Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 [sen] Zła wróżba

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Cassandra Vablatsky
avatar

Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
methinks i see... where? - in my
mind's eyes
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: [sen] Zła wróżba   05.04.18 2:28

Otrzepała z popiołów nadpalony węgielek do szklanej popielniczki, nim - lekko ostudzonym - przeciągnęła nim po powiekach, barwiąc je czernią. W kącikach jej oczu nie zalęgło się wiele zmarszczek, nigdy nie śmiała się dużo, ale te przy ustach, podobnie jak sine cienie pod oczami, zdradzały dojrzały wiek. Dojrzały, nie starczy, spływające wciąż gęsto wzdłuż ramienia włosy nie zostały pozbawione kruczowroniej barwy. Wiśniowa pomadka przyciemniła pełne usta, skóra wciąż lśniła od maści, roztaczając zapach mieszanki rzadko spotykanych ziół. Zawsze była zdania, że natura była piękna, ale od czasu do czasu wymagała podpowiedzi lub chociażby wskazówki - chętne ich jej udzielała. Zresztą, nie tylko jej.
Nie przypominała sobie daty, nie potrafiła zrozumieć nawet, jaka była w tym momencie pora dnia, przestrzeń wydawała się dziwnie obca, odległa, a jednocześnie znajomo przyszła, otulona niewidocznym czarnym całunem śmierci. Choć nie mogła otworzyć oczu ani poruszyć dłonią, choć nie była w tym momencie przytomna, a wyśnione ciało wydawało się jedynie marą ponurej wizji, Cassandra podświadomie rozumiała, co się działo - znała zapach tego miejsca, umiejscowionego poza czasem i przestrzenią, we wciąż niedokonanej przyszłości. Toaletka wyglądała inaczej niż jej, miejsce było inne i dopiero po chwili, ze zdumieniem, odkryła, że nie była tutaj sama. W lustrze odbiła się twarz kilkunastoletniego chłopca, chłopca o oczach tyle smutnych, co srogich; rysy jego twarzy nosiły znamiona kogoś dobrze znanego - choć początkowo trudno było jej go jednoznacznie zidentyfikować. Ciemne włosy kontrastowały z bladą cerą, a zieleń oczu przyglądała się  jej bliźniaczą do jej tęczówek barwą. Odwróciła się w jego stronę powoli, choć była niemal pewna, że czyni to gwałtownym, pełnym zaskoczenia gestem.
- Ignotus - Znajome imię lekko wydobyło się z jej ust, słyszała je już wcześniej, lecz zawieszona w teraźniejszości, porwana przez wir czasu, nie rozumiała ani nie potrafiła umiejscowić w czasie ani chłopca, ani jego imiennika. Nieśpiesznie wstała z krzesła, przysiadając obok niego, na miękkim łóżku, unosząc dłoń, z matczyną czułością, ku jego skroni; miał tam paskudną ranę, którą, wiedziała to, wbił sobie podczas upadku. Istotnego upadku. Dlaczego? Nie wiedziała, żywiła jedynie silne, intuicyjne przekonane, że to było w jakiś sposób ważne. Chłopiec był nieswój, dziwny, wyczuwała, że coś się stało: zawsze to czuła, choć wciąż nie potrafiła zidentyfikować tej więzi skrupulatniej. Wyłapała jego spojrzenie, pytająco, ale w pierwszej chwili chłopiec jedynie uciekł głową w bok.
- Widziałem Lysę - Usłyszała, usłyszała i poczuła w gardle dziwny ścisk, choć przecież widok córki nie powinien budzić przerażenia; krew zawrzała, ciało odrętwiało, usta rozchyliły się bezwiednie, nie wydając przy tym dźwięku. - Przy Tamizie - słyszała dalej - szła brzegiem. - Nie usłyszała ani ciężkiego kroku zbliżającego się mężczyzny, ani skrzypienia drzwi pod naporem jego ręki. Dłoń Cassandry zsunęła się wzdłuż skroni chłopca, ku ramieniu, na którym zacisnęła się nieco zbyt mocno w niemym przerażeniu. Jej wzrok wciąż był pytający, więc nie przestał mówić. - Ktoś jej towarzyszył. Był wysoki, jasnowłosy. Po lewej stronie twarzy miał dwa pieprzyki. Wyglądał jak lis, ale nie wiem, dlaczego, nie był do lisa podobny. - Chłopiec urwał, urwał, bo się bał, a Cassandra wiedziała, że miał się czego bać, ale poza dziwnym przeczuciem -  nieprzerwanie nic nie rozumiała. Widziała jedynie strach dziecka, które bardzo nie chce, żeby ktokolwiek poznał, że się boi. Potrafiła to wychwycić, zbyt dobrze go znała - nawet, jeśli nic o nim nie wiedziała.
- To nic - szepnęła, lekko drżącym głosem, rozluźniając bezwiedny uścisk - tym samym głosem kogoś, kto usiłuje ukryć lęk. - Wiem, z kim jest. - Nie wiedziała. - Trzeba nakarmić Umhrę - Ale musiała zacząć działać, a  do tego musiała zostać sama. - Pójdziesz do niego? - Kiedy kiwnął głową, uśmiechnęła się do niego ciepło, choć czuła, że jej twarz wyraźnie zbladła. Dopiero odprowadzając go spojrzeniem ku drzwiom, kiedy wychodził, ujrzała stojącego w nich mężczyznę. To jego rysy nosił chłopiec, oczywiście, że tak.
- Długo tu jesteś? - Jak wiele słyszałeś? Pytała bezgłośnie, z lękiem, chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz zachrypnięty głos zdławił się w gardle.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl dorgi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 25
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: [sen] Zła wróżba   08.04.18 0:27

Specyficzna mieszanka zapachu kamienia przesiąkniętego słoną wilgocią, krwi i środków odkażających otuliła go całunem, z którego nie próbował się nawet wyzwolić. Opadała na niego powoli, jak poranna mżawka, przyklejała się do wilgotnej skóry i wsiąkała w rozszerzone pory, stając się z wolna jego własnym zapachem. Nabytym. Przenikał go na wskroś, przesiąkł nim do reszty za sprawką czasu, który niespodziewanie zaczął upływać szybciej niż powinien.
Rozchyliwszy powieki po dłuższej chwili ujrzał dłonie o chudych, długich palcach; dłonie, których linie życia były o wiele głębsze niż dawniej. Wyglądały tak, jakby ilość zmarszczek wzrosła z biegiem lat, lecz tak naprawdę jedynie nabrały wyrazistości — znacznie łatwiej było odczytać z nich przyszłość, a także przeszłość. Męskie dłonie często nosiły na sobie znamiona minionych dni, jego również. We wgłębieniach przez chwilę zalegała woda, która ciężkimi kroplami szukała ujścia i skapywała do metalowego wiadra. Nim ponownie jej nabrał, by opłukać twarz, w ciemnej jak wywar śmierci cieczy ujrzał też swe zniekształcone odbicie. Długie, wciąż dość ciemne włosy opadały mu na czoło; mokre kosmyki lepiły się do wilgotnej skóry, suche zaś wykręcały się na boki, falując niesfornie. Zaczesał je za uszy, palcami przeciągnął do tyłu, kiedy się wyprostował; twarz wysuszył ścierką, która leżała na stole, tuż obok kilku pustych talerzy. O jeden za mało. Dostrzegł to od razu, zupełnie jak ktoś, kogo przestrzeń zaburza pewien brak harmonii, brak równowagi w ilości i miejscu codziennie użytkowanych przedmiotów; ktoś, kto od razu dostrzegłby cudzą obecność wokół siebie — inaczej niż zwykle dosunięte krzesło, wysunięte z regału nieczytane przez nikogo księgi czy fiolki z miksturami postawione tam, gdzie nikt ich nie używał. Ten widok go zastanowił, choć nie przeraził; nie był pewien z czego wynikał, co ze sobą wiązał. Był jednak przekonany, że widok ten był na swój sposób niecodzienny i powinien wzbudzić jego niepokój, a ten ciągnął się od miejsca, w którym stał, aż po schody z ciemnego drewna, które wyglądały na solidne. Wytyczał ścieżkę cienkim sznurkiem, za którym w końcu podążył, odwijając rękawy ciemnej szaty. Ufał intuicji, pozwalał jej się prowadzić w górę, piąć po stopniach wysoko, doświadczając przy tym harmonijnej kompozycji dźwięków: od niecodziennej ciszy, którą stopniowo zaburzał dźwięk pomruków trolla, później głosów — wysokich, niepasujących do dorosłych, pełnych przedziwnej werwy. Zaintrygowany miał ochotę podążyć ich śladem i otworzyć pierwsze drzwi, zza których, jak sądził, dobiegały, lecz u ich progu poczuł spokój. To nie te drzwi chciał otworzyć, pozwolił więc, by spokój pozostał na swoim miejscu i ruszył dalej. Znajomy zapach ziół uderzył w niego, jak poranna bryza nad brzegiem morza, gdy zbliżył się do kolejnych drzwi. Pchnął je lekko, cicho stanął w progu.
Odwrócona plecami nie spostrzegła jego przybycia, podobnie jak chłopiec, który jej się zwierzał. Słuchał tej rozmowy uważnie; to ona wzbudzała w nim to dziwne przeczucie. To, co się zdarzyło, co następowało na jego oczach. Nie zdradzał się ze swoją obecnością, póki nie została zauważona. Kiedy natrafił na jej zielone spojrzenie, przepełnione lękiem, którego zasadności nie podważał, ściągnął brwi ku sobie nieznacznie; oczy zwęziły się w podejrzliwości, która byłaby niedostrzegalna dla kogoś obcego. Ale nie dla niej. I to nie przed nią musiał to ukryć.
— Weź ze sobą Nikolaya — odezwał się cichym, lecz stanowczym głosem do chłopca, przytrzymując mu drzwi, aby mógł przejść pod jego ramieniem; wtedy też wzniósł ku niemu mądre szmaragdowe oczy, odzwierciedlające te same obawy, co jej. Ale było w nich coś jeszcze. Determinacja i powoli budząca się siła, która wyostrzyła dziecięce rysy. A później odprowadził go w korytarzu wzrokiem — wzrokiem kogoś, kogo los był nierozwieralnie związany z tym innym człowiekiem. Dopiero, gdy mała postać skryła się w ciemności i zniknęła mu z oczu, obrócił twarz ku niej. Wydała mu się inna, choć niezmieniona wcale; jej widok był mu potrzebny, choć nie wiedział dlaczego; jak gdyby musiał się upewnić, że widziany obraz jest prawdziwy. Nie potrafił tego sobie udowodnić, ale czuł jej zapach i wiedział, że to prawda. Nie dostrzegł pod jej oczami cieni, ani zmarszczek wokół jej ust, choć przyglądał jej się tak często i tak wnikliwie, że potrafiłby w pamięci odtworzyć jej obraz nawet wtedy, gdyby utracił wzrok. Histeria nie współgrała z jej imieniem, lecz wzrok pełen obawy i niepokoju wiązał z losem, którego nie należało ignorować. Nie martwiła się na darmo, nigdy bez potrzeby. Jej lęki były uzasadnione, choć trudno ją było czymkolwiek przerazić. — Chwilę — odparł zgodnie z prawdą, zbliżając się do niej, równie cichymi, co wcześniej krokami. — O kim mówił?— Ignotus, słyszał przejęcie w jego dziecięcym tonie, strach, którego nie powinien nosić w sercu. Nigdy. — Lis to złe towarzystwo — wiedziała dobrze, że nigdy nie były przyjaciółmi ani wilków, ani wron.— I zła wróżba — o ile nią była, a nie tylko zwykłą, dziecięcą fantazją.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
 

[sen] Zła wróżba

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18