Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 legilimens

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4227-skrytka-bankowa-nr-1059#86421 https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
Zawód : wytwórca i znawca różdżek
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler


words like stones
falling through the broken glass

OPCM : 14
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: legilimens   31.01.18 1:42

maj 1941

Rozgrzane cegły gwałtownie zmieniły temperaturę, gdy dłoń młodzieńca gładko przebrnęła przez granicę, wyznaczaną słonecznymi promieniami i zatopiła się w cieniu. Przez pierwszych kilka chwil źrenice przyzwyczajały się do ciemności, a zmysły przyjmowały zbawienny chłód, jeszcze lekko wymieszany z duchotą, panującą na hogwarckich błoniach. Pogłos kroków rozbrzmiewał cicho, pustka owiała korytarze - tak dobrą pogodę pragnęła wykorzystać większość uczniów i, tak jak się spodziewał, w bibliotece zastał tylko pojedyncze wyjątki. Odgłosy z zewnątrz subtelnie przebijały się ponad dźwięcznym szelestem przewracanych z wolna stronic - nawet bibliotekarka zerkała z tęsknym rozleniwieniem za okno, uwięziona wśród drobinek kurzu, połyskujących w pełnym słońcu. Powitał kobietę spokojnym skinięciem, znikając zaraz między regałami.
Odnajdywał się wśród nich z łatwością, jakby wraz z nazwiskiem przyznano mu biblioteczny kompas, współpracujący z układem każdej kolejnej, którą odwiedzał - tą zaś przyszło mu poznawać już od sześciu lat. Intrygowało go pewne zagadnienie, wymykające się z ram ogólnego poznania, o którym wiedza nie była wystarczająco rozpowszechniona. Drobna wzmianka podczas rozmowy z profesorem zaaferowała myśli całkowicie, odciągając je od koniecznej nauki, nawet od strugania prototypów różdżek w cieniu rosłego dębu; czarodzieja nie dało się podejść, z nieznanych Ulyssesowi powodów wolał nie zagłębiać się w temat, schodząc z tej ścieżki z lekkim pośpiechem. Ollivander naturalnie daleki był od pozostawiania zagadnienia wśród sterty nieważnych pojęć, wiązało się to jednak z przeszukiwaniem księgozbiorów na ślepo - nie pierwszy raz decydował się na taką opcję. Pytanie kogokolwiek o wskazówki miało jedną, całkiem istotną wadę. Informacje zbyt sprawnie przeistaczały się w plotki, gdy sięgały ust osób ponad miarę ciekawskich, do nich zaś zaliczał damę, której wzrok niemal przeszywał regały na wskroś.
Zgarnął kilka pozycji, część na chybił trafił, część z przeczucia, część z powodu innych, logicznych uzasadnień, znajdując im miejsce na stole. Rozwinięty pergamin przyjął pierwsze litery, kreślone czarnym tuszem na środku, układające się w zgrabne, tajemnicze słowo, fundament mapy myśli.

legilimencja

Z precyzją błądził wśród linijek tekstu, starając się wyłapać to jedno słowo z gąszczu innych, bardziej znanych. Skupiony na zagadnieniu dobierał coraz to inne książki, posiłkując się przypisami tam, gdzie była nadzieja. Nie zrażał się czasem, ciągnącym słońce w dół, za horyzont - w typowej dla siebie wytrwałości zapominając o konieczności jedzenia. I właśnie w chwili, gdy żołądek stanowczo dał o sobie znać, uwagę przyciągnęła "mencja". Poruszył się niespokojnie na krześle, czując, jak serce lekko przyspiesza - czyżby minął wyszukiwane słowo? - wrócił kilka linijek, chaotycznie siekąc je przenikliwym spojrzeniem lodowatych tęczówek. Zmarszczył brwi, wpatrując się w pokrewne słowo.

oklumencja

Do tej pory wiedział niewiele. Sztuka powiązana z magią umysłu - całkowita definicja, jakiej mógł być pewien, wywnioskowana z lakonicznej wypowiedzi znawcy. Wystarczająco dużo, by rozpocząć poszukiwania, lecz ta enigmatyczna oklumencja otworzyła właściwe wrota. Notował ciasno, chaotycznie, ale wciąż czytelnie, aż zaszło słońce. Spisał wszelkie możliwe pomocnicze tytuły, nim skrupulatnie odłożył książki na miejsce, wypożyczając tylko jedną - miała być zapamiętana na długie lata.


