Wydarzenia


Ekipa forum
przed domem
AutorWiadomość
przed domem [odnośnik]10.06.18 0:27
First topic message reminder :

Otoczenie

Urocza, niewyróżniająca się na tle innych domostw znajdujących się w Ottery St. Catchpole chata, mieści się na uboczu miasteczka. Z dwóch stron otoczona lasem, z tyłu posiada dostęp do miejscowego jeziorka - największa atrakcja dla najmłodszych dzieci zarówno rodziny, jak i gości oraz sąsiadów. Do porośniętego bluszczem budynku prowadzi schludna, brukowana dróżka; niedawno Weasley'owie zadbali o jej obudowę. Podobno miało to miejsce po wizycie wuja Cadeyrna, który idąc ścieżką potknął się o wystający kamień i wybił sobie dwa przednie zęby. Do dziś odprawia egzorcyzmy przy każdej wizycie u krewnych.
Z powodu bliskiego sąsiedztwa mugoli, dom pozostaje wolny od większości czarów mogących realnie wpłynąć na niemagicznych znajomych i przyjaciół.


[bylobrzydkobedzieladnie]



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley

Re: przed domem [odnośnik]02.08.21 10:29
W jego towarzystwie mogłaby teraz pójść na koniec świata, nawet gdyby podróż miała trwać lata a wszystko dookoła obrócić się w proch. Nawet gdyby miała się w niej zestarzeć i umrzeć, gdyby teraz ją o to poprosił, zabrałaby wszystko, idąc gdziekolwiek by ją prowadził. Miłość dodawała skrzydeł ale też sprawiała, że człowiek głupiał, stąd i najpewniej nie rozważałaby nad tym, czy sprawa jest jakkolwiek rozsądna, skupiając się jedynie na czystej jego obecności. Dlatego też cieszyła się, że przedstawi go Neali, pokaże przyjaciółce, kim był jej brat – najlepszym, najbardziej oddanym człowiekiem którego by tylko mogła sobie wymarzyć.
Jej radość jednak ulotniła się już w momencie, kiedy oczy Neali i Jamesa zetknęły się ze sobą a ona…skrzywiła się na jego widok. Bursztynowe oczy wędrowały od jednego do drugiego, a umysł panny Doe próbował ogarnąć całą sytuację. Znali się? Na to wyglądało. Co więcej, wydawało się, że panna Weasley z tego towarzystwa zadowolona nie była. Jeżeli było coś, czego w życiu Sheila mogła od razu żałować, to zdecydowanie było to zjawienie się tutaj w towarzystwie brata. Gdyby tylko wiedziała…
Posyłała uśmiechy cioci Neali, samej jednak nie mogąc wyrwać się z marazmu pomiędzy tym wszystkim. Prowadzona tam, gdzie jej wskazywano, działała niemal bez ducha, próbując dalej zrozumieć zaistniałą sytuację, a w wyniku tego wszystkiego stresując się co raz bardziej. Jaka kostka? Jakie siodło? Tematy ich rozmów wydawały się od niej tak odległe, zupełnie jakby nagle pustka zagościła w jej umyśle. Nie umiała przypomnieć sobie, czy Neala jej o tym mówiła. Może tak? A może nie? Czy James naprzykrzał się Weasleyom? Wydawało jej się, że nie, bo przecież w końcu właścicielka domu przywitała go nad wyraz uprzejmie…ale Neala.
Pogubiona w tym wszystkim nie zauważyła nawet momentu, w którym Nelka ujęła jej dłonie, dopiero wtedy spoglądając na nią uważniej, łagodniejąc zaraz na te przeprosiny. Nie czuła do niej żalu, nie umiałaby! W końcu przecież sama nie opowiadała o Jamesie zbyt wiele, czując, że raczej nie zawędruje (o ironio) w te strony, kierując się przecież do jakiegoś z większych miast w poszukiwaniu pracy. Łagodnie uśmiechnęła się do Neli, bo chociaż wciąż była w szoku, nie mogła się na nią gniewać, delikatnie zakładając jej rude pukle za ucho, nawet jeżeli spojrzenie wciąż błądziło nieco nieobecne.
- Moja droga, nie musisz się zamartwiać. Wiem, że nigdy byś nie zrobiła mi krzywdy, ani czegoś, co by do mojej krzywdy miałoby doprowadzić. Może to ja powinnam być dokładniejsza… - Tak, na pewno powinnaś być dokładniejsza, Sheila. Zmartwiły ją jeszcze te wcześniejsze słowa, dlatego dopiero kiedy uciekła od Neali spojrzeniem, wzrok oczu wbiła ponownie w Jamesa. Nie zły, nie poirytowany, nie rozczarowany. Smutny, po prostu smutny.
- Poszedłeś na potańcówkę? – Wyrwało jej się, ale dziwacznie czuła się, kiedy parę godzin temu zapewniał ją tak gorąco, że szukał jej wszędzie, a teraz dowiadywała się, że po tańcach biegał, z Weasleyówny się śmiejąc. – I byłeś niemiły dla Nelki?
Wolała pytać już teraz niż pozostawiać to niedopowiedziane, chociaż już z o wiele mniejszym entuzjazmem podążyła za Nealą, oglądając pokój w którym przyjdzie jej się zatrzymać. Delikatnie trącała rozwieszone dekoracje, delikatnie uśmiechając się na drobne kwieciste motywy, zaraz też zerkając z ciekawością, aby natrafić na niezbyt udany i nieco pokreślony rysunek konia. Czy to miał być Montygon? Urocze.
Słuchała opowieści o konnej jeździe, kiwając potwierdzająco kiedy wspomniała o męskim siodle. Na wspomnienie Montygona rozchmurzyła się na chwilę, wiedząc, jak jeszcze parę dni temu komplementowała konia, samej też potrząsając lekko głową, niczym kobieta, której oznajmiono, iż wzdycha do niej mężczyzna.
- Montygon nie wiedziałam, że taki stęskniony! Nie znalazł sobie innej pod moją nieobecność? – Zaśmiała się lekko, teraz czekając, co Jimmy w zasadzie będzie miał do powiedzenia.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: przed domem [odnośnik]23.08.21 1:44
Ruszyli za nią w głąb domu, ale nie puszczał dłoni swojej siostry tak, jakby obawiał się, że z pokoi wyskoczą ludzie, by ich rozdzielić.
— Właściwie mógłbym, czemu nie. Jeśli nie chcesz ty, mogę opowiedzieć — zaproponował, spoglądając na nią, jednak nie rozpoczął opowieści bez jej uprzedniej zgody. Jakaś iskra przebiegłości — a może czegoś innego? — pojawiła się w jego oczach, uniósł brew, najpierw jedną potem drugą, kiedy usta pozostały prawie nieruchome. Szybko spoważniał całkiem, wpierw z niepewnością na rudą, a potem na Sheilę, wzrokiem, błagalnym spojrzeniem czekając na wyjaśnienia.— Klątwy?— Nic nie rozumiał. Opowiadała jej o nich? I to źle, skoro Sheila chciała ich przekląć? Zdezorientowanie szybko ustąpiło satysfakcji — a jednak. — Opowiadałaś o nas? — spytał prowokacyjnie Nealę. — Musieliśmy mocno zapaść ci w pamięć, lady Weasley. Mam nadzieję, że... eee... męstwem i odwagą, w końcu stanęliśmy w waszej obronie — wytłumaczył się od razu, uśmiechając przy tym szelmowsko.Oblizał wargi, wciąż ściskając dłoń Sheili. — Opowiedziałaś mojej siostrze o wszystkim, co robiliśmy?— Spróbował włożył w swój ton prócz pewności siebie nutę nieprzyzwoitości, jakby łamali potworne zasady, chociaż przecież nie robili nic złego. Próbowali się zabawić.
Musiał się odsunąć na schodach, kiedy odwróciła się gwałtownie, by złapać Paprotkę za dłonie. Cofnął się, chwiejnie, ale z równowagą nie miał nigdy wielkich kłopotów, opadł na stopień niżej, piorunując rudowłosą spojrzeniem. Nie powiedział jednak nic. To był rzeczywiście dziwny i niefortunny zbieg zdarzeń, nie mieli przecież pojęcia, że im obojgu Sheila była bliska. Jemu najbliższa. Wszedł już po schodach do końca, bez słowa, by za obiema dziewczynami wejść do jednego z pokoi. Rozejrzał się po nim uważnie, próg przekroczył niechętnie, był to w końcu jej pokój. Tak przynajmniej wywnioskował po jego wnętrzu. A na pewno należał do kobiety. Ładny, czysty. W ślad za siostrą podszedł do biurka, przyglądając się rozłożonym na nim kartkom.
Mówiła coś o koniach, ale nie zabrał głosu. To był jakiś plan, w który nie czuł się zaangażowany. Spojrzał na płomiennowłosą, a potem siostrę, jakby to od nich zależały jego własne losy. Montygon? Bibi? Uniósł brew wysoko, gdy się do niego zwróciła, tak jakoś pospiesznie, nieprzyjemnie i lekceważąco. Uśmiechnął się w kontrze niewzruszony jej brakiem manier. Kto by pomyślał. Nie ruszył za dziewczyną do pokoju, pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie był pewien, czy był już wypraszany czy nie, więc postanowił wybrać korzystniejszą dla siebie opcję. Wziął do ręki dziennik, który Sheila oglądała wcześniej i otworzył na jednej ze stron. Była ładna, naprawdę. Liście, kwiatki — zielnik? Pomyślał tak w pierwszej chwili, zamierzając pochwalić jej talent, bez wątpienia było w tym dzienniku coś urokliwego, dopóki nie dostrzegł czegoś, co przykuło jego wzrok. Będę milczał jak grób. Coś mu to przypominało. Zmarszczył brwi, pochłonięty zapiskami, w końcu dostrzegając datę — próbując coś skojarzyć, aż w końcu uniósł brew, gdy zaczęło mu świtać. Były jakieś bazgroły w rogu, przekreślone, opisane jako nieważne. Musiał się przyjrzeć uważnie, by cokolwiek odczytać. Oczy? Coś o oczach?
— Co?— spytał, słysząc pytanie Sheili z boki i czując, że było skierowane do niego. Potańcówkę? Uniósł na nią wzrok, niepewny i nieco zmieszany. Była o to zła? — Właściwie to... tak. — Co było w tym złego? Powinien jej się wytłumaczyć? Nie lubił tego robić, czuł się idiotycznie, ale dopiero, co ją odzyskał, musiał się przemóc. – Marcel mnie wyciągnął. Byłem w Lynmouth w pracy — dodał zgodnie z prawdą, coraz mniej zaczynając z tego rozumieć. Zaraz jednak zmarszczył brwi, ty razem gniewnie i przeniósł wzrok na Nealę. — Coś ty jej nagadała?— spytał szybciej niż zdążył pomyśleć, że może nie wypada ze względu na gościnę. Utkwił w niej chmurne, ciężkie spojrzenie piwnych oczu, z których biły żal i nieustępliwość. — Byłem?Niemiły dla ciebie? Jakiś frajer poprosił cię o rękę, a potem rzucił się na mnie z zazdrości, myśląc... że coś nas pewnie łączy. Broniłem się. Przed nim, potem przed jego kolegami, po tym jak jeden rozbił mi butelkę na głowie. Powiedziałaś jej to? Powiedziałaś jej o ognisku? — Nie musiałaś opatrywać moich ran, jeśli byłem dla ciebie niemiły. Ani ze mną rozmawiać. — odparował z wyrzutem, nie odrywając od niej oczu. Kiedy siedzieli przy jednym stoliku, kiedy zastanawiał się, czy może zechciałaby z nim zatańczyć, kiedy pili piwo i przekazywali sobie papierosa z rąk do rąk, a ich dłonie się zetknęły, myślał... Ale był niemiły. Mógł się spodziewać. — Przejażdżka brzmi świetnie — mruknął, spoglądając na Sheilę. Tak naprawdę nie chciał nigdzie jechać, ale nie było dokąd uciec, nie chciał też siostrze robić przykrości, po chwili przypomniał sobie, jak bardzo to było dla niej ważne. — Jak chcesz — niech Sheila decyduje, zda się na nią.

3 cwaniak


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: przed domem [odnośnik]24.08.21 0:22
Odwróciłam głowę, spoglądając na niego, kiedy zaoferował się, że mógłby opowiedzieć. Oczy zmrużyłam odrobinę, jakby zastanawiając się nad tą propozycją.
- Wywróciłam się. Znaczy na kamieniu poślizgnęłam. Wpadłam do wody i kostkę zwichnęłam. Znaczy najpierw chyba ją zwichnęłam. - wstyd okrutny, dobrze że po schodach znów wchodziłam. Bo czułam jak ten przeszły znów na szyję mi się wspinać zaczyna. - Pomógł mi. - streściłam krótko. Bez żadnych kąpieli, czy romantycznych łąk i hasających zająców. Nie do śmiechu mi było wtedy, jak z człowiekiem los tak okrutnie igra. Kiedy pytanie opuściło usta Jamesa chwilę zwlekałam nim odwróciłam na niego spojrzenie, czując jak ponownie czernieje.
- Ja… - zaczęłam nie wiedząc co mu właściwie powiedzieć. W sensie, naturalnie, że chciałby i nie wcale, ale przez usta mi to przejść nie chciało. A jak nie chciało to jedno tylko mogło znaczyć. A czerwień jeszcze bardziej wkradła się na policzki, kiedy kolejne pytanie o tym wszystkim co robiliśmy się pojawiało, bo brzmiało inaczej całkiem, niż to wcześniejsze. - Co? - zapytałam więc głupkowato, mrugając kilka razy, nie do końca już wiedząc do czego się odnosi - do niczego dobrego, to na pewno. Ratunku, potrzebowała ratunku i dostrzegłam go nagle w słowach, które w stronę Sheili skierowałam, łapiąc za jej dłonie gwałtownie i śmiałe.
- Trochę ulga. - stwierdziłam, kiedy Sheila zapewniła mnie, że zamartwiać się nie muszę. I ta ulga widoczna była, w wypuszczonym powietrzu, które wstrzymywałam w płucach po tym słowotoku, który usta moje opuścił. - I trochę żal. - dodałam, jeszcze obejmując ją ramionami. Zaraz uniosłam dłonie, żeby uderzyć się lekko w policzki. - Ale nic to Sheila, prawda? Bo przeszłości zmienić się nie da, a ostateczny efekt jest taki, że jesteście tutaj. - powiedziałam unosząc wargi w uśmiechu, moje spojrzenie na chwilę uciekło ku Jamesowi. - Oboje. - dodałam jeszcze wracając do niej spojrzenie. Pozostawanie w przeszłości, przynieść niczego nie mogło, bo zmienić się jej też nie dało. Chociaż czasem to nie było wcale takie proste jak się wydawało.
Prowadziłam dalej do pokoju Rii starego wchodząc - bo na razie ja go zajmowałam. Mówiąc o tym, co wmyślałam i przy okazji pokazując kto gdzie spać będzie.
Nagłe gniewne spojrzenie i pytanie sprawiło, że brwi mi się uniosły, sama cofnęłam się o krok, a twarz zrobiła się cała czerwona zdecydowanie już na pewno.
- Ja.. - zaczęłam marszcząc na chwilę brwi i zastanawiając się, mimowolnie cofając o krok, pod naporem spojrzenia, wzrok na Sheilę przenosząc. - Powiedziałam, że bawiła was moja niewiedza i brak doświadczenia. - stwierdziłam zgodnie z prawdą nos ku górze zadzierając. Bo tak było. Śmiali się, kiedy kaszlałam przy papierosie i krzywiłam przy piwie. - I że szlachetnie się zachowaliście wtedy.. z Walterem.. i tym drugim... - dodałam jeszcze zanim jedno pytanie się pojawiło. Znów spojrzałam na niego i na Sheilę. - Nie to, hm… nieporozumienie… - zaczęłam, robiąc kilka kroków, wyciągając ręce, żeby jego ująć i wyjaśnić więcej, ale splotłam je jednak ze sobą przed sobą. Opuściłam głowę w dół na stopy swoje spoglądając czując czerwień tą okrutną i palącą. - To nie tak… - dodałam jeszcze, unosząc rękę, żeby zacisnąć wargi na palcu. Bo przeważnie przecież był miły. I jeszcze zraniono go przeze mnie. Jakby całkowicie. I rozmowa nie była zła wcale, szkoda tylko że tańczyć nie umiałam nadal. A Reggie nas złapał nad ranem. Cóż, zrobiło się trochę niezręcznie. Bo trochę czasem kpili sobie okrutnie, ale jednocześnie z nimi było bezpieczniej. Trudno było bo to lawirowało dla mnie tak między tym miłym i niekoniecznie. - Po prostu tak strasznie żenujące jest tak wiele nie wiedzieć. - dodałam jeszcze biorąc oddech w płuca, co więcej miałam powiedzieć? Teraz to już byłam pewna, że nie znosić mnie będzie bardziej.
W tym całym rozemocjonowaniu i huśtawce zażenowania i szczęścia nie połączyłam faktów. Że ten dziennik mój ma też i jego w sobie. Więc nie zareagowałam tłumacząc swój plan Sheilii i Jamesowi przy okazji też, kiedy jakoś próbowałam rozładować tą całą sytuację.
- Prawda taka jest, że prędkość chyba kocha. A ja nie umiem jeszcze tak szybko, jak on by chciał. - zastanowiłam się na głos, unosząc usta w uśmiechu. - Zostawcie rzeczy i chodźcie - jesteście głodni? - zapytałam zeskakując po schodach. Nadal jeszcze czerwona całkiem. Opanuj się, Neala. Ale myśleć nie umiałam o niczym poza tym, że mnie znienawidzi całkiem i to dopiero tragedia będzie, że brat duszy mojej bratniej wilkiem będzie na mnie patrzeć. - Idziemy do wujka. - powiedziałam do cioci, kiedy już stan żołądków Sheilii i Jamesa uzupełniony został - jeśli braki jakieś posiadał. Tym razem wsadziłam bose stopy w buty i poprowadziłam ich tylnym wyjściem ku niewielkiej stajni przed którą rudowłosy mężczyzna kończył siodłać dwa konie. Z daleka już pomachałam wujkowi, trochę dobrą minę do złej gry robiąc, wiele więcej nie mogąc.
- Może - chociaż - je polubisz. - powiedziałam zwracając się bezpośrednio do Jamesa, przenosząc wzrok na Sheilę i posyłając jej uśmiech. - Widzisz, już się rozochocił! - dodałam, bo Montygon zarżał i zarzucił łbem. Kilka kroków później byliśmy już przy wujku. - Dim Weasley, Sheilę już wuja znasz, to James - jej brat. - przedstawiłam wujkowi, który z uśmiechem przywitał się z Sheilą, podając jej wodze Montygona, a potem podał rękę Jamesowi przyglądając mu się chwilę dłużej do niego kierując dłoń z wodzami Bibi. Odchodząc kazał uważać i przesunął rękę po moich rudych włosach na co mimowolnie zmarszczyłam nos.
- Będę na was oczekiwać, kiedy słońce zacznie chylić się ku zachodowi. Północ jest w tamtą stronę. - uniosłam rękę wskazując odpowiedni kierunek Wuja nie był zachwycony, że w moim planie tej wycieczki mnie samej nie ma. Jako były auror mało ufał ludziom. Ale Sheila była swoja, wróci - wiedziałam, że tak. - Wiem, że krótka przejażdżka to niewiele, ale chociaż tak pozwólcie mi odpłacić za to nieporozumienie całe. - poprosiłam przenosząc spojrzenie od Sheili do Jamesa, na tym drugim zawieszając jasne spojrzenie na dłużej. Trochę winna byłam, trochę winny był sam los i bzdurne przeznaczenie. Niepewność mnie też zżerała i trochę ciekawość, bo nie miałam pojęcia co i jak powiedzą. Może lepiej było słuchać? Ale jakoś tak to nie godziło się w moim wyobrażeniu wcale. Mimo to, wolałabym wiedzieć, czy i co mówić będą - jeśli będą.

- Szczęście dzisiaj mamy, bo na deszcz się nie zapowiada. - podzieliłam się z dwójką, licząc, że lepsze humory już mają teraz, jak ja im go nie psułam tak nie specjalnie i nie umyślnie wcale. Liczyłam, że teraz jakoś tak lepiej trochę pójdzie. Mimo wszystko. Trochę czasu zajęło rozsiodłanie koni. Nakarmiliśmy je jeszcze przed powrotem do domu na chwilę która minęła na ogólnym ogarnięciu siebie samych. Krótkiej rozmowie z ciocią i wujkiem a w końcu postanowieniem wyruszenia na tył domu z upieczonym ciastem, wodą i niewielką ilością kiełbasy, gdzie ustawione czekało ognisko. Wokół ustawionych - jeszcze nie rozpalonych drewien znajdowały się kamienie. Kilka beli drewnianych. Jedna dłuższa mogąca robić za coś w rodzaju ławki. Jeden większy na którym położyłam jedzenie rozglądając się wokół i układając ręce na biodrach. Różdżkę w dłonie trzymając i odpalone lumos. - Myślicie, że w noc duchów, rzeczywiście duchy spotkać można? - zapytała skupiając na chwilę spojrzenie na Sheilii i Jamesie. - Kiedyś pan Florek zabrał mnie do lokalu w Londynie w którym było pełno duchów! Taka lekcja historii, była naprawdę zdumiewająco interesująco. - zastanowiłam się nad tym marszcząc na chwilę brwi. - To prawda, że umiesz grać na skrzypcach? - zapytałam, bo pamiętałam, że Sheila wspominała o tym, kiedy spotkały się ostatnio. - Oh, jakże przyjemnie byłby potrafić melodie pleść, niczym las, kiedy wiatr trąca korony drzew, a ptaki zdają się wpadać w swoistą harmonię. - westchnęłam do siebie, zaraz jednak odchrząknęłam. - To ognisko najpierw? - zapytałam zerkając po dwójce.

| i trochę nas czasowo przeniosłam(mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko) - na wycieczce sobie możecie pogadać w dramo szafce? albo w nowej szafce albo w jednym poście, jak chcecie?


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: przed domem [odnośnik]28.08.21 10:48
Gubiła się, patrząc to na jedno, to na drugie, bo wydawało się, że się jakoś rozumieli, ale że mówili między sobą o sytuacji, których obraz miała niepełny, przez co wrażenie miała, że zatraca się znów w rozmowie. Tak jak czuła się już wcześniej, kiedy James, Marcel, Eve, Thomas..kiedy wszyscy musieli w końcu wracać do dormitorium, a ona siedziała w lochach, zastanawiając się, czy dalej siedzą i czy śmieją się dalej tak radośnie. Nigdy nie lubiła wykluczenia z sytuacji, bo miała wrażenie, że potem wychodzi na głupka próbując szukać coś, czego nie ma i udowadniać coś, co wcale nie miało racji bytu…
Teraz słyszała, że James spotkał Nealę już wcześniej. Powinna się martwić? Obawiać? Płakać? Cieszyć? Czuć zmęczenie, że James był tak blisko, ledwie na wyciągnięcie dłoni, na jedno przejście do lasu, ale trafili na siebie dopiero teraz? Że Neala z taką łatwością spotykała go nie raz, a dwa razy, a ona..ona męczyła się, myśląc, gdzie może był, kiedy go nie było. Był tutaj, w Devon. W lasach, na tańcach…radość z wczorajszego spotkania wydawała się teraz równie odległa co noc dwa lata temu, kiedy musiała z bratem się rozstać. Ostrożnie uciekła dłonią, chowając je w rękawkach sukienki i znów rozglądając się po pokoju, tym razem jakoś mniej entuzjastycznie.
- Tak…najważniejsze, że tu jesteśmy. – Mówiła to, ale jakoś nie mogła wykrzesać z siebie odrobiny przekonania, aby i siebie uświadomić w tym względzie. Cóż, prawda, że ciężko płakać nad rozlanym mlekiem, ale to nie zmieniało uczuć, żalu i bólu. Spojrzenie skierowała już na podłogę, czekając na ciąg dalszy i nowe odkrywanie czegoś, czego nie wiedziała i gdzie znowu była obca w życiu bliskich. Kiedy to się tak zmieniło? Czy będzie to wracało do normalności, czy jednak James miał jeszcze więcej sekretów i czy miało to wyjść dopiero z czasem? Gubiła się, dalej słuchając tego, co opowiadali. Był ranny?! Stawał w jej obronie, wiedziała o tym, że to Walter za to odpowiadał…czy to on zranił Jamesa? Jej usta zacisnęły się w wąską linię – żałowała, że nie dogadała mu mocniej, że nie pogoniła go na Montygonie. Nadęty baran!
Dopiero wtedy głowę odwróciła w kierunku Neali, w tym wypadku biorąc również dłoń Jamesa w swoją, delikatnie przejeżdżając kciukiem po jej wierzchu. Nie chciała, aby się dąsał, nie chciała, aby był zły. Zawsze się to tak kończyło – on był zły a ona, nawet jak była równie rozgniewana, kończyła na jego ugłaskiwaniu. Bardziej zależało jej na jego samopoczuciu niż na własnym, dlatego policzek oparła o jego ramię, wpatrując się intensywnie swoimi delikatnymi oczyma. Niech będzie dobrze, niech się znów uśmiechnie…chociaż odrobinę i nie marszczy tak brwi, nie gniewa się tak.
Podążała wszędzie za Nelcią, nie wiedząc, czy James teraz coś chciał zjeść, bo ona mogła się do tego dopasować. Konie cieszyły ją bardziej, chociaż żałowała, że przyjaciółka z nimi się zabrać nie planowała. Mimo to, uprzejmie powitała wuja Neali, zaraz też uśmiechając się szeroko na widok Montygona. Ciepło się robiło jej na sercu kiedy koń ją pamiętał, a wiedziała, że Bibi zachwycona będzie towarzystwem Jamesa. Jej brat miał rękę i serce do koni, zupełnie jak dziadek. Pozwoliła więc, aby dostał wodze w dłonie, czekając na to, aż ładnie przywita się z konikiem – miała szczerą nadzieję, że taka namiastka z dawnego życia będzie mu miła.

- Mam nadzieję, że naprawdę nie będzie padać! – Podsumowała, zeskakując zwinnie na ziemię kiedy skończyli przejażdżkę. Pogłaskała jeszcze Montygona, uśmiechając się do niego i składając delikatny pocałunek na jego pysku. Spojrzała jeszcze na Nealę, zupełnie jakby dopiero teraz sobie coś uświadomiła. Jej spojrzenie nabrało pewnego surowego ale i nieco zmartwionego wyrazu, jakby była zła na siebie, że nie pomyślała o tym wcześniej. Przeprosiła ich na chwilę, znikając szybko do pokoju aby wyciągnąć rzeczy, które zabrała ze sobą, wcześniej pomniejszone aby łatwiej im było podróżować. Nie zabrało jej jednak wiele aby się przebrać i ponownie do nich wrócić, tym razem w kolorowej, długiej spódnicy, bluzce w równie pstrokatych barwach i włosach przewiązanych chustą, na ramieniu niosąc pokrowiec z harfą i spoglądając na nich, pozwalając aby kolczyki zakołysały się lekko kiedy przechyliła głowę.
- Co powiecie na odrobinę muzyki do ogniska? – Chyba wszyscy potrzebowali tego w ten wieczór – rozchmurzyć się i odpłynąć myślami. Muzyka mogła to zapewnić, chociaż niewiele utworów do żywiołowego tańca pasowało na harfie, ale mogła im zawsze coś pograć. Cokolwiek chcieli.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: przed domem [odnośnik]10.09.21 13:15
Nie dopełniał niczym jej opowieści, słuchając jej wersji zdarzeń, gotów jednak zaprotestować, jeśli miałoby się okazać, że mijała się z prawdą. Wtedy, na tamtej potańcówce nie zaprotestowała, kiedy zmyślał, chwaląc się przed Marcelem sytuacją, która nigdy nie miała miejsca, wyolbrzymiając tamto spotkanie i nadając mu zupełnie innego charakteru. Dopiero teraz zaczął się zastanawiać, dlaczego? Nie przedstawił jej w najkorzystniejszym świetle, ale towarzystwo przyjęło historię z aprobatą i uznaniem. Podobało jej się to? Byłaby gotowa przyjąć taką prawdę? Marcel był jego przyjacielem, Sheila siostrą. Nie chciał jej serwować nieprawdy, a nawet prawdy pełnej dodatkowych ozdobników. Zerknął tylko raz na lady Weasley, kiedy opowiadała o ich spotkaniu, a także z przejęciem tłumaczyła się z ich niego. Ale nie musiała — nie powinna. To nie była niczyja wina. Żałował, że nie poznali się lepiej. Może gdyby jej się właściwie przedstawił znalazłby siostrę znacznie prędzej. A może gdyby nie tkwił w Londynie tyle czasu i zgodnie z planem wyruszył dalej, w kierunku Devon, od miesięcy mogliby cieszyć się swoją obecnością. Dopiero zawód w głosie Paprotki go zmobilizował do protestu, do jawnego niezadowolenia, które manifestował wyraźnie i głośno. Nieporozumienie. Ruszyła ku niemu wyciągając ręce, ale spojrzał na nie tylko i drgnął, jakby zamierzał się cofnąć, choć oboje w tym samym momencie wycofali się ze swoich planów. Jego brwi powędrowały wysoko, w oceniającym, nieprzyjemnym wyrazie, jej dłonie splotły się na piersi, a broda uniosła wyżej. Przez chwilę siłował się z nią na spojrzenia. Nie skomentował w żaden sposób jej zawstydzenia. Nie lubił tego uczucia — niewiedzy. Śmiali się z niego w szkole, kiedy kiepsko radził sobie z pisaniem i czytaniem, śmiali tez wtedy, gdy nieświadomie gadał na lekcjach głupoty podsuwane przez wrednych kolegów. To wszystko latami uczyło go, że czasem warto nie odzywać się wcale, przemilczeć to, co ślina cisnęła na język, strawić wstyd i gniew w samym sobie. Rozumiał jej zakłopotanie, gdyby nie to, że jego siostra czuła się zawiedziona jego postawą powiedziałby jej, że była rozkoszna w swojej niewiedzy i z przyjemnością prowadził ją w nieznane. Oferował się, chciał przecież złapać jej dłoń i przeprowadzić ją przez to, nawet jeśli nieświadomie. Pierwsze piwo, pierwszy wspólny papieros dzielony z nieznajomym. Pierwszy taniec. Podobne pierwsze razy miał dawno za sobą, wbrew pozy, którą utrzymywał był gotów zaoferować jej pomocną dłoń, ale teraz to już nie miało żadnego znaczenia. Nie odzywał się aż do posiłku. Tam, przy stole, raz po raz zerkając na swoją siostrę próbował zachować się najuprzejmiej jak potrafił. Nie było to zresztą trudne, potrafił nienajgorzej kłamać. Podziękował za posiłek. Najadł się tak, jak dawno już nie — i pewnie zjadłby więcej, ale wtedy musiałby stoczyć się ze stołka i wybłagać siostrę, by zepchnęła go ze schodów na dwór, łatwiej tak, niż sprowadzać na dół. Widok dwóch koni naturalnie poprawił mu humor. Rysy twarzy od razu mu złagodniały, ciemne oczy skierowały się prosto do szarej kobyły.
— Dzień dobry. Bardzo mi miło, panie Weasley. Jesteście bardzo gościnni —wyznał mężczyźnie szczerze, podając mu dłoń. Nie przywykł do tego. Ani do otwartości, bo przecież sami nigdy takowej nie wyznawali, z rezerwą i dystansem podchodząc do obcych, jak i życzliwości względem nich, choć w ich żyłach nie płynęła błękitna krew, a według większości społeczeństwa brudna — nie dość, że mieszana z mugolską, to jeszcze po części cygańską. Spojrzał na klacz, wyciągając ku niej dłoń, by ją przywitać, a potem pogładził ją po długiej i smukłej szyi. Była piękna, tak jak piękne były konie dziadka. Od dawna nie miał szansy, by dosiadać podobnego wierzchowca. Spojrzał więc na Nealę i skinął jej głowa w podzięce, zanim z siostrą nie odjechali na przejażdżkę. Prowadził, w kilku krokach wyprzedzając jej konia, ale zerkał na nią co chwilę, upewniając się, że trzymała się blisko, że wszystko było w porządku. Nie jest ci zimno?, pytał, zwalniając tempa. Miał jej wciąż wiele do powiedzenia. Opowiadał jej więc, jak puścił wolno konia, na którym dotarł do Londynu i jak brakowało mu jego towarzystwa, kiedy już został w mieście.
Po powrocie i pomocy ze wszystkim młodej gospodyni, usiadł na jednym z kamieni, prowizoryczną ławkę pozostawiając dziewczynom. Klęknął na jedno kolano przed ogniem, dorzucając do niego drewna, pilnując by ustawione było w górę i nie rozlatywało się na boki w czasie, kiedy dopalało się w ognisku.
— Oczywiście — odpowiedział rudowłosej, dźgając patykiem popiół. — Noc duchów to jedyna noc w roku, podczas której wszystkie błąkające się po naszym świecie dusze zyskują szczególną moc i mogą robić wszystko to, czego nie potrafią we wszystkie inne dni roku — odpowiedział śmiertelnie poważnie, spoglądając wpierw na Sheilę, a późnej na Nealę. — Dlatego w Noc Duchów przytrafia się tak wiele wypadków. — Przechylił głowę na bok i spojrzał w tańczący przed nim ogień, na chwilę przygryzając wargę. — Kiedy byłem mały, spaliśmy w jednym wspólnym wozie. W Noc Duchów właśnie usłyszałem męski głos, który krzyknął mi do ucha, żebym wstał. Poczułem ból na nodze. Ocknąłem się od razu z krzykiem, jedna noga wisiała mi poza krawędź łóżka, była cała mokra, jakby ktoś ja obślinił, a tuż nad kostką znajdowały się ślady po ludzkich zębach. Ale nikt poza mną się nie obudził i nikogo też w wozie nie było.— Uśmiechnął się jednostronnie, spoglądając znów na siostrę i jej przyjaciółkę. — Myślicie, że dziś też, coś się wydarzy? Ktoś do nas przyjdzie? Możemy spróbować przywołać tutaj obce dusze…— zaproponował prowokacyjnie, utrzymując spojrzenie na rudowłosej dziewczynie. Siostra mogła wiedzieć, że kłamał, ale zawsze mógł wymigać się tym, że nie pamiętała takich sytuacji, bo była na to za mała. Niepodważalny argument starszego brata. A Neala? Miała już ciarki? Kiedy spytała o skrzypce, spuścił na moment wzrok i uśmiechnął się lekko. Pokiwał głową i cofnął się z powrotem na kamień. — Tak — przytaknął powoli. — Pochodzimy z muzykalnej rodziny. Nie ma w tym nic trudnego, powinnaś spróbować — zachęcił ją, unosząc ściągnięte ku sobie brwi.— Kiedy grasz — mruknął, wpadając w chwilę zastanowienia. — I muzyka płynie prosto z ciebie, jest w stanie wyrazić wszystko. Dosłownie wszystko. Nawet to, na co brakuje ci słów. Swoim tempem, tonacją, charakterem, rytmem. Muzyka potrafi zdradzić twój nastrój, nawet myśli. — Spojrzał na siostrę, która wzięła do ręki harfę i pokiwał głową.— Ciemnooki marynarz? Pamiętasz?— spytał ją, przechylając głowę. Nim zaczęła jeszcze grać zaczął nucić starą angielską piosenkę, by po chwili melodię zmienić w śpiewane słowa. — Pewnego wieczora na targ zaszedłem zaczerpnąć ostatniego letniego oddechu. Ujrzałem piękna panią i marynarza, więc przystanąłem by posłuchać. I przystanąłem, by posłuchać o czym mogli rozmawiać. On spytał: piękna pani, dlaczego po nocach włóczysz się, dzień już za nami, noc w pełni wokół nas. Spojrzała na niego ze łzą w oku. „Dla mojego ciemnookiego marynarza, dla mojego ciemnookiego marynarza, tak młodego tęgiego i odważnego”. — Zerknął na rudowłosą damę.— Powiedział jej więc: możesz pozbyć się go ze swych myśli. Innego pięknego młodzieńca z pewnością przecież poznasz. Miłość zmienia się i zamiast ciepła przynosi chłód, jak zimowy poranek. Jest jak zimowy poranek ze wzgórzami pokrytymi śniegiem. — Jego głos był wyższy podczas śpiewu niż wtedy, gdy mówił, znacznie bardziej melodyjnie i dźwięczny, gładki, pozbawiony lekkiej chrypy. Patrzył na siostrę z lekką zadumą, śpiewając dalej. Piosenka była stara, z pewnością obie ją znały.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: przed domem [odnośnik]14.09.21 20:48
Niezręcznie to wszystko wyszło. Kompletnie nie tak jak w moim wyobrażeniu było. Może kompletnie niepotrzebnie obraz brata Sheili w głowie stworzyłam zawczasu i wszystko od słowa do słowa tylko się jeszcze bardziej skomplikowało. Stałam czując, jak policzki czerwone mi się robią całe, nie mając odwagi unieść ich wyżej, by spojrzeć na te oczy w kolorze kory drzew i żywicy przetykane. Tak bliskie ziemi, podobne do tych, co Sheila miała. Im dłużej stali obok, tym więcej podobieństw dostrzec mogłam, sposób jak nos marszcząc, wygląd i inne takie. Zastanawiałam się nawet, czy takie podobieństwa miałam też ja z Brendanem, ale tylko na chwilę bo ciepło na policzkach przypominało mi o tym fou pax które popełniłam. To nie nie tak było i tak. Nieporozumienie trochę wyszło małe. Albo właśnie nie małe a dość spore właśnie. Bo on, po raz kolejny stawiał się przede mną zupełnie niespodziewanie i byłam już pewna, że los sobie ze mnie żarty robi i bawi się doskonale przy tym, kiedy ja kolejny raz marzę o tym, żeby ziemia mogła wziąć rozstąpić się i mnie zabrać ze sobą. Ale to byłoby wtedy za łatwe - prawda? Coś w nim było takiego, co do Sheili mnie też ciągnęło stale. Coś nowego, innego, ciekawego. Ale też inaczej uformowane. Podczas gdy Paprotka potrafiła ze mną na kompromis pójść a porozumienie naszych dusz zdawało się stałe, tak z jej bratem kiedy chwile wydawało mi się, że to porozumienie jest jakieś, coś wchodziło mu w drogę niespodziewanie. Jego upór z pewnością nie był sprzymierzeńcem wcale, ale ja swój też miałam i dumę, która też nie pomagała.
Pójść dalej, jakoś przejść nad tym, dać im chwilę na oddech ode mnie, prywatność, może będzie jakoś lepiej - łatwiej? Chociaż cierpliwość nie była moją najlepszą stroną a ciekawość czasem zdawała się materialnej formy dostawać i wychodzić w falach z mojego ciała. Mimo to - postanowiłam przecież wcześniej, że ta wycieczka to coś w rodzaju niewielkiego podarku. Może chwila beze mnie, pozwoli im przestać się na mnie gniewać? Znaczy, jemu, Sheilii po prostu poprawić humor. Wuja podał dłoń i zbierał się do odejścia, jeszcze uważać kazał, na słowa Jamesa zatrzymał się.
- Do czasu, pamiętasz Nela tego chłystka co my kiedyś rogi dorobiłem? - odwróciłam się gwałtownie spoglądając na wuja i przesuwając spojrzeniem po Jamesie i Sheili kręcąc przecząco głową.
- Nie dorobił. - wyjaśniłam rodzeństwu. - Nie zmyślaj wuja. - poprosiłam mężczyznę. Ten się zaśmiał i odwrócił unosząc rękę na pożegnanie.
- Nie pamiętasz, bo to Twój ojciec był. - dodał na odchodne, co tylko wyciągnęło z moich ust donośne “co?!”. Zamrugałam kilka razy w zdumieniu, a potem pokręciłam głową, żeby wrócić do miejsca w którym byłam. W sensie w umyśle. I słowach krótko wskazując stronę i puszczając ich ze sobą.


Marszcząc nos spojrzałam na Jamesa, kiedy potwierdził, że duchy spotkać rzeczywiście można. - Wypadków? - zapytałam zerkając mniej pewnie na Sheilę. Jasne, ciekawskie spojrzenie wróciło do Jamesa, kiedy mówił dalej i czułam po prostu jak zimno i mroczniej mi się robi. Oczy rozszerzały mi się coraz mocniej i coraz
Spojrzenie które zaserwowała mi w pewnej chwili Sheila sprawiło, że moją twarz ogarnęło zdumienie, a kiedy przeprosiła ich na chwilę spojrzałam niepewnie na Jamesa. No pewnie, Paprotko, zostaw mnie z nim samą kompletnie, zaraz po tym, niedługo, jak się tak okrutnie wzięłam i zbłaźniłam kompletnie. Wzięłam głębszy wdech w płuca. Wcale nie drżący! Przecież się nie bałam. Zerknęłam na Sheilę, jakby szukając potwierdzenia jego słów w jej oczach i na powrót przeniosłam je na Jamesa. Padające pytania i przyciągające spojrzenie brązowych oczu które skrzyżowały się z moimi mimowolnie uniosły moją głowę do góry. - A potrafisz? - chciałam wiedzieć mrużąc odrobinę oczy. Dreszcz mi przebiegł po karku, ale to z pewnością wiatr zawiał i zimniej się zrobiło, a nie mnie strach ogarniał czy coś takiego.
- Oh. - wypadło z moich ust, kiedy dostrzegłam ją jak się zbliżała. Usta mimowolnie mi się rozwarły w zdumieniu i zachwycie. - OH! - wypadło po raz kolejny, kiedy dostrzegłam że coś na ramionach miała. - Naprawdę?! - mimowolnie głos mi się trochę uniósł a sama aż się podniosłam z siedzenia, podskakując kilka razy, ale ledwie stopy oderwałam do ziemi, palce nadal pozostawały na niej. Nie wróciłam na miejsce, chcąc mieć dobry widok na Sheilę usiadłam po prostu na ziemi, z zachwytem na twarzy obserwując jej ruchy w blasku ogniska. Wyglądała pięknie, jeszcze cudowniej, prawie jak wyrwana ze barwnej opowieści, nie zaś siedząca na moim własnym podwórku. Skrzyżowałam kostki w nogach, oplatając dłońmi nogi w oczach miałam nic, poza zachwytem, całą uwagę poświęcając Paprotce. Przynajmniej do czasu, aż pierwsze słowa nie wypłynęły z ust Jamesa. Chyba rozwarłam w zaskoczeniu usta przesuwając spojrzenie na niego. Zamknęłam je, kiedy spojrzał na mnie, bo uświadomiłam sobie, że się gapię. Wzrokiem też uciekłam ku Sheili, mimo że kusiło spojrzeć znów tam. Dziwne to było, jakbym pierwszy raz go widziała, dopiero po chwili rozumiejąc, że znam tą piosenkę nawet. Najpierw wysuwając w ich stronę owację na stojąco, bo podniosłam się do pionu. Wyciągnęłam do niej ręce, wyciągając ją zza harfy i przyciągając do siebie ze śmiechem. - Nie ruszaj się, chcę obejrzeć dokładnie. - poprosiłam, odsunęłam się o krok oglądając uważnie. - Fe-no-me-nal-nie. - wymruczałam pod nosem, obchodząc i dotykając tkaniny spódnicy. - Jeszcze kiedyś mi taniec pokażesz. - poprosiłam, stojąc znów przed nią. Wyrzuciłam ręce w górę i obróciłam się na pięcie. Zatrzymałam się ze śmiechem. - Też macie swój strój? - zapytałam, przenosząc tęczówki na Jamesa, jak kobiety miały, to i mężczyźni mieć powinni, prawda? - My mamy kolory. - dodałam marszcząc trochę nos.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: przed domem [odnośnik]19.09.21 0:07
Mleko się wylało, słowa padały, a Sheila dochodziła coraz bardziej do wniosku, że zadziało się coś, czego zrozumieć na ten moment nie umiała, bo stała po środku zderzających się ze sobą światopoglądów, które pasować do czegokolwiek nie umiały. Sama nie czuła się zbyt pewnie, marszcząc samej brwi gdy tylko brat wydawał się odsunąć, a ona zaś po prostu odpuściła, głowę odwracając w kierunku przyjaciółki.
Raz po raz podczas posiłku jej spojrzenie kierowane było w stronę Jamesa – nieco spokojniejsze i na pewno łagodniejsze, skoro była przy innych i teraz razem z Jamesem mogła coś zjeść. Brakowało jej tego, wspólnego siedzenia nad prostym posiłkiem – tego, jak bardzo upierała się już od małego, że to ona zaniesie go braciom, bo na pewno, jak wybierze ich „ulubione miski”, będzie to smakowało o niebo lepiej – wymienianych opowieści, spojrzeń, opierając się o siebie kiedy tylko przyszło im odpoczywać i po chwili jedzenia nacieszyć się napełnionym chociaż odrobinę żołądkiem i spojrzeniem przed siebie. Teraz zmieniało się towarzystwo, a Sheila…cóż, na pewno znajdą jeszcze kogoś i będzie jak dawniej. Złapała też spojrzenie Neali, posyłając jej szczery uśmiech. Cieszyła się, że akurat z nią mogła świętować odnalezienie się po takim czasie jego brata.
Skierowali się teraz do koni, a konie…były w końcu ich życiem. Sama rozkwitła, kiedy tylko obserwowała jak ściągnięte brwi Jamesa rozluźniły się, a jego dłoń wyciągnęła się w kierunku Bibi. Była pewna, że pokocha te istoty tak samo, jak ona – chociaż przypuszczała, że mogła o wiele bardziej kochać Montygona, więc nie była zupełnie bezstronna w tym wypadku. Jej brat o wiele bardziej poświęcał się tym zwierzętom, dlatego cieszyła się, że poświęci im chwilę.
- Miło spotkać ponownie. – Sama nie wiedziała wciąż do końca, co powinna robić, wiec wciąż ostrożnie się kłaniała. W końcu znała już tego mężczyznę, przyjaźniąc się z Nelą, ale kiedy teraz go spotykała, a Jimmy przestawił się tak uprzejmie, nie wypadało przywitać się inaczej niż uprzejmie. Sama teraz spoglądała na brata, czekając aż sam wsiądzie na konia zanim nie dosiadła Montygona, sprawnie wyprowadzając go ze stajni. Był na nich czas, chociaż na krótką chwilę – mogli skorzystać z wyjazdu, pozwalając się sobie cieszyć ostatnimi cieplejszymi dniami na dłuższy czas, podążając za nim aby nie spuścić go z oczu. Nie było jej zimno, a nawet jeśli, jakie to miało mieć znaczenie? Słuchała uważnie jego historii, dzieląc się swoim smutkiem o własnym koniu, którego musiała oddać w opiekę. Miasto nie było miejscem dla ludzi.
Kiedy zeszła ku nim z instrumentem ze sobą, uśmiechnęła się, kiedy James wydawał się zajmować ogniem. Zaraz też jednak wysłuchała tej posępnej opowieści, bo przecież to nie tak, że nie wierzyła w duchy, ale cóż to za straszne historie opowiadał James! Zdecydowanie nie pamiętała nic takiego, ale gdy tylko doszedł do wspomnienia o ludzkich zębach, zadrżała lekko, przysuwając się do przyjaciółki i przytulając ją do siebie, kładąc jej głowę na ramieniu przez chwilę.
- Nie martw się, Nelciu, James na pewno nie tego nie przeżył! Babcia by na ciebie nakrzyczała, że coś popsułeś! – Mówiła z przekonaniem, ale w jej oczach można było dostrzec lekką wątpliwość. Mimo to, musiała się jakoś odnieść zarówno do siebie jak i do niej, a także zapewnić ją, że nawet przy ponurych opowieściach o duchach nie miała się czego bać. Żadna z nich nie miała, w końcu były tutaj w doborowym towarzystwie! Uśmiech rozjaśnił jej twarz kiedy tylko Jimmy tak pięknie o melodiach i muzyce mówił – było to prawdą, pociągnięcia i szarpnięcia za struny dawały możliwość przekuwania własnych emocji w coś dobrego, do czego nie potrzeba było słów.
Nuty wybrzmiały do pieśni, którą zaczął Doe, mając do tego lepszy głos, wybrzmiewający lepiej nad ogniem i oddający sprawiedliwość opowieści, którą przedstawiał. Kochała najbardziej tę pieśń w duecie, ale teraz, przez tę krótką chwilę, kiedy iskry wznosiły się ku ciemnemu niebu, a polana trzaskały osuwając się głębiej w roztańczone płomienie, zamyśliła się, patrząc na niego, zupełnie zapominając się dołączyć – dopiero klaskanie przyjaciółki wyrwało ją z zamyślenia, tak, że posłała jej pełne podziękowania spojrzenie, nie ruszając się zgodnie z jej wolą.
- Jimmy ma rację, widzisz, muzyka daje swobodę. Jest jak woda, przemykając pomiędzy twoimi palcami – odświeżająca, dająca na nowo siły, a jednocześnie kojąca. Kiedy poświęcasz się muzyce, oddajesz jej ciało i dusze, wtedy możesz poczuć, że żyjesz w pełni… - ostrożnie łapiąc dłoń rudowłosej, przyciągnęła jej rękę do strun, kładąc ją na powierzchni, by wyczuła ostatnie, zanikające już wibracje. – Czy macie jakieś zwyczaje na Noc Duchów, tu w Devon? Bo jak Jimmy opowiada tak straszne historie, to może wy macie jakąś lokalną legendę albo coś innego?


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: przed domem [odnośnik]19.11.21 1:11
Rodzina Neali była właściwie całkiem normalna. Przyjemnie zwyczajna. Uśmiechnął się na słowa jej wuja, nie traktując jego ostrzeżenia jak poważnej groźby, a jednocześnie doskonale rozumiejąc, że był człowiekiem, który z czystej troski się martwił. I przy tym miał nienajgorsze poczucie humoru. Zerknął jeszcze przed odejściem to na niego, to na rudą, dziękując za możliwość i okazję. Dawno tego nie robił. Dawno nie robili tego oboje, razem, nie jeździli konno, nie bawili się i rozmawiali tak szczerze, beztrosko. Cieszył się, że jego siostra trafiła na takich ludzi, a w dziewczynie takiej jak Neala mogła odnaleźć przyjaciółkę, bliską sobie duszę. Pamiętał rozmowę o tym z rudowłosą lady, spotkaną przypadkiem, nieco niefortunnie na jednej z potańcówek w Devon. Rozmawiali o pokrewnych duszach. I nawet jeśli pomiędzy nimi miały pojawiać się nieporozumienia, to właśnie ona wspierała młodą Doe, kiedy wokół nie było nikogo innego.
Ogień rozświetlał jego twarz, nadawał skórze cieplejszego, ciemniejszego odcienia, a czarnym włosom rdzawej poświaty. Historia, którą im opowiedział była całkowicie zmyślona, ale utrzymywał na twarzy powagę, jakby szczerze dzielił się makabrycznymi wspomnieniami z dzieciństwa. Ciemna brew zadrżała w górze, gdy mierzył je, przytulone do siebie wzrokiem łobuza, choć na pozór sprawiał wrażenie grzecznego i niesprawiającego żadnych kłopotów.
— Nieszczęśliwe ze swej doli duchy ze złośliwości i zawiści ściągają na ludzi kłopoty — opowiedział Neali; czarodzieje byli mniej strachliwi niż mugole, a odkąd nastała wojna i w Anglii przestano liczyć się z kodeksem tajności zdarzało mu się wykorzystywać proste zaklęcia do drobnych sztuczek, które miały wywołać w mugolach wiarę w nienaturalnie zdarzenia. Czarodzieje, którzy byli obeznani z magią, duchami i funkcjonowaniem magicznego świata byli trudniejsi w oszustwie, ale teraz jego słowa nie były niczym innym jak niewinnym, nieszkodliwym kłamstwem. — Oczywiście, że potrafię. Ale będziemy do tego potrzebować świec z krowiego łoju i krwi koźląt — dodał konspiracyjnym szeptem, zerkając na swoją siostrę. — Skąd wiesz, że nie nakrzyczała? — Uniósł brew, prowokacyjnie i uśmiechnął się szerzej.
Gdy zaczął śpiewać muzyka przepływała przez całe jego cało. Nie miał ze sobą skrzypiec Ukochanego instrumentu, który dostał od wuja, ale wystarczyła piękna harfa siostry, której muzyki nie słyszał już tyle czasu. Pozwolił sobie, by słowa piosenki rozchodziły się cicho wokół nich, idealnie wpasowując w grę Sheili. Pamiętał takie dni, takie wieczory, choć ten konkretny, gdy przybyli do taboru po raz pierwszy jak przez mgłę, pewien, że to późniejsze lata uzupełniły luki we wspomnieniach, opisując tamten moment na podstawie tego, co poznał później i w co zdążył już całkiem wsiąknąć. I zdawało mu się, a może był przekonany, że wtedy też płonęły ogniska, wszyscy wokół tańczyli, grali na instrumentach, które widział pierwszy raz na oczy. Było wesoło, było kolorowo, bo cyganie lubowali się w zabawie. Uśmiechnął się, myśląc o tym. Chciał, by te czasy wróciły. Chciał, by rodzina znów była w komplecie.
— Mamy, choć nie tak barwne, jak dziewczyny. Zwykle to po prostu kolorowe kamizelki lub koszule, najczęściej na jasnych kolorowe, delikatne hafty na kołnierzach, makietach, czy rękawach — ale nie mógł sobie przypomnieć, jakie — cz to były wzory, czy rośliny? Nigdy szczególnie nie zwracał na to większej uwagi, ale był pewien, że Sheila doskonale wiedziała, przecież uczyła się tego na ich strojach. Jego i Thomasa. — Jakie kolory?— spytał, przechylając głowę w bok.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: przed domem [odnośnik]09.01.22 16:16
Licząc na szczęście, które nieczęsto stało po mojej stronie miałam nadzieję, że jednak pójdziemy z tym wszystkim jakoś dalej? Oby, oby, bo chciałam jedynie żeby mogli sami ze sobą pobyć w miejscu w którym choć odrobinę bezpiecznie można się poczuć. Odrobinę, bo i złe rzeczy Devon dotykały, ale mniej niż gdzie indziej przecież.
Jadłam, głównie paplając. O niczym i o wszystkim. Co jakiś czas na milisekundy zerkając w kierunku Jamesa, ale uważając, żeby nie złapać jego spojrzenia. Chyba nie chciałam wiedzieć, czy jeszcze sie gniewa czy może już nie. Z Sheilą było inaczej. Jej wzrok złapałam bez obaw i uśmiech oddałam też. Choć był jeszcze trochę niepewny i zdenerwowany.
Z ulgą przyjęłam nawet koniec posiłku i ruszenie do koni, trochę paplać nie przestając. Z równą ulgą obecność wuja przyjmując. Który po krótkim przywitaniu wziął i poszedł. Chociaż prawie pewna byłam że w domu za oknem stanął żeby podgapiać na nas. Kiedyś go przyłapałam na tym. Ale to nieważne było. Skinęłam im krótko głową. Zakładając dłonie na biodrach obserwowałam jak odjeżdżają. Odetchnęłam lekko, nadal sądziłam, że tego właśnie im trzeba było.
- To jakaś nierówna wymiana. Łój jeszcze bym zrozumiała, ale krew? - odpowiedziałam mu zaplatając w niezadowoleniu ręce na piersi. Odwidział mi się ten pomysł od razu, jak krew miała do tego jakakolwiek być potrzebna.
Byłam dobra w mówienie, opowiadanie, ale ta historia - ta jego. Sprawiła, że po plecach mi przeszedł dreszcz. Wzdrygnęłam się mimowolnie spoglądając na Paprotkę. Nie martwić się? Może rzeczywiście powinnam, ale…
- Zostały? - dopytałam jednak mimo wszystko odwracając wzrok od Sheili. - Te ślady po zębach. - uściśliłam zawieszając jasne tęczówki na nim. Mimowolnie zacisnęłam dłoń na ręce przyjaciółki w oczekiwaniu na odpowiedź, której brzmienie najlepiej, żeby było zaprzeczeniem.
- Czyli… - zastanowiłam się spoglądając na She. - Nie żyje? - zmarszczyłam trochę brwi, to mi się wydawało jakieś nie takie. W sensie, muzykę jedynie słuchać umiałam. Jakoś granie nigdy nie weszło mi na drogę. Brendan dbał o to, żebym wiedziała wiele, ale samą muzykę chyba za zbędną uważał. Nie miała jak ocalić mi życia, gdyby coś się stało. Wydałam lekko wargi zastanawiając nad nad pytaniem zadanym przez Paprotkę. Zmarszczyłam też na chwilę nos, spoglądając w niebo.
- Nie mogę sobie o żadnym przypomnieć. Ale mamy legendę o pięknej Marlene. Mawia się, że była szlachetną kobietą, która oddała życie swoje za swojego ukochanego, pozostając na ziemi jako duch, by móc chronić go nawet po śmierci. I dopiero po niej odkrywając, że ten zdrady jej dopuszczał się jeszcze za życia. W smutku swym zwykła siadać na dole doliny przy jeziorze i płakać, a drzewa pochylały się nad nią, by objąć ją w geście pocieszenia. Ponoć nadal spotkać się ją tam da. Ale nie ufa już ludziom, zwłaszcza mężczyznom. - opuściłam głowę spoglądając najpierw na Sheile, a potem na Jamesa. - Ale nigdy jej nie spotkałam. - dodałam jeszcze wzruszając lekko ramionami. - W Londynie kiedyś byłam w klubie w którym były prawie same duchy. - przypomniałam sobie jeszcze jak mnie tam pan Florean na lekcję historii zabrał.
- Rodowe, rzecz jasna. Razem z herbem i dewizą. - wyjaśniłam wzrok przesuwając na Jamesa. - Czerwień i pomarańcz, ale nie taki ostry jak ogień, bardziej jak… - zastanowiłam się chwilę. - liście na jesień, czy futro lisa. Lisa mamy w herbie a dewiza idzie: Ubi concordia, ibi victoria - Gdzie zgoda, tam zwycięstwo. - zmarszczyłam trochę nos. - Ale w połowie jestem Longbottomem, oni zwykli mawiać, że śmiałym los sprzyja. - uniosłam wargi w krótkim uśmiechu. Wyłożyłam nogi przed siebie zaplatając je w kostkach.

wychodzi mi, że to 5 kolejka, więc proponuje kończyć waść panowie i panie i z października wyłazić


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: przed domem [odnośnik]30.01.22 22:01
Chwila z końmi zawsze pozwalała im się jakoś uspokoić. Nie w kwestii żywiołowości, bo ta w Jamesie wydawała się płonąć ogniem nieprzerwanym, ale raczej w kwestii zmartwień. A poza tym Sheila po prostu kochała Montygona, uwielbiając pochylać się w jego kierunku i delikatnie klepiąc jego szyję, głaszcząc go również po miękkiej i ciemnej sierści. Był z niego prawdziwy gentleman i kochała oglądać jak delikatnie obchodził się ze wszystkim w otoczeniu, tak jakby świadomy swoich rozmiarów ostrożnie stąpał po okolicy. A może po prostu wystarczyło, że mogła znajdować się w jego okolicy i towarzystwo koni budziło w niej naturalną miłość do tych stworzeń. W końcu kiedy żyli w taborze, mogli powiedzieć, że dosłownie tym zwierzętom zawdzięczali życie. Każdy z nich, od małego, uczony był szacunku do znajdujących się w okolicy gypsy cob, mało płochliwych bo z zainteresowaniem wpatrujących się w torbie przedmioty, a dopiero potem udawały się na pastwisko. Montygon wydawał się równie zainteresowany, chociaż wciąż łagodniejszy.
Wróciła z policzkami lekko odciętymi czerwienią na ciemniejszej cerze, teraz zaś spoglądała na Nealę tak, jakby zastanawiała się, czy naprawdę wierzy w te słowa Jamesa. Czasem bywało to nieco nieznośne, ale w takich wypadkach po prostu szturchała brata, próbując go jakoś przywołać do rzeczywistości i aby przestał ją straszyć. Albo je, w tym wypadku. Nie chciała teraz jednak bardzo głośno narzekać (chociaż nawet noc duchów nie zwalniała z takiego zachowania). Teraz zaś po prostu nadąsała policzki, nie wiedząc, czemu opowiada takie rzeczy, przecież by to pamiętała.
- Nie będziemy żadnej krwi i łoju, przecież nawet nie powinieneś się z krwią dotykać, Jimmy! – Na chwilę odstawiła harfę, zaraz też przysuwając się do brata. Ostrożnie złapała go za policzek, ciągając na upartego, tak jakby chciała dać mu znać, że to wcale nie było zabawne. Ona się tu starała, aby jednak Nelka dziwacznie o nich nie myślała, a tu nagle rozpowiadał takie o, rzeczy. – Jakby nakrzyczała, to bym o tym słyszała. Zresztą, babcia zawsze narzekała, jak robiliście coś nie tak, bo zaraz potem mówiła mi, że ja mam się tak nie zachowywać.
Na nowo przysunęła się do instrumentu, tym razem delikatnie wodząc palcami po wszystkim, tak, jakby miała szczerą nadzieję, że od teraz będzie grać już tylko radośniej. Ćwiczyła przez te dwa lata aby nie wyjść z obiegu, prawda jednak była taka, że nigdy nie umiała wkładać w to duszy, tak jakby znajome utwory brzmiały jednak smętniej kiedy nie wybijał się ponad to przyjemny jak dla niej głos Jamesa. A teraz w jej grze na nowo wybrzmiała radość i nadzieja, na nowo przeciągała palce po instrumencie, jakby to była najprzyjemniejsza rzecz we wszechświecie.
Czyli…nie żyje?
Nie wiedziała do końca, jak na to odpowiedzieć, ostatecznie lekko spuszczając spojrzenie na swoją spódnicę. Czy pytała o babcie, czy o kogoś innego? Zatopiona w grze i przypatrywaniu się bratu absolutnie zapomniała, o czym dokładnie była mowa, gubiąc się, ale zaraz też odchrząknęła, kiedy i Nela wspomniała o barwach i dewizach.
- Macie lisa w herbie bo jest taki rudy jak wy, czy może jednak to inna kwestia? – To chyba tak nie działało na dłuższą metę, ale czy był inny powód?


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: przed domem [odnośnik]29.03.22 1:06
Los zakpił z nich, ale przedziwna to była ironia. Potraktował ją jak głupi kaprys, krzywy uśmiech — z lekką rezerwą. Może było szansą? Jaką i na co? Nie wiedział. Nie miał jej już za złe. Zdanie Sheili było dla niego najważniejsze. To, jak postrzegała go, jego działania — kiedyś mniej, ale teraz, kiedy ją odzyskał zupełnie. Przyrzekał sobie, że będzie najlepszym bratem, który zrobi dla niej wszystko, byle tylko wynagrodzić jej dwa lata. Dwa stracone lata — nie przez niego, ale to bez znaczenia. Powinien być obok, pomóc jej przejść ten czas, zapobiec mu. Nie zabił nic. Pokarano ich za bierność. Teraz nadszedł czas rekompensaty.
Chciał Weasleyównie odpowiedzieć, ale w słowo weszła mu siostra, zdradzając podstawowe zasady, które obowiązywały ich niegdyś w taborze. Nie mogli mieć nic wspólnego z krwią; była brudna, nieczysta. Była to jedna z wielu zasad, które im wpojono. Nigdy nie był dobry w ich przestrzeganiu, chociaż cygańską brać traktował jak jedyną rodzinę; świat, kary go wychował, ale w którym się też urodził, chociaż prawda była zgoła inna. Jak większość chłopców, łamał je, by później z pokorą przyjmować dotkliwe kary od starszych; tak po prostu było. Musieli uczyć się na błędach, musieli pozwolić innym wpoić sobie to wszystko, chociaż codzienność poza taborem — zarówno w mieście, jak i przez tyle miesięcy w szkole była najzwyklejszą rozpustą. Przez ostatnie dwa lata pogubił się. Im bardziej chciał wrócić do przeszłości, do taboru, do wyznawanych przez niego zasad, sposobu życia, tym bardziej się od niego oddalał. To, co na niego czekało; ludzie, którzy byli wokół patrzyli na świat inaczej. Chcąc być blisko musiał się dopasować.
Zaśmiał się po tym, jak wyszarpał siostrze tarmoszącej go za policzek.l Spojrzał na nią, nie mogąc się na nią gniewać. Patrzył na nią z miłością i troską. Dawno nie czuł takiego szczęścia; widząc ją całą i zdrową wiedział, ż miał prawie wszystko, czego potrzebował.
— Pokazałbym ci, ale... — nie wypadało. Zwrócił się do Neali z łobuzerskim uśmiechem, po czym spojrzał na siostrę przepraszająco. Zawczasu.
— Gdzie zgoda, tam zwycięstwo — powtórzył po dziewczynie, kiwając głową lekko; przez chwilę pozostał zadumany, patrzył w ogień, jakby gorączkowo nad tym myślał. Te słowa wydawały mu się mądre. Pasowałyby do ich rodziny. Cygańskiej braci. — Dziadek mówił, że lisy potrafią dostosować się do każdych warunków — mruknął, spoglądając na Sheilę. Mówił to wtedy z irytacją, nie podziwem, ale może coś w tym było. Może Weasleyowie powinni zasłużyć sobie tym na podziw? Zerknął na Nealę i uśmiechnął się lekko.
Piegi na jej twarzy iskrzyły w świetle trzeszczących płomieni.

| ztx3 :pwease:


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: przed domem [odnośnik]23.06.22 19:39
4 MAJA

Każde, nawet najbardziej urocze ściany sprawiały, że czuła się jak w klatce; przypominały o surowym kamieniu, który nie słuchał i wcale nie był czuły. A potem nadchodziły noce, długie, nieskończone, bezsenne, i zaciskały się wokół jej gardła, dławiąc w nim krzyki i płacz krzesane przez każdy cień ślizgający się po podłodze. Czasem poruszająca się za oknem gałąź tworzyła w pokoju wyobrażenie strażnika mającego zabrać ją do sali przesłuchań, bo żaden eliksir nie był w stanie zagwarantować pełnego zapomnienia. Pozostawienia tego wszystkiego gdzieś daleko za plecami, jakby ostatnie miesiące nie dotyczyły jej, a kogoś innego, innej więźniarki, dziewczyny zamkniętej za kratami za winy większe i mniejsze, dziewczyny ledwo żywej, dziewczyny pozbawionej nadziei. Ostatnio było lepiej, zdawało się jej, że jest spokojniejsza i łatwiej znosi stres, ale... Do nirwany wciąż było daleko.
Pewnego dnia, gdy słońce rozleniwiło się na niebie błękitniejszym niż zwykle, w towarzystwie obłoków przypominających nieostrzyżone owce, Celine poprosiła Yvette o wspólną podróż - gdzieś, gdziekolwiek. Daleko. Byle znaleźć się za linią horyzontu, z nadzieją, że odetchnie tam innym powietrzem i pozna inne smaki.
A los chciał, że droga poprowadziła je właśnie do Ottery St. Catchpole, do siedziby Weasley'ów - arystokracji, tylko że trochę udawanej. Doświadczonej przez historię, do dziś płacącej wysoką cenę za swoją życzliwość, za to, że pomocna dłoń sięgała do każdego potrzebującego, nie tyle trwoniąc, co przeznaczając rodzinną fortunę na szczytny i dobry cel. Chyba tylko to uspokoiło nagle skołatane myśli półwili; w pierwszym odruchu bała się, że znów będzie jak na Grimmauld Place. Spojrzy na głowy skrzatów poprzybijane do ścian w makabrycznej przestrodze dla innych istotek, poczuje w nozdrzach metaliczny zapach krwi tylu straconych żyć, żeby zaspokoić cudzą próżność w potrzebie kąpieli, usłyszy, że to wcale nie byli ludzie, tylko mugole; że będzie tam zimno i ciemno, może urodzajnie, ale samotnie.
Mimo zapewnień kuzynki czuła drżenie w kolanach nawet kiedy zbliżały się do sympatycznie wyglądającego domu, choć określeniem może bliżej było mu do pokrytej bluszczem chatki, takiej, jaka od razu przywiodła na myśl leniwe letnie wieczory gdzieś na wsi. Chatki proszącej o zaufanie. Dlaczego mimo wszystko jej go skąpiła? Dłonie mięły krawędź ciemnoniebieskiej peleryny, w ten sposób dając ujście nerwom, które buchały w jej podbrzuszu bladym, migotliwym płomieniem, tak oślepiającym, że w nocy zwróciłyby uwagę każdej przelatującej obok ćmy. Ale zamiast atramentowego nieba - było to jasne, przedpołudniowe, z którego nie siąpił deszcz. Zamiast ciem - była przemiła starsza pani witająca je obie już od progu. Żadnej służby. Żadnych dygnięć, pokłonów czy pompatycznej etykiety.
Celine próbowała nie dać po sobie poznać jak nieswojo czuła się w środku. Pierwsze momenty zawsze tak wyglądały. Lękliwie, niepewnie. Z rozległych krajobrazów przechodziła przez wąskie gardło jaskiniowych ścian, ledwo przeciskała się pomiędzy głazami, przekonana, że już nigdy nie zobaczy światła dziennego, aż wreszcie emocje zsuwały się z powrotem w dół przełyku i znowu była w stanie spokojniej odetchnąć. Na szczęście - jeszcze przed pojawieniem się kolejnej, dużo młodszej szlachcianki - miała u boku Yvette, żeby odwrócić od siebie uwagę gospodyni; od czerwieni policzków i niespokojnie zginanych palców, które lekko szarpały o materiał lawendowej sukienki w kwiaty, zanim i to rozmyło się w wyciszeniu.
- Oderwałam cię od czegoś ważnego? - spytała z delikatnym, przepraszającym uśmiechem, gdy zostały same z Nealą; Baudelaire i ciocia Weasley chwilę wcześniej przeszły do innego pokoju, żeby móc spokojnie porozmawiać, tuż po tym, jak przedstawiły sobie oba dziewczęta. Biedna Neala. Musiała nagle robić za niańkę zupełnie obcej osoby, chociaż Lovegood zarzekała się, że może przecież poczekać w ogrodzie, że to nie wypada angażować kogokolwiek w jej opiekę, że nie chciała być dla nikogo problemem. Ale gościnność zwyciężyła. - Macie bardzo ładny dom. Kojarzy mi się z miejscem, w którym się urodziłam, a stamtąd mam same dobre wspomnienia - dodała i uniosła spojrzenie wyżej, melancholijnie prześlizgnąwszy się nim wzdłuż ścian, wodząc po meblach, bo dopiero teraz, z uspokojonym sercem i unormowanym oddechem, mogła docenić panującą dookoła aurę. - To prawda, że masz własne konie? - Celine znów spojrzała na Nelę i jej oczy błysnęły podziwem. Dla niej czterokopytne stworzenia, nawet te pozbawione magii, pozostawały zagadką. A konie? Były takie ogromne! W porównaniu do drobnej Weasley'ówny tym bardziej. I były też wolne - w abstrakcyjny sposób, bo przecież ograniczały je lonże czy ogrodzenia, ale nie wątpiła, że wiatr w ich grzywach musiał nieść inną melodię, lepszą, piękniejszą, niż wiatr zagubiony w ludzkich włosach.


they say they're building us a garden, so when the birds and trees are all gone we'll live where the sky is golden and
bathe in artificial oceans.
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: przed domem [odnośnik]30.06.22 23:35
Dzień jak co dzień, dniem kolejnym poganiany był. Coś takiego było w rutynie, że jednocześnie uspokajała strasznie myśli skołatane, ale i sprawiała, że dusza moja rwała się i wierciła niespokojnie. Balansowałam więc przeważnie, gdzieś na granicy. Póki potrafiłam skupienie utrzymać z rana samego, siły na naukę kierowałam najmocniej. By później, móc rozluźnić się bardziej i skupić na rzeczach, do których dusze moją porywało mocniej i dokładniej. Ale ciężko było - oh jak ciężko! - wziąć i na jednym tylko się skupić. A ta myśl cała, przerażeniem mnie trochę brała i obejmowała. Że ludzie biorą i jedną rzecz wybierają z którą na całe życie się wiążą. Jak tak można było, skoro świat tyle niewiadomych i pięknych rzeczy skrywał, że by odkryć je wszystkie najpewniej czasu jednego życia to było za mało.
Właściwie to nie wiedziałam, że dzisiaj Ottery gościć miało coś jeszcze - ale skoro to nie do mnie wizyta była, to nic zmienić nie miała przecież. Nie dla mnie, przynajmniej do czasu, kiedy głos cioteczki nie wywołał mojego imienia i nie dotarł do zajmowanego przeze mnie pokoju. Uniosłam głowę znad dziennika nad którym się pochylałam odwracając głowę w stronę drzwi. Zmarszczyłam jasne brwi w początkowym niezrozumieniu, ale nie czekałam jakoś długo dłużej, żeby wziąć i się podnieść. Bo, przecież - bez powodu ciocia by mnie na dół nie wołała, nie? Nie. Tego byłam pewna, powód zawsze miała jakiś. Różne się trafiały, ale zawsze jakieś były. Więc odsunęłam krzesło odkładając pióro na bok. Podniosłam się a kiedy głosy dobiegły do moich uszu poprawiłam ciemnoczerwoną spódnicę którą miałam na sobie i w kilku skokach znalazłam się na dole wchodząc do salonu. Właściwie, to nie do końca usłyszałam co mówiła ciocia i pani Yvette. Znaczy coś tam słyszałam, ale mało to ważne było, kiedy moje spojrzenie padło na trzecią osobę w salonie. Oczy rozszerzyły się w zdumieniu a kiedy zostałyśmy same pozostawały nadal takie zdumienie. Kompletne, całkowite zaskoczenie. Kiedy odezwała się zamrugałam kilka razy, a potem uniosłam dłoń, żeby wziąć i oczy przetrzeć bo pewna byłam jednego. To nie mogło być realne. Drgnęłam też chyba, serce uderzyło mi dwa razy a umysł nakazał żeby nie zachowywać się jak głupiec największy.
- Uszczypnij mnie, możesz? - zapytałam wyciągając do niej rękę bo pewna być musiałam najpierw - ponad wszystkim, że nie śni mi się to wszystko i nie jest jedynie snem tak realnym. - Na Merlina i każdego jednego założyciela Hogwartu. - wypowiedziałam biorąc wdech w płuc kiedy już to uszczypnięcie poczułam i nie obudziłam się jednak w łóżku moim własnym. - Nic co robiłam wcześniej znaczenia zdaje się nie mieć w tej chwili już wcale, bo oto właśnie przede mną nimfa leśna jak żywa staje! - nawet nie wiedziałam kiedy słowa trochę w rytmiczne działanie mi wpadły, ale nie przejmowałam się tym ani trochę, bo zachwyt właściwie wypływa z każdej komórki ciała mojego. Jakbym kiedyś mogła, jakbym miała… to właśnie taką piękną bym być chciała. Tak zachwycająco, uderzająco wręcz. Obok takiej urody nikt nie przeszedłby tak, jak przechodził obok mnie. W lustro spoglądać bym mogła z zachwytem, nie zwyczajną ludzką akceptacją. Och, marzenie moje największe stało właśnie przede mną z duszą inną jednak niż moja w ciele, które chętnie bym wzięła. Zamrugałam kilka razy trochę zdziwiona, kiedy o tym domu powiedziała. Rozejrzałam się dookoła i wzruszyłam łagodnie ramionami. Nie były to pałace i dwory jak te, które zdarzało mi się odwiedzać. Nie była to też niewielka kawalerka Brendana, ale to nie zmieniało faktu, że dom to właściwie mój w żaden sposób nie był. W sensie, należał do wujaszka i cioteczki. - Dobre wspomnienia pielęgnować należy. - przytaknęłam więc, rozciągając wargi w uśmiechu krótkim. Uniosłam rękę żeby na plecy odrzucić rude włosy. Czerwona wstążką znów znajdowała się na moim nadgarstku. Czasem używałam jej, by związać włosy, ale zawsze miałam pod ręką. Na kolejne pytanie zaśmiałam się i pokręciłam lekko głową. - Wszystkie są cioteczki. - zapewniłam zgodnie z prawdą. - Ale dwa umiłowałam sobie szczególnie. Choć wszystkie są piękne i mądre z Bibi i Montygonem mam najlepsze dusz połączenie. Chciałabyś je zobaczyć? - zapytałam, przekrzywiając trochę głowę w bok. - I oh, maniery moje! Usiądziesz może? Napijesz się czegoś? - z tego piękna zapomniałam, że zachować można było się jak człowiek. Ale nic to, kiedy nadrobić się dało wszystko. Ruszałam już w stronę siedziska, kiedy zatrzymałam się gwałtownie, uderzając ręką o czołowo własne. - Ależ całkowicie niekompetentna. - mruknęłam wzdychając nad sobą samą ponownie. - Neala jestem. - przedstawiłam się spoglądając na swojego gościa. Co prawda, pewnie wiedziała to już, bo ciocia imieniem mnie wołała, ale to nie było to samo, co samemu odpowiednio wziąć i przedstawić się, prawda?


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: przed domem [odnośnik]02.07.22 19:10
Zaskoczenie zwiastowało katastrofę. Na pewno zrobiła coś nie tak, już od progu obraziła młodziutką gospodynię, a jeszcze nawet nie zdążyła się odezwać! Krew odpłynęła z policzków, gdy wzrokiem sięgnęła wyciągniętej ku sobie ręki, mimowolnie szykując się na reprymendę. O tym, jak niefortunnie nadepnęła na dywan należący do damy z ósmego pokolenia wstecz. O tym, jak najściem wystraszyła kanarka, który nagle stracił głos. O tym, jak otulająca posiadłość bariera magiczna zaczęła drżeć przez obecność mieszańca i wszystko w jej środku wpadło w rezonans, którego ona jako jedyna nie mogła wyczuć, a który łomotał w głowy mieszkańców dramatycznym bólem. Ale - to nie nadeszło. Nic. Tylko nagle wypowiedziany słowem komplement, zachwyt tkany miłą nicią w głosie, a potem też ciepło rumieńca rozlewające się po własnych policzkach. Przygotowana na cios - jego brak odczuła z dwukrotną ulgą, trochę niepewną.
Przez moment patrzyła na dziewczynę z głową leciutko przechyloną do boku, z pytającym spojrzeniem, aż w końcu na ustach rozkwitł blady uśmiech, a ona sięgnęła do zaoferowanej ręki, tyle że zamiast uszczypnąć skórę między palcami, delikatnie, prawie niewyczuwalnie przesunęła opuszką tego wskazującego wzdłuż nealowego ramienia.
- Nimfy nie szczypią - odpowiedziała cicho, wdzięcznie, z uśmiechem przenikającym również do barwy głosu. Bała się tego spotkania, wcześniej. Bała się kolejnej szlachcianki, nieważne jak pozytywnie wypowiadała się o niej Yvette. Jednak wyglądało na to, że kłębiące się w niej emocje, prześlizgujące się po wnętrznościach jak robactwo żerujące na zgniliźnie, mogły na chwilkę spokojnie przygasnąć. - Ale jeśli ja mam być nimfą - Celine uniosła dłoń wyżej i pozwoliła palcom zatańczyć tuż obok kosmyków miedzi okalających twarz czarownicy, - to całkiem nam do siebie blisko. Masz słońce we włosach. Zachodzące słońce. Albo ogień, taki, który daje ciepło i wabi brzękotki - mówiła szczerze. Kiedy akurat w salwach płaczu nie zarzekała się o własnej niewiedzy, niewinności - strażnikom z Tower szeptała to, co chcieli usłyszeć. Tu chyba było inaczej; poza murami skropionymi obłudą, z daleka od przesiąkniętego trucizną gniazda żmij, gdzie powinna była zostawić żałoby, ułomności i strachy, zamiast tego jednak cały czas nosząc je w sercu jak pulsującą zakażeniem ranę; tu można było mówić prawdę. Yvette powtarzała, że nie musiała bać się słów, tak swoich, jak i cudzych; że czas, kiedy dzięki nim łechtała cudzą próżność już minął. Czasem, nieświadomie, wciąż sięgała po ten mechanizm, traktująca go jako swego rodzaju obronę. Jedyną defensywę roztaczającą wokół siebie parasol bezpieczeństwa. Tylko - szczęśliwie z Nealą nie było takiej potrzeby; nie musiała się przed nią bronić, póki co. Czerwień jej włosów, siateczka piegów, pełne usta i na dodatek duże, błękitne oczy. Celine prawie niedostrzegalnie kiwnęła głową. - Zachodzące słońce gdzieś nad wodą - zdecydowała i tym razem opuściła rękę, żeby obie dłonie spleść za swoimi plecami.
Na wzmiankę o połączeniu dusz jej uśmiech poszerzył się nieznacznie w ukłuciu rozczulenia. Co prawda jej więź z Ogniomiotem nie była chyba tak silna, bo kameleon rzadko kiedy okazywał jej sympatię poza porą karmienia, ale Celine znała to uczucie. Wiedziała, o czym mówiła Neala, nawet jeśli teraz pamiętała to jak przez mgłę. I akurat otwierała usta, żeby odpowiedzieć, gdy dziewczyna przypomniała sobie o manierach, które rzekomo były lepsze od tych, jakie pozwoliła jej dotychczas zobaczyć. Oddech na moment zatrzymał się w piersi, jakby to miało oznaczać, że propozycja przepadła; ręka zamarła w połowie drogi do wolnej dłoni Weasley'ówny, tej, którą nie uderzyła się w czoło; teraz nie śmiała jej dotknąć.
- Och, nie usiedziałabym w miejscu wiedząc, że nie poznałam jeszcze Bibi i Montygona. Może to wszystko jest trochę na opak i powinnyśmy posiedzieć, porozmawiać, ale... Pokażesz mi je? Teraz? Jeśli twoja ciocia nie miałaby nic przeciwko - poprosiła z delikatnym rumieńcem i z tlącym się w duszy wstydem, bo znów narzucała komuś swoją wolę. Nie powinna. Nie miała prawa. Pokoje były piękne, domowe takie, tylko wiedziała, że na zewnątrz czułaby się swobodniej. Wśród zwierząt. Przyrody, ogrodów. Tam też mogły spędzić czas, było już znacznie cieplej niż podczas późnomarcowych dni, gdy uczyła się obcować z wolnością. Cofnęła się o krok. Neala, to imię też pasowało do zachodzącego słońca. - Bardzo mi miło. Ja jestem... Celine - wargi drgnęły nieznacznie, ale zabrakło im sporo do pełnego uśmiechu; w więzieniu różnie ją nazywano, rzadko kiedy po imieniu. Głupia kurwa, mieszaniec, płaczliwa blondi. Czasem miała wrażenie, że Celine brzmiało już obco. Musiała się do niego przyzwyczajać od nowa, wbrew przekonaniu, że nie była na tyle wartościowa, by w ogóle mieć własne imię, a już na pewno nie to, które nadali jej rodzice. - Powiedz mi, jeździsz na nich zupełnie sama? Na Bibi i Montygonie? - zapytała z ciekawością. Tancerki też musiały ufać swoim partnerom, musiały umieć upadać z ich ramion w razie konieczności, tego uczono je bardzo szybko, i kiedy półwila myślała o tym w ten sposób, wydawało jej się to znacznie mniej przerażające.


they say they're building us a garden, so when the birds and trees are all gone we'll live where the sky is golden and
bathe in artificial oceans.
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: przed domem [odnośnik]02.07.22 20:02
Och, jakże świat był dziwacznie zaskakujący i a życie nieprzewidywalne. Wszystko mogło nadejść, wszystko mogło się odwrócić. Zawsze była nadzieja i przyjemny dreszcz wynikający z zaskoczenia czymś kompletnie nieoczekiwanym. Dawałam się podnieść, dawałam się prowadzić. Mówiłam co czułam i czułam to, co do mnie docierało. Wiedziałam, że za mocno, że daje się wciągnąć, pochłonąć, ale nie potrafiłam być inna. Lubiłam wolność, lubiłam podążać za przeczuciem, odkrywać to, co jeszcze było nieodkryte, choć jednocześnie robienie tego przy kimś, kto wiedział więcej wydawało się okropnie zawstydzające - jak wtedy w Lynmouth z Marcelem i Jamesem.
Nie znałam pojęcia nudy, bo każda chwila wartość swoją miała. Nawet ta leniwa trochę, ta w której nic zdawało się nie dziać. Czasem w nich właśnie działo się najwięcej. Ale że dzisiejszego dnia widok tak piękny, że aż nierealny zobaczę się nie spodziewałam wcale właściwie. Bo skąd mogłam? Słowa same wypadły, nie zatrzymane, nigdy ich nie potrafiłam na wodzy utrzymać, nawet wtedy gdy milczeć winnam najmocniej. To wada była, ale też i zaleta. Chyba. Jeszcze nie wierzyłam oczom, choć te kłamać się nie zdawały na moment uznałam, że to wyobraźnia moja jeno jest nic ponad to. Więc wystosowałam prośbę rękę wysuwając przed siebie, zatrzymując dech w piersi w oczekiwaniu na ukłucie bólu, które o rzeczywistości mnie zapewni- jednak ono nie nadeszło. Z ręki wzrok na nią przeniosłam jedną z brwi unosząc, by za chwilę odrzucić głowę i zaśmiać się lekko.
- Nie poznałam żadnej, trudno więc sprzeczać się o rację bądź jej brak. - orzekłam zaraz na krótką chwilę marszcząc nos w zastanowieniu. Pokręciłam energicznie głową. - Tu miejsca na jeśli nie ma żadnego. - pewna byłam swojego, święcącymi się oczami obserwując ją z przyjemnością ale i zazdrością. Och, ile bym dała by móc być tak bezsprzecznie piękna. Tak zapierającą dech w piersi, wzbudzająca zachwyt każdego, kto zerknie jeno? Chciałam, ale płakać nad czymś, czego mieć się nie mogło sensu nie było. Byłam jaka byłam inna być nie mogłam. I przeważnie nie chciałam. - Mile nas dzielą, moja droga! Ile bym dała, by choć raz cieszyć się takim kolorem włosów! - zaoponowałam z pewnością. Moje usta wygięły się w dziękczynnym uśmiechu. Moje włosy, tak, to one zwracały uwagę. Słońce i ogień ciepło wędrowało przecież ze mną w kolorze moich włosów właśnie. - Więc idealny z nas duet, tyś uosobieniem natury w żywej i zachwycającej postaci, ja dziecię nieba - słońce oblało mi włosy a gwiazdy lico. Tak usłyszałam, wiesz, że moje piegi gwiazdy przypominając. - mówiłam dalej, czując jak na wspomnienie na policzki wpełza zdradliwa czerwień. Odwróciłam spojrzenie na chwilę. Czemu te słowa nadal dzwoniły mi w uszach. Nie znaczyły przecież wiele. Nie mogły. A nawet jeśli, to nie interesowały mnie wcale. Odchrząknęłam chcąc odciągnąć myśli od tego o czym myśleć co nie było. - Czyż to nie romantyczne, że dziś spotkać nam się przyszło? - zapytałam, cofając się o krok, rozkładając ręce i wykonując obrót wokół własnej osi. - Przeznaczone z pewnością, co do tego wątpliwości nie mam żadnych. - wypowiedziałam zatrzymując się znów przed nią. Na niej, nimfie w salonie moim winnam się skupić niż na kimś, kto głowy zaprzątać w ogóle mi nie powinien. Wykonałam kilka kroków i obrotów na pięcie do porządku i zachowania się przywołując, proponując to, co dawno powinno zostać zaproponowane. Zastygając kiedy prośba wydobyła się z jej ust.
- Oczywiście. - zgodziłam się nie widząc żadnych obiekcji, przeciwko temu, by miejsce zmienić. Wyciągnęłam rękę by złapać za jej dłoń bez pytania czy zawahania i pociągnąć za sobą w stronę kuchni. Zatrzymałam się tylko kiedy imię wyjawiała swoje rozszerzając oczy. - Celine. - powtórzyłam szeptem prawie smakując brzmienia które wydały moje usta. Przepięknie. Odpowiednio. Magicznie. - Oh, Celine, lekkość niesłychana wręcz. - dodałam wchodząc do kuchni w której ciocia siedziała głowę podnoszącą. - Na stajnie pójdziemy. Damy sobie radę, wuja gdzieś tam kręci się, prawda? - chwilę później ubrane lepiej, bo jeszcze gorąco nadało nie było aż tak, żeby na ramiona nie narzucić czego w stronę stajni szłam obok mając nimfę prawdziwą.
- W dalszych podróżach mam towarzyszy, nie mogę podróżować sama, gdy zbyt daleko to jest. Devon opiera się złu, ale tam gdzie słońce tam i cień zawsze padnie. - uniosłam wzrok na niebo, splatając dłonie za plecami. Na krótką chwilę przez twarz przemknął mi cień, próbowałam się go uśmiechem pozbyć, ale trochę jeszcze go zostało. - Jeździć nauczył mnie mój brat - Brendan. Nie jestem mistrzem, ale w siodle przeważnie daje sobie jakoś radę. Choć i zdarzyło mi się bliżej trawę na ziemi zapoznać - przyznałam, zaśmiewając się lekko z samej siebie. - Oh, ale wiesz, mam przyjaciela - pomaga nam tutaj - zna się na koniach jak niewielu. Kocha je naprawdę. Kocha i rozumie. - zapewniłam, dla potwierdzenia przytakując krótko głową. Tego byłam pewna, tego że James kocha konie. Że potrafi się z nimi porozumieć. Wsłuchać w to co mają do powiedzenia. Na pół milisekundy zamarłam. Przygryzłam dolną wargę. Bo wziąć oddech w płuca i wypuścić powietrze z ust. Zmarszczyłam na krótką chwilę. Głupia, normalne przecież że mówi się o ludziach, których się zna. - A ty, Celine, potrafisz? - zapytałam ściągając spojrzenie z nieba i przenosząc je na nią z zainteresowaniem.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

przed domem
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach