Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Departament Przestrzegania Prawa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Departament Przestrzegania Prawa   13.05.18 22:23

Departament przestrzegania prawa czarodziejów

Biura departamentu umieszczono w zbiorowych celach znajdujących się najbliżej wejścia do więzienia. I chociaż kraty są dla pracowników zawsze otwarte, trudno zapomnieć, że znajdują się w twierdzy, która od lat stanowi miejsce odizolowania przestępców. Ustawione pod kamiennymi ścianami drewniane biurka i rozwieszone plakaty z poszukiwanymi czarnoksiężnikami nie napawają specjalnym optymizmem. Licznie lewitujące w powietrzu świece nie są wystarczające, by oświetlić całe pomieszczenia, w związku z czym pracownicy często muszą korzystać z zaklęcia Lumos próbując rozczytać notatki i raporty. Dość przygnębiająca aura więzienia nie sprzyja także rozmowom, szmer konwersacji unoszący się w powietrzu często milknie; pracownicy zdecydowanie lepiej czują się na dworze, gdzie przed specjalnie osłoniętym przed mugolami wejściem zawsze spotkać można grupę urzędników na chwilę opuszczających zimne cele.


Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
Zawód : przyszły auror, ex ratowniczka
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
OPCM : 28
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Departament Przestrzegania Prawa   11.07.18 22:59

| 20 - 24 sierpnia

Tonks obawiała się tego czasu. Momentu w którym stanie wśród grupy młodych osób. Momentu w którym zmierzy się z przyszłością - głównie, samą sobą. Chciała tego, wiedziała że tak. Była tego pewna, choć niektórzy - nawet jej najbliżsi - sądzili, że jej wybory powodowane są ostatnimi przeżyciami.
To nie była prawda.
To, co przeszła, jedynie przyśpieszyło jej ostateczną decyzję, umocniło ją w niej. Zyskała pewność i słuszność. Nie zamierzała się cofać - zresztą nie chciała. Mogła, ale nie było to słuszne. Podjęła już decyzję. Jej życie w nadziei, a może raczej cichej prośbie, by było warte jak najwięcej istnień niewinnych, tych, którzy nie potrafili obronić się sami, tych, którzy nie byli do tego zdolni.
Zdawała sobie sprawę z tego, na co się decyduje. Może nie całkowicie, może nie dokładnie, ale nie była w stanie uniknąć spotkania z czarnoksiężnikami. Jej ścieżka przecinała się z nimi niezależnie od tego czy tego chciała, czy nie. Wcześniej próbowała, poszukiwała innej drogi - bezskutecznie.
Teraz, podnosząc się z kolan zamierzała stawić im czoła. Każdego dnia przygotowując się do spotkania z nimi. Każdego dnia dając z siebie możliwie jak najwięcej. O ile uda jej się zdać egzaminy.
Zerknęła na Tower, a potem przeniosła spojrzenie na znajdującą się obok Tamizę. Woda nie przeszkadzała jej już tak bardzo, choć nadal przynosiła nieprzyjemne odczucie i dreszcze na karku. Patykowate dłonie Tonks powędrowały do długiego szarego płaszcza, który miała na ramionach, lekka mżawka skrapiała jasne włosy, gdy pewnym krokiem, z mocno bijącym sercem wchodziła do więzienia w którym od czasu pożaru znajdował się Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a wraz z nim i biuro aurorskie.
Nie czuła się gotowa - mimo przeczytania wielu książek(zarówno tych znajdujących się na półkach Skamandera, jak i wszystkich, które udało jej się pożyczyć i dwa razy "Rzeczy o metodach magiśledczych" o których wspomniał Brendan), rzucenia setki udanych i tysiąca nieudanych uroków, mimo zapewnień - innych i samej siebie, ze jest zupełnie inaczej. Mimo to weszła do środka. A może, pomimo.
Rozejrzała się z zainteresowaniem po pomieszczeni z czterema parami drzwi. Grupa ludzi zbierająca się w wyznaczonym miejscu była spora, tak jak przewidywała Tonks wielu z nich dopiero kończyło Hogwart. Kilku rzuciło jej spojrzenia, jakby oceniając jej wiek. On jednak nie miał znaczenia. Nie zainteresowała się nikim, do nikogo też się nie odezwała. Zaciskała dłonie - prawą na różdżce, lewą na wiecznym płomieniu, który zabrała ze sobą w nawyku. Szczęśliwie dziękując, za duże kieszenie. Tak, jak słyszała z opowiadań, ledwie garstka zostanie dopuszczona do kursu. Cel był prosty - znaleźć się w tej garstce. Jednak tylko ta myśl zdawała się przychodzić łatwo.
- Witajcie, nazywam się Nash Fancrout. - męski głos potoczył się po więziennej sali w której stawił się każdy, kto predestynował do dostania się na kurs. Wszystkie toczące się półszeptem rozmowy umilkły. Błękitne tęczówki Tonks zawisły na mężczyźnie w średnim wieku o zielonych oczach, podłużnej bliźnie nad brwią i ciemnych włosach. - Jeśli w którymś momencie postanowicie, że nie chcecie kontynuować dajcie znak przy użyciu różdżki. Periculum będzie odpowiednie. Całość egzaminu będzie nadzorowana. Informacje na temat zadania będziecie otrzymywać na miejscu, jeśli w ciągu pierwszych trzydziestu sekund nie dotrze do was żadna informacja musicie sami odnaleźć cel akcji. - W momencie gdy mówił, jego towarzysze rozdawali  koperty koperty, jeden z nich wręczył - a może bardziej wcisnął - jedną z nich w dłonie Tonks. Białą, ktoś obok niej dostał czerwoną. Dostrzegła jeszcze niebieską i zieloną. Odebrała ją, nie otwierając. Fancrout mówił, powinna najpierw wysłuchać instrukcji od niego. - Koperty pokażą wam pierwszą informację. Wyniki usłyszycie indywidualnie na koniec ostatniego dnia. Powodzenia. - wraz z tymi słowami wyszedł z sali razem z towarzyszącymi mu mężczyznami. Nie odprowadzała ich spojrzeniem, ciche szmery znów poniosły się po sali wraz z dźwiękiem otwieranych kopert i szeptów. Ktoś zdziwił się na głos pytając wprost, co ma zrobić z pustą kopertą. Otworzyła kopertę którą trzymała w dłoni, nadal zastanawiając się nad słowami wypowiedzianymi przez aurora. Nie powiedział, że informacja znajduje się w kopertach. Ludzie szeptali zaklęcia, ale coś nadal nie dawało jej spokoju. Koperty miały pokazać informację. Co, jeśli miały ją zwyczajnie wskazać. Nie były zaklejone. Uchylone zamykanie wskazywało... górę. Uniosła głowę spoglądając na sufit i zmarszczyła brwi. Nie zauważyła tego na samym początku gdy rozglądała się po pomieszczeniu, jednak teraz, gdy zmrużyła lekko oczy dostrzegała jak rozległe rysy na suficie tworzą coś w rodzaju labiryntu. Na jego środku znajdowały się kolorowe wypłowiałe plamy. Niebieska, zielona, czerwona i biała, każda jakby przy stworzonej z popękań na suficie ścieżce. Ruszyła wzrokiem białą trasą uważając, by nie pogubić się na przecięciach, wzrok przesuwał się, do końca sufitu, aż do ściany z której schodziła już tylko jedna rysa prosto do drzwi.
Ruszyła, za przeczuciem i jednocześnie pewnością. Kilka osób nadal oglądało koperty, niektórzy jak i ona spojrzeli ku górze. Pchnęła drzwi - które jak sądziła - przeznaczone były dla niej. Znajdując się w kwadratowym pomieszczeniu wypełnionym glinianymi figurkami ustawionym na podłodze. Zmierzyła je spojrzeniem próbując dostrzec wśród nich jakiś wzór - na próżno jednak. Ich różnorodność i ilość nie miała żadnego wspólnego mianownika poza materiałem z którego zostały wykonane. Schyliła się, by sięgnąć po jedną z nich w kształcie psa. Ledwie jej dłoń zacisnęła się wokół figurki poczuła szarpnięcie w okolicy pępka.
Świstoklik. Myśli szybko odnalazły odpowiedź, jednak na wierzch wypłynęła niepewność. Nie miała pojęcia dokąd się udaje, ani co czeka ją na miejscu. Dłoń zacisnęła się mocniej na różdżce, a Tonks starała się wyostrzyć wszystkie zmysły i nie dać się zaskoczyć.
Upadła na ziemię, kolano nieprzyjemnie uderzyło o korzeń. Nie zwlekała jednak nawet chwili, podnosząc się od razu do pionu. Rozejrzała się wokół, wysokie drzewa - podobne do innych na lesistych terenach. Miejsce w którym się znalazła było dla niej nieznane. Szelest, wytwarzany przez kroki obrócił ją w lewo z różdżką mierzącą w stronę odgłosów, których właściciel pojawił się już po chwili wraz z uniesionymi dłońmi i lekkim uśmiechem.
- Ładny początek. - powiedział nie przestając unosić warg. Tonks jednak mierzyła go nieufnie nie odpowiadając nawet słowem, na te które padały w jej kierunku. - Poczekaj na swoją parę - nie dłużej niż dziesięć minut. Jeśli nikt się nie zjawi ruszasz dalej sama. Kolejna informacja znajduje się nad wodą, kilometr drogi na wschód. - nie wskazał kierunku, nie udzielił też żadnej innej informacji. Wycofał się w krzaki z których wyszedł z nadal uniesionymi dłońmi. Gdy szelest jego kroków ucichł rozejrzała się raz jeszcze po okolicy próbując odnaleźć coś znajomego - na próżno.
Minęła minuta, może dwie, gdy ktoś upadł za jej plecami. Odwróciła się, mierząc różdżką w jasnowłosego mężczyznę.
- Tylko mnie nie zabij. - mruknął poprawiając ciemną szatę i strzepując z niej niewidzialny pyłek. - Randal. Randal Lupin. - zmarszczyła brwi, był jej nowym partnerem, czy też kolejnym testem.
- Jak się tu dostałeś? - zapytała nadal w niego mierząc. Nie przedstawiła się, jeszcze nie. Uniósł brew, jakby zdziwiony w pierwszej chwili, jednak opuścił ją równie szybko, przytakując jej głową że rozumie jej wątpliwości. Odpowiedział poprawnie, przy pomocy figurki, jednej z wielu, znajdującej się w pokoju za drzwiami. Sam też zadał pytanie. Krótkie, szybkie - co znajdowało się w kopertach. I ona odpowiedziała. Nie miała innego pomysłu jak sprawdzić cokolwiek, na ten moment musiała zaufać, choć to nie było proste. - Just. Just Tonks. - przedstawiła się, w międzyczasie szepcząc zaklęcie wskazujące północ. - Musimy dojść nad jezioro, kilometr na wschód. - wytłumaczyła mu, nie mówiąc nic więcej. Ruszyła w odpowiednią stronę zerkając na niebo, nadchodziło południe. Milczała, nie czuła potrzeby by mówić. Miała zadanie, nie mogła się rozpraszać. Za to Randal próbował napomknąć coś kilka razy, otrzymując jedynie w odpowiedzi ciszę, a czasem wymowne spojrzenie. W końcu i on odpuścił, choć humor zdawał mu się dopisywać i właśnie to, drażniło Tonks. Ta beztroska, która zdawała jej się wręcz odpychająca. Choć nie była pewna, czy to jedynie maska, czy też rzeczywisty brak zetknięcia z rzeczywistością.
Woda skrzyła się lekko w bladym słońcu co chwilę kryjącym się za chmurami. Mżawka nadal spadała na ich ramiona, dlatego Just sądziła, że nadal znajdują się w Anglii - nie miała jednak co do tego pewności. Podeszli bliżej, jak zwykle poczuła dreszcz przebiegający jej przez plecy. Rozejrzała się po brzegu, woda bardziej zdawała się przypominać rzekę niźli jeziora. Druga strona zaczynała się wielkimi skałami i sprawnie przenikała w trawiaste poszycie. Na wielkim dębie wisiały zawieszone, białe koperty.
- Musimy dostać się na drugą stronę. - zauważył Lupin, wskazując dłonią na koperty, które sama lustrowała wzrokiem. Skinęła głową. Zmarszczyła oczy próbując dostrzec, czy na drugim brzegu nie znajduje się coś, co mogłoby im pomóc. Lupin zaś ruszył do przodu, schylił się wsadzając dłoń do wody. Cofnął ją jednak zaraz, a na twarz wpłynęło skrzywienie. - Parzy. - zauważył. Ruszyła do niego łapiąc za dłoń, obejrzała ją z każdej strony.
- Nie masz poparzeń. - stwierdziła, przesuwając palcem po wierzchu dłoni. Znów zmarszczyła brwi, spoglądając na wodę. - Glacius. - wybrała kierując różdżkę na taflę wody. Urok nie pomknął z wybranym kierunku, anomalia postanowiła pokrzyżować jej szyki przynosząc krwotok z nosa. Uniosła dłoń i otarła stróżkę krwi ponawiają zaklęcie, tym razem nie zmącone żadną z anomalii. Lód utworzył się na powierzchni, jednak zniknął równie szybko, jak szybko się pojawił. Dostała jednak odpowiedź, jedną, może wartą najmniej, ale zawsze. - Jesteśmy w Anglii. - powiedziała tylko. Rozejrzała się raz jeszcze dookoła poszukując sposobu. - Będziemy musieli ją przejść. - stwierdziła ponuro. Jeśli glacius nie zadziałał, wątpiła, by cokolwiek innego mogło to zrobić.
- Tego się obawiałem. - stwierdził cicho. - Ascendio, Abesio? - zapytał jej, jakby znał ją już długo i cenił jej zdanie. Uniosła spojrzenie zawieszając je na jego twarzy.
- Abesio może nas rozczepić - nie wiemy czego spodziewać się dalej. - powiedziała kręcąc głową na pierwsze z zaklęć. - Ascendio prędzej, jednak i tak nie unikniemy zanurzenia. - skinął głową, zgadzając się z nią. Odległość do drugiego brzegu miała co najmniej trzydzieści, jak nie czterdzieści metrów. Nim zdążyła rzucić pierwsze zaklęcie zrobił to on. Różdżka pociągnęła go do przodu - nie czekała długo idąc w jego ślady. Pierwsze szarpnięcie pociągnęło ją w przód, nad taflą, rzucając wprost w jezioro. Woda zdawała się zimna, a jednak przynosiła uczucie palenia, a może bardziej spalania. Zacisnęła zęby, zmuszając się do wyciągnięcia dłoni i skierowania jej w odpowiednim kierunku. Ulga, którą przyniósł jej lot, nie trwała długo. Już po chwili uczucie spalania znów ją dosięgło. Byli w połowie drogi, mniej więcej. Lupin ruszył znów dalej, a ona za nim. Jednak już zmierzając w jego kierunku widziała, że coś jest nie tak. Zdawał się... topić? - Jeszcze tylko raz. - powiedziała do niego. Wskazując głową brzeg. Sama czuła, jak każda chwila w wodzie odziera ja z sił przypala, nie pozostawiając śladu. Przynosi ból, który ledwie dało się znieść - który ona ledwie była w stanie znieść. Odbierał możliwość skupienia się, myślenia. Randal odnalazł jej tęczówki i skinął głową. Wychrypiał formułę zaklęcia, nieskuteczne. Uniosła prawą dłoń z różdżką, lewą złapała go za kołnierz, sama rzucają ten sam urok. Moc zaklęcia pociągnęła ich z siłą, wyrzucając na brzeg. Upadła, obtłukła sobie bok. Obok spadł Randal. Kaszląc wypluwał wodę. Podniósł się na kolana. Zrobiła to samo. Czuła się obdarta z sił, ale koperty znajdowały się tuż obok - musiała iść dalej.
Zerwała jedną z nich z drzewa i otworzyła - w tej znajdował się list. Był krótki, mówił niewiele. Nabierzcie sił, zaczynacie o świcie. Podała kartkę Lupinowi zaglądając do koperty. Wyrzuciła z niej pomniejszony pakunek. Jedzenie. Zmniejszenie go musiało zająć sporo czasu. Cieszyło ją to jednak, kilka zaklęć powiększających i będą mieli prowiant. Ruszyła w las, nie mówiąc nic - poszukiwała miejsca w którym mogliby się schronić. Wędrowali w ciszy w końcu odnajdując zagajnik z częściami starego obmurowania. Dopiero tam usiadła na ziemi z westchnięciem, opierając się plecami o stary mur. Lupin usiadł obok.
Przymknęła powieki, wsłuchując się w powoli budzące się nocne, leśne życie. Miała nadzieję, że nie spotkają tutaj dziś w nocy niczego. Pozwoliła sobie na kilka minut odpoczynku, po których ułożyła na ziemi pakunek z koperty i raz po raz rzucając zaklęcie przywracała rozmiar jedzeniu, które otrzymali. W końcu przestała, podając swojemu towarzyszowi kawałek chleba. Sama przeniosła się na kolana.
- Uleczę cię. - wypowiedziała w jego stronę, gdy wgryzał się w kawałek chleba. Zmierzył ją spojrzeniem, a potem zgodził się skinieniem głowy. Wzięła się do roboty, zaleczajac kilka siniaków, jednak głównie obrażeń psychicznych. Anomalia znów uderzyła, wchłaniając jedną z zaklęć. Westchnęła i zwaliła się ciężko obok, na samą siebie rzucając kilka zaklęć wzmacniających.
- Nie powinniśmy spać równocześnie. - powiedziała wgryzając się w jabłko. Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała w niebo, na gwiazdy których większość przysłaniały mknące po niebo chmury. Zgodził się z nią. - Ty pierwszy. - zarządziła, i choć protestował pozostała nieugięta.
Minuty miały powoli, różdżka leżała na jej brzuchu, jednak nadal zaciskała wokół niej dłoń. Chmury przewijały się przez niebo przypominając jej ostatnią rozmowę ze Skamanderem. Nawet my się zmieniamy, Just, pomknęło do niej jak echo. Miał rację, ona była całkiem inna. Nowa. Może dlatego nie była już dla niego odpowiednia. On nadal pozostawał takim dla niej. Pozwoliła błądzić myślą przez kolejny czas, by szturchnąć Lupina w ramię, gdy przyszła jej kolej na sen.
Wydawał się zaskoczony, a świadomość powróciła do niego dopiero po chwili. Podniósł się by rozprostować nogi - nie obserwowała już co robi dalej. Przymknęła powieki, czuła się znużona potrzebowała choć kilku minut snu.

Krzyk wyrwał ją z koszmaru podnosząc ciało do siadu. Randal odwrócił się w jej stronę unosząc brew, jednak nie zapytał. Tonks nawet nie podniosła ku niemu spojrzenia, starając się uspokoić szybciej bijące serce. Rozejrzała się, słońce powoli podnosiła się na horyzoncie.
Szelest kroków świadczył o kolejnej zbliżającej się osobowości. Podniosła się do pionu, łapiąc za różdżkę. Starszy, już siwiejący czarodziej zjawił się obok nich już po chwili. Najpierw zmierzył ją spojrzeniem, a potem Randala. Rzucił na ziemię but, a potem wymierzył w niego różdżką i wywinął nadgarstkiem. Potem odszedł, nie mówiąc ani słowa.
- Świstoklik? - głos Lupina zawisł między nim i Tonks, wzruszyła ramionami.
- Na dwa? - zapytała zerkając na niego.
- Dlaczego nie na trzy? - zapytał z lekkim uśmiechem.
- Po co przeciągać? - padło krótko z ust Tonks, gdy zbliżała się do do buta. - Raz... Dwa. - powiedziała, łapiąc w za but w tym samym momencie co mężczyzna obok. Szarpnięcie w pępku świadczyło o tym, że się nie pomylili.
Wyrzuciło ich prosto w krzaki, jedna z gałęzi zadrasnęła jej policzek, jednak nie przejęła się tym. Oboje podnieśli się szybko, Lupin ruszył w stronę domu, który dostrzegł jako pierwszy.
- Musimy się tam dostać. - zawyrokował. Wiedziała, że ma rację. Jednak złapała go za rękaw nim zrobił kolejny krok. Spojrzał na nią jedynie przez chwilę, jako pierwszy rzucając zaklęcie, nieudane, anomalia nie pozwoliła na udane Clario. Poszła w jego ślady. Tym razem udanie, zaklęcie ukazało kilka pułapek, W domu znajdowała się tylko jedna osoba. Puściła Lupina przodem, ten zatrzymał się przy jednym z drzew, na którym zaklęcie ukazało słowa. Podążaj za tropem. Wskazał na nie palcem. Przeczytała słowa, nie potrafiąc zrozumieć czego dokładnie oczekiwali. Jednak nim zbliżyli się do domu drzwi otworzyły się, a kobieta znajdująca się w nim wyszła na zewnątrz. Skryli się za drzewem bezgłośnie mierząc się spojrzeniem i pytając wzajemnie. Sprawdzić dom, czy ruszyć za nią. Lupin rzucił kameleona, wiedziała, ze tak, bo po chwili zlał się z otoczeniem. - Idź za nią, dogonię was. - Tonks skinęła jedynie głową. Ruszyła za kobietą, starając się poruszać jak najciszej, i szło jej to nieźle - a przynajmniej takie miała wrażenie - nim nie potknęła się o jeden z konarów i nie poleciała a ziemię uderzając w nią głucho. Kobieta obróciła się, oglądając za siebie, jednak nie podeszła w jej kierunku, ruszyła dalej. Just zacisnęła ze złości zęby. Fatalnie, wiedziała że tak. Po krótkim lasku znalazły się w mieście. Tutaj było prościej. Na ulicy, na której znajdowali się ludzie, mogła zmieniać twarz i kolor włosów. Pozostać nieznajomą, nieznajomym, nikim i każdym. Dłoń na ramieniu i cichy szept świadczyły o obecności Randala będącego nadal pod wpływem rzucone zaklęcia. Kobieta skręciła, wchodząc do kamienicy, ruszyli za nią. Spotykając ją stojącą twarzą w kierunku drzwi - czekała na nich. Uśmiechnęła się lekko, do Tonks, chyba myślała że jest sama. Gdy oznajmiła zakończenie tej części zadania Lupin ściągnął z siebie zaklęcie. Poklepał Tonks w ramię i usiadł przy stole.
Koniec na ten moment - wieczorem miały odbyć się pojedynki magiczne, tych którzy przetrwali dwa pierwsze dni.
A ona? Ona znajdowała się wśród nich. Usiadła na przeciw Randala, który wydawał się z siebie zadowolony. Ona nie miała jeszcze powodów do radości. Jeszcze nie.
Wieczór nadszedł niebezpiecznie szybko, a pojedynki nie odbywały się na arenie a na świeżym powietrzu. Rozumiała dlaczego - w prawdziwym życiu, anomalie - póki co - były ich codziennością, musieli się z nimi liczyć i umieć wśród nich funkcjonować.
Zasady pojedynków też były inne. Zwycięzca przechodził do kolejnej rundy. Pomiędzy kolejnymi pojedynkami mógł się wyleczyć, lub poprosić kogoś o pomoc, jeśli sam nie potrafił. Pierwsze dwa pojedynki poszły jej nad wyraz dobrze. Oberwała jednym Aeris i Ignotio, wyczarowała znów węże - w trzecim pojedynku, jednak ze swoim poradziła sobie nad wyraz sprawnie w przeciwieństwie do swojego przeciwnika. To jednak dało jej przewagę i przeważyło szalę na jej stronie. Została trójka, uświadomiła sobie zdziwiona, gdy zrozumiała, że jest jedną z nich. Miała kilka obrażeń, jednak leczyła je możliwie tak szybko jak mogła. Czuła otarcia a palcach i odciski od ściskania różdżki.
Walczyli w trójkę, każdy z każdym, tego się nie spodziewała. Zasada była jedna, wygrywał ostatni. Ze zdziwieniem obserwowała jak na środek wychodzi wyczytywany Randal. Drugiego z mężczyzn nie znała. Sygnał rozpoczynający był jasny, nie czekała, posłała zaklęcie w stronę nieznanego mężczyzny - Lupin zrobił to samo. Pod atakiem z dwóch stron ich przeciwnik szybko popełnił błąd. Jedno z zaklęć przebiło się przez tarczę, a każde kolejne powoli zbijało jego żywotność. Dobrze współpracowali, jednak oboje byli świadomi jednego, gdy tylko mężczyzna zostanie pokonany zostaną sami. Zwycięża mógł być tylko jeden.
- Jesteś pełna niespodzianek, Tonks. - mruknął Randal, już się nie uśmiechał. Mierzył ją uważnym spojrzeniem i kroczył po kole, ona również się poruszała stojąc dokładnie na przeciw niego. Ludzie gromadzili się wokół, jednak nie skupiała się na nikim.
Tym razem to ona się uśmiechnęła, lekko, tylko na chwilę. Nie odpowiedziała, zamiast tego decydując się na atak.
Który obronił sprawnie, odpowiedział równie szybko rozbijając się o jej tarcze. Zaatakowała ponownie, odnosząc ten sam skutek. Minęło kilka minut, w których nie zmieniało się nic, udane zaklęcia, rozbijały się o mocne tarcze. Potem minęły kolejne w których sytuacja - poza ich położeniem - nadal wyglądała tak samo. Byli równie sprawni, gra rozchodziła się o to, kto pierwszy popełni z nich błąd.
I była to ona. Z różdżki Randala wyleciały węże. Jednak tym razem nie udało jej się pokonać ich tak sprawnie jak wcześniej, to on zyskał przewagę i powiększał ją z każdą chwilą, choć i jej urok dosięgnął go, powodując zranienie. Nie poddała się, nim nie pochłonęła jej ciemność.
Obudziła się później, gdy jakiś uzdrowiciel leczył jej rany. Randal siedział obok, nie powiedziała dlaczego. Dźwignęła się do siadu i spojrzała na niego marszcząc brwi.
- Po co tu siedzisz? - zapytała wprost, nie wysilając się, by spróbować zrozumieć. Pokonał ją, wygrał, miał powód do świętowania. Zostały im tylko egzaminy pisemne. Dlaczego więc nie wychylał ognistej, zamiast tego siedząc obok.
- Na swój sposób cię polubiłem. - powiedział wzruszając ramionami. - Wygrałem, więc stawiasz kieliszek. - stwierdził rozbrajająco, na co wywróciła oczami. Pozwoliła by pomógł jej wstać. Nie siedzieli długo i nie rozmawiali wiele. Ale wytworzyła się między nimi nić porozumienia.
Ostatni dzień egzaminów nadszedł szybko. Po ostatnich dniach była zmęczona, ale na ten dobry, pozytywny sposób. Egzamin pisemny, z podstawowych dziedzin obywał się na wielkiej sali. Wchodziła do sali ramię w ramię z Randalem, który życzył jej powodzenia. Odpowiedziała mu jedynie skinieniem głowy.
Przez godzinę - a może dwie, po sali rozchodził się jedynie dźwięk skrzypiących po pergaminach piór. Znała odpowiedzi, a przynajmniej zdawało jej się, że wie. Nie wszystkie, jej wiedza nadal pozostawała zakurzona i niepełna, ale miała nadzieję, że była dostatecznie wystarczająca. Nie wyszła wcześniej jak niektórzy - w tym Lupin. Podniosła się dopiero, gdy zabrzmiał ostateczny dźwięk, oznaczający koniec egzaminu. A gdy wyszła za drzwi, dopiero wtedy wzięła głęboki oddech.
- Ej, Tonks. - usłyszała za swoimi plecami, spojrzała za ramię wprost na właściciela znajomego głosu. Ranadal - czemu nadal tutaj był? Skończył przed nią. Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę, czekając na wyjaśnienia. Był zdecydowanie zbyt pewny, za pewny, w jakiś lekko drażniący sposób, a jednak nie drażnił jej. Zarzucił rękę na jej ramiona w przyjacielskim geście. I ruszył ku wyjścia. - I jak, zostaniemy aurorami? - zapytał uśmiechając się. Był wyższy - choć to nie było osiągnięciem.
- Ja tak, co do ciebie mam wątpliwości. - odpowiedziała mu, na co zaśmiał się szczerze. Wyniki miały nadejść dopiero kolejnego dnia.

Znów znajdowała się pod Tower. Wchodziła dokładnie tymi drzwiami co pierwszego dnia i była równie niespokojna. Mimo wrażenia, że poszło jej względnie dobrze obawiała się, że jednak prawda był zupełnie inna.
Randal był już w środku, podeszła do niego będąc pewną, że jeśli tego nie zrobi on sam ruszy w jej kierunku.
- Zastanawiałem się, czy się zjawisz. - zażartował, nie skomentowała jego słów, wywracając oczami, jednocześnie przejęta kolejno wyczytywanymi znikającymi za drzwiami ludźmi. Nikt nie wychodził tą samą drogą, którą wchodził do pomieszczenia. Co znaczyło jedno, a może dwa - albo było drugie wyjście, albo ci co tam wchodzili znikali w niewyjaśnionych okoliczność. W końcu wywołano Lupina i została sama. Oparła się plecami o jedną ze ścian krzyżując ramiona i obserwując jak sala pustoszeje. Z jej nazwiskiem zawsze znajdowała się na końcu, jeśli lista wyczytywana była alfabetycznie.
- Tonks! - w końcu zawołano i ją. Przy długim stole zasiadali aurorzy, trójkę z nich kojarzyła - spotkała się z nimi podczas egzaminu. Siedzący na środku Nash Fancrout miał przed sobą kartkę którą przeglądał. - Krukonka, ratowniczka pogotowia, szybkie reagowanie i łączenie faktów, poprawna dedukcja, empatia - choć to nie zawsze jest pozytywne - wymieniał nie podnosząc wzroków, zimne fakty, nic ponad to. - ukrywanie: beznadziejnie na jeden na jeden, poprawnie w tłumie. Zaawansowana znajomość Obrony Przed Czarną Magią. Biegła Magii Leczniczej, Uroków. - wymieniał dalej, rozbierając jej osobę na części, transmutacja, eliksiry - ledwie przeciętne, zielarstwo, historia magi, astronomia. W końcu odłożył kartkę na bok i splótł ręce przed sobą. - Jak myślisz? - zapytał zawieszając na niej spojrzenie. Zamrugała kompletnie zaskoczona, nie spodziewała się tego pytania. Zmarszczyła brwi i zastanowiła się nad pytaniem. Jak myślała? Naprawdę nie wiedziała.
- Zakładam najgorsze, liczę na najlepsze. - odpowiedziała, starając się brzmieć spokojnie, choć zdenerwowanie wkradło się w jej gest, unosząc dłoń i zakładając włosy za ucho. Fancrout mierzył ją jeszcze chwilę spojrzeniem.
- Do zobaczenia w poniedziałek, panno Tonks. - powiedział jedynie, wskazując dłonią drzwi za sobą. Na jego ustach na krótką chwilę zamigotał uśmiech, gdy Just mrugała lekko zaskoczona, przenosząc spojrzenie na resztę osób siedzących przy stole. Podniosła się nadal zaskoczona. I równie zaskoczona pchnęła za drzwi by wyjść.
Szła przed siebie jeszcze nie wierząc. Ciężka męska dłoń zawiesiła się na jej ramionach, gdy uświadamiała sobie, że Randal czekał. Uniosła na niego spojrzenie nadal oszołomiona.
-  Też ci się udało. - bardziej twierdził niż pytał, chyba był mocniej pewny jej umiejętności niż ona sama - a znał ją dopiero kilka dni. Jego słowa zatańczyły w jej głowie. Udało się, jej, ratowniczce, kobiecie, krukonce. Dostała się na kurs. Osiągnęła jeden cel, jeden do której przygotowywała się od jakiegoś czas. Uśmiechnęła się, po raz pierwszy od dawna tak mocno i szczerze. Niebieskie spojrzenie zawiesiło się na profilu wędrującego obok mężczyzny.
- Widzimy się w poniedziałek, panie Lupin. - powtórzyła słowa Nasha, unosząc dłonie, by zrzucić jego rękę z pleców. - I zabierz tą łapę, waży chyba więcej niż ja. - dodała, odnosząc tylko chwilowy sukces. Jego dłoń już po chwili była z powrotem na swoim miejscu. Wywróciła oczami. Wspólnie opuścili Tower, widząc, że powrócą tutaj by zrobić pierwsze kroki w kierunku nowej drogi.
Trudnej, ale odpowiedniej.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Kieran Rineheart
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f101-hartlake-road-18-1 https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : auror
Wiek : 52
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 18
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Departament Przestrzegania Prawa   18.07.18 16:12

28 VI

Cała czarodziejska społeczność wciąż nie mogła otrząsnąć się z szoku, jaki wywołała niszczycielska siła Szatańskiej Pożogi. Ministerstwo Magii tak łatwo zostało połknięte przez płomienie, całkowicie przez nie strawione. Nikt nie mógł powstrzymać nieokiełznanego żywiołu, właściwie nikt nie próbował. Najbardziej oszołomieni tą tragedią pozostawali jej naoczni świadkowie, którzy ledwo zdołali ujść z życiem. Kieran zbyt dobrze pamiętał bezsilność, z jaką wówczas musiał się zmierzyć. Niewiele brakowało, aby przemienił się w proch. Pamięć o nim przybrałaby już tylko postać nazwiska umieszczonego w Proroku Codziennym na długiej liście ofiar. Umrzeć w płomieniach, nie takiego końca chciał. Niemożność spojrzenia w twarz przeciwnikowi była dla niego czymś niezwykle upadlającym, to pozbawiłoby godności nawet najbardziej zatwardziałego wojownika. Auror powinien zginąć w trakcie zaciętej walki, a nie jako jedna z wielu ofiar straszliwego zamachu na rządową instytucję.
Domek z kart padł. Niestabilna konstrukcja musiała w końcu upaść. Taki wstrząs był potrzebny, skoro wreszcie wielu zdołało przejrzeć na oczy. Konflikt polityczny nie zagrażał już tylko nielicznym, sytuacja eskalowała w sposób niewyobrażalny, a ofiarami stawały się osoby postronne. Ogromnym utrudnieniem dla opinii publicznej było rozmycie kwestii podziału na strony przy całym tym sporze. Wszyscy zdążyli już usłyszeć pogłoski o Lordzie Voldemorcie i jego poplecznikach, również co nieco mówiło się o inicjatywach zwykłych czarodziei chcących na własną rękę badać anomalie, jednak tylko Ministerstwo Magii wydawało oficjalne oświadczenia, których treść często wskazywała na wewnętrzne rozdarcie. Zakon jednak dalej krył się w cieniu, ale to było najrozsądniejsze z możliwych rozwiązań. Przy czym dawni poplecznicy Grindenwalda zamilkli, bo pozbawieni zostali przywódcy.
Reorganizacja ministerialnych struktur była jednym wielkim chaosem. Choć decyzje o ustanowieniu tymczasowych siedzib dla poszczególnych departamentów zapadły szybko, to jednak zrealizowanie postanowień w życie szło topornie. Wilgotne i zatęchłe zbiorowe cele w Tower of London nie stanowiły najlepszego miejsca do pracy. Nic nie mogło zniszczyć ich ponurej aury. Próżno szukać w murach twierdzy motywacji do działania. Kwatera Główna Aurorów tkwiła w pewnym zawieszeniu. Nie było sposobności do rozpoczęcia jakichkolwiek poważniejszych akcji, gdy sama siedziba nie została postawiona na nogi. I tak oto wszystkim z początku polecono taplać się w dokumentach, aby dojść z nim do względnego porządku. Rineheart ledwo powstrzymał się od wykrzyczenia sowitej wiązanki najbardziej wymyślnych bluzg, kiedy otrzymał polecenie wyłowienia spośród masy papierów spraw najpilniejszych, zarazem najlepiej rokujących. Żałował, że nie wszystkie akta spłonęły, choć to o wiele bardziej utrudniłoby działanie Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Ślęczał pochylony nad stosem dokumentacji zgromadzonej w jednej z mniejszych cel.
Usłyszał czyjeś kroki, obiecano mu przecież przysłanie kogoś do pomocy. Spodziewał się jakichś stażystów, tymczasem przy kracie znalazł się nie kto inny jak przeklęty Anthony Skamander. Na jego widok wykrzywił twarz w grymasie, po czym szybko powrócił spojrzeniem do cholernych papierów.
Hopkirk kazał mi wygrzebać ostatnie sprawy, choć nawet nie ma pewności, czy akta po nich się zachowały.
Nie wszystkie dokumenty zostały zgromadzone w jednym miejscu. Prawdopodobnie będzie musiał przytargać tu kolejne stosy świstków. Te wszystkie protokoły, analizy, zgromadzone dowody. Niech to szlag! Jakże nie znosi biurokracji.




When one must fight, he had to do it without hesitation, according to his own nature
Powrót do góry Go down
 

Departament Przestrzegania Prawa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Departament Tajemnic
» "Magiczne Wzory i Napoje" Arseniusa Jiggera [KLASY I-V]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Tower of London-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18