Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Padraig Fitzgerald

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Padraig Fitzgerald
Padraig Fitzgerald

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://morsmordre.forumpolish.com/t599-padraig-fitzgerald http://morsmordre.forumpolish.com/t698-c-mon-baby-light-my-fire http://morsmordre.forumpolish.com/f106-doki-queenhithe-street-12-3 http://morsmordre.forumpolish.com/t1029-pat-i-kot
Zawód : kelner, wolny strzelec
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Kobieto! Puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci Twojej zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...
Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto!
I honorów świecąca bańka, wewnątrz pusta!
OPCM : 6
UROKI : 10
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 8
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Padraig Fitzgerald Tumblr_nkv4m0aGvw1tqe1o5o4_500

Padraig Fitzgerald Empty
PisanieTemat: Padraig Fitzgerald   Padraig Fitzgerald I_icon_minitime16.07.15 22:37


Padraig Fitzgerald

Data urodzenia: 17.03.1930
Nazwisko matki: nieznane
Miejsce zamieszkania: Londyn, Doki
Czystość krwi: półkrwi
Zawód: kelner do zadań specjalnych w „Wenus”, wolny strzelec, człowiek od wszystkiego Tristana Rosiera
Wzrost: 1,8 m
Waga: 73 kg
Kolor włosów: anielski blond
Kolor oczu: niebieskie
Znaki szczególne: niewielkie znamię na lewej łopatce, szelmowski uśmieszek, mankiety koszul ubrudzone węglem




Dawno, dawno temu w odległej krainie żyła sobie piękna, lecz uboga wieśniaczka. W tym samym kraju, w zamku górującym nad okolicznymi miasteczkami mieszkał przystojny, bogaty królewicz. Młodzi spotkali się kiedyś, przez zupełny przypadek (zrządzenie Losu?) i zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Królewicz nobilitował swą wybrankę i mimo sprzeciwu rodziców stanął z nią na ślubnym kobiercu. Dziewczyna wkrótce powiła mu syna i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Takie zakończenia można niestety włożyć między bajki. Życie jest brutalne i lubi nagłe, nieprzewidziane zwroty akcji. Los pisze historię po swojemu, nie kieruje się ani sprawiedliwością, ani litością. Różnice społeczne nigdy nie zostaną zlekceważone, a z powodu poczynań rodziców zawsze najbardziej będą cierpiały ich dzieci. Niechciane; bękarty i pomioty stanowią tylko plamę na honorze i wstydliwy sekret. Podobno dziecko przeobraża się w dorosłego, gdy potrafi powiedzieć, kim chciałoby zostać w przyszłości. Jest już wówczas za blisko dojrzałości, by się wycofać. Zdradza dzieciństwo. Ukierunkowałem się w bardzo młodym wieku i stałem się mężczyzną jeszcze przed faktycznym dopełnieniem rytu przejścia. Po latach jednak zmieniłem swoje marzenia i koncepcję przyszłości, by następnie totalnie zgubić cel, cofnąć się i przeżyć dzieciństwo po raz drugi.



Nazywam się Paddy, mam sześć lat i chciałbym zostać żołnierzem.


Potrafiłem wyobrazić sobie siebie w mundurze z symbolami Imperium Brytyjskiego na piersi. Wyglądałbym dumnie, męsko, z karabinem w dłoni, pokryty okopowym kurzem, ze stróżką krwi spływającą ze skroni. Było to także wymarzonym sposobem na wyrwanie się z sierocińca, w którym dorastałem. Do wojska rekrutowano wcześnie - w wieku szesnastu lat mógłbym raz na zawsze opuścić przytułek i spalić za sobą wszystkie mosty. Na służbie wszyscy byli sobie równi, a ja boleśnie tego uogólnienia pragnąłem. Wyróżniałem się spośród moich rówieśników, nie tylko pod względem fizycznym. Odbierałem rzeczywistość chyba trochę inaczej niż oni, od zawsze stałem na uboczu. Odtrącony i niechciany - do pewnego czasu.

