Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Bolesność powrotów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4227-skrytka-bankowa-nr-1059#86421 https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
Zawód : wytwórca i znawca różdżek
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler


when under ether
the mind comes alive


OPCM : 14
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Bolesność powrotów   24.08.17 20:18

Mieli wiele pracy - wszyscy Ollivanderowie. W warsztacie, sklepie, w małej pracowni, na zapleczu; nieustannie uwijali się, starannie i pieczołowicie podejmując próby okiełznania chaosu. Momentami przerastał ich, momentami odpuszczał, na chwilę kryjąc się w cieniu. Ruch malał stopniowo, prawie niezauważalnie, ale biorąc pod uwagę tłum z pierwszych dni miesiąca - dało się odczuć znaczną różnicę. Ulysses nie musiał już wypraszać ze sklepu awanturników, większość z nich zdołała zrozumieć, że niepokojące efekty zaklęć mają więcej wspólnego z tajemniczym rozhulaniem magii, niż z doświadczeniem i błędami rodziny różdżkarzy. Różdżki w rzeczywistości cierpiały na okolicznościach tak samo, jak ich właściciele.
Piątek okazał się dniem ruchliwym - początkowo Ollivander miał spędzić czas w warsztacie, z dala od sklepu, skupiając się na naprawie zniszczonych różdżek. Plany uległy zmianie około południa, kiedy Straszyk odwiedził go w pracowni, przekazując wieści z Pokątnej - tym razem obwieścił jednak jasno, że zamierza pracować na zapleczu. Potrzebowało uporządkowania, po szturmie zrozpaczonych czarodziejów wyglądało bowiem jak po przejściu huraganu, nikt nie miał czasu zająć się odpowiednią segregacją. W myśl zasady, że prościej działało się w porządku, schował się za regałami i spędził tam prawie cały dzień, układając pudełka na właściwe miejsca. Byłoby prościej, gdyby używanie czarów nie było tak ryzykowne; wspinał się cierpliwie po drabinach, doprowadzając zaplecze do ładu powoli, ale skutecznie. Męczył się z tym aż do wieczora, dopiero kiedy kuzyni opuścili sklep, przechodząc do głównej części sklepu - przyszedł najpóźniej, naturalną koleją rzeczy było więc dopilnowanie zamknięcia dnia. O tej porze sklep świecił już pustkami, Ulysses przyjął dwóch klientów i nie zapowiadało się na to, by pojawił się ktoś jeszcze. Zmęczenie dopadało go powoli, lecz skupiał wzrok na czytanej aktualnie książce, z zastanowieniem przyjmując numerologiczne zasady. Przewracał powoli strony, ich szelestem odganiając lekkie przytłumienie umysłu, teraz podnoszącego się z drzemki - układanie pudełek według znanego porządku nie wymagało myślenia, lecz skomplikowane zagadnienia - owszem. Zerknął leniwie na zegar - dwadzieścia minut. W połowie czytania kolejnego zdania, drzwi skrzypnęły cicho, uderzając w dzwonek.
- Nowa - zaczął, ale urwał w pół zdania, ściągając brwi. Wzrok zatrzymał się na tekście, nie dostrzegając już liter, dzwonek dźwięczał zaciekłym echem w głowie, przywołując szereg wspomnień. Bolesnych? Szczęśliwych? Nie pozwalał sobie na dotarcie do prawdy, natychmiast zatrzymując myśli ze ściśniętym sercem. Mały, złoty instrument nie drżał już - to tylko jego świadomość wciąż wyczytywała tony przeszłego dźwięku. Dźwięczał nisko - wytrwałością, i wysoko - ciepło, takim właśnie, ciepłym, nastawieniem. Co próbował mu przekazać? Od pokoleń ten drobny element podpowiadał tajemniczo