Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Salonik
AutorWiadomość
Salonik [odnośnik]19.05.18 22:33

Salonik

Nie można rozsądzić, czy bałagan panujący w głównym pomieszczeniu jest dziełem obecnej lokatorki, czy pozostał tam jeszcze z czasów wynajmującej mieszkanie staruszki. Z pewnością za to łatwo orzec, że salonik jest urządzony w stylu zdecydowanie staruszkowym – stoi tam kilka kolorowych wazoników ze sztucznymi i ususzonymi kwiatami, na ścianach w ramkach wiszą nudne obrazki i obramowane haftowane serwetki. Punkt centralny stanowi sofa obita różowym materiałem, utrudniająca przejście do regału z książkami. Na półkach nie starczyło miejsca na wszystkie książki, jakich Frances nakupowała w pierwszych miesiącach pobytu na Pokątnej (i nabywała ich wciąż coraz więcej), leżą więc w stosach wszędzie w pokoju – na komódce z ubraniami, stoliku kawowym, a nawet w rogach na podłodze. Przy oknie wychodzącym na podwórko kamienicy stoi wygodny fotel, a przy nim stolik zawalony ścinkami materiałów i szpulkami nici. Maszyna do szycia, mugolska, kupiona za pierwszą wypłatę z teatru, stoi pod stolikiem, nieużywana żałośnie dawno. Salonik jest niewielki, ale przytulny, a stare meble, jakie wstawiła tu staruszeczka nadają mu w połączeniu z tandetnym wystrojem groteskowej elegancji.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]04.06.18 14:27
04.07., badania.

Frances zamykały się oczy, a pióro z trudnością ślizgało po pergaminie, zostawiając tam ledwie widoczne ślady atramentu. Od rana ślęczała nad sprawą, z którą obiecała Cyrusowi pomóc. Po całym jej salonie przechadzała się od książki do książki, by wyczytać z nich wszystko, co mogła znaleźć o zaklęciach wiążących się z ogniem i lodem. Skonsultowała się też z grupą znajomych badaczy magii żywiołów i byłymi nauczycielami, których cenne spostrzeżenia w listach zwrotnych zapełniały cały stół. Korzystając z niezawodnej „Teorii magii” Wafflinga, obiecującej nowości na rynku autorstwa niejakiej Goshawk i wiadomości zebranych od emerytowanego profesora Greya, Frania rozpisywała podstawowe parametry zaklęć w tabelach – skutek i czas działania, potencjał zadawania obrażeń, obejmowany przez nie obszar – by ułatwić sobie dalszą analizę. Uporządkowała je instynktownie według trudności i powagi wyrządzanych przez nie szkód i sporządziła notatki o każdym z nich, posiłkowane opracowaniami i listami. Zaczęła od zaklęć związanych z ogniem, nawet tych najprostszych. Incendio, pospolity czar powodujący niewielkie oparzenia u nieostrożnych użytkowników. Ignitio, bardziej widowiskowe i niebezpieczne zaklęcie. Nie znała się na medycznej terminologii wspominanej w księgach, jakie wertowała, ale pomocne fotografie i ryciny przekonały ją, że odpowiednio rzucone potrafi poważnie zaszkodzić zdrowiu. Do listy dopisała jeszcze Planta Doleto i kilka innych, włączając także wzmianki o zaklęciach należących do dziedziny czarnej magii. Frances robiła co mogła, by omijać akurat tę część wiedzy o naturze magii, choć przez krótką chwilę zastanawiała się, do jakich poszukiwań mógłby skłonić ją nieograniczony wstęp do działu ksiąg zakazanych w bibliotece Hogwartu, gdyby mogła korzystać z niego już teraz. W końcu to czarnomagiczne klątwy czyniły największe spustoszenie i wyrządzały najgorsze krzywdy, eliksir Cyrusa nie będzie w pełni przydatny, jeśli nie zapewni ochrony także przed nimi. Skończywszy przygotowanie teoretyczne, Frances wyszła na podwórko kamienicy, obłożone poprzedniego dnia zaklęciami ochronnymi i wyciszającymi. Dostarczono tam dla niej kukły ćwiczebne, by mogła sporządzić notatkę z samodzielnie zaobserwowanych skutków zbadanych właśnie zaklęć.
Najpierw posyłała z różdżki małe, nieszkodliwe płomyki, które nieśmiało lizały drewniane powierzchnie. Potem za pomocą Ignitio wyczarowała kilka ognistych kul, a na koniec spróbowała rzucić Circo Igni. Gorąco z wyczarowanego przez nią kręgu ognia dosięgało jej nawet, gdy stała w sporym oddaleniu, a musiała się zbliżyć, by dostrzec, co dzieje się z kukłą uwięzioną wewnątrz. Widząc, jak drewniane manekiny opierają się otaczającym je płomieniom, przypomniał jej się czytany dawno wiersz Frosta o niszczącej sile żaru. W świetle wydarzeń z zeszłego tygodnia, zupełnie nie wątpiła w prawdziwość domysłów poety, że świat mógłby doszczętnie skończyć się w ogniu i tym chętniej zgodziła się pomóc Snape’owi w opracowaniu nowego, lepszego eliksiru ochronnego. Słyszała tylko opowieści o pożarze w Ministerstwie, czytając o nim w gazetach przyglądała się zdjęciom Szatańskiej Pożogi, jakie udało się uchwycić reporterom. I znakowi czaszki, zuchwałemu podpisowi siewców terroru. Za nic w świecie nie chciałaby zobaczyć tego na własne oczy, słyszeć krzyków bólu i próśb o pomoc. Odegnała ponure refleksje, przechodząc do próbowania na manekinach zaklęć lodotwórczych. Zaczęła od Caeruleusio, niezbyt trudnego i raczej kapryśnego zaklęcia o natężeniu działania zależnym od talentu czarodzieja. Obserwowała, jak mgiełka dociera do kukły i obejmuje ją, pokrywając warstewką szronu. Potem nadeszła pora na Lamino Glacio, czar o wiele bardziej skomplikowany, wymagający większej wiedzy i skupienia, a dla Frances tym bardziej niepokojący, że rzadko próbowała go używać. Widok sopli rozbijających się z trzaskiem o manekiny i odpryski zostawione przez nie w drewnie mógł tylko inspirować w niej wyobrażenia, co mogłyby zrobić z bardziej plastycznym ludzkim ciałem. Frost ponownie miał rację, że równie dobry lód jest, aby niszczyć, i jest go w bród. Rzuciwszy ostatnie zaklęcia, przesiąknięta zapachem dymu z potraktowanych ogniem manekinów, Frances pod wieczór wróciła do mieszkania, by dokończyć swoje notatki, obserwacje poczynione w części praktycznej ubrać w naukowe słownictwo i podsumować najważniejsze wnioski. O wiele większy, niż się spodziewała, stos kartek podpisała i czym prędzej przesłała Cyrusowi.

+ numerologia IV

zt.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]04.06.18 14:27
The member 'Frances Montgomery' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 75
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salonik Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salonik [odnośnik]17.06.18 17:33
Miałem w głowie jeden wielki mętlik. Bez przerwy myślałem o dyskusji, która wywiązała się podczas spotkania. Na początku wydawało mi się, że to tylko kwestia emocji i po przespanej nocy wszystko wróci do normy. Nic nie wróciło - męczyłem się ze sobą przez cały dzień i kolejną noc i następny dzień... Musiałem koniecznie z kimś o tym porozmawiać i wyrzucić z siebie wszystkie wątpliwości, który nie dawały mi spokojnie żyć. Dołączyłem do Zakonu, bo miałem dość siedzenia z założonymi rękoma. Chciałem działać, przyczyniać się do zmian, walczyć o lepsze jutro! Wszystko brzmiało pięknie, teraz zaczynałem sądzić, że również niewiarygodnie naiwnie.
To znaczy, ja od początku wiedziałem, że nie wchodzę na drogę usłaną różami. Wojna zawsze pozostawała wojną bez względu na stronę po której się stało. Spodziewałem się wyzwań i trudności, szczególnie po misji w Kruczej Wieży, ale nie byłem przygotowany na to co wyszło przedwczoraj na spotkaniu. Pojęcie dobra i zła - nad tym głowił się niejeden filozof zarówno mugolski, jak i czarodziejski. Jak niby miałem dojść do jakiegokolwiek konsensusu skoro im zastanawianie się nad tym zajmowało dziesiątki lat! Znalazłem się w kropce. Potrzebowałem pomocy.
Zapadł zmierzch - coraz mniej ludzi spacerowało po ulicy, zdecydowana większość pouciekała do domów. Ja również siedziałem w swoim mieszkaniu, od ładnych paru minut bezmyślnie mieszając herbatę. Prawdę mówiąc, nawet nie pamiętałem czy w ogóle ją posłodziłem. Powinienem był zbierać się do snu, ale wiedziałem, że nie zasnę. W końcu wstałem i zrobiłem to, co planowałem od rana, a na co jakoś nie mogłem się wcześniej zebrać. Postanowiłem udać się do Frances. Była moim powiernikiem od samego początku. Mieszkała zaraz naprzeciwko, a nasze mieszkania dzieliła jedynie cienka ściana; na upartego moglibyśmy przez nią krzyczeć i też byśmy się dogadali. Częściej niż głosy słyszałem jednak z jej strony niepokojące wybuchy - Frances zapewne słyszała niewiele, bo i rzadko byliśmy z Florence w domu. Tak czy inaczej byłem Merlinowi wdzięczny za taką sąsiadkę. Znowu miałem zamiar ją nawiedzić.
Wyjątkowo tym razem nie byłem do tego taki przekonany. Frances mnie zaskoczyła, opowiadając się po radykalnej stronie Zakonu. Naprawdę nie tego się po niej spodziewałem i chyba dlatego obawiałem się naszej rozmowy. Z jednej strony niesamowicie jej potrzebowałem, z drugiej nie chciałem, żeby zakończyła się kłótnią. W Zakonie było ich wystarczająco dużo, nikt nie potrzebował jeszcze jednej, na pewno nie ja. Niemniej stanąłem pod drzwiami do jej mieszkania i głośno zapukałem. - Frances, musimy porozmawiać - powiedziałem zamiast przywitania i wszedłem do środka zanim zdążyła mnie zaprosić. Mogła się domyślić, że sprawa jest poważna. Zazwyczaj coś ze sobą przynosiłem - tym razem nie zabrałem ze sobą nic, przyszedłem tak jak siedziałem w domu, ubrany w nieeleganckie spodnie, biały T-shirt i granatowe kapcie. Stanąłem na środku niewielkiego saloniku, a Dżuma zaczęła miziać się o moje kostki, jakby w ogóle nie wyczuła napiętej atmosfery. Spojrzałem na Frances i odetchnąłem głęboko zanim powiedziałem coś więcej. - Chodzi o spotkanie.


not a perfect soldier
but a good man

Florean Fortescue
Zawód : bezrobotny
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
OPCM : 34 +2
UROKI : 6 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salonik E89bda95c5344104e5639bbb0172ffa8
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue https://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 https://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t4591-skrytka-bankowa-nr-854 https://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
Re: Salonik [odnośnik]17.06.18 19:06
Było późno. Tak późno, że ewentualność wyjścia na wieczorny spacer została ugaszona jak porzucony niedopałek papierosa przez lenistwo i stos papierów do przejrzenia, jaki czekał na Franię od paru dni. Dopiero niedawno wróciła z księgarni. Panował tam związany z dostawami podręczników obcy i bardzo, bardzo męczący kipisz, dlatego Frances w pierwszej kolejności zapragnęła paść na sofę w salonie i zapaść w sen, choćby półgodzinny. Nie sypiała ostatnio zbyt dobrze. Zamiast piżamy wzięła jednak do ręki pierwszy z arkuszy pergaminu, zawierający program nauczania zaklęć dla pierwszego roku. Przysiadła na różowej sofie, a na kolanach umościła się jej Dżuma.
- Idź sobie. – kiedy usłyszała pukanie, z niemal matczyną czułością spróbowała wygonić kotkę z kolan. Bezskutecznie. – No, idź, cholero jedna. – mniej wyrafinowana perswazja także nie podziałała, więc Frances wstała po prostu, pozwalając, by Dżuma spadła na podłogę, z oburzonym miauknięciem machnęła na nią ogonem i ruszyła jako komitet powitalny do drzwi, za którymi ktoś czekał. Nie umawiała się z nikim, więc przy próbach zgadnięcia, kto przyszedł, miała pięćdziesiąt procent szans na powodzenie – mogła spodziewać się tylko któregoś z najbliższych sąsiadów. Przywykli do swoich odwiedzin bez uprzedzenia, chociaż Frances i jej słabość do słodyczy zdążyła już się przyzwyczaić, że z każdą pozornie nieprzemyślaną wizytą jednego z bliźniąt Fortescue przybywają jakieś ciasteczka albo porcja lodów, albo przynajmniej estetyczne doznanie w postaci kolejnego z ekscentrycznych wyborów modowych Floreana. Tymczasem lodziarz wparował do jej saloniku jakby gonił go co najmniej wygłodniały zwierz, czego mu oczywiście nie wzbraniała, ale nie dało się ukryć, że swoim nastrojem trochę ją zaniepokoił.
- No, już, już, idź do swojego obrońcy. – skrzywiła się do Dżumy. Zwierzę darzyło Fortescue dużym sentymentem; nie przeszedł jeszcze przez próg, a imienniczka zarazy już ocierała się o niego. - Florean, coś się stało? – zapytała go. Znali się już całkiem nieźle. Trzy lata to może nie najdłuższy okres, ale widywali się prawie codziennie, mieszkali niemal drzwi w drzwi; w tej małej części życie było dla nich tym samym. Frania odczuwała zresztą, że Florean i jego siostra należą do ludzi, którzy dają się poznać łatwo i szybko, co bardzo w nich ceniła. Tym bardziej dziwiło ją napięcie czające się w sylwetce sąsiada. Nigdy się tak nie zachowywał.
- Nie usiądziesz? – zwykle czuł się u niej swobodnie. Sam szukał w jej kolekcji książek, nie wstydził się wziąć sobie czegoś do jedzenia lub zrobić herbaty; być może dlatego, że ona – nietaktownie, ale chyba z korzyścią dla ich znajomości – szybko poczuła się jak u siebie w jego domu. Teraz stał jak wryty, jakby nie widział, gdzie co jest. Wreszcie nawiązał do spotkania, a wtedy coś zmieniło się w twarzy Frances. Brakujący element wpadł na swoje miejsce; zebranie Zakonu Feniksa okazało się większym ciężarem, niż myślała. Wciąż nie mogła stwierdzić, czy wyszła z niego podbudowana na duchu, czy ostatecznie dobita.
- Co o spotkaniu? – nie wyczuła od Floreana żadnego ze znanych jej rodzajów rozdrażnienia lub niepokoju. Poczuła ucisk gdzieś w środku podpowiadający jej, z czego chciałaby się zaśmiać, że to, co dręczyło Fortescue było osobistą sprawą.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]17.06.18 20:15
Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki wszystkie przypadki, kiedy z jakiegoś powodu się uniosłem. Starałem się być cierpliwym i wyrozumiałym człowiekiem, stąd tak mała liczba. Wolałem wziąć głęboki wdech, policzyć do dziesięciu i wymusić uśmiech. Byle tylko nie spowodować niepotrzebnego konfliktu lub nie powiedzieć paru słów za dużo których później bym żałował. Podczas nauki w Hogwarcie byłem idealnym przykładem pacyfisty, pełnego pięknych idei i miłości do świata - potem spotkało mnie parę nieprzyjemności, ale i tak starałem się zachować choć parę tych emocji. Mam wrażenie, że wraz z przystąpieniem do Zakonu straciłem ich znaczną część (cóż, do pacyfisty było mi teraz daleko), ale i tak nie żałowałem podjętej decyzji. Plusy przewyższały minusy, przynajmniej tak do tej pory uważałem. Teraz już sam nie byłem niczego pewny. Niemniej, pomimo mojego wewnętrznego zen (a przynajmniej tego, co z niego zostało), reakcja Frances wywołała we mnie irracjonalną złość. Zachowywała się całkiem normalnie, jakby dyskusja podczas ostatniego spotkania wcale nie poruszyła ważnych tematów. Chociaż nie wiem czego się spodziewałem - płaczu, rwania włosów z głowy, głoszenia haseł z samego progu? Nie wiem, chyba jakiegokolwiek znaku, że ten temat nie spłynął po Frances jak po kaczce.
- Nie, ja... Potem - machnąłem ręką, bo nie miałem teraz głowy do posiedzeń na różowej kanapie i picia ciepłej herbaty z równie różowym sokiem malinowym. Za bardzo byłem przejęty złem, cierpieniem i w ogóle tym wszystkim. Wiele osób powiedziałoby zapewne, że podchodzę do tego zbyt emocjonalnie, ale przecież ktoś musi. Inaczej wszyscy dawno by się wymordowali.
Zerknąłem na zadowoloną Dżumę, trochę zazdroszcząc jej tego kociego życia. I tolerancji, która panowała w jej kocim świecie. Doprawdy, żeby zwierzęta zachowywały się bardziej ludzko od samych ludzi. Świat oszalał, a ja nie byłem pewny jaką rolę chcę w nim zagrać.
- Jak to co - zaskoczyło mnie jej pytanie, tak samo jak wypowiedź parę dni temu. Czyli przejęcie zachowań znienawidzonego wroga jej nie przeszkadzało? Nie męczyły ją żadne dylematy, problemy moralne? - Naprawdę uważasz, że to jest w porządku? Naiwne dobro, brudzenie sobie rąk we krwi? - Nawet nie zauważyłem, że cytuję wypowiedzi innych. Samoistnie wyryły mi się w pamięci; za bardzo kłóciły się z moim światopoglądem. Starałem się zrozumieć ich rację, a teraz przyszedłem tylko po to, żeby spokojnie o nich porozmawiać. Nic nie mogłem poradzić na to, że zebrało się we mnie o wiele więcej emocji niż mi się wydawało i musiały znaleźć gdzieś ujście. - Frances, to jest... To jest bardzo poważna sprawa, a mam wrażenie jakby wszystkim zaskakująco łatwo przyszło opowiedzenie się po którejś ze stron - spojrzałem na nią ze smutkiem, bo nie tego spodziewałem się po ostatnim spotkaniu. I po niej, ale chyba sam nie chciałem tego przed sobą do końca przyznać. - Nie wiem jak ty, ale ja nie jestem gotowy na zabijanie ludzi - uniosłem ręce do głowy, bo przecież w głowie to wszystko się nie mieściło. W tym momencie miałem ochotę się zaśmiać z absurdu tej tragicznej sytuacji.


not a perfect soldier
but a good man

Florean Fortescue
Zawód : bezrobotny
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
OPCM : 34 +2
UROKI : 6 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salonik E89bda95c5344104e5639bbb0172ffa8
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue https://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 https://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t4591-skrytka-bankowa-nr-854 https://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
Re: Salonik [odnośnik]17.06.18 21:05
Ideę znacznie łatwiej wytrącić komuś z ręki niż różdżkę. Frances już kilka razy musiała podnosić te, które trzymała blisko serca z podłogi, za każdym razem coraz brudniejsze i bardziej wyświechtane. A mimo to walczyła o nie. Począwszy od szkolnych korytarzy, którymi posyłała zaklęcia za ślizgonami gnębiącymi mugolaków, na przynależności do Zakonu skończywszy.
- Nie, to nie jest w porządku. – Frances zrobiła kilka kroków po okręgu, samą siebie zaskakując dystansem, jaki zachowywała od Floreana. Powinna, chciała porozmawiać z nim o spotkaniu. W samotności, po czasie na przemyślenia. Co z tego, że nie chciała myśleć o tym, co będzie? Odwlekała tę rozmowę, a z nadejściem Floreana stało się jasne, że odbędzie się ona właśnie teraz, bez żadnego przygotowania i bez studzenia emocji, jakie wtedy się pojawiły. – Nic już dawno nie było w porządku.
Zmuszała się do spokoju, wciskała głęboko między ostatki równowagi wszystkie łzy i krzyki, na które miała ochotę, by choć trochę sobie ulżyć. Teraz, w domowym zaciszu, skonfrontowana z tak dziwnym Floreanem, miała o wiele większe trudności z powstrzymaniem się od okazania emocji.
- A jak myślisz, Florean? Rozejrzyj się po tym domu. – westchnęła, choć w jej głosie zabrzmiała nuta wojowniczości, nigdy dotąd nieużywana w rozmowach z nim. – Moje życie to stare meble, sterty podręczników i nadzieja, że kiedyś będę mogła uczyć dzieci czarów. Trzymała mnie przy zdrowych zmysłach, kiedy zostawiłam to wszystko, zostawiłam co kocham najbardziej i żyłam bez magii, bo bałam się o swoje życie. Może niepotrzebnie, dotąd tego nie wiem, ale bałam się, że jeśli wrócę, to ktoś mnie zabije. A kiedy już wróciłam, chciałam tylko uciec do Hogwartu i się tam schować na bardzo długi czas. Ale nigdy, ani razu w ciągu dwudziestu sześciu lat, nie pomyślałam: zabiję kiedyś człowieka. – chciała być dobrym człowiekiem. Nadzieja i miłość były w niej co najmniej tak samo silne, jak przypływy negatywnych uczuć: gniewu albo wstydu. Szybko przywiązywała się do ludzi, co było jednocześnie siłą i słabością. Chciała wierzyć, że darzy nienaruszalnym szacunkiem cały rodzaj ludzki, lecz trudno było objąć zrozumieniem wyrodnych zbrodniarzy. Nie umiała inaczej nazwać odpowiedzialnych za tyle śmierci ludzi.
- Ale nie chodzi mi o to, skąd jestem i co było kiedyś. Czarodzieje są teraz tak samo zagrożeni jak mugole i szlamy. I w moim przypadku twoje wrażenie jest trafne: łatwo mi opowiedzieć się po stronie aktywizmu, bo próbowałam już się ukrywać. Nie jestem na to gotowa, boję się; mdli mnie ze strachu na samą myśl. To, że teoretycznie potrafię, nie znaczy, że chcę rzucić w kogoś nawet Drętwotą. Tym bardziej nie chcę nikogo zabić, zależy mi, żebyś to zrozumiał, ale powiem ci to szczerze: kiedy ktoś będzie chciał wykończyć mnie albo przede wszystkim, kogoś z ludzi, których kocham, nie wiem, co zrobię. I nie wierzę, byś mógł z całą pewnością powiedzieć, że, gdybyś znalazł się w takiej sytuacji, ty wiesz. A jeżeli możesz, to bardzo ci zazdroszczę tej pewności.
Nie zauważyła nawet, gdy z jej ust zaczęła lać się gorycz, którą przecież nie chciała zatruwać Floreana. Nie patrzyła na niego, wbijając wzrok w grzbiety książek, gdyż czuła, że wraz z żółcią w gardle, w oczach wzbierają jej łzy.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]17.06.18 23:52
Czekałem zaskakująco cierpliwie na jej odpowiedź. Potrzebowałem innego spojrzenia na sprawę, by móc skonfrontować swoje opinie. Dławiłem się własnymi myślami, za dużo ich miałem w swojej głowie - musiałem się kilku pozbyć. Czułem, że w przeciwnym wypadku po prostu oszaleję. Cóż, nieczęsto mój światopogląd był wystawiany na tak silną próbę. Dbałem o niego przez tyle lat swojej przeciętnej egzystencji tylko po to, żeby z dnia na dzień go porzucić? Nie byłem na to gotowy, to jakby przestać być sobą. Nie chciałem aż tak się poświęcać - czy to oznaczało, że jestem samolubny?
Wojownicza nuta w głosie Frances trochę mnie zaskoczyła, ale tylko na chwilę, bo i mi udzielił się podobny ton. Założyłem ręce, faktycznie rozglądając się po pomieszczeniu. Za każdym razem zastanawiałem się dlaczego nie zmieniła jeszcze tych okropnych obrazków na ścianie, przecież należały do poprzedniej lokatorki. Mimo wszystko musiałem przyznać, że miały coś z Frani. Tak jak zakurzona maszyna do szycia i sterty książek - każdy kąt tego pomieszczenia nią żył. I nigdy nie opisałby go takim tonem jakiego użyła Frances, nawet te stare meble dodawały mu uroku i dziwnej elegancji. - Dobrze, rozumiem, ale co to ma do rzeczy? - zacząłem swój odstrzał, kiedy tylko Frances zrobiła dłuższą pauzę, czując się coraz bardziej nabuzowany, ale najwidoczniej wcale nie musiałem tego robić, bo kontynuowała swoją wypowiedź. A ja dalej stałem butnie pośrodku pokoju z założonymi rękoma i nie spuszczałem z niej oczu. Zazwyczaj wyjątkowo ciepłych, dzisiaj nieoczekiwanie zimnych jak lód. - Tutaj nie chodzi o ukrywanie się albo chowanie głowy w piasek. Tylko o przekraczanie pewnych granic. Nie przeszkadza ci, że staniemy się równie okrutni co nasi przeciwnicy? Czym będziemy się wtedy od nich różnić? Ideą? Nawet po mugolskiej historii widać, że sama idea nie wystarcza, kiedy wszędzie panuje terror - spuściłem ręce wzdłuż ciała, nieświadomie zaciskając dłonie w pięści. Miałem tego dość. Dlaczego tak niewiele osób zauważało tę różnicę? - Nie wierzę, że zło da się zniszczyć tylko większym złem. Świat wtedy nie miałby sensu. Posunięcie się do takich kroków... Frances, przecież... nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. Torturujesz kogoś albo zabijasz i co? Idziesz zjeść kolacje? Nad tym nie da się przejść do porządku dziennego. Tym bardziej wątpię, żeby dało się tak postąpić wielokrotnie. A jeżeli ktoś jest do tego zdolny... Nie wiem, nie potrafiłbym takiemu człowiekowi zaufać. Bo skąd mogę mieć pewność, że z jakiejś przyczyny nie uzna mojej śmierci za konieczność w drodze do celu? - Zacząłem nerwowo chodzić wokół różowej kanapy, podczas gdy Dżuma rozciągała się zaczepnie na jej oparciu. Odwróciłem wzrok od Frances, będąc zbyt skupionym na własnych słowach. - Nie zabiłbym człowieka - powtórzyłem, kręcąc energicznie głową, jakbym sam chciał się do tego przekonać. Teoretycznie Frances miała rację - ciężko było postawić się w tak trudnej sytuacji, jeszcze trudniej określić na co byłoby się zdolnym. Ja chciałem jednak wierzyć, że nie potrafiłbym nikomu odebrać życia. To była wyższa wartość, którą nikt nie miał prawa zarządzać.
W końcu się zatrzymałem, spoglądając ze złością na Franię, lecz ona odwróciła ode mnie wzrok. - Nie wierzę, że nie masz żadnych wątpliwości. To nie jest normalne - dodałem ciszej i choć wciąż byłem zły, w tym momencie poczułem się przede wszystkim skrzywdzony.


not a perfect soldier
but a good man

Florean Fortescue
Zawód : bezrobotny
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
OPCM : 34 +2
UROKI : 6 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salonik E89bda95c5344104e5639bbb0172ffa8
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue https://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 https://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t4591-skrytka-bankowa-nr-854 https://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
Re: Salonik [odnośnik]18.06.18 17:09
Właśnie dlatego chciała najpierw się uspokoić. Na tak trudny temat nie da się rozmawiać bez emocji, ale zagnieżdżona w nich po spotkaniu podświadoma potrzeba rzucania oskarżeń, ostatnia próba zaprzeczenia okropności czasów, jakie nastały, musiała wyjść na wierzch.
- Nie próbuj mnie osądzać. – przestrzegła go, podnosząc wzrok. – Wiesz, jak to wygląda, kiedy przychodzisz do mojego domu bez zaproszenia i przedstawiasz zawoalowane zarzuty? Stawiasz mnie w sytuacji, w której mam wrażenie, że powinnam ci się tłumaczyć. I się wytłumaczę, chociaż zawsze uważam, że tłumaczą się tylko winni, a nie wiem, co mogłoby mnie zaliczyć do tej kategorii. – zatrzymała się w pół kroku. - - Mówisz nie tylko jakbym dokonała już setki haniebnych czynów, ale jakbyś ty zupełnie mnie nie znał. – a przecież zawsze była wobec niego szczera. Nie kryła niczego, przeciwnie, opowiadała mu o sobie często, mało tego! nieraz prosiła o radę. Jak to możliwe, że człowiek, który tak często i chętnie jej dotąd pomagał, sprawiał teraz, że czuła się jak ostatnia szumowina? Frances nie zamierzała przyjmować do siebie tych uczuć we własnym domu, zwłaszcza, jeśli miały być formą nagany za jej własne przekonania.
- Jak śmiesz robić mi takie aluzje?! – stojąc zachowawczo na drugim końcu pokoju, rzuciła pytaniem w jego stronę jakby ważyło tonę, a ona chciała, by Florean choć trochę się pod nim ugiął. Być może nie zamierzał włączać jej do grona potępianych przez siebie bojowników, ale gdyby chciał tylko teoretyzować – nie nastawiałby się tak wrogo; poczuła się jak jedna z nich. Zabolało ją to, owszem. Przede wszystkim jednak była rozjuszona i poczuła potrzebę się bronić. – Nie wiem, jak można zniszczyć to zło. Nie wiem, co będzie jutro, czy będą kolejne takie zamachy, inne ataki na nas, więc nie wiem też, co zrobię. Próbuję powiedzieć ci, że przecież mam wątpliwości, i to całe mnóstwo. Nie deklarowałam, że użyję na kimkolwiek zaklęć niewybaczalnych. Poparłam tylko decyzję tych, którzy byliby gotowi stanąć do walki, bo to decyzja potrzebna i bardzo odważna. Walka nie musi skończyć się śmiercią, na pewno historia pamięta też momenty inne niż bestialska rzeź. Przekraczanie pewnych granic nie równa się obaleniu ich wszystkich, to nie domino. Przyrównujesz mnie do mordercy za kilka słów? To tylko słowa, a o ile pamiętam, na dodatek nie były wcale obietnicą mordobicia ani upustem dla nieludzkich instynktów. Czyżbyś podejrzewał, że w sobie takie chowam? – głos jej się trząsł, ale płacz już dawno wycofał się z powrotem na tło jej wypowiedzi, osiadając w gardle duszącą gulą. – Wiesz, co do tej pory robiłam dla… – zawiesiła głos, o mały włos nie wypowiedziawszy nazwy Zakonu podniesionym głosem w pokoju nieosłoniętym żadnym zaklęciem. – … sprawy? Wertowałam książki, nic więcej. Żałośnie mało i żałośnie cicho. I ty myślisz, że uważam, że po dokonaniu zbrodni, której nigdy nie zamierzam dokonać, po torturach, do których nie byłabym zdolna, mogłabym żyć normalnie? Pewnie, że nie. Odebrać komuś życie to najgorsze, co można zrobić. Ale nie mówię, że trzeba ich wybić. Osłabić, przestraszyć. Wybadać grunt, podejść jakoś i schwytać. Uwięzić, zaprowadzić sprawiedliwość, kiedy odzyskamy kontrolę nad sytuacją, nie dziki samosąd na miejscu zdarzenia. Musimy zacząć myśleć jak oni, by móc się obronić i próbować ich powstrzymać. Być może będzie to wymagało, że użyjemy niektórych z metod, z jakich oni korzystają, ale wierzę, że nie zabrniemy za daleko i koniec końców zdołamy trzymać się tego, w co wierzymy.
To nie jest normalne., ostatnie zdanie Floreana było siarczystym policzkiem. Brzmiało jak odrzucenie wiary w siłę ich ducha, a nawet w sam fakt jego istnienia. Znieruchomiała i wstrzymała na moment oddech, czując ukłucie żalu, że nie zagrała, gdy był na to czas, wyjątkowo parszywie, wyciągając kartę dobra Florence.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]19.06.18 16:58
Nie chciałem przyjść do Frances z tak nieprzyjemną wizytą i przerzucać się oskarżeniami. Nie taki był mój cel. Potrzebowałem rozmowy, dyskusji, nie kłótni. Okazało się jednak, że drzemie we mnie zbyt dużo emocji i muszę się ich pozbyć. Wykrzyczeć wszystkie żale, usłyszeć krytykę pod swoim adresem, zastanowić się nad tym co aktualnie działo się wokół mnie. Działo się dużo, tak jak wokół każdego Zakonnika, ale chyba nie każdy miał tyle wątpliwości co ja. Jedni byli przekonani, żeby wyjść i na zawsze opuścić Zakon - drudzy wręcz przeciwnie, wiedzieli jak dużo mogą poświęcić. Ja wciąż niebezpiecznie balansowałem na środku, nie mając pojęcia co zrobić. Nie chciałem rezygnować. Już dużo zrobiłem, wkręciłem się w to, chciałem pomóc więcej i bardziej. Tylko może to wcale nie była odpowiednia droga. Może mógłbym pomagać w inny sposób. Nie wiem czy jestem w stanie aż tak się poświęcić, wykrzesać z siebie tyle nienawiści. Na razie gotowałem się w środku, jednocześnie byłem zawiedziony tym wszystkim i po prostu zagubiony.
- Bo powinnaś! - Przerwałem jej, a właściwie mówiłem uniesionym głosem w tym samym czasie co ona. - Chcę wiedzieć co na ten temat myślisz, dlaczego ich poparłaś - kontynuuję, samemu już nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Zamiast zrozumieć i poczuć się lepiej, coraz głębiej wpadałem w tę czarną dziurę rozpaczy. - Może tak jest, Frances. Dotychczas wszystko było łatwe i przyjemne - może wcale nie znaliśmy się tak dobrze jak mogło nam się wydawać. Mieszkamy obok siebie już tyle lat, codziennie się odwiedzamy i opowiadamy sobie ciekawe historie. Jemy lody nugatowe i głaszczemy Dżumę, gnieżdżąc się na tej (niezbyt ładnej, szczerze mówiąc) różowej kanapie. Nasza wspólna egzystencja jeszcze nie była wystawiona na próbę. Każdy z nas miał gorszy dzień, ale nigdy nie był spowodowany czymś takim. Wystarczyło się uśmiechnąć, powiedzieć dobre słowo, być przy sobie. Zaparzyć ciepłą herbatę. Teraz to wyglądało inaczej, sytuacja była bardziej skomplikowana i dlatego też trudniej było ją załagodzić. Nigdy wcześniej nie musieliśmy przechodzić przez coś takiego.
- Ja... - zacząłem niepewnie, robiąc krok w tył, wpadając na postawiony za mną rower. Zatrząsł się lekko, ale nie przewrócił się, natomiast ja poczułem wyrzuty sumienia. Nie trwało to jednak długo. - Nie? Nie byłbym tego taki pewny. Kiedy człowiek zrobi jeden krok dalej, następny już nie wydaje się dla niego taki odległy i drastyczny. Właśnie tego się boję, że to będzie jak domino i pomimo tych wszystkich pięknych zapewnień, z tego wszystkiego rozpęta się piekło - czasem odnosiłem wrażenie, że już teraz zaczyna się rozpętać, ale od ostatniego spotkania obawiam się, że jeszcze nie jest tak źle. Natomiast będzie o wiele, wiele gorzej. - Niektórych metod z jakich oni korzystają? Wszystkie metody, z których korzystają, są straszne. Czy ktoś z nas byłby w stanie hodować inferiusy? Zmuszać strażników do wypijania śmiertelnej trucizny kiedy pojawi się wróg? - Nigdy nie zapomnę o wydarzeniach z Kruczej Wieży. To, co się tam działo, przewyższyło moje najśmielsze oczekiwania. Wtedy uświadomiłem sobie do czego zdolni są ci ludzie i nie chciałem, żebyśmy zachowywali się tak samo. Moim zdaniem to było jak wyzbycie się człowieczeństwa. - Nie, Frances, to by było zaprzeczenie tego, w co wierzymy - powiedziałem, oddychając głęboko, czując jak serce wyrywa mi się z piersi. Zauważyłem skrzywdzenie na twarzy Frani, ale w tym momencie w ogóle mnie to nie obchodziło. Ja też czułem się skrzywdzony i oszukany.


not a perfect soldier
but a good man

Florean Fortescue
Zawód : bezrobotny
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
OPCM : 34 +2
UROKI : 6 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salonik E89bda95c5344104e5639bbb0172ffa8
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue https://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 https://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t4591-skrytka-bankowa-nr-854 https://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
Re: Salonik [odnośnik]19.06.18 19:49
Nie wiedziała, jak cenne są te wszystkie kubki herbaty, pożyczane sobie książki, nawet senne drapanie kota po głowie, kiedy wciskał się między nich na poduszkę leżącą na sofie. Wszystko to po prostu wypełniało jej czas pomiędzy pracą w księgarni a wyjazdem do Hogwartu i dopiero, gdy Florean skonfrontował ją z alternatywną wersją ich znajomości – chłodem i nieufnością, tyleż silną co niespodziewaną – zdała sobie sprawę, ile jest do stracenia. Ta myśl ją spiorunowała, wbiła w stupor, mimo że w środku wciąż ją roznosiło od złości.
- Po co to w ogóle ciągniesz? – wtrąciła się w jego wypowiedź równie bezczelnie, jak on domagał się od niej wyjaśnień. Zniecierpliwiona machnęła ręką, by go uciszyć, a w ferworze zatoczyła ręką zbyt szeroki łuk; aż przewrócił się jeden ze stosików książek balansujący na krawędzi półki. Frances nie usłyszała jednak łomotu ich upadku na dywan. W uszach jej szumiało i mogłaby przysiąc, że słyszy też szaleńcze bicie swojego serca. – Na spotkaniu powiedziałam już, co myślę: nie wystarczy, jeśli będziemy się tylko bronili. Trzeba walczyć z tymi kryminalistami, a ponieważ nikt inny się do tego nie kwapił dotychczas, musimy iść my. Włącznie ze mną, a miałam nadzieję, że i z tobą. Bo warto ratować, to co mamy ze wszystkich sił, póki świat jeszcze stoi. I nie warto dać im się zabić bez walki, bez kontrataku. Nawet jeśli nie dożyję, by pomóc go odbudować, albo przeżyję, ale to, co stanie się w międzyczasie zniszczy mnie w jakiś inny sposób, dla innych zostanie coś dobrego. Nie będę po raz kolejny powtarzać, że mimo gotowości do walki, nie zamierzam sięgać po okrucieństwo. Nic więcej nie mam na swoje usprawiedliwienie.
Kiedy Florean wpadł do jej mieszkania, szczerze się zmartwiła. Funkcjonując dotąd w wygodnym trybie „łatwe i przyjemne”, chciała podążać tym jasno wytyczonym szlakiem. W końcu w ich otoczeniu nie zmieniło się nic, ale niepostrzeżenie atmosfera salonu zepsuła się jak jeszcze nigdy. Spragniona jak zwykle pieszczot Dżuma była jedynym skonfundowanym świadkiem tego, jak wir kłótni wciągał ich oboje, by ich rozdzielić i wyrzucić skrzywdzonymi ludźmi, którzy mają sobie nawzajem za dużo do zarzucenia, by się dogadać.
- Inferiusy? – powtórzyła kpiąco, pozwalając sobie na śmiech. Nie był wesoły; zdawało się natomiast, że kryje się w nim odrobina cynizmu i histerii. – Florean, ja cię bardzo szanuję. Szczerze, chcę żebyś to wiedział, ale odnoszę wrażenie, że głowa ci się przegrzała od emocji. Mnie może nie znasz, ale są w Za… są z nami ludzie, z którymi od lat się przyjaźnisz, z którymi połączyły cię ważne przeżycia, najpiękniejsze i najgorsze chwile w życiu, jestem pewna. I tak bardzo w nich wątpisz, że gotów jesteś odrzucić to wszystko, co o nich wiesz i czekać, aż zaczną parać się czarną magią? Nie wiem, gdzie takie zło widziałeś, jak zrobiło na tobie tak wielkie wrażenie, że teraz wydaje ci się największą na świecie siłą i że nie uda się nam go pokonać, jeśli zbliżymy się do niego. Tylko z bliska można zadać wystarczająco silny cios.
W końcu ruszyła się z miejsca. Ociężałym krokiem, mimo wątpliwości zbliżyła się do Floreana. Była już bardzo zmęczona, zawiedziona, a przede wszystkim – czuła okropną pustkę, towarzyszącą zwykle końcom. Zatrzymała się na krok przed przyjacielem, zajrzała w oczy ciskające pioruny.
- Wybacz mi. – głos miała już spokojny, cichy, ale lodowaty. Patrzyła prosto na Floreana, choć jej wzrok nie opierał się na znajomych rysach jego twarzy; padał gdzieś poza jego osobę. – Nie chciałam wprowadzić cię w błąd. Nie udawałam nikogo próbując się z tobą zaprzyjaźnić, więc zdawało mi się, że dosyć już o mnie wiesz. Ale jeśli nie chcesz spróbować zrozumieć, dlaczego nie zmienię zdania, to słusznie uważasz, że mnie nie znasz. – słowa wypadały z jej ust same, jak konwulsyjne serce bijące ostatkiem sił, gdy nie napędza go już krążąca w żyłach krew. – A w takim razie nie masz tu chyba czego szukać.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]20.06.18 0:00
Zaczynałem czuć, że ciągnięcie tej dyskusji nie ma sensu. Wciąż nie zgadzałem się z jej opinią, a ona nie próbowała zrozumieć mojej. Rzucaliśmy w siebie nawzajem bezpodstawnymi oskarżeniami, wylewaliśmy z siebie litry jadu i cały czas nic nie uległo zmianie. To było naiwne z mojej strony, sądzić, że ta rozmowa coś wniesie. Nic nie wniosła oprócz łez, krzyków i przyspieszonego tętna. - Jak to po co? - Parsknąłem śmiechem, nie zawracając uwagi na przewrócony stos książek. Przeszła mi przez głowę tylko szybka myśl, że zaraz przybiegnie tutaj zaniepokojona Florence - trudno byłoby jej wytłumaczyć co się tutaj właściwie dzieje. - Pewnie, nie poruszajmy takich tematów! Udajmy, że wszystko jest w porządku - dodałem zniecierpliwiony, nie wierząc, że w ogóle muszę to mówić. Czyli byłoby lepiej gdybym po prostu zlekceważył ten temat i wyszedł? Tym bardziej miałem przekorną ochotę tu zostać i mówić jeszcze więcej. Gdybym nie był tak zły, nie poznawałbym siebie. Skrajnie rzadko pozwalałem takim emocjom wyjść na światło dzienne. Przerażały mnie, nie lubiłem tracić nad sobą kontroli, ale w tym momencie po prostu straciłem wszelkie siły. Jej kpiący uśmiech tylko wbił gwóźdź do trumny. Nie była tam, nie widziała tego, nie miała prawa tak reagować. Pokręciłem głową, zaciskając usta w wąską linię. W ogóle nie zrozumiała moich obaw, a nawet jeżeli, otwarcie je zlekceważyła. Nigdy nie powiedziałem, że nie da się czarnej magii pokonać - przeinaczyła moje słowa, ale nie miałem już ochoty ich sprostowywać. Jeżeli wcześniej poczułem się urażony, teraz to uczucie sięgnęło zenitu. Może mój światopogląd był naiwny, ale wciąż uważałem, że słuszny. Wewnątrz zaczynałem się łamać, ale na tamtą chwilę, patrząc w wyjątkowo zimne oczy Frances, byłem tego pewny. Chciałem być tego pewny. Poza tym nie uważałem swoich wątpliwości za wyssane z palca - mogły wydawać się Frances głupie, ale moim zdaniem wcale takie nie były. Miałem jednak nadzieję, że nigdy nie będzie musiała się o tym przekonać. Chciałem się mylić. - To nic, tylko głowa mi się przegrzała - powiedziałem po dłuższej chwili ciszy, po czym wyminąłem ją i wyszedłem z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami. Nie mogłem wrócić do domu w takim stanie, byłem rozdygotany od kłębiących się we mnie emocji. Zbiegłem po schodach na ulicę i po prostu ruszyłem przed siebie, nie zwracając nawet uwagi na to, że wyszedłem w kapciach. Musiałem ochłonąć.

| zt


not a perfect soldier
but a good man

Florean Fortescue
Zawód : bezrobotny
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
OPCM : 34 +2
UROKI : 6 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salonik E89bda95c5344104e5639bbb0172ffa8
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue https://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 https://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t4591-skrytka-bankowa-nr-854 https://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
Re: Salonik [odnośnik]21.06.18 18:40
- Przecież ty mnie w ogóle nie słuchasz! – odwrzasnęła. – Zachowujesz się jak jakiś dzieciak. – ich rozmowa wyglądała od kilku chwil tak, jakby wzniesiono pomiędzy nimi mur, a ich słowa odbijały się od niego nie docierając tam, gdzie miały w zamierzeniu. Frani nie brakowało zacięcia do sprzeczek, wyrobiła je sobie już w szkole, a jej flegmatycznie spokojny ojciec argumentowałby pewnie, że stało się to jeszcze wcześniej, ale kiedy stało się jasne, że nie porozumieją się już, a mogą tylko zakrzyczeć nie uznając racji tego drugiego, opuścił ją duch walki. W końcu naprzeciw nie stał żaden przypadkowy typ, ktoś zupełnie jej obojętny. Na zdaniu Floreana i jego sympatii zależało Frani bardziej, niż kiedykolwiek komuś przyznała; po części sama być może nie była jeszcze świadoma, jak zubożyłoby ją odwrócenie się od jego przyjaźni przez tak niekonkretną, nic niewnoszącą w ich system wartości rozmowę. Frances nie myślała nawet, co kierowało Floreanem, gdy do niej przyszedł, przeczucie, że mógłby potrzebować pomocy, choćby w tak marnej postaci jak siedzenie przy niej na różowej kanapie, jeśli nawiedziło ją, to na bardzo krótką chwilę – wystarczyło jej, że była pewna swego i dopatrzyła się cienia oskarżenia w jego słowach.
- Droga wolna. Nikt cię tu pod imperiusem nie trzyma. – prychnęła, gdy mijał ją w drzwiach. Kopnęła w nie po tym jak je zatrzasnął, jak gdyby poniewczasie postanowiła tym czułym przyjacielskim gestem pożegnać Floreana. Po jego wyjściu, emocje opadły bardzo szybko, a zastąpił je palący wstyd. Nadal czuła się nieco zraniona, zagubiona w ich pierwszym tak zjawiskowym poróżnieniu, ale nie mogła zignorować faktu, że po prostu go od siebie wyrzuciła. Nigdy przedtem nie kazała nikomu zwyczajnie wyjść. No i po co, po kiego grzyba palnęła, że jej nie zna? Wcale tak nie sądziła, co stało się jasne w ciągu zaledwie pierwszych kilku samotnych sekundach. Cisza osiadała z powrotem na starych meblach, a Dżuma, gdy wyczuła, że napięcie spadło, przydreptała do niej, obchodząc jej kostki zgrabnym slalomem.
- Czego szukasz, zarazo? – westchnęła i schyliła się, by podnieść kotkę i choć przez chwilę – zanim chimeryczny zwierz zacznie się jej wyrywać – poczuć fizycznie, że jednak nie jest sama. – Poszedł przecież. Poszedł i dupa.
Najchętniej też by stąd poszła. Ale dokąd? Florean nie będzie chciał pokazać się siostrze taki roztrzęsiony – byłby to pewny sposób na podtrzymanie awanturniczej atmosfery w ich kamienicy. A nie chciała się na niego natknąć gdzieś na środku Pokątnej. Zrezygnowana zmierzyła wzrokiem nieruszony stos szkolnych dokumentów i powlekła się do sypialni, by tam paść na łóżko i jeszcze długo nie zasnąć.

zt
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]09.07.18 0:24
|13.07.

Trzynaście tomów encyklopedii pozostało jedynym stosem książek, dla którego nie znalazło się jeszcze inne miejsce niż środek podłogi, a poza tym – było wcale nieźle. Względny porządek panujący w mieszkanku Frances można było wyjaśnić ślamazarnymi przygotowaniami do wyjazdu do Szkocji pod koniec sierpnia – coraz więcej rzeczy lądowało w kufrach i walizkach, uwalniając zawaloną dotychczas przestrzeń. Od daty w kalendarzu znaczącej nowy początek dzielił ją jeszcze niecały miesiąc, ale w jej domu już tyle zdążyło się zmienić, że odwiedzający ją starzy przyjaciele nieraz zastanawiali się widząc uporządkowane i jakby puste wnętrze, czy trafili pod właściwy adres. Wolno rozpoczynane pakowanie wcale nie denerwowało Frances, a przynajmniej ostatnio zaprzeczała temu zapalczywie, kiedy ktoś zapytał. W rzeczywistości gotował się już w niej jakiś stres w związku z rozpoczęciem pracy w Hogwarcie; przybierał on jednak postać nerwów towarzyszących mniejszym, codziennym sprawom, doprowadzając walczącą każdego dnia o choćby odrobinę więcej opanowania Frances na skraj wytrzymałości. Od rana przetrząsała półki z książkami, by odnaleźć pozycję, o którą poprosił ją mający odwiedzić ją dzisiaj gość. Znalazła ją dopiero po kilku godzinach, ukrytą w cieniu stolika, pod maszyną do szycia. Zirytowana dźwignęła mugolski sprzęt na stół, by wydobyć książkę, a przed odstawieniem go z powrotem na podłogę usłyszała niecierpliwe stukanie ptasiego pazura w szybę. Spodziewając się prenumeraty „Horyzontów Zaklęć”, wpuściła pocztową sowę do środka. W paczce nie znalazła jednak gazety, lecz – czym zdziwiła się nie na żarty – parę elastycznych męskich bokserek w cokolwiek uroczy zwierzęcy wzorek. Czując na karku sapanie doganiającej ją godziny, na którą umówiła się z aurorem, Frania fuknęła zniecierpliwiona i sięgnęła do paczki, by nietrafioną przesyłkę wyrzucić do łazienki lub gdziekolwiek z dala od ludzkiego widoku. A wtedy stało się najgorsze z możliwych – bokserki nie chciały za nic opuścić jej ręki, zupełnie jakby się do niej przykleiły i jednocześnie, na domiar złego, zabrzmiał dzwonek do drzwi. Frances w pierwszym odruchu próbowała oderwać od siebie materiał, szarpała się z ekstrawagancką bielizną ze wszystkich sił, by z jękiem uznać, że skazana jest na porażkę i nie ma już czasu na dalszą walkę.
Bądź listonoszem, błagała przybysza w myślach, zupełnie bez sensu, bo przecież na dowód braku listonoszy w magicznym świecie miała sowę czekającą na opłatę za dostarczenie przesyłki na jej parapecie. Chociaż nie uśmiechało jej się płacić za czyjś niewybredny żart, Frances wrzuciła do sakiewki uwiązanej przy sowiej nóżce knuta i przez cały czas potrząsając nerwowo ręką, by zrzucić z niej wątpliwej jakości prezent, rzuciła się do drzwi, by gość nie czekał na nią godzinami. Niezdolna wymyślić naprędce, co u diabła ma zrobić z niefortunnie przyozdobioną prawą ręką, upodobniła się do kelnera zakładając ramię do tyłu, by było ukryte za jej plecami. Lewą ręką chwyciła klamkę i otworzyła drzwi, by zneutralizować zaklęcia ostrzegawcze pozwoleniem na wejście gościa. Siliła się przy tym na przekonująco swobodny uśmiech i to nie bez potrzeby, bo, jak się obawiała, w progu nie stał oczywiście żaden chcący sowie zrobić konkurencję doręczyciel.
- Panie Skamander, dzień dobry. Proszę wejść. – przywitała się pogodnie z promieniującym powagą i pewnością siebie aurorem, za uśmiechem kryjąc obietnicę wyrządzenia żartownisiowi, który stawiał ją w tym niezręcznym położeniu, jakiejś niezapomnianej krzywdy. Usunęła się w drzwiach, by wpuścić gościa do środka.
Frances Montgomery
Zawód : nauczycielka Zaklęć w Hogwarcie
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Would it be all right
If we just sat and talked for a little while
If in exchange for your time
I give you this smile?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5837-frances-montgomery https://www.morsmordre.net/t6040-listy-do-frani https://www.morsmordre.net/t5906-pani-prawie-profesor https://www.morsmordre.net/f164-pokatna-7-2 https://www.morsmordre.net/t6051-frances-montgomery
Re: Salonik [odnośnik]23.07.18 23:05
Jużjestemprzepraszamzaobsuwę

Dni zlewały się w dziwaczną kawalkadę zdarzeń, wypełniona misjami, zgłoszeniami, pracą, anomaliami i nieustanną bezsennością, odgradzającą go od wytchnienia, które bezskutecznie próbował znaleźć. W działaniu widział jedyną możliwą wartość. Nie umiał, albo nie chciał przystanku, który zmusiłby myśli do zwrócenia uwagi na ból, który wzrastał podstępną zarazą. Dni i noce zlewały się. Różniło je tylko światło, częściej mgliste, migające, chwilami nawet zwodniczo ciągnąc na ścieżkę poszarpaną wspomnieniami. Tam nie mógł już wracać. Nie mógł też sięgać do pogrzebanego uczucia. Tego samego, które pogrążało i popychało do światła.
Kawalkada dni krążyła wokół postawionych zadań, obowiązków i walki, ale i w tym kole wyrwał wieczór. Wydarzenia z poprzedniego miesiąca i feralna misja dosadnie przypomniała mu o brakach, które musiał uzupełnić. Wiedza, którą chłonął w młodości, zatarła się i wypłowiała dając ujście porażce, którą zakończyło się spotkanie w ruinach. Tych samych, które niedawno oczyścili z kuzynem spod władzy anomalii. To, czego podjął się dziś, późnym wieczorem, to początek nauki, czy też powrotu do nauki run. Wiedział, że nigdy nie osiągnie mistrzowskiego poziomu ich pojmowania, ale podstawy powinien znać. Podstawy, których boleśnie zabrakło, gdy tego potrzebował już dwukrotnie. Jak sie okazało, tomiszcze, które wierzył - że posiada - rozpadło się od wilgoci, pogrążone w najniższych pułkach schowka. Znalezienie książki także okazało się wyczynem. Przynajmniej do spotkania Zakonnego i oferty pomocy, jaką otrzymał.
Nie znał dobrze Frances. W pamięci odnajdował fragmenty wspomnień szkolnych, które jednak rozmywały się w rzeczywistości, która rysowała się obco. Skamander, którego mogła znać, był zawadiaką, łobuzem, który płonął ogniem zupełnie innym, niż ten, którym był dziś. Obietnica użyczenia poszukiwanej księgi była wytaczającym powodem dla spotkania. A może była w tym też ciepła aura, światło? które otaczało jasnowłosą kobietę. Naturalna delikatność, chociaż obleczona w oczywistą siłę. Była piękna, musiał jej przyznać. Ale rzeczywistość, w której trwał odrywała go od dawnych pragnień. Samuel nieświadomie, niby zaklęta ćma podążył za blaskiem, które w nim samym mieszało się z cieniem. A może się mylił? Walczył w obronie gasnącego światła, samemu sięgając w mrok. Potrzebował się otrząsnąć. Zbyt długo przebywał z ponurym dźwiękiem własnych myśli.
Zanim zapukał do wskazanych wcześniej drzwi - zdusił papierosowy pet. Wilgotna ziemia pod butem pochłonęła niedopałek, a Samuel odetchną chłodnym powietrzem. Poznaczona bliznami ręka uderzyła w wejście, czekając już tylko na odzew po drugiej stronie. Pospieszne szmery sugerowały obecność właścicielki mieszkania. I zanim oprał się barkiem o framugę, drzwi uchyliły się, odsłaniając wnętrze i samą Frances. Nawyki z pracy były silniejsze i zanim sie odezwał, zlustrował jasne lica kobiety, na których kwitła delikatna czerwień. Zanotował jeszcze drgnienie emocji w jasnych oczach i schowaną za plecy dłoń - dopiero wtedy przekroczył próg - Samuel - poprawił lekko, nie widząc potrzeby rysowania sztucznego dystansu - jeśli oczywiście pozwolisz, Frances - na moment utkwił źrenice w kobiecej twarzy, ale nie zatrzymywał się tam na długo, nie chcąc wywoływać niepotrzebnego zmieszania. Kiedyś, zrobiłby to bez namysłu - Nie przeszkadzam? - pomieszczenie wyglądało dosyć niejednoznacznie. Przynajmniej w kontekście zwyczajowego wystroju mieszkań. Ilość książek wystawionych na widoku, robiła wrażenie.


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 51 +3
UROKI : 29 +2
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Salonik 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Salonik
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach