Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Czarodziejska Opera, Hampshire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Czarodziejska Opera, Hampshire   17.03.18 14:37

Czarodziejska Opera

Wzniesiony w 1745 roku gmach opery był prezentem od ówczesnego nestora rodu Lestrange dla jego młodej żony - małżeństwo przeżyło ze sobą wiele szczęśliwych lat, a po śmierci spotkali się ponownie jako duchy, by zasiadać na widowni i podziwiać najważniejsze przedstawienia.
Fasadę budynku wieńczy wymowny cytat w języku francuskim, "Zamknij oczy i pozwól, by muzyka cię uwolniła".
Przestronne foyer uderza przepychem we wszystkie zmysły; wnętrze pełne jest złotych i marmurowych płaskorzeźb, sztukaterii i starannie wykonanych, czarodziejskich fresków. Widownia, mogąca pomieścić ponad dwa tysiące osób, utrzymana jest w przydymionych barwach błękitu i złota, posiada trzy piętra balkonów, z których rozciąga się wspaniały widok na ogromną scenę. Zaczarowane malowidło na suficie zmienia się zależnie od odgrywanych sztuk i ukazuje sceny, które mają w nich miejsce. Dzięki podziemnym korytarzom umożliwione zostało połączenie z wybrzeżem, dlatego rolę chóru niezmiennie pełnią przypływające stamtąd syreny, dla których przygotowano specjalny zbiornik wodny pod sceną.
Repertuar jest różnorodny, choć przeważają opery w języku francuskim, włoskim i niemieckim.
Budynek jest ukryty przed oczami mugoli, a jeśli jakiś pojawi się w okolicy, nagle przypomina sobie o ważnych sprawunkach i natychmiast powraca do domu.


Powrót do góry Go down
Marine Lestrange
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4601-marine-lestrange https://www.morsmordre.net/t4712-gloriana#101007 https://www.morsmordre.net/t4713-lady-lestrange https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5142-skrytka-bankowa-nr-1190 https://www.morsmordre.net/t4719-marine-lestrange#101064
Zawód : śpiewaczka, dama
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
L'amour
L'aventure
et la vie
OPCM : 10
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Czarodziejska Opera, Hampshire   19.05.18 22:44

25 czerwca, wieczór

Kurtyna w kolorze przydymionego błękitu skrywała delikatną sylwetkę panny Lestrange, znajdującej się na skraju sceny. Od występu dzieliło ją zaledwie kilka minut, a na widowni zasiedli już wszyscy zaproszeni bliscy – zestaw krewnych, przed którym przecież już wcześniej koncertowała, miał dzisiejszego wieczora zupełnie inne zadanie. Wszyscy wiedzieli doskonale, że przyjęcie Marine w grono śpiewaczek rodowej Opery było tylko formalnością, lecz tej formalności musiało stać się zadość. Ukończyła Hogwart z wzorowymi ocenami, a odkąd pamiętała, wiązała swoją przyszłość właśnie z tym miejscem. Mniej niż godzina dzieliła ją więc od obrania nowego kursu w dopiero rozpoczętym dorosłym życiu, lecz wypływała na wody znajome i bezpiecznie, nie bała się więc niczego i dumnie stawiała czoło wyzwaniu. Nie miała pojęcia, że w innej części kraju rozgrywały się teraz niemalże dantejskie sceny, a Szatańska Pożoga trawiła Ministerstwo – w Operze w Hampshire czas na chwilę się zatrzymał.
Widownia mogła pomieścić ponad dwa tysiące osób, lecz dziś zasiadła tam tylko szóstka; na obitych atłasem wygodnych fotelach miejsca zajęli jej drodzy babcia z dziadkiem, ojciec, Flavien oraz dwóch krewnych w podeszłym wieku, należących do zarządu i mających wpływ na wszelkie decyzje, jakie zapadały w Operze. To właśnie ich twarzom przyglądała się panienka Lestrange, z ciekawością wyglądająca subtelnie zza kurtyny. Ciepły uśmiech kuzyna dodał jej otuchy, odwzajemniła mu się więc podobnym i przeniosła wzrok na dziadka; ten jeszcze jej nie zauważył, rozglądał się tylko dookoła i wydawał się być przejęty tak samo, jak jego wnuczka. Do rozpoczęcia przedstawienia pozostawało niewiele czasu, dlatego młoda czarownica ruszyła na środek sceny, upewniając się, że pozostali muzycy są już na miejscach.  
To miał być jej wieczór, lecz na przekór wszystkiemu nie zdecydowała się na recital; wiedziała doskonale, że wszystkie oczy, a właściwie uszy skupione będą na niej, dlatego nie obawiała się, że jej muzyczny partner lub członkowie chóru skradną choć kawałek przeznaczonej dlań chwały. Dla solistki, sopranistki, głównej heroiny dzisiejszego przedstawienia. Odetchnęła głęboko, dłonią wygładzając materiał białej, zwiewnej sukni, którą miała na sobie. Włosy miała rozpuszczone, lecz starannie ułożone, a delikatny makijaż jedynie podkreślał jej urodę. Czuła się piękna i wartościowa, a nic tak nie działało na ego, jak radość z widoku lustrzanego odbicia. Była pewna siebie i swojego talentu, myślami nastawiała się wyłącznie na sukces; inna strategia mogłaby wyprowadzić ją na manowce, a chociaż w jej głos podczas śpiewu nigdy nie wkradał się fałsz, nie mogła pozwolić sobie nawet na chwilowe zadrganie.
Spojrzała na tenora Hugona, następnie przenosząc wzrok na obdarzonego głębokim barytonem Laurenta – to z nimi miała dziś kontrastować, konkurować, na ich tle wybrzmiewać piękniej niż najbardziej utalentowane syreny, jakie szczyciły Operę swoją obecnością. Stanęła pomiędzy nimi, wysunięta ku przodowi sceny; z tyłu uplasowały się dwa niewielkie chóry, gotowe wspierać śpiewaków w konkretnych partiach. Wszyscy Ci ludzie, sami niezmiernie utalentowani, zgodzili się wesprzeć wschodzącą gwiazdę swoją obecnością, lecz Marine zapewniła im oczywiście wynagrodzenie za trud włożony w przygotowania oraz finalny występ.
A ten miał rozpocząć się z kolejnym uderzeniem serca; zaczarowana kurtyna rozsunęła się w umówionym momencie, a fresk na suficie natychmiast przeniósł zebranych w klimat Starożytnej Grecji. Oto Marine stawała się Ariadną, a siedem minut dzieliło ją od wymarzonej kariery. Nie był to występ z gatunku być albo nie być, lecz zamierzała dać z siebie wszystko. Uniosła dumnie głowę i utkwiwszy wzrok w członkach rodziny, subtelnym skinieniem głowy dała znak orkiestrze.
Rozległa się doskonale znana jej muzyka, a po chwili Hugon i Laurent rozpoczęli swoją partię, wcielając się analogicznie w Tezeusza i Dionizosa. Marine odliczała już dźwięki do momentu, w którym i ona będzie mogła wkroczyć do jednoaktówki, zachwycając swoim głosem zebranych na widowni. Porzucenie Ariadny było wyborem, który spłynął na nią pod koniec roku szkolnego; wcześniej miotała się pomiędzy innymi partiami i rolami, ćwicząc każdą z nich, lecz żadnej nie oddała cząstki siebie. Dopiero gdy w jej ręce trafiło libretto Henriego Hoppenota, francuskiego czarodzieja, Lestrange poczuła, że znalazła arię dla siebie; władała biegle językiem przodków i występ nie stanowił dla niej trudności pod tym względem. Opera-minute była krótka, lecz wystarczająca do oczarowania swoim głosem. A gdy wydobył się on wreszcie z gardła Marine, dziewczyna poczuła, że to właśnie do śpiewania została stworzona.
Obdarzona sopranem koloraturowym mogła sięgnąć po najbardziej wymagające dzieła, wybrała jednak pomniejsze, niemalże skromne. Jej czysty głos rozbrzmiewał ze sceny i wspaniale komponował się z muzyką – razem tworzyły magię tak wielką, że zdolna była przenosić słuchaczy w zupełnie inny świat. Starożytna Grecja stanęła dla nich otworem, a wraz z nią historia tytułowej Ariadny, oczekującej przybycia swojego ukochanego Tezeusza. I chociaż sama Marine nie była nigdy w życiu zakochana, po licznych próbach była zdolna wczuć się w role i wyrazić śpiewem emocje, jakie musiały targać kobietą owładniętą z jednej strony miłością, a z drugiej zwątpieniem.
Trenowała do tego momentu latami – gdy tylko babcia odkryła jej talent, zatrudniono najlepszego nauczyciela emisji głosu, a młoda dama szybko pokochała swoją pasję całym sercem. Z miesiąca na miesiąc poszerzała także swoją wiedzę o muzyce, krocząc śladami przodków. To właśnie muzyka pomogła jej w najcięższych chwilach, tuż po własnej chorobie i w okresie po śmierci bliskiej jej Edith; negatywne emocje przekuwała zawsze w czyste dźwięki, dając im upust w zaciszu własnego pokoju, czy też na kameralnych występach dla członków rodziny. Dziś nie prowadziła jej jednak złość, nie wiodła chęć odcięcia się od przeszłości. To ambicja, równie krystaliczna, co głos Marine, kazała jej poruszać się zwiewnie po scenie i gestykulować, wyrażając tym samym wszystko, co mogła czuć Ariadna.
Kolejną z solowych partii wyśpiewała stojąc u szczytu sceny, spoglądając już tylko i wyłącznie na swojego ojca, któremu chciała udowodnić, jak wiele jest warta. Chciała, by był z niej dumny, by widział w niej nie tylko środek do własnych celów, ale i kogoś równego sobie. Wiedziała, że miejsce solistki ma zapewnione, lecz w żaden sposób nie umniejszało to jej szczęściu, gdyż świadoma była własnego talentu.
Wybrzmiały ostatnie dźwięki, Marine widowiskowo zakończyła wspinanie się po skali, a muzyka ucichła. Chór oraz towarzyszący jej mężczyźni zniknęli w cieniu, za to sama panna Lestrange stała teraz w strudze światła; Ariadna za sprawą Dionizosa zamieniła się w gwiazdę i sama brunetka poczuła, że ona także się nią staje.
Tryumfalny uśmiech zagościł na jej twarzy, gdy siedzący na widowni bliscy podnieśli się ze swoich miejsc, by nagrodzić ją oklaskami; sześć osób brzmiało jak tysiąc, gdy dygała dystyngowanie, przyjmując w ten sposób ich aplauz. Babcia ocierała łzę wzruszenia, lecz to wyraz twarzy dziadka był dla Marine największą nagrodą – widziała, że był z niej dumny i nie musiał nawet tego mówić. Ojciec i Flavien uścisnęli sobie dłonie, a po chwili wszyscy ruszyli w stronę młodej śpiewaczki, by pogratulować jej występu. Otrzymała wspaniały bukiet i cudownie szczere życzenia; członkowie zarządu wróżyli jej wielką karierę, lecz ona chciała tylko śpiewać. Nie interesowało ją bycie gwiazdą każdego wieczora, czy nawet tygodnia – chciała błyszczeć ekskluzywnie, być ozdobą tej Opery. Z muzyką wiązała się jej przeszłość, teraźniejszość i teraz także przyszłość. Niecodzienne przesłuchanie dobiegło końca, a ona mogła zacząć planować swój artystyczny debiut, podczas którego cała widownia zostanie zapełniona do ostatniego miejsca.
Zrozpaczoną i porzuconą Ariadnę zamieniono w gwiazdę i za tę łaskę chwalono Dioniozosa. Marine w niczym nie przypominała jednak bohaterki opery, którą właśnie wykonała – ciężką pracą sama dotarła do miejsca, w którym teraz stała i nie zamierzała w najbliższym czasie schodzić z piedestału. Per aspera ad astra, wyszeptał jej do ucha ojciec, gdy pochylił się wreszcie, by uścisnąć swoją córkę i złożyć jej gratulacje. Ściskająca w rękach bukiet złożony z róż, lilii i goździków młoda kobieta odpowiedziała najpiękniejszym uśmiechem, jaki dotąd gościł na jej twarzy. Dokonało się.





Wizje chodźcie do mnie, blisko, najbliżej. Zostańcie w mojej głowie n a j d z i k s z e sny. Oto jest wasza scena, reflektor niżej,


wiruje, lśni...

korowód moich marzeń
Powrót do góry Go down
Flavien Lestrange
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czarodziejska Opera, Hampshire   28.09.18 18:58

/14.08

Dzisiejszy dzień opiewał w emocje nie tylko na deskach rodowej opery, ale również w posiadłości na wyspie Wight. Od rana uaktywniła się krzątanina, stawiająca wszystkich na nogi już od pierwszych godzin świtu; to dlatego, że wielkimi krokami zbliżała się premiera zapierających dech w piersiach serii absolutnie olśniewających nawet najwybredniejsze gusta arii. Miała wystąpić między innymi znakomita Belle, ale nie tylko; dodatkowo zaplanowane jest kilka uroczych, świeżych debiutów młodych adeptek śpiewu, które udało się wyłuskać z odmętów szarej masy, choć stanowiło to nie lada problem oraz zagwozdkę. Na szczęście udało mi się pójść na kompromis między moim perfekcjonizmem a wymaganiami wuja, mojego bezpośredniego przełożonego. Od kilku tygodni kręcił niezadowolony nosem z powodu ostrego krytycyzmu jakim odznaczałem się podczas wszelkich przesłuchań licznych kandydatek na stanowisko operowych śpiewaczek. Żadna z nich nie porwała mnie ani swym głosem, ani charyzmą na tyle, bym mógł uznać je za nieoszlifowane diamenty, które pod nazwiskiem Lestrange mogliśmy przekuć w prawdziwy kamień szlachetny. Wreszcie dostałem ultimatum, podczas którego miałem zasięgnąć urlopu oraz dystansu do spraw zawodowych. Po festiwalu lata na ziemiach Prewettów faktycznie naładowałem się nową energią. Odseparowanie się od natłoku obowiązków, które pragnąłem wykonywać jak należy, przyniosło nowe rozwiązania dla starych problemów. Wraz z wiejącym od morza wiatrem nadciągnęły również intratne propozycje, obiecujące artystki oraz artyści, a także zdumiewające pomysły. Nabrałem więc mocy, zaganiając do pracy wszystkich, których mogłem zagonić. Zresztą niemal wszystkim Lestrangom zależało na sukcesie rodowej spuścizny oraz kultywowania piękna sztuki, dlatego włączyli się ochoczo w przygotowania do jednego z najważniejszych dni w imprezowym kalendarzu, ale niestety nie oznaczało to, że mogłem odetchnąć z ulgą lub spać spokojnie.
Właściwie od zakończenia uroczystości w Weymouth spałem bardzo słabo, w kółko rozmyślając nad najlepszą oprawą graficzną, a olśnienie przyszło znienacka. Zupełnie się go nie spodziewałem, wręcz wcześniej nie brałem tego pod uwagę. Wreszcie wymyśliłem zmienną dekorację, w zależności od etapu operowego przedstawienia; zdecydowałem się na połączenie różnych stylów, o czym od razu poinformowałem zaprzyjaźnioną magiczną scenografkę, która powinna sprostać moim wygórowanym wymaganiom. Jak dotąd nigdy nie było między nami zgrzytów, a współpraca przebiegała więcej niż zadowalająco. Postanowiłem zawierzyć czarownicy i tym razem, skupiając się na innych detalach. Zwłaszcza muzycznych. Dobrze, że rodzina przyszła mi z pomocą; część zabrała się za nienaganne stroje, makijaż oraz fryzury, inni wybyli od razu do opery z zamiarem nastrojenia niezbędnych instrumentów. Ja miałem być koordynatorem tego całego chaosu i przeprowadzić przesłuchanie. Kolejne i choć nie miało być ono próbą generalną to postanowiłem, że tak właśnie będzie. Zrobimy choćby i tysiąc generalnych prób, ale wszystko musi zostać dopięte na ostatni guzik. Kiedy cały świat arystokratów będzie na nas patrzeć, musimy zrobić jak najlepsze wrażenie. Ba, piorunujące wręcz. To ma być wieczór, którego nikt nie zapomni; i bynajmniej nie mam na myśli żadnego skandalu lub niedoskonałości.
Od rana latałem jak kuguchar z pęcherzem, kierując całym przedsięwzięciem. Uważne obserwowanie przez wuja moich poczynań czułem jednocześnie złość jak i niepewność spowodowaną tym, że może lord Lestrange naprawdę zastanawiał się nad przekazaniem kierownictwa nad programem artystycznym właśnie mi. Przełknąłem ślinę starając się zniwelować palące uczucie stremowania. Nie było na to czasu. – Wiem, że do finału jeszcze trochę, ale te tygodnie miną szybciej nim się obejrzymy – zacząłem, kiedy udało mi się zebrać większość uczestników nadchodzącego wydarzenia w jednym miejscu. – Od dziś będziemy spotykać się na przesłuchania, które będą próbami generalnymi, dlatego macie dać z siebie wszystko – dodałem, po czym powiedziałem, by każdy zajął się tym, co do niego należało. Sam zasiadłem blisko na widowni przeglądając pergaminy z nazwiskami, rolami tych osób oraz listą rzeczy do zrobienia. Skoro odpadła prezencja występujących śpiewaków oraz grających gdzieś poza sceną muzyków, to została cała reszta. Ludzie dwoili się i troili na scenie, by doprowadzić ją do takiego kształtu, jaki chciałem uzyskać.
- Daj je trochę w lewo – poleciłem, dyrygując jednym z mężczyzn. Pnącze winorośli zwisało zbyt prosto, powinno być mocniej wygięte, by dodać mu naturalnego wyglądu. Potem muszę polecić skrzatowi, by zaczarował je tak, aby liście nie zeschły się aż do dnia premiery, co z punktu widzenia osoby niewtajemniczonej nie miało większego znaczenia, ale ja po prostu czułem potrzebę doprowadzenia oprawy graficznej do perfekcji, jak zawsze zresztą.
Jednak to nie ona była moim głównym zadaniem. Przede wszystkim dbałem o muzykę, o intonacje, barwy głosu oraz ich skale, nie o to, co powinno cieszyć oczy. Najważniejsza była melodia oraz głaskanie czułego zmysłu słuchu, wrażliwego na każde dźwięki. Widzowie mieli zatopić się nie tylko w miękkich kotarach oraz bogato zdobionych sukniach, a również w fonii rozbrzmiewającej z akustyczną precyzją godną mistrza. Właśnie tutaj, na tej scenie.
- Muzycy na miejsca – zarządziłem, gestem dłoni ponaglając wszystkich pianistów, skrzypków, wiolonczelistów i tak dalej. Część z nich wyglądała niestety miernie, ale ostatecznie i tak zostaną skryci ciemnością migoczącą na granicy świateł rzucanych na centrum muzycznego wszechświata. – Gdzie kontrabas? – spytałem rzeczowo, nie chcąc rozpoczynać bez wszystkich instrumentów. Głosy zupełnie inaczej brzmiały z podkładem muzycznym jak i bez, dlatego niecierpliwiłem się już, nie mogąc zacząć. Niestety nie brakowało jedynie kontrabasu, ale także fletów. Westchnąłem rozmasowując zbolałe skronie. Dobrze, że postanowiłem zabrać się za organizację tak wcześnie, bo jakby mi takie kwiatki wyskoczyły na kilka dni przed premierą, to chyba zabiłbym wszystkich jak leci. – Dobra, zaczynają śpiewaczki. A capella. Potem dołączymy do tego melodię – stwierdziłem ostatecznie, nie chcąc tracić czasu w oczekiwaniu na brakujących instrumentalistów. Chciałem przynajmniej wysłuchać brzmień damskich, a potem męskich głosów.
Zasiadłem wygodniej w fotelu czekając, aż czarownice ustawią się na deskach sceny. Dałem znak, by każda po kolei zaczęła swój fragment; brzmiało to niekompletnie, owszem, ale musiałem raz jeszcze sprawdzić czy nie popełniłem błędu podczas poprzednich castingów. Niestety bardzo szybko odniosłem wrażenie, że poprzednie decyzje były po prostu niewłaściwe. – Wyżej, śpiewaj wyżej – rzuciłem do pierwszej śpiewaczki, nie posługując się techniczną nomenklaturą, bo miałem wrażenie, że nic do niej nie dotrze. – Wcześniej śpiewałaś lepiej – zauważyłem zniecierpliwiony. – Wciąż za nisko – dodałem po kolejnych minutach wsłuchiwania się w tembr oraz skalę docierającego do moich uszu głosu. Wciąż źle, wciąż zupełnie nie tak. – Na Merlina, nie denerwuj się tak, bo co to będzie w dniu premiery? – powiedziałem powoli się irytując. Zamknąłem oczy, chcąc skupić się wyłącznie na tym, co słyszałem, ale to w niczym mi nie pomogło. Tamta wokalistka dalej brzmiała po prostu źle. – Dobrze, przestań. Ochłoń – zażądałem kręcąc głową. – Panna… Blishwick, pokaż koleżance jak powinna brzmieć – zachęciłem drugą z kobiet, wskazując na nią podbródkiem. Szło jej zdecydowanie lepiej i choć dało się usłyszeć drobne niedociągnięcia, to były to jedynie kosmetyczne poprawki. W przeciwieństwie do trzeciej, która dzisiaj miała chyba fatalny dzień. – Z przepony, wiesz w ogóle gdzie to jest? – spytałem zdenerwowany. Nie, to bez sensu. Wyglądały jak wystraszone gęsi, nie jak śpiewaczki w światowej klasy operze. Co się wydarzyło? – Dobra, przerwa. Odpocznijcie. Wezwijcie śpiewaków – uznałem wreszcie, kreśląc na pergaminie swoje uwagi co do każdej z kandydatek mających zadebiutować za te kilkanaście dni. Na razie widziałem to raczej w czarnych barwach, ale to pewnie wina stresu. Musiały się z nim jednak oswoić, nie mogły pokazać tak beznadziejnego poziomu podczas artystycznego wieczoru.
Wreszcie dotarli i oni. Ze zdecydowanie lepszym wokalem od tamtych młódek. Śpiewali czysto, dobrze technicznie, co poprawiło mi humor. Panika gdzieś nagle odeszła, a zamiast niej nastąpił błogi spokój. – Dobrze, bardzo dobrze – pochwaliłem ich, kiwając z uznaniem głową. Jakoś tak automatycznie zerknąłem w stronę solistek skulonych w rogu sali. – Widzę, że przyszły też instrumenty, świetnie – powiedziałem zerkając na tamtą stronę podestu. – Następnym razem macie być na czas – przestrzegłem ich jeszcze. – Aria pierwsza – zadecydowałem, biorąc do rąk pergamin zasnuty nutami. – Zaczynamy od początku. Najpierw instrumenty, potem głosy – dorzuciłem jeszcze, tak w ramach wyjaśnienia. Parę razy musiałem zaintonować rytm, parę razy przerwać i wygłosić swoje uwagi, ale z muzyką poszło znacznie lepiej niż bez, więc w ostatecznym rozrachunku byłem zadowolony. Pod wieczór mogliśmy się wszyscy rozstać, choć w mojej głowie wciąż pojawiały się wątpliwości co do tego, czy podjąłem jednak dobrą decyzję. Mój początkowy optymizm zanikł, a zamiast niego duszę zatruły wątpliwości. Ale byłem już zmęczony, tak samo jak pozostali, dlatego zażycie odpoczynku w domu zrobią nam dobrze. Zwłaszcza, że niedługo kolejne spotkanie.

z/t




na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Powrót do góry Go down
Marine Lestrange
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4601-marine-lestrange https://www.morsmordre.net/t4712-gloriana#101007 https://www.morsmordre.net/t4713-lady-lestrange https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5142-skrytka-bankowa-nr-1190 https://www.morsmordre.net/t4719-marine-lestrange#101064
Zawód : śpiewaczka, dama
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
L'amour
L'aventure
et la vie
OPCM : 10
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Czarodziejska Opera, Hampshire   03.10.18 20:41

20 sierpnia
Na scenie zawsze była sama. Nieważne jak wiele osób zasiadało na widowni i jak liczna była orkiestra oraz grupa towarzyszących artystów – panna Lestrange po wejściu na deski znajdowała się tylko i wyłącznie w swoim świecie. Odcinała się świadomie, technikę tę wypracowując już we wczesnej młodości jako jedną z metod radzenia sobie z tremą. Widzowie nie peszyli jej, wszakże przecież to dla nich wykonywała swoje występy, lecz ich obecność była w stanie ją rozproszyć, sprawić, że zaczęłaby myśleć o zbyt wielu sprawach, jakich nie powinna zabierać ze sobą do miejsca, w którym to na nią padały światła reflektorów. Otwierała się przed nimi, prezentowała swój talent; zawsze i wszędzie dążyła do perfekcji, a w przypadku muzyki pragnęła błyszczeć jeszcze bardziej. Widziała ich więc siedzących w bliskich i dalekich rzędach, w lożach i na balkonach, lecz nauczyła się nie zwracać uwagi. Potrafiła skupić się wyłącznie na swoim zadaniu, umiała sięgnąć w głąb siebie i wydobyć to, na co wszyscy czekali. Nie inaczej było i tym razem, bo choć stała na scenie w towarzystwie nauczycielki śpiewu, a na widowni zasiadło kilkoro członkiń składu artystycznego, gdy Marine wyśpiewywała swoje partie, nie widziała wcale ich zawistnych spojrzeń.
Madame Pelletier była jedną z diw, której blask dawno już przeminął, lecz sława oraz talent pozwoliły jej utrzymać się na powierzchni. Zatrudniona jako nauczycielka śpiewu w Czarodziejskiej Operze szybko wyrosła do rangi guru dla młodych dziewcząt, które trafiały pod opiekę instytucji. Również Marine szanowała jej umiejętności oraz podejście do uczennic, Madame była bowiem osobą szalenie wymagającą i nigdy nie cofnęła się przed krytyką w przypadku, gdy ta była uzasadniona. Panna Lestrange mogła więc liczyć, że ta szczupła czarownica w średnim wieku szczerze wytknie jej wszelkie niedoskonałości i pomoże wspiąć się jeszcze wyżej – zarówno w znaczeniu skali muzycznej, ale także kariery. Na lekcjach z nią nigdy nie przebywał byle kto i nawet jeśli akurat Marine nie udało się spotkać indywidualnie, mogła liczyć na to, że towarzystwo będzie godne przebywania w nim.
Gdy opadł już kurz po Festiwalu Lata, naszedł czas na szlifowanie swoich umiejętności, dlatego też na scenie w Hampshire zebrała się grupa osób, których głosy mogłyby stanowić dla siebie wspaniały kontrast, a jedno mogłoby uczyć się od drugiego. Marine bez emocji zauważyła, że jest jedyną szlachcianką w tym gronie, spodziewała się więc ciekawskich spojrzeń napływających od nowych dziewcząt, które dopiero co otrzymały angaż do jednej z najnowszych sztuk. Wszyscy zapewne mieli już okazję obcować z Flavienem i przeżyć jego próby, lecz teraz mieli upewnić się, że kolejny członek wspaniałego rodu obdarzony jest niezwykłym talentem. Panna Lestrange rzadko uczęszczała na grupowe lekcje, lecz nie miała nic przeciwko nim – widocznie Madame Pelletrier uznała, że wyzwanie dobrze jej zrobi.
Ubrana w błękitną suknię z gorsetem, młoda czarownica stała na samym środku sceny, czując na sobie spojrzenia reszty zebranych. Nauczycielka co i rusz kiwała bądź kręciła głową, gardłowym głosem niepozbawionym francuskiego akcentu wydając kolejne komendy.
- A teraz staccato, Marine! Wspaniale! – nieczęsto na jej twarzy pojawiał się uśmiech, lecz gdy był już wyraźnie dostrzegalny, ego panny Lestrange pęczniało coraz bardziej.
Wiedziała, że jest obiektem zazdrości, lecz miała to w głębokim poważaniu, zawistnicy byli jej teraz zupełnie obojętny i nie obdarzała ich swoją atencją. Jeszcze w zeszłym miesiącu jej pozycja na scenie nie była tak mocna, jak teraz, nie tylko ze względu na to, że dołączyła do artystów jako nowicjuszka, ale przecież z racji na swój stan cywilny, jej losy mogły potoczyć się bardzo różnie. Na szczęście pierścionek zaręczynowy, dumnie noszony na serdecznym palcu lewej dłoni, nie ciążył jej w najmniejszym stopniu jeśli chodziło o dalszą karierę śpiewaczki. Wciąż była panną, lecz po zmianie nazwiska możliwość realizowania się w swojej pasji miała pozostać niezmienna.
Miała wielkie szczęście, że pokochała muzykę z wzajemnością, dzięki temu nie musiała rozglądać się za niczym innym, co mogłoby przynieść jej ukojenie w ciężkich chwilach lub zwodzić na pokuszenie w niepewnych momentach. Od najmłodszych lat uczona była nut oraz języków obcych, lecz nie spoczywała na laurach i od kilku tygodni ćwiczyła włoski oraz niemiecki, mając na uwadze fakt, że właśnie w tych językach powstawały wspaniałe dzieła, wystawiane później na deskach Czarodziejskiej Opery. Chciała być bezbłędna, a nade wszystko – autentyczna.
- Pokaż wszystkim, jak powinno brzmieć tutaj vibrato – poleciła Madame Pelletrier, wyrywając Marine z zamyślenia i wskazując jej konkretną partię na arkuszu.
Panna Lestrange przełknęła ślinę i już za moment wydobyła z siebie czysty, wibrujący dźwięk, który poniósł się po scenie i wtargnął na widownie, powodując kolejną falę zazdrości ze strony mniej utalentowanych śpiewaczek.
Ćwiczenia strun głosowych oraz dbałość o emisję były bardzo ważnymi czynnościami w codziennych rytuałach młodej szlachcianki. Wyuczyła się systematyczności już w dzieciństwie, dlatego teraz nie sprawiały jej problemu. Mogłaby stać na tych rodzinnych deskach cały dzień i ćwiczyć do upadłego, byle tylko osiągnąć zamierzony cel.
Po raz kolejny oddzieliła od siebie kolejne dźwięki, wchodząc w ulubiony moment arii, którym zamierzała odrobinę popisać się przed Madame Pelletier. Starsza kobieta dostrzegła jej wysiłki, lecz zerknęła ostrzegawczo, a między jej szerokimi brwiami pojawiła się niewielka bruzda. Czyżby jednak należało wybrzmieć tu legato? Marine została na moment zbita z tropu, a gdy nauczycielka poprosiła inną śpiewaczkę o zaśpiewanie tej samej części arii dla porównania, panna Lestrange siłą woli powstrzymała niebezpieczny rumieniec. Proszę bardzo, niech panna Blishwick zaprezentuje, na co ją stać.
Fałsz w głosie konkurentki był muzyką dla uszu; kilka osób skrzywiło się niezamierzenie, lecz to Madame Pelletier wyglądała na najbardziej poirytowaną.
- Czy właśnie tak zamierzasz brzmieć w dniu premiery? Wstydziłabyś się – zbeształa zmieszaną już po uszy pannę Blishwick, a Marine nadeszła z ratunkiem.
- Spójrz, tutaj powinnaś zacząć trochę niżej. Nie próbuj rejestru gwizdkowego, brzmi okropnie tandetnie – cóż powiedziałby Flavien, gdyby słyszał ich teraz?
Nie chcąc pozostać gołosłowną, ciemnowłosa dama postąpiła krok do przodu i po raz kolejny podjęła próbę wyśpiewania swojego ulubionego fragmentu. Wiedziała, że tym razem musi dać z siebie jeszcze więcej, a jej siła nie może pochodzić jedynie z próby zagrania rywalce na nosie. Muzyka była jej pasją, jej ucieczką, jej lekarstwem na wszystko. Współżyły w harmonii od dawien dawna i taki stan miał już pozostać na zawsze, dlatego nie było mowy o fałszu – ani w głosie, ani w intencjach. Sięgając w głąb siebie, panna Lestrange wydobyła z siebie serię czystych dźwięków, wibrujących przyjemnie dla ucha, po czym nie przerwała wcale występu, kontynuując i doprowadzając arię do końca. Podczas treningu takiego, jak dziś, mogła pozwolić sobie na gestykulacje, lecz zazwyczaj była o wiele bardziej oszczędna i nieszczególnie ekspresyjna. Wychodziła z założenia, że młoda szlachcianka nie powinna robić z siebie małpki przed widzami, a sam głos powinien wystarczyć, by przenieść ich do krainy muzyki. Tak było i tym razem, bowiem błogość wymalowana na twarzach towarzyszy mówiła tylko jedno – jej popis trafił na podatny grunt. Rozległy się pierwsze niemrawe brawa, a w końcu wszyscy już oklaskiwali młodą śpiewaczkę, nawet zazdrosna panna Blishwick musiała uznać jej wyższość.
Marine wypuściła cicho powietrze i przywołała na twarz skromny uśmiech, choć w głębi duszy bardzo cieszyła się z zaistniałej sytuacji. Lekcje w grupie potrafiły jednak podnieść jej pewność siebie jeszcze bardziej, Madame Pelletier miała w tym względzie rację. Następnym razem jednak koniecznie będą musiały spotkać się tylko w cztery oczy – obecnie czas uciekał i nie pozostało go już wiele dla utalentowanej panny Lestrange. Indywidualne lekcje z nauczycielką śpiewu przynosiły o wiele większe efekty dla samej techniki, lecz śpiewaczka powinna dbać także o inne aspekty swoje pracy; prezencja i pewność siebie były pozostałymi czynnikami niezbędnymi do osiągnięcia sukcesu i o ile z pierwszym Marine nigdy nie miała problemu, drugiego nigdy nie było jej za wiele. Schodząc ze sceny wciąż czuła się wspaniale i nastrój ten miał utrzymać się już do końca dnia.

| zt





Wizje chodźcie do mnie, blisko, najbliżej. Zostańcie w mojej głowie n a j d z i k s z e sny. Oto jest wasza scena, reflektor niżej,


wiruje, lśni...

korowód moich marzeń
Powrót do góry Go down
Flavien Lestrange
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czarodziejska Opera, Hampshire   18.10.18 21:43

/20.08

Dzień za dniem było coraz bliżej premiery jednego z najważniejszych spektakli sygnowanych nazwiskiem Lestrange, a ja denerwowałem się tym coraz mocniej. Oczywiście nie było tego po mnie widać; pomijając błyszczące spojrzenie pełne zbędnych, choć przytłumionych emocji, w dominującej części złości. I obawy. Czy aby na pewno wszystkie przygotowania okażą się kluczem do sukcesu? Czy będą wystarczające? Obawiałem się, że nie. Przynajmniej jak na moje wybredne gusta, ale tak, pamiętałem, że muszę spuścić z tonu. Tak po prostu, dla dobra rodzinnego biznesu. Będąc przesadnie ambitnym nie odniosę żadnego sukcesu, choć oczywiście pragnąłem go odnieść, jak zresztą chyba każdy wysoko urodzony mężczyzna, a może nawet nie tylko. Jednak tymi małymi nie przejmowałem się zupełnie, na co dzień nie pamiętając o ich istnieniu. Przynajmniej do momentu, w którym przyszło mi się z nimi borykać na scenie; dogadywanie się z kimś, kto mówi całkowicie odmiennym językiem, żyjącym w zupełnie innej bajce, jest nadzwyczaj trudne. Wymaga umiejętności dopasowania się oraz asymilacji czego mi brakuje. Zwykle nie lubię równać niżej, wolę ustawiać poprzeczki wysoko i kazać innym do nich doskoczyć.
Panna Blishwick poczyniła postępy odkąd widziałem ją po raz ostatni i choć tym razem miała stanowić ledwie tło dla prawdziwych śpiewaków oraz śpiewaczek, to wiedziałem, że liczą się detale. To one składają się w całość, te cząstki duszy, które porywają tworząc coś niezwykłego. Poruszenie. Ariane Masseneta w najpiękniejszym z języków czyli francuskim miała przyjemnie łechtać zmysł słuchu zebranych w operze gości, ale wciąż stresowałem się rzeczami, na które nie miałem już wpływu.
Słuchałem właśnie drugiego aktu kiedy miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Wiedziałem, że tylko naprawdę czułe ucho zdołałoby usłyszeć lekkie drżenie głosu przy końcówce partii drugoplanowej wokalistki. Całe szczęście, że reszta nadrabiała za nią, zwłaszcza najprzyjemniejszy tembr syreniej gamy, zdecydowanie najmocniejsza część tego widowiska. Dość innowacyjna zważywszy na tradycjonalizm w tej operze, ale widziałem po twarzach zebranych, że żywili pozytywne uczucia względem nowego wykonania Ariane.
Niestety skapitulowałem przed trzecim aktem; zresztą nadeszła przerwa. Wymieniłem uprzejmości z kilkoma lordami oraz ich partnerkami, po czym udałem się szybkim krokiem za kulisy. Musiałem osobiście dopilnować dopięcia dalszej części spektaklu na ostatni guzik, dlatego rzuciłem jeszcze kilkoma uwagami (zwłaszcza w kierunku panny Blishwick) w stronę mających za chwilę występować person. Z lekkim uśmiechem pobłażania skręciłem w korytarz opuszczając towarzystwo, a zamiast tego wchodząc do niewielkiego gabineciku, gdzie zwykle przyjmowaliśmy zainteresowanych śpiewaniem dla naszej opery. Zwykłym ludziom niezwiązanym z branżą wstęp był wzbroniony, bo jeszcze tego brakowało, by sprowadzać tutaj niepowołanych osobników albo jakichś włóczęgów zasypujących setką bezsensownych pytań. Właściwie to ceniłem spokój panujący w tym pokoju, dlatego odetchnąłem głęboko, z ulgą i starałem zająć się papierami, byleby tylko nie myśleć o nerwicy natręctw czyli przesadnym przejmowaniem się każdą operą.




na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Czarodziejska Opera, Hampshire   19.10.18 0:48

To był zły pomysł. To był zły pomysł. To był zły pomysł. Cecylia powtarzała to zdanie w myślach już tyle razy, że dawno temu straciła uwagę. Nie była do końca pewna kto wpadł na absurdalny pomysł zaproszenia jej do opery, ani dlaczego się na to zgodziła. Możliwe iż znajomi nakłonili ją do tego podczas tamtego wieczoru, gdy była tak zmęczona powrotem z pracy, że postanowili podstępnie zapytać o to, kiedy już wpół śpiąca odpływała w ramiona Morfeusza. W każdym bądź razie, jedno musiała przyznać koleżankom – postarały się. Cecily nigdy nie miała na sobie takiej ilości makijażu i drogich ubrań jak tego wieczoru. Znajome postanowiły pobawić się w ubieranki, traktując dziewczynę jak przerośniętą lalkę o chudawych nogach i znikomym biuście. Zaczęły od ułożenia kruczoczarnych włosów w subtelne fale, zaczesane na bok wedle panującej mody. Jedna z nich pożyczyła nawet od matki krawcowej niezwykle miłą dla oka suknię wieczorową, niewiele za kolano, o delikatnie rozkloszowanym dole i odsłoniętych plecach, wiązaną na szyi. Jakby tego było mało dla biednej Cily, sukienka zwracała uwagę wszystkich pozostałych oglądających spektakl swoim charakterystycznym kolorem – głębokim szkarłatem. Kiedy wreszcie z nią skończyły, pozostała dwójka kolegów nie rozpoznała kobiety gdy spotkali się przed operą. Dopiero otwarcie przez Cecylię ust sprawiło, że czar prysł i usłyszeli znów charakterystyczny głos o silnym akcencie. Cała ta kompozycja wydawała się zupełnie niedorzeczna, a elegancki ubiór czy szykowny makijaż kontrastowały z jej temperamentnym usposobieniem i lekko nieokrzesanym językiem.
W każdym razie występ spędziła, starając się opanować łzy napływające do oczu, byleby tylko nikt z towarzyszących nie zauważył, że dotychczas ostro krytykowana przez nią forma spędzania wolnego czasu wywołała w niej ogromne emocje. Cecil nigdy nie sądziła, że czyjś śpiew, to jaka historia za nim się kryje, może wzruszyć kogoś takiego jak ona. Z góry założyła snobistyczność opery, tych wymuskanych ludzi wydających pieniądze na błahostki i przepełnionych bogactwem pomieszczeń. To nie był jej świat i nic nie zapowiadało na to, że kiedykolwiek zdoła poznać go lepiej. Do takiego życia przywykła zresztą od najmłodszych lat. Z dala od złych wspomnień związanych z charakternymi arystokratami z Hogwartu, o ugruntowanych poglądach dotyczących mugoli, półkrwi i całej „reszty” gorszej od nich samych.
Nikt ze zgromadzonych nie zauważył, nawet gdy występ dobiegł końca i przyszło wszystkim opuścić olśniewającą salę. Tłumy zebrały się pod drzwiami, prócz panny Hagrid, która odczuła silną potrzebę udania się „przypudrować nosek”, a przynajmniej tak to kpiąco przekazała swojej grupce przyjaciół. Tamci, obiecując, że poczekają przy wejściu, udali się wraz z rzeką ludzi, podczas gdy ona ruszyła dzielnie w przeciwną stronę. Poruszania się po wypastowanych podłogach bynajmniej nie ułatwiały niebotycznie wysokie (jak na nią) obcasy. Cecily nie miała w zwyczaju nastawiać się do niczego ani nikogo negatywnie. Wierzyła, że nawet ci skomplikowani ludzie stają się prości w odbiorze po odpowiedniej ilości poświęconej im uwagi. Jednocześnie, co było w tym najdziwniejsze, miała silnie ugruntowane opinie na wiele spraw i ktoś inny musiałby włożyć dużo wysiłku, by przekonać dziewczynę do ich zmiany. Dlatego też, widowisko głęboko ją poruszyło, a jak możecie się domyślać, wzruszona kobieta nieumiejąca chodzić w danych butach stwarza dosyć spore zagrożenie dla siebie i otoczenia. Nawet nie zwróciła większej uwagi na to, że powoli z korytarzy, którymi szła, znika coraz więcej ludzi. W końcu szmery rozmów zupełnie ucichły, a zaaferowana patrzeniem pod nogi Cecily zupełnie nie zdawała sobie sprawy z faktu, iż zgubiła właściwą drogę. Byle do przodu, byle do przodu. Powtarzała kolejną tego dnia mantrę, uważnie stawiając kolejne kroki. Niestety, pobożne życzenia nie zdały się na nic, wobec chronicznych skłonności kobiety do upadania. Tak jak wielokrotnie zaryła w piach, spadając z miotły, tak teraz mało dyskretnie poślizgnęła się na samym środku wąskiego korytarzyka, efektownie wywijąc przy tym rękami na wszystkie strony.
- Na gacie Merlina!– Opanowała krzyk, wydając z siebie jedynie coś na kształt sapnięcia i wreszcie lądując na ziemi. Przez chwilę świat zawirował przed oczami Cecylii, ale też stało się coś jeszcze. Oto usłyszała cichy trzask, a po podłodze potoczył się maleńki guziczek, trzymający tył sukienki w ryzach. Z paniką obserwowała, jak perłowy drobiazg znika w szparze najbliższych drzwi.
- O słodki Godryku... – Hagrid rozglądnęła się bezradnie wokoło, sprawdzając, czy aby na pewno te żenujące wydarzenia nie miały żadnych świadków. Po wstępnym wywiadzie przystąpiła do ratowania swej godności, jednocześnie trzymając dłoń na klatce piersiowej, by sukienka przypadkiem nie osunęła się ani milimetr dalej. Podeszła na czworakach do drzwi i spróbowała dojrzeć coś we wnętrzu pomieszczenia. Lekko już zestresowana zrobiła szybką kalkulację swoich opcji. Znajomi na pewno czekali na jej przybycie, a jeśli miała się jeszcze dostać do domu, to w grę nie wchodziło poruszanie się po ulicach ze stanikiem na wierzchu. Jak wiecie, Hagridowie raczej najpierw podejmują decyzje, niż szczególnie je analizują, więc w umyśle Cecylii zapadł werdykt. Trzeba odzyskać guziczek i przywrócić go do pierwotnego stanu. Czarownica na tyle cicho, na ile pozwalały na to buty, chwyciła za klamkę, dla bezpieczeństwa otwierając drzwi tak by, jak najdłużej obserwować korytarz. Minęło kilka sekund i... Już była w środku, śmiejąc się w duchu z własnych zdolności szpiegowskich. Uśmiech momentalnie jednak zrzedł, gdy odkryła obecność drugiej osoby w małym gabineciku.




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
 

Czarodziejska Opera, Hampshire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Royal Opera House

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18