Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Leon Longbottom
AutorWiadomość
Leon Longbottom [odnośnik]01.04.18 22:21

Leon Longbottom

Data urodzenia: 1.04.1934r.
Nazwisko matki: Macmillan
Miejsce zamieszkania: Northumberland
Czystość krwi: Czysta szlachetna
Status majątkowy: Bogaty
Zawód: auror / rebeliant
Wzrost: 173
Waga: 61
Kolor włosów: ciemnobrązowe
Kolor oczu: szaroniebieskie
Znaki szczególne: leworęczny; szeroka blizna po silnym oparzeniu wzdłuż prawego ramienia


Chyba jestem szczęściarzem. Co prawda spotkało mnie do tej pory trochę nieszczęść, ale chyba nie jestem w dobrej pozycji, żeby narzekać. Chyba nie mam do tego prawa.
Niewiele jest takich rzeczy, do których dziedzic szlacheckiego rodu nie ma prawa, ale to jest właśnie jedna z tych rzeczy. "Rzeczy"... Zawsze szukam zamiennika tego słowa, bo wiadomo, że nie chodzi tu o materialne przedmioty, ale też nie można nazwać tego sprawami... W tym wypadku mógłbym użyć dokładnego określenia... Czynności, działania, stanowiska, stany? Coś z tych kilku, chociaż nie jestem pewien w które z nich najlepiej wkomponowuje się narzekanie. Niewątpliwie - narzekanie jest jakąś czynnością. Z drugiej strony... Przepraszam. Byłbym w stanie siedzieć i rozmyślać nad tymi "rzeczami" i ich poprawnością jeszcze długi, długi czas, aż bym wreszcie posiwiał i zestarzał się jak ojciec. Nie, jasne, oczywiście, że tak nie myślę. Kocham ojca. Naprawdę! Dobrze, w okazywaniu tego jestem dość niezdarny... Rzeczywiście, mógłbym robić to bardziej klarownie, ale... To znaczy, po pierwsze: może tego nie widać, ale naprawdę wiele mu zawdzięczam i bardzo go kocham, a po drugie: nie wiem czy jestem w stanie okazywać to (tę miłość) jakoś bardziej, gdzieś po drodze coś nie wyszło, nie wiem czy ze mną, czy z nami. Bardzo lubię się do niego przytulić. Wtedy nie musimy o niczym rozmawiać, a wszystko co czujemy jest oślepiająco jasne. Od kiedy mama...



Urodziłem się jako żart. O - to objaw mojego humoru - był pierwszy dzień kwietnia jak się urodziłem, dlatego żart. Dwadzieścia dwa lata temu już. Wrzeszczałem w niebogłosy, jak każdy nowonarodzony zmuszony do wzięcia swojego pierwszego w życiu przerażająco bolesnego oddechu. Wrzeszczałem jak każdy, a nie byłem "jak każdy" wcale, bo był ze mnie bobas iście szlachecki. Kochająca, wyznająca najwyższe wartości i ideały, rycerska wręcz rodzina Longbottomów doczekała się nowego dziedzica tych wszystkich... no, tego wszystkiego (wartości, ideałów, rycerstwa, cnót i w ogóle). Tak, ja, pierwszy syn pierwszego syna (niestety nie dziecka) pierwszego syna i tak dalej, i tak dalej. Schemat znany wszystkim rodom arystokratycznym, czasem oczywiście coś się w nim zmieniało, ale zasady są dość sztywne i surowe. U nas było trochę odstępstw od normy, naprawdę bardzo niewiele i bardzo nieznacznych, ale trochę było. Tacy jesteśmy szaleni. Sam pomysł z nadaniem mi imienia po matce był dość kontrowersyjny, ale jak widać się sprzedał. Leon - po matce Leonie - Richard - po dziadku Richardzie - Longbottom - po przodku Galahadzie. Już urodzony, już umyty, już spokojnie śpiący, jeszcze nieświadomy swojego przeznaczenia. Ten mój sposób wypowiadania się... Jakbym był jakimś cynicznym smutasem. Wcale tak nie jest! W towarzystwie jestem bardzo energiczny i wesoły! Tak po prostu odreagowuję wieczną radość. Nie chcę, żeby ktoś sobie pomyślał, że jestem... Nieważne. Chyba się trochę czerwienię?



