Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Ruiny
AutorWiadomość
Ruiny [odnośnik]20.12.17 21:10
First topic message reminder :

Ruiny

Azkaban za sprawą nagromadzonej białej magii obrócił się w ruinę. Wielki wybuch odsłonił najniższe warstwy przerażającego więzienia, otwierając dostęp do niekiedy przedziwnych prastarych ruin. Wiadomym jest, że Azkaban wzniósł jeden z wielkich rodów, nie jest jednak jasne, na czym właściwie, ani też w jaki sposób. Kamienie układają się w niezwykłe wzory i są pokryte mało zrozumiałymi, symbolicznymi żłobieniami sprawiającymi wrażenie pierwotnych. Niektórzy spekulują, że są tworami dementorów, którzy z wyspy uczynili wcześniej swoje królestwo. Od wilgotnej ziemi wznosi się para, wypuszczona w powietrze ciepłem nagromadzonej silnej białej magii.


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 31.03.18 23:23, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ruiny - Page 41 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ruiny [odnośnik]07.11.20 14:46
Nie, nie żartował. Jeżeli nie słowa, to może chociaż wymowna cisza sprawi, że zacznie przesiąkać rzeczywistością. Pozostawało mu już tylko zbroić się w niezwykłą cierpliwość i wytrwałość w dążeniu do tego, by zrozumiała swoją sytuację, swoje zachowanie i zdała sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy to wszystko co robiła nie miało już znaczenia. Ten cały jej sposób bycia. Ta zawiść. Walka się skończyła. Czy chciała to przyznać, czy też nie - toczyła się na jej warunkach. Nawet jeżeli nie skończyła się zgodnie z jej założeniem - to dostała to czego chciała. Nie było sensu tego kontynuować. Nie, kiedy emocje przyćmiły jej jakikolwiek osąd. Przedstawił jej warunki jakie musiały zajść by cofnął urok, a właściwie - uroki. Więc po prostu czekał opierając się zarzutom, wyzwiskom, szantażom, łzom. Nie do końca wiedział jak powinien traktować spostrzegawczość którą zabłysnęła. Nie odniósł się więc w ogóle. Zamiast tego postanowił odnieść się do samego sparingu. Nawet jeżeli od samego początku nie chciała z niego nic wynieść - chciał pokazać jej, że mogła.
- Miałaś bardzo dobry początek walki, Wright. Nie wiem czy to przypadek, czy może zdawałaś sobie sprawę z tego, że nie jestem tak biegły w białej magii, jak w urokach, lecz orcumiano to dobry wybór. Proste, lecz wymagające bardziej angażującej obrony zaklęcie. Nie do końca jednak trafione, jeżeli walczysz jeden na jednego i twoim celem jest wyeliminowanie wroga - tracisz na niego wizje, nie możesz go zaatakować ponownie. Dobrze by się spisało w sytuacji w której chciałabyś zmniejszyć liczebność wroga, zrobić coś poza jego linią wzroku, dorzucić mu jakąś wybuchową niespodziankę. Jak dla mnie dobrze je wykorzystałaś by uzbroić się przez ten czas w scutio - mógł to pochwalić - Nie do końca jednak rozumiem dlaczego kiedy wyszło ci zaklęcie transmutacyjne oraz zaklęcie tarczy ostrzy nie wbiegłaś we mnie. Przewaga którą byś wówczas zyskała byłaby rażąca - zauważył starając się wycenić sytuację jak najobiektywniej, spojrzeć na nią z punktu widzenia bezstronnego obserwatora - Nawet jeżeli się skryłem to mogłaś rzucić homenum revelio. Jest niewiele trudniejsze od orcumiano, a zdecydowanie bar... - przerwał na moment widząc, że czarownica we frustracji opuściła rąbek sukienki, prezentując długie nogi. Zaniemówił i rozchylił nieznacznie usta w osłupieniu (i podziwie..?). Akurat tego się nie spodziewał. Zamrugał szybciej przelewając swoje spojrzenie na sięgający niemal ziemi klosz materiału spódnicy z pod której wystawały jedynie ręce. Przeszukiwały ściółkę trawy w dzikiej furii. Nie zdziwiłby się, gdyby szukała czegoś czym mogłaby w niego rzucić. Tak właściwie momentalnie cały ten obrazek przestał go dziwić. Zebrał skupienie i kontynuował jak gdyby nigdy nic, ignorując jej działania- ...zdecydowanie bardziej efektywniejsze niż niedbałe przeszukiwanie wysokiej trawy - dokończył myśl, a zmarszczki na jego czole się wygładziły - Twój atak w zwarciu był zaskakujący, lecz powinnaś brać pod uwagę ograniczenia swojego ciała. To nie było coś co mogło zmusić do obrony - nie do końca wierzył, że hamowała się z tym kopnięciem więc założył, że po prostu nie miała odpowiedniej ilości siły. Słuchała go w ogóle...? - Mogłaś to wygrać Hannah - Nigdy tego nie negował. Nigdy też nie nazwał się niepokonanym. Blizny na jego ciele zresztą świadczyły o czymś zgoła innym - Tylko, że wcale nie chciałaś. Wolałaś się ze mną bawić, upokorzyć - tak to widział - Nie możesz tak walczyć, jeżeli chcesz wygrywać - to było niechlujne, nieodpowiednie. Przyćmiewało zdrowy osąd sytuacji, pozwalało błędom plątać się pod nogami częściej niż to było konieczne. W zasadzie tyle chciał jej przekazać na koniec. Czy coś z tego wyniesie, czy wszystko co powiedział wykreśli z pamięci - zależało od niej. Tak samo jak to w jaki sposób chciała go postrzegać. Jeżeli potrzebowała by był w jej myślach czarnym charakterem - trudno. Nie obchodziło go to. Nie obchodziło go czyjekolwiek zdanie na jego temat tak długo, jak były to tylko cudze słowa i myśli, nie mogące mu zakazać robienia tego co należało. Wszystkiemu innemu był zdeterminowany wyjść na przeciw. Tak uważał i tego zamierzał się trzymać, jak tonący brzytwy.
Dlatego kiedy zdawał sobie sprawę z tego, że jedno z zaklęć trzymające Wright w ryzach przestanie działać - czekał na to co po tym zrobi, co powie, kiedy on będzie po prostu stał z różdżką zwisającą wzdłuż ciała, bez woli dalszej walki, bez chęci na to by unieść ją w zamiarze ataku czy też obrony. Zupełnie jakby był gotowy przyjąć każdy wymierzony w szale atak albo bardziej - jakby dawał jej do zrozumienia, że jej na to pozwala. Czy to ją zniechęci? Czy wręcz przeciwnie? Pozwalał jej na zaatakowanie kogoś, kto nie chce walczyć, kto nie czuje wobec niej żadnej niechęci. Co zrobi zdziczałe zwierzę szczekające o zawiści, kiedy ktoś dobrowolnie podsunie pod pysk ramie? Poczuje się skołowane? Zatopi w satysfakcji w skórze kły? Co zrobi, gdy zda sobie sprawę, że nic się po tym nie  zmieniło...?
Czego chcesz Hannah


Find your wings


Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933
Re: Ruiny [odnośnik]27.11.20 22:13
Znalazłszy jakiś odłamek, kamyk, kamyczek, chwyciła go w obie dłonie i rzuciła w jego kierunku, wkładając w to tyle sił, ile tylko miała. Poleciał gdzieś, jakoś, po ostrym łuku najpierw w górę, a później w dół, nie czyniąc mu przy tym żadnej krzywdy. Zawsze miała problem z celnością, ale rzucane w takiej pozycji i do tego oburącz (spętanymi wciąż kajdanami) graniczyło w ogóle z nieprawdopodobnym fartem. Była sfrustrowana, zła, rozwścieczona — ale z tego wszystkiego najbardziej zachciało jej się płakać. Nie mogła jednak na to sobie pozwolić, nie przy nim — nie kiedy stał przed nią i się tak nad nią pastwił; z tą swoją spokojną twarzą, jakby w ogóle nic go nie obchodziło. Ale może w tym właśnie tkwił cały problem. Nic go kompletnie nie obchodziło.
Kiedy więc zaklęcie przestało działać, a ona upadła z łoskotem na ziemię, jej ręce w końcu były wolne, zabrakło jej powietrza. Krótko walczyła z oddechem, myślami znacznie szybciej powracając na ziemię, uświadamiając sobie co się właściwie wydarzyło. Naciągnęła spódnicę na nogi, wstydliwie i pospiesznie, zaciskając zęby ze złością, tępo patrząc przed siebie. Ale jego słowa, gdy kończył powoli mówić, rzeczowe i sensowne, docierały do niej, gdzieś pomiędzy jednym poirytowanym pomrukiem, a drugim. Oddychała ciężko, mając ochotę zmałpować ton jego głosu, ale była — wbrew pozorom — zbyt skoncentrowana na analizie jaką przeprowadził i jej przedstawił. Tak, miał rację. We wszystkim, co mówił i to sprawiło, że poczuła się fatalnie.
— Nie wiedziałam — odparła w końcu, po czasie, na jedną z pierwszych jego wątpliwości, które odnotowała w głowie; wciąż siedząc na chłodnej ziemi, strzepując ze spódnicy okruchy ziemi i pyłu. Nie wiedziała, że jest gorszy w magii defensywnej. Był aurorem, nawet jeśli przy okazji socjopatą to wciąż doświadczonym aurorem. Była przekonana, że z różdżką w nosie poradziłby sobie z tarczą. Nie podniosła na niego wzroku; znacznie bardziej od niej samej ucierpiała jej duma. I poczuła ukłucie w żołądku. Jak wąż, podpełzł do niej i prześlizgnął się niepostrzeżenie. Miała wrażenie, że odkrył ją, przejrzał. Obróciła ku niemu głową i przygryzła mocno wargę, aż poczuła w ustach metaliczny posmak krwi. Podniosła się z ziemi, wygładzając materiał i rozejrzała się za różdżką.
Miał rację nawet z dołem, w który wpadł. Sprawił, że przestała go widzieć. Mogła go utopić, sprowadzić na niego coś, co by go pokonało, ale ostatecznie, pomimo krótkich morderczych zapędów wcale nie chciała go przecież tak mocno zranić. Chciała się na nim najzwyczajniej w świecie wyżyć — ta myśl, tak podła, frustrująca i okrutna wywołała w niej wyrzuty sumienia.
— Nie zamierzałam ci zrobić aż takiej krzywdy.— Tarcza z ostrzy, którą udało jej się wyczarować mogła mieć dla niego fatalne skutki, szczególnie wtedy, gdy był gęsią, po prostu ptakiem, którego mogło rozszarpać na strzępy. Być może w przypływie rozsądku wystraszyła się — tego, że go zrani. — Gdybyś był Rosierem wbiegłabym w ciebie bez wahania. — Tego była pewna. Podniosła na niego w końcu wzrok, złapała jego spojrzenie. Pełne czego właściwie? Konsternacji? Chciał ją rozczytać? Nie było nad czym szczególnie się głowić, miał słuszność we wszystkim, co mówił.
Mogła to wygrać. Wiedziała o tym. Ale zamiast tego wolała się z nim bawić. Wolała go upokorzyć. Pokonać w sposób głupi, a nie odpowiedni. Emocje w którymś momencie wzięły w górę, nie wiedziała kiedy właściwie straciła nad sobą kontrolę. Czy stało się to gdzieś w trakcie, kiedy magia przepływała przez jej różdżkę, czy przyszła już z utajonym zamiarem. Chciała przecież się czegoś nauczyć, chciała stać się lepsza. Wiedziała, że przyjdzie dzień, w którym jej umiejętności mogą się komuś przydać, a jej różdżką będzie potrzebna na polu walki. Pozwoliła sobie na błąd, na to, by niechęć, pragnienie wzięcia odwetu za kuzynkę, by osobiste animozje przysłoniły jej cel. I było jej wstyd.
Co nie znaczyło, że nagle zapałała do niego sympatią.
— W takim razie jak według ciebie powinnam walczyć? — Ruszyła w jego kierunku, zbierając po drodze różdżkę, którą dostrzegła pomiędzy kamieniami. Stanęła na wprost niego, zaledwie o półtora kroku i zadarła brodę nieco wyżej, by móc patrzeć mu w oczy. — Bez emocji? Ty tak robisz? Wyłączasz się na wszystko i koncentrujesz się na celu?— Uniosła brew, lewą dłoń, tę w której nie trzymała różdżki zacisnęła w pięść. Może to było rozwiązanie. Czy taka taktyka poprawiała skuteczność? Bo nie było nic, co pozwalałoby jej się zdekoncentrować? To było arcytrudne, a dla niej może nawet niemożliwe. Powinna sobie odpuścić na starcie?— Muszę się jeszcze dużo nauczyć, ale dojdę do tego w końcu. – Była tego pewna. — Powtórzmy to — zadecydowała pewnie. — Za jakiś czas. Chciałabym, żebyś mnie czegoś nauczył. Tobie zależy na tym, by łamagi w Zakonie przestały być łamagami, więc wyszkolisz mnie tak, jak z tobą zrobili to podczas kursu. Żebym była przydatna. — I żeby każdy, komu będzie towarzyszyła czuł się w jej towarzystwie pewnie, a nie miał ją za tykającą bombę. — Za dzisiejszą lekcję dziękuję — odparła sucho, przekładając różdżkę z prawej, do lewej dłoni, a później szybko wymierzyła mu policzek z otwartej dłoni. — A to za to ostatnie. — Już on dobrze wiedział za co.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Ruiny - Page 41 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Ruiny [odnośnik]23.01.21 4:08
Był cierpliwy. Nawet najbardziej wzburzona butelka piwa po otwarciu ostatecznie przestawała się pienić. Pozwolił się więc jej szamotać tak długo, aż się zmęczy lub zrozumie, że to nie miało większego znaczenia. Nie czerpał z tego rodzaju zwycięstwa satysfakcji. W gruncie rzeczy robił to z konieczności, dla jej dobra chcąc dać jej to, czego chciała, a przynajmniej to co deklarowała, że chciała - wiedzy.  
- To teraz już wiesz... Tak właściwie odnoszę wrażenie, ze już teraz jesteś lepsza w tej dziedzinie magii ode mnie. Zachowaj to jednak dla siebie - nakazał znacząco. Wbrew pozorom nie martwił się potencjalnymi złośliwościami skierowanymi w stronę jego osoby. Jeszcze przed, a potem w trakcie kursu zdążył się przyzwyczaić. Nigdy nie był tak uzdolniony jak Samuel lub biegły jak Cedric lub Michael. Jeżeli chodziło o białą magię to zawsze był w ogonie, zawsze ledwie wystarczało mu umiejętności by zadowolić szkoleniowców. Pewność siebie jaką emanował oraz niecodzienne zdolności maskowały braki, słabości - tak miało też pozostać. Nikt nieodpowiedni nie mógł się dowiedzieć. Miał nadzieję, że rozumiała o co ją prosi.
- Nie bałem się, że pokiereszujesz mi moją - ładną buźkę - twarz. Na to przystałem i podobną ewentualność miałem na uwadze - nie miałby jej za złe tego, że prezentowałby się nieco niemrawo na weselu Macmilana - Najwyżej przez mój brak umiejętności dołożyłbym któremuś uzdrowicielowi pracy - trzeba to było nazwać po imieniu. Tylko on mógł siebie winić za to, że nie był w stanie się obronić przed zaklęciem transmutacyjnym. tak właściwie to raz już skończył jako posiatkowana zaklęciem gęś. Co prawda najpierw odczuł na sobie przerażająco bolesne skutki sectumsempry... Uciął to wspomnienie nie zamierzając przywoływać sylwetki czarodzieja, który wówczas wykonał wyrok. Splótł ręce na piersi łapiąc spojrzenie Hannah w którym było już więcej z przejrzystej motywacji niż mętnego buntu. Merlinie. Ona słuchała. Korzystając ze wszystkich swoich umiejętności nie pozwolił temu niecodziennemu zaskoczeniu wypłynąć na twarz nie chcąc zburzyć jej uwagi, wypracowanego postępu.
- Nie na wszystko, lecz tak - staram się skupić na przeciwniku, a właściwie na tym co mam z nim zrobić - rozbroić, unieszkodliwić, pojmać, zabić...? - i co, zrobię dalej, gdy mi się to uda lub nie. Wyznaczanie kolejnych mniejszych lub większych celów i ścisłe ich trzymanie się pomaga mi w kontrolowaniu emocji. To trochę tak, jakbyś przyrządziła deser i chciałabyś go zjeść, lecz zdajesz sobie sprawę z tego, że jest dla gościa, który lada chwila przyjdzie więc dusisz łakomstwo i trzymasz ręce przy sobie - zobrazował czarownicy - Wszystko przychodzi z czasem i praktyką. Możesz spróbować działać właśnie w ten sposób. Jeżeli podczas walk w klubie pojedynków jesteś spokojniejsza to możesz też próbować przyrównywać samą walkę do pojedynku na arenie. Zasady są te same: jeden przeciwnik na przeciw ciebie, jeden możliwy sposób wyłonienia zwycięzcy bez względu na to, kto jest przeciwnikiem - podsuwał jej konkretne rozwiązania nie zamierzając mamić pustymi lub ładnie brzmiącymi frazami. Przecież również kiedyś musiał wyuczyć się bezwzględności. Nikt się takim nie rodzi.  
- W porządku - nie miał nic przeciwko by spotkać się z Wright w podobnym celu - Jak będziesz gotowa to uprzedź mnie tylko z większym wyprzedzeniem. Przynajmniej 2-3 dniowym - zasugerował jeszcze woląc uniknąć w niedalekiej przyszłości podobnej mobilizacji. Słuchając jej bezpośredniej prośby spojrzał na nią uważniej czując... przyjemną satysfakcję z tego, że nakazywała prosiła o to właśnie jego. Uśmiechnął się lekko pod nosem. Chwilę później przyjemna słodycz roztrzaskała się na jego policzku. Cóż, spodziewał się, że tak to się będzie musiało potoczyć. Okoliczności realizacji tej przepowiedni ostatecznie go rozbawiły. Czy ostatni...? Odsłonił zęby w zagadkowym uśmiechu - Zobaczymy, Wright

|zt


Find your wings


Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933
Re: Ruiny [odnośnik]31.01.21 13:30
| 20.10?

Powoli przyzwyczajała się do ćmiącego uczucia głodu i uczyła się nie zwracać na to uwagi. Przynajmniej dopóki głód nie doskwierał mocniej. Oaza miała coraz większe problemy z przeludnieniem oraz zaopatrzeniem, więc siłą rzeczy otrzymywała niewiele jedzenia. Rozumiała to; w obecnych czasach trudno było zdobyć takie ilości pożywienia, by dobrze wykarmić wszystkich mieszkańców, dlatego każdy tutaj chodził głodny i musiał rozsądnie gospodarować ograniczonymi zasobami. Schwytany początkiem sierpnia północny wąż mackowy dawno był już tylko wspomnieniem i październikowe wyżywienie Charlie składało się głównie z suchego chleba na śniadanie i na obiadokolację kaszy niekiedy ożywianej dodatkiem kapusty, których niewielkie porcje gotowała sobie w rondelku, dzieląc jej ilość tak, by wystarczyło do czasu kolejnej dostawy jedzenia. Pilnowała, żeby zawsze coś zostało na czarną godzinę i czasem kładła się spać głodna, sycąc się jedynie rozmyślaniami o jedzeniu. Nawet zdobyta jakimś cudem plumpka wydawała się teraz wielkim rarytasem, i mogła tęsknie wzdychać za czasami, kiedy mieszkała w rodzinnym domu i mama podsuwała jej pod nos syte posiłki. Och, jak wiele by dała, by móc zjeść obiad ugotowany przez mamę! Niestety od maja nie widziała rodziców, którzy zmuszeni byli ujść za granicę i nawet nie mogli jej zdradzić gdzie się ukryli.
Sukienka i płaszczyk wisiały na niej luźno i było to coraz bardziej zauważalne, bo przez niedożywienie chudła coraz bardziej. Chyba powinna poszukać kogoś, kto znał podstawy krawiectwa i mógł ją nauczyć, jak samodzielnie zwężać w talii ubrania, by nie wisiały na niej jak na wieszaku i tym samym nie krzyczały wszem i wobec, że mizerniała. Znalezienie się w obecnym położeniu wciąż było dla niej dziwaczne i trudne. Jeszcze kilka miesięcy temu była zwyczajną młodą czarownicą, alchemiczką posiadającą stabilne zatrudnienie w Mungu i mogącą pozwolić sobie na normalne życie osoby średniozamożnej. Dziś była poszukiwaną listem gończym zbrodniarką ukrywającą się w przepełnionej Oazie, gdzie wszystkiego brakowało, nawet rzeczy, które dawniej wydawały się całkowicie oczywiste.
Tym, co poza brakami jedzenia i innych rzeczy dawało się ostatnio we znaki, był panujący na wyspie klimat. Lato odeszło już dawno, a jesień przyniosła pogorszenie pogody. Lodowaty wiatr przenikał wszystko zaraz po wyjściu z chatki, choć i w samej chacie nie było zbyt ciepło, przynajmniej dopóki nie podniosła temperatury zaklęciem. Kiedy więc szła mocno otulała się wyświechtanym płaszczem, a i tak było jej dość zimno; głód i wychudzenie nie ułatwiały utrzymania dobrej temperatury ciała, i jej dłonie nawet w pomieszczeniach zazwyczaj były lodowate.
Mimo to wyszła na spacer, a nogi niemal bezwiednie zawiodły ją w okolice ruin, z czego zdała sobie sprawę dopiero w momencie, kiedy zobaczyła sterczące z ziemi fragmenty pokryte dziwnymi, niemal pierwotnymi zdobieniami. Poczuła zimny dreszcz w okolicach karku, kiedy przypomniała sobie, co kiedyś znajdowało się na wyspie, nim stała się ona Oazą, ostoją dla społecznych wyrzutków takich jak ona, czy zamieszkujący licznie tę wyspę mugolacy i mugole. Zatrzymała się, mając pewne obawy odnośnie podchodzenia bliżej do niepokojących pozostałości Azkabanu. Stała w pewnej odległości od nich, co chwilę musząc poprawiać kaptur płaszcza zsuwający się z pszenicznych włosów, które wreszcie odrosły na tyle, by można z nich zapleść krótki warkocz. Krople deszczu siąpiły z nieba nie ulewnie, ale mżawka i tak przyklejała się do ubrań, a wiatr dodatkowo niósł ze sobą drobne kropelki morskiej wody i słony zapach. Dorastała nad morzem, więc morski zapach był jej doskonale znajomy, ale Oaza znajdowała się o wiele dalej na północ niż Kornwalia, więc klimat był tu dużo bardziej surowy i nieprzyjemny, zwłaszcza o tej porze roku. A przecież to jeszcze nawet nie była zima; trudno było sobie wyobrazić co będzie, kiedy nadejdzie najzimniejsza część roku.
Znów spojrzała na ruiny. Może Vera potrafiłaby choć częściowo zrozumieć dziwne symbole, skoro tak znakomicie znała się na runach? Taka myśl pojawiła się w jej głowie, a zaraz po niej znów zdała sobie sprawę, że kilka dni temu minęła rocznica jej śmierci, choć wtedy, rok temu, jeszcze o tym nie wiedziała i żyła nadzieją, że zaginiona siostra odnajdzie się cała i zdrowa.
Pogrążona w myślach jeszcze nawet nie zdawała sobie sprawy, że wcale nie była tutaj sama.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 46
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10/51
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Ruiny [odnośnik]02.02.21 22:07
Kiedy przyznał głośno, że była — możliwe, że była, nie był pewien, ale jakoś wyrzuciła to z pamięci — lepsza od niego w magii defensywnej, prąd przemknął jej wzdłuż kręgosłupa i spowił, że instynktownie wyprostowała się bardziej, zadzierając nieco wyżej brodę. Dumnie. Oj tak. Cały czas ogniskując na nim spojrzenie milczała — i ku jego zdziwieniu, naprawdę słuchała. Nie musiał jej tłumaczyć, że pewne fakty powinna zachować dla siebie, pomyślała oburzona. A może musiał — znał ją na tyle, by wiedzieć, że trudno jej było trzymać język za zębami? Plotła czasem zbyt prędko, co jej ślina na język niosła. Zrozumiał to po tych wszystkich awanturach i pretensjach, którymi go obdarowała? Zacisnęła mocniej zęby, a potem dłonie, aż paznokcie wbiły jej się w skórę. Wiatr owiał ją lekko. Ten dochodzący z morza zmroził ją na moment, rozgrzana pojedynkiem, walką, emocjami poczuła dokuczliwy ziąb. Miała ochotę opleść się rękami, ale miała świadomość, jak bardzo i gwałtownie skurczy się przed nim w tym geście, a coś wewnątrz jej aż do bólu zmuszało ją do zachowania postawy, mającej udowodnić mu, że była silna. Silniejsza niż sądził. Niż większość kobiet, które znał.
— Brzmi jakby było za dużo myślenia i za mało działania w tym— podsumowała, wzdychając. Nie była pewna, czy potrafiła myśleć tak szybko w takich chwilach i to takimi kategoriami. Przestawić się, planować walkę, pojedynek na kilka ruchów do przodu. Nigdy nie rozumiała na czym polega fenomen szachu czarodziejów. Kiedy zaś zobrazował jej to przykładem łakomstwa, poczuła jak pieką ją policzki — zupełnie tak, jakby przyłapał ją na gorącym uczynku. Spuściła wzroki  pokiwała głową, nie ciągnąć tematu. — W klubie pojedynków czarna magia była zakazana, podobnie jak niektóre zaklęcia ofensywne. I był cały sztab uzdrowicieli. — Łatwo się mówiło, tam był czas na myślenie, analizowanie ruchów. Nie każdy był tak samo biegły. Dla niej klub pojedynków był miejscem, które dodawało jej odwagi w działaniu. Dodawało jej wiary w siebie, własne umiejętności. I nawet, gdy jej nie wychodziło, nie poddawała się, starając jak najwięcej zapamiętać. Kiedy miała przed sobą Rycerzy Walpurgii to była walka na śmierć i życie.
Jego zgoda — tak uległa, pozbawiona sprzeciwów, niechęci i protestów — po tym wszystkim, co tu dziś zaszło, zaskoczyła ją. Zerknęła na niego niepewnie, przyglądając mu pewną chwilę. Zagadkowy uśmiech i ten błysk w oku — jak ona go niecierpiana, jak on potwornie działał jej na nerwy! — zirytował ją znów. Spiorunowała go spojrzeniem.
— Do zobaczenia, Skamander — pożegnała go chłodno, po czym otrzepała jeszcze spódnicę i ruszyła przed siebie, nie odwracając się już za siebie.

| zt



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna


take me back to the night we met


OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Ruiny - Page 41 Tumblr_oxmjfhKUXW1u5i578o4_r1_400
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Ruiny [odnośnik]14.02.21 21:47
Odkąd wybył z tego miejsca minęło już półtorej miesiąca, ale wracał tu jak bumerang, zamierzając nieść pomoc tym, którzy jej tutaj potrzebowali. Nie potrafił wiele, ale skrupulatnie wykonywał wszystkie przekazywane mu polecenia, niezależnie od tego, czy opierały się na odbiorze umówionego i opłaconego towaru czy jego zdobycia mniej legalnymi środkami. Wracał, co jakiś czas, zawsze umawiając się z Billym na otwarcie portalu - wciąż nie pojmował jego mocy, a dystans dzielący go od tajemnic Zakonu był zbyt duży, by mógł je pojąć. Rozumiał to - nie zadawał pytań, na które i tak nikt nie udzieliłby mu odpowiedzi, starał się robić swoje. Tak jak potrafił i na tyle, na ile potrafił. Tym razem nie było inaczej, w Oazie pojawił się w południe z zapasami, dostarczonej do portu przez jednego ze sprzyjających im handlarzy - nie był pewien, co było w środku, trochę żywności, magicznych komponentów, ubrań, opatrunków, wszystkiego pewnie, co było potrzebne w Oazie. Wydostanie worków z Londynu było pewnym zadaniem logistycznym, wymagającym więcej niż kilku informacji o mieście - musiał nie tylko przemykać nieuczęszczanymi ścieżkami, ale i czmychnąć z towarem, nim ktokolwiek zechce sprawdzić, skąd i po co je właściwie wiózł. Miał przy sobie lewe dokumenty zapewniające, że towar był wieziony do jednego z teatrów w stolicy, miał też dokumenty potwierdzające swoją tożsamość, lecz mimo to starał się nie kusić losu. Dopiero znalazłszy się poza granicami miasta mógł się bezpiecznie teleportować w miejsce nieopodal portalu. Worki zaś powinny zostać dostarczone do odpowiednich domów - pchał przed sobą drewniane taczki wypełnione niezbędnym zaopatrzeniem, kiedy szedł leśną ścieżką prowadzącą z jednego punktu w drugi; pogwizdywał przy tym cichą melodię będącą portową przyśpiewką i wydawał się być całkiem pochłonięty swoimi myślami - do momentu, w którym utracił drogę. Rozwidlenie wiodło w różne strony, a cel jego podróży znajdował się... no właśnie, gdzie? Kątem oka dostrzegł sylwetkę dziewczyn w pobliżu - wyglądała na taką, co znała okolice nieco lepiej.
- Cześć - zawołał w jej kierunku, uśmiechając się na powitanie; podniósł głos, chcąc wytrącić ją z zamyślenia i zwrócić na siebie uwagę. - Wiesz może, którędy dojdę do jaskini alchemika? To chyba zła droga, co? Mówili, że druga ścieżka na lewo, ale to wygląda na ślepy zaułek. Muszę to tam zabrać - wyjaśnił, jak gdyby pakunki pozostawiały choć cień wątpliwości; za pierwszym razem, kiedy był w tym miejscu - choć długo - nie zdołał poznać jego topografii, kiedy tylko tu bywał zwykle wędrował z punktu do punktu -  a tego nie miał jeszcze sposobności zwiedzić. Ale ona - ona wydawała się pochłonięta swoimi myślami; zawiesił ramiona na taczkach, przyglądając się jej chwilę dłużej. - Wszystko gra?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Ruiny [odnośnik]15.02.21 13:29
Życie w Oazie nie było teraz lekkie ani wesołe, ale chcąc nie chcąc musiała tu teraz mieszkać, podobnie jak wielu innych ludzi zmuszonych do ucieczki i ukrywania się. List gończy sprawiał, że poza Oazą byłaby w wielkim niebezpieczeństwie, nie mogła więc jak gdyby nigdy nic wałęsać się po kraju, skoro chyba każdy czarodziej znał jej twarz jako twarz zbrodniarki. Jako alchemiczka potrafiła oczywiście uwarzyć eliksir wielosokowy, ale było to rozwiązanie dość skomplikowane – wywar wymagał długiego warzenia, a także trudno dostępnych składników, a jedna porcja zapewniała zmianę wyglądu na ledwie godzinę. Te które miała wolała przeznaczyć na użytek ważniejszych działań innych niż na własne egoistyczne kaprysy. Zakonnicy mogli potrzebować eliksiru wielosokowego bardziej niż ona. Bo ona mogła przeżyć bez odwiedzania pewnych miejsc, a dla kogoś, kto walczył, posiadanie pewnych eliksirów mogło decydować o przetrwaniu w kryzysowej sytuacji.
Pogrążona w myślach nie spodziewała się, że ktoś się pojawi, choć przecież powinna, skoro Oaza była przepełniona i na pewno nie tylko ona szukała chwili oddechu od ciasnoty i ścisku panujących w głównej części wyspy. Usłyszawszy głos odwróciła się w tamtą stronę, zauważając młodego chłopaka. Nie znała go, wyglądał na takiego, który mógł dopiero co skończyć szkołę. Czy był mieszkańcem Oazy, czy kimś więcej? Tego nie wiedziała. Od działań Zakonu odsunęła się dłuższy czas temu, ale jako mieszkanka Oazy i tak siłą rzeczy stykała się z Zakonnikami i sojusznikami, nadal udostępniała potrzebującym eliksiry i starała się angażować w życie Oazy na miarę swoich możliwości. Ale nie znała już co nowszych sojuszników organizacji, którzy dołączyli po jej odejściu, nie znała także żadnych ważnych tajemnic i planów, bo od tych wolała się odciąć dla dobra własnego i innych. Nie nadawała się do bycia Zakonniczką. Sama potrzebowała ochrony, więc jak mogłaby chronić innych?
- Cześć – ostrożnie odpowiedziała na powitanie. Jej zielone oczy przesuwały się po jego sylwetce, próbując sobie przypomnieć, czy już gdzieś go czasem nie widziała. – Jasne, wiem gdzie to jest. I jeśli zechcesz, mogę cię tam nawet zaprowadzić – zaproponowała mu. Wiedziała gdzie jest jaskinia alchemika, bo pomagała w tworzeniu jej w czasach, gdy jeszcze była w Zakonie. Teraz bywała tam o wiele mniej, większość mikstur przygotowując w przybudówce przy swojej chatce, która dzięki odpowiednio zastosowanej transmutacji stała się wygodniejsza niż wyglądała na to z zewnątrz. – Taak, wszystko w porządku. Po prostu… się zamyśliłam. To miejsce sprzyja wyciszeniu i zadumie – odpowiedziała. Chcąc jednak odegnać jego myśli od swojego emocjonalnego stanu, zadała mu pytanie. – Mieszkasz tu, w Oazie? – zapytała po chwili, chcąc zaspokoić swoją ciekawość. Mieszkańców było na tyle wielu, że nie znała wszystkich, zwłaszcza tych najnowszych. Może ów młody chłopak mieszkał tu dopiero od niedawna, lub w innej części Oazy niż ona? Skoro nie znał jeszcze ścieżek, na pewno był tu znacznie krócej od niej, ale musiał istnieć powód, dla którego tu był, więc chyba nie musiała się go obawiać.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 46
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10/51
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Ruiny [odnośnik]17.02.21 1:22
Wyglądało na to, że - dla odmiany - dobrze trafił, dziewczyna nie tylko znała drogę, ale i wydawała się chętna do pomocy - nie miał powodów jej odmawiać. Zawsze przyjemniej było podróżować - i pracować - w towarzystwie niżeli samemu, a ona - wydawała się miła.
- Zatem prowadź - odparł bez zawahania, uśmiechając się kącikiem ust. - To daleko stąd? - Tak jakby stąd gdziekolwiek mogło być daleko, Oaza była niedużą wyspą, całą dało się zejść w kilka chwil - ale prowadzony przez niego na taczkach ładunek nie należał do najlżejszych, zdążył się nad nim zmachać i odczuć ból napiętych mięśni ramion. Naprawdę dobrze będzie skorzystać z pomocy nieoczekiwanego przewodnika. - W lewo? W prawo? - dopytywał dalej, kilka razy rozprostowując i zaciskając palce w pięści, nieco zdążył je obedrzeć na drewnie uchwytu taczek, ale to było już całkiem blisko. Musiało być - chciał przygotować się do drogi. - W takim razie całe szczęście, że mogę cię stąd zabrać. Ani wyciszenie ani zaduma nie sprzyjają raczej dobremu nastrojowi - dodał bez zawahania, ze zdecydowaniem, jakby zdradzał co najmniej życiową mądrość, chyba rzeczywiście tak uważał. Ale on nie lubił też stać w miejscu dłużej niż musiał. W zasadzie - nie lubił też stać w miejscu dłużej niż chwilę. Tu, na wyspie, większość czarodziejów - nie tylko czarodziejów! - miała nastroje pod psem, czemu zasadniczo trudno było się dziwić: zdecydowana większość z nich straciła wszystko. On też stracił - ale w końcu pojął, że zamierza to odzyskać. W ten czy inny sposób. Siłą lub po dobroci. - Nie - odpowiedział równie szybko. - Już nie - sprecyzował, bo to jedno słowo zmieniało wszystko. Spędził na wyspie półtorej miesiąca, w trakcie którego dochodził do siebie - to jedno - i przeszedł trudną próbę pogodzenia się z nieuchronną rzeczywistością - to drugie. - Trafiłem tu pod koniec lipca jak inni - mówił dalej, wierząc, że w tym miejscu mógł sobie pozwolić na szczerość - tak mówił mu Billy. Że tutaj nie mógł trafić na nikogo niezaufanego, na nikogo, kto nie musiał uciekać. Musiała być taka jak on. - Ale mnie ocalili - Nie zamierzał o tym nigdy zapomnieć, zawdzięczał Zakonowi Feniksa życie. Mógł zginąć, nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. - A teraz przyszedł czas się odwdzięczyć - dodał, z łagodnym uśmiechem. Rzeczywistość nie była tak barwna, z pewnością nie tak lekka ja słowa, ale czasem trzeba było zrobić dobrą minę do złej gry. Rzeczywiście, jeśli Marcel uważał, że zaciągnął tamtego dnia dług w Zakonie, spłacał go tak, jak tylko potrafił, koncentrując się na tym ze wszystkich sił. - A ty? Ty tu pewnie mieszkasz, co? - Nie wyglądała na taką , która narażałaby się świadomie. Wydawała się uprzejma i miła, a przy tym wciąż bardzo młoda. - Jaka jest twoja historia? - Nie wiedział co prawda, jak daleka była droga, ale nie musieli przecież wcale spacerować w ciszy. Zacisnął dłonie na drewnianym chwycie, dźwigając taczki w górę, gotów podążyć wyznaczonym przez nią szlakiem.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Ruiny [odnośnik]18.02.21 14:12
Choć w Oazie zawsze było dużo ludzi i łatwo było znaleźć kogoś do rozmowy, Charlie czasem mimo wszystko doskwierała samotność. I choć teraz niby jej szukała, wałęsając się w okolicach ruin, to kiedy nieznajomy chłopak pojawił się tu, zdała sobie sprawę, że wcale nie chce być zupełnie sama. Bo samotność sprzyjała ponurym rozmyślaniom, a one z kolei podsycały depresję zamiast pomóc w ostatecznym pokonaniu jej. Nastroje Charlie w ostatnich tygodniach przypominały sinusoidę, raz pojawiał się w niej zapał do tego, by szukać towarzystwa i pomagać mieszkańcom Oazy w sprawach gdzie przydatna była jej wiedza i umiejętności, by następnie znów popaść w marazm i przygnębienie, zamknąć się na cztery spusty w chatce lub udać się w jakieś oddalone, odludne miejsce wyspy, by w ciszy babrać się w smutku i poczuciu beznadziejności. A potem znowu pojawiała się jakaś iskierka, która wybudzała ją z marazmu i tak w kółko.
Być może znów na moment przebudziła się w niej ta dawna Charlie, ta miła i zawsze chętna do pomocy dziewczyna, którą była, zanim umarła jej siostra, a kraj pokryły plakaty z jej podobizną.
- Nie, niedaleko – odpowiedziała; na wyspie żadne odległości nie były wielkie, Oaza wcale nie była ogromna. Ot, niewielki skrawek lądu gdzieś pośrodku morza, daleko od wszystkiego. Spojrzała na taczkę, którą pchał młody mężczyzna. – Może chcesz, bym spróbowała pomniejszyć wagę tego ładunku? Wygląda na dość ciężki – zaproponowała, widząc że chyba rzeczywiście było to dość ciężkie, a ona lubiła transmutację i kiedy miała sposobność, korzystała z niej. Choćby w ramach ćwiczeń. Kiedy akurat nie dopadał jej głęboki dołek uniemożliwiający podejmowanie jakichkolwiek produktywnych czynności, brała różdżkę i trenowała różne drobne zaklęcia transmutacyjne, by nie wyjść z wprawy, a w miejscu takim jak Oaza jej użytkowanie się przydawało, by łatwiej było dostosować to miejsce do potrzeb. – Najpierw ścieżką w prawo, a na następnym rozwidleniu w lewo – podpowiedziała. – I masz rację, nadmiar myśli tylko przygnębia zamiast poprawić nastrój.
Zwłaszcza dla kogoś w depresji, kto i tak myślał za dużo. Spojrzała na niego uważnie, znów obrzucając go wzrokiem, zastanawiając się, kim był i dlaczego tu trafił. Nikt nie trafiał tu bez powodu, każdego ktoś musiał tu sprowadzić, bo na zewnątrz groziło mu niebezpieczeństwo. On też zapewne ucierpiał i coś stracił, ale nie wyglądał na takiego, który okopałby się w Oazie na długie miesiące jak ona. Czyżby był jednym z najnowszych nabytków Zakonu? To bardzo możliwe, Zakon na pewno wciąż werbował nowych sojuszników spośród tych, którzy gotowi byli walczyć. W przeciwieństwie do niej. Jej zabrakło odwagi i umiejętności, stchórzyła i wycofała się.
- Więc… zaczynałeś jako mieszkaniec Oazy, a teraz jesteś… pomagasz Zakonowi? – zapytała cicho. Nad jego pytaniem zamyśliła się przez chwilę, czując w głębi duszy wstyd z powodu swojego tchórzostwa. Bo była najzwyklejszym tchórzem, inaczej nie dało się tego nazwać. Ale z drugiej strony była w tym jakaś pokrętna odwaga, że zdecydowała się na taki krok, na zaprzestanie oszukiwania samej siebie oraz innych. Na postawienie sprawy jasno i przyznanie samej przed sobą i innymi, że była tchórzem i nie była gotowa na walkę. Nigdy nie była, ale kiedyś nie zdawała sobie sprawy, że sytuacja rozwinie się w taki sposób. Że nie była godna miana Zakonniczki, bo bliżej jej było do mieszkańców Oazy, do ludzi których Zakon chronił niż do nich samych.
- Ja… Tak, mieszkam tu już od maja – zaczęła więc, decydując się na odpowiedź zgodną z prawdą. Nigdy nie lubiła kłamać, poza tym tutaj oni wszyscy byli społecznymi wyrzutkami, którym na zewnątrz groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Jechali na tym samym wózku, nawet jeśli radzili sobie ze swoją sytuacją w inny sposób. – Dawniej, w tym poprzednim życiu, byłam alchemiczką w Mungu. I po godzinach też pomagałam Zakonowi, warzyłam eliksiry na użytek jego członków, ale wróg jakimś cudem się o mnie dowiedział. Jestem… poszukiwana, dlatego ukrywam się teraz w Oazie – dodała, a w jej głosie brzmiał wstyd. Częściowo z powodu swojego tchórzostwa, a częściowo przez fakt, że była poszukiwana. Bo który zwyczajny, uczciwy obywatel nie wstydziłby się faktu, że poszukuje się go listem gończym jako zbrodniarza? Było jej z tym ciężko, tęskniła za wolnością i za normalnym życiem jak każdy mieszkaniec Oazy. Każdy z nich z pewnością najchętniej wróciłby do swojego domu i odzyskał utracone życie, ale żeby do tego doszło, wojna musiała się skończyć.
Wypuściła powietrze i wsunęła dłonie do kieszeni, idąc obok chłopaka, w głębi duszy trochę obawiając się tego, co mógł sobie o niej pomyśleć, choć byli sobie zupełnie obcy.
- A ty… kim byłeś, zanim i ciebie dopadła ta okropna wojna? – zapytała po chwili. On też na pewno miał swoją historię. Zanim naznaczyła go wojna, wiódł swoje życie, zapewne miał rodzinę i przyjaciół, może dopiero co skończył szkołę i snuł marzenia o tym, co będzie robić w dorosłości, a zostało mu to odebrane. Wojna odbierała wszystko, nie tylko rodzinę, dom czy pracę, ale nawet marzenia. W końcu nie wiadomo było, czy w ogóle czekała ich jakaś przyszłość, bo nawet jeśli nie zabije ich wróg, zrobi to głód coraz bardziej zaglądający im wszystkim w oczy.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 46
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10/51
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Ruiny [odnośnik]21.02.21 21:28
Początkowo uśmiechnął się ciepło, zamierzając przyjąć pomoc, zaraz jednak łagodny wyraz twarzy przeobraził się w zaskoczoną grozę:
- Nie, nie, nie, nie - zaprzeczył szybko, nim dziewczyna wyjęła różdżkę; nie pomniejszył ładunku nie bez powodu - znał magię transmutacyjną, przynajmniej podstawy, które wystarczały do prostych działań. - W środku znajdują się podobno różne komponenty, w tym wybuchowe. Poinstruowano mnie, że nie wolno się nimi bawić zbyt inwazyjnie - wyjaśnił, nie znał się na tym, ale służył wskazówek wychodzących od tych, którzy wydawali mu rozkazy, kimkolwiek właściwie byli. Listy, które dostawał, były niekiedy... bardzo enigmatyczne. Skinął lekko głową, rad, że przyjęła jego słowa - chyba tego potrzebowała, kąciki jego ust uniosły się lekko w górę, kiedy opisała jego historię. Wzmocnił uścisk rąk na taczkach i ruszył do przodu, zgodnie z jej wskazówkami.
- Można tak powiedzieć - odparł, choć chyba tak naprawdę nie był tu nigdy mieszkańcem tak naprawdę. - Byłem tu tylko gościem. Billy mnie ocalił, kiedy miałem kłopoty - Wydawało mu się, że będzie wiedziała, o kim mówił. Wyspa nie była duża, a Marcel zdążył zaobserwować, że jego przyjaciela kojarzyła tutaj większość - bardzo pomagał przy budowaniu nowych schronisk. - I pozwolił mi tu dojść do siebie. Od jakiegoś czasu szukałem kontaktu... z tym wszystkim. Z Zakonem Feniksa - mówił dalej, dziwne było poczucie, że tutaj można było mówić o tym otwarcie. Że wyspa należała do Zakonu, a zagrożenie nie miało prawa tutaj dotrzeć. - Nie potrafiłbym stać z założonymi rękami, kiedy na ulicach dzieją się tak straszne rzeczy - oznajmił, szczerze przejęty. Wydawało mu się, że w miejscu takim jak to większość będzie podzielała to zdanie, ale przecież nikt nigdy nie wymagał walki od kobiet. W milczeniu wysłuchał jej opowieści, kątem oka obserwując profil jej twarzy - dopiero wtedy to dostrzegł, podobieństwo do wizerunków, którymi obklejone jest miasto. Kilka, kilkanaście tygodni temu przyglądał się każdemu z nich, w myślach dziękując za poświęcenie - to oni byli jego natchnieniem, to dzięki nim tutaj był. To im ich autentyczność pozwoliła mu uwierzyć w Zakon Feniksa. Wyrównał uścisk na rączkach taczek, wymijając kołem większy kamień.
- Widziałem cię - powiedział w końcu, poniekąd w odpowiedzi na jej słowa. - Na plakatach - dodał, odnajdując w myślach odpowiednie imię.  - Jesteś Charlene, prawda? - Jego usta złożyły się w uśmiech, zawsze ogarniało go dziwne uczucie, kiedy poznawał kolejne osoby wyrysowane na tych listach. Coś, co kiedyś było tak odległe - teraz znajdowało się na wyciągnięcie ręki, tak blisko. - Szukają cię za eliksiry? Musisz być niesamowicie zdolna - zauważył, z zafascynowaną iskrą w oku. - Zrobisz coś dla mnie, jeśli będzie mi potrzebne? - zapytał, skontaktował się z nim jakiś czas inny alchemik, ale dobrze było wiedzieć, kogo można było o co pytać - wciąż odnajdywał się w strukturach Zakonu. Założył, że wciąż jest jego częścią. Mówiła o tym wszystkim trochę jak gdyby skończył się świat - w jakimś sensie chyba rzeczywiście się skoczył. A Marcel wierzył, że już nigdy nie wróci w takiej formie, jak wcześniej.
- Wciąż jestem - odpowiedział powoli, nieśpiesznie, przeszło mu przez myśl, że to może już nie potrwać długo. Nie zwykł zbyt dokładnie planować przyszłości, nie zwykł w ogóle o niej myśleć. Żył zbyt szybko. - Występuję na Arenie Carringtonów - dodał, nazwa cyrkowej areny była znana, sądził, że będzie wiedziała, o czym mówił. - Jestem akrobatą - mówił dalej, kiedy krajobraz z wolna zmieniał się na bardziej morski. Podążał dalej jej wskazówkami. - Przez jakiś czas była obawa, że cyrk zostanie zamknięty, ale okazało się że na wojnie i w kryzysie ludzie jak nigdy potrzebują rozrywki - dodał, bez przekonania. Nie był pewien, czy tak to powinno wyglądać. - Którędy dalej? Można ta po prostu wejść do tej jaskini?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Ruiny [odnośnik]22.02.21 14:21
- Ok, w porządku – zgodziła się widząc jego reakcję, w końcu on lepiej wiedział co było w środku, a i ona zdawała sobie sprawę, że pewnych rzeczy lepiej nie traktować magią, bo magiczne przedmioty były na nią wrażliwsze niż te zwyczajne. W alchemii rzadko zresztą używało się różdżki, do oporządzania składników i tworzenia mikstur wykorzystywało się precyzję własnych dłoni i naturalną magię płynącą we krwi każdego czarodzieja. Za to przy różnych sprawach w Oazie magia przydawała się często i transmutacja bardzo ułatwiała funkcjonowanie w zwykle dość ograniczonych przestrzeniach. - Tam są jakieś ingrediencje? - zapytała z wyraźną ciekawością, bo nie widziała zawartości pakunków na taczce.
Ruszyła razem z nim, słuchając jego wyjaśnień na temat tego, jak znalazł się w Oazie.
- Znam Billy’ego. To miłe z jego strony, że ci pomógł i sprowadził w bezpieczne miejsce – rzekła; ale wiedziała, że Zakonnicy tacy po prostu byli, że pomagali potrzebującym, a Oaza właśnie dla takich była. Dla ludzi, którzy na zewnątrz byli w niebezpieczeństwie, bo aktualna władza z różnych powodów chciała się ich pozbyć. Młody chłopak, choć wyglądał nieszkodliwie, dla kogoś także mógł być niewygodny, wystarczyło że mógł mieć nieczystą krew i nieodpowiednie poglądy…
- Jesteś odważny – zauważyła, jednocześnie czując wstyd, że ona tak nie potrafiła. Że większość życia chowała głowę w piasek, bo bała się przeciwstawić silniejszym od siebie, choć z drugiej strony, nawet samo to że warzyła eliksiry dla Zakonu, było też jakąś formą zaangażowania. Nigdy nie walczyła, nie krzyczała buntowniczych haseł ani nie afiszowała się z poglądami, ale w jakiś sposób wspierała tych, którzy to robili. I robiła to nadal pomimo opuszczenia szeregów organizacji, każdy wciąż mógł do niej przyjść po mikstury. Mogła żałować pewnych decyzji, ale wiedziała, że działania Zakonu są słuszne. To ona była zbyt słaba i niedoskonała, by podołać wojennym trudom, to ona stchórzyła kiedy zobaczyła swoją podobiznę zaraz nad obietnicą wielkiej nagrody.
Jej blade policzki zarumieniły się lekko, gdy wspomniał, że widział ją na plakatach.
- Tak, to ja – przyznała cicho. – Prawdę mówiąc nie wiem, ile o mnie wiedzą i skąd o mnie wiedzą. Nigdy się zbytnio nie wychylałam, pozostawiałam walkę tym, którzy mieli do tego siłę, odwagę i umiejętności. Ja byłam zapleczem, tworzyłam mikstury – wyjaśniła zgodnie z prawdą. Bo choć kiedyś była Zakonniczką, tak naprawdę była bardziej sojusznikiem organizacji, osobą stojącą z tyłu i wspierającą swoją wiedzą i umiejętnościami. Zawsze miała świadomość tego, że podczas niebezpiecznych akcji tylko by zawadzała i była ciężarem dla towarzyszy. Umiejętności alchemiczne bardzo rzadko kiedy szły w parze z umiejętnościami pojedynkowymi, bowiem jak każdy człowiek miała swoje ograniczenia i nie mogła być mistrzem we wszystkim, nie mogła posiadać talentu do każdej gałęzi magii. Poświęcając całe życie eliksirom i dziedzinom pokrewnym nie miała nawet czasu, by uczyć się walki i w zakresie obrony potrafiła głównie tyle, ile nauczyła się w szkole, czyli podstawy.
Widząc fascynację w jego oczach znowu się odezwała.
- To, że jestem poszukiwana… - zawahała się, nie wiedząc, jak dokładnie ubrać w słowa swoje myśli. – Cóż, dla części społeczeństwa jestem teraz niebezpieczną zbrodniarką, za którą mogą dostać ogromną sumę pieniędzy. Inni widząc moją twarz obok twarzy dzielnych Zakonników najprawdopodobniej myślą, że też jestem bohaterską obrończynią uciśnionych, która ochroni ich przed złem. A ja tak naprawdę nie jestem żadną z nich, wiesz? Jestem… tylko Charlie. Zwykłą alchemiczką, której daleko do bycia zarówno bohaterką, jak i groźną przestępczynią.
Czuła potrzebę powiedzenia tego, nie chcąc, by trwał w fałszywym obrazie. Bo nie czuła się ani zbrodniarką ani obrońcą uciśnionych. Była tylko i aż zwykłym człowiekiem takim samym jak wszyscy ci, którzy żyli teraz w Oazie.
- Ale oczywiście, jeśli tylko będziesz potrzebował jakiegoś eliksiru, zawsze będziesz mógł się do mnie zwrócić. Mieszkam w chatce numer 88 – powiedziała po chwili ciszy, która zapadła pomiędzy nimi po jej wcześniejszych słowach; teraz warzyła mniej, bo problemy z zaopatrzeniem dotykały też ingrediencji, ale starała się oszczędnie gospodarować zasobami. – Ale nie wiem jeszcze, jak ty masz na imię. – A chciała dowiedzieć się więcej o swoim niespodziewanym dzisiejszym towarzyszu, który wydawał się taki młody i pełen zapału i determinacji do działania. Ona półtora roku temu, kiedy dowiadywała się o Zakonie, też miała dużo zapału, pragnęła zbawiać świat i pomagać potrzebującym, i dopiero znacznie później zrozumiała, że nawet tak nieszkodliwa czynność jak warzenie eliksirów może ściągnąć na nią niebezpieczeństwo. Zrozumiała też, że Zakon dawno już przestał być grupą przyjaciół, a stał się organizacją czynnego oporu przeciwko władzy, oporu połączonego z aktywną walką i nadstawianiem karku.
- Pamiętam Arenę Carringtonów, byłam tam kilka razy, kiedy byłam młodsza. Pierwszy raz zabrali tam mnie i moje rodzeństwo rodzice. – Przypomniała sobie przelotnie tamten dzień, wspólne rodzinne wyjście i oglądanie występów ludzi, którzy potrafili robić ze swoimi ciałami niesamowite rzeczy. Potem, gdy zamieszkała z Verą w Londynie, także parę razy się tam wybrały, gdy akurat obie miały wolne. – Bycie akrobatą pewnie jest trudne, prawda? Ja zawsze troszkę bałam się wysokości. – Z tego powodu nigdy nie polubiła się zbytnio z miotłami, choć kuzynostwo Wright nauczyło ją jak się na takowej utrzymać i nie spaść. Jako dziecko czasem chodziła też po drzewach z rodzeństwem i kuzynostwem, ale im była starsza, tym bardziej ostrożna i zachowawcza się stawała, choć w ciele kota oczywiście zdarzało jej się wspinać. Jako kot nie bała się wysokości aż tak, poza tym kocie ciało było dużo bardziej sprężyste i gibkie niż ludzkie. - I to prawda, że nawet teraz ludzie potrzebują rozrywki, ona pozwala na chwilę zapomnieć o tym, że jest wojna. A może właśnie zwłaszcza teraz jej potrzebują, bo tak mogą udawać, że przynajmniej niektóre sfery życia pozostały takie jak dawniej. Nam tutaj w Oazie też czasem brakuje różnych rozrywek, więc trzeba ich sobie szukać na różny sposób. Zwłaszcza dzieci na tym cierpią. – Ale po tamtym pamiętnym wydarzeniu z wężem mackowym, kiedy jej animagia pomogła wystraszonym dzieciom nie myśleć o zagrożeniu, częściej robiła takie rzeczy i zabawiała dzieciaki z okolicznych chatek swoimi przemianami animagicznymi, przy okazji próbując uporać się z pewnymi problemami, jakie zaczęła spotykać w przemianach po swojej depresji. Niemniej jednak zdawała sobie sprawę z tego, że to wszystko, co robili Zakonnicy i zwykli mieszkańcy Oazy tacy jak ona, to za mało, by zapewnić najmłodszym normalność. Oni wszyscy powinni mieć normalne życie, a nie ukrywać się przed wojną, bać się o życie swoje i bliskich. Niektórzy już bliskich stracili i musieli borykać się z poczuciem straty. Oaza dawała bezpieczeństwo, ale nie normalność. Na zewnątrz wciąż była wojna i nie wiadomo, kiedy się skończy i jak będzie wyglądać świat za rok czy za kilka lat. Czy w ogóle będą mieli do czego wracać.
- Teraz tędy – wskazała kolejną ścieżkę. Byli już naprawdę blisko, już widziała zarysy wejścia do systemu jaskiń. – Myślę, że możesz tam po prostu wejść i to zostawić w jakimś bezpiecznym miejscu. Może ktoś z Zakonników akurat będzie w środku. – Bo Charlie od czasu rezygnacji z Zakonu już nie mogła tam wchodzić sama, każdorazowo ktoś musiał ją wpuszczać, gdy potrzebowała skorzystać z jaskini alchemika, więc najczęściej warzyła po prostu we własnej przybudówce koło chatki.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 46
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10/51
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Ruiny [odnośnik]28.02.21 3:48
Wzruszył lekko ramieniem na jej pytanie, w zasadzie nie wiedział. Nie bardzo się na tym znał - tylko wykonywał rozkazy, do środka w sumie też nie zaglądał.
- Tak mi powiedziano - odparł zatem, szczerze i zgodnie z prawdą, lecz niewiele więcej na ten temat powiedzieć mógł. - Zioła chyba są lżejsze, co? - Mógł jeszcze zgadywać.
Miło - to było z jego strony miłe. Miłe, że tamtego dnia zjawił się w mieszkaniu jego matki i wydarł go ze szponów śmierci. Miłe, że ocalił mu życie. Miłe, co za absurdalne słowo, ale czy absurd nie stał się dziś codziennością? Może wciąż tego nie rozumiał, że ci ludzie radzili sobie z tym na codzień, że byli temu już może bliżsi, na tyle, by uznać, że ocalenie mu życia było miłe. Może tylko tyle znaczyło, co miły gest. Może znaczyłoby więcej, gdyby był bardziej wartościowym człowiekiem. Spojrzał na nią z ukosa, kiedy nazwała go odważnym. Był wychowankiem domu Gryffindora, gdzie królowała odwaga. Na co dzień spacerował po linie, nie dając rozproszyć się wątpliwościom ni strachom. Był odważny, często to słyszał, lecz nie uważał też za wielki wyczyn. Niektórzy twierdzili, że odwagę łatwo jest pomylić z głupotą, a on nie był pewien, czy bliższy był jednemu czy drugiemu, więc skinął tylko głową. Nie spodziewałby się po tej drobnej dziewczynie walki w pierwszej linii, ale to w niczym nie przeszkadzało.
- Kim byliby bez twoich mikstur? - zapytał lekkim tonem, chcąc dodać jej otuchy. To, że jej działania były mniej widoczne, nie znaczyło wcale, że były mniej ważne. Znał te procesy, na scenie to artyści otrzymywali oklaski, ale za ich sukcesem stał przecież sztab ludzi odpowiadających za różne aspekty, od treningów, przez dietę, po grę świateł. I dobrze wiedział, jak ważna była praca każdego z nich. - Nie żartuj, nawet ci, którzy piszą te plakaty, nie wierzą w twoje zbrodnie - Jak można ją było tak nazywać? Wydawała się drobną urokiiwą i trochę chyba nieśmiałą dziewczyną, jeśli tacy terroryści przerażali Ministra Magii, strach pomyśleć, jak zadrży, kiedy pojawi się prawdziwe zagrożenie. - Nie mów tak - Uśmiechnął się do niej, łagodnie. - Jesteś bohaterką, Charlie, jestem pewien, że wielu Zakonników to potwierdzi. Możesz być z siebie dumna - On by był. Nikt nie powinien siedzieć bezczynnie, kiedy toczyli wojnę. - Ale rzeczywiście nie wyglądasz szczególnie groźnie - zażartował, na jego ustach wciąż układał sie łagodny uśmiech. - Dlaczego mówisz o tym w czasie przeszłym? - wychwycił to dopiero teraz.  - Dzięki, zapamiętam - Numer chatki, dobrze było wiedzieć takie rzeczy; wciąż się w tym wszystkim odnajdywał, próbował odnaleźć. - Ach, tak, wybacz - Tak zaaferował się plakatami, że rzeczywiście zapomniał się przedstawić. - Mam na imię Marcel - Nigdy nie przedstawiał się pełnym imieniem. - To dla mnie przyjemność móc cię poznać - dodał po chwili, wracając myślami do jej podobizny z plakatów.
- Mam nadzieję, że zostawiła w tobie najlepsze wspomnienia. Magia Areny jest jedyna w swoim rodzaju, trzeba jej posmakować, żeby móc ją zrozumieć. - Sam trafił tam pierwszy raz jako dziecko, zabawna pętla. - Cóż - Lata żmudnych codziennych ćwiczeń, setki upadków, rozlanych krwiaków, sińców we wszystkich kolorach tęczy, dziesiątki kontuzji, palący ciało ból, nadwyrężone mięśnie, siła ciała to jedno, siła umysłu to drugie, należało przełamać bariery strachu. Ale to akurat nigdy nie sprawiało mu trudności. - Z lękiem wysokości pewnie rzeczywiście byłoby trudno - przyznał, trochę wymijająco. Kochał to co robił, ale jednym z blasków tej magii było to, by akrobacje wyglądały na wykonywane z przepełnioną gracją lekkością. Nie powinien rozmawiać o cieniach, o tym, ile w rzeczywistości wymagało to pracy. Z giętkością ścięgien trzeba się było urodzić, ale każdy talent wymagał szlifu, w tym wypadku drakońskiego. - Nic nie jest takie jak dawniej - skontrował jej słowa z zastanowieniem. - I nic już nie będzie - Martwi ludzie nie powstaną. Za każdym razem, gdy dostrzegał puste miejsce na publice, myślał o tym miejscu jako o należącym do kogoś, kto leżał w grobie i lub chociaż został zamknięty w Tower. - Tu w ogóle jakieś rozrywki? Dla ciebie pewnie rozrywką jest pomoc tym ludziom - zreflektował się, nie powinno się myśleć o przyjemnościach w takiej chwili. Nie powinno się myśleć o sobie. Cicho westchnął, zmarnował dużo czasu, kiedy pojawił  się tu za pierwszym razem. - Zajmujesz się tu dziećmi? - zapytał, domyślając się, że temat nie wypłynął znikąd.
- Co? A ty? Nie jesteś... - Zakonniczką? Przecież widział jej twarz na plakatach. - Poczekaj chwilę, zaniosę to - Nie rozumiał - nie wolno było jej tam wejść? Nie miał jednak na to czasu, pakunek miał znaleźć się na miejscu jak najszybciej - ściągnął z taczek dwa worki, przerzucając je sobie przez plecy i wsunął się do jaskini, zostawiając je pod najbliższą ścianą. Dostrzegł dwie sylwetki w pewnym oddaleniu, uniósł lekko dłoń w ich kierunku, znacząc swoją obecność. Kiedy się upewnił, że go dostrzegli, wrócił do dziewczyny. Potrząsnął dłońmi, zrzucając z nich napięcie, nim ponownie chwycił puste już taczki. O ile były teraz lżejsze! - Do wioski... tędy, tak? - zapytał, wskazując odpowiednią drogę. - Też idziesz w tę stronę?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Ruiny [odnośnik]28.02.21 13:46
Charlie nie znała szczegółów tego, jak wyglądała pomoc Billy’ego ani jak straszliwe były okoliczności trafienia chłopaka do Oazy, ani jak ciężkiej straty doznał. Nie mogła nawet przypuszczać, jak bardzo źle było, bo od miesięcy siedziała zamknięta w Oazie i nie stykała się z wojną bezpośrednio, znała ją tylko z opowieści ludzi, którzy tutaj trafiali. Nieodpowiedni dobór słów wynikał właśnie z tego, że nie znała jego sytuacji, a nie była na tyle wścibska, by dopytywać, wychodząc z założenia, że nie każdy chce o takich rzeczach opowiadać nowo poznanym osobom. Jeśli będzie chciał opowiedzieć o tym, sam to zrobi, jeśli uzna, że jest gotowy.
Działania każdego były na swój sposób ważne, nawet mieszkańcy Oazy odgrywali swoją rolę w funkcjonowaniu tego miejsca. Mimo to Charlie zawsze w głębi duszy czuła się niewystarczająca i miała wyrzuty sumienia z powodu swojego tchórzostwa. Jej przyjaciele ryzykowali życiem każdego dnia, podczas gdy ona zaraz po zobaczeniu listów gończych uciekła do Oazy, popadła w depresję i na długie tygodnie utknęła w chatce. Była wtedy bardzo podatna na kryzys psychiczny, bo przecież była świeżo po utracie siostry, która była dla niej najbliższą osobą na świecie. Może gdyby miała obok siebie Verę zniosłaby to wszystko znacznie lepiej?
Pokiwała głową.
- Zawsze kochałam warzyć eliksiry i chciałam po prostu pomóc przyjaciołom – rzekła cicho. Bo tym był dla niej na początku Zakon, grupą przyjaciół złączonych wspólnymi ideami. Ale to było kiedyś, w czasach kiedy wojna była jeszcze odległym widmem majaczącym na horyzoncie i można było mieć nadzieję, że jednak do niej nie dojdzie, że społeczeństwo przejrzy na oczy i zrozumie, że konflikt to zła droga. Bo wojna nie była dobra, krzywdziła wszystkich. Po tej drugiej stronie też były ofiary. – Może i oni nie, ale w społeczeństwie nie brak ludzi, którzy wierzą we wszystko co mówi ministerstwo. A nawet jeśli nie, to teraz, kiedy wielu ludzi nie ma co jeść, pięć tysięcy galeonów to realna szansa na zapewnienie bezpieczeństwa rodzinie. – Kto, mając na utrzymaniu głodujące dzieci, nie skusiłby się na to? Kto przedłożyłby dobro jakiejś obcej osoby ponad własną rodzinę? Zdawała sobie sprawę z tego, że czy ludzie wierzyli w jej zbrodnie czy nie, to pieniądze dla wielu mogły stanowić wielką pokusę. Gdyby sama stanęła przed takim wyborem, własna rodzina a zupełnie obcy człowiek, zapewne też wybrałaby rodzinę. – Prawdziwymi bohaterami są pozostałe osoby z plakatów, ja jestem tylko prostą alchemiczką, która poza warzeniem eliksirów w bezpiecznym zaciszu własnej pracowni nie zrobiła w tej wojnie nic szczególnego. Prawdę mówiąc, nie potrafiłabym obronić samej siebie, a co dopiero innych. Trafiłam tam chyba po prostu z przypadku – wzruszyła lekko ramionami, bo tak to wyglądało. Dzielni Zakonnicy, ludzie waleczni i odważni, idący pod prąd i nie bojący się deklarować jasno swoich poglądów i… Charlie. Alchemiczka, która do czasu publikacji listów wiodła całkowicie zwyczajny, przyziemny i pozbawiony ryzyka żywot, a po ich publikacji po prostu ukryła się w Oazie. Nie wybrała się do Azkabanu ani w inne miejsca, gdzie jej przyjaciele realnie ratowali ludziom życia i narażali własne. Siedziała w swojej chatce i mieszała w kociołku, dlatego nie poczuwała się do miana bohaterki, nie zasługiwała na nie, tak samo jak nie zasługiwała na bycie Zakonniczką. Jej dalsze bycie w Zakonie byłoby ujmą dla pozostałych.
- Mi też miło cię poznać, Marcelu – powiedziała, gdy się przedstawił. – Rzeczywiście to dobre wspomnienia. Pochodzące z czasów, kiedy wszystko było proste i normalne, kiedy latem pomiędzy kolejnymi latami nauki można było po prostu wybrać się z rodziną na występy artystów. I kto by pomyślał, że kiedyś, w szkole, moim największym problemem były oceny z egzaminów? Pamiętam, jak obawiałam się wtedy, czy w ogóle uda mi się zdać te z uroków i obrony, bo nie radziłam sobie z tymi przedmiotami za dobrze. – Kiedyś większość z nich miała właśnie takie problemy. Szkoła, egzaminy, relacje z rówieśnikami, ewentualnie pierwsze miłosne wzloty i upadki. Później poszukiwanie swojej ścieżki już poza murami szkoły, choć z tym akurat Charlie nie miała problemu, bo zawsze wiedziała, że pragnęła zostać alchemiczką, choć dopiero później to marzenie skonkretyzowało się do roli alchemiczki w Mungu, bo jak wierzyła, tam miała większą szansę pomagać potrzebującym niż jakby warzyła tylko w domowym zaciszu, jak jej matka. Ale Leonia Leighton jako matka czwórki dzieci musiała zrezygnować z poważniejszych zawodowych aspiracji, choć i tak to właśnie ona zaszczepiła w sercu Charlie pasję.
- Masz rację, nawet jak wojna się skończy, to i tak jej doświadczenie w nas wszystkich pozostanie. Na całe lata, może nawet do końca życia, jeśli będziemy mieć szczęście, żeby przeżyć. Ale mimo to… rozumiem, że ludzie mają potrzebę normalności, że chcą przynajmniej udawać, że pewne aspekty się nie zmieniły, że chcą się bawić, a nie tylko umartwiać. Gdybyśmy myśleli tylko o perspektywie rychłej śmierci, to nasza egzystencja stałaby się jeszcze bardziej nieznośna. – Charlie, jako osoba w depresji, wiedziała jak to jest. Wiedziała, jak to jest być w głębokim dołku, tak silnym, że tygodniami leżała i wielkim wyczynem było dla niej nawet to, by wstać i nakarmić koty. Ale potem przyszedł moment, że już nie chciała tak dłużej funkcjonować. On pewnie na swój sposób też potrzebował tej normalności, skoro nie zrezygnował ze swojej pasji, a nadal ją uprawiał. – Nie ma ich zbyt wiele, ale każdy, kto ma możliwość, stara się jak może. Teraz, kiedy już nie mogę normalnie pracować tak jak kiedyś i mam znacznie więcej czasu, rzeczywiście czasem staram się go wykorzystać na rzecz dzieci mieszkających blisko mnie. To nic wielkiego, ot, czasem na prośbę ich rodziców opowiadam im o dostosowanych do ich wieku i możliwości podstawach eliksirów, astronomii, zielarstwa czy transmutacji, lub demonstruję proste transmutacyjne zaklęcia, skoro zostały pozbawione możliwości normalnej nauki, a przecież kiedyś, miejmy nadzieję, wojna się skończy i trafią do Hogwartu. Przynajmniej na to liczą ich rodzice, którzy nie chcą, by ich życie w Oazie było tylko pasmem smutku i strachu. – Charlie może i nie była nauczycielką, ale w warunkach Oazy każda pomoc była ważna, każdy mógł podzielić się z innymi tym, co potrafił (bo nawet prowizoryczna nauka była lepsza niż żadna), a tak się składało, że Charlie była znakomitą alchemiczką i mogła dzielić się tym co wie czasem za darmo, a czasem po prostu za miskę ciepłej strawy. Bo lepsze było to niż powrót do całkowitej stagnacji z maja i czerwca, kiedy nie robiła niczego ani dla Zakonu, ani dla społeczności Oazy. Kiedy Zakonnicy zbawiali świat, ona walczyła z własnymi wewnętrznymi demonami, próbując je zagłuszyć poprzez zaangażowanie w drobną pomoc innym mieszkańcom Oazy. Chcieli czy nie byli wspólnotą i mogli dzielić się owocami wspólnej pracy, czy też wiedzą na różne tematy. Samej Charlie też to pomagało, bo dzięki temu jej umiejętności się nie zastawały i miała zajęcie. – Może kiedyś chciałbyś wystąpić dla dzieciaków z Oazy? Wydaje mi się, że wiele z nich chętnie zobaczyłoby prawdziwego akrobatę – zaproponowała po chwili namysłu, bo przecież talent Marcela mógł być znakomitym źródłem rozrywki.
Przygryzła wargę i zamyśliła się.
- Nie, już nie – rzekła cicho. – Choć nadal pomagam w taki sposób jak mogę tutaj, w Oazie. I warzę eliksiry. Po prostu… uznałam, że lepiej będzie, jak się odsunę. – Choroba, jaką była depresja, nie pomagała jej, poza tym miała świadomość tego, że dla dobra własnego i innych nie powinna posiadać żadnych ważnych informacji, bo w przypadku schwytania nie byłaby w stanie ich ochronić. Dlatego lepiej było odsunąć się od wojennych planów, w których i tak nie byłaby pomocna, no i do warzenia eliksirów nie potrzebowała ich znać ani nie musiała być w Zakonie. Aktualnie nie wiedziała nic ważnego, bo ostatnie spotkanie Zakonu na jakim była miało miejsce bodajże w styczniu, późniejsze opuściła przez traumę po śmierci Very, a jeszcze później osiadła w Oazie i do Londynu, gdzie odbywały się spotkania, trzeba by ją było zawlec siłą.
Poczekała na niego, gdy zostawiał pakunki, a gdy wrócił, wskazała mu drogę.
- Tak, to tędy – przytaknęła. – I tak, też tam idę, więc możemy iść razem. – Bo w sumie mogła wrócić do wioski. Przespacerowała się chyba wystarczająco.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 46
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10/51
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Ruiny [odnośnik]07.03.21 19:59
Uśmiechnął się do niej łagodnie, słysząc to wyznanie  - wydawało mu się szlachetne, sam uważał, że czarodzieje powinni wykorzystywać wszystkie swoje talenty, by wspomóc działania wojenne. Zło rozpierzchło się nad Anglią strasznym cieniem, cieniem, który musiał zostać czym prędzej zatrzymany. Jego złowieszcze fale brutalnie zawłaszczały przestrzeń, dewastując wszystko, co stanęło im na drodze; wszystko i wszystkich, jak jego mamę.
- Pieniądze nie zapewnią dzisiaj bezpieczeństwa - zanegował jej słowa, choć były idealistyczne. Wierzył w ludzkie dobro. - A złote monety splamione krwią nikomu nie dadzą szczęścia. Ludzie nie są głupi, tych, którzy w to wierzą, nie jest dużo. Po prostu się boją, tak jak ty, a idę o zakład, że nie zabiłabyś nikogo nawet za dwa razy tyle galeonów. - Zastraszeni nie byli w stanie podjąć się oporu, ale przecież od tego byli on, od tego był Zakon Feniksa: żeby działać i nieść nadzieję. Gdyby miał głodujące dzieci, nigdy nie nakarmiłby ich cudzą śmiercią - w innym przypadku nie mógłby spojrzeć w oczy ani sobie samemu ani dzieciom, szczerze też wierzył, że większość czarodziejów podzielała jego zdanie. Czym innym był wybór pomiędzy bliskim a obcym, czym innym wybór między głodem a śmiercią niewinnego. - Skromność to ważna cecha - odpowiedział na jej wywód, wciąż z szelmowskim uśmiechem. Nie zamierzał umniejszać jej zasług, z pewnością nie walczyła w pierwszym szeregu jak doświadczeni aurorzy, ale jej wkład z pewnością pozostał dla sprawy nieceniony. Eliksiry potrafiły czasem ocalić życie - i wierzył, że niejednego ocaliły. Działania Charlene nie były może bezpośrednie, ale przez to nie były wcale mniej znaczące.
- Chyba niedawno skończyłaś szkołę - podjął, kiedy wspomniała Hogwart; opuścił go przedwcześnie, minęło już pięć lat, bo troski, o których mówiła, zbyt mocno go męczyły i nie były dla niego błahe. Ale te lata sprawiły, że nie do końca rozpoznawał dzisiaj wszystkich, z którymi w tej szkole miał szanse na kontakty. Nie chciał jednak ciągnąć tematu - przyznawał się do tego nieszczególnie chętnie. - W jakim byłaś domu? - zapytał tylko, zastanawiając się, czy dzielili swojego czasu wspólną salę. Milczał, kiedy mówiła o traumach, o niewidzialnych psychicznych bliznach, o tym, co wojna miała z nimi wszystkimi zrobić. Niewiele wciąż widział i w porównaniu z wieloma Zakonnikami niewiele go spotkało, gdzieś podskórnie paląca świadomość, że miała rację, nie niosła wcale pocieszenia. Czy przeżyją? Czasem wydawało mu się, że jest nieśmiertelny - kiedy tańczył na linie wysoko ponad ziemią, kiedy przeskakiwał z koła na koło z kocią lekkością, kiedy owijał się szarfą tuż pod sklepieniem głównego namiotu. Miał parę wypadków, żaden nie był śmiertelny. Nie chciał o tym myśleć, z roztargnieniem pchnął mocniej wózek, uciekając przed nią spojrzeniem. Przed nią, może po części przed sobą, przed wojną.
- Ty to jesteś dopiero optymistka - mruknął, trudno stwierdzić, czy do siebie, czy do niej, lecz z pewnością mogła to usłyszeć; jakkolwiek wojna na przemian wzbudzała w nim gniew i przerażenie, tak słowa Charlene brzmiały, jakby miał już kopać dla siebie grób. Czy tak rzeczywiście było, pewnie potrafiła ocenić lepiej, ale on tym mocniej chciał od siebie tę myśl odepchnąć. - Nasz cyrk działa jak działał, wpadnij kiedyś, jak szukasz zabawy - zaproponował. - W przebraniu, czy coś - Jeśli potrzebowała chwili radości, najprościej odnajdzie ją na Arenie. - Och? - Propozycji, która padła, właściwie się nie spodziewał. Ale też - nie potrafiłby jej odmówić. Chyba nawet trochę mu schlebiała, jeśli mógł dać im trochę zabawy, czemu miałby tego nie zrobić. - Będziesz w stanie to zorganizować? Jeśli tak - nie ma problemu. Nie będzie tak efektownie bez odpowiednich przyrządów i oprawy  - Zwykle występował na wysokości, a zamontowanie tutaj koła byłoby dalece utrudnione, ale rozpiąć linę już by się udało. Parę sztuczek, nic wielkiego. - Ale zrobię co w mojej mocy, jeśli uważasz, że to ma szansę zagrać, może przyda im się przerwa w lekcjach - obiecał, obdarzając ją uśmiechem, niewiele go to przecież kosztowało. - Będę musiał tylko zabrać linę - Raczej nikt nie zwróci uwagi, jeśli na kilka chwil wyniesie z cyrku jedną z nich, to tylko lina. - Jesteś surową nauczycielką? - zapytał, z rozbawieniem; nigdy nie wspominał nauki dobrze i trochę absurdalna była dla niego myśl, że to właśnie nauka miała wyciągać dzieciaki z otchłani rozpaczy. Na pewno było coś w tym, że lepiej było mieć zajęcie, niż nie mieć o czym myśleć: ale dzieciaki zawsze potrafiły je sobie znaleźć. - Słuchają cię? - pytał dalej, wciąż z szelmowskim uśmieszkiem, bo dziwnie było spojrzeć na szkołę z odmiennej perspektywy i stanąć obok nauczyciela jak równy z równym. Wiodła go ciekawość, w zasadzie Charlie wyglądała na miłą.
- Naprawdę? Czemu? - zapytał, kiedy wyznała, że odsunęła się od spraw Zakonu; podążali dalej drogą prowadzącą do wioski, mijając ukrywających się tutaj uchodźców. Starał się nie uciekać w ich stronę spojrzeniem.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Ruiny [odnośnik]12.03.21 14:41
Gdyby czas się cofnął, albo gdyby ktoś jej wtedy pokazał, jakie konsekwencje przyniesie ta decyzja, Charlie nie zostałaby Zakonniczką. Nie zdecydowałaby się na dołączenie do organizacji, choć na pewno nie odmówiłaby przyjaciołom pomocy eliksiralnej. Po prostu jej pomoc byłaby jeszcze bardziej zakulisowa, pozbawiona ryzykownych deklaracji, które ściągnęły jej na głowę poważne kłopoty i uczyniły ją poszukiwaną przestępczynią. Leightonowie z reguły nie lubili się angażować w ryzykowne przedsięwzięcia, byli ludźmi nauki, a nie walki. To Vera zgarnęła cały przydział odwagi Wrightów za nie dwie, jej pozostawiając bycie stuprocentowym Leightonem. Była dobrą, wrażliwą, empatyczną i mądrą czarownicą, ale nie nadawała się do wojen i tego typu spraw.
- Może i nie, ale nadal mogą zapewnić jedzenie, którego wielu ludziom obecnie brakuje, a przecież nadchodzi zima – westchnęła, zdając sobie sprawę, że ten czynnik mógł mieć wpływ na postawę niektórych. Zwłaszcza że ludzie zbyt omamieni propagandą mogli nawet nie rozumieć tego, że wydając kogoś ministerstwu podpisują na niego wyrok, bo w obecnych czasach na pewno nie było mowy o sprawiedliwości wobec takich jak oni. Justine była tego najlepszym przykładem. Ludzie byli różni, wielu mogło nie wierzyć obecnej władzy, ale na pewno byli i tacy, którzy wierzyli. Choć z reguły tym, którzy ministerstwo popierali, raczej głód nie zaglądał w oczy tak bardzo jak tym, którzy odwrócili się od chorego systemu. Tamci pewnie mieli swoje sposoby, by utrzymać przy sobie grono zwolenników, musieli mieć, bo inaczej nie mieliby takiej władzy. Niektórzy popierali ich ze strachu, inni dla korzyści, jeszcze inni z faktycznego przekonania. Ci ostatni byli najbardziej niebezpieczni: bo wierzyli w te chore idee. – Oczywiście, że nie zrobiłabym tego. Ale… nie wszyscy ludzie są jak ja czy ty. – Musiała pozbyć się złudzeń, że ludzie są z natury dobrzy. Nie, nie byli, nie wszyscy. Ktoś, kto krzywdził niewinnych, kto doprowadził do wydarzeń Bezksiężycowej Nocy i innych, nie mógł być dobry. Nie wszyscy wyrośli w takich wartościach jak ona, niektórzy byli od początku spaczeni lub stawali się tacy na drodze życia.
- Byłam w Ravenclawie. A ty pewnie w Gryffindorze, prawda? – zapytała. W Zakonie i wśród sojuszników było wielu dawnych Gryfonów, chyba najwięcej, choć Puchoni i Krukoni też się oczywiście pojawiali. Niemniej jednak Charlie uosabiała cechy Ravenclawu, w jej naturę była wpisana inteligencja i zdrowy rozsądek, nie zaś brawurowa odwaga zwykle przypisywana Gryfonom. Choć niewątpliwie można by się w niej dopatrzeć też cech Puchonki, bo była pracowita, szczera i uczciwa, a przy tym nie wyróżniała się niczym szczególnym. – Skończyłam szkołę w pięćdziesiątym pierwszym, przyznaję jednak, że nie pamiętam cię z tamtych lat. – Jeśli był sporo młodszy mogła go nie kojarzyć, zwłaszcza jeśli był z innego domu, bo młodych Krukonów prędzej mogłaby pamiętać, skoro czasem udzielała młodszym kolegom i koleżankom w pokoju wspólnym korepetycji z eliksirów i transmutacji. Krukoni byli mądrzy i zdolni, ale nawet wśród nich nie było ludzi wybitnych we wszystkim i byli tacy, którzy niekoniecznie lubili się z eliksirami, tak jak ona nie lubiła się z urokami i bez pomocy zdolniejszych koleżanek miałaby poważny problem ze zdaniem egzaminów z nich. Na wielu przedmiotach błyszczała, ale gdy przyszło rzucać uroki wychodziło jej to po prostu żałośnie i o ile z zaklęciami użytkowymi sobie radziła, tak uroki ofensywne szły jej tragicznie.
- Może kiedyś, gdy sytuacja trochę się uspokoi uda mi się do was wpaść. – Jeśli dożyje takich czasów, oczywiście. Na ten moment i tak była poszukiwaną zbrodniarką bez dostępu do Londynu. – Hmm... ja tutaj nie jestem nikim ważnym, nie jestem nawet w Zakonie, a jestem tylko jedną z wielu mieszkańców i nie znaczę nic więcej niż ty. Może powinniśmy zagadać do Billy’ego? Ewentualnie, co byłoby w moim zasięgu, mogłabym zagadać do swoich sąsiadów i pozbierać dzieciaki od nich, te od korepetycji, bo do nich mogę łatwo dotrzeć, ale jeśli chodzi o przedsięwzięcie na szerszą skalę, tu już raczej powinien pomóc ktoś z Zakonu. – Charlie nigdy nie miała talentów organizatorskich, była nieśmiałą alchemiczką, a obecnie też tylko mieszkanką Oazy, nikim więcej. Już nie Zakonniczką, nawet od bycia sojusznikiem odsunięto ją przez jej depresję, bo przez długie miesiące miała problem ze zmobilizowaniem się do czegokolwiek i dopiero niedawno zaczęła odżywać. Ale gdyby szepnąć słówko komuś z Zakonu, to czemu nie? Słyszała, że Billy i inni planują robić w Oazie małe boisko do quidditcha dla dzieciaków, to może i pomysł z występem akrobaty by się przyjął, potrzebowali tylko kogoś z większym talentem organizatorskim i siłą przebicia. – Staram się do nich dotrzeć, co nie zawsze jest łatwe i często wymaga indywidualnego podejścia, bo każde z tych dzieci interesuje coś innego. Te trochę młodsze pewnie też wolałyby się bawić niż uczyć, ale ich rodzice naciskają. Chociaż pokazy transmutacji zwykle się podobają. – Charlie jako dziecko uwielbiała obserwować jak dorośli rzucają zaklęcia, bo sama wtedy z oczywistych względów nie mogła tego robić. Ale lubiła patrzeć. Wiedziała też, że jej przemiany animagiczne się podobają, dzieci same często prosiły ją, żeby zmieniała się przy nich w kotkę. Dzięki animagii udało jej się przełamać ich początkowy dystans i z czasem było łatwiej. Kobieta zmieniająca się w kota nagle stała się w ich oczach ciekawszą osobą niż była zanim pokazała co potrafi. – Nie dam im tego, ile dałaby im prawdziwa szkoła i prawdziwi nauczyciele, jestem zbyt młoda by potrafić tyle co oni, ale w prowizorycznych warunkach Oazy trzeba radzić sobie inaczej. To właściwie bardziej korepetycje niż prawdziwe lekcje, ale jeśli to ma im pomóc, to robię to na tyle, na ile potrafię. Cóż… i tak obecnie jestem bez pracy, a w miejscu takim jak Oaza nie mając żadnego zajęcia idzie zwariować, więc chwytam się tego co mogę. Warzę eliksiry lecznicze, bo wielu ich potrzebuje, a kiedy akurat nie muszę tego robić, to idę do tych dzieciaków. Jest ich na razie kilka, z czasem może pojawią się i kolejne. – Te miesiące bezczynności źle się na niej odbiły, a jeśli chciała wyjść z depresji, musiała coś robić, nie mogła spędzać całych dni leżąc w łóżku, jak to robiła w maju i czerwcu, bo to do niczego nie prowadziło. Nie pomagało ani jej, ani nikomu, nie mogło też cofnąć czasu i zapobiec pewnym zdarzeniom. Chcąc przetrwać i nie oszaleć musiała znaleźć sobie nowe zajęcie i spróbować poskładać swoje rozsypane życie w choćby prowizoryczną całość. Jeśli przeżyje wojnę, może kiedyś uda się wrócić do Munga i do pracy profesjonalnej alchemiczki. A może tak polubi uczenie innych, że któregoś dnia w nieokreślonej przyszłości skończy w Hogwarcie ucząc eliksirów już nie jako korepetytor z przypadku, a prawdziwa nauczycielka? Ta myśl wydawała jej się póki co abstrakcyjna, bo czym innym było udzielanie korepetycji kilkorgu dzieciom z sąsiedztwa, a czym innym poważna funkcja w prestiżowej placówce, ale kiedyś… kto to wie? Przyszłość mogła potoczyć się w bardzo różnym kierunku i gdzieś głęboko w sercu pragnęła wierzyć, że wcale nie czekał jej grób, że jeszcze kiedyś będzie szczęśliwa i spełniona i że umrze dopiero jako staruszka po dobrze przeżytym życiu.
Potem ich rozmowa zeszła na trudniejszy temat, więc Charlie zmieszała się i umknęła wzrokiem.
- Tak będzie lepiej i bezpieczniej dla wszystkich – szepnęła. – Nie potrafię walczyć, nie umiem się obronić przed zagrożeniem, więc wolę się nie pałętać po kraju i nie szukać guza, bo mogę wtedy ucierpieć nie tylko ja.
Samotne wychodzenie tak mogłoby się skończyć, a skoro wiedziała, że nie umie się skutecznie bronić i że w jej przypadku ewentualny sukces zaklęć obronnych to częściej kwestia szczęścia niż umiejętności, to narażanie się byłoby świadomym kuszeniem losu, proszeniem się o kłopoty. Jej twarz była na plakatach, za jej głowę wyznaczono nagrodę. Nie tylko za nią, ale większość z pozostałych miała pojęcie o walce, ona nie. Wolała też nie posiadać informacji wielkiej wagi, od miesięcy nie była na żadnym spotkaniu Zakonu. Miała dość rozsądku, żeby się ukryć, a skoro się ukrywała, to nie mogła być w pełni użytecznym Zakonnikiem. Zwłaszcza że jej zdrowie psychiczne wciąż nie było idealne, a jak warzyła eliksiry lecznicze wolała rozdawać je innym niż zabierać dla siebie, dlatego często zaniedbywała spożywanie mieszanki antydepresyjnej, bo zawsze wydawało jej się, że niektórym przyda się bardziej i próbowała leczyć swoją depresję poprzez szukanie sobie zajęć w Oazie.
Dotarli do miasteczka, wokół było coraz więcej domków, stłoczonych blisko siebie, by jak najlepiej wykorzystać przestrzeń.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 46
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10/51
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton

Strona 41 z 43 Previous  1 ... 22 ... 40, 41, 42, 43  Next

Ruiny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach