Wydarzenia


Ekipa forum
Pokój dzienny
AutorWiadomość
Pokój dzienny [odnośnik]20.02.18 16:20
First topic message reminder :

Pokój dzienny

Ciepłe i przestronne pomieszczenie, które pełni ważną rolę w życiu Macmillanów. To tutaj, przy kominku, najwięcej czasu spędzają członkowie rodziny, popijają herbatę lub rodzinne wyrabiane alkohole, dyskutują na temat ostatnich meczów Quidditcha, zwykłych problemów lub po prostu odpoczywają po ciężkim dniu pracy, lub ciężkiej nocy.
Ze względu na bardziej „intymny”(tzn. domowy) charakter pomieszczenia, na ścianach znajdują się różnego rodzaju obrazy, w tym członków rodziny. Na półkach, naprzeciw kominka, znajdują się skromne puchary Quidditcha. Najważniejszy z nich wszystkich jest mały, srebrny puchar, który był pierwszą zdobytą przez Sorphona Macmillana nagrodą. Znajduje się on pod herbem rodowym i małym obrazem znikacza. Wokół niego porozstawiane są pozostałe „pierwsze” puchary obecnych członków rodziny.
Z okien, za dnia, zauważyć można polanę. Wiosną, latem i jesienią dostrzec też można Macmillanów pojedynkujących się na szable lub uprawiających zapasy, jeżeli akurat dopisuje pogoda i nie ma mgły.
Do pokoju dziennego zapraszane są osoby blisko spokrewnione z Macmillanami lub te, którym ród ufa.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pokój dzienny [odnośnik]25.11.20 22:44
To nie ona zwlekała z powiedzeniem mu wszystkiego kiedy okaże się w końcu słabszy. Nie unikała konfrontacji, nawet tych najcięższych. Nie bała się atakować, kiedy nie potrafiła spokojnie podejść do sprawy, jednocześnie bojąc się, że stanie się ofiarą i temu nie podoła. Fakt, alkohol przełamywał bariery, przesuwał granice, dzięki którym zdecydowanie pewniej pastwiła się nad nim — nie z nienawiści, a nawet gniewu. Intencje miała dobre, po prostu wykonanie pozostawiało wiele do życzenia.
— Zgadujesz — powtórzyła za nim z wyraźnym sceptycyzmem, unosząc brew wysoko w górę. Zacisnęła usta z zacięciem i wciągnęła w płuca tyle powietrza, ile była w stanie. – A to nie ty mi czasem sugerowałeś, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda? I teraz, hipokryto, zgadujesz, że wszystko wiesz? — łatwo było wymierzyć w kogoś jego własną broń. Pamiętała. To Keaton uczynił z nią kiedyś podobnie; łatwo osądzała innych, łatwo dopisywała brakujących stron do historii, które znała, czasem nie pytając, nie wnikając, oceniając wszystko po pozorach. Nie była idealna. Nie była nawet tak dobra, jak sądziła połowa jej przyjaciół. Próbowała chwytać się oceny tego, co widziała. Vincent był sprzecznością. Był chaosem. Brakowało w nim ładu i porządku. Brakowało w nim też pokory, którą być może niepotrzebnie próbowała siłą wywołać.
Obraził się i wcale nie kryła tego, że poczuła się dotknięta jego słowami. Nie odsunęła się jednak i nie zamilkła, choć pewnie na to właśnie liczył. Zadarła wyżej brodę i uśmiechnęła się gorzko.
— Trzeba czegoś więcej, żeby zamknąć mi usta, Rineheart. Możesz spróbować, śmiało. Ale z litości na wstępie ostrzegę cię, że ty tego nie masz. — Starała się bardzo, by w jej głośnie wybrzmiała pogarda, ale poza zwykłą złością nie wzbudzał w niej tego, a udawanie wychodziło jej komicznie. Mówiła jednak zupełnie szczerze, ognia nie dało się zwalczyć ogniem, a on nie miał najmniejszego pomysłu na to, jak wybrnąć z tej sytuacji. — Moje zdrowie ma się świetnie, ale dziękuję — odparła życzliwie, zerkając w pustą szklankę, po czym odwróciła wzrok, jakby kompletnie ją to nie interesowało. Przynajmniej już nie. Zignorowała wzmiankę o niewygodnych trzewikach i tańcach bez nich. Nie zamierzała dłużej ciągnąć tej farsy. Powiedziała mu wprost, po co go zaczepiła — nie chciała spędzić z nim więcej czasu, nie próbowała go do niczego zachęcić — choć pokrętnie, oczekiwała od niego wyjaśnień. Nie tyle przed nią, co przed samym sobą. Uzmysłowienia sobie, jak bzdurnie się zachowywał i jak bardzo psuł, zamiast budować.
Zasiał w niej ziarno niepewności. Nagle i niespodziewanie ją ogarnęło przeczucie, że robiła coś złego, niewłaściwego. Zamiast zmobilizować go, by się wziął za siebie i zawalczył, by spróbował zmienić bieg zdarzeń odsuwała go od tego coraz bardziej. A przecież czuła, że Tonks tego potrzebuje. Każda kobieta potrzebowała wiedzieć, że jest ktoś na tym świecie, kto o nią zawalczy, kto będzie się starał, kogo nie zniechęci kilka gorzkich słów. Naiwnie może wierzyła, że to na takich twardych fundamentach budowane są najpiękniejsze relacje. Na pewności i poczuciu stałości, bezpieczeństwa. Na świadomości, że jedno potknięcie, dwa, czy trzy nie sa w stanie zniszczyć tego, co bardzo chciało się stworzyć. Ale może to było jej marzenia i pragnienia, a nie Tonks; może Justine wystarczyła ta chwiejność, niestabilność. Może potrzebowała tego tak bardzo, że to jej wystarczyło i niepotrzebnie próbowała zmusić Vincenta do czegoś więcej? Niepewność wymalowała się na jej twarzy dość dobrze, utracona pewność siebie odbiła w rozbieganym po mężczyźnie spojrzeniu, a wyprostowana sylwetka na jedną chwilę skurczyła sir, jakby przeniosła cały ciężar ciała na uginające się kolana. Ale nie była w stanie się teraz wycofać, dać mu za wygraną. Zaczęła, bo wierzyła, że Just zasługuje na wszystko, a nie tylko na ochłap, którym mogłaby się zadowolić, nawet jeśli sama gotowa była się desperacko na niego pokusić.
— Nie musisz mi dziękować dzisiaj, ale mam nadzieję, że za jakiś czas, gdy pójdziesz po rozumem do głowy i zdasz sobie sprawę na jakiej krawędzi balansujesz zrobisz to, uznając, że cię przeciągnęłam na właściwa stronę — odparła znów pewnie, ogniskując spojrzenie na jego twarzy. Nie widziała w nim wroga. Nie widziała w nim oponenta. Po prosu się pogubił, a tym swoich zagubieniem mieszał Tonks w głowie. Musiał dorosnąć, stać się w końcu mężczyzną i zawalczyć o to, czego chciał tak, jak należało, a nie jęczeć po katach i wymyślać niestworzone bajki. Potem uświadomiła sobie, że wszystko co o nim myślała kierowała złość, uprzedzenia. Miał przecież prawo być rozbity, miał prawo być skołowany, niepewny, wrażliwy, zniechęcony. Cierpiący. Miał prawo się bać, płakać i frustrować. Jak każdy. Pokręciła głową, karcąc się w duchu, palcami zastukała w szklankę.
— Skoro otworzyłeś się dla niej, to wszystko zrobiłeś dla niej i zależy ci na niej to wyjaśnij mi, Vinnie, na gacie Merlina, dlaczego nie przyszedłeś tu dziś z nią.— Zmieniła taktykę. Nie wiedziała, nie miała pojęcia. Według tego, co sądził, nie miała o niczym zielonego pojęcia — to miał doskonałą okazję, by jej swoją pokraczną logikę przedstawić i wyjawić, dlaczego się wyprowadził bez słowa po tym, jak właściwie się zadeklarował ze wszystkim. Bo jaki mężczyzna robi coś podobnego? Splotła ręce na piersi, czekając cierpliwie — jak na siebie — na to, co w sobie skrywał. — Nie będę cię powierzchownie oceniać, jeśli mi to wyjaśnisz. — Bo już nie pierwszy raz wyglądało to w ten sposób. To samo zrobił z Jackie i w ten sam sposób się bronił. Nic nie wiesz, mówił wtedy. Nie masz pojęcia, co się działo. No to spytała o to, nic prostszego.
Spojrzał na nią, jak zbity pies, choć z gniewem i jakąś… nienawiścią? Jego błękitne oczy zdawały się szklić, choć nie była pewna, czy to z upicia, czy smutku. I nagle poczuła się źle, fatalnie. Świadomość, że doprowadziła go do takiego stanu wywołała w nim żałosną chęć przytulenia go i przeproszenia. Jakby był małym chłopcem, którego bezpodstawnie okrzyczała. Dopiero po chwili, dzięki tonowi, jakiego użył przypomniała sobie, że miała twarde podstawy, by to zrobić. Odchrząknęła raczej machinalnie, choć w tej chwili trudno było już ukryć przed wścibskimi arystokratkami ich rozmowę, które teraz bacznie się przysłuchiwały tej wymianie zdań. Chrząkanie raczej nie sprowadzi go na ziemię i nie przyczyni się do tego, że ściszy głos, więc zadarła brodę i wytrzymała to spojrzenie do końca. Milczała przez chwilę po tym wybuchu. Patrzyła na niego, przeskakując z jednego oka do drugiego, a później, westchnęła i wsparła się jedną ręką pod bok, opuszczając głowę.
— Vincent, nie możesz tak myśleć — zaczęła zdecydowanie ciszej i spokojniej, a w jej głosie nie było już przygany. — Nie możesz zakładać, że nie dasz sobie rady, zakładać, że czego się nie podejmiesz to to zrujnujesz. W ten sposób nigdy ci się nie uda. Ani z Tonks, ani z ojcem, ani z nikim innym. I nikt za ciebie nie sprawi, Nie możesz całe życie uciekać… — Uniosła na niego wzrok, a wraz z nim brwi, marszcząc czoło, w jakimś dziwnym wyrazie troski. — Możesz uciec przed rozjuszonym garborogiem, ale nie przed własnymi koszmarami. One cię zawsze dopadną. I cię w końcu zniszczą, a wraz z tobą wszystkich, na których ci zależy. Musisz w końcu stawić temu czoła. Swojej przeszłości. Przecież ona ci w tym pomoże. Jackie ci pomoże. Otaczają cię ludzie, którzy nie pozwolą jej cię pochłonąć. Jesteś człowiekiem małej wiary, Rineheart — szepnęła, próbując uchwycić jego spojrzenie. Sięgnęła ręką do jego ramienia, chwyciła je lekko palcami. Puściła jednak za chwilę, gdy jego ton znów się wyostrzył. Cofnęła się, obróciła lekko, bokiem, przystając bliżej stołu, opuszkami palców dotykając blatu, choć ten gest nie mógł stanowić dla niej żadnego podparcia. Spojrzała na pyszności na nim, z dziwnym spokojem, spokojniejszym oddechem wysłuchując jego pełnych żalu słów.
— Skończ tę gadkę, Vincent. Wiem o tobie tyle, ile chcesz pokazać. Jaki ma sens całe to więcej, czy to wszystko, czego nie widać, skoro… tego nie widać? — Obrzuciła go zmęczonym spojrzeniem i westchnęła kręcąc głową. — Nie jestem legilimentką ani telepatką, nie potrafię czytać ci w myślach. Komentuję twoje zachowanie, a nie to jaki jesteś naprawdę. Dla mnie całe to naprawdę znaczy tyle ile sam mi dajesz.
Były osoby, które znała tak dobrze, że dziś nie musiały już mówić nic, by wiedziała, jakie były i dlaczego się tak zachowywały. Ale i to było wypracowane latami, w tysiącach rozmów, milionach wspólnie spędzonych minut. Przygryzła policzek od środka, zerkając na niego sceptycznie, jak nauczycielka na ucznia odpytywanego przy tablicy.
— Tak, brawo. Najważniejsze, że tu jest — przewróciła oczami. O czym on bredził? Nie odrzucił tego zaproszenia? Nie odsunął od siebie Tonks? To, co to właściwie było, o czym była ta rozmowa? Co on robił w towarzystwie jakiejś Cory na weselu, kiedy ledwie moment temu, miesiąc?, tak bardzo próbował zaimponować Just. Pokręciła głową. Nie, to był błąd. Nie powinna się w to mieszać. Odzywała się nieproszona, nikt nie potrzebował jej rady, a Vincent miał gdzieś to, co miała do powiedzenia, nie wspominając już o tym, co o nim myślała. Wyraził się jasno. Skłamałaby, że nie zależałoby jej na jego zdaniu. Jeśli Justine widziała w tym szansę dla siebie to chciałaby ją wspierać jak tylko potrafiła, zamiast drzeć z nim koty; nie potrafiła po prostu przejść obojętnie obok tego, co się działo. I co było niezrozumiałe. — Dziękuję. — Odparł i westchnęła, podążając spojrzeniem w stronę wścibskich arystokratek.



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Pokój dzienny - Page 4 HCdH48g
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright
Re: Pokój dzienny [odnośnik]05.01.21 21:10
Zgubił się po drodze próbując zademonstrować zupełnie inną wersję samego siebie. Alkoholowe upojenie wyolbrzymiało wersety, które do niego kierowała. Była oprawcą atakującym z premedytacją, cierpliwością i zimną krwią. Wykorzystywała chwilową niesubordynację, zachwiane gesty, splątane słowa połączone z rozmytą, salonową przestrzenią. Spoglądał na nią spod przymrużonych, nieobecnych powiek, pragnąc udowodnić zgromadzonym jak wspaniale i stabilnie ogarnia rzeczywistość. Czy, aby na pewno miała dobre intencje? Zacisnął dłonie na przedramionach wybijając paznokcie w materiał podciągniętej marynarki. Pokiwał głową na znak trwalszego potwierdzenia powtórzonego słowa, lecz ciemnowłosa odpowiedziała dość wyraźnym wzburzeniem, które odrzuciło go do tyłu; przynajmniej tak mu się wydawało, czując jak brzeg drewnianego stołu wbija się w miękką tkankę. O mały włos nie wywrócił smakowitych przekąsek. Uniósł dłonie w obronnym geście przeciągając sylaby: – Spokoojnie, może po prostu znam się na ludziach. – wzruszył ramionami i wykrzywił kącik ust w zaczepny uśmiechu. Był z siebie zadowolony, lecz taki stan rzeczy nie utrzymał się zbyt długo. Zamachał kryształową szklaneczką zrozpaczony brakiem bursztynowej zawartości. Westchnął ciężko spoglądając w przeciwną, orzechową otchłań przymrużonych oczu. Ona również miała w sobie tak wiele sprzeczności. Wychodziły na powierzchnię wybiórczo, w zależności od sytuacji. Nerwowość, opryskliwość, nieuprzejmość, czy pod maską burzliwych, kłótliwych cech kryła się o wiele delikatniejsza, odosobniona wersja walecznej Wright?
Zauważył jak zmienia postawę, prostuje sylwetkę i zadziera brodę. Odwzajemnił złośliwy uśmiech unosząc prawą brew do góry. Nie musiał się wysilać, aby nad nią górować – ponadprzeciętny wzrost dawał mu przewagę. Przyjął ostrą uwagę z niezmienną miną. Coś drgnęło w jego wnętrzu, słysząc szczerą, wyartykułowaną pogardę. Poruszył się niekontrolowanie. Przemawiała przez nią złość, a może czysta nienawiść? Czy powinien poczuć wyrzuty sumienia, zastanowić się nad swoim zachowaniem? Jednakże nieświadomie brnął dalej, bronił się, nie zamierzał pozostawić na niej ani jednej, suchej nitki. Znów wzruszył ramionami: – Ale po co próbować? Przecież i tak nigdy mnie nie lubiłaś, traciłbym tylko czas. – podsumował obojętnie zgodnie z jego własną prawdą wysuniętą na przestrzeni lat. Mogła odbierać go jak tylko chciała, stawiać w najbardziej negatywnym świetle, lecz tym razem nie da sobą dyrygować. Musiał coś udowodnić: – To dobrze, majowe noce potrafią być niestety chłodne. – dodał jeszcze, ciągnąc temat odrobinę złośliwie. Przy niej zachowywał się odrobinę inaczej. Nie trwonił od zgryźliwości, wyjścia poza schematy i ustalone normy kurtuazji, dobrych manier wobec pięknych dam. Nie miał taktu, nie gryzł się w język, gdy kąśliwe zdanie wypływało na złociste salony. Udawał, że nie zna jej prawdziwych intencji, że nie wie do czego dąży między coraz bardziej perfidnymi wersami. Chciała usłyszeć wyjaśnienia, wyrazy skruchy, przyznania do winy, którą nosił ze sobą od tylu lat. Z każdym dniem dobudowywał kolejne cegiełki uginając się pod paraliżującym ciężarem. Mówiła mu coś, z czego naprawdę dobrze zadawał sobie sprawę. Był świadomy swych czynów, lecz nie potrafił ich powstrzymać, zatrzymać się w odpowiednim momencie nie czyniąc krzywdy drugiej osobie, nie doprowadzając do nieodwracalnych konsekwencji. A może właśnie taki już był? Niepoukładany, zagubiony, destruktywny wobec samego siebie. Perfidnie lekceważący, biorąc wszystko co mogło mu się należeć. Czyżby los kolejny raz zadrwił bezczelnie, odbierając to, co najważniejsze? Nie godził się z prawdą, którą z każdą sekundą wygłaszała coraz dobitniej. Nie chciał słyszeć jej z oskarżycielskich ust, niezrozumiałej postawy ocieniającej wszystko to, co powierzchowne. Nie znała go, nie potrafiła wniknąć w rozdrobnione, przerażone wnętrze. Nie wiedziała, że oddałby wszystko, aby móc uszczęśliwić bliską im obu blondynkę.
– Oczywiście. Wyślę ci wtedy dziękczynny list na najlepszym pergaminie w całym Londynie. – skwitował w podobnym tonie. Może miała rację, powinien odsunąć się na bezpieczną odległość i zostawić Tonks w spokoju. Może decyzja o powrocie do ojczystej ziemi była niepotrzebna, zbyt pochopna? Nie radził sobie z właściwym egzystowaniem denerwując każdą, napotkaną jednostkę. Wszystko czego się podejmował robił źle. Tak samo jak teraz, stojąc tu przed nią, samotnie, bez partnerki, której oddał całe swoje serce. Spuścił głowę i pokręcił nią energicznie. Hamował ciepłą ciecz wypełniającą błękitne tęczówki. Szumiało mu w głowie, nie wiedział czy kolejne wyrazy wybrzmią wyraźnie: – Nie wiem Hannah. Myślałem, że tak będzie dla niej lepiej. Że może to wszystko to tylko złudzenie i że to wszystko robi jedynie z litości. – podniósł na nią wzrok na bardzo krótką chwilę. Przejechał dłonią po zarośniętym policzku: – To wszystko wróciło do mnie tak nagle i ja się temu poddałem. Nie chciałem i nie chcę krzywdzić jej sobą. Swoim niezdecydowaniem, pogubieniem, skrajnymi emocjami, które usilnie staram się ukryć. – wypowiedział żałośnie nie mając siły na kolejne potyczki. Mówił szczerze, uzewnętrzniał się przed swym urokliwym oprawcą. – Jestem dla niej po prostu za słaby. A po co jej taki ktoś? – skończył skruszony, złamanym głosem. Niepotrzebnie jej to wszystko mówił, pokazywał tą wrażliwą, rzadko prezentowaną stronę. Co takiego sobie o nim pomyśli? Mężczyzna nie powinien być słaby, niezależnie od wszystkiego miał dźwigać i bronić od zła otaczającego świata. Przekręcił głowę w stronę okna i jak najdyskretniej starł pojedynczą wilgoć uformowaną pod lewym okiem. Jesteś głupcem Rineheart.
Nie tylko ona doprowadziła go do takiego stanu, on sam się do niego doprowadził chowając go przed zwodniczą doczesnością. Wszystko to co widziała było efektem nadmiernego, siłowego skrycia, walki z własnym żalem, wstydem i pochłaniającymi słabościami. Nerwy odpuszczały, rozluźniał się pozwalając, aby ujrzała inną twarz. Nie powinna mieć wyrzutów sumienia, dzięki tej gwałtowności oczyszczał się, choć w bardzo dziwny sposób. Nie zwracał uwagi na wzmożone oddechy niezaproszonej widowni. Czuł na sobie świdrujący wzrok starych szlachcianek – nie obchodziły go, w tym pomieszczeniu był jedynie on i kobieta odziana w wyzywającą czerwień. Chwilowa przerwa pozwoliła na złapanie oddechu, wciągnięcie nowego powietrza i uspokojenie emocji. Dlaczego taki był? Dlaczego tak łatwo ulegał? – Tylko, że wszystko czego się do tej pory podejmowałem, jakoś dziwnym trafem upadało. I chyba nie umiem powiedzieć tak po prostu, dlaczego. A najłatwiej jest… – złamał głos spuszczając głowę. Westchnął gorzko, jakby sylaby ugrzęzły mu w gardle. Alkohol wyciskał z niego jakąś niezrozumiałą łagodność, której wcześniej nie przejawiał: – Najłatwiej jest po prostu uciec. – pokiwał głową kilkukrotnie, przecząco. Nie miała racji, nie było osób, które mogłyby mu pomóc, a on nie obarczy ich swoimi problemami. Spojrzał na nią błyszczącymi jasnymi tęczówkami. Dobrze wiedziała od czego mienią się w żółtawym świetle:
– Jacqueline tu nie ma. Zaginęła. – odpowiedział smutno. – Ludzie mają swoje sprawy, swoje troski i swoją codzienność. Jest wojna, nie będę, nie mam prawa obarczać ich swoimi problemami zjawiając się nagle po jedenastu latach. - dodał szybko. Może stawić czoła, a może po prostu wrócić skąd przyszedłem. – poczuł pokrzepiający uścisk na swoim ramieniu. Pierwszy, niewymuszony gest niosący nadzieję. Był wdzięczny, lecz nie potrafił powstrzymać gwałtownych reakcji. Miał już serdecznie dość, a kolejne słowa tylko to potwierdzały. Oderwał się od blatu chwiejąc na prostych nogach. Wykonał dziwny gest przedramion, jakby chciał to wszystko od siebie po prostu odepchnąć: – Skończmy to już. Tak, zapewne masz rację. – odparł jeszcze na odczepkę odchodząc kilka kroków do przodu. Marynarka była przekrzywiona, wygnieciona, nie prezentował się już tak znakomicie. Westchnął ciężko czując, że zbliżyli się do finału. Dostała to czego chciała, a on w swym nieoczekiwanym załamaniu wymyślił plan działania. Myśli mieliły się wewnątrz głowy. Było ich za dużo, za bardzo się na siebie nakładały. Jej słowa uderzyły go dogłębnie, lecz czy powinien być jej wdzięczny? Wszystko to co powiedziała nie docierało jeszcze w odpowiednie punkty. Potrzebowało czasu. Kiełkowało, narastało, aby za kilka godzin okazać się czymś trafnym. Nie miała złych intencji, trafiła jedynie na zły moment. Wybełgotał coś niezrozumiałego. Zdobył się jeszcze na krótkie – Mhm. – po czym ruszył w stronę wyjścia, energicznie, pospiesznie, jakby pędził w miejsce, znane tylko i wyłącznie mu. Na odchodne rzucił krótkie: – Do zobaczenia! – wykonał gest pozdrowienia i wyszedł w plątaninę bogatych korytarzy, aby przepaść w weselnym rozgardiaszu na kolejne, wydłużone godziny. Miał za to jeden cel – odszukać, przeprosić i przebłagać blondynkę, aby mu wybaczyła.

| zt tears



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Pokój dzienny [odnośnik]12.01.21 17:46
26 września 1957 roku

List, jaki otrzymała eteryczna alchemiczka, opisywał sytuację, która wydała jej się niezwykle podejrzana. Analityczny umysł szybko uznał, że możliwości mogły być dwie: albo w procesie destylacji popełniono jakiś karygodny błąd albo komuś zależało na tym, aby wyjątkowo zaszkodzić rodzinie Macmillan. Nie była do końca pewna, czemu mężczyzna w liście wykazał zmartwienie swoim nazwiskiem, postanowiła jednak zbyt się nad tym nie zastanawiać. Szybka konsultacja z profesorem Lacework skutkująca prośbą o wybranie się na miejsce tragedii sprawiła, że sprawnie odpisała na list, wyznaczając odpowiedni dzień spotkania oraz godzinę, w jakiej miała pojawić się w wyznaczonym miejscu. Zaopatrzona w torbę pożyczoną od profesora, zaczarowaną zaklęciem pomniejszająco - powiększającym, wypełnioną najróżniejszymi alchemicznymi przyrządami oraz oczynnikami (wszak wiele rzeczy mogło się przydać, czyż nie?) zjawiła się na miejscu, gdzie czekał już na nią domowy skrzat, którego panna Burroughs powitała delikatnym uśmiechem. Nim się obejrzała, Pryncypałek przeniósł ich do jednego z pokoi posiadłości. Eteryczna alchemiczka poprawiła palcami materiał granatowej sukni o kobiecym stroju, spojrzeniem wyszukując zleceniodawcy. Nie wiedziała, kogo mogła się spodziewać. Zawierzyła opinii Aegisa mając nadzieję, że to nie wplącze ją w żadne problemy... Obawa odrobinę ucichła, gdy przyszło jej ujrzeć owego mężczyznę, wyglądającego, przynajmniej pozornie, na całkiem sympatyczną osobę.
- Dzień dobry! - Przywitała się, nie zwykła jednak używać szlacheckich tytułów, posiadając dość specyficzne poglądy w tej materii. Delikatny uśmiech przyozdobił jasne lico, a szaroniebieskie spojrzenie uważniej powiodło po ostrych, acz przystojnych rysach. - Pan Thomas, prawda? Frances Burroughs, niezmiernie miło mi pana poznać. - Przedstawiła się grzecznie, wyciągając ku mężczyźnie dłoń, skrytą pod materią białej rękawiczki. Fakt, iż wychowała się w portowych dokach nie sprawiał, iż brakowało jej pewnych manier. Nic z resztą w jej prezencji nie mogło wskazywać na pochodzenie jej rodziny - zawsze zwykła się prezentować niczym dama z dobrej rodziny, nie ambitna dziewczyna z portowych ulic.
Frances ostrożnie poprawiła torbę na swoim ramieniu, bystrym spojrzeniem przejeżdżając po pomieszczeniu w jakim przyszło jej się znaleźć. Elegancko, z gustem acz bez zbytniego przepychu. Gdzieś w środku eteryczne dziewczę uznało, iż prezentuje się ono całkiem przyjemnie... Choć liczba portretów odrobinę przytłaczała.
- Muszę przyznać, iż jestem pod wrażeniem pana wyczucia czasu, panie Macmillan. Widzi pan, profesor Lacework miewa ostatnio gorsze dni, a ja za tydzień wychodzę za mąż. Obawiam się, że gdyby pańska prośba dotarła do nas kilka dni później, nie moglibyśmy pomóc... - Zaczęła przyjaźnie, miękko otulając szaroniebieskim spojrzeniem męską twarz. - Przechodząc do rzeczy, czy jest to miejsce w którym możemy bezpiecznie porozmawiać o sprawie? Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej i zapoznała z wspomnianym tematem osobiście. - Spytała nie zwykle ostrożnie, posyłając mu porozumiewawcze spojrzenie szaroniebieskich oczu. Istniało podejrzenie, że ktoś zatruwał alkohol - a w takiej sytuacji, każdy mógł być podejrzanym.


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Pokój dzienny [odnośnik]14.01.21 12:13
Sytuacja wódki rzeczywiście była podejrzana. Działał zgodnie z przepisem, który kiedyś otrzymał. Nie kombinował, korzystał ze wszystkich magicznych składników, które doradzano mu użyć. Nie wiedział też po co ktokolwiek miałby psuć jego wysiłki ani tego kto byłby w stanie dostać się do piwnicy rezydencji, żeby dodawać cokolwiek szkodliwego do alkoholu. Zatrucia, choć wydawały się niegroźne, były mimo wszystko poważną sprawą do rozwiązania. Rozwiązania były tylko dwa: albo Anthony robił coś źle, albo rzeczywiście miał w domu kogoś, kto go sabotował. Ale kto? Wcześniej już kilka razy prosił kilku alchemików o pomoc i sprawdzenie swoich alkoholi… i wszystko wydawało się być w należytym porządku, może poza kilkoma składnikami, które szybko zastępował innymi.
Napisanie listu do panny Burroughs było więc (tak jakby) aktem desperacji. Obawiał się spotkania z kilku powodów. Po pierwsze, mógł sprowadzić tutaj swoją przyjaciółkę, Charlene, ale nie chciał przysparzać jej większego smutku i zwyczajnie chciał jej dać odpocząć od obowiązków. W głowie wciąż miał jej słowa o „wykorzystywaniu”, które nieprzyjemnie ciążyły mu na sumieniu. Bał się także tego, że panna Leighton mogłaby się jakoś dowiedzieć o tym spotkaniu, a co za tym idzie, mogła się na niego obrazić. Druga sprawa polegała na tym, że nie znał tajemniczej alchemiczki. Poznawali ją inni, których wypytywał o kolejnych alchemików. Nadal jednak nie wiedział kim była, czy była po tej „dobrej” stronie, po której był i on. Jej obecność mogła stać się zagrożeniem dla całej rodziny, na dobrą sprawę i musiał być tego świadomy. Macmillan najpierw zastosował swoje nieudolne kłamstwo w liście, podając się za zupełnie inną osobę, a dokładniej zmieniając swoje imię. Czy mu się udało – nie miał pojęcia, chyba tak, biorąc pod uwagę odpowiedź czarownicy. Wpadł jeszcze na jedno rozwiązanie.
Skrzat odebrał czarownicę z rynku i zaprowadził ją do odpowiedniego pokoju. Macmillan zjawił się, kiedy tylko usłyszał o ich przybyciu. Pomimo bycia szlachcicem, zachował skromność, obawiając się, że mógłby przytłoczyć pannę Burroughs. W drzwiach jeszcze poprawiał rękawy swojego granatowego garnituru. Na widok kobiety jednak się zdziwił. Właściwie nie wiedział czego oczekiwać, może jakiejś starszej kobiety z krzywym nosem i gęstymi czarnymi włosami. Przed sobą ujrzał jednak ładną i dobrze reprezentującą się dziewczynę. Musiał się szybko otrząsnąć z drobnego szoku, co by to nie wypaść na kogoś nieprzyjemnego lub zapatrującego się w inne czarownice. Uśmiechnął się skromnie na jej powitanie i kiwnął jej głową. Cieszył się jedynie z tego, że od samego początku nie istniał między nimi niepotrzebny dystans.
Miło mi panią poznać – uścisnął jej dłoń. Zauważył wcześniej, że miała rękawiczki i to powstrzymało go od szlacheckiego pocałunku. – Muszę wpierw wyjaśnić kilka kwestii z panią. – Odezwał się natychmiast. – W liście musiałem podpisać się nie swoim imieniem. Sprawy bezpieczeństwa. Naprawdę mam na imię Anthony – wyjaśnił nieśmiało. – Mam nadzieję, że pani rozumie – uśmiechnął się szeroko na koniec.
Coś mu jednak w tym wszystkim nie grało. Czy ona w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, co się działo w Anglii i że znajdowała się właśnie na terenie rodziny, która skrywała „terrorystę”? Nie wyglądała na taką, która była tego świadoma, ale kobiety potrafiły ukrywać swoją wiedzę i zamiary. Zerknął przelotnie na torbę, którą poprawiła, a potem ponownie zaczął się jej przyglądać.
Z zainteresowaniem przyjął informację o jej ślubie. Nie znał jej, ale cieszył się jej szczęściem.
Gratuluję – zabrzmiał radośnie. – Zrozumiałbym i sytuację, gdyby nie była pani w stanie się u nas zjawić. Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem pani w niczym. Mam nadzieję, że będzie pani szczęśliwa. Sam niedawno się ożeniłem – dodał, chcąc żeby blondynka czuła się jak najprzyjemniej w rezydencji Macmillanów. Najchętniej dodałby: „i nie żałuję”, ale powstrzymał się przed dodatkowym komentarzem. – Życzę wszystkiego najlepszego w najbliższej wspólnej drodze życia z pani narzeczonym.
Ucieszył się, kiedy przeszła do sedna sprawy. Nie przyszli tutaj, żeby rozmawiać o sukniach ślubnych, choć każda tego typu rozmowa była dla niego miłe widziana. Kiwnął jej natychmiast głową na potwierdzenie. Nie zamierzali zajmować się alkoholami w tym pokoju. W piwnicy wszystko było przygotowane do pracy. Musiał wpierw poruszyć jeszcze drugą kwestię.
Zanim to zrobimy, chciałbym poprosić panią o jedną rzecz. Ze względu na to, co dzieje się w ostatnim czasie w naszym państwie, pani obecność tutaj powinna zostać tajemnicą. Innymi słowy, żądałbym od pani aby nie zdradzała pani nieodpowiednim osobom o tym gdzie mnie pani znalazła i dlaczego panią wezwałem. Dla pani bezpieczeństwa przede wszystkim – zaczął, wyciągając w jej stronę prawdą dłoń. Za tym zawołał Pryncypałka, aby ten zawołał kogokolwiek z rodziny, która mogłaby przysłuchiwać się składanej przysiędze. Z całą pewnością nie mógł pozwolić na to, żeby ktoś później zrobił jej krzywdę, ani żeby ktokolwiek zrobił krzywdę wszystkim mieszkańcom tutejszej rezydencji. – W zamian, jestem w stanie obiecać pani możliwość pomocy, gdyby kiedykolwiek znalazłaby się pani w kłopotach. Wyjawienie informacji o mnie nieodpowiednim osobom, będę traktować jako atak na swoją rodzinę.
Zamiast poważnego spojrzenia, ciągle się uśmiechał, uznając że to tylko formalność i że kobieta nigdy nie zrobiłaby czegoś podobnego.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 4 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]15.01.21 0:34
Frances doskonale wiedziała, że jej prezencja nie miała nic wspólnego ze stereotypowym pojęciem kobiety, zajmującej się alchemią. Panna taka jak ona winna w końcu skupiać się na zakładaniu rodziny oraz prowadzeniu domu u boku dobrze postawionego męża… Ona jednak wolała kociołki, długie ciągi skomplikowanych badań oraz magiczne mikstury pełne najróżniejszych właściwości. Ponoć uroda nie zwykła iść w parze z inteligencją, eteryczna alchemiczka była jednak zaprzeczeniem tej teorii.
Uważnie przyglądała się mężczyźnie,  a gdy wyjawił jej, iż podał swoje niewłaściwe dane, blondynka zmarszczyła delikatnie brwi w zamyśleniu. Nie wiedziała wiele o tym, co działo się w magicznym świecie. Pamiętała Bezksiężycową noc, wiedziała, że Londyn nie był już bezpieczny a Ministerstwo chciało się pozbyć mugoli… I na tym wszystkim kończyła się jej wiedza. Brakowało jej danych, brakowało jej podstaw nauk historycznych oraz politycznych, by wiedzieć, co się dzieje.
Uśmiechnęła się ślicznie, gdy mężczyzna odpowiedział na uprzejme konwenanse, ściskając jej delikatną dłoń. Od długiego czasu rękawiczki były stałym dodatkiem w jej kreacjach. Eteryczna alchemiczka lubiła je, a i były przydatne przy poszukiwaniu ksiąg, zawierających niezwykle rzadką wiedzę - nie musiała dotykać ich gołymi dłońmi.  
- Skoro zależy panu na bezpieczeństwie, radziłabym również posługiwać się w listach do nieznajomych również nieprawdziwym nazwiskiem. Arystokratyczne nazwiska zawsze ściągają uwagę. - Odpowiedziała spokojnie, uśmiechając się przyjaźnie do mężczyzny. Czy naprawdę uważał, że jedno z dwudziestu siedmiu nazwisk zapewni mu odpowiednie bezpieczeństwo? Ostatnie tygodnie sprawiały, że panna Burroughs zaczynała powątpiewać w męski rozsądek, w tym wszystkim dziwiąc się, czemu tak rzadko wybierali na żony kobiety inteligentne, potrafiące uzupełnić luki w ich myśleniu.
- Och, dziękuję, to bardzo miłe z pana strony. - Odpowiedziała na życzenia, a delikatny rumieniec przyozdobił jej buzię. Nie przywykła do tak miłych słów z ust obcych, nic więc dziwnego, iż odrobinę ją zawstydziły. - Szczerze mówiąc, z przyjemnością odrywam się od tych wszystkich spraw, związanych z organizacją ceremonii… A skoro ma pan to za sobą, zapewne wie pan, o czym mówię. - Rozbawienie pojawiło się w jej głosie, nawet jeśli same przygotowania odrobinę przerażały. Dopiero planując własny ślub zauważyła, jak wiele niewielkich detali okazywało się niezwykle istotnymi.
Bystre spojrzenie uważnie przyglądało się przystojnej postaci pana Macmillan z pozornym spokojem, gdzieśw głębi jednak, eteryczna alchemiczka nie mogła się doczekać momentu, gdy będzie mogła przejść do pracy oraz dokładnie przebadać alkohole w poszukiwaniu możliwego błędu, posiadając już kilka teorii, jakie mogły mieć miejsce z wódką produkowaną przez Anthony’ego.
Dopiero gdy wypowiedział kolejne słowa, podejrzliwość zagościła na buzi eterycznego dziewczęcia. Czy naprawdę wymagał od niej złożenia takiej przysięgi? Ciche westchnienie opuściło usta blondynki, ramiona skrzyżowały się na piersi, a uśmiech zniknął z jej ust.
- Panie Macmillan, jestem kobietą nauki nie polityki, a Pana słowa są oburzające. Nie interesuję się polityką i przyznam szczerze, że dokładna natura panującego konfliktu nie jest mi znana. - Zaczęła tonem nadal przyjaznym, aczkolwiek spojrzenie dziewczyny stało się odrobinę uważniejsze; jakby ostrożniejsze. - Wiem, jak zadbać o swoje bezpieczeństwo, a skoro przyznanie się do tej wizyty mogłoby mi zagrozić, może być Pan pewien, że nikt się o tym nie dowie. Nie bez powodu mnie polecono… Nie złożę jednak Wieczystej Przysięgi. Ona, sama w sobie, jest dla mnie zagrożeniem choćby przez fakt, iż widzę pana po raz pierwszy w swoim życiu. Skąd mogę mieć pewność, że pańskie żądanie nie jest podstępem? Że nie współpracuje pan z konkurencją mojego przełożonego i nie chce mi zaszkodzić? - Frances uniosła z zaciekawieniem brew ku górze, uważnie przyglądając się mężczyźnie. Do czego to doszło, aby od naukowców wymagać Wieczystych Przysięg? Eteryczna alchemiczka nie była głupia, nie dałaby się wrobić w podobną umowę.
- Z obecnego impasu są trzy wyjścia. Pierwsze: możemy negocjować dalej, nie sądzę jednak, abyśmy znaleźli satysfakcjonujący kompromis. Drugie: możemy rozstać się w tym momencie, a pan będzie musiał zmierzyć się z zagadką w samotności. Trzecie: możemy oboje dać sobie kredyt zaufania i przejść do pracy, rozwiązać sprawę jeszcze dzisiejszego dnia i uchronić pańskich klientów przed zatruciami, ślepotą oraz możliwą śmiercią…. - Konkretnie, jasno i logicznie przedstawiła wszystkie możliwości, mając nadzieję, że mężczyzna okaże się posiadać choć odrobinę rozsądku. Frances nie była pierwszym, lepszym alchemikiem, a znalezienie kogoś, kto posiadał podobną jej wiedzę, z pewnością byłoby dla Macmillana niezwykłym wyzwaniem. - Jaka jest pańska decyzja, panie Macmillan? - Spytała z wyraźną ciekawością, nie chcąc marnować czasu ani swojego ani tego należącego do młodego lorda.


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Pokój dzienny [odnośnik]16.01.21 18:55
Zdecydowanie nie spodziewał się takiej odpowiedzi ze strony panny Burroughs. Miała jednak rację co do tego, że mógł skłamać lepiej… z tym, że on kłamać zwyczajnie nie potrafił, a gdy to robił, wychodziło mu źle. Duma Macmillanów nigdy nie pozwalała mu na dobre kłamstwo. Uśmiechnął się niewinnie i pokiwał głową na jej odpowiedź. Owszem, arystokratyczne nazwiska ściągały uwagę, ale głupio by też było, gdyby nagle zawitała do Macmillanów, po tym gdyby podał się za jakiegoś zwykłego mężczyznę. No i rzecz jasna, nie miał pojęcia ile wiedziała o jego rodzinie, szczególnie w dobie złej prasy.
Była wyjątkowo przyjemną czarownicą, w dodatku dość piękną, jak mu się zdawało, choć wyraźnie pewną siebie i swojej pozycji. Trochę zazdrościł jej takiej postawy. Z większym uśmiechem przyjął jej podziękowania na życzenia przedślubne. Potwierdził skinieniem głowy na to, że rozumiał jej sytuację i zaangażowanie w przygotowania. Ledwo powstrzymał się przed tym, żeby nie dodać: „gdybym mógł jakoś pomóc, proszę dać znać”.
Nie chciał zmuszać dziewczyny do przysięgi, ale obawiał się, że była to jedyna możliwość, aby jego rodzina była bezpieczna. Nigdy nie mógł być pewien tego kto życzył im dobrze, a kto źle. Naprawdę chciał jej zaufać, ale dawne wydarzenia, a i te niedawne sprawiały, że był podejrzliwy względem każdej nowej osoby. Nawet pannę Grey, guwernantkę, potraktował oschle podczas pierwszego spotkania, tuż pod Stonehenge, celując w nią różdżką.
Panna Burrough zareagowała na jego słowa oschle, zupełnie tak, jak gdyby ją obraził, a przecież nie to było jego celem. Nigdy nie mówił źle przeciwko komuś, kogo nie znał. W pierwszym momencie nie rozumiał jak mogła w taki sposób odebrać jego słowa. Z każdym kolejnym zdaniem jednak zdawał sobie sprawę, że tak właściwie czarownica miała prawo na to, żeby się obrazić i bardziej. Przecież to on ją tutaj zaprosił i to on oczekiwał od niej usługi. Nie miała powodu do tego, żeby go wydać ani tym bardziej zaszkodzić rodzinie, która oferowała jej pracę. Chyba. Sam już nie wiedział. Obecny świat był zbyt zawiły. Na jego twarzy najpierw pojawiło się zaskoczenie, które wkrótce zamieniło się we wstyd. Czerwień pokryła jego poliki i nie miał jak ją ukryć. Kilka razy próbował jakoś zareagować na jej słowa, ale miał wrażenie, że nie potrafił powiedzieć nic normalnego. Zwyczajnie otwierał i zamykał własne usta.
Między nimi nastała długa cisza, a tak przynajmniej zdawało się Macmillanowi. Spuścił głowę, zmarszczył czoło. I co miał jej odpowiedzieć? Miała rację, a jemu było głupio to przyznać, bo było to zupełnie oczywiste. Westchnął ciężko. Skinął kuzynowi, żeby mimo wszystko wyszedł. Ten, zaskoczony jedynie dygnął na pożegnanie pannie Burroughs i zniknął chwilę później.
Panno Burroughs – zwrócił się do niej odczekując jeszcze kilka sekund – pochodzę z rodziny, która nie zna podstępów i kłamstwa… tego poważnego, szkodliwego dla innych. Nigdy nie zaszkodziłbym ani pani, ani profesorowi – wyjaśnił. Biła od niego szczerość i otwartość. Nic nie zamierzał przed nią ukrywać, bo i nie miał co. Jego poliki wciąż były czerwone od wstydu. – Moja propozycja… była spowodowana moją sytuacją i sytuacją mojej rodziny – dodał jeszcze, uznając że musiał to powtórzyć.
Kiwnął głową, kiedy przedstawiła trzy rozwiązania. Miała prawo na taką reakcję. Musiał wybrać szybko, a nie miał innej opcji niż jedna.
Zaufam pani – odpowiedział natychmiast na jej pytanie. – Ze względu na profesora i pani postawę. Proszę mnie nie zawieść – zażądał jedynie. Odważne kobiety zawsze budziły jego szacunek, bo trudno było być kobietą w obecnych czasach. – Proszę iść za mną – zażądał po chwili, pod warunkiem że nie chciała odstąpić od pracy. Nie mógł jej do niczego zmuszać i nie chciał.
Otworzył drzwi od pokoju, aby panna Burroughs mogła przejść przed nim. Szybko ją jednak wyprzedził, a następnie zaprowadził prosto do piwnicy pełnej beczek i butelek z whisky oraz innymi alkoholami. Na wstępie przeprosił nieśmiało za ciemność, którą łagodziło jedynie światło z lamp naftowych. Za tym postawił ją przed stołem roboczym z butelkami wspomnianego w liście alkoholu.
To są te butelki – postawił na nich dłoń. – Prawiony według tego przepisu – wskazał na swój dziennik, otwarty na odpowiedniej stronie. – Za pomocą tej aparatury – jego dłoń wskazała następnie na małą aparaturę przez którą przechodziły składniki w trakcie tworzenia alkoholu. – Do piwnicy wstęp ma każdy dorosły Macmillan, choć głównie schodzę tu ja. Czy potrzebne są Pani jeszcze jakieś narzędzia do sprawdzenia alkoholu? – Zapytał, rozglądając się po piwnicy.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 4 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]17.01.21 0:14
Panna Burroughs, w przeciwieństwie do pana Macmillana, była wprawiona w kłamstwie - długie lata spędziła na oszukiwaniu wszystkich, łącznie z nią samą. Udawała, że wszystko jest w porządku w momencie, gdy przez wiele lat umierała w środku mając dość paskudnego otoczenia w jakim przyszło jej dorastać oraz toksycznej rodziny, obarczającej ją wszelkimi problemami. Jednocześnie była na tyle bystra, by wyłapywać niewielkie szczegóły oraz niuanse związane z ciągiem przyczynowo skutkowym. Miała również okazję przeczytać lwią ilość książek o najróżniejszej tematyce, posiadając sporo wiedzy - interesującej, acz nie do końca przydatnej… I należała do czarownic doskonale zaznajomionych ze strachem. Stojący przed nią mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kto kiedykolwiek wcześniej miał powody, by obawiać się o swoje życie. I sprawiał wrażenie zagubionego  w obecnej sytuacji, nie do końca wiedzącego, jak sobie  z tym wszystkim poradzić… Znała podobne uczucie i chyba tylko ten fakt sprawił, że nie odwróciła się na pięcie i nie zniknęła z rezydencji, by wrócić do pracy w bezpiecznej pracowni profesora Lacework.
Słowa, jakie opuściły usta Anthonego rzeczywiście były dla niej urazą, a wymaganie złożenia Wieczystej Przysięgi będąc nieznajomym nie było przyjemnym… Nawet jeśli sama złożyła podobną prośbę względem pewnej lady, wtedy jednak sprawa dotyczyła czegoś niezwykle ważnego. Czegoś, co powinno pozostać tajemnicą nawet jeśli faktycznie któregoś dnia się wydarzy. Bystre spojrzenie straciło na chłodzie, gry rumieniec pokrył męską twarz, a on najwidoczniej nie wiedział, co powinien powiedzieć. Oczekiwała więc spokojnie, miękkim pojrzeniem otulając lordowską twarz, jakby chciała dodać mu odwagi oraz upewnić, że żywi większej urazy.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, naprawdę nie mam większego pojęcia o polityce, wydaje mi się jednak, że pańska rodzinna powinna się z nim zapoznać. Nie tylko po to, by zadbać o bezpieczeństwo ale i wiedzieć, jak się je przejrzeć i się przed nim uchronić. - Tony jej delikatnego głosu były spokojne, posiadające w sobie barwę szczerej, życzliwej rady. Sama niegdyś bała się wyjść z domu w obawie przed portowymi zbirami. I nikomu nie życzyła podobnego uczucia.
- W kwestii alchemii oraz dyskrecji nie zwykłam zawodzić, panie Macmillan. - Odpowiedziała, po czym ruszyła za mężczyzną. Strach uczepił się jej ramion, gdy zauważyła, że mężczyzna kieruje swoje kroki ku piwnicy. Domyślała się, że to właśnie tam może znajdować się pracownia w której przyrządza się magiczne alkohole, sama z resztą pracowała w dwóch pracowniach położonych w piwnicy, nie potrafiła jednak odegnać od siebie, zapewne odrobinę irracjonalnego, ukłucia strachu. To uczucie minęło dopiero, gdy zauważyła stół pełen butelek z alkoholem. Odetchnęła, a szaroniebieskie spojrzenie uważnie powiodło po miejscu pracy. Wydawało się spokojne, a warunki sprzyjające destylacji. O samym wywarzaniu wiedziała niewiele, znała jednak zachodzące procesy alchemiczne.
- Czy mogłabym poprosić o przyniesienie jeszcze jednej lampy? - Poprosiła, chcąc doświetlić miejsce, w którym przyjdzie jej pracować. Uważnie wsłuchiwała się w słowa mężczyzny z zastanowieniem wypisanym na twarzy. Sprawa wydawała się być zawiła, a ilość możliwych rozwiązań sięgała co najmniej kilkunastu.
- Dobrze, wpierw zbadam zawartość butelek. Zobaczę, czy są w nich jakieś szkodliwe substancje, wtedy łatwiej będzie mi wskazać co jest tego przyczyną. Zabrałam ze sobą kilka narzędzi, tak na wszelki wypadek… - Poinformowała, po czym wyciągnęła z torby kilka dziwnych przedmiotów, fiolek oraz niewielkich słoiczków, jakie mogły pomóc jej odnaleźć powód złego wpływu alkoholu.
- Proszę mi powiedzieć, czy na pewno do tego miejsca mogą dostać się tylko pańscy krewni? Zabezpieczył pan pracownię? Jest ktoś, kto mógłby się tutaj nie wiem, teleportować bądź mógł stworzyć tu świstoklik? - Spytała, rozstawiając swoje przyrządy. Chwilę później otworzyła jedną z butelek, aby przelać trochę jej zawartości do wysokiego, szklanego naczynia. Ostrożnie, w odpowiedni sposób powąchała zawartość, nie wyczuła jednak nic podejrzanego. Ciche westchnienie wyrwało się z jej ust, a alchemiczka nabrała alkoholu na łyżkę, by ostrożnie podpalić go przy pomocy różdżki. Kolor spalania wydał jej się odrobinę dziwny. Alchemiczka przyrządziła odpowiedni roztwór z użyciem wyprodukowanego przez Macmillana alkoholu, po czym dorzuciła do niego kilka bliżej nieokreślonych kryształków. Odstawiła na chwilę naczynie, po czym ponownie wlała trochę alkoholu do probówki. Dolała do niej przezroczystego płynu, odstawiła na chwytak i również, wrzuciła coś do środka. Zawrzało, wytworzył się dym który znikał tak szybko jak się pojawiał. - Interesujące… -  Mruknęła pod nosem, po czym zerknęła na poprzednie naczynie. Niewielka ilość osadu była niepokojąca, to też Frances wykonała jeszcze jeden pomiar, tak na wszelki wypadek.
- Wychodzi na to, że pański alkohol zawiera metanol. Widzi pan, jest kilka rodzajów alkoholi, lecz tylko jeden nadaje się do spożycia. Ten, który znajduje się w pańskim alkoholu jest trujący, powoduje ślepotę oraz śmierć… Proszę mi dokładnie opisać, jakie obawy miały osoby które go spożyły? - Poprosiła, nim przyszła do poszukiwania odpowiedzi na to pytanie.


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Pokój dzienny [odnośnik]19.01.21 14:01
O przydatnej umiejętności kłamstwa panny Burroughs Macmillan (niestety) nie wiedział. Sugerował się jedynie wyglądem, uznając że młoda, zdolna i piękna alchemiczka nie byłaby w stanie złamać słowa, nawet tego, które nie było dane pod wieczystą przysięgą. Był naiwny i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Wierzył, że i ona nie miała wykorzystać tego spotkania przeciwko niego.
Wciąż palił się ze wstydu. Nigdy, ale przenigdy nie chciał urazić żadnej kobiety, nawet tych, które przeklinały go na wieki wieków za wiele rzeczy, które uczynił. Po upuście emocji panny Burroughs poczuł się nieprzyjemnie. Ale nie ze względu na jej słowa. Czy naprawdę był tak złym człowiekiem, żeby proponować damie akurat przysięgę? Teraz zapewne mógł zapomnieć o sprawdzeniu jakości swojego alkoholu! Dopiero jej wyraz twarzy upewnił go, że może nie był aż tak okropny i może miał jeszcze szansę. Wydawała się go rozumieć… albo przynajmniej udawać, że mimo wszystko ich umowa wciąż była w grze. Może nie żywiła do niego ogromnej urazy?
Kiwnął głową na jej słowa, a za tym uśmiechnął się przyjaźnie. A więc powinien jej zaufać i tak zrobił. I oby nie popełnił błędu, który mógłby skończyć się tragicznie dla jego żony i najbliższej rodziny.
Piwnica, w której znaleźli się potem, zapełniona była beczkami z whisky i butelkami wszelakiego alkoholu. Część z tych butelek nie była oznakowana. Nie wyglądała tak strasznie, jak mogła wyglądać na pierwszy rzut oka. A i sam Macmillan nie zamierzał nikogo pożerać w swojej ogromnej skrytce.
Oczywiście – odpowiedział natychmiast kobiecie, chwytając po kolejną lampę. Natychmiast postanowił zapalić jej knot. – Incendio. – Ostatecznie światło postawił w pobliżu, aby kobieta mogła lepiej widzieć otoczenie oraz mogła lepiej pracować.
Z zainteresowaniem zaczął przyglądać się jej poczynaniom, a w szczególności przedmiotom, które wyciągnęła z torby. Zaczęły przypominać mu się zajęcia z eliksirów, które kiedyś tak bardzo lubił.
Tak, ale tylko krewni, Macmillanowie – odpowiedział jej natychmiast na pytanie dotyczące dostępu do piwnicy. – Nikt też nie raczej nie mógłby się tutaj dostać przy pomocy świstoklika, ani teleportacji… – Panna Burroughs zwróciła mu uwagę jednak na bardzo ważną sprawę. Któryś z kuzynów mógł zwyczajnie się tutaj zakraść i zepsuć jego starania… albo… Anthony zaczął wymyślać tysiące insynuacji jak mogło dojść do zatrucia alkoholu. Może powinien zabezpieczyć pracownię zaklęciami? Powinien, na pewno. Szczególnie w tak okropnych czasach.
Przyglądał się jej dalszym poczynaniom z jeszcze większym zainteresowaniem. Jak gdyby była mowa o odkrywaniu jakiejś tajemnicy, a nie rozwiązywania problemu związanego z jego alkoholem. Choć nie był zawodowym alchemikiem, tak jak ona, dostrzegł dziwny kolor spalanej próbki. Zainteresowały go także kryształki, z których korzystała.
Kiedy się odezwała, wydawał się być bez słowa. Był zaskoczony i zachwycony jej wiedzą na temat alkoholi i być może dlatego nie przerwał jej, gdy zaczęła objaśniać różnicę między etanolem i metanolem. Gdyby była mężczyzną, pewnie przerwałby jej w połowie zdania, żeby powiedzieć „wiem, wiem, wiem”, ale na Merlina! Kobiety mówiącej o alkoholach, w dodatku w taki sposób, jeszcze nie spotkał! Innym powodem jego milczenia było to, że obecność metanolu wyraźnie go zmartwiła i poważnie zaniepokoiła. Przecież nigdy nie dopuściłby do tego, żeby jego finalny produkt miał w sobie tak szkodliwy składnik!
Bolała ich głowa, wymiotowali, mieli problemy ze wzrokiem i… – zaczął natychmiast wymieniać objawy – …para… buchała… im… z uszów – zakończył strasznie powoli, uświadamiając sobie z każdym słowem kto, być może, był winny temu, co się stało. Natychmiast zacisnął dłonie i zęby, wyrażając tym samym swoją złość. – Czy jest pani w stanie odnaleźć w wódce składnik, który powoduje efekt pary? – Zapytał natychmiast. Gdyby tylko mógł złapać sir Calvina na jego składniku! Gdyby tylko mógł pokazać innym, że nie warto było z nim targować!

Kostki mówią, że nastała dla Franki światłość


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 4 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]20.01.21 0:12
Praca alchemika pchała nieraz w nieznane rejony, dzisiejszego dnia była to wizyta w piwnicy rodu Macmillan, w której dochodziło do dziwnych sytuacji z produkowanym alkoholem. Znajomość alchemicznych reakcji jak i wielu substancji których nie raz używała podczas badań z profesorem niezwykle pomagała jej teraz odnaleźć odpowiednie drogi do rozwiązania.
- Jeśli mogę coś doradzić, polecam nałożenie odpowiednich zaklęć ochronnych na to pomieszczenie… Jestem w stanie przygotować pułapkę bazującą na zaawansowanej alchemii oraz zielarstwie, widzi pan, to odpowiednio spreparowana roślina, która wydziela z siebie mocno stężony środek nasenny gdy pojawi się tu ktoś nieproszony przez właściciela… Jeśli byłby pan zainteresowany, proszę wysłać mi sowę. - Zaoferowała spokojnie, gotowa przyrządzić odpowiednie sadzonki, jeśli mężczyzna chciał zabezpieczyć swoją pracownię. Przyrządzał w niej produkty, które później spożywali inni czarodzieje, a to oznaczało potrzebę większego bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy było się tak zaniepokojonym służbami, jak pan Anthony.
Uważnie przeprowadzała kolejne doświadczenia w poszukiwaniu odpowiedniej odpowiedzi, a gdy już ją otrzymała… Cóż, nie była zaskoczona. Może i nie miała doświadczenia w pracach powiązanych z tworzeniem alkoholi, po siadała jednak sporą wiedzę o procesach alchemicznych - a destylacja była przecież jednym z nich, stosowanym nie tylko do produkcji alkoholu.
Zamyślenie pojawiło się na buzi eterycznego dziewczęcia, gdy mężczyzna opisywał kolejne objawy, jakie pojawiały się po spożyciu alkoholu. Uzdrowicielem nie była, posiadała jednak podstawową wiedzę anatomiczną. Pracowała z truciznami i dopilnowała, aby wiedzieć jak działają.
- Pierwsze wymienione reakcje pasowałyby do metanolu, ale ta para buchająca z uszu… Nie pasuje mi to, do tej substancji, panie Macmillan. Jestem niemal pewna, że chodzi o coś co dodano do alkoholu przed bądź też po zakończeniu procesu destylacji. - Wypowiedziała w zamyśleniu, szaroniebieskim spojrzeniem wodząc od męskiej twarzy do przyrządów, jakie służyły do produkcji wódki. - Oczywiście, działajmy jednak w sposób uporządkowany, dobrze? Wpierw chciałabym sprawdzić, co jest przyczyną zwartości metanolu w alkoholu. Możliwości są dwie: albo popełnił pan jakiś błąd albo ktoś dolał metanolu do gotowego produktu. Mam cichą nadzieję, iż chodzi o błąd... - Oznajmiła, w głowie układając sobie już odpowiednią kolejność działań. Zabieranie się za wszystko na raz z pewnością nie było odpowiednim rozwiązaniem, a błąd łatwiej było zniwelować od tajemniczego pojawienia się szkodliwej substancji w alkoholu. Alchemiczka ujęła w dłonie dziennik, by uważnie przesunąć spojrzeniem po spisanej recepturze.
- Proszę mi powiedzieć, panie Macmillan, z czego przygotowuje pan zacier? Jedynie cukier oraz drożdże czy może preferuje pan dodatek owoców? Jeśli pojawiają się owoce to jakie? Czy dodaje je pan z pestkami? - Wyrzuciła z siebie kilka pytań, z wyraźnym zamyśleniem na delikatnej buzi. Nie było o tym mowy w przepisie, nie raz słyszała jednak o owocowych alkoholach. - Widzi pan, w pestkach niektórych owoców zawarte są pektyny, które w procesie fermentacji mogą wytworzyć metanol... To statystycznie najczęstszy błąd, przynajmniej tak piszą w podręcznikach. Jeśli pan dodaje owoce, odcedza je pan, przed gotowaniem zastawu? Filtruje pan alkohol? - Zadała pytania, powiązane z najczęstszymi powodami powstawania metanolu przy podobnych reakcjach. Nie sądziła, aby winą były inne reakcje, gdyż te nie miały warunków, jak zaistnieć w takim otoczeniu. Wsłuchując się w odpowiedź wykonała kilka szybkich obliczeń, bazując na danych, jakie były zapisane w recepturze. Wynik zdawał się być prawidłowy, to jednak w ogóle nie tłumaczyło zawartości metanolu w alkoholu.
W zamyśleniu eteryczna alchemiczka rozpoczęła dokładnie przeglądanie naczyń, w jakich wykonywano alkohol. Kto wie, może tam tkwił jakiś problem?


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Pokój dzienny [odnośnik]21.01.21 11:07
Zgadzał się z panną Burroughs. Powinien zabezpieczyć to miejsce. Właściwie powinien to zrobić znacznie wcześniej. Kto wie, może ktoś z jego wrogów postanowił zrobić mu wyjątkowo zły image? Przecież gdyby sprawa z zatruciami rozniosła się po Kornwalii i całym Półwyspie… jego kariera mogłaby być skończona. Nikt przecież nie zaufałby komuś, kto pozwalał na takie błędy. Jej propozycja za to wydała się bardzo interesująca.
Jest Pani w stanie? – Zapytał, co właściwie oznaczało, że zgadzał się na to, żeby następnym razem pomogła mu zabezpieczyć piwnicę przed niepożądanymi gośćmi. On do tego czasu mógł spróbować zabezpieczeń na poziomie obrony przed czarną magią, a to zapewne niewiele dawało. – Byłbym bardzo wdzięczny – dodał natychmiast. Chciał utrzymywać bardzo kulturalny ton, szczególnie że jeszcze kilkanaście minut wcześniej przypadkiem ją uraził.
Przyglądał się uważnie temu, co robiła. Choć powiedział, że jej zaufa, to musiał się o tym jeszcze przekonać. Lepiej było uważać niż potem czegokolwiek żałować, a na tę chwilę niczego nie żałował.
Na jego twarzy pomimo złości wywołanej (jak mu się wydawało) odnalezieniem osoby winnej problemów z wódką, pojawiło się także zmartwienie. Para z uszu rzeczywiście nie pasowała do zatrucia metanolem, ale był pewien, że był to znak rozpoznawczy sir Calvina. Był w tej piwnicy wiele razy, wiele razy oglądał aparatury. Przeklęty gnojek, gumochłon!
Kiwnął głową kobiecie, aby mimo wszystko szli po kolei. Może miała rację. Był jednak pewien, że nie zrobił nic, co mogłoby skutkować zawartością metanolu w alkoholu. Każdą procedurę wykonywał bardzo dokładnie. Nie było mowy o błędzie! Szedł według przepisu, który wziął od Rosjan! A mimo to… chciał wierzyć, że może jednak to on był winny. Bo to oznaczałoby, że nikt nie dostał się do piwnicy nieproszony.
Z jęczmienia i dodatku rdestu ptasiego. Dodałem bardzo małą ilość śluzu gumochłona, mniejszą od małego palca, żeby odrobinę zagęścić zacier – odpowiedział natychmiast na jej pytanie. – Potem, po fermentacji dodałem drożdży.
Jej dalsze wyjaśnienia sprawiły, że ponownie ogarnęła go złość. A co jeżeli sir Calvin naprawdę wdarł się do jego piwnicy i zrobił jedno wielkie bagno z jego wódką? Tylko jak? Dodał owoców i pestek w trakcie parowania i zacierania? Czy może na sam koniec dodał metanol i jakiś tajemniczy składnik? Z nieprzyjemną niepewnością oczekiwał dalszych słów alchemiczki.
Czym zobaczył, że zaczęła przeglądać naczynia, postanowił jej pomóc. Natychmiast wyjaśnił co służyło do parowania i zacierania, co do fermentacji, co to destylacji, rektyfikacji i tak dalej. Zatrzymał się na naczyniach, które służyły do filtracji.
Jak pani widzi, tak. To podstawa, żeby wódka była czysta – wyjaśnił.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 4 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]22.01.21 21:26
Promienny uśmiech pojawił się na buzi panny Burroughs, gdy usłyszała pytanie mężczyzny. Tak proste oraz oczywiste, że aż w pewien sposób niezwykle urocze.
- Oczywiście, panie Macmillan! Potrzebuję kilku tygodni aby odpowiednio przygotować sadzonki… Wyślę panu sowę z początkiem drugiego tygodnia października, dobrze? Będę wtedy już po ślubnym zamieszaniu. - Zaproponowała miękko, na chwilę przenosząc spojrzenie ku męskiej twarzy. Wiedziała, że zapewne wolałby otrzymać rezultaty od razu, niestety sadzonki potrzebowały odpowiedniego czasu spędzonego w specjalnej mieszance mikstury, a ona nie mogła zignorować ślubu na rzecz pracy. Daniel z pewnością by jej tego nie wybaczył, a ona nie chciała nadszarpnąć zaufania przyjaciela. Dokładnie sprawdzała wszystkie możliwości. Najdokładniej jak potrafiła, nie chcąc przegapić choćby jednego, niewielkiego czynnika, który mógłby być powiązany z zatruciami, doskonale rozumiejąc powagę sytuacji.
Pokiwała głową na informacje, jakie przekazał jej mężczyzna. I mimo iż jego nazewnictwo dla alchemika pozostawiało wiele do życzenia, zrozumiała jego słowa. Ciche westchnienie wyleciało z jej ust, a zastanowienie wymalowało się na delikatnej buzi.
- Wygląda na to, że proces przeprowadza pan w pełni poprawnie… Rozumiem oczywiście, że pilnuje pan temperatur? - Spytała kontrolnie, lecz spisana receptura podpowiadała, że z pewnością zwracał na to uwagę - zbyt mocno było to podkreślone w notatkach, jakie czytała.
Uważnie przeglądała wszystkie naczynia w poszukiwaniu uszkodzeń bądź dziwnych osadów, które mogłyby naprowadzić ich na odpowiednie rozwiązanie. Nie raz prosiła pana Macmillan by i on zerknął do naczynia, aby upewnić się, że na pewno nie przegapili żadnej, chociażby najmniejszej poszlaki. Sprawa zdawała się być coraz poważniejsza.
- Wszystko wskazuje na to, że ktoś specjalnie dolał metanolu z czymś jeszcze, aby zaszkodzić pańskiej produkcji…  No dobrze, sprawdźmy, co wywołuje parę z uszu… - Zaczęła, po czym ponownie zabrała się za wykonywanie eksperymentów. Alkohol przelewał się po naczyniach, panna Burroughs dodawała kolejnych odczynników bądź wykonywała odpowiednie ruchy różdżką, aby odkryć skład tajemniczej substancji. Konsternacja pojawiła się na jej twarzy, gdy niewielka ilość płynu w naczyniu buchnęła fioletowawym dymem, by chwilę później wyrzucić z siebie kilka zielonych iskier.
- Z pewnością znajduje się w tym jad ciamarnicy oraz belladonna, inaczej zwana wilczą jagodą. - Oznajmiła po kilkunastu minutach pracy nad próbką alkoholu. W delikatnym głosie dziewczyny dało się poznać, iż nie jest z tego odkrycia zadowolona. - Ma pan jakieś podejrzenia, panie Macmillan? I… Czy ma pan jakieś ważne plany na resztę dnia? Nie zakładałam takiego przebiegu, miałam inne plany… ale byłabym w stanie je przełożyć, by wygospodarować jeszcze kilka godzin, abyśmy mogli sprawdzić wszystkie butelki. Wtedy będziemy mogli ustalić czy mieszanina jest dolewana regularnie, do każdej porcji czy może jest w tym jakiś schemat, który dałoby się rozpracować… Oczywiście, jeśli będzie pan potrzebował dokumentu potwierdzającego analizę wystawię go panu bez najmniejszego poroblemu.- Zaproponowała, uważnie przyglądając się buzi mężczyzny. Wydawał się zły, odrobinę rozbity, pewnie zagubiony w ogólnej sytuacji, nie sprawiał jednak wrażenia głupiego. - Co pan o tym sądzi, panie Macmillan? Chce pan przetestować wszystkie butelki? -  Spytała z zaciekawieniem błyszczącym w szaroniebieskim spojrzeniu, gotowa zabrać się zaraz do pracy. Pozostawało mieć nadzieję, że ilość pracy jaką włożą w poszukiwanie schematu oraz osoby, która psuła alkohol lorda, przyniosą odpowiednie nagrody.


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Pokój dzienny [odnośnik]23.01.21 14:56
Uśmiechnął się kiedy usłyszał jej odpowiedź. Naprawdę imponowała mu jej wiedza. Nawet jej trochę zazdrościł. Jej przyszły mąż był ogromnym szczęściarzem, zdecydowanie. Przytaknął jej skinieniem głowy. A więc drugi tydzień października. Musiał to sobie później zapisać w dzienniku, żeby nie zapomnieć.
Proszę się nie śpieszyć i korzystać z uroków małżeństwa – poprosił. Na swoim przykładzie doskonale wiedział, że ślub zmuszał do przestawienia swoich zwyczajów i nie tylko. A takie coś wymagało czasu. Nie naciskał aż tak bardzo na październik, chyba że ona tego potrzebowała.
Był jej wdzięczny za taką propozycję. Był nawet zdolny jej zaufać, nawet jeżeli w ogóle jej nie znał. W końcu co taka kobieta jak ona mogła mu zrobić? No właśnie! Nic! Była zbyt pomocna, żeby być złą osobą.
Pokazał jej każde naczynie z osobna, żeby była pewna jak wyglądał cały proces. Jedyny problem polegał na tym, że trwał on długo. W tym czasie Anthony znikał do salonu, pojawiał się znowu, znowu znikał i tak w kółko. Każdy mógł coś dorzucić. O ile wiedział jak się tutaj dostać i czego szukać.
Oczywiście – odpowiedział jej na pytanie o temperaturę. Musiał tego pilnować, żeby wódka była zdatna do picia. No i notatki także dużo mówiły.
Coś mu podpowiadało, że wcale się nie mylił co do sir Calvina i że to on był winny zaistniałej sytuacji. Potwierdzały to słowa panny Burroughs. Ponownie się zdenerwował. Łudził się, że może nie było to prawdą, ale… cóż, najwyraźniej było. Z niecierpliwością oczekiwał dalszych informacji. Przyglądał się jej analizie jak zaczarowany.
Kiedy w końcu wyjaśniła co odpowiadało za buchanie pary z uszu, zaklął w obcym języku. Ten gumochłon naprawdę tutaj się pojawił! Ile razy mu opowiadał o belladonie! Przeklęty parszywy gnojek! Walnął dłonią w stół. I wszystko przez to, że powiedział mu, żeby nigdy więcej nie przynosił swojej whisky! Już mu on pokaże…
Mam, niestety – odpowiedział co do podejrzeń, ale dopiero po chwili. Musiał policzyć do dziesięciu, żeby nie dać upustu emocjom przed nowopoznaną damą. – Jeżeli go spotkam to pozostanie z niego tylko ten głupi siwy wąs – mruknął pod nosem. Oj, popełnił błąd zaczynają cichą wojnę akurat z nim.
Był zaskoczony, kiedy zaproponowała sprawdzenie pozostałych butelek… i jednocześnie wdzięczny za daną propozycję. Naprawdę była dobrą duszą i żałował, że przypadkiem uraził ją na samym początku. Uspokoiła go swoją chęcią pracy, a i dała nadzieję na to, że mógłby wcisnąć dokument potwierdzający analizę prosto w gębę przeklętego Calvina.
Jeżeli Pani jest zainteresowana sprawdzeniem wszystkich butelek, chętnie. Nie naciskam, ale chciałbym wiedzieć jak to ten gnojek robi – odpowiedział jej, gdy oczekiwała od niego odpowiedzi. Nie chciał jej do niczego zmuszać. Mogła chcieć spędzić czas z narzeczonym czy rodziną. On miał wolny czas, pomijając to, że jego żona mogła być niezadowolona brakiem jego obecności. – Pryncypałku! Przynieś nam herbaty i jakieś przekąski! – Zawołał skrzata. Nie chciał, żeby biedaczka u niego głodowała. I tak zadał jej zbyt wiele pracy. – Potrzebowałbym tego dokumentu potwierdzającego analizę – dodał jeszcze.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 4 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]23.01.21 17:32
Kiwnęła głową z wdzięcznością na słowa, jakie uleciały z męskich ust. Fakt, iż jej małżeństwo było tylko planem (nawet, jeśli ostatnio miała wątpliwości co do braku ukrytych intencji) wolała przemilczeć - nie powiedziała o tym nawet rodzinie i tym bardziej nie powinna wspominać obcemu mężczyźnie, gdzieś w środku mając nadzieję, że może coś w ich planie ulegnie zmianie… Nie było to jednak miejsce na podobne rozmyślania, to też eteryczna alchemiczka szybko je od siebie odsunęła, chcąc w pełni skupić się na wykonywanej pracy.
Słowa mężczyzny potwierdziły jej przypuszczenia, iż nie jest byle jakim pędzibimbrem, lecz przywiązuje odpowiednią uwagę do tego, aby wszystkie procesy przebiegały dokładnie tak, jak powinny. Frances ceniła sobie rzemieślników, którzy przywiązywali sporą uwagę do tego, jak wykonywali swoje produkty zwłaszcza, jeśli te miały być później spożywane przez innych czarodziejów. I zapewne gdyby sama lubiła alkohol, uznałaby, że przerzucienie się na ten od Macmillanów byłoby dobrym rozwiązaniem - niestety, Ognista niezwykle szybko ją rozkładała, podsycając przedziwne pomysły w jej głowie.
- Czy wypada mi spytać, kogo pan podejrzewa? - Podpytała nieśmiało, z zainteresowaniem błyszczącym w szaroniebieskim spojrzeniu. To, kto mógłby być podejrzanym mogło pomóc jej obmyślić plan zdobycia pewności, że to właśnie ta osoba dolewała czegoś do alkoholu. W końcu przyłapanie na gorącym uczynku było najlepszym potwierdzeniem winy, czyż nie?
Uśmiechnęła się delikatnie, słysząc słowa mężczyzny. Co prawda na dzisiejszy dzień miała odrobinę inne plany, lecz wizja poświęcenia całego dnia pracy wydawała jej się przyjemniejsza, od planowania  tego, co powiązane z przełożeniem daty ślubu. Ceremonia przytłaczała planowana na spokojnie, a co dopiero gdy przyszło im wszystko przesunąć o całe dwa tygodnie i zorganizować wszystko ledwie w cztery dni.
- Och, oczywiście! Muszę przyznać, iż mnie również niezwykle interesuje, w jaki sposób do tego doszło. Widzi pan, byłam niemal pewna, że chodzi o błąd w recepturze, a teraz… Teraz to wszystko nabiera trochę innych barw. Rozumie pan, co mam na myśli? - Odpowiedziała z odrobiną niepokoju w głosie. Jasnym było, że mieli do czynienia z przestępstwem - paskudnym, zagrażającym sporej ilości czarodziejów i w obecnej sytuacji zapewne zupełnie obojętnym służbom porządkowym. - Oczywiście, wystawię go gdy tylko sprawdzimy wszystkie butelki, wtedy będziemy mogli dodać informację o tym, jaki procent zapasów został popsuty. - Potwierdziła iż mężczyzna otrzyma odpowiedni dokument, gdy tylko zbiorą jak najwięcej informacji. Chciała mu pomóc, uważając takie działanie za pozbawione jakiegokolwiek honoru - czym innym było otrucie konkretnej osoby, czym innym trucie niewinnych istot.
A gdy skrzat przyniósł herbatę, panna Burroughs upiła z niej niewielki łyk, by przystąpić do pracy. Wbrew pozorom butelek było sporo, a sprawdzenie ich połowy zajęło dwójce czarodziejów dobre dwie godziny. Frances odkładała na jedną stronę te, w których wynik był pozytywny, na drugą odstawiając te, gdzie wynik okazywał się negatywny. Zmęczone spojrzenie powiodło do męskiej twarzy.
- Jesteśmy w połowie, mam jednak wrażenie, że zatruwana jest co trzecia partia… Nie byłoby to z resztą rozwiązaniem dziwnym, widzi pan, gdyby każda była truta szybciej wyszłyby skutki niepożądane i szybciej wzbudziłoby to pana uwagę. A tak, wieści pewnie poszły po czarodziejach, lecz nie na tyle szumne, by od razu wzbudzać wielkie kontrowersje. - Wysnuła swoją teorię podczas krótkiej przerwy do sprawdzania butelek. - Mam pewien pomysł, który mógłby pomóc złapać podejrzanego na gorącym uczynku… Widzi pan, ostatnie dwie partie nie były zatrute, a to oznacza, że podejrzany mógłby chcieć dolać czegoś do kolejnej… Mogę przyrządzić prostą mieszankę, którą aktywuje dodatek składników z dolewanej substancji. Wtedy, gdy podejrzany doleje metanolu z trutką do alkoholu, zacznie on uwalniać duże ilości dymu, który możemy zabarwić na jakiś kolor. Jedyne co będzie pan musiał zrobić, to dolać fiolkę jaką panu prześlę razem z drożdżami… Partia pójdzie na zmarnowanie, pan jednak będzie miał okazję złapać czarodzieja na gorącym uczynku… Co pan sądzi? - Zaproponowała niepewnie, z zamyśleniem widocznym na delikatnej buzi. Co prawda wykraczało to po za zlecenie, była jednak pomóc przyjaznemu mężczyźnie w zapanowaniu nad sytuacją.


Sometimes like a tree in flower,
Sometimes like a white daffadowndilly, small and slender like. Hard as di'monds, soft as moonlight. Warm as sunlight, cold as frost in the stars. Proud and far-off as a snow-mountain, and as merry as any lass I ever saw with daisies in her hair in springtime.
Frances Wroński
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines, it'll shine out the clearer.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7986-frances-burroughs https://www.morsmordre.net/t8010-poczta-frances#228801 https://www.morsmordre.net/t8009-frances-burroughs#228799 https://www.morsmordre.net/f254-surrey-okolice-redhill-szafirowe-wzgorze https://www.morsmordre.net/t8011-skrytka-bankowa-nr-1937#228805 https://www.morsmordre.net/t8012-frances-burroughs#228806
Re: Pokój dzienny [odnośnik]24.01.21 20:15
Czy powinien jej mówić kogo podejrzewał za całe to zamieszanie? Nie był pewien. Właściwie sam powiedział, że jej zaufał, ale było to zaufanie na kredyt. Musiał przekonać się co do prawdziwości jej słów i tego, że nie zamierzała wykorzystać tego spotkania przeciwko niemu. Dotychczas jednak była szczera. Nie wyczuwał u niej braku szczerości, choć nie należał do osób, które dobrze wykrywały takie intencje.
Wiedziała, co robiła, a i on nie był na tyle głupi (jak mu się zdawało), żeby nie zauważyć, że coś robiła źle. Nie odważyłaby się chyba proponować zabezpieczeń, gdyby nie chciała mu pomóc, prawda? Poza tym sir Calvin mógł naszkodzić jeszcze bardziej i to nie tylko jemu… może lepiej by było zdradzić jego imię pannie Burroughs. Musiał jej zaufać. Powinna ostrzec innych. Westchnął ciężko, bo wciąż nie mógł uwierzyć w to jak jeden człowiek mógł się mścić za jedną uwagę. Przytaknął jej dwoma skinięciami głowy.
Tak zwany sir Calvin – odpowiedział jej. Jego oczy posmutniały. – Przeklęta gnida – kontynuował, a jego złość wróciła – przeganialiśmy go kilka razy. Pech chciał, że nie było mnie długo w kraju. Myślałem, że choć trochę polepszył swoje techniki. W każdym razie… Niedawno dał nam jedną beczkę z whisky, po której miałem podobne efekty jak po moim alkoholu – wyjaśnił, wskazując na wódkę, nad którą przeprowadzali analizę. Wciąż pamiętał jakie miał problemy, żeby pozbyć się pary z uszu. – Nestor polecił, żeby go przegonić po raz kolejny, więc to zrobiłem… no i… ech – wydał z siebie dźwięk irytacji. Naprawdę nie oczekiwał takiego obrotu sytuacji. – Widzi pani efekt.
Nie spodziewał się tego, że ich spotkanie aż tak się przedłuży. Sytuacja była jednak poważna. I on miał inne plany na dzisiaj, ale wolał je porzucić, żeby mieć pewność czy cały alkohol nadawał się do wyrzucenia. Martwił się jedynie o to, żeby nie dodawać jej zbyt wiele pracy. Mogła mieć w końcu ważne sprawy do zrobienia, takie jak przygotowania do ślubu. I tak utwierdziła go w tym, co podejrzewał od samego początku.
Rozumiem – przytaknął jej. Ile by dał, żeby to wszystko okazało się tylko jego głupim błędem.
Uważnie przyglądał się jej poczynaniom, popijając przy tym herbatę. Podawał jej cokolwiek potrzebowała i cokolwiek było poza zasięgiem jej dłoni. Choć tyle mógł zrobić, żeby ułatwić jej pracę, a jednocześnie sam mógł się czegoś nauczyć. Nie miał pojęcia, ile czasu spędzili przy stole, ale świadom był tego, że cała ta analiza wymęczyła ich obu. Ją ze względu na to, że musiała uważać na to co dodaje, a jego, bo chciał wiedzieć co dokładnie dodawała i wypytywał o niemal wszystko.
Typowe dla niego – odpowiedział, gdy zaczęła wysnuwać wnioski na głos. – Nogi mu… – zaczął, ale nie dokończył. Nie wypadało przeklinać przy damie, szczególnie jeżeli ta była alchemiczką i pomagała mu przy alkoholach. Ostatnie słowa zwyczajnie połknął.
Kiedy wyjaśniła swój pomysł, wpierw patrzył na nią zaskoczony. Nigdy nie mścił się w taki sposób. Wpierw poczuł się nieprzyjemnie. Czy w ogóle powinien tak robić? Nie lepiej było dać sir Calvinowi w nos? Może ból nauczyłby go przyjmowania krytyki. A potem stwierdził, że po co miał brudzić sobie dłonie. Na Merlina, nawet nie powinien! Uśmiechnął się cwanie i zaśmiał. Diabelska była z niej dziewczyna! Ile by dał, żeby zobaczyć efekt takiego działania nawet dzisiaj!
Obawiam się, że profesor nie jest świadom kogo ma przy swoim boku – odpowiedział jej. Strach było pomyśleć co była w stanie zrobić ze swoimi umiejętnościami. Takiej czarownicy powinien bać się niemal każdy. – Myślę, że to dobry pomysł. Dla przyłapania tego gumochłona i spalenia go przed pozostałymi destylarniami i osobami zajmującymi się alkoholami, mógłbym zmarnować całą serię. – A pomyśleć, że panna Burroughs wyglądała tak niewinnie! Był jej jednak wdzięczny za pomysłowość!
Musiał przyznać, że żałował, że destylarnia nie posiadała takiego alchemika jak ona. Dzięki temu mogliby wykrywać wszelkie nieprawidłowości, a ich alkohol zawsze byłby nieskazitelnie czysty (chyba, że inaczej wymagał tego recept). Pech!
Panno Burroughs, bardzo Pani dziękuję – zwrócił się do niej, pomagając jej się spakować. – Gdyby nie Pani, pewnie zacząłbym wątpić we własne umiejętności – uśmiechnął się w jej stronę. Ucałował jej dłoń w ramach podziękowania. Poświęciła dzisiaj pół dnia, żeby mu pomóc. – Odprowadzę Panią do drzwi – zaproponował, prowadząc ją na górę. – Gdyby kiedykolwiek potrzebowała Pani czegokolwiek, proszę dać mi znać. I przepraszam za nieprzyjemność na początku. Naprawdę nie chciałem Pani urazić, dlatego mam nadzieję, że przyjmie Pani dodatkową zapłatę – zaczął, a przy nim pojawił się skrzat z butelką z przeźroczystym alkoholem, ale nie wódką i tajemniczym woreczkiem. – To jedna z kilku ostatnich butelek viljamovki, która mi pozostała po podróży. No i oczywiście coś do weselnego tortu. – Cynamon, wanilia i inne przyprawy wydawały mu się odpowiednie dla damy, która niedługo miała mieć ślub. – Proszę tylko nie żywić do mnie urazy – poprosił raz jeszcze, wręczając jej sakiewkę z zapłatą za wykonaną pracę.
A potem odprowadził ją do samej bramy, przypominając jej o tym, żeby wysłała mu dokument potwierdzający analizę.

|zt x2
Całuję rączki za wątek :pwease:


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Na zdrowie i do grobu
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Pokój dzienny - Page 4 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Pokój dzienny [odnośnik]04.02.21 15:28
W jego myślach była potworem, ale do niej wciąż to wyobrażenie nie docierało. Jeszcze nie, pojawi się z pewnością z czasem. Za parę godzin, jutro, za parę dni. Kiedy ochłonie, wszystko przejdzie, minie, a emocje poniesie wiosenny wiatr jak kwiatowy pyłek gdzieś w siną dal, pozostawiający po sobie jedynie kilka okruchów niewidocznych na trawie. Była na niego wściekła, choć była tylko słuchaczem historii, obserwatorem zdarzeń. Jeszcze nie wiedziała, że niepotrzebnie wkracza między nich, interweniuje. Serce pękało jej na pół, gdy myślała o przyjaciółce, która pokładała w nim nadzieje, a on nie chciał lub nie mógł ich spełnić. Może nie tędy droga — nie była pewna, nigdy nie potrafiła tego dobrze ocenić. Był zaczepny, wydawał się kipieć złośliwością, pogardą. To była wina alkoholu zapewne, ale nie przypisała stanowi upojenia tych wszystkich przewinień, zaćmiona słowami, które wypowiadał i tłumaczeniami, będącymi dla niej kolejnymi powodami do ataków. Patrzyła na niego, znacznie trzeźwiejszą niż on, a balonik zmieniał barwy, raz za razem. Otworzyła usta, by mu odpowiedzieć, zaprzeczyć od razu. Zająknęła się nawet, ale ostatecznie nic sensownego nie opuściło jej gardła. Bo co miała mu odpowiedzieć? Że miał rację? Od zawsze robił coś nie tak. Najpierw płakała przez niego Jackie, a teraz Justine. Gdyby zaprzeczyła, niewątpliwie byłaby to marna próba kłamstwa. Nie chciała go okłamywać, nie musiała. Spuściła więc wzrok, a myśli zaczynały do niej w końcu docierać. Również te nieprzychylne. Bez trudu odnalazły ją też dawne słowa Keata. Wiedziała, że oceniała ludzi łatwo. Już wtedy to wiedział, wytknął jej to dotkliwie. Tak było też w przypadku Vincenta. Mimo to, kochając przyjaciółki jak siostry nie potrafiła spojrzeć na niego łaskawiej, dać mu szansy, o którą gdzieś pomiędzy wersami prosił. Burzyła się na myśl, że miała stać z boku bezczynnie i klepać go w ramię, bo jak mawiała większość to nie jej spawa. To była jej sprawa, tak długo, jak długo przyjaźniła się z jego siostrą i Tonks. To była jej sprawa tak długo, dopóki je ranił. Krzywdził. Nie dbała o to, że pogodzą się, a między nimi zostanie niesmak. Póki obie dawały jej przyzwolenie na to, by stawała w ich obronie w ten sposób nie mogła ich zawieźć. Czuła — może błędnie? — że potrzebowały tego. By ktoś je zrozumiał, zainterweniował, zwalniając z odpowiedzialności walczenia z wiatrakami. Nie odzywała się już tylko dlatego, że sięgnęła dłonią po jakieś słodycze — zawsze miała tendencję do zajadania nerwów — i zapchała usta słodkimi przekąskami. Nie była wcale głodna, ale wiedziała, że zaraz będzie jej lepiej, uspokoi się, a z pełnymi ustami nie wyrzuci mu wszystkiego, co przychodziło jej do głowy. W końcu przełknęła wszystko, bawiąc się okruszkami w dłoni, kręcąc kulki z drobinek słodkiego ciasta wzięła głębszy wdech.
— Dla niej najlepiej będzie jeśli jej będziesz słuchał i wierzył w to, co mówi — a wiedziała, że opowiedziała mu wprost o tym, czego pragnęła, czego potrzebowała i na co liczyła. Może właśnie dlatego Wright była taka zła. Zachowywał się zupełnie tak, jakby właśnie ta prawda go przeraziła, zmobilizowała do wycofania się. Tak nie postępowali prawdziwi mężczyźni tylko tchórze. – Zanim zawrócisz jej w głowie, poukładaj się sam ze sobą, Vincent — mruknęła, nie podnosząc już na niego wzroku. Przynajmniej przez dłuższa chwilę. Przygryzła policzek od środka — to nie tak, że go nie rozumiała. W tych chwilach, w których był z nią szczery i wyjawiał jej co naprawdę czuł, rozumiała. Co więcej, nawet znała to uczucie. Zdarzało się, że czuła się w ten sposób — niewystarczająco dobra.
— Nie musisz być — odezwała się w końcu, unosząc oczy ku niemu. Nie musiał być słaby. — Po prostu przestań przed tym uciekać. — Unikanie było oznaką strachu, słabości. Jeśli chciał jej udowodnić, że mu zależy, że jest jej wart, stawienie czoła jej prośbom i wymaganiom, a może przede wszystkim swoim własnym było najlepszym dowodem. — Bo brakuje ci wiary w to, co robisz. Ukochana osoba jest największą motywacją do działania — mruknęła ciszej, zerkając na świdrujące ich wzrokiem szlachcianki i odwróciła wzrok, otulając się ramionami. Wiedziała to z własnego doświadczenia. Właśnie to robiła. Nic nie działało na człowieka tak, jak uczucia, jak miłość. — Jeśli wrócisz tam, skąd przyszedłeś, to będzie kolejna ucieczka. Kolejna porażka. Kolejny…błąd, chciała powiedzieć, ale zaskakująco ugryzła się w język. Cofnęła się po chwili, gdy on sam się poruszył znów, obróciła za nim głowę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że bił pijany. Patrzyła za nim, dopóki nie zniknął jej całkiem z oczu, a później uśmiechnęła się do podsłuchujących kobiet nieco niezręcznie i opuściła pokój z zamiarem odnalezienia brata.

|zt



Like a river flows
Surely to the sea
Darling, so it goes
Some things are meant to be

Hannah Wright
Zawód : Wytwórca mioteł
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczona


take me back to the night we met


OPCM : 25 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Pokój dzienny - Page 4 HCdH48g
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5207-hannah-wright https://www.morsmordre.net/t5219-poczta-hani https://www.morsmordre.net/t5220-hania https://www.morsmordre.net/f343-baker-street-221b https://www.morsmordre.net/t6218-skrytka-bankowa-nr-1286 https://www.morsmordre.net/t6213-h-wright

Strona 4 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Pokój dzienny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach