Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Tereny wokół posiadłości
AutorWiadomość
Tereny wokół posiadłości [odnośnik]05.02.18 19:28
First topic message reminder :

Tereny wokół posiadłości

Dwór nie posiada prawdziwych ogrodów w typowym rozumieniu tego słowa. Posiadłość jest umiejscowiona bezpośrednio na obrzeżach lasu Charnwood i latorośle rodu Flint mogą wypoczywać bezpośrednio na dzikich terenach, oddalonych od cywilizacji i świata mugoli. Okoliczny las jest pełny magicznych ziół, z których wiele stanowią alchemiczne ingrediencje. Jest także zamieszkiwany przez magiczne stworzenia i żyjące w głębi lasu centaury. Tutejsza roślinność dzięki izolacji tych obszarów zachowała się w idealnym stanie. Na rozległych terenach łatwo można się zgubić, choć młodzi Flintowie szybko opanowują umiejętność przemieszczania się po tych obszarach. Lasy są też dobrym miejscem wycieczek konnych i rodowych polowań. Znajduje się też w nim wartki strumień i liczne ścieżki, choć niekiedy trzeba się postarać, żeby zauważyć je wśród gęstej roślinności.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Tereny wokół posiadłości - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Tereny wokół posiadłości [odnośnik]06.09.18 21:49
To dobrze, że chociaż Morrigan nie wierzyła w mordercze zapędy swojej siostry... bo i takie podejrzenia na Rosemary padały. Nie wprost oczywiście, nikt nie miał dowodów, ale zawoalowanych sugestii jakoby pomogła Hectorowi w odejściu z tego świata, zdążyła się już nasłuchać. Oczywiście bez możliwości obrony, bo przecież nikt tego wcale nie insynuował... Wcale. Świat arystokracji rządził się swoimi żelaznymi i bezlitosnymi prawami i jeśli już mu się czymś podpadło (przykładowo śmiercią męża), to trzeba było się uodpornić na fakt, że będzie to wytykane już po wsze czasy na wymyślnie bolesne sposoby, choć, oczywiście, bardzo przy tym kurtuazyjnie. Wypracowana przez Rosemary maska uprzejmej obojętności, a także flintowskie opanowanie były w takich przypadkach bardzo pomocne... choć wyobrażanie sobie, że sięga się po łuk i wypuszcza strzałę w sam środek czoła swojego rozmówcy, jeszcze skuteczniejsze. Ale to, że tak robiła i to dość często, chyba jeszcze nie świadczyło o jej morderczych instynktach...? Cóż, nawet jeśli, to nigdy nie wyobrażała sobie, że strzela do siostry.
O proszę, Morr udało się wysnuć prawidłowy wniosek i tym samym zanegować swoje poprzednie oskarżenie. To dobrze, bo Rosemary nie zamierzała się z nią kłócić. Delikatne wyprowadzanie z błędu, było zdecydowanie taktowniejsze, nieprawdaż?
- A więc twierdzisz, że was unikam... czy nie? - spojrzała na siostrę, również unosząc nieznacznie jedną z brwi. Nie, unikanie rodziny w taki sposób, by ta mogła ją odnaleźć, nie miało sensu, a Rosemary jeszcze nie postradała umiejętności logicznego myślenia. Raczej. Gdzie więc tkwił błąd? Najpewniej w stwierdzeniu siostry... ale do tego Morrigan chyba już dojdzie sama...?
Rosemary była ostoją spokoju, kiedy przyglądała się jak Morri z każdą chwilą traci coraz więcej cierpliwości. Jak wyciąga strzałę z kołczanu i wypuszcza ją, by się uspokoić... choć chyba na niewiele się to zdało. Nie winiła jej, sama kiedyś była podobna. Po prostu cierpliwość i opanowanie należy ćwiczyć. I lepiej to robić w zacisznym miejscu w towarzystwie siostry niż przy stole z teściami, czy na sali wypełnionej po brzegi innymi szlacheckimi osobistościami. Ćwiczenie samodzielnego myślenia też z pewnością nikomu nie zaszkodzi, choć, oczywiście to nie była mile widziana cecha u młodej arystokratki.
- Na co zasługuje nasza zmarła siostra? - zapytała wciąż spokojnie choć z naciskiem. Ani trochę nie obawiając się wybuchu złości siostry. Nie, za to przyglądała jej się uważnie jeszcze jakiś czas, nim sama nieśpiesznie sięgnęła po strzałę i wycelowawszy wypuściła w tą samą tarczę co Morrigan.
- Na uprzejme, ale bezsensowne rozmowy o niczym z nieszczerymi osobami, które nie mają ochoty przebywać z tobą w jednym pomieszczeniu? - drążyła dalej znów patrząc na siostrę. I nie, nie mówiła tylko o dalszej rodzinie, mówiła też o sobie, a jakże. Zamilkła na chwilę, po czym sięgnęła po kolejną strzałę. Spokojnie.
- Nie wiem jak ty się na to zapatrujesz, ale ja uważam, że należy jej się pamięć i szacunek - wyjaśniła. - Do tego nie potrzeba pogawędek w rodzinnym gronie - naciągnęła cięciwę i wystrzeliła w kolejną tarczę. Jej ton głosu stał się ciut chłodniejszy.