Jako jedyny z wychowanków sierocińca mieszkałem tam od urodzenia. Znaleziono mnie pod drzwiami, kiedy miałem kilka miesięcy, bez żadnego listu, bez słowa wyjaśnia. Pozostałe dzieci przybywały tam z powodu śmierci rodziców lub pozbawienia ich praw do opieki nad nimi. Ja nie znałem ani swej matki, ani ojca. Nawet nie pamiętałem ich twarzy, które we wszystkich wspomnieniach i sennych koszmarach pozostawały rozmyte, niewyraźne. Przez swoją indywidualność i odmienność (czułem ją wyraźnie, jakby kryształkami parowała z mojej skóry) zachowywałem się niczym nieposłuszne, agresywne zwierzę zarażone wścieklizną. Walczyłem i rzucałem się desperacko, walcząc z regulaminem przytułku i narzucanymi mi zasadami, jakich nie znosiłem. To ja byłem najdotkliwiej karany, najczęściej posyłany do łóżka bez kolacji i pozbawiany przywileju niedzielnego wyjścia do parku. Młodsze dzieci trzymały się ode mnie z daleka, starsze albo mnie ignorowały, albo podpuszczały - nikt jednak nie zdołał się do mnie zbliżyć, nikt nie zabiegał o sympatię tego dziwaka. Dorastający młodzieńcy z patologicznych rodzin, w których przemoc stanowiła rutynę, wdzieli we mnie łatwy cel. Szczupły, niewysoki blondynek o anielskim uśmiechu i drobnej budowie nie był przecież zagrożeniem, ani wyzwaniem dla bandy wyrostków. Mylili się jednak, myśląc, że zrobią ze mnie chłopca na posyłki. Nie dałem się zastraszyć i toczyłem z nimi regularne boje. Co z tego, że przegrywałem, kiedy miałem świadomość, że za krwiak na mojej nodze, pryszczaty Henry zapłacił rozciętym łukiem brwiowym. W ten sposób me szczupłe, blade ciało nieustannie pokrywały siniaki, otarcia, małe zadrapania - drobne uszkodzenia niezwiastujące jednak niczego niepokojącego.

Nadmierna skłonność do bójek, zuchwałe i aroganckie odzywki odstraszały ode mnie potencjalnych opiekunów - zdarzało się, iż po tygodniu u nowych rodziców wracałem z powrotem do sierocińca. Mieszkałem u kilkunastu familii, jednak nigdzie nie znalazło się dla mnie trwałe miejsce. Byłem trudnym, humorzastym dzieckiem, ale obdarzonym niepodważalnym urokiem osobistym oraz ogromnymi pokładami energii. Którą źle wykorzystywałem, tak mówiła pani psycholog, którą odstraszyłem równie szybko jak trójkę poprzednich lekarzy. Byłem bardzo niecierpliwy, niepokorny, ale wbrew pozorom wykazywałem się chłodną logiką w obliczu zagrożenia. Nie zawsze myślałem racjonalnie, ale niestandardowe rozwiązania również przynosiły efekty. Podobnie jak nauka, że trzeba ponosić pewne ofiary. Nie sądziłem, że niewinny żart kosztem Clive'a i Douga (tępych osiłków zastraszających wszystkie dzieci) doprowadzi do przeniesienia mnie do innego przytułku, dla wyjątkowych przypadków. Nie miałem innego wyboru, kiedy te dwie góry mięsa dopadły mnie na podwórku i rozpoczęły kaźń. Byłem bez szans, skończyłbym pewnie skopany jak zwierzę, gdyby nie resztka świadomości i dłoń bezwiednie zaciskająca się na cegłówce. Użyłem jej z powodzeniem, powodując lekkie obrażenia ciała jednego z drągali, a tym samym zapewniając sobie pobyt w ośrodku do osiągnięcia pełnoletniości. Z deszczu pod rynnę - nie myślałem, że istnieje coś gorszego od sierocińca, ale jak się okazało, myliłem się. Ostrzejszy rygor, surowsze kary, dyscyplina, moja całkowita izolacja. Nie pasowałem tam - nie czułem się zły, nie rozumiałem wtedy tego nakręcenia i atmosfery wśród chłopców, którzy przebywali na tym wygnaniu miesiącami. Wciąż byłem tylko dzieciakiem. Dziwnym, nadpobudliwym, z wpisem w aktach i przekreśloną szansą na dobry start w przyszłości. Marzenia o wojsku prysły jak bańka mydlana, ale gdy skończyłem jedenaście lat, pojawiły się inne. Wraz z nadzieją na odmianę mojego losu.