lipiec 1941 - czerwiec 1942

Początkowa fascynacja legilimencją odsunęła się w cień, w świetle zainteresowania stawiając teraz oklumencję. Rozpracowanie pojęć nie zajęło Ollivanderowi wiele czasu, materiały z hogwarckiej biblioteki były wystarczające, by poznać ogólne założenia umiejętności, lecz nie znalazł nic, co mogłoby okazać się bardziej pomocne. Podejrzenia krążyły wokół Działu Ksiąg Zakazanych, tak jak i plany - na szczęście w tej kwestii cierpliwość pozwalała Ulyssesowi odłożenie zdobycia pozwolenia na kolejny, ostatni rok w szkole. Wcześniej zamierzał przeszukać księgozbiory Ollivanderów, nie mniej bogate. Podzielał zapał rodziny do gromadzenia tytułów z każdego możliwego pola, nie raz, nie dwa dziękując przodkom za kolekcję. W tym czasie łudził się jeszcze, że umiejętność opanuje samodzielnie, ulegając młodzieńczej pysze i przesadnej wierze we własne możliwości. Ta wizja rozmyła się niedługo później, gdy okazało się, że teoria nie jest nawet połową drogi. W kufrze upchnął dwie istotne księgi, przemycone z rodowej biblioteki. Mimo upartego studiowania ich przez cały rok, nie odłączając ćwiczeń, w których niebezpiecznie zatapiał się po nocach, odcinając własne emocje od rozumu, nie miał jak sprawdzić rzeczywistych umiejętności. Wizja odsłonięcia swych myśli przed potencjalnym przeciwnikiem wydawała się tak samo przerażająca, jak fascynująca. Zakradała się w sny, gdy zmęczony umysł obojętniał na świat, dusiła, oplatała ciasno łańcuchami wyobrażeń. Miotał się w swoich pragnieniach i obawach, każdą wątpliwość trzymając głęboko w sobie, stając się chłodnym, obojętnym, odległym.
Nigdy wcześniej nie podjął tak ciężkiej pracy nad sobą, lecz gdy już się zaczęła - miał wrażenie, że tym samym ściągnął na siebie przekleństwo, odbierając solidny kawałek życia. Może stąd brały się nagłe zrywy, pogoń za adrenaliną, jakiej wcześniej także nie doświadczał. Wściekłość i frustrację wyładowywał na Merlina winnych kawałkach drewna, przeistaczając je w coraz zgrabniejsze kształty, lecz niszczył je tak szybko, jak powstały. W teorii myśli powinny pozostać pod kluczem, pozwolić na pełne skupienie, powinny z n i k n ą ć. W praktyce tonął w chaosie, brnąc do zagadnień, na które mógł nie być gotowy. Skaza pozostała - potrzebowała tylko dłuższej przerwy, by o sobie przypomnieć.