I feel the pages turning
I see the candle burning down
Before my eyesBefore my wild eyes



Rosemary Flint
Zawód : magifitopatolog, zielarka
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
Woda, której dotykasz w rzece,
jest ostatkiem tej,
która przeszła,
i początkiem tej,
która przyjdzie;
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
tak samo teraźniejszość
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6186-rosemary-artemisia-flint https://www.morsmordre.net/t6364-corvus#161229 https://www.morsmordre.net/t6360-rozmaryn-z-piolunem https://www.morsmordre.net/f130-charnwood-dwor-flintow https://www.morsmordre.net/t6430-rosemary-flint#163976
Re: Tereny wokół posiadłości [odnośnik]11.09.18 12:51
Plotki były nieodłącznym elementem szlacheckiego życia. Specjalizacją przeważnie dojrzałych dam, często nawet starych panien, które potrafiły skrzętnie manipulować pogłoskami, aby pod pozorami wiarygodności, ugodzić prosto w wybraną personę. Odkąd Rosemary powróciła do rodzinnego dworu, zrzekając się nazwiska męża, była głównym celem i początkowo całkiem interesującym tematem. Z jednej strony brak dziedzica i śmierć Hectora, z drugiej powrót do panieńskiego nazwiska. Slughornowie śmieli rzucać podejrzenia na Rose o spowodowanie śmierci ich bliskiego. Nie mogli czynić tego wprost, ponieważ prócz własnych domysłów, nie mieli żadnych dowodów, ale bez wątpienia przeżyła sporo docinek podczas żałoby na dworze zmarłego męża. U Flintów po dwóch latach emocje zdążyły już opaść, ale podczas rodzinnych spędów zawsze przychodził czas na poruszenie dawnych wydarzeń i aluzje odnośnie już niemłodego wieku Rose, która powinna sobie szukać bogatego wdowca, aby opuścić wreszcie rodzinny dwór i się ustatkować.
Wyprowadzenie z błędu? Morrigan nie traktowała tego w kategoriach błędu, a raczej swego rodzaju niedomówienia.
- Twierdzę, że odsuwasz się od nas, ale na tyle, abyśmy się domyślili, gdzie mamy Cię szukać. Swoim znikaniem bez słowa z dworu na prawie cały dzień, wzbudzasz zainteresowanie. - Jakbyś potrzebowała naszej uwagi, lecz nigdy tego nie przyznasz. Czy to właśnie chciała osiągnąć? Aby krewni o nią pytali zaniepokojeni? Aby ojciec zastanawiał się, czy kwiaty złożone na grobie jego najmłodszej córki, nie pochodzą przypadkiem od Rose? Jeśli tak, to wszystko szło zgodnie z jej planem.
Złość i irytacja Morrigan narastały z każdym kolejnym słowem siostry. Zawsze starała się zachowywać chłodny umysł, wiedząc że nerwy ogłupiają i pozbawiają zdolności racjonalnego myślenia i podejmowania właściwych decyzji. Miała tego świadomość, że emocje na niewiele się zdają, ale w pewnych kwestiach nie potrafiła być opanowana jak typowy Flint. Bezsensowne rozmowy o niczym to nieodzowny element szlachty. Mało kto był szczery, ale prawie każdy mówił to, co wypadało powiedzieć, aby spełnić normy etykiety szlacheckiej. Czemu Rosemary tak usilnie próbowała temu stawiać opór? Na tym opierał się ich świat, na konwenansach i powinna już dawno do tego przywyknąć.
- Pamięć i szacunek? - Powtórzyła, kręcąc głową i patrząc chłodnym wzrokiem na siostrę. - Strzelając z łuku okazujesz jej pamięć? Robiąc coś, czego ona szczerze nienawidziła? - Macha brzydziła się łucznictwem i opierała się wszelkim wyprawom do lasu, które organizował im Randolf. Nie nadawała się do zajęć fizycznych i czasem krewni twierdzili, że powinna mieć na nazwisko Nott, ponieważ na ich dworze mogłaby bardziej rozwijać swoje artystyczne umiejętności. - A jaki to szacunek, Rose, kiedy nie złożyłaś na jej grobie kwiatów? Dzisiaj mija pieprzonych pięć lat, a Ty nie masz nawet ochoty pójść na cmentarz. - Morrigan oderwała wzrok od siostry i obserwowała jak kolejne strzały przecinały powietrze, które między dwiema siostrami robiło się coraz bardziej gęste.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Tereny wokół posiadłości [odnośnik]23.09.18 14:53
Tak, szlachecki światek można było doskonale opisać dwoma słowami: "plotki" i "konwenanse". Rosemary nigdy nie było z nimi po drodze, co było po niej widać już od najmłodszych lat. Dopiero później doszła do wniosku, że burzenie się przeciwko nim przynosi więcej kłopotów niż pożytku - zaczęła je tolerować. Dla ojca, dla całego rodu Flintów, a potem także Slughornów. Chciała i wpasowywała się całkiem zgrabnie w całą masę szlachcianek... do czasu.
Śmierć Hectora i wszystko co w związku z nią zniosła... To wszystko odcisnęło na niej swoje piętno i kiedy już odeszła w cień i schowała się w swoich ukochanych lasach Charnwood... mogła w końcu porzucić i plotki i konwenanse i niemal całą tę część szlacheckiego świata, którym od lat tak się brzydziła. Mogła i to właśnie uczyniła, a przynajmniej znacząco ograniczyła - tak jak dziś.
A że wzbudziła zainteresowanie swoją dzisiejszą nieobecnością... ponownie kąciki jej warg drgnęły i nieznacznie się uniosły w nikłym uśmiechu. Tak, rozbawiło ją to, choć nie okazała tego w żaden inny sposób. Wzbudzenie zainteresowania wcale jej nie przeszkadzało, dopóki sama znajdowała się w bezpiecznej odległości. Tak, wiedziała, że pytaniami o jej osobę co poniektórzy mogli chcieć uderzyć w cały jej ród... ale to tylko jej nieobecność, a nie nieślubne dziecko, niestosowne towarzystwo czy zajęcie, koniec świata - drobna docinka na ten temat, to raczej niewystarczające, by mogło dotknąć ród Flintów, bez przesady. A Rosemary miała prawo być nieobecna, prawda? Czy tego konwenanse też zabraniały...?
- Miło mi słyszeć, że komuś mnie brakowało - odpowiedziała cicho i bez emocji, choć... wprawne ucho mogło usłyszeć w tym nutę ironii. Tyle, że chwilę później przestało być w najmniejszym nawet stopniu zabawnie. Kolejne oskarżenia. Cudownie.
Rosemary rzuciła siostrze twarde i wyjątkowo chłodne spojrzenie.
- Aż dziw, że nie poszłaś do centaurów, by zakazać im polowań dzisiejszego dnia - rzuciła z przekąsem szybko odwracając od niej twarz, a tym samym ukrywając nieznaczny grymas niezadowolenia. Nałożyła strzałę na cięciwę.
- Wierz mi, że nie chciałabyś mi siedzieć w głowie, Morr... dzisiejszego dnia myślę o niej z każdym oddechem, przy każdym kroku i z każdą wystrzeloną strzałą - mówiła ciszej, ale wciąż chłodno, nie spoglądając na Morrigan, naciągając cięciwę. - Pamiętam jak przyszła na świat i jak oddawała ostatnie tchnienie na moich oczach - naciągnęła cięciwę jeszcze mocniej. - Więc z łaski swojej nie mów mi o pamięci - wbijała wzrok w cel. - Pamiętam - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Nie muszę i nie zamierzam publicznie okazywać tej pamięci dla przyjemności rodziny czy żeby spełnić jej oczekiwania względem tego dnia - cięciwa zatrzeszczała ostrzegawczo, a chwilę później pękła z jękiem. Rosemary zaś zawtórowała jej cichym syknięciem. Na lewym policzku błyskawicznie pojawiła jej się czerwona niewielka, ale paląca szrama - ślad po uderzeniu pękniętej cięciwy. To nic, jutro nie będzie po tym nic znać, zresztą starsza z sióstr w tej chwili bardziej była zła, że znów będzie musiała wprawiać nową cięciwę do swego łuku.
- To moja prywatna sprawa, Morr. Tak samo jak to czy i kiedy pójdę na cmentarz - w końcu spojrzała na Morrigan ze zdecydowaniem lśniącym w jej oczach i pobrzmiewającym w głosie. - Więc jeśli przyszłaś, tylko po to, żeby posłuchać moich tłumaczeń, to niestety - dodała z zaciętością rozkładając ręce na boki - ale się ich nie doczekasz - po czym spuściła wzrok patrząc na strzałę, łuk i smętnie zwisającą przerwaną cięciwę w swoich dłoniach. Chwilę później zaś schowała strzałę do kołczanu i ruszyła w stronę tarcz, by zrobić to samo z pozostałymi.


I feel the pages turning
I see the candle burning down
Before my eyesBefore my wild eyes



Rosemary Flint
Zawód : magifitopatolog, zielarka
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
Woda, której dotykasz w rzece,
jest ostatkiem tej,
która przeszła,
i początkiem tej,
która przyjdzie;
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
tak samo teraźniejszość
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6186-rosemary-artemisia-flint https://www.morsmordre.net/t6364-corvus#161229 https://www.morsmordre.net/t6360-rozmaryn-z-piolunem https://www.morsmordre.net/f130-charnwood-dwor-flintow https://www.morsmordre.net/t6430-rosemary-flint#163976
Re: Tereny wokół posiadłości [odnośnik]12.03.19 23:58
15 X

W jego pamięci las Charnwood pozostawał zieloną świątynią i to wrażenie, odniesione już w latach dziecięcych, nie zostało zniszczone przez upływający czas. Choć był już człowiekiem dorosłym, teoretycznie znacząco już ukształtowanym, to jednak wciąż mijając ogromne drzewa, będące niczym kolumny naturalnego labiryntu, czuł się mały. Ale dziwnym trafem to najprawdziwsze sanktuarium przyrody nie sprawiało, że z każdym kolejnym krokiem czuł się jeszcze bardziej przytłoczony. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę ze swojej marności w obliczu wiekowych drzew, to jednak pomiędzy nimi oddychało mu się łatwiej. Mógł zaciągać się rześkim powietrzem, wypełniać nim płuca i zamykać przy tym oczy z przyjemności. W monumentalnym lesie był tylko człowiekiem. Otaczającej go roślinności nie interesowało nawet w najmniejszym stopniu to, jak czysta jest jego krew, bądź kim jest z zawodu. Przyroda pozostawała obojętna na jego humory. Były tylko przemykającym się ciałem, które szybciej obróci się w proch, niż okazałe dęby. O ile ta ludzka dłoń, zwodnicza i gwałtowna, nie wystąpi przeciw tym dębom.
Nie bez powodu w swym liście do Rosemary poprosił kuzynkę o to, aby podjęli się spaceru po lesie otaczającym dwór Flintów. To w nim najczęściej bawili się wspólnie, ciesząc się okruchów beztroski, na które pozwalano nawet dzieciom ze szlachetnych rodów. Ona o wiele lepiej odnajdywała się w tej przestrzeni, w końcu obcowała z nią na co dzień. W miejskim zgiełku byłoby jej zdecydowanie trudniej, za to przed Alphardem londyński gwar nie miał już żadnych tajemnic.
Z nią wręcz musiał porozmawiać. Ta dziwna potrzeba trzymała się go od chwili, gdy emocje po szczycie wreszcie opadły. Mimo to odwlekał to spotkanie, choć sam o nie przecież prosił. Znów walczył sam ze sobą, jak zwykle próbując się odnaleźć pomiędzy pragnieniami a powinnościami. Po prostu nie chciał, by myślała o nim źle. Nawet jeśli już dawno przestali być dziećmi, a ich relacja po wkroczeniu w dorosłość mocno uległa rozluźnieniu, to jednak wciąż w jego oczach była jedną z tych dam, z których zdaniem się liczył. Była rozsądna. Posiadała własne myśli, ale nie rzucała nimi na prawo i lewo. Jeśli zrozumie, o co toczy się gra, zrozumie też te wszystkie drastyczne środki.
Czekał na nią na skraju lasu, przy wejściu na jedną z leśnych ścieżek. Wpatrywał się w jej kolejne kroki, zachowując cierpliwość i spokój. Nawet uśmiechał się lekko niepewnie, blado, ale też z jakąś ufnością kierowaną do niej.
Cieszę się, że zgodziłaś się ze mną spotkać – przywitał się z nią tymi słowami, rezygnując z grzecznościowych formułek. – Mam nadzieję, że nie doznałaś żadnego uszczerbku na zdrowiu.
Alphard Black
Zawód : specjalista ds. stosunków hiszpańsko-brytyjskich w Departamencie MWC
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
step between the having it all
and giving it up
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
Re: Tereny wokół posiadłości [odnośnik]15.03.19 17:50
Soczysta zieleń lasów Charnwood przynosiła ze sobą ukojenie zszarganych ostatnimi wydarzeniami nerwów Rosemary. Świeży zapach lasu sprawiał, że zapominała o gwałtownej, niebezpiecznej przeszłości i malującej się w ponurych barwach przyszłości. Było tylko tu i teraz. Była tylko Puszcza Charnwood i ona - przemierzająca zapomniane sarnie ścieżki. Tu był jej dom i jej schronienie przed tym, na co nie miała przecież wpływu.
To, co stało się w Stonehenge, dało jej dużo do myślenia, a kiedy przechadzała się pomiędzy potężnymi konarami prastarych drzew, myśli z jakąś większą łatwością przepływały jedna po drugiej. Natłok obrazów i dźwięków przeszłości znikał. Tutaj czuła się bezpieczna - nie tylko od tego, co na nią mogło czyhać w czarodziejskim świecie... tutaj była też bezpieczna od wścibskich oczu i uszu. Mogła być sobą, choć... dziś nie miała być sama.
Dawniej z Alphardem byli znacznie bliżej, rozumieli się, ale od kiedy zobaczyła go tam, w Stonehenge, nie była pewna czy jeszcze go zna. A kiedy na parapecie wylądowała jego sowa z listem zaadresowanym do niej... intuicja ją przed nim przestrzegała. Rosemary bardzo chciała mu ufać, sprowadzić wszystko do czasów, kiedy miała w nim przyjaciela, ale... to dziwne uczucie, jak świerkowa szpilka wbita głęboko w skórę, nie dawało jej spokoju. Może chodziło o ten obraz - to kiedy ten... ten człowiek się ujawnił - Czarny Pan, jak go nazywali - i Alphard, jego reakcja na to wszystko. Rosemary analizowała te wydarzenia raz za razem i wciąż nie rozumiała, a niezrozumienie było dla niej gorsze niż intuicja przestrzegająca ją przed spotkaniem z lordem Black. Chciała zrozumieć, chciała wiedzieć. Dlatego też odłożyła na bok nieufność i zgodziła się na spotkanie z kuzynem bez jakichkolwiek obiekcji. Tym bardziej, że miało się odbyć właśnie tu - w lasach Charnwood - zupełnie jak za dawnych lat.
Dziwnie było go tu widzieć, aż zwolniła nieznacznie krok, chcąc dobrze zapamiętać ten właśnie obraz. Alphard Black stojący na skraju lasu Charnwood i czekający na nią z lekkim, nikłym uśmiechem. Jakby nie był pewny czy powinien się uśmiechać.
Na ten widok sama nie powstrzymała uniesienia kącików swoich warg, choć uciekła przy tym wzrokiem lekko spuszczając głowę. Znów przyspieszyła, by stanąć przed nim i dygnąć z gracją jak na damę przystało. Często, nawet nazbyt często miała tak, że odczuwała czystą niechęć, by okazywać jakiemuś lordowi szacunek. Oczywiście robiła to i tak, choć miała opory. Przy Alfardzie - nigdy nie miała z tym problemu. Nawet teraz, kiedy sama nie wiedziała co o nim myśleć i czy mu wciąż ufać. Kiedy stanęła przed nim twarzą w twarz znajdowała w niej więcej z kuzyna, chłopaka (a teraz oczywiście dorosłego mężczyzny), z którym potrafiła rozmawiać otwarcie i szczerze, więcej z przyjaciela niż wtedy, gdy widziała go z odległości otoczonego kamiennymi głazami i resztą przedstawicieli rodu Black - tamten Alphard wydawał jej się obcy, ten zaś...
Spojrzała w jego czarne, znane jej dobrze oczy.
- Nie, mieliśmy - tu spojrzała w stronę osłoniętego zielenią bluszczu, krzewów i drzew dworku - naprawdę dużo szczęścia - przyznała. Swoje obite kolano uznała za nic w porównaniu z tym, że przecież czarodzieje tam zginęli, albo mocniej ucierpieli. Jej zresztą obecnie bardziej dokuczały koszmary senne niż siniec na nodze. Powracający sen o trzęsieniu ziemi w Stonehenge, gdzie znajduje się całkiem sama i choć stara się uciec, może jedynie zsuwać się w dół do rozszerzającej się szczeliny w ziemi, a kiedy spogląda do jej środka...
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach i szybko odegnała od siebie wspomnienie nocnej mary. W tym samym momencie silny poryw wiatru poszarpał skrajem jej długiej sukni i rozwiał brązowe, rozpuszczone włosy. Wiało tak od kilku dni i nawet jej płaszcz nic nie dawał. Nawet teraz, choć szczelniej się nim opatuliła.
- Wejdźmy między drzewa - zaproponowała, choć raczej z czystej formalności. I tak tam zmierzali, prawda?
Ruszyła pierwsza wąską ścieżyną prowadzącą wgłąb puszczy. Doskonale ją znała, mogłaby po niej biec z zamkniętymi oczami i nie zboczyłaby z niej nawet jednym krokiem. Lawirując między drzewami w końcu dotarłaby nią do centaurów... ale tym razem nie zamierzała składać im wizyty i już po kilku metrach skręciła w inną dróżkę - okalającą cały dworek - choć ukrytą między pniami i krzewami.
- Zaskoczył mnie twój list - odezwała się w końcu, odwracając się, by spojrzeć na kuzyna, przyglądnąć się jego twarzy, oczom. - Pozytywnie zaskoczył - dodała już trochę ciszej. Sam list od niego był miłym zaskoczeniem, nie jego treść, choć przecież wyważona i zdaje się szczera. Był jak wyciągnięcie dłoni przyjaciela, kiedy znacznie się już od niego oddaliło kryjąc w gęstwinie lasu. Teraz, kiedy Rosemary metaforycznie ujęła tą dłoń, wciągała w gęstwinę i jego.
- Pytałeś w nim czy mogłabym o tobie źle myśleć... - podjęła spokojnie nieprzerwanie lekko stąpając po ścieżce. Choć wiatr z szumem targał koronami drzew nad ich głowami, tutaj byli przed nim osłonięci.
- Nie odpowiedziałam ci na to pytanie... bo nie wiem - przyznała z niechęcią. - Chyba pierwszy raz w życiu nie wiem co myśleć, Alphardzie. O tobie, o... tym, co się tam stało - odwróciła się na pięcie w jego stronę i zatrzymała tuż przed nim, wbijając w niego przenikliwe spojrzenie szarych oczu. - Część przedstawicieli szlachetnych rodów, wielu z naszych przyjaciół wiedziało więcej. W tym także ty - zabrzmiało oskarżycielsko, ale nie ostro, bardziej ze smutnym wyrzutem. - Pisałeś, że polityka nie jest mocną stroną mego ojca - to prawda - przyznała bez zmrużenia oka - ale to nie była kwestia zawiłości politycznej. To, co się wydarzyło w Stonehenge, to nie była polityka - nie odwróciła od niego spojrzenia ani na jedną chwilę i choć zaczynały w niej wzbierać emocje, panowała nad nimi doskonale ze spokojem wypowiadając kolejne słowa. - To był spisek i wiesz o tym doskonale, tak samo jak ja - powiedziała z naciskiem. - Pisałeś o obecnych frontach, jakby trwała wojna. To teraz mi odpowiedz: gdzie w tym wszystkim jest mój ród? I gdzie jesteś ty, a przede wszystkim: dlaczego? - dosłownie przeszywała go spojrzeniem, jakby chciała tylko tym dociec prawdy.
Bo tak, chciała zrozumieć. Chciała zrozumieć czym kierował się jej kuzyn i chciała usłyszeć wyjaśnienia, o których pisał jej w liście.


I feel the pages turning
I see the candle burning down
Before my eyesBefore my wild eyes



Rosemary Flint
Zawód : magifitopatolog, zielarka
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
Woda, której dotykasz w rzece,
jest ostatkiem tej,
która przeszła,
i początkiem tej,
która przyjdzie;
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
tak samo teraźniejszość
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6186-rosemary-artemisia-flint https://www.morsmordre.net/t6364-corvus#161229 https://www.morsmordre.net/t6360-rozmaryn-z-piolunem https://www.morsmordre.net/f130-charnwood-dwor-flintow https://www.morsmordre.net/t6430-rosemary-flint#163976
Re: Tereny wokół posiadłości [odnośnik]23.04.19 23:13
Po swoim pierwszym spotkaniu Rycerzy, w którym miał okazję uczestniczyć na początku września, zaczął przeczuwać, że w trakcie szczytu w Stonehenge może wydarzyć się coś, co przyniesie ogromne zmiany dla czarodziejskiej społeczności zamieszkującej Wielką Brytanię i Irlandię. Snuł różne scenariusze, nawet w swojej głowie tworzył teorie sugerujące polityczny przewrót. Zamach stanu wydawał się opcją tak bardzo prawdopodobną, w końcu znacznej części szlachty – tej przeważającej o mocno konserwatywnych poglądach – zależało na odsunięciu od władzy Harolda Longbottoma. Nie rozważył jednak możliwości, że Czarny Pan się ujawni i ukażę swą siłę. Wierzył, że opróżnienie stanowiska Ministra Magii odbędzie się w sposób zdecydowanie bardziej ułożony i w ten sposób unikną rozlewu krwi. Cóż to była za naiwność z jego strony. Od samego początku powinien liczyć się z czynnym oporem, który to rzeczywiście nastąpił i doprowadził do tragedii. Starcie sił o skrajnie różnych poglądach już znaczyło się krwią na kartach historii. Ofiary pochłonęła zarówno Szatańska Pożoga spopielająca gmach Brytyjskiego Ministerstwa Magii, ale również trzęsienie ziemi przez rzucone wewnątrz kamiennego kręgu Terremotio. I ta stępująca z nieba gromada dementorów odgoniona przez niezwykle potężnego patronusa byłego już Ministra. Niesamowity pokaz potęgi czarnej magii, właśnie to wówczas Alphard oglądał.
Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Swój żywot związał ze służbą u Czarnego Pana i cofnąć tego nie mógł. Zdrada była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Nie zamierzał przez resztę życia uciekać jak tchórz, na co zresztą zdecydował się Percival. Uznany za zdrajcę przez nestora własnego rodu zhańbił tym samym swą małżonkę i nienarodzone dziecko. Gdzież mógł się udać? Kto go przygarnie? Tak łatwo mógł wszystko odrzucić?
Obawiał się tego, jak zostanie przez kuzynkę przyjęty. Nawet jeśli nie byli mocno związani przez pokrewieństwo, to jednak tak wiele chwil spędzili razem w dzieciństwie, kiedy uciekali do zielonych labiryntów Charnwood. Ulga ogarnęła jego serce, kiedy zdecydowała się spojrzeć mu prosto w oczy. Wyszła cało z tego koszmaru, tak jak i reszta jej rodziny. To było najważniejsze w tej chwili. Ale skoro jemu czasem malowały się pod powiekami obrazy z tamtego dnia, to czy jej nie było przypadkiem trudniej? Uznawał jej siłę, ale zdołał również poznać wrażliwość. Czas zmienił ich oboje, tego nie można było uniknąć, jednak pewne rzeczy pozostają nienaruszone pomimo upływu lat.
Dostrzegł jak drgnęła niespokojnie i wierzył, że to nie przez jego obecność, lecz wzmagający się wiatr. Usłuchał jej i stąpał za nią, wchodząc między drzewa na wydeptaną już ścieżkę. Po chwili nadeszła jego kolej na to, aby odczuć mimowolne drżenie ciała, kiedy rozbrzmiały kolejne słowa z kobiecych ust. Późniejsze sprostowanie o pozytywnym zaskoczeniu nie zatarło jednak od razu niemiłego wrażenia. Czy ją zawiódł swoją postawą? Póki stawiała kroki, szedł za nią dalej, po prostu słuchając tego, co chciała mu powiedzieć. Jej jednej chciał się jakoś wytłumaczyć. Potrzebował osoby, która spojrzy na niego jak na człowieka, ale również zagwarantuje mu krytyczne spojrzenie. Lady Flint z pewnością oceni jego motywy. Nadal bał się poddać tej ocenie, ale to było konieczne. Chciał wszystko na spokojnie jej wyjaśnić. Ale gdy już się zatrzymała i zwróciła ku niemu twarz, po zaledwie jej spojrzeniu wiedział, że chce od niego usłyszeć konkrety. Wydawała się zdeterminowana do wydobycia z niego prawdy.
Rzeczywiście podjęte zostały drastyczne kroki – zaczął spokojnie, chcąc zachować łagodny ton. – Doszło do zamachu stanu, nie będę tego przed tobą krył. Sam myślałem, że skończy się na politycznych zagraniach, jednak pokaz siły okazał się konieczny do przywrócenia porządku – dobrze wiedział, że o pewnych rzeczach powiedzieć wprost nie może. Mogła domyślić się, że stał się jednym z popleczników Lorda Voldemorta, lecz nijak nie mógł wspomnieć o sprawach Rycerzy. – Longbottom swoimi działaniami wcale nie uzdrawiał sytuacji. Chciał ścigać czarnoksiężników, aurorom zezwolił na rzucanie Avady, ale wcale nie zagwarantował tym nikomu bezpieczeństwa, narażając Wielką Brytanię na kolejne wizerunkowe straty na arenie międzynarodowej – była w stanie pojąć taką argumentację, prawda? Nie chciał karmić jej kłamstwami, musiał jednak ostrożnie dobierać słowa. – Wciąż trwa stan wojenny, który wprowadził sam Longbottom. Stoi on po promugolskiej stronie barykady – odpowiedział na jedno z jej pytań. – Na drugim krańcu znajdują się jego przeciwnicy. Konserwatywne rody zjednoczyły się, aby nie dopuścić do degradacji naszego społeczeństwa. Już od lat dzieje się źle. Czarodzieje nie powinni bratać się z mugolami i to nie jest już kwestia upodobań, lecz naszego przetrwania. Wydumane idee równości nie sprawdzają się w prawdziwym świecie.
Spoglądał na nią z mieszaniną niepokoju i smutku. Chciał wierzyć, że zrozumie. Z jednej strony jej wrażliwość może nie pozwolić na przytaknięcie hierarchicznej strukturze społeczeństwa, lecz rozum i wychowanie właśnie takie wartości jej narzucało. A może się mylił?
Ród Black zawsze będzie stawał po stronie tradycyjnych wartości i ja też. Wyrażenie poparcia dla Lorda Voldemorta stało się konieczne. Nie ma już miejsca na wątpliwości i neutralność. Nie ma nic pomiędzy promu golskim szczebiotem a konserwatywnym światopoglądem. To jest czas, kiedy trzeba rozsądnie wybrać stronę. Dlatego to nestor twojego rodu musi odpowiedzieć na pytanie, do jakiej strony zamierzają przynależeć Flintowie.
Taka właśnie była prawda. Sam chciał wiedzieć jakie stanowisko obierze w przyszłości ród jego matki. Liczył na stanowczą decyzję. Czy w całym tym chaosie na szczycie lord nestor nie wyraził chęci pozostania przy tradycyjnych wartościach wraz z większością szlacheckich rodów?
Alphard Black
Zawód : specjalista ds. stosunków hiszpańsko-brytyjskich w Departamencie MWC
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
step between the having it all
and giving it up
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5636-skrytka-bankowa-nr-1378 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
Re: Tereny wokół posiadłości [odnośnik]24.04.19 2:58
Alphard był spokojny, co i ją w pewnym stopniu uspokoiło. Nie przerywała mu, kiedy mówił, ale uważnie słuchała każdego jego słowa bacznie mu się przyglądając. Początkowo sądziła, że kuzyn i przy niej będzie politykował, niewygodne fakty przykryje ładnymi słowami, oczywiste prawa i wartości uwypukli, by przedstawić wszystko w tylko jednym świetle. Dokładnie tak samo jak robiono to na nieszczęsnym szczycie w Stonehenge - dwie strony barykady, szlachcice patrzący na jedną i tą samą sytuację w kraju (bo przecież o to chodziło, prawda?), a jednak przedstawiający ją w zupełnie różny, skrajny sposób. Wmawiający wszystkim, że jest tylko biel i czerń... kiedy Rosemary nie mogła pojąć czemu pomija się całą gamę szarości. Nic nigdy nie jest nieskazitelnie białe i nic nie jest absolutnie czarne - w to nie mogła uwierzyć. Wystarczyło spojrzeć na sam zamach stanu - Alphard nie bał się nazwać rzeczy po imieniu, czym zyskał uznanie w oczach Rosemary. Poplecznicy Longbottoma uważali zapewne obalenie go i zmianę Ministra Magii za coś złego, popierający Voldemorta myśleli o tym zupełnie inaczej - jako dobrą zmianę... czy jeszcze ktoś prócz niej widział, że to ani dobre ani złe? Zamach stanu był konieczny - jak powiedział przed chwilą... ale w taki sposób? Całe zajście, wszystkie wydarzenia nawet gdyby chciały, to nie potrafiły zachować pozorów, że obecny Minister nie jest tylko zwykłą marionetką w rękach kogoś innego. To miało być lepsze? Dla kogo? W ten sposób nigdy nie nastanie pokój w Wielkiej Brytanii chyba, że jedna strona konfliktu zatłucze drugą - a to już barbarzyństwo, a nie żadna polityka, czego z pewnością jej kuzyn był świadom. Znał się wszak na tym o wiele lepiej niż ona. Ona tylko obserwowała i wyciągała wnioski.
Kiedy Alphard sięgnął do przeciwników i zwolenników bratania się z mugolami, przez jej twarz przemknął ledwie dostrzegalny cień. Choć miała słowa na końcu języka i przemożną ochotę je wypowiedzieć na głos, zacisnęła jedynie mocniej wargi. Nie. Chciała go wysłuchać - od początku do końca.
Rozumiała i zgadzała się w większości kwestii z kuzynem, co akurat wcale jej nie dziwiło, była wszak wychowana w podobnym duchu co Alphard... nie zmieniało to jednak faktu, że nie mówił jej wszystkiego, nie usłyszała od niego sedna całej obecnej sytuacji, wyjaśnienie konfliktu jedynie musnął czarnym skrzydłem. Cóż, to też jej nie zdziwiło - nie sądziła, że usłyszy je od razu... nie sądziła, że w ogóle je usłyszy. W gruncie rzeczy była tylko kobietą, damą, która o polityce wiedziała tylko tyle, ile z grubsza mówił jej ojciec, a jak już oboje zdążyli ustalić - ten również ekspertem w tej dziedzinie nie był.
Zmarszczyła nieznacznie ciemne brwi, kiedy powiedział o konieczności podjęcia decyzji nestora jej rodu w sprawie stanowiska Flintów. Mówił tak, jakby chodziło o kwestię czystości krwi i jakby stanowisko jej rodu było niejasne - to ją lekko rozsierdziło, bo uderzało w czuły punkt - dumę, którą każdy Flint wypijał wraz z mlekiem matki. Zachowała jednak spokój i tylko powoli pokręciła głową.
- Gdyby chodziło tylko o kwestię podejścia do mugoli i czystości krwi, to sama mogłabym odpowiedzieć na to pytanie - stosunek Flintów do tych spraw jest niezmienny od wieków - oświadczyła bez cienia wątpliwości. Jej ród był tak stary jak ta puszcza, która ich otaczała, a zdanie i światopogląd jego członków - stałe od tysięcy lat. Szanowali tradycje, a szarganie ich zawsze było karane, co zresztą zdarzało się niezmiernie rzadko.
Stosunek do mugoli, zachowanie czystości krwi... zirytowało ją, że Alphard wszystko sprowadził właśnie do tych kwestii.
- Gdyby chodziło tylko o to, to ten szczyt nie byłby potrzebny - dodała to, o czym oboje wiedzieli - rody nie kryją się i nigdy nie kryły się ze swymi poglądami, prawda? - rzuciła mu przeciągłe spojrzenie niewiele zdradzające z jej strony. Jak na arystokratkę przystało, chowała wszelkie emocje za maską powagi.
- Cały kraj jest pustoszony przez anomalie magiczne, nawet siedząc tutaj, pod kloszem, mam tego świadomość. Dementorzy wymknęli się spod kontroli i nie pilnują już więźniów, jest zamach za zamachem, czarodzieje są mordowani, na zgromadzeniu rodów szlachetnych pojawiają się zamachowcy i osoby oskarżone o zamachy i sieją zamęt - wymieniała powoli i z naciskiem, nie spuszczając wzroku z kuzyna. - Naprawdę uważasz, że to odpowiedni czas na roztrząsanie kwestii poglądów promugolskich? - zapytała z nutą niedowierzania. Przecież nie o to chodziło, to donikąd ich w tej chwili nie prowadziło.
- Nie sądzisz, że rody powinny się zjednoczyć niezależnie od tego jak bardzo respektują zachowanie czystości krwi, i wspólnie próbować znaleźć przyczynę obecnego chaosu i jej zaradzić? Zmiana jednego człowieka na stanowisku Ministra Magii niczego nie zmieni, musisz mieć tego świadomość... - wpatrywała się w niego. Wcześniej mówił, że to ma skutkować przywróceniem porządku, jej zdaniem nie zmieniało to kompletnie niczego. Wcześniej był Longbottom, którego popierała część rodów, reszta nie, teraz jest Malfoy, którego popierają jedne rody, część podchodzi do niego sceptycznie, a pozostali go nie uznają - nic się nie zmieniło.
- Wiem, zaraz mi powiesz, że na szukanie zgody pomiędzy rodami i kompromisów jest za późno - uprzedziła go, unosząc lekko dłoń, jakby chciała go przed tym powstrzymać. Tak, zdaje się, że już to słyszała i to właśnie na szczycie w Stonehenge.
- Ale już tak było. Zanim do naszego świata wkradł się chaos, rody, choć miały inne poglądy i często się ze sobą nie zgadzały w pewnych kwestiach, to jednak potrafiły ze sobą koegzystować, a teraz? Brat występuje przeciwko bratu, kuzyn rzuca się do gardła kuzynowi i zamiast szukać porozumienia, pogłębia się konflikty wywlekając kwestie pro- i antymugolskie. Rozłam rodzi rozłam, Alphardzie. Jak długo ustoi drzewo, którego pień został rozdarty na pół? - wciąż była spokojna, choć przy ostatnich słowach, w jej oczach pojawił się niepokój. Owszem, bała się - bała się tego, do czego to wszystko prowadziło, bo prowadziło do wojny, a ta jeszcze nigdy niczego dobrego ze sobą nie przyniosła.
Gdzieś niedaleko zaskrzeczała sójka przerywając tą chwilę ciszy, jaka między nimi nastała. Rosemary chciała zapytać jeszcze o jedno, ale powstrzymała się. Na to pytanie jeszcze przyjdzie czas, a teraz... powoli odwróciła się i spokojnym krokiem podjęła ich wędrówkę. Dosłownie kawałek dalej ścieżka stawała się szersza na tyle, by mogli iść obok siebie.


I feel the pages turning
I see the candle burning down
Before my eyesBefore my wild eyes



Rosemary Flint
Zawód : magifitopatolog, zielarka
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
Woda, której dotykasz w rzece,
jest ostatkiem tej,
która przeszła,
i początkiem tej,
która przyjdzie;
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
tak samo teraźniejszość
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6186-rosemary-artemisia-flint https://www.morsmordre.net/t6364-corvus#161229 https://www.morsmordre.net/t6360-rozmaryn-z-piolunem https://www.morsmordre.net/f130-charnwood-dwor-flintow https://www.morsmordre.net/t6430-rosemary-flint#163976

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Tereny wokół posiadłości
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach