Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
przed domem
AutorWiadomość
przed domem [odnośnik]10.06.18 0:27
First topic message reminder :

Otoczenie

Urocza, niewyróżniająca się na tle innych domostw znajdujących się w Ottery St. Catchpole chata, mieści się na uboczu miasteczka. Z dwóch stron otoczona lasem, z tyłu posiada dostęp do miejscowego jeziorka - największa atrakcja dla najmłodszych dzieci zarówno rodziny, jak i gości oraz sąsiadów. Do porośniętego bluszczem budynku prowadzi schludna, brukowana dróżka; niedawno Weasley'owie zadbali o jej obudowę. Podobno miało to miejsce po wizycie wuja Cadeyrna, który idąc ścieżką potknął się o wystający kamień i wybił sobie dwa przednie zęby. Do dziś odprawia egzorcyzmy przy każdej wizycie u krewnych.
Z powodu bliskiego sąsiedztwa mugoli, dom pozostaje wolny od większości czarów mogących realnie wpłynąć na niemagicznych znajomych i przyjaciół.


[bylobrzydkobedzieladnie]



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley

Re: przed domem [odnośnik]03.07.22 19:25
Historia miała to do siebie, że w każdej dekadzie dzieliła kobiety na przeklęte półwilim genem i te, które na ten gen spoglądały z zazdrością i zawiścią, w myślach życząc skręcenia kostki podczas piqué manege; a ona nigdy dotąd nie spotkała się z tak... Ciepłym przyjęciem. Z wypowiedzianym na głos komplementem zamiast urywanych półsłówek i spojrzeń rzucanych kątem oka, ostrych jak brzytwy kuchennych noży do krojenia mięsa. Nawet nie miała pojęcia, że wdzięczny uśmiech na jej twarzy rozszerzył się i odsłonił oba rzędy jasnych zębów, gdy patrzyła na płomiennowłosą Weasleyównę. W oczach zamigotała poruszona inspiracja.
Odważyła się sięgnąć do dziewczątka, oczarowana każdą piękną (och, co to była za odmiana!) myślą wsuwającą się do głowy, a których słodyczy nie pamiętała od bardzo długiego czasu. Niegdyś towarzyszyły jej codziennie, od świtu do późnych godzin prób baletowych, a nawet i dłużej, do chwili klamry przymykającej świadomość tuż przed zaśnięciem. Ostatnio jednak było z tym gorzej. W Tower obumarły, uśpione w hibernacji. W niepewnym, ostrożnym geście miękkich palców ujęła przegub jej nadgarstka i splotła z nią palce, w piersi zatrzepotał wzruszony oddech.
- Masz rację, ze wszystkim oprócz tych mil... Niebo styka się dzisiaj z z leśnym mchem i wszystko oblewa słońce, i jakoś tak mi lżej, kiedy tu przed tobą stoję, chociaż, wiesz, myślałam, że będzie inaczej. Tylko nie miej mi tego za złe - przyznała z zakłopotanym rumieńcem, czująca się w potrzebie nazwania tej ulgi przed Nealą. Przed tą niesamowitą młodą damą. Powinna wiedzieć, że promieniała nie tylko czerwienią włosów, ale i ciepłem, które zachęciło Celine do podświadomego rozluźnienia mięśni. Teraz rzadko kiedy pozwalała sobie na to w otoczeniu nieznajomych, nie z własnego wyboru. Tower odcisnęło piętno na wrażliwej psychice do takiego stopnia, że pokryło trucizną każdą sferę życia, w tę międzyludzką pchając nieufność i truchlenie, szczególnie gdy zostawała z kimś sam na sam. Tak jak teraz, tutaj, z panną Weasley. Ale żołądek przestał już boleć z nerwów, oddech nieco spowolnił i nie słyszała w uszach szumienia własnej krwi. - Wierzysz w przeznaczenie? - zapytała ciszej, z nieodgadnioną nutą melancholii zakradającą się do głosu. Sama od dawna w nie nie wierzyła. To niemożliwe, żeby przeznaczeniem jej tatka było umrzeć w ten sposób, z rąk tamtych ludzi, okrutnych, sterowanych dłonią pociągającą za sznurki tysiąca marionetek. Potworów.
Puściła wówczas dłoń Neali i odsunęła się od niej, oferując krótki, smutny i wymuszony uśmiech, choćby tylko po to, żeby odegnać od siebie samej kaskadę obmywających ją myśli, które nie prowadziły do niczego dobrego. Celine wiedziała, że zadra w sercu nigdy nie zniknie. Nie znikną tęsknota i wyrzuty sumienia, a zostaną z nią na zawsze. Tak to już było; uczucia przylepiały się do niej jak miód do nagiej skóry i niechętnie odchodziły w niepamięć. Ciężar śmierci Egertona Lovegooda nigdy nie zmaleje.
- Dzięku... - urwała, żeby wypuścić z płuc zaskoczony wydech. Tym razem to Nela zdecydowała się ująć jej dłoń, na co półwila nie była przygotowana i serce odruchowo zagalopowało w piersi, zanim przypomniała sobie, że przecież już zna jej dotyk. Jej jaśniutką, usłaną piegami skórę, które faktycznie znaczyły ją jak gwiazdy. - Dziękuję - poprawiła się i zerknęła w dół na ich ręce, zupełnie jakby wzniecony przez dziewczynę gest był inny od poprzedniego. Może naprawdę tak było. Nie, na pewno tak było. Rudzinka dotknęła ją z własnego wyboru, nieświadoma fantomowego robactwa kłębiącego się pod skórą półwili, więziennej przeszłości, grzechów, których dopuszczała się z cudzego wyboru i przymusu. Gdyby wiedziała, pewnie nigdy nie zbrukałaby się takim dotykiem. Kto wie, czy brud nie przechodził z jednej kobiety na drugą jak choroba?
- To musiało być miłe, prawda? Nauka ze starszym bratem. Wyobrażam sobie. Był surowy czy rozpieszczał cię pochwałami za każdy postęp? - podjęła, z zadowoleniem odnotowując fakt, że drogę z domu przez ogrody udało jej się pokonać płynniejszym krokiem, zwinniejszym, a przede wszystkim wytrzymalszym niż zrobiłaby to w kwietniu. Już nie potrzebowała przystanków co jakiś czas, nie na tak krótkie dystanse. Wodziła spojrzeniem po kwiatach i grządkach, zanim powróciła nim do twarzy nowej koleżanki. Wiosna bardzo do niej pasowała. - Gdzie dotąd byłaś najdalej? Przepraszam, nie chcę być wścibska, ale to imponujące - coś w jej wcześniejszych słowach o cieniach padających tam, gdzie świeciło słońce przyprawiło półwilę o szybsze bicie serca. Od października bała się nawet własnego cienia, nie mówiąc już o innych, nawet tych metaforycznych. Chciała zapytać o Devon, o to, co dokładnie się tu działo, co złego i co dobrego, ale nie zdobyła się na odwagę. - Ja? - zdumiała się, po czym znów uśmiechnęła na chwilę. - Nie, nic z tego... Nie umiałabym chyba odnaleźć się w takim siodle, nigdy nie próbowałam - wyjaśniła Celine i, tknięta pomysłem, sięgnęła nagle do kieszeni płaszcza, żeby wysunąć z niego różdżkę. Dlaczego nie wpadła na to wcześniej?
Po prawej stronie na ich dróżce dojrzała klomb kolorowych kwiatów i ławkę pod zakrzywioną wierzbą, w kierunku której delikatnie pociągnęła Weasleyównę. Na moment mogły zboczyć z kursu, prawda? Najwyżej przeproszą Bibi i Montygona za dłuższe oczekiwanie, jednak coś podpowiadało jej cichym szeptem, że raczej będzie warto.
- Mówiłaś, że zawsze chciałaś mieć takie włosy - zagadnąwszy Nealę usiadła na ławce i postukała wolną dłonią w miejsce obok siebie, prosząc tym samym, by dziewczyna je zajęła, jeśli miała ochotę. Jeśli się nie brzydziła. - Chodź, spróbujemy. Jest takie zaklęcie. Co prawda nie rzucałam go całe wieki, ostatnim razem jeszcze... Och, dawno temu, ale pamiętam, że nie jest trudne. Chciałabyś? - w jej głosie wybrzmiała przyjemna melodyjność, łagodna sympatia, chęć sprawienia jej przyjemności. Za to, że Neala jako pierwsza sprawiła przyjemność jej samej. Za to, że okazała się dobrą duszą. Za to, że wyprowadziła ją z domu na połacie skrzącego się zielenią ogrodu i pozwoliła jeszcze swobodniej odetchnąć, bez wyrzutu, poza kurczącymi się na gardle ścianami wspomnień. Za gościnność i za uprzejmość. Za poczucie bezpieczeństwa. I za każde piękne słowo, jakim podbudowała dziś półwilę.


she turned her face up

to the starlit sky

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: przed domem [odnośnik]04.07.22 2:30
Zaśmiałam się krótko odrzucając głowę, kiedy wyszło na to, że dojść do zdania jednego nie możemy. Nie chciałam się wykłócać dalej, ale w środku wiedziałam doskonale. Serce kurczyło się w ukłuciu zazdrości rozpływając jedynie nad pięknym doskonałym, które stało przede mną właśnie. Ale nic zrobić się nie dało z tym właśnie. Być sobą mogłam jedynie, nikim więcej ponad to. A bycie mną do łatwych nie należało kiedy uświadamiałam sobie, jak wiele zaskakujących i pięknych dziewczyn wokół mnie było. Z zazdrością nic zrobić nie mogłam poza akceptacją. Nikt pierwszą mnie nie wybierze kiedy obok stać będę czy egzotycznej Sheilii i Eve, czy wróżkowej Celine czy Anne. Tak już było. Poza tym i tak mi nie zależało, żeby ktoś brał i mnie wybierał bo postanowiłam już sobie wcześniej wszystko. Tak było dobrze, jak było.
- Inaczej? - zapytałam bez zrozumienia opuszczając głowę i przekrzywiając trochę na bok głowę. Nie wiedziałam co inaczej mogło być, ale zdawało się, że to inaczej w niedobrym tego słowa znaczeniu miała. - Tu zawsze w ten sposób. - nachyliłam się lekko. - Chyba że wujaszek Dim ciocię z równowagi wyprowadzi. - wyprostowałam się rozciągając usta w uśmiechu. Trochę strzelając, bo ze słów nie wywnioskowałam niczego konkretnego. A wuja dzisiaj i tak większość dnia w stajni spędzał, więc nie było co się przejmować czymś, co mogło nie nadejść wcale. Poza tym na rozzłoszczoną wujkiem ciocię mógł pomóc tylko wuja. Tak się sprawy miały od zawsze. Kolejne pytanie sprawiło, że oderwałam od niej na chwilę wzrok zerkając na sufit i wydymając usta.
- Wierzę. - odpowiedziałam jej, żeby westchnąć zaraz. - Ale przez większość czasu go nie znoszę. Szczerze wierzę, że razem z wszechświatem i losem za rozrywkę uznają życie moje okrutnie komplikować. Wtedy najpewniej najlepiej się bawią. - splotłam dłonie przed sobą. - Czasem jednak dają dnie takie jak ten. Pełne niespodziewanego piękna. - wzruszyłam łagodnie ramionami. Bo to, że za przeznaczeniem nie przepadałam, to nie od dziś wiedziałam. Ale czasem, czasami, pomiędzy uprzykrzaniem mi raz po raz życia zdawałam się dostrzegać światło. Momenty, które warto było przeżyć albo zapamiętać. Ludzi, którzy stawali na mojej drodze i którym wiele zawdzięczałam i od których wiele się uczyłam. Znikający uśmiech nie umknął mojemu spojrzeniu, dlatego sama nie spytałam. Zostawiłam przeznaczenie, tam gdzie wcześniej było. Wolałam na miłe tematy rozmawiać dziś, chciałam żeby dobrze czuła się będąc tutaj i ze mną.
- Nie dziękuj. Za co nie masz.- odpowiedziałam jej jedynie usta rozciągając w głębokim uśmiechu na chwilę rząd zębów pokazując witając na chwilę w kuchni żeby sytuację całą przedstawić i pociągnąć za sobą Celine na dwór. Jak pięknie brzmiało jej imię, jak powiew świeżego wiatru pachnącego lasem. Kolejne pytanie sprawiło, że uniosłam dłoń by podrapać się po nosie.
- Brendan wymagający jest. Ale nie ze złośliwości a troski. Coś zrobiłeś albo źle, albo dobrze. Czasem przy odrobinie szczęścia zaskakująco dobrze. Ale na laurach - tak mówił - nie można było spoczywać. Lubię kiedy się uśmiecha, choć światu rzadko pokazuje tą twarz. Tak sądzę. - przyznałam zwalniając trochę kroku, żeby łatwiej zastanowić mi się było. - zadbał o to, żebym wiedziała to, co potrzebne. - uniosłam dłonie żeby zapleść je za głową a głowę zadrzeć do góry. - Teraz mogę tylko spróbować go nie zawieść - gdziekolwiek nie jest. - przyznałam, nie wypowiadając na głos bolących myśli. Tego, że z każdym mijającym dniem coraz bardziej realne staje się to, że może już nie wrócić. Czy powiedziałam mu, że moja miłość dla niego wieczną jest, gdy wyjeżdżał? Nie byłam pewna już. Zamrugałam kilka razy skupiając się na kolejnym pytaniu. - Nie wszędzie konno się opłaca, ale po Devon jeździłam z wujostwem na jesieni. Byłam też w Somerset, Dorset i Kornwalii. Imponujące? - powtórzyłam po niej wydymając lekko usta. Naprawdę takie było? Jakoś nie byłam o tym za mocno przekonana. Bo co niby w tym takiego imponującego być mogło? - Dlaczego? - zapytałam więc przekrzywiając głowę i spoglądając na nią. A kiedy przyznała że nigdy w sidole nie była zatrzymałam się nagle łapiąc za jej dłonie obie z rozszerzonymi oczami w nagłym olśnieniu. - Koniecznie odwiedź mnie w tygodniu. Z Jamesem zabawniej jest niż z wujem a zna się i kocha konie. - zaproponowałam więc jej chwilę później obserwując jak na ławce siada na co bez zrozumienia patrzyłam do chwili aż w nią nie postukała sugerując bym obok usiadła. Co zrobiłam w kilku krokach znajdujące się przy niej.
- Chciałam. - przyznałam szeptem cicho, jakby to zdrada była teraz dla tych, które miałam na głowie, bo teraz inne od wcześniej jakoś przez aure się zdawać zaczęło. Kiedy mówiła dalej moje oczy rozszerzały się w zdumieniu i zaskoczeniu. Zaklęcie? Chyba o nim czytałam, ale nie miałam odwagi by po nie sięgnąć sama. Serce załomotało mi okropnie. - Chciałabym! - powiedziała podnosząc się z ławki robiąc gwałtownie kilka kroków. - Ale też się boję! - przyznałam nie potrafiąc opanować kłębiących się emocji. Bo teraz kiedy przed tym już stałam, przed możliwością taką właśnie czułam jak mnie wewnętrznie rozdziera. Byłam dumna z tego kim byłam. Dumna z włosów, które odziedziczyłam po tacie którego nie znałam i z przynależności do Weasleyów, a jednocześnie zawsze tak piękna jak Celina by być marzyłam. Blond włosy najpiękniejsze mi się zdawały zawsze. Mieniły się niczym złoto najszczersze, skarb, którego natura nie każdego chciała obdarzyć. Przygryzłam wargę robiąc kilka kolejnych kroków. - Agh… - wypuściłam z ust tupiąc nogą i łapiąc się za głowę, pociągając włosy rude. - Zróbmy to! - zdecydowałam, siadając z powrotem, ledwo w miejscu jednym pozostać mogą. Trudno, niech się dzieje. Nie ten odważny, kto strachu nie czuł a kto działać mógł mimo niego, prawda Eileen? Tak mówiła wcześniej. Więc zadziałam. Martwić się będę potem, chociaż nie było o co przecież. Chciałam tego. Chciałam mieć włosy złote.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: przed domem [odnośnik]06.07.22 15:25