Wydaję się ponury, prawda? Ostatnio dosyć często mi się to zdarza, a ja tego nie chcę. Nigdy tak nie było, to chyba przez tę całą "dorosłość". Chciałbym nadal być dzieckiem i móc robić dziecinne rzeczy... Miałem takie spokojne, szczęśliwe dzieciństwo. Byłem posłusznym dzieciakiem, zawsze starałem się spełniać oczekiwania rodziców, nie robić im wstydu, nie dawać powodu do zawodu. Haha, powodu do zawodu. Mógłbym pisać wiersze albo piosenki, prawda? W każdym razie - no nie byłem jakimś skrzatem domowym, potrafiłem się dobrze bawić i łamać zasady. Musiałem się tylko nauczyć robić to gdzieś, gdzie mnie nie widać, za plecami rodziców, po cichu. To było nawet ekscytujące i podobało mi się bardziej niż robienie wielkich burd i wywoływanie bezsensownych kłótni z rodzicami - co w przypadku reszty rodzeństwa zdarzało się dość często. Przykładny byłem, wzorowy. Tego ode mnie wymagano, a ja z tym nie walczyłem, tylko nauczyłem się z tego dobrze korzystać. Tak... Nie pamiętam raczej żadnych niemiłych wspomnień z dzieciństwa. Prawda, miałem parę głupich wybryków, ale kto nie miał. Jak miałem trzy lata, jednego dnia nagle zniknąłem rodzicom z oczu i wyszedłem na drugą stronę barierek na naszym balkonie. Byłem ciekawski. Dobrze, że to szybko zauważyli, bo mógłby być klops, haha! Potem dopiero gdzieś jakieś drobne zniszczenia wartościowych przedmiotów, wszystko przypadkiem. Mówiłem, że byłem grzecznym dzieciakiem! Uwielbiałem zawsze grać na fortepianie. Moi rodzice też to lubili. Nauka mnie nie irytowała, czułem jakieś takie przyciąganie. Chyba bardzo mnie cieszyło, że mam na coś wpływ, że to ode mnie zależy jaki dźwięk się rozniesie... Miła odskocznia od szlacheckich obowiązków. Oprócz tego zawsze grałem z dziadkiem w szachy czarodziejów, jak przychodził do nas. Albo my do niego. Nie wiem czy bardziej cieszyłem się z gry, czy ze spędzania z nim czasu. Czytałem też dużo, uczyłem się francuskiego, nie wiem... Robiłem mnóstwo rzeczy. Oczywiście też bawiłem się na podwórku, chyba każdy się bawił. Nie byłem zmuszany do tego wszystkiego, bo sam chciałem to robić - uczyć się i czytać, znaczy się. Dlatego nie pamiętam żebym kiedykolwiek czuł do rodziców żal, że muszę już skończyć zabawę i wrócić do domu na obiad, a potem naukę. Dopiero teraz może trochę żałuję. Ale teraz to już nie ma kompletnie żadnego znaczenia. O, co robiłem takiego niecnego za plecami rodziców? Naprawdę głupoty, jadałem słodycze przed obiadem na przykład. Ale też poznawałem ludzką anatomię, podglądając rozbierającą się służącą, uczyłem się słów, których nie można wymawiać, podsłuchując kucharki... Różne takie. Jak to ciekawskie dzieciaki...



Gryffindor i do przodu! Chociaż Tiara chwilkę myślała. Pewnie czy czasem nie przydzielić mnie jednak do Ravenclawu. Myślę, że tam bym też dał radę. Przynajmniej więcej bym dzisiaj umiał. No co? Taka prawda! Gryfoni trochę mnie rozpuścili. Ale to dobrze, dzięki temu nie wyrosłem na jakiegoś profesorskiego nudziarza. Miałem świetną ekipę na roku, szkołę naprawdę świetnie wspominam. To trochę jakbym nagle był jakoś dziwnie wolny. A przecież w domu nie byłem uwięziony. Tak się chociaż starałem myśleć, żeby się nie zamartwiać. Wszystkie te obowiązki, trzymanie fasonu, etykieta szlachecka, historia magii i w ogóle, no to chyba zrozumiałe, że mogłem czuć się trochę zblokowany, prawda? Savoir-vivre i chapeau bas. Do widzenia. A ja chciałem się mimo wszystko trochę rozerwać, no jaki jedenastolatek nie chce się rozerwać? Chyba tylko te ponure ślizgońskie bachory, co im ciągle coś śmierdzi pod nosem. W sumie nie wiem czy jak o nich myślę, to wyobrażam sobie bardziej ich zadufane, zadarte nochale, z których wystają śpiki, czy... Ee, dobra, chyba się zagalopowałem. Lubię wszystkich raczej, nawet niektóre śpiki mogą być fajne, jak tylko chcą. W sensie, Ślizgoni. No właśnie, tak na moją etykę szlachecką wpłynęło 7 lat gryfońskiego wychowania. Ale stałem się bardziej przystępny, mniej gadałem o mało istotnych rzeczach, jak polityka, dziedziczenie, muzyka klasyczna i z której strony powinno wieszać się papier toaletowy. Zaczęły się przyjaźnie, romanse, rozpusta i haha, nie oczywiście, że nie, przepraszam. Rozkręciłem się od początku, prawda? Zacząć zawsze jest trudno. Mówiłem, że nie jestem cynicznym smutasem.



W Hogwarcie obudził się we mnie lider. Miałem swoją paczkę, swoje stado, jak lubiłem to nazywać (tak, tak, Leon - lew, Gryffindor - lew, stado, genialne, wiem). Zaczęło się niewinnie, kiedy stanąłem w obronie jednej cichej mugolaczki na zajęciach z latania na miotle. Nic wielkiego, po prostu nie podobało mi się, że ktoś o mniejszych umiejętnościach znęca się z zawiści nad bardziej uzdolnionym, tylko ze względu na status krwi. Status krwi nie uratuje ci tyłka, jak wpadniesz do jaskini trolla... Paru osobom spodobał się fakt, że potrafiłem się tak wypowiadać, że nie bałem się jakiegoś poniżenia. Nie wiem, tak właściwie to nie mam pojęcia, co skłoniło tych paru wariatów do kumplowania się ze mną. W każdym razie od tego momentu, a było to w połowie pierwszego semestru, zacząłem zyskiwać szacunek wśród rówieśników i starszych uczniów. To były piękne czasy, których nie chcę przytaczać teraz dokładniej, bo mógłbym nigdy nie skończyć. Skupię się więc tylko na najistotniejszych kwestiach. Byłem bardzo aktywny, po zajęciach uczęszczałem na wiele dodatkowych "kół naukowych", cóż nie lubiłem się nudzić. Klub Pojedynków był chyba moim ulubionym. Uwielbiałem zajęcia z Zaklęć i uroków oraz Obrony Przed Czarną Magią, więc cieszyłem się z możliwości ćwiczenia się w tych dziedzinach. Byłem całkiem dobry, może jednym z lepszych na roku. Nieważne, nie po to o tym mówię, żeby się przechwalać. Chciałem tylko zaznaczyć punkt, w którym obudziło się moje powołanie zawodowe. Do innych przedmiotów nie miałem tyle zapału, co prawda nadal rzetelnie się do nich przygotowywałem, ale pojedynki to był mój "konik". Chyba w trakcie swojego trzeciego roku zapragnąłem zostać aurorem. "Iść w ślady ojca", jakby powiedziała rodzina i znajomi taty. Może niekoniecznie to mnie przekonało do tego zawodu, ale nie mogę zanegować, że "poszedłem w jego ślady". I tak sobie funkcjonowałem. Zbierałem punkty dla Gryffindoru, traciłem punkty dla Gryffindoru - czasem ktoś przyłapał nas na robieniu czegoś "niecnego", jak na przykład szlajanie się nocami po zamku, w jakim celu - nie zdradzę. Przygotowywałem się do wymarzonego zawodu...
No i umarła mi matka. Leona Longbottom, odeszła w trakcie mojego ostatniego roku nauki w Hogwarcie. To zabrzmiało dość brutalnie, jakbym nie miał w stosunku do niej... Przepraszam.



Powinienem mówić o mamie gdzieś przy narodzinach i dzieciństwie, ale teraz chyba jest najlepszy moment. Teraz już umiem o niej rozmawiać, taką mam przynajmniej nadzieję. Była wszystkim. Gorącym sercem, ramionami, w których można było się skryć, łonem, na którym można było spocząć, ciepłym, czułym słowem, śledzącymi moje postępy łagodnymi oczami, które zawstydziłyby wszystkie na świecie szmaragdy i przepięknym uśmiechem, który przywoływał poczucie bezpieczeństwa. Dobrą radą, wsparciem, oazą spokoju, wcieleniem cierpliwości i zrozumienia. Pamiętam, że zawsze była blisko. Czytała mi bajki na dobranoc, pomagała w nauce francuskiego i szlacheckiej etykiety, bawiła się ze mną, kiedy nikt inny nie chciał... Słuchała moich problemów, odpowiadała na pytania... Żartowała sobie ze mną, miała piękny śmiech... Miałem wrażenie, że nie ma takiej rzeczy - ech, znowu te "rzeczy" - na jakiej się nie znała. Kochałem ją bezgranicznie. Wydaje mi się, że byłaby w stanie przekonać mnie do wszystkiego, nie znalazłaby się kwestia, w której w końcu bym jej nie ustąpił, mimo różnych poglądów, ze względu na miłość. Chociaż ojca kocham wcale nie mniej, w gorącej dyskusji (nigdy się przecież z rodzicami nie kłóciłem za dzieciaka, dopiero po zostaniu aurorem zdarzyło się nam parę razy... skruszyć kopie o jakieś zawodowe błahostki) nie dałbym mu się tak łatwo pokonać, na pewno nie bez jakichś silnych rzeczowych argumentów przemawiającymi za jego stanowiskiem... To wszystko zabrała mi jakaś wstrętna serpentyna... Mógłbym wymieniać różne wspomnienia związane z mamą, ale chyba wcześniejszy opis tego co czuję i widzę, gdy o niej myślę, wystarcza. To nic dziwnego, że po jej śmierci kompletnie się zmieniłem. Zerwanie tak silnych więzi musiało poskutkować w taki sposób, musiało się na mnie mocno odbić. Przez pół roku byłem prawie wyłączony z życia towarzyskiego. Przelewałem, a raczej zatupywałem cały swój smutek nauką. Wkuwałem dniami i nocami, pojedynki nie były już dla mnie frajdą i zabawą, tylko ciężkim treningiem. Niektórzy przestali się ze mną zadawać. Twierdzili, że stałem się właśnie takim "cynicznym smutasem". Zupełnie nie do życia. I może faktycznie tak było, ale nie żałuję. Tylko na tych, którzy przy mnie wtedy zostali, powinno mi zależeć. Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie (ło, ale rym!). Kończyłem siódmą klasę dumny, jeszcze niezupełnie otrząśnięty po utracie matki, ale skupiony na celu. Miałem na tyle wysokie oceny, że na kurs aurorski dostałem się bez problemu. A potem już tylko z górki...



Bycie aurorem mam we krwi. Nie żeby to była jakaś nasza rodowa tradycja, po prostu Longbottomowie wychowywani są w wartościach, które pokrywają się z wartościami reprezentowanymi przez ten zawód. Zresztą - w trakcie kursu przygotowawczego do zawodu bardzo często porównywano mnie do ojca. Ojca, właśnie... Niewiele o nim mówiłem, praktycznie nic. Może nie zaczynałem o nim opowiadać ze strachu, że okropnie spłycę ten temat, albo że nie podołam temu zadaniu, albo że za długo by to trwało, albo... - nieważne. Zawsze był i na pewno będzie stanowił znaczną część mojego życia. Do teraz miał na nie ogromny wpływ. Chyba wszystkie moje wybory, moje decyzje, każde działanie i czynność, które wykonywałem w trakcie mojego dotychczasowego istnienia, wykonywałem wobec taty. Dopiero niedawno udało mi się z nim o tym trochę porozmawiać, gdy byłem mały to było prawie że nie możliwe. Nie byłem tego do końca świadomy. Zawsze starałem się nie być problemem dla rodziców - to jedno, ale to, że nieustannie próbowałem zaimponować Donovanowi Longbottomowi - to drugie. Chciałem być chwalony przez niego, gdy robiła to matka, wiedziałem, że to po prostu z miłości. Gdyby zrobił to ojciec, byłoby to z dumy, szacunku... Czułbym, że robię coś dobrze. Był dla mnie wzorem do naśladowania, ale też kimś kim niekoniecznie chciałbym być. Zawsze starałem się zbierać wszystkie jego pozytywne cechy i zbudować sobie z nich zbroję. Z czasem, kiedy zaczęło do mnie dochodzić, że jestem tak bardzo do niego podobny, że nie tylko jego zalety, ale także wady przeszły na mnie, tak zwyczajnie, zupełnie jak kolor włosów czy układ szczęki - wtedy zacząłem się do niego dystansować. Nie chciałem być taki jak on. Nie chciałem popełniać jego błędów, mieć tych samych mechanizmów. I wszystko to i tak mi się działo. Może nie stałem się dokładnie takim samym człowiekiem, ale wszystko we mnie przypominało mi ojca. Co najgorsze, nie tylko mnie - rodzina, profesorowie, znajomi taty zawsze mówili, że bardzo go przypominam. Jedna z cech, których najbardziej w sobie nie lubię to ta przeklęta cierpliwość. To duszenie w sobie emocji, wieczne "daj sobie spokój", które męczone dostatecznie długo przeradza się w przerażający lwi ryk. Ogromny wybuch. Erupcja wulkanu. A potem trudno jest przeprosić, a wyrzuty sumienia nie dają spokoju. W końcu zrozumiałem, że nic na to nie poradzę i tak po prostu jest. Zacząłem ponownie zbliżać się do taty. To wtedy zmarła mama. Widziałem jego cierpienie, jego problemy i jak je w sobie tłamsi. Widziałem wszystko, wszystko rozumiałem, bo miałem identycznie. Jesteśmy tacy sami, czujemy tak samo i dlatego nie potrafimy sobie pomóc. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, najczęściej gadamy o głupotach albo o pracy. I widzę, jak bardzo za sobą tęsknimy, jak siebie potrzebujemy. To wszystko wisi w powietrzu, a te uczucia naprawdę trudno jest przekazać. Dlatego tak bardzo lubię się do niego przytulić. Wtedy nic nie trzeba mówić i wszystko jest zrozumiałe.



I oto jestem. Leon Richard Longbottom, syn Leony i Donovana Longbottomów, świeżo upieczony auror o wielkich ambicjach i zdaje się bezkresem życia przed sobą. Tak... Złudne to, bardzo dobrze to wiem. Ile mam czasu zależy albo od tego jak dobrze potrafię udawać (czego bardzo nie lubię), albo od tego jak sprawnie potrafię popierać swoje idee umiejętnością rzucania zaklęć. Nastały czasy, w których siedzenie cicho powoli zaczyna zakrawać o czyn niemoralny. Wydaje się, że po prostu trzeba objąć jakieś stanowisko... Że brak stanowiska równa się zgodzie na rozprzestrzenianie się zła. Nastroje są ogniste i nic nie wskazuje na to, by coś dało radę szybko ugasić ten pożar. Można więc patrzeć, jak dwa płomienie wzajemnie się pożerają i liczyć czy to na zysk, czy zwyczajne przetrwanie - lub wziąć udział w tej pożodze po jedynej właściwej stronie. Wiem, że Brendana (mojego kuzyna) i mojego ojca nie łączą jedynie więzy krwi i miejsce pracy. Czuję, że wkrótce dowiem się od któregoś z nich o co tak naprawdę chodzi. Jeżeli sami mi tego nie powiedzą (wątpię, by zrobił to tata, to pewnie nic bezpiecznego, a on mimo wszystko chce, bym był bezpieczny), to sam nie wytrzymam i jakoś się dowiem. Bo jestem pewien, że przyszedł już i na mnie czas. Że zabawa się skończyła, płachta szczęśliwego wyobrażenia o świecie zsunęła się w tę samą otchłań, w której kończą wszystkie inne kłamstwa z dzieciństwa (które albo sami sobie wmawiamy, albo robią to nam inni ludzie) i trzeba się z tym prawdziwym życiem bez upiększaczy zmierzyć...



Styczeń, 1958 rok.

Dobry wieczór. Mam nadzieję, że to już ostatnie nasze spotkanie w najbliższym czasie, bo... wracam do siebie i nie chcę też pani narażać na niepotrzebne niebezpieczeństwo, rozumie pani? Wiele wody upłynęło. Mam na myśli, od kiedy pierwszy raz zmuszono mnie do rozmowy z panią. Zmieniłem się. Świat się zmienił. I jestem potrzebny jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Czuję się... Czuję, że byłem zbyt słaby. Nie, oczywiście, wiem że to nie była moja wina, nie o to chodzi. Powinienem być przygotowany. Pamiętam, jak opowiadałem pani o nauce w Hogwarcie, o szkoleniu aurorskim - kokietowałem wtedy, nie przechwalałem się wprawdzie, ale w głębi ducha czułem, że jestem wyjątkowy. I to wszystko co o sobie mówiłem wydawało się takie oczywiste i nudne - "jestem geniuszem, takie jest moje przeznaczenie, czy możemy już skończyć tę rozmowę"? Tak naprawdę nie wiedziałem nic. Wtedy nie byłem gotowy, nie byłem świadomy. Teraz jestem.



Mogę już o tym rozmawiać... Na naszym ostatnim spotkaniu przed tą... katastrofą... mówiłem pani, że chcę się dowiedzieć o co "tak naprawdę" chodzi. No więc, nadal nie jestem tego pewny. Pamiętam nawet, że spotkałem się ze swoim kuzynem w swoim domu, w celu, no, dowiedzenia się prawdy, ale zanim zdołaliśmy w ogóle przejść do rzeczy, mój ojciec wszedł do salonu i wezwał go do siebie. Chwilę później wyruszyli gdzieś w pośpiechu. Potem nie było czasu. Ja sam zatopiłem się w pracy, drobnych jeszcze wtedy zleceniach. Może gdyby ojciec nam wtedy nie przeszkodził... Może byłbym silniejszy w chwili zamachu i nie doszłoby do tego. Może, ale to już nieistotne. Minęły już prawie dwa lata i wczoraj skończyłem rehabilitację. Starsi koledzy twierdzą, że jestem gotowy, by wrócić do czynnej służby. Tata nie jest jeszcze przekonany, ale nie do niego należy ta decyzja. I, z całym szacunkiem, pani także nie będzie w stanie mnie od tego odwieść. Ci ludzie zapłacą za to, co zrobili mojej rodzinie, przyjaciołom... Zapłacą za cierpienie tych wszystkich niewinnych osób. A mój wuj wróci do Ministerstwa.
Obiecuję to pani.


Patronus: Niedługo po śmierci mamy, kiedy było nam wszystkim ciężko... Ja nie potrafiłem przestać płakać, myślałem, że nie stanę już nigdy na nogi... Powiedział mi wtedy, żebym nie płakał... Że jestem jego jedynym sensem życia. Usłyszeć coś takiego od taty... Tego się nigdy, nigdy nie zapomina. Właśnie wspomnienie tej chwili pozwala mi wypuścić z różdżki, niczym z klatki, mojego patronusa - z pozoru nieszkodliwą i sympatyczną, w rzeczywistości zaś potrafiącą o siebie zadbać, bardzo wytrzymałą i sprytną wydrę...

Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 202 (rożdżka)
Uroki:153 (rożdżka)
Czarna magia:00
Uzdrawianie:00
Transmutacja:00
Alchemia:00
Sprawność:3Brak
Zwinność:7Brak
Reszta: 0
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
angielskiII0
francuskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiII10
KłamstwoI2
PerswazjaII10
Starożytne RunyI2
SpostrzegawczośćII10
SkradanieI2
ZielarstwoI2
Zręczne ręceI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Odporność magicznaI5
SzczęścieI5
Savoir-vivreII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon Feniksa02
RozpoznawalnośćII-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
Muzyka (gra na pianinie)II7
Muzyka (wiedza)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
PływanieI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 10


Ostatnio zmieniony przez Leon Longbottom dnia 20.09.21 21:49, w całości zmieniany 18 razy
Leon Longbottom
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Don't be sorry, if you know that I'm lonely
I don't feel like you know me well enough to understand
OPCM : 20
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5898-leon-longbottom https://www.morsmordre.net/t5997-merkury https://www.morsmordre.net/t10635-leos https://www.morsmordre.net/f411-northumberland-blyth-dwor-longbottomow https://www.morsmordre.net/t6000-skrytka-bankowa-nr-1477 https://www.morsmordre.net/t5999-leon-longbottom
Re: Leon Longbottom [odnośnik]08.05.18 12:13

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

W świecie pełnym zła i nieprawości potrzebni są ludzie, którzy bez zawahania staną na straży prawa i porządku, do utraty tchu będą strzec słabszych i światła. Tymi ludźmi, w czarodziejskim świecie, od wieków byli Longbottomowie, a Leon ma szansę, by stać się kolejną ich dumą. Serce młodzieńca znajduje się po odpowiedniej stronie, a on pielęgnuje w nim wartości wpajane przez rodzinę: honor, prawość i dobroć. Leon, który nie jest doskonały (nikt nie jest), to prawdziwy Gryfon i dzielny lew, choć bardzo młody - ma więc wciąż prawo do błędów, zwłaszcza, gdy poniósł tak trudną stratę. Ukochanej matki już z nim nie ma, lecz u jego boku wciąż trwa ojciec, który swym doświadczeniem i mądrością wskaże mu drogę.

OSIĄGNIĘCIA
Młody lew
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Oburęczność
Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leon Longbottom  Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Leon Longbottom [odnośnik]08.05.18 12:13


KOMPONENTY

[6.02.22] - styczeń/marzec

BIEGŁOŚCI[10.04.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec); +1 PB

HISTORIA ROZWOJU[01.05.18] Karta postaci, -435 PD
[04.08.18] Klub pojedynków (lipiec), +20 PD
[04.02.22] Osiągnięcia (Syn marnotrawny); +5 PD
[20.03.22] Spokojnie jak na wojnie: +100 PD; +2 PB organizacji
[10.04.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec); +60 PD, +1 PB
[03.05.22] Zdobycie osiągnięcia: Ostatnia landrynka +30 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leon Longbottom  Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Leon Longbottom
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach