Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Lasy wokół zamku
AutorWiadomość
Lasy wokół zamku [odnośnik]06.06.18 22:01
First topic message reminder :

Lasy wokół zamku

Lasy zajmują szczególne miejsce w sercach pobliskich mieszkańców; dzięki ich bliskości czują się w pewien sposób chronieni, trudno by im było się odnaleźć bez świadomości, że ich drzewiaści przyjaciele pozostają na wyciągnięcie ręki. Choć przestrzenie są bardzo rozległe, nietrudno tu odnaleźć swoją drogę. Niejedna ścieżka przecina te okolice, prowadząc zagubionych podróżnych od polan, niewielkich strumieni aż pod sam Lancaster Castle. Wśród pni znajdują się zarówno wiekowe okazy jak i te nieco młodsze, gdzieniegdzie wskazówki z patyczków i chorągiewek wskazują na skarby zakopane przez latorośle Ollivanderów. Jeśli się wie, gdzie szukać, można tu odnaleźć najróżniejsze okazy flory jak i natknąć się na ciekawskie stworzenia. Las pozostaje oazą spokoju, miejscem, w którym można zebrać swoje myśli jak i wybrać się na konną przejażdżkę.


[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Lasy wokół zamku - Page 16 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]28.02.19 0:10
Herbata w filiżance powoli się kończyła, w sam raz na ostateczne podsumowanie konkurencji - okazało się bowiem, że tylko jednej parze udało się rozwiązać zagadkę, tym samym czyniąc ją ostatnią. Ollivander podniósł się z fotela, zauważywszy, jak tabliczka Charlene i Samuela maleje, choć już wcześniej przysłuchiwał się rozmowom finałowych par, doszukując się w rozumowaniach właściwych torów.
- Wygląda na to, że wszystko wiemy - Dante podsumował krótko, rozglądając się po zebranych. - Na początku chcę serdecznie podziękować wam wszystkim za udział. Mam szczerą nadzieję, że mimo później pory, uroki naszych lasów uczyniły tę małą wyprawę przyjemną. Pióra*, których mieliście okazję użyć, są dla was - niech stanowią namacalną pamiątkę zaślubin - wskazał, obdarowując tym samym każdego uczestnika zabawy.
- Jako zwycięzcom gratulacje należą się lady oraz lordowi Abbottom, do końca nie pozwalającym sobie na najmniejsze potknięcie - oznajmił oficjalnie, lekko skłaniając się przed zwycięską parą, unosząc jednocześnie swój cudaczny kapelusz. - Za tak zgrabny krok ku wygranej otrzymacie rzeźbę, której forma jest oczywiście waszym wyborem** - oznajmił.
- Jeśli macie ochotę spędzić jeszcze trochę czasu w tym zacisznym zakątku, nic nie stoi na przeszkodzie - jeśli nie, zabawa czeka! - zwrócił się do wszystkich, pozostawiając im decyzję.

* pióra są czarne i mają złote zdobienia - są to motywy roślinne, zmieniające się wraz z porami roku, ukazując co w czasie realnym dzieje się z danym gatunkiem rośliny. Obrazują też siłę wiatru - jeśli na zewnątrz panuje zawierucha, roślina będzie przez nią targana, jeśli jest spokojnie, pozostanie niemal nieruchoma. Aktualnie zdobienia przedstawiają dębowe gałęzie, niedługo opadną z nich liście - jesienią będą one krążyć po powierzchni pióra, stopniowo zanikając; zimą gałęzie pozostaną ogołocone, lecz po nadejściu nowego roku powoli (w tempie świata roślin) zaczną zmieniać się w inną roślinę (dowolną, do wyboru - może inne drzewo, może krokus, może marchewka), która będzie trwała na piórze kolejny rok. Poza magicznymi zdobieniami są to zwykłe pióra, oczywiście niedające żadnych bonusów.

** - rzeźba może być upamiętnieniem, mieć formę użytkową - co sobie wymarzycie! Możecie dać mi znać, na co się decydujecie, zanim wspomnicie o tym w dalszych fabułach.

| dziękuję wszystkim za piękną rozgrywkę, zwłaszcza że była przecinana opóźnieniami, za które jeszcze raz przepraszam, za aktualne zwłaszcza - musiałam zdać :c

| zt dla wszystkich, chyba że ktoś ma ochotę napisać posta kończącego


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Lasy wokół zamku - Page 16 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]28.02.19 1:49
Wszystko się teraz zmieniało i również Charlie była świadoma pewnej kruchości tego, co otaczało ich na co dzień, a także tego, że nadciągająca rzeczywistość może zmienić również ich samych, zmuszając do rzeczy, na które nie zdecydowaliby się, gdyby wszystko działało tak jak powinno, gdyby ich świat wyglądał tak, jak jeszcze rok temu. Wtedy o tej porze jej głównym zmartwieniem był rozwój zawodowy i naukowy, snuła w głowie plany tego, czego zacznie się uczyć najpierw, by być jeszcze lepszym alchemikiem. Teraz także myślała dużo o nauce i poszerzaniu horyzontów, ale nie tyle w kontekście własnego rozwoju i hobby, a większego dobra i pomagania innym. Obawiała się też tego, co przyniesie przyszłość, i że ten dzień faktycznie mógł być jednym z ostatnich tak beztroskich i przyjemnych, ale miała nadzieję, że nie.
- Oczywiście – przytaknęła; Charlie była jedną z ostatnich osób, które można by posądzić o generalizowanie i wrzucanie wszystkich do jednego worka na podstawie tego, jak zachowywała się część danej grupy. Ollivanderowie, Prewettowie i kilka innych rodzin byli przykładem na to, że można było być szlachetnie urodzonym i jednocześnie szanować innych i nieść dobroć. Nie wszyscy byli źli, tak samo jak nie wszyscy mugolacy i mugole byli dobrzy. Nie oddzielała się grubą kreską, ale pamiętała swoje miejsce w świecie i wiedziała, że na salonach zawsze pozostanie obcym elementem. Każdy miał do spełnienia swoją rolę, dla każdego było przewidziane jakieś miejsce w świecie.
Tak czy inaczej do samego końca oboje zaciekle walczyli, mierząc się z zagadkami związanymi ze sztuką, choć tabliczka wciąż z upodobaniem podsyłała im łamigłówki dotyczące literatury, szczęśliwie dla Charlie, która o tej dziedzinie miała przynajmniej jakieś pojęcie i nie czuła zupełnej pustki w głowie.
Nie wtrącała się w wymianę zdań między Samuelem i Abbottami; najwyraźniej znał ich lepiej, ona kojarzyła tylko mężczyznę ze spotkań Zakonu, kobiety nie znała. Nie miałaby więc dość pewności siebie na podobne odzywki, nie będące zresztą w jej stylu. W skupieniu pochylała się nad zagadką, choć ostatnia była bez wątpienia trudniejsza od poprzednich, więc zastanawiała się nad nią dłużej, pozwalając Samuelowi udzielić odpowiedzi.
Zostali tylko oni i Abbottowie, wszystko miało rozstrzygnąć się już teraz, ale to ich tabliczka zniknęła, co znaczyło, że zwycięstwo należało do szlacheckiej pary. Charlie pogratulowała im szczerze, nie odczuwając ani grama zazdrości, akceptując to, że zwyciężyli lepsi. Z uśmiechem przyjęła przepiękne, magicznie zdobione pióro.
- Jest naprawdę piękne – ucieszyła się, po czym spojrzała na Samuela. – Dziękuję ci za mile spędzony czas, cieszę się, że mi towarzyszyłeś – zwróciła się do niego ciepło. Rzadko mieli okazję przebywać razem, oboje byli zajęci pracą i jeśli się widywali, to głównie w sprawach związanych z Zakonem, więc miło było spędzić czas w zupełnie innych okolicznościach.
Nawet nie zauważyła, kiedy ten czas mijał, ale chyba musiała powoli zbierać się do opuszczenia tego miejsca, jeśli chciała dziś zdążyć wrócić do siebie. Pożegnała się z Samem i z innymi znajomymi osobami, pokręciła się jeszcze trochę po terenie wesela, po czym złapała najbliższy świstoklik powrotny.
Ten dzień mogła uznać za udany i mile spędzony.

| zt.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]21.03.20 21:25
3.05

Maj rozpoczynał się pięknie. Las pachniał życiem, przebudziwszy się po srogiej zimie i anomaliach. Ptaki śpiewały, rośliny kwitły, a wilkołacze zmysły odbierały to wszystko intensywniej niż ludzkie. Michael wylądował na środku polany i zsiadł z miotły, rozglądając się wkoło. Dawno nie był w lesie... tak po prostu, jako człowiek. Bez zbierania ubrań, bez oglądania się przez ramię, bez zmuszania się do każdego kroku by paść ze zmęczenia podczas powrotu do domu. Teraz, po południu, las był piękny - choć nocą i o świcie kojarzył mu się z grozą.
Na terenach Ollivanderów był pierwszy raz od bardzo dawna, przenigdy nie zapuściłby się tutaj jako wilkołak. Przesunął wzrokiem po drzewach, które wydawały się jakieś dostojniejsze, szczęśliwsze niż w innych częściach Anglii. Odruchowo musnął palcami różdzkę, wykonaną przez lordów Lancashire. Potem utkwił spojrzenie w leśnej ścieżce, wyczekując jej.
List przeszył go mieszanką zdumienia, ekscytacji i nostalgii. Ile się nie widzieli, trzy lata? Cztery? Znajomość ze szlachcianką pochlebiała mu kiedyś, niewinny flirt wydawał się wyzwaniem, każde spotkanie było zagadką. Oboje znali wtedy ograniczenia wynikające ze statusu własnej krwi, ale zarazem pozostawali daleko od polityki. Ollivanderowie byli neutralni, skupieni na różdżkarstwie. Kto by pomyślał, że Ulyssess zostanie członkiem Zakonu? Michael unikał zaś tematów politycznych, przyznawania się przed sobą i innymi do mugolskiej krwi, niemagiczny świat traktował z mieszanką wstydu (że tak łatwo z niego zrezygnował) i obojętności. Skupiony na karierze aurora nie szukał żony ani partnerki, ani nawet przygód (tych miał pod dostatkiem...). Szukał piękna, które na Festiwalu Lata znalazł w uśmiechu Naenii.
Wyjeżdżając do Norwegii, zrezygnował z niej bez zbytniego żalu, a przynajmniej tak sobie to tłumaczył. Każde z nich musiało kroczyć własną ścieżką. Czy lady Ollivander była już zaręczona, tak jak powinna?
Szkoda tylko, że własną ścieżkę wyobrażał sobie zgoła inaczej. Pewnie powinien dyplomatycznie odrzucić zaproszenie Naenii, ale promugolska polityka jej rodu i działalność Ulyssessa zachęcały do pojawienia się w Lancashire... a własne bezrobocie kusiło, by na poważnie rozważyć jej propozycję. Chata w Mickleham była niewiele warta i choć finalizował właśnie jej pośpieszną sprzedaż, to jego konto w Gringottcie zaczynało świecić pustkami.
Wyprostował się i odruchowo przeczesał włosy dłonią, mając nadzieję, że nie widać po nim upływu lat i odcisku wilczego piętna.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 08.06.20 9:00, w całości zmieniany 1 raz
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Lasy wokół zamku - Page 16 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]05.04.20 19:21
Ich domowy skrzat, Iskierka, podała jej płaszcz w kolorze ciemnej, łagodnej zieleni. Koloru, który w głębi miał spokój. Gdy przeglądała się w lustrze, wyglądał idealnie. W końcu został skrócony tak jak prosiła, podobnie jak wszystkie jej suknie. Na salonach uchodziła za damę nowoczesną, gdyż nosiła się w sukniach, w których z łatwością można było dostrzec jej obuwie, zrezygnowała też z obszernej halki. Wszystko to wyłącznie z powodu wygody, jej stopa częściej niż innych dam, stawała na leśnych ścieżkach. U boku guwernantki, kuzynki, brata czy ojca. Ollivanderowie mieli swoją silną więź z lasem i nie można było ich tak po prostu od niego oderwać. Przez lata od wyjawienia tajemnicy, którą dostali od entów, nabrali zupełnie nowych nawyków, poruszając się między salonami, a lasami. Odnajdowali spokój w melodii wiatru, jednak nie mogli odpuścić sobie tego zupełnie niepotrzebnego przepychu całej szlachty. Naenia nie rozumiała zupełnie jak cioteczka radziła sobie w domu rodziny Nott, pośród lwów kanapowych. Ona by nigdy tak nie potrafiła.
Kroczyła powoli, u jej boku zaś niezmiennie pojawiała się Lorette. Guwernantka nie rozmawiała z młodą lady podczas jej spacerów, wiedziała, że Naenia woli oddawać się swoim myślom w takich momentach. Kiedy starsza z kobiet dostrzegła Michaela, chciała zatrzymać lady, jednak ta spokojnym gestem odprawiła jej troskę i dała znak, by utrzymała się na takiej odległości, by móc ich obserwować, jednak nie wtrącać się w rozmowę. Sama zaś ruszyła w stronę przyjaciela. Dotknął go znak czasu, jednak nie odebrał mu uroku. Podeszła powolnym krokiem, spoglądając na mężczyznę pewnie, jednak bez cienia wywyższania się. Nie czuła wobec niego negatywnych emocji - po prostu patrzyła na niego. Takim jakim był, tutaj i teraz, nie oceniając, jednak obserwując każdy szczegół z kobiecą łagodnością.
Dorosła od ich ostatniego spotkania. Dłonie nadal miała bardziej szorstkie niż u każdej innej pięknej damy, jednak w jej ruchach brakowało tej delikatności młodego dziewczęcia. Teraz była świadomą kobietą o łabędziej szyi, w misternie ułożonym, ciasno spiętym koku, patrzącą głębokimi jak odległa morska toń oczami na mężczyznę. Na jego twarzy było kilka nowych zmarszczek, wydawał się przez to mądrzejszy. - Michaelu. - Głos był delikatny, miał w sobie coś ze śpiewu ptaków. - Powiększyły Ci się zakola. - Jej wzrok łypnął tylko delikatnie w stronę, w której zapewne mogłaby dostrzec Lorette, gdyby tylko nie odwróciła się od niej zupełnie plecami. Miała ochotę dotknąć tych zupełnie nowych włosów, poprawić tak, by zobaczyć wszystkie zmiany. Upływ czasu jest pięknem. Ludzi nie dotyka tak jak rzeźb. - Mój brat wyraził dużo akceptacji, gdy usłyszał, że chciałabym się z Tobą spotkać. Czy udało Ci się poznać osobiście Ulyssesa?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]08.06.20 20:17
Serce drgnęło mu w odruchu stresu, a może zaskoczenia, gdy Naenia pojawiła się na polanie. Lady Ollivander onieśmielała go już kilka lat temu, jako młodziutka dziewczyna, a co dopiero teraz. Była inna od znanych mu kobiet, a nawet od znanych mu arystokratek. Wytworna jak dama i spokojna jak tafla jeziora i szum koron drzew... ale pod fasadą opanowania widział pewność siebie, pewną dzikość, oraz odwagę. Wydawało mu się, że przy Naenii wszyscy chcą być lepszą i łagodniejszą wersją siebie, ale że ona sama nie poddaje się urokowi, który roztacza, mącąc czasem konwenanse. W końcu dlaczego pocałowała go na Festiwalu Lata, dlaczego wezwała go teraz do Lancaster i czy lord Ollivander cokolwiek o tym wiedział?
Czy ona wiedziała w jakim towarzystwie bywa teraz jej brat, jak niebezpiecznej sprawie się poświęcił? Czy to dlatego wiedziała o jego kłopotach i chciała pomóc, czy to jej wymysł?
Omiótł dziewczynę - nie, już kobietę! - uważnym spojrzeniem, lecz trudno było mu oprzeć się wrażeniu, że to ona przenika go wzrokiem, a nie on ją.
-Lady Ollivander. - skłonił się lekko, a na usta cisnęło mu się Naenio. Miała piękne imię - melodyjne i śpiewne, jak ona.
Zdziwiła go (czy to, że Naenia nieustannie zaskakiwała, powinno go w ogóle jeszcze dziwić?) odniesieniem do zakoli, przełamującym oficjalną atmosferę. Przez moment wydał się nieco zakłopotany, ale zaraz wygiął usta w rozbawionym uśmiechu.
-Widać już tylko jedno z nas jest w kwiecie wieku. - odparł. Jeśli nie potrafił należycie skomplementować Naenii słowem, to nadrabiał spojrzeniem.
Pytanie o Ulyssessa jeszcze bardziej wybiło go z rytmu. Poznał go, owszem - na spotkaniu Zakonu, o którym nie mógł nic powiedzieć. Decyzja i wiedza należały tutaj do Ulyssesa, do Gwardii. Pamiętał własną frustrację, gdy dowiedział się, jak długo Justine i Gabriel działali w tajnym stowarzyszeniu, ale... prawdę mówiąc, byłoby mu raźniej, gdyby Naenia nie była w nic zamieszana.
-Moja siostra wybierała niedawno różdżkę u lorda Ulyssessa. - odpowiedział więc dyplomatycznie, tak aby nie uciec się do żadnego kłamstwa.
-Jak się miewasz, milady? - dodał szybko, przypatrując się Naenii z mieszanką troski i ciekawości. Miał nadzieję, że Lancashire było odpowiednio odizolowane od londyńskiej zawieruchy, ale czy gdziekolwiek było jeszcze bezpiecznie? -I w czym mogę pomóc?


staram się, ale savoir-vivre 0 :c


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Lasy wokół zamku - Page 16 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]03.08.20 23:11
Powiedzenie jej bratu o incydencie byłoby wysoce niefrasobliwe. W incydentach właśnie o to chodziło - by pozostawały tajemnicą, zamkniętą jedynie w dwóch sercach, które powinny być możliwie daleko od siebie. Bo nie chodziło o relację, która przetrwa całe życie, pełna konwenansów natura Ollivanderów nie pozwalała na to, by pewne sprawy ujrzały światło dzienne. Jednak byli inni. Na pewno nie postrzegano ich jak Nottów, Rosierów czy Lestrange'ów. Nie byli salonowymi lwami, a spokojnymi cieniami chowającymi się w koronach drzew. Ale obowiązywały ich zasady, tak jak wszystkich ludzi obowiązywała grawitacja - jeśli postarasz się wzlecieć za wysoko, nie na tyle, na ile pozwala Ci świat, upadniesz. I upadek będzie bolesny.
Nie chciała go urazić, skądże, ale czuła, że mogła sobie pozwolić na taką delikatną uwagę. Upływ czasu go zmienił, jak wszystko dookoła. Michael właśnie przeżywał swoje lato, nawet jeśli czuł na karku chłodny jesienny wiatr. Lubiła widok jego twarzy - gdy lekko wykrzywiał ją w niepewnym uśmiechu, sprawiając, że skóra wokół oczu marszczyła się w dawno już wyznaczone koleiny, świadczące tylko o tym, że musiał często się uśmiechać. Lub krzywić z bólu. Znając go lepiej mogła powiedzieć, że zapewne była to kombinacja tych dwóch.
- Muszę wtrącić, że choć w części twe słowa są prawdziwe, ich wydźwięk jest zły. Mnie jeszcze czeka rozkwit, ale to Ty jesteś w swoim najlepszym czasie. Czy śmiejesz się już więcej niż kiedyś? Nie dopadło Cię zimno północy?
Przechyliła głowę w bok. Wyczuła w jego słowach coś innego niż chwilę temu. Była pewna, że siostra Michaela jest starsza od niej.  - Zgubiła swoją różdżkę? Okropna strata. A zniszczenie to prawdziwa tragedia. Niezwykle jej współczuję. - Zapewne wiedział już, że Ollivanderowie traktują utratę różdżki niemal jak utratę ręki.
- Moje życie nie należy do skomplikowanych. Choć przyznaję, że w tej chwili trapi mnie kilka kwestii, nie przywykłam jednak zostawiać rozwiązań własnych niesnasek na później. Dlatego pozwoliłam sobie napisać Ci list. - Przyznała. Odwróciła się na chwilę do guwernantki, Lorette i kiwnęła do niej głową porozumiewawczo. - Przejdźmy się.
Choć w jej głosie nie było słychać rozkazu, nie było również wyczuwalne, że jest to propozycja. Zwłaszcza, że zaraz po tych słowach Naenia ruszyła szeroką ścieżką w stronę lasu. Tak, by mogli wsłuchać się w muzykę wiatru. - Nie wspominałam Ci nigdy o tej kwestii - nie widziałam takiej potrzeby gdy nastało nasze pierwsze spotkanie. Otóż ma krew przyniosła mi trudną przypadłość. Zostałam dotknięta Klątwą Ondyny. A w czasie ostatnich zmian, mój brat, Ulysses, podobnie jak rodzice, są nieprzychylni, bym tylko w obecności Lorette opuszczała zamek. Zakładam, że nie słyszałeś o objawach choroby. Brak świeżego powietrza nie wpływa najszczęśliwiej na mój oddech. Niestety nawet całe dnie w ogrodzie nie dają oczekiwanego działania, ostatnio złapał mnie bezdech senny. Zaproponowałam więc mej rodzinie, bym mogła spacerować w towarzystwie osoby odpowiednio wyszkolonej w obronie. A któż byłby lepszy niż auror.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]15.08.20 21:44
Uśmiech na moment spełzł z jego ust w reakcji na słowa lady Ollivander. Nie, żeby sprawiły mu przykrość - zareagował raczej na własne zaskoczenie. Naenia nie widziała go tyle czasu, nie wiedziała nic o obecnym zamieszaniu w jego życiu. A jednak - tak jak przed laty - potrafiła go zadziwić swoją kobiecą intuicją, bezpośrednią przenikliwością, dziwnie trafnymi słowami. Czy to artystyczna dusza, metafizyczny dar, czy kobieca wrażliwość i spostrzegawczość pozwalały jej ocierać się o niewypowiedziane prawdy? Nie wiedział, co było zresztą istotą jej czaru. Już na Festiwalu Lata zdawała się przejrzeć go na wylot, choć nie wiedział jak dokładnie. Wtedy wydawało się mu to fascynujące i pociągające, a teraz... chyba też. Choć miał więcej sekretów i nie chciał pozwalać już sobie na chłopięce fascynacje. Tym bardziej, że słowa Naenii przywołały wspomnienia jego norweskich pomyłek.
Uśmiechnął się znowu, by okazać, że nie jest urażony (bo nie był) ani speszony (nawet jeśli był). Tym razem uśmiech był jednak jakiś smutny.
-Obawiam się, że obecny chłód w Anglii potrafi być zimniejszy niż norweskiej zimy. - odpowiedział cicho, ubierając wojnę w metaforę pogody. Pomimo dramatycznego końca i traumy, która będzie mu towarzyszyć zawsze... przez pierwsze miesiące był przecież w Norwegii szczęśliwy. Objął dowodzenie nad trójką aurorów, codziennie pracował w terenie, na wpół świadomie rozkochał w sobie współpracowniczkę, a noce spędzał w ciepłych barach w Oslo lub przed gorącym kominkiem. Aż do feralnego spotkania z wilkołakiem był bezpieczny, bezpieczniejszy niż w Wielkiej Brytanii. Chyba był szczęśliwy, choć nieco zbyt arogancki i pusty. Może właśnie tamta zima była latem jego życia - latem, które przegapił?
Ale czy śmiał się teraz więcej? Na ogół nie, ale na jego ustach zamigotał weselszy uśmiech na wspomnienie niedawnego sparingu z Justine i Vincentem.
-Może? Więcej czasu spędzam z rodziną, z nimi nie sposób się nie śmiać. - odparł uprzejmie, nie chcąc roztaczać posępnego nastroju przy młodej damie.
-Prawdę mówiąc, nie rozmawiałem z Justine o jej różdżce. - uświadomił sobie nagle, nieco zakłopotany natychmiatowym współczuciem Naenii, kontrastującym z brakiem jego empatii. Bardziej przejmowałem się tym, że straciła nogę.
-Nadal zajmujesz się różdżkarstwem, milady? - pośpiesznie i z autentyczną ciekawością zmienił temat, doskonale pamiętając o zainteresowaniach Naenii. To chyba nie była tradycyjna praca dla kobiet, ale Michael pracował z kobietami aurorkami i nie wątpił w to, że nabrawszy wprawy i doświadczenia Naenia z powodzeniem mogłaby tworzyć różdżki tak świetne, jak jej brat.
Posłusznie ruszył za Naenią, podziwiając zarazem las - piękny i spokojny. Zwykle lasy kojarzyły mu się z niepewnością i dzikością pełni księżyca. Ten był inny, zwłaszcza w tak doborowym towarzystwie.
Nie spodziewał się ani tematu choroby ani późniejszej propozycji. Podniósł na Naenię autentycznie zdumione i zatroskane spojrzenie.
-Przykro mi. - powiedział cicho, szczerze. Czytał o chorobach nękających arystokrację, a choć sam był okazem zdrowia to wiedział jak boli życie z chroniczną przypadłością. Kolejne słowa powinny mile podłechtać jego dumę, ale Mike patrzył tylko na Naenię jakoś bardzo smutno, nie wiedząc do końca jak być uczciwym wobec młodej lady i zarazem nie zgnieść w zarodku jej nadziei. O tak, zasługiwała na spacery i ochroniarza. Jednak może nie na takiego.
-Zaszczyca mnie zaufanie i w normalnych okolicznościach przyjąłbym propozycję bez wahania. - rozpoczął. Byłby w stanie ochronić lady Ollivander przed każdym wilkiem, niedźwiedziem, czy przybłędą. Tyle, że...
-Nie jestem jednak... pewien, czy w obecnych okolicznościach jestem odpowiednim towarzystwem, milady. Moja rodzina i ja sam mamy ostatnio... zbyt wielu wrogów. I choć jestem ostrożny i zauważyłbym gdyby ktoś mnie śledził, to i tak nie chciałbym, aby to moja bytność w Lancashire mogła kogokolwiek narażać. - wyrzucił z siebie w końcu.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Lasy wokół zamku - Page 16 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]05.10.21 13:44
| 08.02?

Tego dnia nie czuła się najlepiej, więc po obiedzie, którego i tak nie dała rady zjeść zbyt wiele, udała się na popołudniową drzemkę do swoich komnat. Od kilku dni wiedziała już, że znowu była brzemienna, i zrzucała swoje samopoczucie właśnie na karb odmiennego stanu. Choć z jednej strony bardzo się cieszyła (w końcu zawsze marzyła o tym, żeby mieć dużo dzieci), z drugiej była pełna obaw odnośnie tego, że kolejny potomek miał pojawić się na świecie w tak niespokojnych i niestabilnych czasach. Anomalie, które spędzały jej sen z powiek po narodzinach bliźniąt się skończyły, ale na świat wcale nie powrócił spokój. I choć wielu rzeczy o wydarzeniach w świecie nie wiedziała, i tak czuła pewien lęk o przyszłość swoją i swoich dzieci. Chciała, żeby ich dzieciństwo było równie wspaniałe i spokojne jak jej własne, by dorastały w dostatku i poczuciu bezpieczeństwa. Pragnęła wychować je w odpowiednich tradycjach, by w przyszłości godnie przedłużyły ciągłość rodu.
Starała się zrelaksować, nie myśleć tyle o niepokojach, ani o tym, że obiady ostatnimi czasy były dość skromne jak na szlacheckie standardy i że nie wiadomo było, co to będzie dalej. Przymknęła jasnozielone oczy, przed tym zdążywszy jeszcze dostrzec ostatnie pasma czerwonawego zachodzącego słońca, które rzucały rozmigotane cienie na jasne ściany komnat. I nagle, kiedy zasypiała na wygodnej kanapie otulona miękkim kocem… Hep!
Upadek na coś zimnego i mokrego brutalnie wyrwał ją z miękkiego kokonu senności. Cressie momentalnie otworzyła oczy i rozbudziła się, zdając sobie sprawę, że już nie była w swoich komnatach. Leżała na śniegu, w jakimś lesie, który powoli pogrążał się w zmroku, choć nad gałęziami mogła jeszcze dostrzec fragmenty nieba zabarwionego zachodem słońca. Skąd się tu wzięła? I co to w ogóle był za las? Nie rozumiała, co się stało, bo przecież jeszcze chwilę temu spokojnie zapadała w drzemkę na kanapie, w zaciszu swoich komnat, a teraz… była zupełnie gdzie indziej. I była ubrana nieodpowiednio do warunków, miała na sobie skromną suknię, którą zwykła nosić w domowym zaciszu wtedy, kiedy akurat nie podejmowała żadnych gości przy których wypadało pokazać się w strojniejszym wydaniu, a także koc, który najwyraźniej teleportował się wraz z nią. Na stópkach miała jednak tylko pończoszki, buciki zostały obok kanapy, więc podnosząc się chwiejnie od razu poczuła dokuczliwy ziąb. Nie miała płaszcza, nie miała butów, w dodatku nie wiedziała nawet, gdzie jest, choć rozglądając się dookoła mogła przysiąc, że kiedyś już musiała tu być. Las wyglądał znajomo, choć miała wrażenie, że nie były to okolice posiadłości Fawleyów, ani nie jej rodzinne Charnwood. Lasy Charnwood poznałaby przecież od razu! Tak czy inaczej była nieźle wystraszona i spanikowana, choć domyślała się, co musiało jej się przytrafić. Czkawka teleportacyjna, to musiało być właśnie to, bo co innego mogłoby ją przenieść w takie miejsce bez udziału jej woli?
Wokół nie było widać żywej duszy ani żadnych zabudowań, więc zaczęła rozglądać się za jakimiś ptakami, które mogłaby zapytać o swoje położenie, a drobna dłoń odruchowo przesunęła się wzdłuż boku, szukając w sukni kieszeni, gdzie zwykła trzymać różdżkę. Oby tam była, oby przed drzemką zapomniała jej wyjąć… Wydawało się, że nie wyciągała różdżki, i z ulgą namacała pod materiałem zarys znajomego drewienka. Jakaś trzeźwa myśl wynurzająca się spod warstwy strachu i niepokoju podpowiedziała jej, że musiała znaleźć coś, co mogłaby transmutować w buty, nie mogła przecież wędrować po lesie na bosaka, nie w lutym, a nie wiadomo było, jak daleko się znajdowała od najbliższej siedziby ludzkiej. To musiało być coś podobnej wielkości i kształtu, jeśli niczego takiego nie znajdzie, musiała ogrzać się w inny sposób. Dobrze, że miała różdżkę, bo bez niej jej sytuacja byłaby dużo bardziej paskudna i wręcz niebezpieczna dla jej zdrowia, a przecież była w ciąży, musiała na siebie uważać. Jednak o ile z zimnem mogła sobie jeszcze jakoś poradzić, co jeśli napotka w lesie niebezpieczne zwierzę lub co gorsza, niebezpiecznego człowieka? Na przykład jakiegoś strasznego mugola, który zechce ją porwać i spalić na stosie? Albo czarodzieja o wrogich zamiarach? Przecież była tylko delikatną lady, nie potrafiła się bronić przed prawdziwym niebezpieczeństwem, bo wokół zawsze były troskliwe męskie ramiona mężczyzn z rodziny, a także czujne spojrzenia służby. A teraz… teraz była zupełnie sama w obcym miejscu, być może bardzo daleko od domu.
Otuliła się mocniej kocem, ale najbardziej doskwierało jej zimno śniegu, który przemoczył pończoszki i ziębił delikatne stópki. Z jej ust wydostało się kilka ćwierknięć, którymi próbowała przywołać jakiegoś ptaka. Nagle jednak usłyszała coś, co brzmiało jak trzask łamanej gałęzi. Odruchowo podskoczyła i pisnęła, rozglądając się w panice dookoła i przy tym niechcący poślizgnęła się o dolny brzeg koca którym była owinięta, i znowu upadła na śnieg. Oddychała szybko i skuliła się, zaciskając jedną dłoń na różdżce, a drugą przytrzymując wokół siebie koc, by nie stracić resztek ciepła. I czekała w napięciu na to, co mogło zaraz wyskoczyć na nią zza drzew.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]07.10.21 20:20
Zimowy wieczór, który tego dnia nastał, zachęcał do spędzenie czasu w ciepłe pomieszczeń, które ogrzewały kominki trzaskające pomarańczowym ogniem. Nawet w pracowni rzeźbiarskiej znajdował się jeden z nich, umiejscowiony co prawda z daleka od stanowisk, przy których członkowie rodu pracowali (choć raczej to stanowiska oddalono od niego), sprawiał jednak, że praca stawała się przyjemniejsza i pozwalał na długie przesiadywanie nad kolejnymi blokami kamienia, czy jak to było w przypadku Cassiusa, drewna. Spod jego dłoni, które pewnie dzierżyły dłuto i młotek wychodziły zarysy rzeźby, którą Ollivander zaplanował już jakiś czas temu, a której wykonanie odwlekał. Chciał najpierw przegryźć emocje, które miały się z nią związać, zrozumieć je, przełknąć słone łzy i gorycz bezsilności, które się za nią kryły. Nawiązywać miała do niedawnych wydarzeń, po których rany nie miały czasu się jeszcze zabliźnić, choć nie jątrzyły się już i nie bolały tak bardzo, jak na początku. Niemal idealnie, by za ich rozdrapywanie i przetapianie w sztukę mógł zabrać się artysta. Kolejne kawałki drewna odpadały od sporego pnia klonu, gdy Cassius powoli dawał zarys bryle, która z czasem miała nabrać konkretnych kształtów, potem zaś szczegółów, powołujących ją do życia.
Praca jego została jednak brutalnie przerwana. Jego lokaj, który coraz bliższy był, zasłużonej emerytury wkroczył, dość jasno tłumacząc mu, że na dzisiejszy ranek miał zaplanowany bieg zdrowotny, który za sprawą jednej z kiepskich wymówek przesunął na wieczór. Tym samym nadszedł czas, by Cassius się przebrał i wyszedł z ciepłych wnętrz Lancaster Castle na siarczysty mróz, który zapewne ściskał mocniej niż rankiem. Ollivander pożałował swojej wcześniejszej decyzji.
Przebrał się w strój, który został przeznaczony właśnie do aktywności fizycznej, zapewniający jednocześnie ciepło w ten okres w roku i z ociąganiem wyruszył na zewnątrz, mając zamiar pobiegać w lasach otaczających zamek. Drzewa potrafiły choć trochę ochronić przed mroźnym wiatrem i zamierzał z tego korzystać.
Nie spodziewał się przygód podczas swojej przebieżki, ot, zwyczajowy bieg zwykle był nudny, Cassius więc wypełniał go przemyśleniami i planami co do tego, co zrobić w kwestii kolejnych swoich pracy. Tym razem rozważał, w jaki sposób powinien zając się rzeźbieniem płomieni. Czy powinien postawić na realizm, który będzie pobudzał wspomnienia i dodawał dramatyzmu, czy jednak na symbolizm, podkreślając swój przekaz, który miały w sobie zawierać? Nie była to decyzja dotycząca życia i śmierci, dla niego była jednak w tej chwili, pozbawionej większych zmartwień, niezwykle ważna.
Zamyślił się, w swoim zwyczaju odcinając się od życia toczącego się na tym padole, podróżując dusza gdzieś zupełnie indziej. Zapewne trwałby w tym stanie przez cały swój bieg, niedane mu to jednak było, bo ze świata kreowanego przez jego wyobraźnię wyrwał go głośny pisk. Zatrzymał się i zamrugał, zaskoczony dźwiękiem, którego źródło było dla niego całkowicie niezrozumiałe. Niepewny co ma zrobić, poczekał chwilę, w końcu jednak ruszył w jego stronę. Nie wiedział, czy nie znajdzie przypadkiem kogoś, kto nie potrzebował pomocy, a nie darowałby sobie, gdyby później dowiedziałby się, że komuś stała się krzywda, choć on mógłby temu zapobiec. Choć nie bardzo wiedział, jak miałby pomóc, szczególnie gdyby sytuacja stała się naprawdę niebezpieczna. W końcu do walki się nie nadawał, do leczenia tez nie. Tak naprawdę czasem myślał, że jest bezużyteczny.
Nie wiele myśląc, szedł pomiędzy drzewami, w ciemności dostrzegając coś, co leżało na podłodze. Zmarszczył brwi, by w końcu wyjąc różdżkę, w celu oświetlenia sobie znaleziska. - Lumos - powiedział pewnie, a gdy jasne światło w końcu ukazało, że leży przed nim kobieta (notabene celująca w niego różdżką) i to jeszcze z twarzą znajomą i do tego jemu miłą, stanął jak wryty, nie wiedząc, co ma zrobić.
- Cressie? Co ty tu robisz? - wydusił zaskoczony, rozglądając się przy okazji po okolicy, szukając kogoś, z kim jego kuzynka mogła tu przybyć. Bo przecież nie pojawiła się tu sama prawda?


Art and loveare the same thing: It’s the process of seeing yourself in things that are you not


Cassius Ollivander
Zawód : Rzeżbiarz i kupiec dzieł sztuki
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I hope I make it a little softer here for someone.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10540-cassius-ollivander https://www.morsmordre.net/t10599-nimfa https://www.morsmordre.net/t10600-pan-rzezbiarz https://www.morsmordre.net/t10617-komnata-cassiusa https://www.morsmordre.net/t10598-skrytka-bankowa-nr-2331 https://www.morsmordre.net/t10597-cassius-ollivander
Re: Lasy wokół zamku [odnośnik]08.10.21 12:08
Tak nagłe i nieplanowane wyrwanie z domowego zacisza mocno wystraszyło delikatne dziewczę. Choć anomalii już dawno nie było magia spłatała jej figla, rzucając ją w obce (jak myślała) miejsce, w dodatku ubraną nieodpowiednio do pogody. Bo wcale nie planowała się nigdzie udawać, to miał być zwyczajny spoczynek, krótka regeneracja sił przed planowanym spędzeniem wieczora z dziećmi. Miała przecież grać dla nich do snu na fortepianie i czytać im bajki, a później… później być może sama jeszcze oddałaby się lekturze lub rozmowie z mężem, nim udałaby się do tego właściwego snu.
Ale zamiast znajdować się w ciepłym dworku była tutaj, w lesie. W sukni zbyt cienkiej jak na taką pogodę, bez butów i otulona kocem, który nie grzał równie mocno co solidny, podszyty futerkiem płaszcz, jaki na pewno ubrałaby, gdyby chciała wychodzić o tej porze na zewnątrz. Szczęście w tym nieszczęściu, że różdżkę miała przy sobie, więc po uspokojeniu nerwów będzie się mogła teleportować, a wcześniej… wcześniej musiała zapewnić sobie ciepło. I pewnie zrobiłaby to od razu gdyby nie to, że usłyszała dźwięki świadczące o tym, że nie była tu sama. Że ktoś lub coś się zbliżało, i nie wiadomo, czy ta obecność nie zwiastowała jakiegoś niebezpieczeństwa. Wystraszyła się i potknęła, po czym skuliła się na śniegu. Drżała częściowo ze strachu, a częściowo z zimna, dlatego różdżka w jej drobnej dłoni dygotała zauważalnie. Poza tym zdawała sobie sprawę z tego, że jej umiejętności obronne były mierne, ograniczone do tego, czego miała sposobność nauczyć się w szkole. Próbowała przypomnieć sobie jakieś zaklęcia, ale czy potrafiła je nadal rzucać? Na co dzień korzystała głównie z transmutacji i różnych prostych czarów użytkowych. Życie nie nauczyło jej zaradności, zawsze była zależna od innych.
Nie wyglądała też ani trochę groźnie, bardziej przypominała w tej chwili przerażone, zmarznięte dziecko skulone na śniegu. Zmrużyła oczy, kiedy nagle rozbłysło światło; miała przynajmniej pewność, że nadchodzący nie jest mugolem, ani co gorsza, zgrają mugoli, ale zdawała sobie sprawę, że czarodzieje też mogli być niebezpieczni. Wiele razy ostrzegano ją przed buntownikami, którzy nienawidzili takich jak ona z zawiści o to, że jako wysoko urodzeni mieli w życiu lepiej. Co zrobiliby ze znalezioną w lesie bezbronną lady? Nie miała przy sobie kosztowności, które mogliby jej wydrzeć, poza znajdującą się na dłoni obrączką ślubną, ale było dużo innych rzeczy, które mogliby jej zrobić. Wolna od różdżki dłoń mimowolnie powędrowała do jeszcze niewidocznego brzucha w instynktownym odruchu chronienia nienarodzonego dziecka.
Zmrużyła jasnozielone oczy, ale światło wydobyło z półmroku jej ciemnorude włosy, obecnie rozsypane w nieładzie wokół bladej, piegowatej buzi. A po chwili jej uszu dobiegł męski głos, który brzmiał znajomo i w dodatku wypowiedział jej imię w zdrobniałej formie, którą zwracali się do niej tylko krewni i przyjaciele. Znowu uchyliła szerzej powieki, ponad zapaloną różdżką dostrzegając twarz, której nie widziała od miesięcy, ale która dawniej była jej bliska. Bo przecież mimo tych wszystkich okropnych podziałów łączyła ich wspólna krew. Krew, którą kazano jej odrzucić, ale trudno było tak po prostu zapomnieć o połowie rodziny, nawet jeśli ta część rodziny zbłądziła.
- Cassius? – zapytała cichutko, wciąż nie mogąc uwierzyć, że naprawdę tu był. Że ze wszystkich mieszkańców tego kraju napotkała na swojej drodze akurat dawno nie widzianego kuzyna. A nie widzieli się już od ponad roku, odkąd pan ojciec nakazał swojej żonie i dzieciom, żeby już nie odwiedzali dworu Ollivanderów, którzy opowiedzieli się po stronie szlamolubów. A Cressie zawsze była posłusznym, uległym dziewczątkiem, dlatego bunt nawet nie przeszedł jej przez myśl, słowo pana ojca było święte nawet po tym, jak wyszła za mąż i zmieniła nazwisko. A i jej mąż wolał, żeby nie obracała się w towarzystwie odstępców, zwłaszcza w obecnych czasach. Choć sprawiało jej to ból, od tamtego czasu unikała Ollivanderów i nie pozwalała sobie na nic więcej niż ukradkowo słane listy. A teraz niespodziewanie los postawił na jej drodze właśnie Cassiusa. Choć była w nie za ciekawym położeniu i trzęsła się z zimna, ogarnęły ją wyrzuty sumienia na myśl o tym, co Cassius musiał na jej temat myśleć po tym, jak ponad rok temu nagle się od nich odsunęła i przestała odwiedzać ziemie Ollivanderów.
- Gdzie jesteśmy? Czy to… w-wasze ziemie? – odezwała się po chwili, wciąż drżąc, ale przynajmniej już nie ze strachu. Wiedziała że Cassius nie zrobi jej krzywdy, co najwyżej własne sumienie mogło ją teraz krzywdzić. I dający się we znaki mróz. – T-to chyba… czkawka teleportacyjna. P-przeniosła mnie tutaj. Nie wiedziałam gdzie jestem... Byłam w dworku, w swoich komnatach… Ja… zimno mi – wyjąkała, mocniej podkulając nogi pod siebie. A przed oczami mimowolnie pojawiły się urywki wspomnień z czasów, kiedy jako dziecko była zabierana przez matkę do jej rodziny i bawiła się z kuzynami w lesie. Mimo kilku lat różnicy dogadywała się z Cassiusem, łączył ich przecież ten sam dar, ta sama odmienność.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley

Strona 16 z 16 Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16

Lasy wokół zamku
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach