Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Mniejszy salon
AutorWiadomość
Mniejszy salon [odnośnik]05.02.18 19:26
First topic message reminder :

Mniejszy salon

Dużo mniejszy od głównego salonu i bardziej przytulny. Jest to miejsce przeznaczone do mniej formalnych spotkań z rodziną i przyjaciółmi rodziny, gdzie można odpocząć na miękkich zielonych kanapach i fotelach, grzejąc się przy niepodłączonym do sieci Fiuu kominku opalanym drewnem z pobliskiego lasu. Także to pomieszczenie swym wystrojem nawiązuje do tradycji i symboliki rodu Flint. To miejsce szczególnie lubiane przez młode latorośle Flintów, które w tym ustronnym pokoju mogą czuć się bardziej swobodnie i oddawać się lekturze, rozmowom z bliskimi lub samotnym rozmyślaniom. Na ścianach wisi kilka obrazów oraz starannie wykonanych szkiców magicznych ziół oprawionych w ramy. Na jednym z regałów można znaleźć kilka pięknie wykonanych zielników, choć znaczna większość księgozbioru rodowego znajduje się w bibliotece.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Mniejszy salon - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Mniejszy salon [odnośnik]05.11.18 12:18
Cressida wraz z mężem odwiedzili Festiwal Lata, ale jego beztroska aura zdążyła już przeminąć i nie wiadomo czy w przyszłym roku nastąpi. A nawet jeśli – być może już nie będzie jej uchodziło się tam pojawić w obliczu rodzących się między starymi rodami podziałów. Nie mogła nawet pojawić się na ślubie własnego kuzyna, ale przyjęła to z pokorą i ani przez moment nie przeszło jej przez myśl, by kwestionować polecenie nestora czy ojca – który dzisiaj podczas tej rozmowy w jego gabinecie stanowczo zabronił jej pojawiania się u Ollivanderów, podobnie jak zabronił tego własnej żonie, wywodzącej się z tego właśnie rodu. Skoro na ślub Ulyssesa zaproszono gmin, nie było tam miejsca dla Cressidy i jej męża, ani dla jej rodziców i rodzeństwa, a już na pewno nie po artykule w Walczącym Magu, który pokazał jej ojciec na poparcie swoich słów. Mimo tak wątłej politycznej wiedzy dziewczątko zdawało sobie sprawę, że konieczność zerwania pozytywnych relacji z częścią rodziny ze strony matki może okazać się konieczne. Nieprzyjemne i bolesne, ale konieczne, zwłaszcza w świetle tego, że Fawleyowie pragnęli odzyskać zaufanie dobrych rodów o tradycyjnych poglądach, oraz utrzymać tak cennych sojuszników, jakimi byli Flintowie. Małżeństwo Cressidy, uświęcone i scementowane narodzinami bliźniąt, miało stanowić fundament dla tego sojuszu, choć nadal dziwnie było jej z myślą, że jej związkowi z Williamem oraz narodzinom dzieci próbowano nadać polityczny wymiar.
Ojciec Cressidy, mimo przekroczenia pięćdziesiątego roku życia, pozostawał silny i dumny, różniąc się mocno od schorowanego brata naznaczonego piętnem genetycznej choroby. Choć bywała tu teraz stanowczo zbyt rzadko, wiedziała że kontynuował swoje zwyczaje. Doglądał rodowego interesu oraz polował, już nie obawiając się, że najmłodsza córka o zbyt miękkim sercu wypłoszy mu całe ptactwo. Cressida prawdopodobnie była pod tym względem zmorą ojca, wujostwa i kuzynostwa, często wykorzystując swój dar, by chronić skrzydlatych przyjaciół. Za czasów, kiedy tu mieszkała, również często bywała w lesie, spacerując, rozmawiając z ptakami i szkicując rośliny. I często wracała stamtąd niosąc na sukience i we włosach fragmenty gałązek i liści, bo mimo swojej artystycznej duszy i niechęci do polowań pozostawała prawdziwą lady Flint.
Nie zgorszył jej widok Rosemary w takim wydaniu, choć kiedy niemal na siebie wpadły, uniosła ze zdziwienia brwi. Zdawała sobie sprawę, że w przeszłości kuzynka nie darzyła jej sympatią. Dzieliło je siedem lat różnicy i różniły się także temperamentem, różnie potoczyły się także ich losy. Podczas gdy Rosemary ledwie rok cieszyła się małżeństwem, by później wrócić do rodowego dworu z piętnem bezdzietnej wdowy, Cressida była szczęśliwą żoną i matką dwójki dzieci, choć ledwie tydzień temu skończyła dwadzieścia lat. Ale nigdy nie gardziła starszą krewniaczką, raczej po prostu jej współczuła – to nie jej wina, że jej mąż zginął, zostawiając ją bez szczęścia, jakim były własne dzieci i skazując na samotność. Nigdy się też nie wywyższała z powodu tego, że jej udało się wypełnić obowiązek i powić mężowi potomstwo, choć niektórzy krewni mogli tak myśleć. Choć dawniej, zanim Rosemary została wdową a Cressida wyszła za mąż i urodziła dzieci, wszystko układało się na odwrót. To Cressidzie stawiano za wzór starszą kuzynkę, idealną Flintównę, która nie przynosiła swojemu ojcu wstydu mazgając się na widok ustrzelonego ptaka, świetnie polowała i doskonale znała się na ziołach. Leander kiedyś powtarzał jej, że chciałby, by była taka jak Rosemary i Morrigan, i nalegał, żeby brała z nich przykład. Na szczęście na osłodę miał swojego pierworodnego syna, dzięki czemu łatwiej mu było przełknąć tą jakże kobiecą miękkość i wrażliwość Cressidy, aprobował jej uległość wobec woli rodu i pokorę godne szlacheckiej panny na wydaniu. Z powodu tej delikatności bardzo szybko również wydał ją za mąż za pierwszego mężczyznę który poprosił o jej rękę, być może obawiając się, że nikt więcej poza Fawleyami nie zainteresuje się takim dziewczęciem jak Cressida.
- Witaj, Rosemary – przywitała ją grzecznie, choć z pewnym onieśmieleniem, świadoma że kuzynka zawsze traktowała ją z pewnym dystansem, choć dziś wydawała się zaskakująco miła i pogodna. – Ta wizyta wynikła dość spontanicznie. Stwierdziłam, że zbyt dawno tu nie byłam. – Ostatni raz jeszcze w sierpniu, a wcześniej w lipcu, w rocznicę śmierci Machy, kiedy to z Morrigan wspominały zmarłą, będącą dla Cressidy kuzynką oraz przyjaciółką. Były podobnie delikatne i wrażliwe. Tyle, że jedna z nich okazała się nawet zbyt wrażliwa i odebrała sobie życie. – Miałam właśnie zamiar ich szukać, ale nie odmówię twojej propozycji, te zioła pachną przepięknie. Zostanę tu co najmniej do jutra, jeszcze zdążę ich znaleźć i porozmawiać ze wszystkimi. Chodź, usiądźmy razem i porozmawiajmy.
Skoro Rosemary sama proponowała jej wspólne picie ziółek, nie miała serca odmówić. Mimo ich niełatwych relacji były rodziną – a rodzina stanowiła dla Cressidy wartość niezwykle wysoką. Była też ciekawa zachowania kuzynki; czyżby chciała z nią o czymś pomówić?
Weszły więc do saloniku. Cressie usiadła na jednym z foteli, w których dawniej siadała tak często, że doskonale znała fakturę materiału, który wyczuła pod palcami gdy przesunęła dłonią po podłokietniku. Znała też każdy szczegół tego pomieszczenia.
- Bardzo tęsknię za rodzinnym domem i zawsze z niecierpliwością czekam na każdą wizytę tutaj. Cieszę się... że nadal mogę je składać – przyznała. Niezwykle jej ulżyło, kiedy okazało się, że w czasach obecnych podziałów nie wyląduje nagle po drugiej stronie barykady, odcięta od najbliższych. Fawleyowie wrócili na dobrą drogę. – Co u was słychać? Mam nadzieję, że nie działo się nic złego od czasu mojej ostatniej wizyty. – Choć rodzice o niczym takim nie wspominali, istniało prawdopodobieństwo, że mogli nie chcieć nic powiedzieć, zwłaszcza matka, która zawsze chroniła ją przed nieprzyjemnymi wieściami.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Mniejszy salon [odnośnik]04.04.19 13:27
Rosemary również nie mogła pojawić się na ślubie Ollivanderów. Wprawdzie lord Ulysses nie był dla niej aż tak bliską rodziną jak dla Cressidy, ale Flintówna również ubolewała nad swoją nieobecnością w uroczystości. Tak samo jak nad tym, że zaproszono osoby nieczystej krwi. Mimo świadomości, że i Ollivanderowie i Prewettowie mają wyjątkowo liberalne podejście w tym temacie i dość neutralnego nastawienia do takich osób ze strony samej Rosemary, nie uważała tego za odpowiednie. Ceremonie zaślubin przedstawicieli arystokracji miały swe korzenie i tradycje tak stare, jak zapewne drzewa w samym sercu Puszczy Charnwood i mimo całej sympatii i tolerancji Rosemary w stosunku do czarodziejów nie do końca czystej krwi... nie uważała, że zrywanie z tradycjami w ten sposób, to dobry pomysł. To jednak nie był jej ślub, ani bliskiego członka jej rodziny i dopóki (oby na wieki!) Flintowie mieli dobre stosunki z Ollivanderami, to się tym aż tak nie przejmowała. Teraz tym bardziej, kiedy miała większe problemy niż udział lub jego brak w arystokratycznej ceremonii zaślubin.
Rosemary skinęła głową na odpowiedź kuzynki, po czym gestem wolnej dłoni zaprosiła ją do salonu. Choć sama uważała to za niegodną szlachcianki słabość, rozumiała tęsknotę Cressidy za domem. Sama nie była dużo starsza od niej, kiedy wydano ją za mąż i zamieszkała równie daleko od domu, co jej młodsza kuzynka obecnie. Na ziemiach Slughornów czuła się obco i samotnie, ale jednak przezwyciężała potrzebę odwiedzenia Charnwood wierząc, że od dnia zaślubin to Appleby Castle stał się jej jedynym domem. W ten sposób tęsknota za dobrze jej znanymi lasami i drewnianym dworkiem obrośniętym bluszczem była więc nie na miejscu, a ilość wizyt w rodzinnych stronach ograniczona do jednej, może dwóch. Nic dziwnego, że Morrigan zarzucała siostrze "odcięcie się" od rodu ich ojca. Cóż, najwyraźniej obie patrzyły na tę kwestię nieco inaczej. A Cressida podobnie jak Morr. Nie winiła ich za to.
Weszły do przytulnego, mniejszego z salonów i zajęły miejsca. W międzyczasie Rosemary przywołała skrzata domowego i poprosiła o przygotowanie naparu z ziół, które zebrała.
- Ciężko się rozstać z Charnwood, prawda? - westchnęła z nutą melancholii w głosie na słowa młodziutkiej lady. - Sądziłam, że nie da się tęsknić za domem bardziej niż ja w Appleby Castle... ale najwyraźniej się myliłam - uśmiechnęła się delikatnie i jakby pocieszająco do kuzynki, ale zaraz odwróciła wzrok na dłuższą chwilę zawieszając spojrzenie na lesie widocznym przez okno. Ironia losu, prawda? Tak pragnęła wrócić do domu, marzyła o tym, odkąd została lady Slughorn... i stało się - straciła męża, straciła nazwisko, straciła też dobre imię... ale wróciła. Czasami trzeba uważać o czym się marzy.
- To dobrze, że Fawleyowie nie mają nic przeciwko twoim powrotom do rodzinnych stron - odezwała się ponownie, odwracając wzrok na powrót do Cressidy. - Jak ci się tam mieszka? W Ambleside? - zagadnęła. W sumie z czystej ciekawości, bo w dworku Fawleyów była może... raz czy dwa? Z pewnością nie więcej. Ród Fawleyów był dość specyficzny (jak chyba każdy), a jego przedstawiciele zdaniem Rosemary wyjątkowo wrażliwi, natchnieni i artystyczni. Dla takiej osoby jak ona, która nigdy specjalnie nie zachwycała się sztuką, byli trochę za bardzo oderwani od rzeczywistości i przykładali zbyt dużą rolę do tego, co wychodziło spod rąk i różdżek czarodziejów. Z drugiej jednak strony jakby na to spojrzeć, to Cressie wpasowała się tam idealnie, jak gdyby była urodzona do zostania lady Fawley. Wbrew pozorom w przypadku dam to o wiele lepsze niż bycie typową przedstawicielką swego rodu... chyba, że wychodzi się za mąż za swego krewniaka.
- Złego...? - powtórzyła za nią trochę zaskoczona pytaniem. Na wszelki wypadek przewertowała jednak w pamięci wydarzenia ostatniego miesiąca.
Dworek w Charnwood był na ogół spokojnym miejscem, odciętym od świata pełnego afer i chaosu, nawet anomalie jakoś mniej tu dokuczały. Czas tu jakby zwalniał, a zło zapominało o tym miejscu. I dobrze.
- Nie, wręcz przeciwnie - uśmiechnęła się pogodnie w momencie, kiedy z cichym trzaskiem zmaterializował się skrzat z porcelanowym imbrykiem i dwiema filiżankami. Zapach jaki mu towarzyszył świadczył o tym, że zioła już się parzyły w zdobionym czajniczku.
- Mój ojciec czuje się lepiej niż kiedykolwiek, gdybyś go widziała... - powiedziała nie kryjąc radości, choć ściszyła lekko głos. Jak nic dostałaby burę od lorda Randolfa za dzielenie się z kimkolwiek jego stanem zdrowia. Ale jeśli czuje się dobrze... to chyba nie ma powodu, żeby to ukrywać, prawda?
- Koło południa wybieramy się na tor strzelniczy, nie chcesz nam potowarzyszyć? - zapytała. Wiedziała, że to niezbyt ulubiona dyscyplina sportu Cressidy... ale grzecznie było zapytać. Tym bardziej, że mieli strzelać do tarcz, nie do żywych stworzeń.
Skrzat zniknął, a Rosemary po chwili rozlała napar do filiżanek. Jedną z nich podała kuzynce.


I feel the pages turning
I see the candle burning down
Before my eyesBefore my wild eyes



Rosemary Flint
Zawód : magifitopatolog, zielarka
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
Woda, której dotykasz w rzece,
jest ostatkiem tej,
która przeszła,
i początkiem tej,
która przyjdzie;
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
tak samo teraźniejszość
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6186-rosemary-artemisia-flint https://www.morsmordre.net/t6364-corvus#161229 https://www.morsmordre.net/t6360-rozmaryn-z-piolunem https://www.morsmordre.net/f130-charnwood-dwor-flintow https://www.morsmordre.net/t6430-rosemary-flint#163976
Re: Mniejszy salon [odnośnik]05.04.19 14:44
Bycie szlachcianką oznaczało, że nie zawsze można było kierować się zachciankami i chęciami. Ulysses dokonał wyboru, a Cressida dokonała swojego, stając murem za rodziną i mając świadomość, że łamanie tradycji nie powinno mieć poparcia. Nie naraziłaby się na taką śmieszność, pokazując się na tak postępowym wydarzeniu, gdzie dzieci mugoli miały bawić się ze szlachetnie urodzonymi jak równi z równym – mimo że na co dzień byli jej raczej obojętni i nie zajmowała nimi swoich myśli, już w szkole starannie pilnując, by grono jej przyjaciółek i koleżanek składało się z dziewcząt o szlachetnej lub przynajmniej czystej krwi. W przeciwnym wypadku pan ojciec byłby bardzo zawiedziony, podobnie jak byłby, gdyby postanowiła pójść na ten ślub. Jednak o ile dotychczas nikt nie wnikał zbyt mocno w to, z kim się przyjaźniła, dopóki były to osoby szlachetnie urodzone lub czystokrwiste, tak teraz część jej znajomości z pewnością stanie pod znakiem zapytania. Tym już musiała się zmartwić, i mimo dotychczasowego braku zainteresowania polityką i ona rozmyślała o mającym odbyć się w październiku szczycie w Stonehenge.
Cressida tęskniła za domem, bo to Charnwood uważała za swój prawdziwy dom. Mogła zmienić nazwisko, ale nie krew w swoich żyłach ani wspomnienia dziewiętnastu lat życia. Starała się łączyć bycie Flintem i Fawleyem, ale nigdy nie zapominała o korzeniach i regularnie gościła w dawnym domu, gdzie mieszkali ludzie, z którymi dzieliła krew. Z Fawleyami jej nie dzieliła, więc siłą rzeczy nie byli jej tak bliscy jak rodzice, rodzeństwo i kuzynostwo – poza mężem i dziećmi. Okazywała im jednak szacunek i starała się zbudować relacje z krewnymi Williama. Na szczęście mąż szanował jej miłość do rodziny i nie próbował odwodzić jej od wizyt u rodziców i rodzeństwa.
- Bardzo ciężko – przytaknęła słowom kuzynki. – Ale dopóki żyje tu moja rodzina, to zawsze będzie mój dom, i mam nadzieję, że będę tu mile widziana. Choć przyznaję, nadal trochę dziwnie być tutaj gościem a nie mieszkańcem. Przed wyjazdem do Beauxbatons praktycznie nie znałam świata poza tym dworem i otaczającym go lasem. To był cały mój świat.
Prawdopodobnie każda kobieta tęskniła za rodzinnymi stronami, a przynajmniej większość. Choć pan ojciec był surowy i konserwatywny, Cressie kochała bliskich całym swoim malutkim serduszkiem. Miała też świadomość różnic między tymi rodami. Flintowie byli o wiele bardziej przyziemni i praktyczni – jej ojciec był szablonowym przedstawicielem rodziny, oddanym tradycjom, zajmującym się rodowym interesem zielarskim i miłującym polowania. Cressida mimo miłości do bliskich oraz do skarbów lasu zawsze była nieco inna – delikatna, wrażliwa i o artystycznej duszy. Płakała, kiedy zmuszano ją do polowań, uwielbiała za to pokrywać płótno farbami. Nie była też pełnym Fawleyem, bo jak przystało na leśnego Flinta była nieśmiała, wycofana i nieco zahukana, a salonowy blichtr nie był do końca jej żywiołem. Prawdopodobnie zawsze już miała stać na pograniczu, będąc po części Flintem, a po części Fawleyem, zupełnie jakby rzeczywiście została stworzona do małżeństwa z Williamem.
- Mój mąż nie ma nic przeciwko – rzekła; wypełniała swoje obowiązki, była przykładną żoną, nie plamiła się niczym niestosownym, więc nie istniały powody, dla których nie mogłaby raz na jakiś czas odwiedzać bliskich. – W Ambleside jest zupełnie inaczej niż tutaj. Nie gorzej, po prostu inaczej. Brakuje mi tam naszych lasów, ale mamy za to piękne ogrody. Po ponad roku małżeństwa coraz łatwiej przychodzi mi odnajdowanie się tam. – A przynajmniej były piękne póki nie ucierpiały przez anomalie, choć skrzaty starały się o nie zadbać. Niemniej jednak Cressida naprawdę doceniała starania męża i próbowała odnaleźć się w nowym miejscu, co z biegiem miesięcy przychodziło jej łatwiej niż na początku.
- Czy tobie czasem brakuje Slughornów? – zapytała nagle. Podejrzewała jednak, że to dla kuzynki wciąż może być trudny temat, więc nie zamierzała naciskać na odpowiedź. Zdawała sobie sprawę, jak trudna musiała być utrata męża i powrót w niełasce na łono panieńskiego rodu, choć na szczęście znalazła tu dla siebie na nowo miejsce i za sprawą swojej wiedzy o magicznej florze była użytecznym członkiem rodu. I mimo tego, że jako lady Slughorn Rosemary znacząco zmniejszyła kontakty z Flintami, większość życia spędziła tutaj, a tam tylko krótki czas. Jej ojciec mimo wdowieńskiego stanu Rosemary zawsze wypowiadał się o jej umiejętnościach z podziwem i szacunkiem, a dawniej wyrażał ubolewanie, że Cressida nie może być bardziej jak ona i Morrigan.
- To dobrze – uśmiechnęła się z ulgą, słysząc że nie działo się ostatnio nic przykrego. Kiedy skrzat podał ziółka, Cressie przez chwilę zaciągnęła się ich zapachem dobywającym się z imbryczka. – I cieszę się, że mój wuj, a twój ojciec czuje się lepiej. – Pamiętała, jak zawsze Morrigan martwiła się jego chorobą. Brat jej ojca został dotknięty piętnem genetycznej choroby, które dawały się we znaki szlachetnie urodzonym, choć Cressida szczęśliwie tego uniknęła. A przynajmniej nigdy dotąd nie odczuwała żadnych objawów takich schorzeń. Geny sprawiły jej za to inną niespodziankę: potrafiła rozmawiać z ptakami.
Właśnie przez ten dar nie mogła w pełni uczestniczyć w niektórych tradycjach rodu, ponieważ nie potrafiła zabijać i jeść czegoś, z czym rozmawiała jak z człowiekiem. Wobec innych zwierząt także była wrażliwa, ale wobec ptaków najbardziej, i unikała nawet jedzenia ptasiego mięsa. Przynajmniej świadomie.
- Właściwie to mogę się z wami wybrać... – zgodziła się, przyjmując filiżankę z ziółkami. W końcu chciała pobyć z rodziną, a do tarcz mogła strzelać, nie były żywymi istotami, których jej miękkie serce mogłoby żałować. Poza tym ojciec byłby zadowolony, widząc że spędzała czas z krewnymi na aktywności zdecydowanie przystającej Flintowi, nawet jeśli byłemu. – Bardzo chcę odwiedzić las. Pozaglądać w ulubione miejsca, a także odwiedzić ptactwo. – Większość bliskich krewnych żyjących z nią pod jednym dachem wiedziała o jej darze. Trudno było go ukryć, kiedy była dzieckiem i w wieku lat czterech czy pięciu nawet jeszcze nie wiedziała, że jest to coś z czym powinna się ukrywać. Dopiero w szkole zaczęła dużo bardziej uważać na to, przy kim używa swoich umiejętności i w Beauxbatons ledwie garstka osób wiedziała o jej talencie. Na salonach również nie była to wiedza powszechna, poza krewnymi i mężem wiedziało tylko kilkoro jej bliskich przyjaciół.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Mniejszy salon [odnośnik]05.04.19 21:09
- Oczywiście, że zawsze będziesz tu mile widziana - zapewniła kuzynkę niemal natychmiast. Owszem, może nigdy nie były przyjaciółkami, a Rosemary do tej pory unikała spotkań z nią, ale powiedziała to szczerze. Wciąż były przecież kuzynkami, prawda? Ich różny sposób bycia czy światopogląd nie miały tu nic do rzeczy.
- Skoro ja zostałam z powrotem przyjęta do domu, to ty nie masz się o co martwić - dodała niemal pogodnie. Jeszcze do niedawna nienawidziła wracać do swej przeszłości. Sama unikała jej tematu jak ognia tym bardziej, że po śmierci Hectora, był to temat przewodni na ustach wszystkich. Minęły ponad trzy lata... trzy lata i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że może o tym mówić tak po prostu, bez goryczy w ustach, bez ukłucia w sercu. Chyba wreszcie się z tym uporała.
Rozluźniła się lekko, jakby jakiś niewidzialny ciężar, który do tej pory ją przytłaczał - zniknął zupełnie. Z jednej strony dziwne, a z drugiej cudownie odprężające uczucie.