listopad 1948

Fascynacja i zainteresowanie wracały, nieraz pochłaniając umysł Ollivandera na długie godziny. Pogrążał się w czymś na kształt medytacji, koncentrując na niezdrowych praktykach, unikając rzeczywistości i własnych, najczystszych odczuć, szukając odległego świata, w którym królowała... pustka. W młodszym umyśle nie malowała się w ten sposób, spozierała tylko z oddali w roli niesprecyzowanej płaszczyzny, będącej ponad wszystkim, bariery, jaką miał sobie stworzyć. Praktyka skrajnie męcząca nawiedzała Ulyssesa od czasu do czasu, na ogół nie zostając na zbyt długo, szukając sobie miejsca z tyłu głowy, gdzieś w pamięci, gdzieś w przyszłości.
Odnalazła się w przypadku, między ceglanym przejściem na ulicę Pokątną, gdy zaczynał już odnosić sukcesy w różdżkarstwie, czemu poświęcał większość cennej energii i błyskotliwości. Nie zdążył ostukać cegieł różdżką, zaczęły przesuwać się same, wiedzione magiczną siłą - zdarzało się, że ktoś akurat wracał z zakupów, gdy ktoś inny dopiero się na nie wybierał. Znajoma twarz przywołała na usta uprzejmy, aczkolwiek zdystansowany uśmiech, przeczucie pchnęło do rozpoczęcia pogawędki, a wymieniane słowa niebezpiecznie zbliżały się do niegdyś urwanego tematu. Pech chciał - ach, może tym pechem był Ollivander sam w sobie, razem z niewybrednie wykorzystaną okazją - że różdżka emerytowanego profesora wyślizgnęła się z dłoni, niefortunnie utykając między cegłami. W zamian za pomoc w naprawie cennej własności oczekiwał tylko wskazówek i krótkiej rozmowy. Mężczyzna uległ, prawdopodobnie pod nieustępliwym spojrzeniem i przeczuciem, że tak czy siak temat nie zostanie zapomniany.
Historia nie należała do skomplikowanych - okazał się ofiarą ćwiczącego, niedoświadczonego legilimenty, który przez brak dostatecznej wiedzy wyczyścił część wspomnień profesora, skazując go na parę lat zaskoczeń i towarzystwa ludzi, jakich musiał uczyć się na nowo. Z trudem przyznał, że sam uległ fascynacji zagadnieniem i zagłębiał się w nie, zaślepiony wizją szczeniackiej zemsty, ostatecznie niedokonanej - rozum ponoć przywykł do pojednania. Niemniej, zarzekał się, że wiele lat nie korzystał z umiejętności, dostrzegając coraz więcej negatywnych aspektów tejże i jedynie błysk w oku podpowiadał, że podobna kolej rzeczy wcale nie odpowiada mu tak bardzo, jak przekonywał. Różdżkarz pozostawił ten drobny szczegół bez komentarza, podając rozmówcy wizytówkę z naprawioną różdżką i wieńcząc spotkanie tylko kilkoma słowami - w razie potrzeby, nietrudno mnie znaleźć.


kwiecień 1953

Sowa wylądowała na ciężkim blacie, szorując pazurami o drewno, nim uniosła usłużnie nóżkę przed Ollivanderem - martwe spojrzenie przesuwało się nieświadomie po listach, jakich nie zdążył jeszcze przeczytać. Kondolencje rozsypywały się po całej posiadłości - szczere, nieszczere, nie miały większego znaczenia w obliczu tragedii, jaka spotkała ich zaledwie dwa dni wcześniej. Trwał bez ruchu, dopiero donośny skrzek i strużka krwi spływająca między palce zwróciła jego uwagę - ptaszysko najwyraźniej zmęczyło się oczekiwaniem i domagało się zdjęcia ciążącego pergaminu. Początkowo odrzucił kopertę na stertę innych, tylko zamglone przeczucie pokierowało dłoń do pisma. Żadnych słów o Ophelii, zaledwie jedno zdanie, sprawiające, że odłożył list do szuflady, mimowolnie poświęcając mu coraz więcej uwagi, gdy dni od śmierci siostry nieubłaganie dryfowały naprzód.


listopad 1953

Pewne przyzwyczajenia zostają z nami na zawsze
i podejrzewam, że już zdążyłeś się o tym przekonać.


Zdanie z listu rozbrzmiewało w pustce coraz częściej, szczególnie podczas codziennego rytuału oczyszczania myśli ze słodkiej Valerie, w sennych marzeniach znikającej między drzewami znajomego lasu. Wszelkie poznane ścieżki prowadziły do zgubienia, zmęczone kroki tonęły w ogłuszającym krzyku suchych liści, jakby maltretował własne wspomnienia, krusząc je pod ciężkimi podeszwami. Rozpacz trawiła od środka, wypalając spojrzenie pojedynczymi łzami - do czasu, gdy zmęczony własną słabością i niemocą poddał się przyzwyczajeniom. Obserwował, jak ogrodnik ucina przydługie gałęzie krzewów. Z każdym cichym trzaskiem zamykał kolejne wrota. Wspomnień, nadziei, emocji, bliskości, tęsknot, pragnień, wrażliwości. Ciężki rok chylił się ku końcowi, na swoim garbie niosąc straty emocjonalne, z którymi wciąż nie mógł się pogodzić. Pióro z nienaturalnym spokojem ułożyło się w dłoni, materializując na papierze słowa. Najpierw zacytował zdanie profesora, dopiero pod nim dopisując własne.

Wystarczająco, by zrobić z nich użytek.


grudzień 1953

l e g i l i m e n s
Ugodziło w niego z impetem, gdy świadomie rezygnował z obrony, w masochistycznej zmyłce stając przed oponentem z uniesioną różdżką oraz głową. Potrzebował siły, której nie mógł zdobyć bez ciążącego widma porażki, okropnych konsekwencji oraz zniesławienia. Celowo wystawił się na atak, obiecując sobie, że robi to po raz pierwszy i ostatni, tylko przed sędziwym profesorem, który po paru latach przemyśleń zdecydował się na przekazanie własnego doświadczenia. Świeże wspomnienia zaparły dech w piersiach, sprowadzając Ollivandera na skraj wytrzymałości. Drżąca dłoń rozdarła poły materiału, ledwo dokopując się do porcji leku, przygotowanej z wyprzedzeniem - nie spodziewał się innego obrotu spraw. Ciężki oddech wracał do normy powoli, gdy ziołowa mieszanka odpędzała Ondynę poza strefę zagrożenia. Myśli wlewały się z powrotem do głowy, pulsując gwałtownie w skroniach, racząc go migawkami w chaotycznych porządkach. Nie myślał wiele - albo może zbyt dużo, poddawany serii milisekundowych klatek.

szmaragdowy las, bolesny upadek, pierwszy atak, Valerie
siedem różnych piór na stole, matka we łzach
biała klacz
gęsta ulewa, nagie ramię i zryw serca
pobojowisko, testrale, widok gór w dzikim pędzie
chaber-
i chaber w jasnych włosach




Rozbłysnął boleśnie, opalizującą barwą odciskając się w ostatniej myśli, oślepiając niebieskie tęczówki - był po stokroć bardziej niebieski od wszystkiego, co widział na tym cholernym świecie. Musiał zapalić. Miał wrażenie, że pali pieprzone chabry, wyobraźnia kreowała nawet ich zapach. Napływ przykrych myśli nie wyparł świadomości - teraz materiału do analizy przybyło więcej niż przez wszystkie lata teorii.


styczeń - listopad 1954

Oklumencja, w oczach Ollivandera, była prostsza do opanowania, gdy znało się jej przeciwnika - legilimencję. Pierwsze próby spędził na analizowaniu tej sztuki, starając się podejść ją na każdy możliwy sposób, budując w myślach jej strukturę, szukając związków i zasad, jakich nie podpowiadała teoria. Dopiero wtedy grunt utwardzał się, a różdżkarz na dobre postanowił oddać się zamykaniu umysłu, regularnie stając przed wiekowym profesorem, wyraźnie słabnącym w oczach - tylko fizycznie, lecz  wystarczająco wyraźnie, by stanem zdrowotnym martwić uzdrowicieli. Mimo silnej woli i uporu, listopad zmusił go do dłuższego pobytu w szpitalu, Ulyssesa i jego praktyki pozostawiając samemu sobie. Pojedyncze sukcesy miał już za sobą - według opinii nauczyciela wystarczająco solidne, by poradzić sobie z opanowaniem oklumencji.


maj 1956

Nagłe ozdrowienie, szczególnie w tak niesprzyjających okolicznościach, prezentowało się nienaturalnie i łudząco pozytywnie. Anomalie szalały wokół, zaciągając więcej istnień na skraj przepaści niż do krainy nagłych uzdrowień. Doszli do tego samego wniosku - cisza przed burzą - z tą różnicą, że Ulysses zachował to nieeleganckie spostrzeżenie dla siebie, mimo wszystko życząc profesorowi mnóstwo zdrowia w tych wybitnie ciężkich czasach. Mężczyzna, mimo tak uprzejmie wybrzmiewających życzeń, szykował się do zamknięcia ostatnich spraw, po cichu żegnając życie i rozsyłając listy do starych znajomych, niemal zapraszając na swój pogrzeb. Zapierał się też, że znajdzie czas tylko na jedno, ostatnie legilimens w swoim życiu.
Ostatecznie inkantował je trzykrotnie, żadną próbą nie mącąc spokoju i barier, jakie wyznaczał mu Ollivander. Kilka dni później, pod koniec najbardziej specyficznego maja w swojej historii, przyjmował kwiaty od różdżkarza na swoim świeżym grobie.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
 

legilimens

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18