Nazywam się Paddy, mam dwanaście lat i chciałbym zostać Tomem Marvolo Riddle'em.

Nie wierzyłem. Moje rzekome magiczne zdolności, sklep z różdżkami, jednorożce, to wszystko brzmiało zbyt abstrakcyjnie. Było też zbyt nierzeczywiste w mojej porażającej rutynie. Obietnic sympatycznego, brodatego mężczyzny słuchało się fantastycznie, ale ja miałem dużo wątpliwości. Czary przecież nie mogły istnieć, nie w świecie, w którym czułem się tak przytłoczony, samotny i opuszczony. Dopiero kiedy znalazłem się na Pokątnej, pojąłem, iż właśnie zobaczyłem swoje dziedzictwo. Dotychczas wszystko przesłaniała mi mgła; po wkroczeniu do rzeczywistości, do której należałem, zyskałem ostrość spojrzenia i już wiedziałem. Wydaje mi się, że właśnie wtedy odrzuciłem każde powiązanie z mugolskim światem. Byłem zbuntowanym, pełnym goryczy, skrzywdzonym dzieciakiem. I chciałem uciec od nich, od ich rzeczywistości, od bolesnego zapomnienia. Nie potrafiłem wybaczyć, a pulsująca i toksyczna nienawiść zadziwiająco szybko zaczęła krążyć w moich żyłach. Czy bardzo się zmieniłem? Nadal miałem rozwichrzone, jasne włosy, błyszczące figlarnie oczy, zadziorny uśmiech, ale trucizna wsączyła się w moje serce i mózg. Byłem czarodziejem. Oni, te wszystkie marne robaczki, jakie napotkałem na swej drodze nie posiadały minimalnego pojęcia. To JA miałem zgłębić arkany wiedzy, niedostępne dla zwykłych ludzi. Żaden dzieciak z sierocińca, żaden z recydywistów z ośrodka, żaden wychowawca nieżałujący mi rózgi, nie mógł się ze mną mierzyć. Byłem lepszy, czułem się niezwyciężony i wręcz promieniowałem siłą, mocą i wielkością. Tiara Przydziału bez chwili wahania umieściła mnie w Slytherinie. Nadawałem się na Ślizgona, lecz po raz kolejny zostałem skreślony i zepchnięty na margines. Dzieciak znikąd, bez nazwiska, byłem przecież nikim. Znowu przeżyłem rozczarowanie, ubódł mnie podział i ta zażarta walka o honorowe miejsce w klasyfikacji gatunków. Jeszcze bardziej znienawidziłem mugoli, przyswajając niechęć w tempie błyskawicznym. Dlatego nie żałowałem ofiar tajemniczych ataków, które finalnie zakończyły się śmiercią brudnej dziewczyny z Ravenclavu. Nie udawałem, by zabłysnąć, wiedziałem, że i tak w oczach większości Ślizgonów pozostanę przybłędą z niepewnym statusem krwi.

Nagrabiłem sobie zresztą już na początku, gdy w Pokoju Wspólnym zająłem miejsce jakiegoś szóstoklasisty i za nic nie chciałem mu ustąpić. Spędziłem kilka godzin wisząc do góry nogami, rzucając się wściekle i bluzgając przekleństwami, ku ogromnej uciesze zgromadzonej widowni. Dryblas ściągnął mnie dopiero, kiedy wydusiłem z siebie drżące przepraszam - był z siebie niezwykle zadowolony, ale nie widział mojego środkowego palca wystawionego w jego kierunku. Stałem się swoistego rodzaju maskotką, ponieważ aż nazbyt afiszowałem się moją wyjątkowością. Nosiłem głowę wysoko, choć ci wszyscy arystokraci od siedmiu boleści próbowali nauczyć mnie pokory i w pewien sposób mnie złamać. Nie dawałem się, miałem już doświadczenie z takimi jak oni. Brawurą dorównywałem gryfiakom, byłem butny i zbyt dumny, by korzyć się przed połową Ślizgonów. Chciałem, aby to inni klękali przede mną - dlatego takim podziwem darzyłem Toma Riddle'a. Widziałem ile osiągnął, że zgromadził dookoła siebie wianuszek wiernych wyznawców, że nauczyciele jedli mu z ręki. Pragnąłem być taki jak on, żądałem jego atencji i czułem się najszczęśliwszy na świecie, kiedy obdarzył mnie choć przelotnym spojrzeniem. Nigdy się do mnie nie odezwał, ale też nigdy nie dostrzegłem we wzroku Toma pogardy, którą całkiem jawnie epatowała większość jego świty. Kiedy już raczyli zwrócić uwagę na gówniarza z przerośniętym ego, pozbawionego hamulców i bez respektu dla lepszych od siebie. Nie zamierzałem płaszczyć się przed nikim, zgięcie kolan kosztowało wiele godzin męczącej walki dla obu stron. Byłem hardy i naprawdę uparty, prędzej odgryzłbym sobie język, niż błagał o jakąkolwiek litość. Irytowałem te wszystkie paniczątka - jaka szkoda, że potomek czystokrwistego rodu, dziedzic familii nie potrafił podporządkować sobie zwykłego, zbrukanego mugolską krwią pomiota. Mimo tego popadłem w pewien rodzaj zależności; nigdy nie skarżyłem się żadnemu nauczycielowi, nie zwierzałem się nikomu, że spora część Ślizgonów postawiła sobie za cel utrudnianie mi życia. Wiedziałem, że taka postawa nie przysporzy mi popularności. Byłem samodzielny, nie chciałem ani pomocy, ani tym bardziej litości. Pragnąłem tylko szacunku oraz akceptacji, a na to musiałem zapracować sobie sam.

Profesorowie z reguły darzyli mnie sympatią, choć podpadłem paru belfrom za "niekulturalne zachowanie" i "niegodny stosunek do przedmiotu". Nie stroniłem od książek, ale wertowałem je raczej w poszukiwaniu nowych, efektownych uroków, niż w celu wkucia na pamięć pięciu praw Gampa. Jeśli lekcja mnie nie interesowała, robiłem wszystko, aby ją uatrakcyjnić, co często kończyło się to szlabanem. Byłem dobry z runów i całkiem nieźle radziłem sobie na zaklęciach i obronie przed czarną magią. Te zajęcia dostarczały mi zresztą najwięcej frajdy, gdy na oczach całej klasy mogłem upokorzyć jednego z pustogłowych, zadzierających nosa arystokratów. Nie cierpiałem transmutacji, nienawidziłem zielarstwa, ale największą katorgę stanowiła opieka nad magicznymi pchlarzami. Zwierzęta instynktownie wyczuwały niechęć, były agresywne, a mi zdarzało się skopać jakiegoś futrzaka, żeby wyraźnie zaznaczyć dominację w stadzie. Męczarnią okazały się również eliksiry. Byłem zbyt niecierpliwy, za mało precyzyjny i niedokładny. Uczyłem się jednak, ponieważ wiedziałem, że w jakiś sposób muszę ściągnąć na siebie uwagę Slughorna, a nie sądziłem, że uda mi się tego dokonać rekordową ilością szlabanów. Te dostawałem nagminnie – za notoryczne opuszczanie zajęć i niewinne żarty. Nigdy nie złapano mnie na czymś poważnym, za co mógłbym mieć faktyczne kłopoty. Szydzenie ze szlam i znęcanie się fizyczne nie było w Hogwarcie tolerowane, ale i niewielu znajdowało odwagę, aby donieść na dręczyciela. Nie uważam się za hipokrytę. Pogardzałem arystokratami za ich ograniczenia, ślepą wiarę w zasadę, w bezrozumne powtarzanie nauk z przeszłości. Ja byłem inny i miałem swoje święte prawo. Żyłem wśród mugoli, poznałem ich z najgorszej, najbrudniejszej strony i wiedziałem, że nikt z nich nie zasługiwał na poznanie tajemnic magii. Są na to zbyt prymitywni, niegodni i dlatego z taką zajadłością starałem się tępić robactwo, nierozważnie dopuszczone do nauki magii. Z mugolami stykałem się zresztą nieustannie podczas letnich wakacji. Musiałem nauczyć się panować nad sobą i hamować mordercze zapędy perfekcyjnie. Siła instynktu była zdumiewająca, ale przeciwstawiałem się jej wytrwale. Nie chciałem skończyć w Azkabanie. Gdy miałem jedenaście, dwanaście, trzynaście lat, trzymanie mocy w ryzach przychodziło mi z trudem. Przypominałem tykającą bombę, która lada chwila wybuchnie. Dlatego włóczyłem się po Londynie, podkradałem książki z antykwariatów, portretowałem przypadkowych ludzi na stronach wydartych ze starych gazet. Czasem nie wracałem na noc do sierocińca, a następnego dnia zbierałem ostre cięgi za permanentne nieposłuszeństwo. Ponoć sprawiałem więcej kłopotów niż pozostali chłopcy razem wzięci. Bzdury. Nie prowokowałem nikogo. Uciekałem w literaturę, w Balzaca, Conrada, Kafkę i Dostojewskiego. Zniszczony egzemplarz jedynej książki Stendhala, jaką posiadałem, Czerwone i czarne , kosztował Brandona tylko podbite oko i rozerwaną wargę. Sam skończyłem ze złamaną ręką. To była zemsta, Bran nieźle odegrał rolę przyjęty. Jego przyjaciele mieli pretekst, a ja kolejny powód do nienawiści.

W Hogwarcie z każdym rokiem powodziło mi się coraz lepiej. Loża szyderców topniała, aż w końcu została ich zaledwie garstka. Arystokraci z mojego rocznika dystansowali się, ale nie szukali ze mną zwady. Młodsi kilkakrotnie próbowali mną manipulować, ale rozwiązałem problem szybko i tradycyjnie. Przy użyciu pięści, ponieważ te paniczątka bez różdżek stawały się nagle zupełnie bezradne. Zapewniłem sobie nietykalność, grałem w quidditcha na pozycji pałkarza. Za mojej kadencji trzy razy z rzędu zdobyliśmy puchar. Nikt nie zadzierał z czempionami. Zacząłem odkrywać wszystkie uroki życia. Przede wszystkim zwracałem uwagę na dziewczęta, których w Hogwarcie (ku mojemu zaskoczeniu) było naprawdę dużo. Ładne, świeże, wesołe i niewinne. Wtedy doceniłem, iż w moich żyłach nie płynie szlachetna krew. Selwyn, Travers, Yaxley, Rowle, Black... ich wszystkich krępowały sztywne konwenanse i mogli jedynie spoglądać na mnie z zazdrością. Podobałem się panienkom, wiedziałem o tym i to wykorzystywałem. Często zmieniałem dziewczyny, jednak nigdy nie obiecywałem wiele i starałem się żadnej nie zranić. Gdy umawiałem się ze śmielszymi arystokratkami, doskonale zdawałem sobie sprawę, że traktują mnie jak chwilową zabaweczkę, odskocznię od obowiązku zamążpójścia. Odpowiadało mi to, poprzestawałem na niewinnych schadzkach, czułych słówkach szeptanych do ucha oraz nieznacznych muśnięć dłoni. Był jednak jeden wyjątek, który całkowicie zawrócił mi w głowie i zawładnął mym sercem. Trudno to uczucie nazywać miłością, raczej niegasnącym pożądaniem i obsesją. Upiłem się jej srebrzystym, dźwięcznym głosem, rozkochałem w cudownym licu, zachwyciłem się lekkością ruchów, podziwiałem jej maniery i inteligencję. Stałem się niewolnikiem panny równie niedostępnej i równie pięknej jak złote jabłka z ogrodu bogów. Pragnąłem Evandry, chciałem zaimponować jej za wszelką cenę. Rezultaty mych działań były raczej mizerne. Panna Lestrange nie traktowała mnie jak powietrze, lecz zachowywała się bardzo powściągliwie. Z klasą; nawet nie śmiałem się do niej zalecać. Podejmowałem ostrożne próby, badałem teren, lecz nigdy nie wychodziłem z oczywistą inicjatywą. Nieczęsto wymienialiśmy spojrzenia, jeszcze rzadziej konwersowaliśmy, a w tych nadzwyczajnych (dla mnie) chwilach, ograniczało się to zdawkowej wymiany zdań na tematy zupełnie banalne. I tak czułem się wówczas uszczęśliwiony – w mniemaniu Evandry zapewne nie byłem godny czyszczenia jej butów, a ona okazywała mi łaskę i odzywała się do mnie. Starałem się jednak dawkować sobie owe przyjemności i broń Salazarze, nie narzucać się. Obserwowałem ją dyskretnie, lubiłem słuchać jak śpiewa, często przyłapywałem się, że na lekcjach bezwiednie kreślę na brzegach książek owal jej urzekającej twarzy… Byłem w beznadziejnej sytuacji. Ona, dziewczyna z wyższych sfer i ja, chłopak znikąd, nawet nie znający swojego prawdziwego nazwiska. Gdyby Evandra mnie kochała… Tymczasem nie mogłem liczyć na nic, poza chłodną uprzejmością, jaką wspaniałomyślnie raczyła mnie obdarzyć. Lekarstwem okazała się inna dziewczyna, z którą połączyła mnie dość nietypowa więź. Nie zapomniałem jednak o Evandrze, wciąż potajemnie do niej wzdychałem, a nocami nie mogłem spać, myśląc o jej gwieździstych oczach, pełnych ustach i złocistych włosach. Relacja z Cat oscylowała z kolei na zgoła innych rejestrach. Wyglądała atrakcyjnie, jej egzotyczny akcent przykuwał uwagę, a wielu młodzieńców wodziło za nią wzrokiem, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że m u s z ę ją zdobyć. Byłem zazdrosny i absolutnie przekonany o własnej wyjątkowości – jeśli ktoś miał do nie dotrzeć i odkryć, jakie sekrety skrywa to tajemnicze dziewczę, to tylko i wyłącznie ja. Podobała mi się, lecz bez wzajemności, co demonstrowała ostentacyjnie. Nie rezygnowałem, jej niechęć motywowała mnie do dalszego czarowania. Cat dostarczała mi zajęcia, dzięki któremu wypełniałem pustkę po Evandrze. Nasze kontakty na przemian ulegały poprawie i oziębieniu, jednak pewnego dnia dziewczyna dopiekła mi do żywego i między nami wszystko było już skończone. Wróciłem do starych nawyków, nieprzerwanie wielbiłem pannę Lestrange, demonstracyjnie ignorowałem Cat, oddawałem się przyjemnościom, rzadziej nauce. Nie martwiłem się wojną, jeszcze nie wtedy. W gruncie rzeczy nadal byłem beztroskim smarkaczem i nie miałem nic przeciwko zaprowadzaniu nowego porządku - przy pomocy terroru? Żywiłem święte przekonanie, że przecież i tak nic mi nie grozi, że walki nie dotyczą mnie, że rozgrywają się daleko od Brytanii, że Grindelawald nie ośmieli się przypuścić ataku na Anglię, a co najważniejsze - na Hogwart. Myliłem się, aczkolwiek po zaprzestaniu walk, nie odczuwałem zmian w sytuacji politycznej tak, jak moi czystokrwiści rówieśnicy. W siódmej klasie zdałem egzaminy, po czym opuściłem bezpieczne i znane mury zamku. Hogwart przestał być moim domem.



Nazywam się Padyy, mam 17 lat i chciałbym zostać Ministrem Magii.

Z owutemów uzyskałem wyniki wystarczające, aby ubiegać się o staż w Ministerstwie. Bezpłatny; a ja nie posiadałem środków, by uczęszczać na szkolenia, studiować, czy dokształcać się w jakikolwiek sposób poza samorozwojem. Gdyby nie protekcja profesora Slughorna niechybnie skończyłbym na ulicy. Stamtąd zaś czekałaby mnie krótka droga wpadnięcia w nałóg bądź skończenia w lochach jak zwykły kryminalista. Były opiekun zatroszczył się jednak o mnie i wystarał się o ciepłą posadę w Departamencie Międzynarodowego Prawa Czarodziejów. Tłumaczyłem dokumenty, miałem smykałkę do języków i wiodło mi się całkiem nieźle. Wprawdzie nie cierpiałem tej pracy, każda godzina przy biurku w sztywnej szacie przyprawiała mnie o mdłości, lecz liczyłem, że jeśli wytrwam dostatecznie długo, będę mnie stać na kontynuowanie edukacji. Zaciskałem pasa i żyłem bardzo oszczędnie, odkładając większość zarobionych pieniędzy. Jedyną rozrywką było wówczas upijanie się w podłych barach, wdawanie się w bójki z przypadkowymi zbirami na Nokturnie oraz podrywanie panienek. Weekendami często przesiadywałem w Hogsemead, z nadzieją na spotkanie Evandry. Zadowalałem się patrzeniem na jej oblicze, syceniem się widokiem filigranowej sylwetki i zachwycaniem pięknym brzmieniem jej śmiechu. Nie przegapiłem żadnego meczu quidditcha, chciwie łowiąc ją w tłumie kibiców. Większą uwagą darzyłem młodą dziewczynę o anielskiej urodzie, niż to, co działo się na boisku. Evandra wciąż zaprzątała moje myśli, była mym osobistym bóstwem i bałwochwalstwem zdawała mi się perspektywa adorowania innej. Dla panny Lestrange tyrałem w biurze po kilkanaście godzin dziennie i brałem dodatkowe zlecenia. Brak snu i stres odcisnął na mnie swe piętno; schudłem i zmizerniałem, lecz powoli piąłem się do celu. Chciałem błyszczeć i stać się godny szlachetnie urodzonej panienki. Łudziłem się, że gdybym piastował wysokie stanowisko w ministerstwie, gdybym został światowej sławy magochirurgiem, Evandra okazałaby mi przychylność.

Wszystkie plany legły jednak w gruzach, a ja znowu znalazłem się na dnie. Jeden z przełożonych oskarżył mnie o kradzież. Pamiętałem go z Hogwartu, należał do grona mych prześladowców i miał powody, by nie darzyć mnie sympatią. Nie sądziłem wszakże, iż posunie się do takiego czynu, było to bowiem zwykłe łgarstwo, paskudne oszczerstwo. Po przeszukaniu, okazało się jednak, że w moich rzeczach znaleziono jego własność. Musiał to zaplanować, a ja nie miałem nic, na swoją obronę. Wyrzucono mnie z pracy w trybie natychmiastowym. W ciągu jednego dnia wylądowałem na bruku, bez wsparcia, pozbawiony źródła utrzymania. Sporo piłem, zaglądałem do najgorszych spelun, desperacko szukałem kłopotów. Pociągało mnie wszystko, co zakazane i niedozwolone. Zostałem skrzywdzony i buntowałem się przeciwko tak jawnej niesprawiedliwości. Na Nokturnie szukałem ksiąg z najgorszymi, najpaskudniejszymi klątwami. Poświęcałem się nauce czarnej magii (choć moim zdaniem, efekt zaklęcia zależy wyłącznie od intencji rzucającego), egzystowałem nierealnymi marzeniami o zemście, od czasu do czasu odurzając się diabelskim zielem. Dopiero kiedy zaczęła grozić mi eksmisja z mojego mikroskopijnego mieszkanka, dźwignąłem się na nogi. Podjąłem pracę jako kelner w eleganckim lokalu Wenus. Odwiedzali go przede wszystkim arystokraci, a ja bez skrupułów podsłuchiwałem ich rozmowy, kiedy podawałem im wino i serwowałem kolację. Szlachcice byli pierwszorzędnym źródłem informacji, dzięki strzępkom posłyszanych rozmów orientowałem się w sytuacji politycznej, a od niedawana mimochodem rzucane uwagi uświadomiły mi, że Tom Riddle, którego tak podziwiałem, wcale nie zniknął z horyzontu. Odżyłem. Choć musiałem zginać kark i z uśmiechem na twarzy obsługiwać ludzi, jakimi w większości gardziłem (zazdrościłem im?), otworzyły się przede mną kolejne wrota. Właściciel lokalu, Ceaser Lestrange miał do mnie zaufanie, a ja wobec niego – olbrzymi dług wdzięczności. Pięć lat pracy w restauracji, wyręczanie szefa z jego obowiązków oraz pomoc udzielona przy „delikatnych sprawach” przyniosła mi spore profity. Zacząłem próbować sił w publicystyce, podsyłając kilka tekstów do Walczącego Maga. Po tygodniu dostałem odpowiedź zwrotną – wraz z pieniędzmi, ponieważ artykuły miały ukazać się już w następnym wydaniu. Pisuję do magazynu jako wolny strzelec. Pod pseudonimem zachowuję pełną anonimowość. Jestem blisko plotek i powtarzanych szeptem pogłosek. Dzięki znajomości z Tristanem Rosierem zanurzam się głębiej w półświatku arystokratów. Rycerze Walpurgii przestali być mitem, stali się namacalną organizacją, a zapomniany Tom Riddle mistrzem, a niebawem i naszym wybawcą.



Nazywam się Paddy, mam dwadzieścia pięć lat i chciałbym być szczęśliwy.

Patronus:
"Wtedy łabędź poczuł się zmieszany z radości: schował głowę pod skrzydła i sam nie wiedział, co się z nim dzieje; był zbyt szczęśliwy' myślał o tym, jak go prześladowano i wyszydzano, i słuchał, jak wszyscy teraz mówili, że jest najpiękniejszym ze wszystkich pięknych ptaków."

Łabędź jest symbolem przemiany, piękna, artyzmu oraz wrażliwości. Wyczarowując go, myślę o dniach, w których moje serce drżało w posadach za sprawą niezrównanej, cudownej, Evandry Lestrange. Przypominam sobie moment, w którym usłyszałem jej czarowny śpiew. Widzę jej delikatny uśmiech, posłany w mym kierunku. Wyobrażam sobie, jak obdarza mnie względami, które są dla mnie nieosiągalne.











 
10
0
6
0
0
8
5


Wyposażenie

różdżka, teleportacja, kot, 11 punktów statystyk




Powrót do góry Go down
Hereward Bartius
Hereward Bartius

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t576-hereward-bartius-barty https://www.morsmordre.net/t626-merlin https://www.morsmordre.net/t674-bartus https://www.morsmordre.net/f222-hogsmeade-134-dom-bartiusow https://www.morsmordre.net/t2860-skrytka-bankowa-nr-20#45895 https://www.morsmordre.net/t1014-bartek-wsiakl
Zawód : Profesor w Hogwarcie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
Na szczęście był tam las.
Na szczęście nie było drzew.
Na szczęście brzytwa pływała po wodzie.
OPCM : 20
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 30
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Zdarzyć się musiało

Padraig Fitzgerald Empty
PisanieTemat: Re: Padraig Fitzgerald   Padraig Fitzgerald I_icon_minitime18.07.15 22:42

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Karta bardzo mi się podobała, czytałam ją trzy razy, za każdym sprawiła przyjemność. Drobne błędy w postaci podwojonych spacji w najmniejszym stopniu nie przeszkadzały w odbiorze. Nie tylko język stoi na wysokim poziomie, ale i koncept postaci jest ciekawy. I pasuje do niego wizerunek Leonardo. Muszę pochwalić Cię za te wstawki z Paddym, pomagają wyobrazić sobie Padraiga, oddają przemiany jakie w nim zachodziły. Mam tylko nadzieję, że w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich etapów, w tym uda mu się spełnić swoje marzenie. Idź bij mugoli i gardź arystokratami, Paddy.
PS. Na miejscu tej Evandry, czy jak jej tam, uciekłabym z Padraigiem i plunęła na konwenanse. Ta Lestrange najwyraźniej ma jakieś dziwne kryteria wartości.  Padraig Fitzgerald 3510499220

OSIĄGNIĘCIA
Paddy, co się arystokratom nie kłaniał.
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Statystyki
Zaklęcia i uroki:10
Transmutacja:0
Obrona przed czarną magią:6
Eliksiry:0
Magia lecznicza:0
Czarna magia:8
Sprawność fizyczna:5
Inne
teleportacja
WYPOSAŻENIE
Różdżka (cyprys, krew reema, 12,5 cala, giętka), kot, sowa
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[17.07.15] 900 - 885 = 15
[13.09.15] pasta Fleetwooda
[17.09.15] 77+90=167
[26.10.15] Zakup sowy -100 pkt




Ocalałeś, bo byłeś pierwszy
Ocalałeś, bo byłeś
ostatni

Powrót do góry Go down
 

Padraig Fitzgerald

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty nieaktywnych-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19