Mój nadal jest - pomyślała, kiedy Cressida wspomniała o Charnwood jak o całym świecie. O ile piękniejszy i spokojniejszy byłby świat, gdyby był jak Charnwood? Bez wojen, bez konfliktów, w zgodzie z przyrodą... Od kiedy wróciła na rodzinne łono, w zasadzie go nie opuszczała. I wcale nie chciała go opuszczać. Tutaj było jej po prostu dobrze... najlepiej. Choć ojciec twierdził, że nie potrwa to długo i że wbrew jej odczuciom, jakkolwiek nieprzyjemnie to brzmiało, to nie było jej miejsce. I choć zabolało, kiedy powiedział jej to dosadnie prosto w twarz, to wiedziała, że mówił to z miłości. Prawda wypowiedziana z miłości ma to do siebie, że boli najbardziej.
Teraz jednak Rosemary o tym nie myślała, przytaknęła za to na słowa kuzynki z lekkim uśmiechem. W pewien sposób rozumiała, co ta miała na myśli mówiąc, że w Ambleside jest inaczej niż w Charnwood. "Nie gorzej" - i to chyba najważniejsze, prawda? Tak samo jak odnajdywanie się w nowym domu, w nowym rodzie. Pamiętała to, pamiętała bardzo dobrze, jak początkowo sama była zagubiona w dworku swego męża, jak początkowo nie znała jego rodziny, a później...
Pytanie Cressidy wyrwało ją z zamyślenia, co więcej, zupełnie zaskoczyło. Spojrzała zdziwiona na kuzynkę. Szczerze mówiąc, nikt jej nigdy o to nie pytał, a to bardzo dobre pytanie. Czy brakuje jej Slughornów?
Może powinna skłamać? Może trochę podkoloryzować, żeby to, co powie, było bardziej... politycznie poprawne? Szczerość przecież nigdy nie była w modzie na salonach. Uśmiechnęła się smutno. Ale tak naprawdę najbardziej ze Slughornów brakowało jej...
- Tylko jednego - odpowiedziała cicho, ze spokojem, już podnosząc filiżankę z naparem do ust. Upijając niewielki łyk odwróciła wzrok od Cressidy, by ta nie mogła dostrzec smutku czającego się w jej szarych tęczówkach, ale nie spojrzała też na taflę złocistego napoju. Dziś nie chciała spoglądać w przyszłość, nie teraz.
- Hector miał swoje wady jak każdy - przyznała po chwili, odstawiając filiżankę na spodeczek, a później z powrotem na ławę. Uśmiechała się lekko i bez skrępowania patrzyła na Cressidę, już bez choćby cienia smutku w oczach.
- Był strasznym nudziarzem - pokręciła rozbawiona głową przypominając sobie ile razy miała ochotę mu przerwać, kiedy akurat przyjmowali gości, a jej małżonek zaczynał rozwlekle opowiadać o czymś kompletnie niezajmującym. Miała wrażenie, że sam nie dostrzega, jak wszystkich wokół łapało znużenie, kiedy tylko otwierał usta.
- Potrafił się też kilka dni z rzędu w ogóle do nikogo nie odzywać i na początku myślałam, że jest na mnie o coś zły, że coś zrobiłam nie tak, ale on tak po prostu miał. Nie interesował się niczym, co lubiłam ja: nie jeździł konno, nie tańczył, o strzelaniu z łuku to nawet nie wspomnę...! Najchętniej zamieszkałby w swojej pracowni alchemicznej i wyściubiał z niej nos tylko, żeby pojechać do szpitala do pracy. Nawet nie chciał moich rad w sprawach ingrediencji! - pokręciła głową z dezaprobatą, bo aż za dobrze pamiętała jak ją to ubodło, kiedy odmówił jej pomocy. Przecież się na tym znała, znała jak nikt! Była specjalistką, a on burknięciem powiedział, że poradzi sobie sam i zamknął jej drzwi przed nosem.
- Z jednej strony nie chciałam mu się narzucać, z drugiej... chciałam jakoś do niego dotrzeć, bo przecież mieliśmy spędzić razem resztę życia, a przez pierwsze tygodnie po ślubie czułam się kompletnie zbędna, wiesz o czym mówię? - spojrzała pytająco na Cressidę, choć wątpiła, że ta rozumie. Z Williamem tworzyli przecież bardzo dobraną parę - tak jej się wydawało.
- Ale cokolwiek mogę mu zarzucić... to nie to, że był złym mężem - oświadczyła nadzwyczaj stanowczo i bez cienia wątpliwości. - Zawsze się za mną wstawiał, zawsze, nieważne czy miałam przeciwko sobie jego matkę, nestora, czy kogoś z zaprzyjaźnionego nam rodu. Stał za mną murem. Po jakimś czasie jego milczenie zupełnie mi nie przeszkadzało, bo rozumieliśmy się bez słów. A tego jego przynudzania... pewnie nie uwierzysz, ale tego brakuje mi najbardziej - skwitowała rozbawiona własnym spostrzeżeniem. - Kiedy już ktoś się wdawał z nim w rozmowę i starał udawać zainteresowanego i zasłuchanego... - nie wytrzymała i zachichotała cicho jak nie ona, zasłaniając usta dłonią. - Tyle razy się potem z tego razem śmialiśmy... - pokręciła głową, jakby nie wierząc w to, że komuś to zdradziła. Naśmiewanie się z poważanych lordów to nie jest coś, czym powinno się chwalić, tym bardziej, jeśli było się dojrzałą damą i to uchodzącą za poważną. No cóż... może młodsza kuzynka jej nie wyda.
Na moment odpłynęła myślami z saloniku Flintów.
- Nie kochałam go wychodząc za niego za mąż, ale... - urwała, jakby nie mogąc albo nie chcąc dokończyć tego zdania. Spojrzała na Cressidę i uśmiechnęła się lekko.  
- ...miałam szczęście, że mogłam być jego żoną choćby przez tak krótki czas - zakończyła.
Sama siebie dzisiaj zaskakiwała: nie dość, że tak się otwarła, to jeszcze przed kim? Przed młodziutką lady Fawley, swoją kuzynką, do której tak lubiano ją porównywać po śmierci Hectora Slughorna...! Cóż ona sobie pomyśli o Rosemary? Że zamiast silnej, niezłomnej damy, jest bardziej sentymentalna i wydelikacona niż niejedna nieletnia panienka...? O dziwo, tym razem w ogóle jej to nie przeszkadzało. Może to ten napar tak na nią działał? Jeśli tak, to rozwiązywał język lepiej niż niejedno wino.
Dla odmiany więc Rosemary zamilkła na dłuższą chwilę, powoli sącząc napój. Uśmiechnęła się jeszcze, kiedy Cressida zdecydowała, że wybierze się z nią i jej ojcem do lasu.
- Tyle planów... dobrze, że zostajesz do jutra - skwitowała pogodnie.


I feel the pages turning
I see the candle burning down
Before my eyesBefore my wild eyes



Rosemary Flint
Zawód : magifitopatolog, zielarka
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
Woda, której dotykasz w rzece,
jest ostatkiem tej,
która przeszła,
i początkiem tej,
która przyjdzie;
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
tak samo teraźniejszość
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6186-rosemary-artemisia-flint https://www.morsmordre.net/t6364-corvus#161229 https://www.morsmordre.net/t6360-rozmaryn-z-piolunem https://www.morsmordre.net/f130-charnwood-dwor-flintow https://www.morsmordre.net/t6430-rosemary-flint#163976
Re: Mniejszy salon [odnośnik]08.04.19 20:22
Cressida uśmiechnęła się nieco nieśmiało. Dotychczas w minionych latach Rosemary odnosiła się do niej raczej chłodno, a przez siedem lat różnicy wieku nie dane im było zbudować relacji tak bliskiej jak ta, którą nawiązała z jej młodszymi siostrami, ale nadal pozostawały rodziną, dorastały pod jednym dachem. Dla kogoś, kto przez całe dzieciństwo miał tak niewielki kontakt ze światem poza rodziną i przyjaciółmi rodu więzy krwi znaczyły wiele.
- Cieszę się. Cierpiałabym nieznośnie nie mogąc tu bywać – przyznała. Może to i była słabość, ale Cressida była słaba, wiedział o tym każdy, kto ją znał. Była miękka, sentymentalna i wrażliwa, przez co ojciec zawsze kochał ją mniej niż jej brata i siostrę. Ale ona i tak kochała bliskich i potrzebowała ich widywać.
Świat w istocie byłby piękniejszy, gdyby był jak Charnwood i Flintowie. Gdyby każdy pilnował swoich spraw i żył po swojemu, gdyby rodziny, które zapałały zgubną sympatią do ideologii równości i niżej urodzonych, nie próbowały mącić i wprowadzać podziałów. Niestety nie wiadomo było, czy szczyt przyniesie jakieś porozumienie ponad podziałami czy może tylko pogłębi przepaść między tymi nowoczesnymi a tymi którzy chcieli żyć po staremu. I niestety nie każdy też wyznawał podobną filozofię życia co Flintowie czy Fawleyowie, którzy woleli trzymać się z dala od polityki i zajmować się krzewieniem swoich rodowych zamiłowań. Cressida jako dama cieszyła się póki co przywilejem neutralności, nikt nie oczekiwał od niej zainteresowania ani zaangażowania. Mogła żyć pod kloszem i liczyć na to, że mężczyźni wszystkim się zajmą. Jej poglądy były prawdopodobnie dość naiwne i nasycone otrzymanym wychowaniem oraz miłością do rodziny.
Żałowała, że Rosemary nie dane było zbudować swojego szczęścia u boku męża i nowej rodziny. Cressida nadal miała taką szansę, mogła każdego dnia poznawać męża, a także jego bliskich, uczyć się być Fawleyem. Małżeńskie życie Rosemary zostało przerwane zbyt wcześnie, nie zdążyła nawet urodzić dziecka. Nigdy nie przekona się jakim szczęściem jest nosić pod sercem nowe życie ani jak to jest kochać tak bardzo, jak kochało się własne dzieci.
- Tak bardzo mi przykro, Rosemary – powiedziała po jej słowach. Całkowicie szczerze, a nie dlatego, że wypadało. Jej kuzynka była piękną i mądrą kobietą, zasługiwała na lepszy los niż bezdzietne wdowieństwo, ale jednocześnie była bardzo silna, skoro potrafiła to udźwignąć. Może mimo różnic pokochała męża, a potem go straciła. – To takie okropne, kiedy odchodzą ludzie, którzy byli nam drodzy – szepnęła, wiedząc że Rose straciła ich kilku. Męża, a także matkę i siostrę. Cressida pamiętała tamtej czas, kiedy w przeciągu miesiąca umarła najpierw jej ciotka, a potem Macha, jej droga kuzynka i przyjaciółka, a dla Rosemary rodzona siostra. – Rozumiem, że możesz za nim tęsknić. Mimo swoich wad był twoim mężem i z tego co mówisz wynika, że wcale nie był ci obojętny. Czasem okazuje się, że mimo różnic oraz całej tej otoczki aranżowanego małżeństwa można znaleźć w tym coś bliższego – mówiła, sącząc ziółka i przyglądając się krewnej. – Ja i William także się różnimy. Oboje jesteśmy artystycznymi duszami, ale on nigdy nie miał problemów z odnajdywaniem się na salonach i radzeniem sobie w towarzystwie. Nie miał też problemów z tańczeniem ani nie zapominał z onieśmielenia, co chce powiedzieć. On zawsze wie, co mówić. Z początku byłam zdziwiona, co ktoś taki jak on, tak przystojny i czujący się na salonach jak ryba w wodzie widzi we mnie. Dlaczego spośród tylu ładniejszych i śmielszych dziewcząt podczas każdego towarzyskiego wydarzenia, na którym byliśmy, prosił do tańca akurat mnie. Szarą myszkę, rudą Flintównę, która ze stresu prawie potykała się o własne nogi i rumieniła się, kiedy tylko spojrzał w moją stronę. A parę miesięcy po debiutanckim sabacie, na którym przetańczyliśmy razem kilka tańców, dowiedziałam się że to właśnie on prosił mego pana ojca o moją rękę.
Zarumieniła się, ale czuła w sercu przyjemne ciepło myśląc o tym, że ktoś taki jak William ją zechciał, sam zabiegał o wybrakowany towar, jak zawsze o sobie myślała. Po skończeniu szkoły bała się, że żaden mężczyzna nie będzie chciał się jej oświadczyć, ale znalazł się taki i to bardzo szybko. Obdarzał ją uwagą, próbował do niej dotrzeć i pomagał się rozwinąć, nie tylko artystycznie ale i towarzysko. Jej ojciec zgodził się oddać mu jej rękę, doszło do aranżowanego małżeństwa, a dziesięć miesięcy po ślubie Cressida powiła bliźnięta. Nie chciała jednak w żaden sposób umniejszać Rosemary ani się wywyższać, to nie leżało w jej naturze. Gdyby nie tamten tragiczny wypadek, Rosemary być może też dzisiaj byłaby tu tylko gościem, może miałaby już własne dzieci i obie mogłyby się wymieniać radami na temat macierzyństwa. Ale w obecnej sytuacji Cressida postanowiła nie zaczynać tematu dzieci póki sama nie zostanie zapytana. O mężu opowiedziała dlatego, że Rose opowiedziała jej o relacjach ze swoim. No i ostatecznie to nie Cressida snuła te wszystkie krzywdzące porównania, tylko rodzina, chociaż przed śmiercią Hectora było odwrotnie. Kiedyś to ją porównywano do Rosemary i Morrigan i pytano, czemu nie może być bardziej jak one. Później role się odwróciły, gdy to wybrakowana (w swoim zakompleksionym mniemaniu) Cressida urodziła dzieci, w tym dziedzica.
Wcale nie myślała o niej źle, a poczuła do niej większą sympatię, słysząc jej historię. Nie uważała jej za słabą, uznając sentymenty i tęsknotę za rzecz naturalną. Po raz pierwszy od bardzo dawna rozmawiały tak normalnie i bez żalu. Uśmiechnęła się więc zupełnie szczerze.
- Zostanę – przytaknęła. – Chcę spędzić trochę czasu z każdym z was, a także w miejscach które były mi drogie przez te dziewiętnaście lat, kiedy byłam częścią Charnwood.
Mąż nie miał nic przeciwko. Sam też regularnie wyjeżdżał z dworku i nie bronił tego żonie, choć wybierając się na przykład do Londynu zawsze musiała mieć towarzystwo kogoś z rodziny, bo poruszanie się samotnie będąc słabą, młodą kobietą było zbyt niebezpieczne.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Mniejszy salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach