Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ernest Prang

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ernie Prang
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t6139-ernest-prang https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Szybki i umiarkowanie wściekły
25
Półkrwi
Kawaler
My name is Ernie Prang, and I am the fastest man alive...
0
0
0
0
0
0
-
-
Czarodziej

PisanieTemat: Ernest Prang   05.06.18 21:20


Ernest Amadeus Prang

Data urodzenia: 02.02.1931
Nazwisko matki: Prince
Miejsce zamieszkania: Śmiertelny Nokturn
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: ubogi
Zawód: kierowca Błędnego Rycerza
Wzrost: 179 cm
Waga: 71 kg
Kolor włosów: brązowe
Kolor oczu: ciemno niebieskie
Znaki szczególne: przyjemny dla ucha głos; pieprzyki zdobiące prawy policzek; beztroski uśmiech znaczący usta; szalony błysk w oku, gdy siada za kółkiem; blizny po przypalaniu papierosami na lewym ramieniu; kilka szram na plecach; ładne dłonie; włosy wiecznie muśnięte wiatrem



Lubiono mawiać, iż największym problemem dla Erniego Pranga jest zliczenie wszystkich obłoków na niebie oraz znalezienie wystarczająco wygodnego miejsca, by mógł uciąć sobie drzemkę. Sam Ernie Prang był zdania, iż jego główną bolączką był ojciec nieszczędzący własnej rodzinie razów, ale nie mógł mieć co do tego całkowitej pewności, więc wolał się nie kłócić, przyjmując wszelkie rewelacje dotyczące własnej osoby zwyczajowym wzruszeniem ramion. Bo taki był, raczej bezkonfliktowy i nader beztroski, o figlarnym uśmiechu oraz ujmującym sposobie bycia. A, że czasem zdarzało przyjść mu do szkoły z podbitym okiem, siniakami znaczącymi złotawą od słońca skórę, czy kulejąc — cóż, brano to za przejaw jego żywiołowości i skłonności do dziecięcych psot. Jego matka zwykła uśmiechać się wtedy smutno, mierzwić czule brązowe kosmyki jaśniejące latem niemalże do ciemnego blondu, mrucząc niemal niesłyszalne słowa przeprosin. Mój mąż nigdy nie wrócił z wojny — szeptała czasem, tuląc do piersi trzęsącego się Erna i ssącą kciuk, starszą o dwa lata siostrę. Najstarszy z rodzeństwa Prangów w milczeniu wycierał krew lejącą się z nosa, stojąc na straży drzwi prowadzących do niewielkiej izby, gdzie zazwyczaj się tłoczyli. Może i coś w tym było, może faktycznie Julius Prang nigdy nie opuścił pola bitwy, na zawsze uwięziony w szponach pierwszej wojny światowej. Zamiast niego przybyło coś, nadto agresywne, całkiem kapryśne i wyjątkowo przebiegłe. To nie był mężczyzna gotowy wyznawać miłość raz po raz swej wybrance przy dźwiękach muzyki, zachwycać się, iż oto czarownica — najprawdziwsza czarownica! — zdecydowała związać się z mugolem, takim jak on. Ern sądził, że to nie był nawet człowiek, jednak jak wyżej — nie mógł mieć pewności, więc zaciskał zęby, bądź przygryzał policzek, kiedy skórzany pas ze świstem przecinał powietrze. A przecinał nader często, bo zawsze coś było nie tak.
Bo Ernest zawsze był nie tak.



Jego bycie nie tak zapoczątkowały narodziny, które przyjął z milczeniem oraz sennym mruganiem ciemnoniebieskimi ślepiami. Kontynuowane było poprzez szybki rozwój motoryczny oraz objawienie się magii w wieku czterech lat, kiedy to zmienił unoszące się bańki mydlane w różnokolorowe piórka. Matka przyjęła to z dumą, ojciec zaś z rosnącą znikąd pogardą przeplataną ze swoistym zadowoleniem. Czasem lubił przypominać sobie, że jest osobą niezwykłą, skoro zdołał usidlić wiedźmę. Czasem też lubił stać z butlą benzyny nad swym małżeńskim łożem i zastanawiać się, czy kariera inkwizytora nie pasowałaby mu lepiej niźli emerytowanego żołnierza. Dlaczego pani Prang pozwoliła sobie odebrać różdżkę i zostać popychadłem dla tak podłej istoty — nie wiedział nikt. Dlaczego nie uciekła do rodziny, zabierając ze sobą dzieci? Tego nie wiedziała chyba nawet ona sama, chociaż mógł mieć na to wpływ fakt, iż nie licząc Ernesta, reszta jej dzieci okazała się być pozbawiona talentu do czarów. I tak oto Ernie kontynuował bycie nie tak, wdając się w bójki, które zwykł przegrywać i nie płakać przy tym ni razu. Nie krzywiąc się nawet odrobinkę, gdy ojciec niezbyt delikatnie ścinał mu włosy niemalże na zero, bo były nadto niechlujne tylko po to, by następnego dnia dostać w skórę za to, że niesforne kosmyki odrosły. Aż wreszcie jego bycie nie tak uświetniła sowa w jedenaste urodziny, uroczyście głosząc, iż został przyjęty do szkoły magii i czarodziejstwa. Świętowali wtedy z mamą w tajemnicy, przy garści porzeczek oraz małym kieliszku słodkiej brandy pana Pranga. Na pokątną dostał się dzięki uprzejmości bliskiej znajomej matki, jak i ona zrodzonej po magicznej stronie Londynu, niegodzącej się na odcięcie więzów, tylko dlatego, iż niegdyś panna Prince zdecydowała się wyjść za bufona — całą trójką odwiedzili bank Gringotta (bo okazało się, iż skrytka rodzicielki wciąż była całkiem przyzwoicie zapełniona), zdobyli wszelkie niezbędne podręczniki, aż wreszcie w ręce Erniego wpadła różdżka, którą niemal od razu chciał oddać matce. Ta nie tylko odmówiła mu, ale i swej przyjaciółce, nie chcąc, by ta przeklęła w żaden sposób jej męża. Pewne sprawy trzeba pozostawić losowi — stwierdziła wtedy, śmiejąc się smutno. Zgodziła się natomiast, by część wakacji Ernest w nadchodzących latach mógł spędzać u swej nowej cioci, nie musząc się kryć oraz obawiać własnych zdolności. I wtedy, dokładnie wtedy Ern uznał, że może bycie nie tak nie jest znowu takie złe. Ba, wydawało się całkiem w porządku.



Kiedy Hogwart witał go w swych progach, jego starszego brata nie było już pośród nich. Czy udał się na wojnę, czy po prostu zwiał, mając dosyć apodyktycznego ojca oraz bezczynnej matki — nikt w niewielkiej wiosce pod Londynem, o dziwo nie wnikał. Spojrzenia mieszkańców wolały skupiać się bardziej na dziewczynce Prangów, której coraz częściej chłopcy próbowali zajrzeć pod spódnicę, a Ernest nie mógł nawet im rozkwasić za to nosów, będąc zupełnie gdzie indziej. Myśli o rodzinie uciekały prędko z głowy dzieciaka, gdy tylko przyszło zmierzyć mu się z pierwszym wyzwaniem — przydzieleniem do odpowiedniego domu. Tak, wiedział już o nich wcześniej, zdołał nawet zabłysnąć pod tym względem podczas podróży pociągiem, zdobywając tym samym całkiem miłe grono słuchaczy. Bo chociaż krewnych miał kiepskich, tak usposobienie nader charyzmatyczne i pozyskanie znajomości nie wydawało się mu znowu takie trudne. Tiara wahała się krótko, a może długo, a może i całą wieczność — czas płynął nader dziwnie, kiedy kilkadziesiąt par oczu wlepiało w ciebie ciekawskie spojrzenia. Gryffindor walczył zaciekle ze Slytherinem, aż w końcu to dom węża okazał się zwycięzcą. Nie było może to miejsce idealne dla kogoś zrodzonego z ojca mugola, ale beztroskie podejście do sprawy raz jeszcze objawiło się z całą swą mocą, nakazując zignorować ten fakt i płynąć z prądem. Szkoła nie była aż tak wielkim wyzwaniem, jak się spodziewał — jasne, już na pierwszym roku zabito pierwszoklasistkę, którą zdarzyło mu się okazyjnie mijać, zaczęto nagminnie otwierać jakieś dziwne komnaty, zupełnie tak jakby klasa na siódmym piętrze nie była wystarczająco sekretna. Ale ogólnie rzecz biorąc, wyzwania nie było. Nie przeżywał każdego dnia, nie brał do serca nawet najdrobniejszego wydarzenia. Ludzie byli różni, lecz z jakiegoś powodu sami garnęli się do młodego Pranga, ujęci jego niefrasobliwością oraz brakiem wiedzy, kim naprawdę był jego ojciec. Odznaczał się wyjątkowym talentem do obrony przed czarną magią, zaklęciami, a nawet i transmutacją, całej reszty ucząc się raczej po łebkach, tak by zaliczyć na przyzwoitym poziomie. Z czasem dołączył do klubu pojedynków, zdobył aż trzy dziewczyny (jedną, bo mu kazała. Drugą nawet lubił, a z trzecią to w sumie przegrał zakład, więc co mu tam) oraz zaproszono go do Klubu Ślimaka.
Niesamowite pasmo sukcesów, nieprawdaż?



Lata mijały w pozornej beztrosce, podczas której Ernestowa siostra zaciążyła i uciekła z wybrankiem do USA, przysyłając raz na kilka miesięcy pocztówkę na znak, że żyje i względnie jej dobrze. Od brata nie słyszał nic, matka zaś marniała w oczach, niezmiennie jednak witając syna z rozpostartymi ramionami, gotowa tulić go jakby wciąż był jej małym chłopcem. Julius ograniczał się wtedy do szturchania, w ramach jakże czułego powitania, niezbyt zadowolony, iż wszelkie magiczne przedmioty należące do syna są składowane u jakiejś obcej baby. Zupełnie tak, jakby własnemu ojcu nie ufał. No podłość i hańba po prostu. Wakacje spędzał częściowo z matką, starając się wyciągać ją z domu jak najczęściej, drugą część u cioteczki, chłonąc całym sobą atmosferę magii, której nigdy nie miał dość. Może właśnie przez życie na tak dziwnym pograniczu, do końca swych szkolnych dni nie mógł jednoznacznie opowiedzieć się, po której stronie stoi, jeśli chodziło o wojnę czystości krwi. Nie miał nic przeciwko mugolakom, ale też pomagać im jako tako nie pomagał — no, chyba że za pomoc liczyły się te momenty, w których nakazywał przestać się im bawić i rozejść się w pokoju, tuż przed tym, zanim nadciągnął nauczyciel, grożąc utratą punktów. To było sprytne, nawet i podstępne — wkraść się w łaski szlam, jednocześnie działając na korzyść domu. Chyba dlatego reszta ślizgonów nie zdecydowała się posłać go do wszystkich diabłów. Dorosłość zbliżała się wielkimi krokami, a przyszłość nakazywała zwrócić na siebie uwagę i Ernie, jak reszta chłopców w jego wieku, zapragnął zostać aurorem. Albo nie! Szanowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii! Nie, nie, nie! Bycie badaczem też brzmiało super, nieważne że zielarstwo i ONMS szło mu tak, że mu nie szło. Miał tysiące planów i wszystkie te tysiące planów zostały zapomniane równie szybko, gdy ciotka przysłała mu list — jego matka umarła na zapalenie płuc.



Pochowano ją w miękkiej majowej ziemi, z różdżką trzymaną w zastygłych rękach — walczył o nią do krwi i złamanego żebra, po raz pierwszy unosząc pięść na własnego ojca. Chociaż kazał jej żyć jak zwykłemu mugolowi, spocząć powinna jako czarownica, otulona w spłowiałe, niegdyś przepiękne szaty. Tego chciał dla niej Ernie i do tego doprowadził, jednocześnie pakując swoje rzeczy, zabierając do ciotki magiczne księgi posiadane przez rodzicielkę, kilka jej płyt, gramofon oraz zakurzoną gitarę, umierającą w zapomnieniu na strychu. Od rodziny Prince'ów dostał starego puchacza, jako wyraz szacunku — zwierzę podobno do matuli niegdyś należało. Do Hogwartu wrócił dwa dni po pogrzebie, zdając potem egzaminy poprawnie, acz już bez pasji drzemiącej w sercu. W zasadzie Prang pogrążył się w pewnej stagnacji, nie widząc żadnego sensu we wcześniej obieranych zawodach. Po szkole wyniósł się na Nokturn, wynajmując ciasną klitkę, oddając się marazmowi oraz muzyce, wygrywanej na gitarze. Oszczędności się kończyły, sens nadal nie został odnaleziony pośród słów naprawdę kiepskich tekstów tworzonych przez mężczyznę — bo już nie chłopca, bez niej przestał być chłopcem — piosenek i tylko ślepy traf sprawił, że po roku nie umarł z głodu, czy też nie zarobił kosy pod żebra. Ślepym trafem okazał się Harold Shunpike, kierowca Błędnego Rycerza szumnie ogłaszający się w Proroku Codziennym. Szukał niegłupiego konduktora o żelaznym żołądku, a te warunki Ernest spełniał z marszu. Zajęło mu niemal dwa lata przekonanie Harolda, żeby nauczył go prowadzić i kolejny rok, żeby pozwolił mu kierować autobusem samemu. Będąc za kierownicą, czuł, że wreszcie żyje. Uwielbiał ten pęd, uwielbiał wrzask pasażerów, kiedy jakaś skrzynka pocztowa musiała przed nim uskoczyć. Nie dziwne więc, iż wreszcie, gdy Shunpike przechodził na emeryturę, mógł ogłosić się z dumą pełnoprawnym kierowcą Błędnego Rycerza. Oraz postrachem wszelkich szos, bo pod wodą nie kursują.



Świat pogrąża się w coraz to mroczniejszych barwach, których nawet najradośniejsza muzyka wygrywana w zaciszu Nokturnowej klitki, nie jest w stanie ozdobić kolorytem. Anomalie wstrząsają magicznym społeczeństwem, mugole oraz mugolacy coraz częściej muszą obracać się przez ramię, w obawie przed najgorszym. Jednak należało dzielnie przeciwstawić się wszelkim nieprzyjemnościom, wziąć głęboki oddech i po prostu żyć dalej. W czym niezmiennie pomagał Ernie Prang, mknąc przez kraj nieprzerwanie, z szaleństwem w oczach i przedziwnej skłonności w próbie wjeżdżania w obiekty, w które stanowczo nie powinno się wjeżdżać. Niesie radość, pewność, iż spóźnienie nigdy nikomu grozić nie będzie oraz mdłości, bo czasem daje za bardzo po gazie. I jest dobrze, może nadal nie tak, ale to też było nawet w porządku. W końcu jakoś przetrwał. I co więcej!
Ani razu nie przejechał żadnej babci. W sumie nikogo jeszcze nie przejechał.




Patronus: Mawiają, iż wrony są zwiastunami nieszczęścia, kaprysów losu, nadchodzących zmian, wojny, a nawet i śmierci. Służą jako posłańcy zaświatów, gotowi nieść nowinę wyrwaną spomiędzy ust poległych. Ernie lubi sobie wyobrażać, że właśnie dlatego jego patronus obrał postać tak ponurego ptaka — że jego matka nie zapomniała o nim nawet w krainie zmarłych i do teraz stara się roztaczać nad nim opiekę. By go przywołać, skupia się na wspomnieniach wspólnie spędzonych chwil, tych tchnących ciepłem oraz poczuciem zrozumienia.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 20 +2 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 12 +3 (różdżka)
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 3 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 4 Brak
Zwinność: 4 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
RetorykaII10
KłamstwoII10
Zręczne ręceI2
Ukrywanie sięI2
SpostrzegawczośćI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Jasny umysłII5
MugoloznawstwoII20
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
ŚpiewII3
GotowanieI½
Gra na gitarzeIII10
Muzyka (wiedza)II3
Literatura (tworzenie poezji)I½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI1
Taniec współczesnyI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (brak)-0
Reszta: 0

Wyposażenie

Prawo jazdy, różdżka, sowa



[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Ernie Prang dnia 15.06.18 21:18, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Ernie Prang
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t6139-ernest-prang https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Szybki i umiarkowanie wściekły
25
Półkrwi
Kawaler
My name is Ernie Prang, and I am the fastest man alive...
0
0
0
0
0
0
-
-
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ernest Prang   15.06.18 17:27

Podbijam! :party:
O, Wielki Morsie! Miej w opiece tego, kto będzie to sprawdzał


Powrót do góry Go down
 

Ernest Prang

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18