Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Francille Burke (budowa)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Francille Burke
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t86-wzor-karty-postaci https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Zawód : dama, filantrop, matka
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Talk less

Fools who run their mouths off wind up dead
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Francille Burke (budowa)   31.05.18 19:01


Francille Melpomene Burke zd. Crouch

Data urodzenia: 25 lutego 1926 roku
Nazwisko matki: Parkinson
Miejsce zamieszkania: Durham
Czystość krwi: czysta szlachetna
Status majątkowy: bogata
Zawód: Krytyk literatury
Wzrost: 176 cm
Waga: 60 kg
Kolor włosów: Hebanowe
Kolor oczu: Oliwkowozielone
Znaki szczególne: Spokojne, hipnotyzujące spojrzenie, dumna, nienaganna postawa, bardzo wystawne, najczęściej złote kolczyki


Gdyby zastanowić się nad tym bardziej, nigdy nie miałam tyle czasu wolnego jak teraz. Nigdy nie zdarzyło mi się mieć go aż tyle, aby zacząć zastanawiać się nad swoim życiem, nad przeszłością oraz czy czegokolwiek kiedykolwiek żałowałam. Zawsze czułam, że mam jasno określone cele, standardy, obowiązki. Nie musiałam więc próbować wyciągać z przeszłości wielkich wniosków – moje życie było już góry zaplanowane. Dla rodziców byłam narzędziem o wielu zastosowaniach. Do pogłębiania przyjaźni, do ładnego wyglądania na zdjęciach. Moja matka w czasach młodości była modelką, jedną z piękniejszych czarownic w latach 1922 – 1925. Później pojawiłam się ja. Talia miała wtedy dwadzieścia trzy lata i była żoną znanego (i dużo starszego od niej) polityka, znawcy prawa, Fromonda Croucha. Mając tak bardzo rozpoznawalną, medialną rodzinę nauczyłam się, że uśmiech powinien pojawiać się tylko przed obiektywami aparatów. W innym przypadku jest to zupełnie zbędne.
Nigdy nie bawiłam się z innymi dziećmi. Nie, nie byłam z tego powodu poszkodowana. Po prostu ich nie lubiłam. Czasami zdarzało się, że rodzice zaprosili znajomych, a ci natomiast mieli również swoje potomstwo, w wieku podobnym do mojego. Nawet zapraszana do zabawy i z pozwoleniem od obojga rodziców nie chciałam odchodzić od głównego stołu, przy którym konwersowali dorośli. Nawet gdy nie mogłam się odzywać i musiałam siedzieć z uśmiechem przyklejonym do twarzy, aby się dobrze prezentować, wolałam siedzieć tam niż bawić się dziećmi. I to od kiedy miałam dziesięć lat. Lubiłam towarzystwo dorosłych. Nigdy nie wymagali wiele i pokazywali jak dobrze spełniałam swoją, wtedy, jedyną rolę w tej rodzinie – dobre prezentowanie się wśród ludzi. Słyszałam wiele komplementów – Francille jest taka dobrze wychowana, jest taka grzeczna, ma taką śliczną fryzurę. Byłam dumna. Nawet moje pierwsze oznaki drzemiącej we mnie magii ratowały moje sukienki, gdy się przypadkowo pobrudziły – plamy znikały szybciej niż nieraz zdążyłam je zauważyć. Ale musiałam się wyróżniać, w końcu nie byłam pierworodna... Mam starszego brata. Mój ojciec miał kiedyś inną żonę, jednak ta szybko zmarła. Dlatego ja i mój brat nigdy nie byliśmy do siebie podobni. Była też jeszcze jedna osoba... O której istnieniu dowiedziałam się dużo później, a nawet gdy ją znałam, nie miałam pojęcia, że jesteśmy przyrodnimi siostrami.
Moja matka została skrzywdzona w sposób najgorszy z możliwych. Zdradzona, z widmem bękarciej córki Fromonda na karku. Chociaż bardzo dbała, aby nikt nigdy się nie dowiedział, ta informacja przewijała się wśród ludzi tako plotka, którą każdy zna, ale gdy się kogoś spytano, udawali, że nie wiedzą. Ta dziewczyna była w moim wieku, poznałam ją gdy tylko przekroczyłam progi Hogwartu. Powinnam jej nienawidzić, w końcu ja, podobna do matki, nawet nigdy nie przejawiałam tylu cech podobieństwa do ojca, co ona, posiadająca oczy będące lustrzanym odbiciem jego oczu. Mimo to polubiłam ją. Stała się jedną z bardzo bliskich mi osób, nawet jeśli nasze rozmowy były raczej skąpe. Pomagamy sobie po dziś dzień.
Wydaje mi się, że to moja ambicja pchnęła mnie do domu Węża. Zawsze starałam się, aby wszystko co robię wskazywało na to, że jestem lepsza od innych. Pomimo tego, że nigdy nie odkryłam co jest moim prawdziwym talentem w magii, zawsze próbowałam być o kilka zajęć do przodu. Starałam się, aby wiedzieć jak dokładnie trzymać różdżkę, aby na Historii Magii zawsze znać kilka dodatkowych informacji wcześniej, tylko po to, by zabłysnąć. Teraz wiem, że te ciekawostki nigdy mnie nie interesowały. Oczekiwałam jedynie pochwały, zachwytu, czy zazdrości ze strony rówieśników. Pomagała mi w tym pewna umiejętność – ludzie zawsze z chęcią mnie słuchali, a ja zawsze potrafiłam dobrze ubrać w słowa moje myśli. Sam fakt, że nigdy nie powiedziałam publicznie tego, jak ogromną niechęć wywołują u mnie mugole może o tym świadczyć. Moje prywatne zdanie nigdy nie mogło w jakikolwiek sposób ograniczać mojej osoby w oczach innych ludzi. Czasami to wymagało umiejętności kłamania bez choćby poruszenia jednym mięśniem na twarzy. Nigdy nie miałam z tym problemu.
Hogwart skończyłam z ocenami godnymi rodu Crouch – możliwie najlepszymi, zdobytymi oczywiście metodą zakuj, zapomnij, ale byłam wdzięczna szkole magii za wszystkie podstawowe nauki magiczne, jakie otrzymałam. Szanuję wiedzę każdego nauczyciela, z którym miałam styczność i nigdy nie zdarzyło mi się podważać użyteczności jakiegokolwiek z przedmiotów, choć zawsze uważałam, że lepiej bronić się słowem, niż różdżką.

Uwielbiam literaturę od zawsze. Gatunek nigdy nie był ważny. Czasami naukowy język opowiadał mi o czarodziejach ze starych wieków, a czasami lektura przenosiła mnie w najwspanialsze przygody czarodziejów, którzy nie istnieli. Gdy skończyłam Hogwart nie miałam żadnego planu. Oddałam się całkowicie w ręce rodziców. Czasami, pewni, że jestem dorosła i chcę choć trochę pokierować swoją karierą, zadawali mi pytania, co chciałabym robić. Wtedy też odpowiadałam, że czytać. Po krótkim stażu w Proroku Codziennym, zdobytym oczywiście dzięki znajomościom mojego ojca, zaczęłam pisać recenzje książek. Najpierw wyłącznie dla Proroka, później również dla innych gazet wydawanych w Wielkiej Brytanii.
Jeszcze jako młoda absolwentka Szkoły Magii udałam się na swój pierwszy sabat, później zaś - bal. Zawsze prezentowałam się jak najbardziej olśniewająco, aby w towarzystwie rodziny wyglądać zjawiskowo. Próbowałam choć trochę przyćmić mojego brata, którego widywałam tylko podczas takich wydarzeń. Był ode mnie dużo starszy, więc gdy dorastałam w siedzibie Crouchów, nie pojawiał się często w domu, zajęty pracą. Zdarzało się nieraz, że również nasza rodzina organizowała bale. Pieczę nad tym sprawowała moja babcia w duecie z mamą. Zawsze wychodziły perfekcyjnie, a ja z zaangażowaniem je obserwowałam. Po kilku takich wydarzeniach również zaczęłam pomagać... Zostałam do tego łatwo dopuszczona. Byłam ulubienicą babci.
Gdy usłyszałam o inicjatywie pewnej starszej ode mnie dziennikarki, jako doświadczona w tym temacie osoba, zgłosiłam się do pomocy. Dzięki sławie nazwiska Crouch oraz wielu gościach, którzy przyszli wyłącznie ze względu na osoby, które zawsze pojawiłyby się ze względu na mnie i moją rodzinę bal charytatywny niezbyt znanej dziennikarki okazał się ogromnym sukcesem, a mnie nakierował na pewne tory. Na zajęcie, dzięki któremu ojciec był ze mnie  dumny.
Jeden sukces zawsze ciągnie następny. Nim zauważyłam, moje wieczory zajmowały lektury, zaś popołudnia zajmowanie się znajdowaniem odpowiednich ludzi na odpowiednie miejsca, aby organizować coraz to większe bale charytatywne. Współpracowałam z coraz bardziej znanymi magicznymi artystami. Gdy nie dawałam rady przekonać ich reklamą i dobrym słowem, wtedy w ruch szedł argument, który zawsze działał... Pieniądze.
Tego nigdy mi nie brakowało. Nie wyobrażałam sobie życia, w którym zabrakłoby mi galeonów na moje podstawowe potrzeby, do czego zawsze wliczałam chociaż podstawowe dbanie o urodę, komfortowe podróże i czy też wnętrza. Zawsze gdzieś z tyłu głowy wiedziałam – odpowiednio dużym woreczkiem galeonów można było kupić wszystko. Taka jest natura ludzi... Łatwiej było zdobyć wierność w taki sposób.
Odwiedzając różne miejsca już w dorosłym życiu zdarzyło mi się odkryć, że naprawdę nie powinnam nigdy przebywać blisko świń. Zdarzył mi się z tego powodu niezwykle nieprzyjemny incydent. Niewiele niestety z niego pamiętam – zemdlałam.



Od zawsze wiedziałam, że czeka mnie małżeństwo z wyboru rodziny, nie próbowałam więc nawet wtrącać nosa w ten temat, pozostawiając go w całości rodzicom. Zostałam obiecana mężczyźnie z rodu Burke. Choć wiedziałam, że mój ojciec ma przyjaciela w tej rodzinie, a Crouch'owie mają z nimi bardzo dobre relacje, nieco mnie to ugodziło. Mężczyzna ten w końcu daleki był od wyobrażenia księcia z bajki. Za to był zamieszany w produkcję narkotyków i intensywnie interesował się czarną magią. Choć znałam go już od dawna z widzenia oraz zostaliśmy sobie przedstawieni, nasze oficjalne zaręczyny raczej ubogie były w rozmowy. Dowiedziałam się, że nie był chętny na małżeństwo, a w dodatku niezbyt chętnie przebywał w swoim domu. Nie pozostawało mi wiele – musiałam to zaakceptować, ale nie miałam zamiaru tracić siebie samej dla wstąpienia do innego rodu. Po ślubie kontynuowałam to, co wychodziło mi najlepiej – dbanie o reputację i obracanie się w towarzystwie, co bardzo nie odpowiadało mojemu mężowi, gdy nieraz musiał pojawić się tam w moim towarzystwie. Byliśmy zainteresowani kompletnie innymi wartościami. Moją całą siłą była moja pozycja wśród ludzi, zaś on – zamykał się na nich, zachowywał się jakby nie był sobą, gdy musi zadbać o swój wizerunek w oczach innych. Nie dogadywaliśmy się w niemal żadnej kwestii... Poza jedną – musieliśmy mieć dzieci. Z tego właśnie powodu urodziły się bliźniaczki.
Gdy dziewczynki pojawiły się na świecie, we mnie pojawiło się coś zupełnie nowego. Troska, której nigdy dotąd nie czułam. Sama starałam się poświęcać dziewczynkom jak najwięcej czasu, pozwalając jedynie na pomoc teściowej oraz mojej matki. Oszalałam na punkcie moich dzieci i stałam się okazywać im tyle uwagi ile tylko mogłam. Właśnie przez to na trochę zawiesiłam moją działalność charytatywną, tym bardziej, gdy dziewczynki podrosły, mój powrót był tym bardziej spektakularny, choć niedługi. Gdy bliźniaczki skończyły cztery lata, na świat przyszedł mój syn. Dziedzic naszego nazwiska, kolejny klejnot w mojej rodzinie, o który dbałam z całych sił.
Zaczęłam coraz bardziej odsuwać się od zajęć, które wcześniej zajmowały mnie ciągle. Całe dnie poświęcałam moim dzieciom, ponieważ po drugim porodzie zwyczajnie przestałam widzieć sens w wyjeżdżaniu z Durham i zapuściłam w nim silne korzenie. Czasem jedynie wyjeżdżałam do matki, na krótkie wakacje czy odwiedziny i zawsze zabierałam ze sobą całą trójkę. Nadal mam z nią wspaniały kontakt, jest mi bardzo bliska. Mój mąż natomiast zaczął pojawiać się częściej w domu. Przez lata małżeństwa nabraliśmy do siebie zaufania i czasem nawet nie mijaliśmy się obojętnie na korytarzach, choć w swoim towarzystwie często milczeliśmy, zajęci swoimi myślami. Czasem jedynie zdarza mi się poprawić jego niechlujnie rozczochrane włosy, choć na początku nie spróbowałabym go nawet dotknąć.
Choć nie pamiętam już czasu, kiedy płakałam ostatnim razem, teraz zdarza mi się to coraz częściej. Towarzyszy temu poczucie pustki i bezsilności. Staram się, aby nigdy nikt nie dostrzegł, że coś takiego ma miejsce. Magi psychiatra stwierdził, że musi to być przedłużająca się depresja poporodowa. Dni wydają się takie same, wszystkie szare, a jedynym blaskiem kolorów są moje dzieci. Trójka najcudowniejszych istot obecnych w moim życiu. Z taką myślą zasypiam każdego dnia, czasami tylko zastanawiąc się czy kiedyś znów uznam, że z innego powodu będę chciała wstawać z łóżka.  




Patronus: Dokładniejszy opis patronusa: dlaczego przyjmuje postać akurat takiego zwierzęcia i jakie przywołuje wówczas wspomnienie


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 0 Brak
Zaklęcia i uroki: 0 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 0 Brak
Zwinność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Dodatkowy językI lub II1 lub 2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościI, II, III lub IV2, 10, 25 lub 40
Nazwa  biegłościI, II, III lub IV2, 10, 25 lub 40
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościzależnezależne
Nazwa  biegłościzależnezależne
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościI, II lub III½, 1, 3, 7, 10 lub 25
Nazwa  biegłościI, II lub III½, 1, 3, 7, 10 lub 25
AktywnośćWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościI, II lub III1, 7, 25
Nazwa  biegłościI, II lub III1, 7, 25
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (jasnowidz, półwila, wilkołak lub brak)-0
Reszta: 0

Wyposażenie

WYPISZ po przecinku rzeczy (zwierzęta, inne) zakupione w sklepiku MG



Powrót do góry Go down
 

Francille Burke (budowa)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Quentin Burke
» Rasy Smoków
» BUDOWA.
» Fenne [BUDOWA]
» Salem Darklyn (budowa)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty porzucone-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18