Ollivanderom, czego w swojej przyszłej różdżce potrzebuje przekraczająca próg osoba. Ta osoba sprowokowała dźwięk pełny, pewny - mimo nieśmiałego skrzypnięcia drzwi. Myśli pędziły, podrywając serce do biegu. Wrażenie - nie, wrażenie nie mogło go dręczyć w ten sposób, sprowadzać w niepotrzebne domniemania. Hikora i pióro pegaza, dzwonek bił na alarm, swoją drobną piersią prowokując oczywiste wnioski. Ach, ile takich różdżek mogło być na świecie? Nieważne, jak ta jedna była dla niego wyjątkowa. Czy mógł już przeklinać ten dzień? Przerwał nienaturalnie długą ciszę, odrywając chłodne tęczówki od numerologicznych wywodów, kończąc zdanie, gdy skonfrontował spojrzenie z... z kim? Z boginem? Duchem? Z pieprzonym żartownisiem, który mógł wiedzieć więcej, niż wiedzieć powinien, w dodatku wszedł w posiadanie eliksiru wielosokowego? Nie miała bliźniaczki. Te rysy poznałby wszędzie, nawet w ciemności, zarysowane lekko mdłym światłem. Kształt ust, zaskoczone oczy, jasne fale, opadające w największej harmonii na ramiona, do których tęsknota rwała go nieustannie, drążąc w sercu głęboką ranę. Nie myślał; w obronnym odruchu przed falą, przed emocjonalnym tsunami, odciął serce od rozumu. Może przez moment w spojrzeniu błysnęło niedowierzanie, lęk, może drgnięcie uczuć mignęło w błękitnej, lodowatej tęczówce. Dość. Anomalie nie wskrzeszały zmarłych, nie czyniły pragnień materialnymi, nie podsuwały szczęścia pod nos. W obliczu wszystkiego, co spotkało go przez te trzy lata, nie mógł ufać własnym oczom, instynkt trzymał na uwięzi, ba, pchnął go na stołek, ostrzegawczo trzymając zimne ostrze topora na jego karku, gotów do ostatecznego, dynamicznego cięcia. Był wściekły, szczęśliwy? Jaki był? Nie wiedział. Pustka zaszumiała mu w głowie niczym zbawienie, urywając gonitwę myśli, trwającą zaledwie marne sekundy. - różdżka? - dokończył sucho, zatrzymując ją wzrokiem w miejscu, nie dając się ruszyć choćby o krok, o drgnięcie. Nie podał jej złości. Podsunął bezwzględność, pozornie pustą i wyzutą z emocji, ale znała go; być może doszukała się w tonie wątpliwości i podejrzeń, może złapała w locie to, czego sam do siebie nie dopuszczał.
Zamknął spokojnie książkę, nie mogąc nic poradzić na serce, dudniące zaciekle, otępiające słuch. Wstał, kierowany tylko automatycznym rozsądkiem, rzucając jej krótkie, analityczne spojrzenie. Gdzie byłaś? Dlaczego? Ach, nie. Szukał tylko odpowiedniej kombinacji. Powoli odciągnął wzrok, kierując się bez słowa na zaplecze. Wszedł między regały, czując tylko mimowolne spięcie mięśni. Zacisnął szczękę, rozglądając się za poszukiwaną różdżką. Odkładał ją dziś, tak, gdzieś tu, na regał wyłożony granatowym materiałem; palce lekko przejechały po wytłoczonym nazwisku, jego nazwisku. Wyciągnął pudełko, sprawnie i szybko, zaraz wracając do... do niej? Nie odważył się szukać odpowiedzi w spojrzeniu. Zamiast tego uniósł wieczko i podsunął opakowanie, z cichym szumem prowadząc je po kontuarze. Dopiero wtedy, podając jej krótki opis sugerowanego dzieła, przyjrzał się znajomym rysom.
- Migdałowiec - nie lubi przesady, unika konfliktów - czy właśnie to było powodem, Valerie? - Pazur wilkołaka, skłonności do ucieczek, znakomicie radzi sobie z zaklęciem kameleona. Jedenaście i pół cala, giętka - objaśnił, czekając. Tylko na co? Blisko, tak blisko, ale czy wciąż nie za daleko? [bylobrzydkobedzieladnie]




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek


Ostatnio zmieniony przez Ulysses Ollivander dnia 16.03.18 22:19, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Valerie Meadowes
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4749-valerie-gaia-meadowes https://www.morsmordre.net/t4760-viscaria#101774 https://www.morsmordre.net/t4758-ze-mna-mozna-bylo-konie-krasc https://www.morsmordre.net/f321-sevenoaks-godden-green-stadnina-i-dom-rodziny-meadowes
Zawód : pisarka
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jestem wierszem
Splotem słów tęskniących
Szeptem też jestem

Rozświetlę przestrzeń
Nią też jestem
OPCM : 12
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 13
TRANSMUTACJA : 2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Bolesność powrotów   13.09.17 13:32

Rodzice nie wiedzieli, że jej różdżka stała się ofiarą zupełnie nieplanowanego zdarzenia, które wprawiło jej świat w tak wielkie drgania. Drgania pełne niepokoju i strachu, drgania zapraszające do walca z historią. Umiała tańczyć. Ojciec doskonale znał się na krokach wszystkich tańców, czasami, pod naporem taktów muzyki, nadając im innego rytmu, szybszego, żwawszego, co zawsze wzniecało ogniste, pełne radości uśmiechy na twarzach córek. Valerie nie była mistrzynią płynięcia po parkiecie, ale nauki ojca pozwoliły jej ciału stapiać się z nutami w całość i tworzyć razem z nimi figury, jakie odpowiadały poszczególnym stylom.
Nikt jednak nie nauczył ją tańczyć z historią. To właśnie ona zawsze prowadziła, twardą dłonią nadawała jej życiu odpowiedni rytm, za którym teraz nie mogła nadążyć. Gubiła kroki, gubiła metrum, gubiła otoczenie sali, w której tańczyła, a kiedy szukała instynktownie jego twarzy wśród tych, którzy mogli zaoferować jej pomoc, tłum napierał na siebie jeszcze bardziej, nie pozwalając jej odetchnąć.
A im dłużej odsuwała ten moment, tym szybciej na parkiecie pędził świat.
Wzięła głęboki oddech dzisiejszego poranka, ściskając w dłoni podłużny kawałek drewna, który niegdyś kupiła w tym samym sklepie na Pokątnej. Ollivanderowie. Rodzina, które przyniosła jej życiu tyle ciepła i miłości, zbilansowały jednak ponure podliczenia ogromem ciężaru i smutku. Do dziś dnia czuła skraplający się na karku pot, dokładnie w miejscu, na którym zawisał wzrok jego rodziców. Była kulą u nogi – lekką jak piórko dla Ulyssesa i ciężką jak kute młotem żelazo dla jego matki i ojca.
Nie zdecydowała się na podróż na Pokątną od razu (ujmując kwiecień pełen bierności i potępieńczego marazmu). Pierwszy maja dał jej czas, tak bardzo jej niepotrzebny, bo wiedziała, że im bardziej będzie to odkładała, tym bardziej sobie zaszkodzi. Ale wtedy mieli na głowie mnóstwo spraw, biorąc pod uwagę fakt, ile listów dotarło do rodziny Meadowes, gdzie ich krewni zawiadamiali ich o swoim stanie zdrowia – stabilnym, w przeciwieństwie do różdżek i przepływającej w nich magii. W końcu jednak postanowiła dotrzeć do odpowiedniego sklepu.
Gdy obcasy delikatnie stuknęły o łby na ulicy, otulone teraz płaszczem wieczornej pory, zatrzymała się przed drzwiami. Znała je dobrze. Znała ich fakturę, zarówno pamiętając ją z momentu, gdy po raz pierwszy przekraczała próg w wieku jedenastu lat, jak i wtedy, gdy odwiedzała Ulyssesa w czasie tygodniowych pustek. Klamka była teraz o wiele bardziej przetarta przez ludzkie dłonie, złoto odbarwiało się, odpryskując się, plamiście raniąc jej idealną strukturę przepchnięciami brązów. Ujęła ją powoli, jakby z namaszczeniem, dokładnie zaciskając na niej swoje palce. Odezwał się dzwonek i dopiero, gdy rozbrzmiał do końca, Valerie zorientowała się, że do tej pory… jej myśli zupełnie były wyłączone na rozsądek.
Co ty robisz, Valerie? Co ty, u diaska, robisz?! Wyjechałaś do Szkocji, żeby się od niego odciąć, że odciąć jego od siebie, a ty teraz wracasz? Na co ci tyle lat spędzonych w samotności, na wyrzucaniu sobie samej swojej egzystencji, skoro i tak postawiłaś finalnie na swoim? Na co tyle zachodu? Na co tyle bólu – jego bólu przede wszystkim, jego rodziny w drugiej kolejności, twojej rodziny jako trzeciej, twojego na samym końcu szeregu.
Kawalkada natarczywych pytań zalała ją tak mocnym strumieniem, że jeszcze przez kilka długich chwil czuła ciarki na karku.
A potem pojawił się on. I już wiedziała, że wygaszenie rozsądku było wszystkim, czego jej dusza dotychczas pragnęła.
W płucach zamarł jej oddech. I tylko serce starało się podążać swoim naturalnym rytmem.
Siedział, pochylony nad książką. Ramiona obleczone gustownym materiałem marynarki pociągnęły za dłoń, niczym za sznurek, i kartka popłynęła na drugi brzeg. Palce, tak, te same. Poczuła, jak drgają jej własne, szukając tych należących do niego, chociaż wciąż dzielił je taki dystans. Rysy, łagodne, ale naznaczone twardym, niemal surowym spokojem wysoko urodzonego rodu. Kości policzkowe, każdy skrawek skóry, zapach, który czuła podświadomie i ten, włamujący się do jej dotąd zamkniętego umysłu gwałtem nowości. Łuk ust, znajome granice, gdzie ciemne włosy zaczynały łaskotać opuszki, wywołując przy tym podrygi uśmiechu. Gdy patrzyła na niego, nie widziała tylko człowieka. Widziała historię, widziała wspomnienia, pojedyncze dotknięcia, to łagodne tarcie przy muśnięciu, głos i śmiech, szepty. Szybko nadszedł moment, gdy podzieliła się ich wizja, gdy ostrze dystansu pocięło ich bliskość na pół. Ulysses odezwał się suchym, pozbawionym emocji głosem i nagle wydał jej się okrutnie daleki. Gdzie się podziałeś, Ulyssesie? Gdzie się podziałeś, mój ukochany?
Nogi same ruszyły z miejsca, prowadząc ją do przodu. Obcas delikatnie tłukł po podłodze, wygrywając melodię, która z każdym krokiem dobijała się do uszu różdżkarza. Podeszła aż do samego kontuaru, wyglądając na niego z nadzieją na to, że kiedy wróci z głębi swojego królestwa, już nie będzie takim chłodem w ten ciepły wieczór.
Tak bardzo się pomyliła…
Gdy wrócił i położył przed nią zupełnie nową, obcą jej różdżkę, mimowolnie uniosła do góry brodę, jakby chciała mu powiedzieć, że tym ciosem jej nie złamie. Że nie złamią jej również kolejne jego słowa. Zatrzymała się na dłużej na jego oczach. Na oczach, które tak dobrze znała, a które teraz wydawały jej się głębokimi studniami pełnymi zmąconej, pełnej ciemności wody. Jej oddechy stały się głębsze, jakby wywierał na niej presję swojej obecności – co oczywiście  się zgadzało, ale Valerie nie miała zamiaru opuszczać gardy. Bo zaczęli walkę. Tę wewnątrz siebie, konfrontację, która miała za zadanie w pełnej brutalności ciszy pokazać im przepaść, jaka się między nimi wytworzyła.
Migdałowiec to całkiem trafny wybór – odpowiedziała, siłą rozwierając zaciśniętą szczękę. – Ale nie przyszłam tutaj szukać nowej różdżki, tylko zrobić coś ze starą. Naprawić ją.
Chociaż potrafiła kłamać, te słowa były zupełną prawdą. Nie sięgnęła jednak do kieszeni płaszcza po różdżkę. Zdjęła jedynie z głowy bordowy kapelusz, ulubiony, który towarzyszył jej już od kilku lat.
Nie tylko ją zresztą – twardy ton sugerował determinację, ale ostatnie głoski zdradziły słabość. Po co tu przyszła? Czemu mu się pokazała? Nie powinna. Nie powinnaś, Gaia, słyszysz?!Możesz być zły. Powinieneś być zły, ale robiłam to wszystko dla ciebie. Dla twojej rodziny.
Świadomość, że ich wewnętrzna bitwa za chwilę przemieni się w pełną krwi, wyrzutów i pyłu wojnę, wbijała ją w podłogę tak mocno jak jeszcze nigdy.




I don't belong in your universe
For better or for worse
Powrót do góry Go down
Ulysses Ollivander
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4227-skrytka-bankowa-nr-1059#86421 https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
Zawód : wytwórca i znawca różdżek
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler


when under ether
the mind comes alive


OPCM : 14
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Bolesność powrotów   23.10.17 20:10

Ta drobna istota, o jasnym i czystym spojrzeniu, kulą u nogi stała się dopiero, o ironio!, gdy zniknęła. Niewidzialna siła nie szarpała mężczyzny za kostkę, nie ograniczała ruchów, pozwalała postępować naprzód z dumą - urażoną, skruszoną, lecz może przez to silniejszą - wciąż dumą. Stwardniał, zamykając się w swoim świecie jeszcze szczelniej, kiedy balast nieobecności targał gwałtownymi napływami tęsknoty, którą nie mógł - nie chciał - się z nikim dzielić. Zaciskała szczękę, powieki, pięści, stopniowo docierając też do serca, chwytając je pewnie i bezwzględnie. Biło? Drżało. Imitowało pełne uderzenia, czekając na poruszenie. Nie spodziewał się, że znów ruszy dawnym tempem, którego nie chciał pamiętać. Nie wierzył w nagłą, tajemniczą śmierć, ale daleko było mu do optymizmu - do optymisty wypatrującego spotkania. Cierpiał na inny rodzaj rozczarowania, na niezliczone domysły i przypuszczenia. Przeszedł etap wściekłości - czyżby go zdradziła, wyrywając się z objęć świata, do jakiego wciągnął ją po cichu? Coś, może ośli upór, może instynkt, nie pozwalało mu pogodzić się z koleją rzeczy i choć powoli zaczynał układać życie na nowo, rezygnując i wypierając się emocji tak głębokich, że nawet nie potrafił ich nazwać, mimo jawnego postępu w tych próbach, nie było mocy, która zmusiłaby go do wiary w strzępek rzekomych faktów o śmierci Valerie.
Rozważał to. Niejedną noc wypełniał dym, ulatniający się powoli z oddechami, papieros po papierosie, bez sekundy na sen, z potwornymi wyrzutami sumienia, że faktycznie była to jedna z możliwości. Długo czekał na znak, wściekłość wzrastała powoli, frustracja, aż wreszcie - od niedawna - rezygnacja. Bezsilność leczył pracoholizmem, szukając sobie zajęć dopóki nie zmorzyły, ciągnąc w sen, zawsze lichy, niespokojny. Ze snu budził się zawsze, gdy z dumą zadzierała głowę do góry, na wskroś przeszywając wytrwałym i pewnym spojrzeniem. Kątem oka widział ten ruch, spojrzenie zawieszając na kawałku drewna, jaki właśnie próbował jej przypisać. Wyciszał siebie, oddalał się, próbując uspokoić zawzięty organ, nieczuły na rozsądek. Mogli poruszać się po tafli pustki - gdyby nie to, że na powierzchni powoli rozchodziła się słodka mgła, prowadzona kobiecą inicjatywą. Nie mąciła wody, pozwalając jej na pozostanie w absolutnym spokoju, nie drażniła lodowatego lustra. W końcu sam uniósł lekko głowę. Z dumą, lecz była to duma zgoła inna niż prezentowana przez jasnowłosą; nie porywcza ani impulsywna, prosta, bezwzględna i niewzruszona. Gdyby przyszło im rozmawiać o przepaści, z lekkością zrzuciłby całą winę na tę wątłe ramiona - z takiego założenia mógłby wyjść; w praktyce, o większość winił siebie. Nie bez powodu. Z dwóch obecnych spojrzeń, to jego pozostawało zdystansowane i zimne. Tkwiło w otoczeniu płytkich zmarszczek, otulających przymrużone oczy. Powoli analizował jej słowa, nie potrafiąc wyczytać z nich nic, co mogłoby go zadowolić. Milczał, niewzruszony ciężkością powietrza - równie ciężko zegar wybił pełną godzinę. Niespiesznie objął palcami tropikalne drewno tabebui.
- Colloportus - rzucił chrypliwie, obojętnie, na marną sekundę odrywając spojrzenie od kobiety. Nie zamierzał unosić się złością, choć był wściekły. Wściekły, że była tak blisko, mówiąc o przeszłości, jak zjawa, widmo - a jednak nie obudził się na dumny szelest, zwiastujący kraniec sennych marzeń. Jak nagła utrata gruntu pod stopami, jak... przepaść? Ciągnęło ich do siebie, wciąż, po latach, ale wyrwa była ogromna. Nie on ją stworzył. - Naprawić - cicho, ale kąśliwie, twardo, jakby jednym cięciem nóż przeciął powietrze, z trzaskiem wbijając się w drewno - całą długością ostrza. Nie wydawał się przekonany. - Wspaniały gest - dolewał oliwy do ognia, konfrontując ją z kpiną? - Różdżka - poprosił martwo, wyciągając dłoń. W spiętych mięśniach czuł chęć pokonania tej drobnej odległości, sforsowania przeszkody z solidnego drewna, pragnienie powrotu do przeszłości, do ich przeszłości. Dłoń drżała lekko. Czekał ułamki sekund, najwyżej dwóch, nie więcej, po tej chwili dostrzegając, że palce nieświadomie zacisnęły się w pięść; podobnie ściśnięta była szczęka. Zamknął oczy i pokręcił krótko głową, opuścił dłoń, rozluźniając ją i oparł się o blat, pochylając lekko do przodu. - Dlaczego teraz? - dlaczego nie rok, dwa lata wcześniej? Dlaczego nie za trzy lata, gdy wszystko miało być już powiedziane, obiecane, urodzone? Dlaczego ściągała dylematy w tak krytycznym momencie? Coś mu umykało, nie wiedział o fundamentalnej części tej historii, a może wypierał ją ze świadomości i domysłów, wiedząc, jakie konsekwencje mogła ze sobą nieść.
Ponownie - był zły. Wściekły, gdy stała przed nim jedyna osoba, której mógł wybaczyć taki cios, lecz złość wymierzał w siebie, nie dając jej tej satysfakcji. Szukał odpowiedzi wzrokiem, nieco żywszym mimo stałej surowości.
- Zgubiłaś mnie, Valerie. Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Nie mam pojęcia, jakich słów oczekujesz - przyznał bez bicia, ponuro. Nawet jeśli pierwszy raz od dłuższego czasu coś na horyzoncie zdawało się tak jaśnieć i ogrzewać duszę swoją obecnością. Zmienili się. Obydwoje - nie było szans, by czas i przede wszystkim - rozłąka - nie wywarły na żadne z nich najmniejszego wpływu.




a może ja jestem opowieść zmęczonych ust? nie ma już nic po tamtej stronie. nie ma już nicza ścianą powiek
Powrót do góry Go down
 

Bolesność powrotów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18