Miło było wyobrażać sobie wiecznie panujący spokój w Ottery St. Catchpole. Nawet wizja wujka umykającego przed kobiecą patelnią przy rodzinnej sprzeczce wydała się Celine niezwykle ujmująca i zastanowiła się, czy Neala też postrzega to w ten sposób - jako szczęście w nieszczęściu. Bo chociaż nie miała rodziców, jej opiekunowie byli ciepli, tak bardzo barwni, zażyli; to wynikało także z opowieści Yvette, która, pewnie w próbie uspokojenia zdenerwowanej kuzynki, uchylała rąbka tajemnicy o tej gałęzi Weasley'ów, okraszając wszystko anegdotkami przeżytymi lub zasłyszanymi. Uśmiech dziewczyny był zaraźliwy; znów zakradł się na wargi nieświadomej niczego półwili i rozsunął je w wyrazie podszytego zazdrością zachwytu. Szczęście w nieszczęściu, naprawdę! Ona również po utracie obojga rodziców została wepchnięta w kanwy przewrotnego losu, ale nie wiedziała jeszcze jak powinna się z tym czuć, ani czy dobrze postąpiła decydując się na zamieszkanie z Elriciem. Jej bratem. Krwią z tej samej krwi, gęstszą, prawdziwszą. Rozrywały ją sprzeczne emocje: miłość i zdrada, gorycz na kłamstwo, zagubienie, bo to, w co wierzyła, nagle okazało się ułudą.
- Aż tak? - zagadnęła na wyznanie o kapryśnym przeznaczeniu. Rozmowa stawała się coraz swobodniejsza, żelazne hamulce leciutko już odpuszczały, rozwiązując język. Była ciekawa swojej młodziutkiej rozmówczyni, komplikacji, która ta przeżywała każdego dnia, planów i niespełnionych marzeń, wszystkiego, co czaiło się pod kopułą rdzawych, ślicznych włosów. - Zawsze myślałam, że ono nie istnieje, wiesz? Przeznaczenie. Chociaż czasem mam wrażenie, że coś przesuwa nas jak pionki na szachownicy, a pionka nikt nie pyta gdzie chciałby pójść, co przeżyć. Ale sama w nie nie wierzę. Nie mogłabym - wyznała Celine z cichym westchnieniem. Cały kwiecień smakował takim przewrotnym zrządzeniem losu, dopóki nie podjęła decyzji, nie poprosiła o spełnienie obietnicy, trochę z ciekawości, a trochę chyba z czystego masochizmu przebywania w elricowym domu, gdzie każdego dnia musiałaby zderzać się ze świadomością tego, co przed nią zatajono. Co wuj przed nią - nimi - zataił, tatko przecież nie wiedział. Przyjrzała się Neali, ciekawa, czy ta się zgodzi, czy jej postrzeganie pionków okaże się inne.
Tym bardziej ugodziły w nią rodzinne myśli przy rozmowie o Brendanie, bracie tego uroczego dziewczątka, surowym, opiekuńczym, chyba jak każdy starszy brat. Elric też taki był, nie, bywał. Troszczył się zawsze, ale z surowością miał problem, od dzieciństwa pozwalał jej na zbyt wiele; wtedy bez zawahania wchodziła mu na głowę, dziś za to przepraszając, przy każdej wyimaginowanej oznace, że przekraczała granice.
- Ładnie o nim mówisz - stwierdziła, podniosłszy spojrzenie z ziemi. Celine lubiła patrzeć jak buty niknęły w soczyście zielonej trawie, jej źdźbła muskały materiał i mogła wyobrażać sobie, że stawała się jednością z glebą w pewien magiczny sposób. Jak jej przodkinie, wile hasające wśród dziczy, piękne i niosące przekleństwo. Wróciła wzrokiem do Neali, do jej twarzy wygrzewającej się w słońcu, wystawionej wprost do jego opiekuńczych promieni, w których blasku piegi przypominały drobinki złota na jasnej skórze. - Nie mieszka tu z wami? - zapytała o Brendana. Gdziekolwiek nie jest brzmiało posępnie, dlatego głos półwili zadrżał niepewnie, na język już cisnęły się kolejne przeprosiny, ale przełknęła ich gorycz, z trudem. - Mój... brat - zaczęła, żeby jakoś rozładować swoje napięcie - a jednocześnie historia Neali, jej wylewność i szczerość, zachęcały do odwdzięczenia się tym samym. - Przez wiele lat nie wiedziałam, że nim jest. Znałam go wcześniej, od dzieciństwa w Dolinie i wspólnych zabaw, które musiał dzielnie znosić, ale o tym, kim jest dla mnie, tak naprawdę, dowiedziałam się niedawno - opowiedziała jej powoli, dłońmi znów mnąc materiał peleryny. Jej żołądek zaplątał się w supeł, brwi zmarszczyły delikatnie. Chyba pierwszy raz mówiła o tym na głos dopiero co poznanej osobie - i choć może powinna być ostrożniejsza, zachować wszystko w absolutnym sekrecie, tak miała wrażenie, że Neala nie była typem osoby wbijającej nóż w plecy. Bo i do czego mogły jej się przydać te informacje? Jaką wartość mogły mieć dla kogokolwiek innego niż bliska rodzina? Bała się, ale nie tego, co pomyśli Weasley. Bała się - wszystkiego. Myśli, że dotychczas żyła w farsie zafundowanej przez jakąś odgórną siłę, właśnie przeznaczenie. Że to śmiało dobrać się ze szponami do pamięci jej tatka i spróbować wyrwać go z jej serca, skoro już go zabiła. Celine pokręciła głową, znów westchnąwszy, tym razem dłużej, ale jeszcze ciszej. - Życie bywa takie dziwne. Czasem podobne historie opowiadają książki i człowiek myśli sobie, że też chciałby przeżyć takie emocje, a potem... - plotła dalej, obnażała się przed Nealą, serce, duszę, strzępki tego, o czym mówiła mało komu. Nie w próbie wzbudzenia współczucia, a w przeczuciu, że Weasley była kimś, kto zrozumie. Skąd to przeświadczenie? Brało się znikąd, ale było silne, silniejsze niż strach przed nią jako obcym.
Na szczęście przygody na końskim grzbiecie nieco rozpogodziły rozważania półwili, przyjrzała się towarzyszce, łagodniejąc w poprzednim przygnębieniu tak, że nie zostało po nim prawie nic, i uniosła dłoń do twarzy, przykładając palec wskazujący do swojego policzka.
- To dalekie podróże, jeszcze na stworzeniu, któremu musisz ufać, a ono musi ufać tobie. Dlatego mi to imponuje. Tyle godzin w siodle - i tyle godzin poświęconych na wzbudzenie przyjaźni konia - odpowiedziała bez zawahania - na powrót spokojnie, melodyjnie. Szczerze. Mogłoby się wydawać, że na zewnątrz, tu i teraz, nie nosiła w sercu śladów okropieństw doświadczonych w Tower, choć te zawsze były tam obecne, wepchnięte w tkanki jak ciernie zwiędłych dzikich róż. - Bardzo chętnie, tylko... Nie będę wam przeszkadzać? - zdziwiła się Celine; Celine przyzwyczajona do myśli o byciu kulą u nogi, Celine przekonana o tym, że z nią zabawnie być nie mogło, bo melancholia przeważała swobodę szalonej rozrywki. Może Neala zapraszała ją tylko z uprzejmości?
Bitwa tocząca się w głowie rudowłosej dziewczyny przywodziła na myśl Beauxbatons. To, jak wtedy podobne decyzje wydawały się być wielkiej wagi, największej, a każde niepowodzenie równało się końcu świata i piskowi przed lustrem oraz stłumionym śmiechom dochodzącym zza pleców. Przyglądała się jak Neala miota się w swoim pragnieniu i wątpliwościach, nie przekonywała jej, a pozwoliła samej podjąć decyzję, z różdżką trochę nerwowo obracaną w dłoni. Propozycja była porywcza, wypłynęła z ust samoistnie, bo co jeśli coś pójdzie nie tak? Magia półwili wciąż była kapryśna - przez traumę i strach, którym reagowała na wspomnienia z aresztu, na widok mierzonego w nią drewna i zaklęć uderzających w ciało, zostawiających tam siniaki. Ale to nie było Tower, już nie. Tylko ogród w Ottery St. Catchpole, a Neala nie była strażnikiem. Kiedyś musiała się przemóc.
- Jak ci się nie spodoba, zaraz je odczarujemy - obiecała z uśmiechem maskującym poddenerwowanie. Celine odetchnęła głęboko, po czym niepewną dłoń uniosła do góry, krańcem dotknąwszy pukla z boku głowy koleżanki. - Gotowa? - zapytała w ostatniej możliwości wycofania się z niewinnego przedsięwzięcia i znów zmarszczyła brwi, lekko przygryzając dolną wargę. - Capillus.

Przeznaczenie z nas drwi, więc zamiast skupić się na blondzie...
k1 - znów dostrzegam kątem oka klomb, na którym wcześniej skupiłam uwagę, i mimowolnie zachwycam się fioletowawymi kwiatami; twoje włosy zmieniają kolor na lawendowy
k2 - na myśl znów przychodzi mi Beauxbatons, błękit tamtejszych ścian, podkreślający biel marmurów; twoje włosy zmieniają kolor na błękitny
k3 - zwracam uwagę na rumieńce na twoich policzkach, są śliczne, w słońcu różowe; twoje włosy zmieniają kolor na intensywny róż
k4 - chociaż bardzo próbuję, nie mogę nie skupiać się na zielonych liściach nad naszymi głowami; twoje włosy zmieniają kolor na zielony
k5 - za naszymi plecami widzę chmurę w kształcie królika pędzącego po polanie, urzeka mnie to; twoje włosy zmieniają kolor na biały
k6 - jest blisko, ale nie tak blisko, jak bym chciała; twoje włosy zmieniają kolor na soczysty żółty


she turned her face up

to the starlit sky

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: przed domem [odnośnik]08.07.22 21:06
Nie powiedziała o jakie inaczej jej chodziło, a ja nie pytałam. Musiało być inne od tego zastanego, jak bardzo nie byłam pewna. Ale choć ciekawość zawsze zżerała mnie za bardzo powoli uczyłam się, że nie wszystko trzeba wyciągnąć siłą. Wzruszałam więc ramionami na to, uznając, że widocznie to nie czas, bym dowiedziała się jednego czy drugiego, jedynie zgrywając taką super i niewzruszoną. Nawet, jeśli wszystko i tak zachodziło w mojej własnej duszy, której nie byłam w stanie okłamać. Uśmiech mi trochę przygasł kiedy do tego przeznaczenia całego wróciłyśmy.
- Yhym, dokładnie tak. - potwierdziłam dla potwierdzenia tego jeszcze biorąc i głową kiwając w tym potwierdzeniu całym właśnie. Wysłuchałam tego, co mówiła marszcząc lekko brwi. Chwilę milcząc kiedy użyła analogii odnoszącej się do szachów. Ale te nie do końca mi chyba pasowały, nie całkiem. Zaplotłam dłonie przed sobą, unosząc na chwilę głowę, żeby w niebo spojrzeć. - Może w szachach, ale jest gra w której każdy ma potencjał, by stać się najsilniejszą na planszy figurą. - przesunęłam tylko spojrzenie na nią, rozciągając w uśmiechu usta. - Musi jednak najpierw do tego dojść. - opuściłam też głowę. - Nie wiem, czy da się wygrać z przeznaczeniem, ani czy od dawno zapisano gdzieś mój los. Ale obu im wypowiedziałam wojnę, nawet jeśli nic tym nie zmienię. - przyznałam Celine, rozciągając usta w uśmiechu. Co z tego, jeśli nawet moim przeznaczeniem było te wojnę przeznaczeniu wypowiedzieć. Póki działałam w zgodzie z własnym sumieniem, póty miałam być zadowolona i winić mogłam tylko siebie. Na zadane pytanie pokręciłam przecząco głową.
- Musiał wyjechać, dlatego jestem tutaj a nie z nim. Możliwie, że nigdy już nie wróci. - przyznałam a uśmiech zszedł mi z twarzy kompletnie. Choć wewnątrz nadal tliła się nadzieja, nie było go już zbyt długo. A to coraz mocniej nasuwało pewną myśl. Myśl, której nie chciałam wypowiedzieć na głos by przez moje słowa nie stały się rzeczywistością.
- Zmienia to coś dla ciebie? - zapytałam teraz splatając dłonie za plecami i marszcząc lekko brwi. - Moi przyjaciele, moi kuzyni są dla mnie ważni jak bracia i siostry, choć nie łączy nas ta sama krew. - dodałam, zerkając w jej stronę. - Nie cieszysz się? - zapytałam przekrzywiając odrobinę głowę w bok obserwując jej śliczny profil. Oh, gdybym mogła tak piękną być życie z pewnością byłoby łatwiejsze. Kiedy z jej ust wypadły kolejne słowa spojrzałam przed siebie marszcząc lekko brwi. Cóż, książki zazwyczaj kończyły się happy endem. Wielką wygraną dobra nad złem, złączoną rozłączoną wcześniej miłością. - Mama mówiła, że na koleje losu nie ma silnego. Zamiast rozpaczać nad tym, co stracone z siłą kolejny krok powinno się stawić. Ale ja już się tymi kolejami też zajmę. - zmarszczyłam na chwilę brwi lekko niezadowolona. - Lubisz książki? - zapytałam, bo ja uwielbiałam zanurzać się w powieściach, które świat całe przedstawiały nowy i nieznany. Gotowy do zbadania i odkrycia.
- Lubię z nimi rozmawiać, zdają się mnie rozumieć. - przyznałam rozciągając usta w uśmiechu, kiedy temat zmienił się i zahaczyliśmy o coś bliskiego mojemu sercu. Bibi i Montygon nie oceniali a w mądrych oczach widniało zrozumienie, mimo, że czasem pewnie nie nadążały za potokiem moich słów. - Przeszkadzać? - powtórzyłam, żeby zaraz pokręcić głową. Zaśmiałam się lekko odrzucając głowę. - Będziesz głównym punktem przecież. - oznajmiłam z przekonaniem nie przestając się uśmiechać. - Jimmy pomoże nam jak go poproszę. - uniosłam rękę i podrapałam się po boku nosa. - Chociaż jak ostatnio poprosiłam by nauczył Roratio to myślał, że chcę by przyzwoitką naszą został. - wywróciłam oczami niezadowolona tym faktem. - No, ale z tobą tak nie uzna. Nie byliśmy z Roratio... wiesz. - wyjaśniłam jeszcze w chaosie tej opowieści krótkiej - a może relacji bardziej.  Do tej pory nie potrafiłam zrozumieć skąd on to wziął i jak na to wpadł. Ale zostawił temat bo coś innego ważniejszego było. Włosy. Nigdy sama się nie odważyłam. Trochę ze strachu a trochę z tego, że marzenia mogą się okazać wcale nie tak piękne jak się wydawały.
- D-dobrze. Tak. - zgodziłam się, zasiadając obok, biorąc wdech i przymykając powieki w oczekiwaniu. Czując tylko jak serce szaleńczo łomocze mi się w piersi. To miało się właśnie stać. To dzień ten był. Wiedziałam już od dawna, że piękność ze mnie żadna, ale może włosy by mi pomóc mogły trochę choć? A jak nie wyjdzie, to zmienić zawsze można było. Zaklęcie cofnąć czy coś. A kiedy zaklęcie padło, jeszcze kilka sekund miałam zamknięte oczy szukając w sercu odwagi, żeby oko wziąć i uchylić trochę. A później je uchyliłam jedno, żeby zerknąć w dół. Ale to co zobaczyłam sprawiło że otworzyłam też drugie. Złapałam kosmyk w palce podsuwając wyżej z niedowierzenia nie mogąc nic z siebie wydusić.
Różowe. RÓŻOWE. One były różowe. Na wschód słońca za wcześnie było jeszcze. Musiałam zobaczyć całość tego jednego byłam pewna.
- Wróćmy, potrzebuję lustra. - szepnęłam, łapiąc Celine za rękę i w szybkim chodzie ruszając do domu. Milcząc skupiona na drodze. W końcu popychając drzwi i wchodząc na korytarz, przystając przy lustrze. - Oh. - zaskoczone wypadło z moich ust kiedy tak patrzyłam na siebie. - Celine, jednak… - zaczynałam, już powiedzieć miałam, zdążyć nie zdążyłam jednak.
- Do kuchni, obie! - głos cioci z przerwał mi wołając nas do kuchni. Zerknęłam na jasnowłosą nimfę wysuwając się naprzód, bo ciocia na zadowoloną nie brzmiała. I wtedy się w niej znalazłam, a oczy skupiły się na mnie. A cioci to właściwie się rozszerzyły, a wygląd jej twarzy sprawił, że nie byłam pewna, czy zła jest czy nie jest. W strachu nad jej słowami nie zauważyłam, że ledwie rozbawienie powstrzymuje by pedagogicznie się ze mną wziąć i obejść.
- Neala… - zaczęła a ja zrobiłam krok ku niej prędki.
- To tak na chwilę tylko! Chciałam zobaczyć, wiesz piękną być raz choć… - zaczynałam tłumaczyć, ale ciocia mi przerwała zanim rozkręcić się zdołałam.
- Tydzień Neala - oznajmiła a ja spojrzałam na nią i zamrugałam dwa razy w niezrozumieniu a potem na Celine powtarzając po niej. Że tydzień, że jak? Że tydzień co. - Tydzień zostaniesz w tym kolorze, może to próżność twoją choć trochę utemperuje.
Te słowa wydały mi na twarz prawdziwe przerażenie, które widoczne było od razu. Otworzyłam usta i zamknęłam kilka razy.
- Ciocia, proszę, n-nie. - szepnęłam czując że łzy mi spływać zaczynają. Uniosłam dramatycznie rękę do czoła. - Specjalnie rujnujesz mi życie ciocia. - szepnęłam z przejęciem, ale ciocia niewzruszona była i wyjść nam kazała. Więc nie pozostawało nic jak jej słuchać. Powłóczyłam nogami do salonu, opadając dramatycznie na kanapę. Różowy był najgorszy dla mnie. W różowym najbardziej źle mi było nad czym zawsze mocno ubolewałam. A teraz na głowie go miałam. - Co ja teraz zrobię, Celine? Raz być ładna chciałam. - zapytałam z przejęciem unosząc rękę i układając ją na czole. Tydzień to wieczność trwała, a najgorsze było że ciocia nie pozwoli w domu mi zostać cały. Wręcz przeciwnie pewnie znajdzie mi zajęcie i chodzić za własne błędy płacić kazać będzie. Marny żywot mój był. Zdecydowanie nie lekki. Jak trudy jego miałam znieść dumnie teraz?

| wyrzuciłam trójkę


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: przed domem [odnośnik]12.07.22 11:51
Brwi Celine przysunęły się do siebie na dźwięk tych słów, gdy głowa - zmęczona huraganem emocji, lękiem, wstydem, wyciszonymi teraz do delikatnego szumu gdzieś za plecami - zaczęła je analizować, przyswajać, rozumieć. To prawda, na szachownicy każdy pionek mógł otrzymać szansę wzniesienia się na wyżyny, ale czy to odbierało mu trudów bycia poruszanym za sprawą cudzej ręki, intencji? Tego nie była pewna.
Zamilkła na chwilę, walcząc z obezwładniającą chęcią zamknięcia Neali w ramionach, przyciśnięcia jej do serca, które, jak górskie echo, powtórzyło śpiewny lament, jakim podszyte było jej wyznanie o bracie, którego porwały dalekie podróże. Wichry zaniosły go gdzieś daleko poza zasięg wzroku tej ślicznej dziewczynki, a żal pozostawiony tam, gdzie powinien dziś stać Brendan, zgęstniał na tyle, że nie sposób było go nie zauważyć. Nie poczuć. Półwila opuściła głowę, aż w końcu wezbrała w niej odwaga - potrzeba - i ułożyła dłoń na ramieniu Weasleyówny. Palce opadły tam tak łagodnie, jak gdyby były zagubionym w locie motylem, przysiadającym na minutę odpoczynku.
- Na pewno wróci - obiecała Celine, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie miała w sobie mocy ani możliwości, by naprawdę jej to przyrzec. A jednak poczuła, że musiała to zrobić. Że te słowa, tandetne i puste, mogły coś zmienić. Wyobraziła sobie, jak w Ottery St. Catchpole otwierają się drzwi i nagle wkracza przez nie Brendan Weasley z oczami dzikimi od tęsknoty, z rękoma wyciągniętymi w stronę siostry, i mimowolnie spojrzała na próg, jednak drewno ani drgnęło. Nikogo tam nie było. Żadnego ducha. - Przyciągniesz go tutaj z powrotem; może zgubił się jak ten bohater z książek? Odyseusz? Pamiętam, że bogowie byli na niego źli, skazali go na tułaczkę - ale udało mu się trafić do domu, w końcu - mówiła troskliwie. Ale czy aby na pewno było to trafnym pocieszeniem? Dziesięć lat, tyle zajęło Odysowi dotarcie do Itaki, a kiedy już do niej wrócił, nie był sobą - z Brendanem jednak będzie inaczej. Musiało być! Stanie przed Nealą taki jak kiedyś, z bliznami trudów podróży, pełen miłości i opowieści o przygodach, które będzie opowiadał jej do snu. Kąciki ust Celine uniosły się na chwilę w czułym uśmiechu, zanim ten zbladł, a ona odsunęła się o krok, splotła dłonie za plecami i westchnęła ciężko; kwestia Elrica, kwestia rodziny, to dalej było świeże, wbite w serce jak grot zatrutej strzały; wciąż przecież nie potrafiła tego zrozumieć. Kłamstwa ciągnącego się dekadami, zdrady matki, która w jej wyobrażeniu była najwspanialszą kobietą na świecie, zmarłą jedynie przez bolesny kaprys przeznaczenia. Gdy znów spojrzała na Nealę, w jej oczach było coś niewypowiedzianego, nieokreślonego; może pragnienie, by opowiedzieć jej wszystko od początku do końca, a może po prostu kolejna dawka zgryzoty, o której nie chciała dziś myśleć.
- To nie tak, że się nie cieszę, tylko... - urwała, umilkłszy na moment, jakby próbowała dać sobie czas na zebranie przemyśleń; ale to na nic. - Sama nie wiem, Nela - wydukała wreszcie. - Kochałam go od zawsze i to się nie zmieni, zmienia się tylko to, że żyliśmy w kłamstwie. Co jeszcze jest przed nami ukryte? Przed nim, przede mną? Za ile lat znów się czegoś dowiemy? To znaczy, że mój tata nie był moim tatą, ale przecież nim był, będzie zawsze! Mam w głowie taki mętlik - przyznała, samej nie wiedząc kiedy ciężar rodzinnej spowiedzi prześlizgnął się przez język i wydostał na światło dzienne, wnikając w powietrze między nimi, dławiąc nim Celine, metaforycznie, choć płytki oddech już przyspieszył, a policzki pokryły się pierwszym smagnięciem utrapionego różu. Weasley była mądra ponad swój wiek, to nie ulegało wątpliwościom; była też dobra, coś w jej aurze zapewniało, że nie skrzywdziłaby muchy, coś sugerowało, że nie wyśmieje, a zrozumie. - Przepraszam, nie powinnam cię tym obarczać - dodała po chwili. Nawet jeśli podświadomie czuła, że Neala była kimś, przy kim jej sekret byłby bezpieczny, nic nie usprawiedliwiało jego wypowiedzenia kilkanaście minut od pierwszego poznania; nie kiedy przed momentem dziewczynka wyznała, że zmagała się z potencjalną utratą brata, podczas gdy Celine takiego zyskała, chętnie lub wręcz przeciwnie.
- Lubię - przytaknęła, wdzięczna za zmianę tematu; wcześniej założone za plecami dłonie powędrowały do twarzy, płynnym gestem ocierając policzki, choć nie skapnęła na nie żadna łza, były przyjemnie suche - a z popiołów zagubionego smutku powstał subtelny uśmiech. - Romanse najbardziej. Takie z dobrym zakończeniem, gdzie dwa serca zaczynają bić jednym rytmem. A ty? - spytała ze szczerą ciekawością.
Pasowały do niej powieści przygodowe z silną, samodzielną bohaterką przemierzającą świat na grzbiecie zaufanego wierzchowca. Wojowniczką szerzącą sprawiedliwość, a ukracającą zarazę niecnych występków. - Był zazdrosny o tego chłopca? - spytała, nim zdążyłaby ugryźć się w język - ale podskórnie czuła, że gdzieś pod warstwą chaotycznych wyrywków historii krył się jeszcze nieodkryty, piękny romans rodem z książek, o których wcześniej mówiła. - W takim razie byłoby mi bardzo miło do was dołączyć, chociaż chyba wolałabym po prostu popatrzeć jak ty jeździsz... - dodała z nutą przestrachu przed perspektywą własnego pojawienia się w siodle.
A potem doszło do tragedii, do magicznego kaprysu, którego Celine nie była w stanie powstrzymać, gdy magiczna wiązka dosięgnęła włosów Neali i przeinaczyła wszelką intencję na... róż? Ale jak to?! Przecież tylko na moment przyjrzała się jej zaaferowanym rumieńcom, to nie tak, że powtarzała w myślach, by rude kosmyki nasyciły się podobnym kolorem. Wyglądała teraz jak kwiatek - bez zielonej łodygi, lecz z opadającymi w dół różowymi płatkami, które w połączeniu z bladą skórą dodawały jej przedziwnego błysku, niekoniecznie dobrze zmieszanego. Półwila aż upuściła różdżkę, kiedy oddech zamarł jej w piersi i przykryła dłońmi usta rozwarte w niemym krzyku; czarne drewno wylądowało na ławce z łoskotem.
- O matko - wydusiła przestraszona. Teraz Neala na pewno ją znienawidzi! Wyrzuci, ukarze, poskarży się ciotce, która na dodatek zerwie z Yvette wszelkie kontakty. - Ale przecież... Przecież ja nie chciałam, miały być inne! - pisnęła, zdążywszy tylko w ostatniej chwili chwycić różdżkę, zanim koleżanka - jeszcze, a może już nie? - porwała ją ze sobą do domu, gdzie wszystko zadziało się tak szybko, że Celine niemal nie była w stanie rozgraniczyć warstw słów, ich prawdziwości i zlęknionego wyobrażenia. Tydzień. Tydzień z efektem zaklęcia, które przecież każda czarownica, każda prócz niej najwyraźniej, byłaby w stanie naprawić; półwila jęknęła ze zgrozą i zatrzymała się w drzwiach do salonu, patrząc na pogrążoną w utrapieniu Nealę, jakby ta miała za moment przemienić się w akromantulę i pożreć ją żywcem. - Przepraszam. To moja wina. Wszystko moja wina - kajała się kruchym szeptem, z pochyloną głową i drżącymi wargami. Co ją podkusiło?! Doskonale wiedziała, że jej magia działała od wielkiego dzwonu, wciąż zbyt przytłoczona traumą doznaną w areszcie Tower of London, a mimo to spróbowała sprawić Neali przyjemność i jedynie dolała oliwy do ognia. Celine nieśmiało postąpiła krok do przodu. - Ale nie jest tak źle. To znaczy... Moim zdaniem i tak wyglądasz ładnie. Nieprzeciętnie, jak kwiat. A kwiaty przecież są piękne - wymamrotała, pozwoliwszy sobie opaść na krawędź fotela i podnieść wzrok na Weasley, przyjrzeć się jej dokładniej. Odcień skóry może i nie był najłaskawszy w zestawieniu z różem, ale to nic; półwila kochała wszystko, co było inne. - Masz jakiś kapelusz? - zapytała nagle, jakby przytomniejąc. - Jak nie chcesz tak chodzić tydzień, Merlinie, naprawdę cię przepraszam, to... Możesz nosić kapelusze. Albo chustki. Mam ich sporo, nawet przy sobie mam jedną, możemy schować pod nią włosy i... I nikt się nie dowie - tkwiła już na granicy łez, granicy między otchłanią paniki, a próbą naprawienia swojego błędu, który odbił się rykoszetem wprost w złaknione metamorfozy serce nowo poznanej dziewczyny. Wszystko było nie tak. Miała stać się półwilą, a teraz leżała na kanapie i wydawało jej się, że uroda przemknęła jej koło nosa. - Chodź, Nela, pokaż mi swoje wszystkie kapelusze. Zaradzimy coś na to. Zobaczysz, zaradzimy - przekonywała ją w płonnej determinacji, zanim przygryzła lekko dolną wargę, nerwowo, może ze wstydem. - Chociaż jak dla mnie jesteś piękna...


she turned her face up

to the starlit sky

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: przed domem [odnośnik]01.08.22 20:32
Może żadna decyzja nie była całkiem nasza, ale ja o swoją walczyć zamierzałam tak czy siak. Czy to miało jakąś szansę na powodzenie czy też nie. Zamierzałam zmienić swoje przeznaczenie i nie poddać mu się. Przynajmniej nie bez walki. Ale pozostawił jego temat, nadal mnie drażniło, choć czasem dawało mi coś, czego się nie spodziewam.
Kwestia Brendana nie była lekka. Ile już minęło kiedy widzieliśmy się ostatni raz? Zdecydowanie dawno - dawniej niż bym chciała. Tęskniłam za nim, za jego powagą i mądrością. Spokojem i rozsądkiem, których mnie brakowało tak często. Przesunęłam głowę żeby spojrzeć na rękę na ramieniu, a później unieść wzrok by natrafić na Celine oczy. Na pewno wróci. Właśnie nie na pewno, Celine. W tym był problem, że mój brat walczył z potworem o wielu twarzach. Kolejne słowa uniosły moje brwi na chwilę a wspomnienie Odyseusza sprawiło że rozchyliłam usta, żeby po krótkiej chwili wypuścić z nich powietrze. Odwróciłam spojrzenie jeszcze chwilę milcząc. - Brendan zna drogę. - zapewniłam ją spokojnie. Nie mogłam poddawać się irracjonalnej nadziei. Powinnam być gotowa na to, co najgorsze, choć póki nie było pewności, potwierdzenia, ciągle miałam wrażenie że czekam. Czekam na moment w którym się dowiem w którym serce rozpadnie mi się na drobne, kiedy uświadomię sobie, że zostałam sama całkiem. - Jeśli nie wraca, to dlatego że nie może. - oznajmiłam i choć słowa brzmiały pewnie, to ten jeden raz wolałabym, żebym to nie ja miała rację. - Nie martw się Celine, od dawna jestem świadoma, że może stać się najgorsze. - odwróciłam na nią spojrzenie unosząc wargi łagodnie, choć w uśmiechu nie było radości a bardziej zapewnienie. Wysłuchałam uważnie tego, co miała do powiedzenia na temat brata świeżo odkrytego marszcząc brwi trochę. Milczałam chwilę na tyle długo, że Celine przeprosić zdążyła. Pokręciłam głowę. - Przy mnie możesz mówić co myślisz i na co masz ochotę. - zapewniłam ją spokojnie. Uniosłam rękę odgarniając kilka kosmyków. - Sens jest myślą zadręczać się, że może nie wiesz wszystkiego? - zapytałam przekrzywiając lekko głowę. - Twój tata zawsze będzie twoim tatą. W tej kwestii zawierz sercu, nawet jeśli biologia twierdzi inaczej. Choć odczucie, jak myślę zdrady, pewnie nie jest przyjemne. Ale tego czego nie wiesz, nie odkryjesz póki ktoś ci nie powie. Zawieszać się w przerażonym oczekiwaniu, doszukując się tego co ukryte tylko będzie ciążyło ci na sercu. - wzruszyłam lekko ramionami. - Moja mama zawsze mówiła, że we wszystkich da się odnaleźć odrobinę dobrego. - odwróciłam trochę głowę, żeby spojrzeć na nią i posłać w jej kierunku uśmiech. Mogłam tylko sobie wyobrażać jak to jest, jak się odnajduje - czy dostaje - brata utraconego, który zawsze był obok.
- Hm… - zastanowiłam się unosząc rękę, żeby palec wskazujący obić kilka razy o dolną wargę. - Chyba każde. - przyznałam po krótkim marszczeniu brwi i zastanawianiu się. - Jest tyle światów do okrycia i bohaterów to poznania, że byłabym niezadowolona i niesprawiedliwa kierując się tylko w jedną stronę. - orzekłam z całą pewnością odpowiadając uśmiechem na uśmiech. Uśmiech mi jednak spełzł i zastąpiło go zdziwienie a ja zrobiłam się cała czerwona na słowa, które wypowiedziała Celine. Coś uderzyło mi w klatce. Zamrugałam kilka razy trochę czując się zagubiona.
- Z-zazdrosny o Roratio? - powtórzyłam po niej marszcząc brwi. Pokręciłam zaraz energicznie głową. Zaśmiałam się krótko jakby dopiero teraz rozbawiona. Jimmy na pewno nie był zazdrosny. Coś źle wydedukował i tyle, nic więcej. Nie byłby przecież o mnie. - Roartio to mój kuzyn. Poza tym, Jimmy ma żonę, duszę bratnią. - wyjaśniłam Celine, czując nadal paląca czerwień na szyi. - Piękną jak noc w letnią porę. - zapewniłam rozciągając usta w uśmiechu, choć czułam, że ciężko mi się te usta układają teraz. - Nie mógłby być. - powiedziałam, zerkając krótko w jej stronę. Marszcząc brwi, warga drgnęła mi lekko. Niby dlaczego miałby? O mnie? Początkowy szok minął, pokręciłam głową do siebie, powstrzymując prychnięcie. Dobre sobie. - Może pojedziemy w trójkę? Jimmy upilnuje, żebyś nic sobie nie zrobiła. - zapewniłam ją wiedząc, że jeśli chodziło o konie, Doe naprawdę wiedział co robić. A ja mu ufałam.
A potem, potem wszystkie moje nadzieje okazały się płonne. Powinnam od razu wiedzieć, że los z przeznaczeniem zrobi wszystko, żebym nawet na chwilę nie mogła cieszyć się pięknym kolorem. Wróciłyśmy do domu, bo musiałam to całe zobaczyć, ale chyba ciocia dostrzegła nas przez okno, bo zaraz zawołała do siebie obarczając wyrokiem. Jednego byłam pewna - serca nie miała. Ani trochę. Tydzień?! Tydzień z różem na głowie. Tragedia, kompletny, całkowity koniec.
Opadłam zrezygnowana na fotel przyjmując dramatyczną pozę, dokładając rękę do czoła i przymykając powieki. Cierpienie wymalowało moją twarz, przynajmniej miałam nadzieję, że dobrze wszystko wygląda. Znaczy ja nie wyglądałam dobrze, ale poza. - To nie twoja wina, Celine. - szepnęłam z przejęciem, ale i pewnością. - Winna jest bez serca ciocia i głupie przeznaczenie. - mruknęłam odciągając bez energii dłoń od twarzy i przekręcając się trochę. Złapałam za kosym i podsunęłam go pod nos zawieszając wzrok na różowym kolorze. - Kapelusz? - powtórzyłam po niej, przesuwając błękitne w kierunku jej twarzy unosząc brwi odrobinę. Podciągnęłam się do góry siadając jakoś prościej słuchając jej propozycji, żeby zapleść dłonie na kolanach i pokręcić ze smutkiem przecząco głową. - Nie mogę. - szepnęłam cicho nie podnosząc się z miejsca. - Nawet najpiękniejsze nie skryją tego co się stało całkiem. A ja wstydzić się twoich dobrych chęci nie zamierzam. Z dumą poniosę karę, ten wielki ciężar na ramionach moich. - uniosłam brodę, choć ta się zatrzęsła. Wiedziałam, że ciocia i tak do ludzi będzie kazała mi pójść. Najbardziej nie chciałam taka iść do Jamesa. Ale to też było raczej nieuniknione. Na kolejne słowa pokręciłam głową. - Nie jestem, nie byłam i nie będę. - wzięłam głęboki wdech i uniosłam rękę powstrzymując ją od razu. Przenosząc na nią niebieskie spojrzenie. - Nie zaprzeczaj. Proszę. - bo wiedziałam, że taka była prawda. A tak piękna jak ona, nigdy nie będę. Co zazdrością w sercu rozlewało się strasznie. Chciałam tylko raz, tylko na chwilę i proszę swoje chcenie dostałam. Ale to nic, dam radę, przetrwam, przeżyję. - Nie martw się, Celine. To tylko włosy. - powiedziałam, ale broda mi zadrżała tak czy siak odrobinę.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
i am under no obligation
to make sense to you
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

przed domem
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach