to bardziej tego świadoma. Kłamstwa ojca dawno przestały wpływać na nią w tak silny sposób, a klatka – tudzież szklana kula – w jakiej ją hodował, rozpadała się w zastraszającym tempie, wyniszczana każdym kolejnym, odkrytym kłamstwem rodziciela.
Ministerstwo przytłaczało wielu, jednak gdy było się, wręcz wychowywanym na jego łonie, nie stanowiło, aż tak okropnego miejsca – było to zaledwie kwestią przyzwyczajenia. Forsythia wiązała z tym miejscem zbyt wiele znajomości, a korzenie jej rodziny sięgały założenia samego urzędu, toteż mogła powiedzieć, że był to jej drugi dom. Ogromny i zaskakujący, z miejscami, do jakich dostępu czasem nie miała i zagadkami, których przez wzgląd na swoją pozycję rozwiązywać nie mogła. Na szczęście przypadek Luny, była w stanie rozwiązać bez większych problemów i tak po kilkunastu minutach, mogły zamknąć sprawę, tym samym oszczędzając pannie Lupin dalszej wojny z nieuprzejmymi paniami z okienek.
- Napiszę – stwierdziła, może nawet odrobinę tajemniczo, wtrącając słowo między wypowiedzi dawnej znajomej. – Paryż mówisz – zastanowiła się przez chwilę. – Będę musiała przywieźć bagietki i wino, ale da się zrobić – zaśmiała się, prowadząc Lunę przez kolejne korytarze, aż do wyjścia. – Ciebie też, uważaj na siebie – pożegnała się i stała tak jeszcze chwilę, zerkając na przemykające wokół sylwetki. Czas było wrócić do dalszej, mozolnej pracy.

| zt


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Powrót do góry Go down

| 16 lutego '58

Gdyby tylko przykra okoliczność genetycznej choroby zdecydowała się nawiedzić Buchanana miesiąc wcześniej lub miesiąc później, być może do pełnienia zastępstwa w jego obowiązkach wyznaczono by kogoś innego. Styczeń dla Amelii był przesadnie wręcz intensywny ze względu na początek roku, nowe przepisy i odświeżane regulacje, nad którymi wypadało się jak najprędzej pochylić, marzec z kolei zapowiadał się na nie mniej natężony: podczas jego trwania należało przygotować się do nadchodzącej wielkimi krokami wiosny, do przebudzenia niektórych magicznych gatunków, wyznaczenia odpowiednich nazwisk do kontroli ich stanu, zbadania pozimowej liczebności i upewnienia się co do nienaruszalności zabezpieczanych terytoriów ich siedlisk. Luty jednak... Cóż, w lutym na ramiona zapracowanej magizoolog spychać można było wszystko, w tym również grupę młodych stażystów. Była ich czwórka. Czwórka ledwo kończących szkołę, zagubionych koźląt rzuconych na głęboką wodę, przystosowanych do zupełnie innego trybu życia, innej zadaniowości. W Ministerstwie - zaległego wypracowania nie można było oddać profesorowi po terminie. Ocena przełożonego była surowsza niż niewiele wnosząca do życia nota uzyskana z jakiegokolwiek przedmiotu, tu czekała dorosłość, odpowiedzialność za swoje czyny lub ich brak. Ta sama odpowiedzialność nakazała więc Amelii zagryźć zęby i skinąć głową, kiedy zlecono jej nadzór nad przebiegiem praktyk nieporadnych zawodowo lebieg. Z początku zdanie o nich miała lepsze, spodziewała się przyziemnego popełniania błędów i nieprecyzyjnej ekspertyzy, lecz to, co zastała na miejscu... Dobry Merlinie. Kto wypuścił ich z murów Hogwartu? Kto sygnował dyplomy ukończenia magicznej placówki z jakimkolwiek stopniem uzyskanej edukacji?
Eberhart nie wymagała wiele. Krok po kroku wdrażała trójkę młodzieńców i jedną dziewczynę w tajniki uzupełniania profesjonalnej dokumentacji, uczyła w jaki sposób interpretować raporty działających w terenie magizoologów i łuskać z nich najważniejsze szczegóły w celu dalszego umieszczenia w mniej opisowych archiwaliach. Pokazywała zawiłości katalogowania różnego rodzaju dokumentów, bo każdy miał własne przeznaczenie, własny dział, własne oznakowanie czy nawet własną wysuwaną w nieskończoność szufladę na stabilnych szynach. Proste zagadnienia na dobry początek, nic wielkiego, zrozumiałby to nawet dwurożec, z odpowiednią praktyką zdolny zaniechać dwukrotnego popełniania tych samych błędów. Ale oni? Skrupulatność uczniów w niestosowaniu się do reguł zatrważała na tyle, że w pewnym momencie Amelia zaczęła podejrzewać istnienie konspiracyjnego żartu, którego miała paść ofiarą ze strony innych współpracowników; przecież ile razy mogła tłumaczyć jedno i to samo zagadnienie, korygować lapsusy? Skoro przebrnęli przez siedem lat nauki rozstrzelonej w mnogości przeróżnych dziedzin, najwyraźniej Hogwart kończąc z poprawnymi wynikami, skoro przyjęto ich w końcu w Ministerstwie - czy było to fizycznie możliwe, żeby każde z jej wciąż spokojnych tłumaczeń odbijało się od zawieszonej w umysłowej pustce ściany?
Zegar akurat wybijał godzinę czternastą, gdy przeglądała sporządzone przez podopiecznych podsumowania ułożone rano na jej biurku. Do tej pory nie miała czasu przyjrzeć im się uważniej, jednak harmider panujący w głównym pomieszczeniu jej wydziału zdążył akurat zmaleć na tyle, by odnalazła w sobie zasoby mentalnej siły, gospodarując wolny moment. Teoretycznie należała jej się przerwa. Mogłaby na chwilę podnieść się z krzesła i odejść od biurka, rozprostować nogi, przetrzeć coraz bardziej zmęczone oczy - a mimo to sięgnęła do pliku dokumentów wypełnionych szczęśliwie czytelnym pismem, w których zagłębiła się z wątłym blaskiem nadziei. Może choć tym razem będzie jej dane pochwalić stażystów, zamiast strofować ich kolejną tyradą na temat braku precyzji, doboru słów czy kolejnych błędów popełnianych w typowo technicznych rubrykach. By zminimalizować straty, udostępniła im nawet opasły zbiór skrótów, numerów i oznaczeń, mogli korzystać z jego dobrodziejstwa w dowolnym momencie, ale i to rozwiązanie, pozornie idealne, zawiodło. Kolejna pomyłka. Przypisanie skrótowego meldunku do nieodpowiedniej kategorii. Pogmatwanie symboliki Biura Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników z Komisją Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń. Amelia zdławiła w sobie chęć żałosnego ryknięcia z wypełniającej ją złości; na chwilę przymknęła powieki i rozmasowała skroń, czując jak pod skórą rozkwitał już pulsujący, otępiający ból. Ile jeszcze? Ile jeszcze razy będzie zmuszona przemierzać ten sam krąg piekieł, lawirująca pomiędzy grzesznikami dopuszczającymi się zawodowej ignorancji?
Wiedziała, że w tym czasie praktykanci będą kierować całość swej atencji w stronę ministerialnej stołówki; zapewne już podnosili się z miejsc przy wygospodarowanych biurkach i zacierali dłonie na myśl o czymś ciepłym do zjedzenia, o dobroci, na jaką mogli liczyć w gmachu budynku pod wodzą lorda Malfoya - i Amelii przez myśl przeszła wątpliwość, czy nie zjawili się tutaj właśnie z powodów żywieniowych. Taka ewentualność byłaby dla niej o wiele bardziej prawdopodobna; jej własny żołądek odezwał się cicho, jakby nieśmiało, zanim i ona wstała z krzesła, wyraźnie podirytowanym krokiem zmierzając ku oazie młodocianych magizoologicznych kryminalistów. Istotnie - w szampańskich humorach prawie wpadli na nią w drzwiach, cofając się tak szybko, jak tylko blondwłosa czarownica zagrodziła im drogę. Zwiastowała kłopoty. Zawsze to robiła, w ich towarzystwie rzekomo pochmurna jak gradowy obłok, niedoceniana przez niewdzięczne pokolenie.
- Likwidacja korniczaków w Newark-on-Trent. Kto to wypełniał? - chłód zalewał melodię głosu, a podniesiony ku górze pergamin zaszeleścił dramatycznie, grobowo.
- Ja - odparł jeden spośród trójki dziewiętnastolatków, niewysoki szatyn o zielonych oczach i kilkunastu piegach rozsianych po policzkach. Coś w ułożeniu jego brwi sugerowało wieczną arogancję, coś drażniło zadowolonym wyrazem twarzy, nawet wtedy, gdy sytuacja domagała się odeń absolutnej powagi i dostrzeżenia własnych uchybień.
- Reszta może iść na obiad - zarządziła Amelia, po czym przepuściła pozostałych stażystów, którzy czmychnęli stamtąd szybciutko, bez pochylania się nad losem kolegi. Ron Hawthorne, domyśliła się, że to właśnie on. Przodował reszcie w byciu nienaprawialnym imbecylem, chociaż szczerze wierzyła, że pielęgnował w sobie przekonanie o swojej nieomylności. Pozjadał wszystkie rozumy jeszcze przed dwudziestym rokiem życia, alfa i omega. - Co kazało ci sądzić, Hawthorne, że korniczaki to niebezpieczne stworzenia, którymi powinna zająć się komisja? - podjęła ozięble, ale spokojnie, jednocześnie wręczając młodzianowi dokument, który nieprawidłowo wypełnił. Los chciał, że pytanie pokierowało jego wzrok do odpowiedniej rubryki, pozwoliło zrozumieć, gdzie dopuścił się pomyłki. Bez tego mogliby tkwić tu do wieczora, bezowocnie.
- Drobna pomyłka... Wszystkie te pozbawione sensu numery i tak wyglądają tak samo. Poprawię to po obiedzie - zadecydował Ron, cofnąwszy się do swojego miejsca przy podłużnym stoliku, gdzie odłożył pergamin.
- Nie po obiedzie, tylko teraz - i nie poprawisz, a napiszesz od początku. Może dzięki temu więcej zostanie ci w głowie. Chaos w dokumentach to pierwszy stopień do zdezorganizowanego całego wydziału - skontrowała Eberhart. Oczy stażysty z każdym jej słowem mrużyły się coraz bardziej, brwi ściągały w wyrazie obruszenia; urodzony w świecie, w którym jedyną dyktującą warunki kobietą mogła być nauczycielka bądź matka, ewidentnie nie przywykł do nikogo innego wydającego mu polecenia. Od początku miał z tym problem.
- To jest niepoważne - odparował chłopiec, nie mogła myśleć o nim jako o mężczyźnie. - Kilka cyferek tu czy tam. To w ogóle nie jest zadanie dla nas. Jeśli już, to my powinniśmy iść zrobić porządek z korniczakami, a nie siedzieć i archiwizować czyjąś robotę za niego! Pani się do tego nadaje, ale ja nie. Nie jestem tchórzliwą kobietą, nie będę chował się za biu...
- Za piętnaście sekund nie będziesz nawet stażystą, Hawthorne - przerwała mu sykliwie, ostrzegawczo. Przekraczał granicę, jakich w najśmielszych snach przekraczać nie powinien, kolejny syn patriarchatu wychowany w przeświadczeniu o swojej bohaterskiej wyższości, o tym, że płci przeciwnej nie należał się żaden szacunek. Młodość miała tendencję do burzenia autorytetów, ale gdyby przed sobą miał mężczyznę w jej wieku, nie wątpiła, że nigdy nie odezwałby się w taki sposób. - Oszczędź mi swojego tupania nogą i weź się wreszcie do pracy. To, że waszego opiekuna obecnie tu nie ma, nie znaczy, że ja - tchórzliwa kobieta - nie mogę cię stąd wyrzucić za kolejny już przejaw niekompetencji. Od początku roku nie wypełniłeś poprawnie ani jednego raportu. Jak sądzisz, dyrektor wydziału zechce dalej trzymać tu kogoś, komu na stażu nie zależy, kiedy przedstawię mu swoje wnioski? Tego ode mnie oczekuje. Pisemnego podsumowania twoich praktyk - artykułowane w beznamiętnej manierze słowa studziły bojowniczość Rona; jego policzki czerwieniały coraz mocniej, oczy rozszerzyły się z kolei kiedy zrozumiał wreszcie, że staż chyba naprawdę mógłby utracić. Gdzieś indziej musiałby zaczynać od nowa - a gdzie było lepiej niż tutaj, w Ministerstwie? Przeświadczenie, że zwolnić go mógł jedynie Buchanan, nikt inny, rozleniwiło. Zachęciło do inercji, do obojętności i rozluźnienia. - Więc jeśli zamierzasz zagrzać tu miejsce na dłużej, napiszesz raport od nowa. Jeśli nie, śmiało, idź na obiad; na pewno będzie tego wart - Amelia obróciła się wówczas na pięcie, ale zdążyła postawić do przodu jedynie krok, nim dopadł ją dźwięk łagodniejszego głosu młodzieńca.
- Dobrze! Dobrze, ja... Przepraszam. Już się za to biorę - wymamrotał, przeprosiny ledwo przecisnąwszy przez gardło. Nie odwróciła się już z powrotem w jego kierunku, skinęła jedynie głową i ruszyła dalej, z powrotem do swojego biurka; nie zaprzyjaźnią się, to pewne. Ale może chociaż Hawthorne zapamięta dzisiaj w jaki sposób oznaczać Biuro Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników.

zt
Amelia Eberhart
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288

Powrót do góry Go down

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Poczekalnia

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach