Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ástríðr Ylva Ingisson BUDOWA

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Asta Ingisson
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t86-wzor-karty-postaci https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
kradnę co popadnie, co w rączki wpadnie
22
Półkrwi
Panna
nie mam lekarstwa na strach, a na optymizm rzadko mnie stać
0
0
0
0
0
0
-
-
Wilkołak

PisanieTemat: Ástríðr Ylva Ingisson BUDOWA   09.06.18 16:19


Ástríðr Ylva Ingisson

Data urodzenia: 19 stycznia 1934
Nazwisko matki: Yngvarsdóttir (patronimik)
Miejsce zamieszkania: Little Kingshill
Czystość krwi: Półkrwi
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: z zamiłowania zielarka; z przymus drobna złodziejka, imająca się różnych zajęć, których nikt nie chce się podjąć; czasem wykorzystuje znajomość run i języka norweskiego do tłumaczenia tekstów na zlecenie
Wzrost: 167 cm
Waga: 55 kg
Kolor włosów: ciemny blond
Kolor oczu: kolor wzburzonego morza
Znaki szczególne: skóra na twarzy oraz wątłych ramionach oprószona piegami; blada cera i podkrążone oczy; szczupła sylwetka, niemalże koścista; głębokie blizny na prawej nodze po wilkołaczych pazurach oraz kilka mniejszych blizn pozostałych po spotkaniu z likantropem



Siedziała na ganku, z podciągniętymi pod samą brodę kolanami. Niesfornie poskręcane kosmyki włosów powiewały na wietrze. Little Kingshill zdawało się miejscem idealnym; pozwalało prowadzić spokojne życie z daleka od londyńskiego zgiełku. Mimo niespokojnym czasów mogła znaleźć tu ukojenie, wylizać rany. Po raz pierwszy od dłuższego czasu miała poczucie przynależności. Nie zawsze tak było. Przytuliła twarz do materiału swetra; to właśnie w nim i z walizką w dłoni zeszła ze statku w brytyjskim porcie. Wiatr dął wyjątkowo mocno, targając włosami norweskiej przybyszki. Przymykając oczy, niemalże czuła ostre smaganie wiatru na piegowatych policzkach i zapach morskiej wody w nozdrzach. Postronnym obserwatorom wydawało się wtedy, że wątła postać blondwłosego dziewczęcia złamie się zaraz pod ciężarem, wypełnionej po brzegi walizki. Była bardziej zagubiona niż zwykle – po raz pierwszy od dawna nie miała bladego pojęcia co zrobić. Jakby zgubiła z oczu cel swojej wyprawy, zboczyła z odpowiedniego kursu. Widać to było po rozbieganym spojrzeniu niebieskich oczu, które nerwowo przeszukiwało zgromadzony w porcie tłum; szukała jednej, konkretnej osoby. Asbjorn – ukochany brat i towarzysz dzieciństwa był jej ostatnią deską ratunku. Wierzyła, że jako jedyny będzie w stanie ją zrozumieć; miała dosyć pełnych współczucia spojrzeń kochanej matuli, politowania ze strony najstarszego z rodzeństwa brata, a unikający jej wzroku ojciec sprawiał dziewczynie ból. Wyparł się własnej córki zdawał się podszeptywać złośliwy głos w jej głowie. W miejscu takim jak Oldervik wieści szybko się rozchodzą. Nie mogła znieść tego, jak jej dawne towarzyszki, których śpiew wtórował jej głosowi przy każdym wspólnym ognisku, teraz odwracały wzrok, przyśpieszając kroku. Nie czuła się już sobą – to, co kiedyś było tak drogie jej sercu, teraz stało się obce. Sama zatracała się w swojej samotności, ciężar, jaki spadł na jej barki, zdawał się zbyt mocny. Ylva – wilczyca, ludzie w wiosce powiadali, że islandzka wiedźma sama ściągnęła taki los na swą jedyną córkę. Napiętnowana na długo przed spotkaniem bestii. Niewidzialna ręka zaciskała się na jej gardle. Gdy jej wzrok napotkał równie niebieskie oczy, pognała w ich kierunku – niczym zagubiony żeglarz w stronę tlącego się w oddali blasku latarni. W momencie, gdy jej wątłe i pozbawione siły ramiona zacisnęły się desperacko wokół szyi brata, wiedziała, że jest w domu; jest dokładnie tam, gdzie być powinna. Perspektywa życia w Anglii przerażała ją mniej, gdy fizycznie czuła obecność brata – jedynej osoby, w której zawsze umiała znaleźć oparcie. Dopóki on akceptował ją taką, jaka była, dopóty miała dla kogo żyć.
Potrząsnęła głową – jakby chciała wybudzić się z transu, w który obecnie wpadła. Rozejrzała się dookoła. Lipcowe powietrze wydawało się wyjątkowo niskie i chociaż przyzwyczajona za młodu do niskich temperatur to teraz jej osłabione likantropią było podatniejsze na zewnętrzne bodźce.



Usiadła w salonie na podłodze, przy samym palenisku, nieco zmarznięta. Zapatrzona w ogień, opierała plecy o stoliczek do kawy. Zapatrzona w tańczące ze sobą płomienne języki, zdawała się nie widzieć świata wokół. Usta wygięły się leniwie w delikatny uśmiech. Z czasem słowa zaczęły wyłaniać się spomiędzy rozchylonych warg. Układały się w dobrze znaną melodię staronordyckich pieśni, które otulały ją do snu, które śpiewane były przy ogniskach. Wpatrzona w palenisko pozwoliła sobie odlecieć myślami. Razem z melodią szybowała nad fiordami; znowu siedziała w izbie, przytulona do matuli. Uwielbiała te wieczory, kiedy po dniu spędzonym na łonie natury, zmęczona i zziajana, siadała przy domowym kominku, a matka, nucąc pieśni pod nosem, rozczesywała długie włosy córki. Z czasem dziewczęcy i trochę piskliwy głos dołączał się do cudownego śpiewu matuli. Ulubionym zajęciem Asty był czas spędzony przy ognisku. Z czasem jej głos zmieniał się; z upływem czasu tracił swoją piskliwość, wnikając w głębie. Łączyła je niezwykła więź – Asta była cieniem islandzkiej wiedźmy. Chłonęła każde wypowiedziane przez nią słowo, przyswajała każdą naukę. Jedyną osobą, która wydawała się równie interesująca co pani matka, był jej starszy brat – Asbjorn. Dziewczynka nie rozumiała często, co przekazać jej chce brat, ale mimo to z najbardziej mądrym wyrazem twarzy, na jaki było ją stać, wysłuchiwała jego opowieści. Nie straszny był jej szczypiący w policzki mróz, gdy jeszcze trzymając się ręki brata, przemierzała leśne tereny w poszukiwaniu kolejnych ziół. Od najmłodszych lat była oswajana z nordycką kulturą, którą jej matka pragnęła zakorzenić także w swoich dzieciach.
Pieśń dobiegła końca, a Asta nadal z błogim uśmiechem na twarzy siedziała w bezruchu, wpatrzona w płomienie. Usta rozdziawiły się do ziewu, a kobieta przeciągnęła się na podłodze. Podniosła się z niej i pożegnała brata szybkim muśnięciem warg w zarośnięty policzek.



Zwykle, po zamknięciu powiek następuje ciemność, człowiek w śnie został z nią oswojony i Asta nie stanowiła wyjątku. Drżała przed tym, co z ciemności mogło się wyłonić. Ukołysana w ramionach Morfeusza, stała się mniej czujna.
Znowu stała pośród drzew. Śnieg moczył krańce jej sukni, pewnie szła przed siebie, a ich niesiony wiatrem śmiech, docierał w nieprzebyte zakątki lasu. Ciemność otulała ich szczelnie, trwała Noc. Niebo jaśniało intensywnością barw – zorza za każdym razem wywoływała zachwyt w sercu w jej sercu. Czuła wewnętrzny spokój, ciszę przerywały jedynie ich słowa oraz skrzypienie śniegu pod ich stopami. Do czasu; mrożące krew w żyłach wycie przecięło powietrze niczym ostrze. Serce podskoczyło do samego gardła. Zerwali się do biegu – Ragnar biegł przodem, był zdecydowanie szybszy od Asty. Uparcie przedzierała się przez śnieg, uparcie nie oglądając się za siebie. Bała się spojrzeć śmierci prosto w oczy, chociaż czuła jej oddech na karku. Widziała je – światła chat, Oldervik jeszcze nigdy nie wydawało jej się tak piękne. Uśmiech ulgi formował się na jej twarzy, gdy nagle upadła. Ostre pazury wbiły się głęboko w jej nogę, przyciągając w swoją stronę. Rozpaczliwie szamotała się; była niczym zwierzę w potrzasku, głos rozsądku został zagłuszony przez pierwotny instynkt przetrwania. Krzyk uwiązł jej w gardle; zupełnie jakby ból odebrał jej zdolność mówienia. Dopiero po chwili przypomniała sobie, jak krzyczeć. Z jej gardła wydobył się skowyt bólu, który tworzył duet z wyciem wilka, tworząc bolesny dysonans – śnieg spłynął szkarłatem jej krwi.
Obudziła się zlana potem; rozpaczliwie próbowała nabrać powietrza, nawet nie wiedziała, kiedy pogrążyła się w spazmatycznym płaczu. Ten koszmar nie trwał jedynie podczas pełni – on nigdy się nie kończył, trwał cały czas, nawiedzając ją we śnie jako nocna mara. Czuła, jak silne ramiona przyciągają ją do klatki piersiowej. Drżącymi palcami odnalazła chłodny, metalowy talizman – troli krzyż.



Kurczowo zacisnęła palce na metalowym okręgu, powoli uspokajając oddech. Tak samo reagowała, gdy As wyjeżdżał do szkoły. Przez lata zdążyła przywiązać się do niego; obdarzyła brata szczególnym rodzajem zaufania. Nim zniknął za górami, w murach Akademii, mała dłoń Asty wręczyła mu swój ulubiony talizman; kompas runiczny. Żebyś zawsze mógł mnie znaleźć, powiedziała, posyłając mu promienny uśmiech, będący niczym latarnia podczas Długiej Nocy. Kolejne tygodnie spędzone w samotności napawały ją obawami, wtedy także północne serce zmiękło. Małe rączki nie chciały wypuścić z uścisku dłoni starszych braci; gdyby chociaż jeden mógł z nią zostać. Jednakże była dzieckiem, a dzieci szybko zapominają – wystarczyło dać im jedynie zajęcie. Ledwie sylwetki braci zniknęły z horyzontu, Asta ile sił w dziecięcych nóżkach pobiegła przed siebie, obdarzając przy tym szerokim uśmiechem mijanych mieszkańców. Zdawało się, że była dosłownie wszędzie; roztaczała wokół siebie pozytywną aurę. Trudno właściwie było zatrzymać ją w jednym miejscu. Kochała wolność - uwielbiała czuć wiatr plączący się w kosmykach jej włosów. Można podać jako sztampowy przykład północnej dziewczyny, której matka dbała oto, aby nigdy nie zapomniała o tym, skąd pochodzi; a co najważniejsze, aby z oswoiła strach. Dlatego, gdy krótko po wyjeździe brata, zbudzona koszmarem zaczęła rzewnie płakać, matula nałożyła na jej szyję troli krzyż; miał bronić jej przed trolami i elfami, które często, pod postacią nocnej mary nawiedzały ją w snach. W takich okolicznościach ujawniła się jej magia, chociaż sama Asta spała sobie spokojnie; mateczka jak zwykle do późna segregowała ingrediencje, kiedy zorientowała się, że zwinięte w kulkę ciało zaczęło lewitować nad materacem. Śniła o tym, że leci; przemierzała powietrzne przestworza, z lotu ptaka przyglądając się nieregularnym kształtom górskich szczytów, widziała tańczące jasne elfy i podziwiała widok na okoliczne wioski. Eivor patrzyła na córkę jak urzeczona, gdy ta unosiła się w powietrzu z rozpostartymi ramionami, a spomiędzy jej ust wydobywał się melodyjny śmiech.
Niestety, teraz tego perlistego śmiechu zabrakło, a Asta przyciskała głowę do ramienia brata, obawiając się nawet chwilowego zamknięcia powiek.



Oddech wracał do normy, a łzy przestały spływać po piegowatych policzkach niczym wartki potok. Powoli docierało do niej, gdzie się znajduje i kto trzymał ją w szczelnym uścisku, gdy miotała się pod destrukcyjnym wpływem koszmarów przeszłości. Dłonią odszukała nieco szorstki materiał koca, naciągnęła go na siebie, po raz pierwszy decydując się na dłuższe zamknięcie oczu i zaczęła odliczać od dziesięciu w dół; tak, jak wtedy, gdy obudziła się pozbawiona ubrań, okryta tym samym kocem i w obcym miejscu. Tak rozpoczęła się znajomość z dosyć ciekawą osobą – Lunarą Greyback. Nie pamiętała, co działo się z nią poprzedniej nocy i bynajmniej nie był to efekt alkoholowego upojenia; kolejna bolesna pełnia, to właśnie spotkało pannę Ingisson. Gdy tego ranka rozchyliła powieki i ujrzała obce pomieszczenie, zadrżała. Czuła, jak serce przyśpiesza, a jej ciało ogarnia panika – próbowała doprowadzić się do porządku, w końcu była panią północy, nordycka krew nie pozwalała jej okazywać przed nikim strachu. Tylko że wokół nie było nikogo; wyobraźnia malowała szkarłatną czerwienią, najgorsze ze wszystkich scenariuszy. Długo walczyła sama ze sobą, nim owinięta w koc, wyszła z łóżka, w którym ktoś ją umieścił. Najlepszą obroną jest atak – tak właśnie zareagowała na właścicielkę posiadłości, niezbyt skora do wysłuchania całej historii. Domagała się jedynie powrotu do domu, chciała jak najszybciej znaleźć się u boku starszego brata i zapomnieć o tym strasznym koszmarze. Co pełnię robiła to samo – łudziła się, że na resztę miesiąca zdoła wyprzeć ze świadomości fakt, że gdy księżyc pokazuje się w całej okazałości na niebie, ona przeistacza się w żądną krwi bestię. Ona – pozornie kruche, piegowate dziewczę, które nie mogłoby skrzywdzić nawet muchy. Pozory mylą, odkąd Asta przybiła do brzegów Anglii, ciągle grała w normalność, świetnie odnajdując się w mowie pozorów. Lunara okradła ją z możliwości gry, udawania kogoś, kim mogłaby być, gdyby tamtej nocy została w domu. Pod wpływem Greyback musiała zmierzyć się z najtrudniejszymi kwestiami likantropii; skąd miała mieć pewność, że nie zrobiła nikomu krzywdy? Jak skutecznie powinna przygotować się do następnej pełni, aby ograniczyć możliwość zaatakowania niewinnej osoby do minimum. Burzliwe początki znajomości okazały się preludium do długotrwałej i silnej relacji pomiędzy kobietami. Z czasem Lunara przestała być wrogiem, a stała się towarzyszką w okrutnej podróży przez świat pełen nietolerancji.



Jeszcze długo po wyjściu Asbjorna nie mogła zasnąć. Jej myśli galopowały w różne strony, nie pozwalając Astrid na wyciszenie i ponowne oddanie się rozkoszy snu. Po dłużących się minutach, spędzonych na przewracaniu się z jednego boku na drugi, usiadła na łóżku zrezygnowana. Zebrała ponownie blond włosy w kitkę. Sięgnęła do jednej z szuflad w szafce nocnej, która stała obok łóżka; wyciągnęła oprawiony w skórę zielnik – kolejną pamiątkę z tamtego życia. Przełknęła ślinę, otwierając pierwszą stronę. Odurzający zapach suszonych ziół uderzył w nią jeszcze zanim zdążyła otworzyć zielnik. Kartki, do której przyczepione były poszczególne zioła, były również pokryte pochyłym pismem Asty, a także znakami runicznymi, którymi najczęściej zapisywała nazwy poszczególnych roślin. Zaczęła prowadzić dziennik jeszcze zanim wyjechała do szkoły, pod czujnym okiem mamy zapisywała wszystkie istotne wiadomości na temat danej rośliny. Zainteresowanie zielarstwem nie zmalało, kiedy ostatnia z Ingissonów przekroczyła mury Durmstrangu; wiecznie niepokorna, nie potrafiła dostosować się do dyktowanych tamtejszą hierarchią warunków. Nie zamierzała dodawać sobie ułomności, aby czystokrwiści panicze czuli się lepiej. Brylowała w dziedzinach, które przyswajała już od dziecka, tam, gdzie miała pewne braki, starała się nadrobić ubytki w wiedzy, aby nie odstawać od grupy. Jednakże jej podejście do sprawy wcale nie spotkało się z entuzjazmem wyższych rangą uczniów; przestała walczyć z nimi o atencję i tolerancję, skupiając się na pielęgnowaniu zawiązanych wcześniej przyjaźni. Wygląd panny Ingisson mamił przeciwników swoją niepozornością, utwierdzając ich w przekonaniu o swojej słabości. Nie brali jednak pod uwagę jednej, najistotniejszej rzeczy – była wychowana na północy, gdzie jej kruchutkie ciało musiało znosić różne przeciwności losu. Każda kolejna porażka nie podcinała jej skrzydeł, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej zdeterminowana przemierzała zimne korytarze zamku. Wszystko uległo diametralnej zmianie po felernej przerwie wakacyjnej, podczas której Asta stała się ofiarą grasującego w Oldervik wilkołaka. Ona, niegdyś Ylva – wilczyca z charakteru, teraz stając się prawdziwą bestią, straciła swój temperament, wycofując się na ostatnie lata całkowicie, poddając się szykanom ze strony wyżej stojących w hierarchii osób. Zatopiła się w świecie książek, nie tłumacząc nikomu drastycznej zmiany. Z płomyka nadziei, rozpromieniającego korytarze szkoły, stała się ponurym cieniem samej siebie, niczym duch błąkającej się po korytarzach. W takich chwilach jak te brakowało jej obecności brata, z którym w tym czasie wymieniała niezliczoną ilość korespondencji. Tylko w taki sposób mogła przetrwać te ostatnie miesiące w murach szkoły. Likantropia sprawiła, że czuła się jak kaleka, odebrano jej wcześniejszą fizyczną wytrzymałość; ku uciesze innych, wreszcie wykazywała się siłą adekwatną do wizerunku.
Wspomnienie ostatnich lat w szkole sprawiło, że nowe łzy napłynęły do oczu Asty. Zacisnęła szczęki, które mocno zarysowały się na szczupłej twarzy.



Z pełną irytacją wrzuciła zielnik do starej szuflady. Wspomnienia czasu, kiedy była słaba doprowadzały ją do szału. Sięgnęła po zegarek nadgarstkowy, który zdejmowała zawsze przed spaniem, kładąc na blacie szafki nocnej. Spojrzała na zegarek; wskazówki informowały, że wybiła dopiero trzecia dwadzieścia siedem. Przewróciła się na brzuch, nie wypuszczając zegarka z rąk. Kciukiem przetarła tarczę zegarka, a kącik ust powędrował ku górze. Nie był to zwyczajny zegarek; Asta doskonale pamiętała, w jakich okolicznościach pożyczyła go, niekoniecznie informując właściciela o terminie zwrotu przedmiotu. Asta przechodziła przez trudny okres, w którym w dużej mierze była zdana sama na siebie. Jej natura nie pozwalała zrzucić prześladujących ją problemów na kark Lunary, która zgodziła się przyjąć dziewczę pod swój dach, gdy ta z resztkami dobytku i godności, stanęła przed drzwiami, prosząc o pomoc. Jeszcze mieszkając z bratem, zorientowała się, że jej niepozorność i niewzbudzająca zainteresowania sylwetka mogą zostać przekute w atuty! Zwodziła uroczym uśmiechem i trzepocząc wachlarzem rzęs; nikt nie zwracał uwagi na smukłe dłonie, chowające do kieszeni, kolejne interesujące ją przedmioty. W taki sam sposób nabyła zegarek, który był dodatkiem do skradzionych wtedy pieniędzy; przypadł pannie Ingisson do gustu, dlatego postanowiła dołączyć go do swojej kolekcji. Swoje czyny usprawiedliwiała sytuacją, w której się znalazła. Zdana na łaskę albo niełaskę Lunary odczuwała znaczny dyskomfort; jakby również ona została zamknięta w swoistym więzieniu. A może po części do tego dążyła? Myśl o samotności popychała Astę do różnych rzeczy, których moralna poprawność była mocno dyskusyjna. Chciała się stać niezależna, jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, jak marnie niskie są jej szanse na legalne zatrudnienie. Imała się najróżniejszych zajęć, aby mieć za co żyć, a nocami? Wpatrywała się uparcie w okno, licząc, że spomiędzy ciemności wyłoni się postać starszego brata. Cóż za paradoks, chciała niezależności, a tęskniła do bycia zależną od brata. A może była to zwyczajna tęsknota do jedynej bliskiej osoby w tym obcym kraju? Upominał ją, aby nie ufała nikomu poza sobą; mieli tylko siebie w tłumie wyrachowanych Anglików, których wartości pchały zarówno do czynów wielkich, jak i nikczemnych. Stojąc na Śmiertelnym Nokturnie, znowu czuła się jak wtedy, gdy zeszła na ląd w brytyjskim porcie – mała i bezbronna w obcym świecie, gdzie nie umiała znaleźć dla siebie miejsca.
Odłożyła zegarek na nocną szafkę. Sama nie wiedziała, kiedy Morfeusz ponownie porwał ją w swoje ramiona.



Patronus: Dokładniejszy opis patronusa: dlaczego przyjmuje postać akurat takiego zwierzęcia i jakie przywołuje wówczas wspomnienie


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 0 Brak
Zaklęcia i uroki: 0 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 0 Brak
Zwinność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Dodatkowy językI lub II1 lub 2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościI, II, III lub IV2, 10, 25 lub 40
Nazwa  biegłościI, II, III lub IV2, 10, 25 lub 40
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościzależnezależne
Nazwa  biegłościzależnezależne
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościI, II lub III½, 1, 3, 7, 10 lub 25
Nazwa  biegłościI, II lub III½, 1, 3, 7, 10 lub 25
AktywnośćWartośćWydane punkty
Nazwa  biegłościI, II lub III1, 7, 25
Nazwa  biegłościI, II lub III1, 7, 25
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (jasnowidz, półwila, wilkołak lub brak)-0
Reszta: 0

Wyposażenie

WYPISZ po przecinku rzeczy (zwierzęta, inne) zakupione w sklepiku MG



Powrót do góry Go down
 

Ástríðr Ylva Ingisson BUDOWA

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Szatnia Gryfonów
» Rasy Smoków
» Łowca demonów - Victor.
» BUDOWA.
» Quidditch

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18