Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

tyły domu
AutorWiadomość
tyły domu [odnośnik]10.06.18 0:32
First topic message reminder :

Za domem

Za domem, zamiast lasu, znajduje się sporej wielkości ogród. Otoczony białym płotem, który pokryty został przez wijącą się roślinność, sięga tak naprawdę jeszcze dalej - ale z braku funduszy Weasley'owie zdecydowali się ogrodzić jedynie niewielką część włości. W środku zawiera zadbany ogródek - z grządkami warzywnymi oraz kwiatowymi rabatkami. Taras nie został ściśle wydzielony. Umownie jest nim przestrzeń przy domu przykryta prowizoryczną markizą skrywającą drewniane, bujane fotele i niewielki, drewniany stolik. Za ogrodzeniem po prawej stronie rosną owocowe drzewa, a po lewej rozciąga się polana służąca za miejsce organizacji wszelkich rodzinnych przyjęć. Jednak największą atrakcją pozostaje oddalone na północ jeziorko, licznie oblegane przez wszystkich późną wiosną oraz latem.


[bylobrzydkobedzieladnie]



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.


Ostatnio zmieniony przez Ria Weasley dnia 13.06.18 21:22, w całości zmieniany 1 raz
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley

Re: tyły domu [odnośnik]24.06.18 16:54
Po tamtym dniu Sophii towarzyszyło wiele różnych emocji. Żal. Wściekłość. Poczucie niesprawiedliwości i winy. Upór. Czuła wtedy nawet żal do własnego brata, że był w Ameryce zamiast przy rodzicach, kiedy umierali. Na pogrzebie Carterów spotkali się pierwszy raz od momentu, kiedy opuściła Stany i wróciła do Anglii. Wtedy ich rozstanie też było burzliwe, bo młoda, ledwie dwudziestoletnia wówczas Sophia obwiniała brata o opieszałość w kwestii sprawy śmierci Jamesa zaatakowanego czarną magią, uważała wtedy że mógł zrobić więcej, że amerykańskie służby mogły zrobić więcej, by znaleźć tych, którzy zabili jedynego mężczyznę, którego kiedykolwiek obdarzyła uczuciem innym niż przyjacielskie. Po trzech latach niewidzenia się łatwo było więc mieć pretensje, że zabrakło go kiedy zginęli rodzice, ale później jej przeszło, zrozumiała swój błąd i niesprawiedliwy, poczyniony w złości osąd. Nie tędy droga, wiedziała o tym. W obu przypadkach faktyczna wina leżała po stronie tych nieznajomych, którzy doprowadzili zarówno do śmierci Jamesa, jak i jej rodziców, i wręcz nie należało rozładowywać złości na ostatniej osobie z najbliższej rodziny. Lepiej było przekierować ją w zapał do dalszej walki ze złem świata.
Ale w Anglii niewielu wiedziało o tej pierwszej sytuacji, bo rzadko opowiadała o Jamesie, zwykle ograniczając się do mówienia o tym, co robiła i co zwiedzała w kraju swoich przodków. Swoje uczucia pogrzebała wraz z mężczyzną, później niemal się wstydząc, że ona, Sophia Carter, niezależna i oddana pracy aurorka mogła być kiedykolwiek zakochana, że mogła kiedykolwiek zwątpić w swoje marzenia i zboczyć z drogi, bo przecież to tak nie pasowało do obrazu, jaki budowała odkąd wróciła do kraju i kompletnie nie interesowała się miłostkami, za jedyną namiętność mając swoją pracę i szukanie ludzi pokroju tych, którzy zabili jej bliskich.
Ostatnimi czasy zło zdawało się plenić znacznie bardziej niż w czasie, kiedy dopiero szkoliła się na aurora. Rozumiała, jak wielu ludzi czuje teraz bezsilność. Ona też ją czuła, uciekając z płonącego ministerstwa i żałując, że nie uratowała więcej istnień.
Trudno uwierzyć, że to było prawie miesiąc temu. Tylko miesiąc i jednocześnie aż miesiąc, a tymczasem ona beztrosko taplała się w jeziorze, próbując nadać jakieś znaczenie dniowi swoich dwudziestych czwartych urodzin, który mimo przygody z druzgotkiem zdawał się przyjemnym, jasnym światełkiem pośród ponurych szarości ostatnich tygodni. Pływanie w jeziorze było prawie tak przyjemne jak lot na miotle, choć jeszcze przyjemniejsze byłoby zapewne gdyby było cieplej. Na upalne, lipcowe dni nie było lepszej rady niż zanurzenie się w chłodnej wodzie, ale nie pamiętała, kiedy ostatni raz przeżywała upalny dzień, na pewno nie tegorocznego lata.
Zmartwiła się widząc kłopoty Rii, bo choć druzgotek najwyraźniej został szybko przepędzony odpowiednim zaklęciem, to jego użycie nie pozostało bez wpływu na dłoń panny Weasley. I tylko z tego, że słyszała o podobnym przypadku, mogła przypuszczać, że to jedynie chwilowy omam, który nie powinien pociągnąć za sobą poważniejszych kłopotów z ręką. Wygląd dłoni po chwili wrócił do normy, zapewne pozostawiając po sobie tylko nieprzyjemne wrażenie. Ria po chwili zanurkowała po różdżkę, którą z wrażenia upuściła i po chwili powróciła na powierzchnię już ze swoją własnością.
Z pewnym żalem musiała się zgodzić – należało zająć się obecnością druzgotka, bo o ile one jako czarownice mogły łatwo sobie z nim poradzić, w przypadku nieświadomego mugola łatwo mogłoby dojść do nieszczęścia.
- Tak... Najwyżej następnym razem się pościgamy. W jeziorze lub na miotłach – przytaknęła, zaczynając płynąć w stronę brzegu. Pewnie posiedziałyby w wodzie trochę dłużej i jeszcze się pościgały, ale niestety na razie zabawę należało przerwać, choć uczyniła to z pewnym żalem, bo chętnie popływałaby dłużej. Ale druzgotek był pilniejszą sprawą, oby tylko w obecnych czasach ktoś chciał się tu pofatygować, żeby się nim zająć.
- Chodźmy na brzeg. Powiemy twojej mamie o druzgotku i zjemy tort, a potem możesz mi jeszcze pokazać memortki, chętnie je zobaczę – powiedziała, kiedy dopłynęła do płycizny. Tam stanęła na dnie, uważając na kępy wodorostów, i wyszła na brzeg. Zimna woda spływała z jej włosów i ciała, czuła chłód, więc szybko porwała jeden z ręczników i owinęła się nim.
Ruszyła w stronę domu z zamiarem przebrania się w suche ubrania, i po chwili wróciła już ubrana.
- To i tak lepsze urodziny niż się spodziewałam – powiedziała cicho. – Kto by pomyślał, że będę potrafiła się tak dobrze bawić? – zastanowiła się. Może było to z ich strony nieco egoistyczne, ale każdy potrzebował odrobiny przyjemności. Nie wiadomo kiedy będą mieć następną okazję do takiego wyluzowania i beztroski.



Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Sophia Carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 41
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Re: tyły domu [odnośnik]28.06.18 22:26
Nie wyobrażała sobie tego, co musiała czuć Sophia tracąc tak wiele bliskich osób - to jednak utwierdzało Rię w przekonaniu jak bardzo jej kuzynka była silna. Świadomość tych informacji napawała nadzieją, że można przetrwać wszystko; każdą tragedię, każdy ból udawało się przekształcić w mgliste wspomnienie, wystarczyła do tego silna wola oraz niezłomność charakteru. Weasley skrycie marzyła, że i ona kiedyś dojdzie do takiej perfekcji w swoim istnieniu. Pragnęła tego niezwykle silnie - stać się skałą gotową na przyjęcie każdego ciosu oraz odbicie wszelkich krzywd jakie mogły spotkać człowieka; rysy bądź odłupana skorupa to tylko blizny będące konsekwencją podjętych decyzji, ale nijak nie mogłyby one wpłynąć na rzeczywistość rudzielca. I taka wizja została nasączona pięknem. Obiecującym, mamiącym, pożądanym. Harpia dostrzegała w trudach oraz znojach szansę na lepsze życie, na szczęśliwą przyszłość pozbawioną przerażenia czy rozpaczy. Teraz wyobrażenia wydawały się piękne i czyste, przecież nie doświadczyła żadnej straty tak naprawdę, nie mogła wiedzieć nic o rozgrywającym się dramacie w sercach porzuconych, pozostawionych bez żywych bliskich. Widocznie Rhiannon nadal żyła w świecie marzeń, gdzie wystarczy się postarać, a cała reszta dostosuje się do żądań i marzeń zwykłego, szarego człowieka. Nie było to prawdą - idylliczną wizję zasnuwała mgła kłamstwa oraz krzywe odbicie w lustrze ukazując coś całkowicie odwrotnego. A to właśnie tym karmiła się młoda czarownica. Strach pomyśleć co się wydarzy po zetknięciu z rzeczywistością. Tą namacalną, wyraźną, bez żadnych zagięć oraz manipulacji.
Jednak każdy zasługiwał na miłość. Szczęście przepełniające serce, radość wykwitającą na twarzy jak najpiękniejszy kwiat - nie pochwaliłaby unikania tak pięknego uczucia jednocześnie samej pogrążając się w tym absurdalnie posępnym stanie. Miała już dwadzieścia dwa lata, matka Rii w tym wieku wyszła za mąż, natomiast córka nie miała nawet perspektyw na jakiekolwiek zauroczenie, nie mówiąc już o związku. Może tak prezentował się ich los? Energicznych, wiedzących czego chcą od życia rudowłosych istot? Może i w Weasley pewnego dnia obudzi się zew walki i poświęci wszystko, włącznie z własnym życiem, dla dobra świata?
Być może. Jak dotąd odrzucała od siebie ostateczne decyzje, spychając nieprzyjemne myśli na boczne tory. Zapychała sobie myśli przyjemnymi, nierzadko błahymi chwilami. Urodziny idealnie nadawały się na odpoczynek od spraw bieżących i męczących, wzbudzających wyrzuty sumienia. W głowie Rhiannon plan prezentował się idealnie, tak jak idealny miał być ten dzień dla Sophii. Wszystko poszło nie tak. Głupi druzgotek. To jego obwiniała o zakończenie zawodów - która wreszcie była lepsza w pływaniu? Miał być jeszcze konkurs na najefektowniejszy skok do wody! Z początku Harpia była niezadowolona, następnie rozczarowanie zamieniło się w przerażenie, kiedy przepełniona czarną magią anomalia wypaczyła obraz usianej piegami ręki. Na domiar złego upuściła różdżkę pozwalając drewnu zanurzyć się na dość znaczną głębokość. Miała wiele szczęścia w nieszczęściu – magiczny przedmiot powrócił do sprawnej dłoni właścicielki.
- Którykolwiek sposób wybierzemy i tak wygram - odpowiedziała dumnie Carterównie. Mrugnęła do niej - Ria powróciła do równowagi psychicznej, znów przypominała dawną siebie. Chciała zapomnieć o tym krótkim incydencie, jak najszybciej. Podpłynęła do brzegu, z którego narzuciła ręcznik na ramiona. Rąbkiem materiału suszyła różdżkę, z ulgą odnotowując dobrą impregnację drewna, dzięki czemu nie wpiło ono wody puchnąc i niszczejąc. Nie przeżyłaby musząc kupić nową różdżkę! - Przepraszam cię, to nie tak miało wyglądać - jęknęła rudowłosa, prowadząc krewną do chatki. - Za to tort nie przysporzy nam żadnych niespodzianek. - Uśmiechnęła się do aurorki. Pchnęła drzwi, zapraszając ją do kuchni. Od razu zajęła się przygotowaniami - po paru minutach wystawiła na stół talerzyki, łyżeczki i oczywiście ciasto. Ze świeczkami. - Podpalę je po mugolsku - zaśmiała się Weasley; wolała nie ryzykować z kolejną anomalią, mogłoby to się źle skończyć. - Cieszę się, że mimo wszystko nie jest tak źle - rzuciła wzdychając. Kiedy wszystkie knoty paliły się wesoło, zachęciła Sophię do ich zdmuchnięcia - użyła do tego kuksańca łokciem w bok. - Sto lat, sto lat! - zakrzyknęła. - A teraz zdmuchuj świeczki. I przepraszam za okrojoną wersję, ale na imprezie na pewno będzie więcej atrakcji - wyrzekła dość teatralnym tonem, chyba zwyczajnie chcąc nakręcić kuzynkę na wieczór pełen emocji.



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: tyły domu [odnośnik]29.06.18 1:02
Sophia musiała być silna, żeby przetrwać trudny czas. Straciła Jamesa, a trzy lata później rodziców. Był to bolesny cios, zwłaszcza że była z bliskimi naprawdę zżyta – ale co by jej dało pogrążanie się w marazmie i babranie w smutku? To nie był jej styl przepracowywania żalu. Nigdy nie była melancholijna, ani tym bardziej płaczliwa. Można było dużo o niej powiedzieć, ale nie to, że była delikatna i łzawa, zresztą załamanie się byłoby dla niej obrazą pamięci rodziców, którzy umarli, bo wierzyli w słuszność swojej drogi i poglądów. Była tego niemal pewna, że umarli przez poglądy ojca, który nie krył się ze swoim promugolskim nastawieniem i traktowaniem ludzi równo bez względu na ich krew. A ona też taka była, choć mając w pamięci los ojca starała się być bardziej ostrożna.
Nie wątpiła, że Ria była bardzo silna i udźwignęłaby wiele. Ale życzyła jej, żeby nie musiała być do tego zmuszona, żeby nie musiała stawać nad grobem bliskich póki nie przyjdzie ich naturalny czas. Jeszcze nie została naznaczona piętnem wojny i straty, ale obawiała się, że to czeka i ją, bo wiedziała, że Ria jest osobą, która nie stanie z boku obojętnie, udając że to jej nie dotyczy. Obie zostaną odarte ze złudzeń. Sophia już była z nich brutalnie odzierana przez rzeczywistość, która nie pozwalała już na młodzieńczą naiwność i głupią brawurę, a zmuszała do rozwagi i wyrzeczeń. Dawno już też przekonała się, że aurorstwo to nie jest cudowna opowieść o przygodach i łapaniu czarnoksiężników, a trudna i ryzykowna ścieżka, gdzie nie wszystko kończyło się dobrze, a ratowanie potrzebujących nie zawsze się udawało. Ministerstwo było tego najlepszym, choć również bolesnym dowodem.
Matka Sophii w jej wieku była już mężatką i miała dziecko, jej starszego brata. A Sophia tymczasem oddawała się pracy i w ogóle nie myślała o związkach, nie potrafiła sobie wyobrazić siebie jako młodszej wersji matki, która całkowicie oddała się rodzinie. Sophia za głęboko już w tym wszystkim tkwiła, dodatkowo przepełniona przeświadczeniem, że jej praca narażałaby ewentualną rodzinę na poważne niebezpieczeństwo, a już na pewno na cierpienie, gdyby tak coś jej się stało. Poza tym przy takim trybie życia miała raczej małą szansę na nagłe obudzenie się uczuć, które pogrzebała wraz z Jamesem kilka tysięcy kilometrów stąd.
Plany niestety miały to do siebie że lubiły się psuć. Ostatnio przez anomalie i inne dziwne zdarzenia psuły się wyjątkowo często i chyba bardziej Sophia zdziwiłaby się, gdyby wszystko poszło jak należy. Oczywiście nie było w tym żadnej winy Rii, a po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, że natknęły się na druzgotka.
- Przekonamy się – odpowiedziała zadziornie, gdy wychodziły z wody. Wiedziała, że Ria lepiej od niej lata, w końcu była profesjonalnym graczem i ciągle trenowała, ale w wodzie powinny mieć równe szanse. Niemniej jednak nie w jej stylu było uznawanie porażki zawczasu, budziła się w niej żyłka rywalizacji i chęć dania z siebie wszystkiego.
Wróciły do domu Rii.
- Nic się nie stało. Czasem po prostu bywa i tak, że nic nie wychodzi z pięknych planów, ale nie rób sobie wyrzutów, i tak sprawiłaś mi miłą niespodziankę swoim zaproszeniem – powiedziała, nie chcąc, żeby Ria niepotrzebnie się przejmowała i obwiniała. – Cieszę się, że mogłam spędzić ten dzień z tobą, a nie sama – urwała, a przez jej twarz przemknął ledwie dostrzegalny cień. Pierwsze urodziny bez rodziców, nie licząc okresu pobytu w Ameryce, ale wtedy był przy niej brat, więc na pewno nie mogła narzekać na samotność. Niemniej jednak w każde letnie wakacje świętowała ten dzień z rodzicami, a teraz ich nie było, ale nie chciała dzielić się żalem nawet z Rią, nie lubiła się użalać nad sobą i otwarcie przyznawać do swoich uczuć i słabości. Dlatego też urwała i pospiesznie zmieniła temat.
- Ten tort wygląda naprawdę smakowicie! – rzekła. – I racja, lepiej podpalić bez użycia magii. – Bo chyba dość anomalii i komplikacji na dziś? – Nie umiem się doczekać, kiedy go skosztuję.
Kiedy świeczki zapłonęły, Sophia zbliżyła się i dmuchnęła mocno z zamiarem zdmuchnięcia wszystkich.
- Na imprezie? – uniosła brwi, patrząc na tlące się świeczki, po czym ukroiła kawałek tortu dla siebie oraz dla Rii. Mogły raczyć się nim wspólnie. Pewnie Ria odziedziczyła więcej talentów kulinarnych po swojej matce Skamanderównie niż Sophia po swojej. Marlene cudownie gotowała i piekła, a wypieki Sophii nadawałyby się prawdopodobnie tylko do wybijania okien. I tak zakrawało na cud, że mieszkając pół roku sama jeszcze się niczym nie otruła.
- Bardzo dobry – pochwaliła, kiedy uraczyła się ciastem. Humor szybko jej się poprawił po porcji czegoś słodkiego, bo choć na to nie wyglądała to lubiła słodycze.



Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Sophia Carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 41
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Re: tyły domu [odnośnik]06.07.18 22:20
Weasley stała dopiero na początku swej drogi - świadomość nieuchronnej wojny iskrzyła w świadomości kobiety, ale ona jeszcze nie zagłębiała się w jej brutalności. Rzeczywistość owszem, była przykra; stracili Garretta, stracili Barry’ego, stracili wielu innych bliższych lub dalszych członków rodziny, ale pozostawali silni oraz wytrwali. Musieli być. Tego nauczyła ich burzliwa historia pełna cierpienia, nierzadko w imię innych. Słabszych, wyklętych, pełnych obaw. Może problem tkwił w tym, że Ria nie zdążyła zżyć się z tamtą częścią rodziny. I choć prawda była okrutna i przykra, a spłonięcie Ministerstwa wciąż widniała w głowie rudowłosej, to nauczyła się żyć z tym balastem. Co będzie kiedy pochowa wszystkich najbliższych jej sercu? Co jeśli zabraknie mężczyzn roztaczających przed nią opiekuńcze ramię? Czy Rhiannon podoła nowej roli, jaką przyszykuje dla niej złośliwy los? Musiałaby wtedy chronić Nealę oraz mamę - do tego przygotowywał ją brat, ostatnio nawet ojciec pozwalając córce ćwiczyć skomplikowane zaklęcia, choć dotychczas bardzo źle odnosił się do tego typu praktyk swojego dziecka. Działo się źle, ale to zło przechodziło jakby bokiem, jedynie ocierając się o strefę komfortu Harpii. To dlatego potrafiła się wciąż śmiać oraz wymyślać beztroskie zabawy - jednak i na nią nadejdzie czas. Wojna upomina się o każdego, w ten czy inny sposób. Może przyjdzie jej zginąć pierwszą? Może jako zakładniczka mająca być celem godzącym w Weasley’ów i Skamanderów? Przyszłość majaczyła niejasno na horyzoncie nie ofiarowując gotowych rozwiązań ani jednoznacznych odpowiedzi. Musieli żyć dopóki mogli - z takiego założenia wychodziła Weasley zapraszając Sophię do siebie. Mogły być silne na co dzień i toczyć bój ze słabościami, ale dzisiejsze popołudnie (możliwe, że także zahaczające o wieczór!) zaplanowane zostało z dala od piętrzących się na barkach trosk. Urodziny miało się raz w roku, przez co należało celebrować ten czas z godnością - i przede wszystkim w dobrym humorze. Ten na szczęście dopisywał obu rudzielcom pomimo nagle przerwanej zabawy. Ria nie była zła; w sercu krył się zawód, że nie mogły pościgać się w wodzie. Miała ochotę na drobną nutę rywalizacji jak za starych, dobrych czasów. Niestety pewne rzeczy były niezmiennie ważniejsze od wszystkich widzimisię świata. Czarownica westchnęła ciężko jak już uświadomiła sobie, że to naprawdę koniec - muszą wyjść z wody. Zajętej przez nieokrzesanego druzgotka niweczącego każdą dobrą zabawę. Wolała nie rzucać już więcej zaklęć; czarnomagiczny efekt tego jednego, którego użyła przeraził Rhiannon nie na żarty. Przez ułamek sekundy prawdziwie wierzyła, że straciła rękę - złamała ją lub jej krew opuściła magiczna moc przodków. Na szczęście tak się nie stało, więc kobieta podjęła próbę powrotu do dawnej kondycji psychicznej. Nie chciała martwić Sophii obawami narodzonymi pod rdzawą czupryną. To był jej dzień, jej święto - a ono powinno pozostać wesołym, szczęśliwym dniem usłanym wyłącznie przyjemnościami.
Obie szybko zebrały się z brzegu osuszając ręcznikami. Wewnątrz domu niezmiennie unosił się słodki, ciepły zapach upieczonego ciasta - ten drobny szczegół zawsze poprawiał Weasley’ównie humor. Przygotowanie podwieczorka nie było trudne; rozparcelowanie naczyń oraz ukrojenie tortu potrwało ledwie chwilkę dając podniebieniu wiele przyjemności. - Bardzo się cieszę. Widać, żeś w połowie Skamanderówna - zaśmiała się przyjaźnie jeszcze przed skosztowaniem lisiego wypieku. - Wszystkiego najlepszego moja droga - powiedziała raz jeszcze, kiedy kuzynka zdmuchnęła zapalone przez Rię świeczki. Uściskała ją, żeby ponownie zasiąść na swoim miejscu. Krótko po tym umieściła pełną łyżeczkę w buzi słuchając podekscytowanej rudowłosej. Uśmiechnęła się najszerzej jak potrafiła ukazując podłużne zmarszczki na piegowatym czole. - Wiesz, takiej z tańcami, prezentami i świetną zabawą - wyjaśniła niewinnie, mrugając znacząco. - Słyszałam, że balujecie razem z Rowan - dodała w celu uzupełnienia wiadomości, choć to zaskakujące, że Sophia udawała niedoinformowaną w tej sprawie. Podejrzane. Harpia przyjrzała się siedzącej po drugiej stronie czarownicy mrużąc przy tym powieki. Tak - spojrzenie miało za zadanie zlustrować podejrzaną. Jednak Weasley sama uśpiła swoją czujność racząc się kolejnymi porcjami zniewalającego ciasta. - Dobrze, że ci smakuje. Cały poranek go z mamą piekłyśmy! - zakrzyknęła dumnie. Nawet wypięła bohatersko pierś prostując się na krześle i w tym samym momencie do chatki wkroczyła rozbawiona Elaine. Nie omieszkała przywitać się serdecznie z panną Carter składając oczywiście na ręce aurorki najszczersze życzenia. To wtedy poinformowała rodzicielkę o grasującym w jeziorze druzgotku. Pani Weasley zmartwiła się wyraźnie usłyszanymi rewelacjami, postanawiając niezwłocznie wybrać się do miasta.



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: tyły domu [odnośnik]06.07.18 23:43
Obie były jeszcze młode i były na początku życiowej drogi. Nie były same, takich jak one było o wiele więcej, i wielu już zostało doświadczonych przez los. W pracy aurora często stykała się z ludzkimi tragediami, stykała się z nimi też w gronie Zakonu Feniksa, wiedząc, że kilkoro z nich już straciło życie z powodu sprawy, w którą uwierzyli. To nie były łatwe czasy dla nikogo, ale musieli z tym żyć i iść dalej, powstawać po każdym upadku i brnąć do przodu. Nawet gdyby tak chciała schronić się w czyichś opiekuńczych ramionach już nie miała takiej możliwości, więc musiała być silna, dzielna i samodzielna, i samej zadbać o siebie i swoje bezpieczeństwo. Choć towarzystwo przyjaciół niewątpliwie podnosiło na duchu i dodawało energii do działania. Wierzyła, że Ria sobie da radę, była potomkinią Weasleyów i Skamanderów, mimo szlachetnej krwi w żyłach nie miała nic wspólnego z blichtrem i fałszem ani nie była kruchą porcelanową lalką, którą łatwo strzaskać.
Obie mogły jednak spędzić ten dzień szczęśliwie i spokojnie, warto było korzystać z takich chwil, bo nigdy nie wiadomo, czy dane jej będzie dożyć kolejnych urodzin. Ostatnio czasem pojawiały się w jej umyśle czarne myśli i świadomość kruchości życia i niepewności jutra, zwłaszcza w przypadku aurorów często wiodących niebezpieczny żywot – ale w pewnym sensie się z nimi oswoiła i nie próbowała udawać, że zagrożenia nie ma. A już na pewno nie po ministerstwie, nie po tym, jak zginęło kilku jej współpracowników i wielu innych. Musiała być go w pełni świadoma i oswoić sobie tę ponurą rzeczywistość.
Wróciły do domu Rii w dobrym nastroju mimo przerwanej zabawy. Sophia zgłodniała, więc z przyjemnością skosztowała ciasta, którego zapach podsycał jej apetyt już wcześniej.
Rzeczywiście w Sophii sporo było zarówno z Cartera, jak i Skamandera. Nie dało się o tym zapomnieć, zwłaszcza że nawet z wyglądu była niezwykle podobna do matki, poza tym, że Marlene miała zielone oczy, a Sophia złote. I Marlene była świetną kucharką i panią domu, podczas gdy Sophia zawsze była chłopczycą i wolała pracować niż dbać o domowe ognisko. Poza tym łączyło je wiele.
- Dziękuję – odpowiedziała na życzenia. Zdmuchnęła świeczki i pozwoliła się uściskać, a zaraz potem zaczęła jeść, zachwycona smakiem wypieku. – Naprawdę wam się udał – pochwaliła; gdyby tak ona miała się brać za jakikolwiek wypiek, wyszłaby z tego kompletna klapa, bo niestety nie przypadł jej w udziale talent po matce. – Gdyby nie to, że mam dwie bardzo, ale to bardzo lewe ręce do gotowania i pieczenia to wzięłabym od was przepis. Czy raczej, dwie bardzo prawe ręce, bo jestem leworęczna – dodała z rozbawieniem. – I prędzej niechcący wysadziłabym piecyk niż zrobiła takie ciasto.
Przypomniała sobie o urodzinach Rowan.
- Ach, no tak, jak mogłabym o tym zapomnieć! Zakładam, że i ty zjawisz się u naszej drogiej kuzynki? – zapytała, zakładając, że zapewne Ria też ma się pojawić, skoro wie o urodzinach Rowan, które miały miejsce niecały tydzień po urodzinach Sophii. Trzeci rudzielec na pewno nie dałby żadnej z nich spokoju, gdyby tylko spróbowały się nie pojawić! Nawet gdyby tak Sophia jutro umarła na jakiejś akcji Rowan zapewne byłaby gotowa ją wykopać i zaciągnąć na urodziny. Niewielu było równie zawziętych co ona i nawet Carter czasem dla świętego spokoju wolała ustąpić, dlatego musiała pokombinować, jak tu się urwać tego dnia z pracy, żeby zrobić kuzynce tę przyjemność i świętować z nią jej wyjątkowy dzień, skoro dla niej było to z pewnością ważniejsze niż było dla Sophii. Gdyby nie Ria, Carter zapewne nie świętowałaby własnych urodzin wcale, bo była zbyt zaabsorbowana poważniejszymi sprawami.
Kiedy w pomieszczeniu pojawiła się jej ciotka, Sophia przywitała ją ciepło i podziękowała za życzenia, także w jej obecności chwaląc smaczny tort. Później, kiedy już najadła się do granic możliwości, poprosiła Rię o pokazanie jej memortków. Porozmawiały jeszcze trochę, ale niestety w końcu nadszedł czas rozstania, więc Sophia, po pożegnaniu się z obiema Weasleyównami, wskoczyła na miotłę i skierowała się w stronę Londynu.
To był naprawdę miły dzień mimo epizodu z druzgotkiem w jeziorku.

| zt.



Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Sophia Carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 41
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Re: tyły domu [odnośnik]01.05.20 23:47
| 24.05.

Minęły dwa tygodnie odkąd została żoną. Cieszyła się ze swojego nowego życia pomimo poważnych obaw jeszcze przed samą ceremonią - przecież tego jednego dnia miało zmienić się dosłownie wszystko. Bała się poniekąd, że coraz trudniej przyjdzie jej odnaleźć czas na spotkania z ukochanymi Weasleyami; tak samo odczuwała lęk przed pozostawieniem matki samej w rodzinnej chatce. Ojciec nadal pracował dużo - nawet więcej odkąd Ministerstwo oszalało i pojawiły się czystki Londynu. To samo idący w jego ślady Urien. Służyli pogwałconemu przez zwyrodnialców prawu, żeby sukcesywnie odbudowywać zgliszcza przerażającego świata. Pozbawionego swobód, tolerancji oraz życzliwości. Ria kibicowała im z całego serca, choć z wielkim trudem przychodziło zachowanie spokoju w tych trudnych chwilach. Tak czy inaczej Elaine pozbawiona obecności córki musiała źle znosić codzienną rutynę, ubogą w pomoc bądź zwyczajowe konwersacje. Niestety tak już musiało być - dzieci w pewnym momencie odłączały się od rodziców, żyły na swoim, zakładały własną rodzinę. Tęskniła, oczywiście, że tak. Wiedziała też, że to naturalna kolej rzeczy. Nie czuła się źle w Puddlemere. Tony dbał o niepewną nowego otoczenia małżonkę, przedstawił większości krewnych, pokazał najważniejsze zakątki dworu. Podarowywał rudzielcowi swój cenny czas, gdy tylko mógł i to wystarczyło, żeby zaadaptować się w nieznanym dotąd środowisku. Natomiast Rhiannon odwracała uprzejmie wzrok od tych wszystkich bogactw stojących i kurzących się bez większego sensu, próbowała koegzystować z każdym z mieszkańców. Nie mogła już nosić swoich znoszonych sukienek, aczkolwiek nadal wybierała jak najprostsze oraz najskromniejsze kreacje. Nie lubiła rzucać się w oczy tak jak epatować czymś, co nawet nie należało do niej. Dobrze, że potrafiła odnaleźć w tym wszystkim równowagę - nie zatracić samej siebie, swoich przekonań. Jednocześnie nie stając się przy tym czarną owcą wśród Macmillanów. To oczywiste, że nowemu nabytkowi rodu zależało na opinii jego członków. Posiadłość w Kornwalii miała być jej domem. Nową przystanią, ostoją, w której może odnaleźć schronienie. Bez względu na to jak głośno było - to akurat stanowiło niewątpliwy atut tej rodziny.
Weasleyowie nie musieli konkurować ze szkockimi czarodziejami. Tony wydawał się zadowolony z zaproszenia na obiad do Ottery St. Catchpole - czym niezaprzeczalnie uszczęśliwił swą małżonkę. Odwiedziny u rodziców stanowiły miły akcent dzisiejszego dnia, dlatego uśmiech nie schodził z piegowatej twarzy. Miło było znów spróbować znanych z dzieciństwa smaków oraz porozmawiać w szerszym gronie. Przecież to nie tak, że tylko ona zyskała rodzinę - jej mąż stał się także częścią familii Rhiannon; powinni spotykać się także poza ich Puddlemere.
Minęło kilka godzin przyjemnego spotkania nim słońce zaczęło powoli znikać za horyzontem. Idealny moment na spacer po okolicy, zaczerpnięcie świeżego powietrza oraz pobycie w tym miejscu jedynie we dwoje. Byli w końcu młodym małżeństwem! Potrzebowali paru chwil wyłącznie dla siebie.
Ściskając rękę mężczyzny Ria zaprowadziła ich na tyły domu, nad jezioro. Gdzieś w oddali znajdowało się kilka osób, acz nawet one zbierały się powoli do wyjścia. Poza tym dookoła panowała cisza, przerywana od czasu do czasu cykaniem świerszczy skrytymi w trawie. Czarownica westchnęła ze słyszalnym zadowoleniem i ochoczo pomogła w rozkładaniu koca; ziemia o tej porze bywała zdradniczo chłodna. - Jak to jest, że to miejsce zawsze zachwyca pięknem? - spytała retorycznie, gdy już zasiedli na miejscu. - Nadal nie pokazałeś mi swojego ulubionego miejsca w Kornwalii - zauważyła parę sekund później, spojrzenie kierując na Tony’ego. Liczyła, że wreszcie je ujrzy.



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: tyły domu [odnośnik]08.05.20 21:13
Chociaż na chwilę mógł odpocząć od swoich problemów i to u boku swojej ukochanej rudej towarzyszki na całe życie. Było to miłe, choć zupełnie inne uczucie; takie, którego dopiero teraz był w stanie poznać, nawet jeżeli byli razem od pewnego już czasu. Chciał, żeby i ona czuła się tak przyjemnie jak on; żeby nie odczuwała całego zawirowania, które (jak się zdawało) na dobre rozpoczęło się tydzień po ich ślubie.
Sytuacja zdawała się wydostawać spod kontroli. Zdradliwe Ministerstwo robiło swoje. Listy gończe nie ułatwiały mu ani życia, ani pracy. Choć, musiał to przyznać, rozbawiły go. Naprawdę Ministerstwo chciało za jego marną głowę dziesięć tysięcy galeonów? Sam nie dałby za siebie tysiąca! Nie mniej jednak musiał teraz martwić się o bezpieczeństwo swojej drogiej małżonki. I oczywiście – musiał ostrożnie przemieszczać się po Anglii.
Na ratunek przyszły mu odwiedziny u teściów i tu ponownie należało wrócić do kwestii odpoczynku, choćby na chwilę. Uwielbiał te okolice, szczególnie dom państwa Weasleyów, bez względu na to jak obecnie wyglądały. Czuł się tutaj swojsko, a i nie musiał się martwić o skłony i tytuły. Choć oczywiście nie oznaczało to, że zachowywał się jak (za przeproszeniem) świnia. Mógł po prostu poczuć się sobą, normalnym czarodziejem, który jak każdy mógł na chwilę wyciągnąć nogi i rozleniwić się. Poza tym… kto śmiałby ominąć czekający na niego rosół pani Weasley? On na pewno nie! Nie oznaczało to tego, że nienawidził Puddlemere. Wręcz przeciwnie – kochał swój dom i swoją rodzinę. To oczywiste. Poza tym miał to szczęście, że jego rodzina była… normalna. I to samo mógł powiedzieć o Weasleyach, którzy mieli w sobie coś wyjątkowo… humanistycznego. A ciężko było znaleźć normalną szlachecką rodzinę. I może też dlatego czuł się w Ottery St. Catchpole jak w drugim domu.
Złapał swoją żonę w tułowiu i zwirował wokół swojej osi, a przy tym i wycałował ją za wszystkie przepuszczone od zaręczyn dni. I on czuł się zachwycony tym miejscem, ale jeszcze bardziej nią samą. Nie mógł już doczekać się tego, żeby zacząć się wylegiwać na kocu lub biegać po okolicy, jak gdyby miał lat trzynaście, a nie trzydzieści jeden, lub po raz kolejny liczyć piegi na nosie Rii.
To pewnie magia grządek – I wcale nie mówił tego ironicznie! O nie! Mówił całkiem poważnie! Ledwo powstrzymał się przed tym, żeby sprawdzić co Weasleyowie hodowali.
Jednak kolejne pytanie miało doprowadzić do tego, że zmarszczył czoło i zastanawiał się nad odpowiedzią dość długo. Brakowało tylko tego, żeby zaczął czesać swoją nieistniejącą brodę (a byłby to dobry pomysł, żeby w końcu spróbować ją zapuścić).
Och… – westchnął, próbując zacząć w jakikolwiek sposób. Ciężko mu było wybrać jedno miejsce. Kornwalia, nawet jeżeli była mała, miała wiele charakterystycznych i ciekawych punktów. – Jest jeden klif, gdzie przyjemnie wieje wiatr… albo… jest takie miejsce w pobliżu Plymouth, gdzie można patrzeć na najpiękniejszy w Anglii zachód słońca – zaczął naliczać, ale za każdym razem miał wrażenie, że to nie było to najbardziej ulubione miejsce. – Ale chyba to najukochańsze miejsce to jednak Puddlemere – stwierdził po kolejnej długiej pauzie. Uśmiechnął się szeroko. Och tak. Moczary, choć czasem przerażały, miały w sobie coś pięknego. Nie mówiąc o ciągłej gwarze, która istniała w domu, nawet jeżeli czasem irytowała. – Więc wychodzi na to, że pozostało mi tylko pokazać tobie te dwa pierwsze – zaśmiał się. – Kiedy wygramy tę wojnę – dodał. – Albo i wcześniej. – A miał wrażenie, że ta szybko się skończy, by mógł poświęcić więcej czasu swojej ukochanej. Nie chcąc być jednak złapany kolejny raz na zbyt głębokim rozmyślaniu, zalotnie złapał ją za nos i cmoknął w czoło.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 2 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: tyły domu [odnośnik]12.05.20 22:37
Starała się o tym wszystkim nie rozmyślać - nie, kiedy tak niedawno wzięli ślub. Było to egoistyczne ze strony Rii, że w tym czasie przedkładała dobro małżeństwa nad to należące do słabszych oraz pomiatanych, ale to przecież jedynie stan przejściowy. Tak przynajmniej sądziła, wciąż będąc otulona w kokonie miłości. Innej niż dotychczas, dojrzalszej; choć wcale nie znaczyło, że gorszej. Zmieniali się, ich uczucie również przechodziło przez pewne etapy ewolucji, to nic złego. Wręcz przeciwnie, mogli cieszyć się sobą wzajemnie bez większej krępacji. Nie musieli zastanawiać się aż tak bardzo co wypada, a co nie, nawet jeśli nie byli pierwszymi do obscenicznego okazywania uczuć. Rhiannon pragnęła czerpać z tego garściami nim rzeczywistość upomni się o nich bezpardonowo. Odwlekała ten moment sądząc, że jeśli zajmie czymś myśli męża, to ten również odłoży zmartwienia na bok. Nie na zawsze, to oczywiste, acz na jeszcze kilka wspólnych momentów. Zamkniętych w idyllicznej bańce mydlanej, w śnie, z którego obudzą się jak już nadejdzie pora. Może miała trochę wyrzutów sumienia, że kiedy oni cieszyli się leniwym dniem, inni walczyli o swój byt - jednak nie mogła zamartwiać się tym nieustannie. Tak samo jak samymi wydarzeniami z ceremonii zaślubin. Coś poszło mocno nie tak, choć istnienie zła nie było dla (teraz już) Macmillan czymś całkowicie obcym. Musiała zmierzyć się z chłodną prawdą, że licho w istocie nigdy nie spało; co więcej, czyhało na nich dosłownie wszędzie. Tym bardziej powinni doceniać te drobne chwile oddechu, odpoczynku od spraw naglących czy przykrych. Te mieli na co dzień - wypadało dziś o nich zwyczajnie zapomnieć.
Widziała po Tony’m, że dobrze czuł się w otoczeniu Ottery St. Catchpole. Wydawał się być bardziej zrelaksowany niż ostatnio, co cieszyło rudzielca niezmiernie. Rozumiała, że mężczyzna nie mógł zawsze wyłączać trosk ani wyrzutów sumienia, aczkolwiek od czasu do czasu powinien wziąć głęboki oddech dając ciału stosowne wytchnienie. Zresztą, nic nie poprawiało morale jak właśnie rosół mamy! Choć wielu osobom wydawało się to zabawne, to widocznie nie próbowali tej wspaniałej receptury - w przeciwnym razie od razu zmieniliby zdanie na ten temat! Lubiła domowe jedzenie, rozbudzało najprzyjemniejsze wspomnienia związane z najbliższymi osobami oraz tutejszymi terenami. Oczywiście, że nie posiadała żadnych obiekcji do Puddlemere pod tym kątem, ale musi minąć jeszcze sporo czasu nim zadomowi się tam na dobre. Najważniejsze, że od początku starała się uczynić z tego miejsca swym wytchnieniem.
Obecność męża znacząco ułatwiała tę palącą sprawę. Zaśmiała się szczerze, gdy zakręcił nią dookoła; mocniej chwyciła się jego ramion, żeby na pewno nie wypaść z tej karuzeli. Całe szczęście, że obyło się bez dramatycznych upadków! Szkoda byłoby przegapić malowniczy zachód słońca i wypoczynek na łonie natury. Tylko we dwoje. Kiedy każde z nich było zajęte swoimi sprawami, Rii brakowało właśnie takich momentów - prywatnych, dostępnych wyłącznie dla nich. - Są wspaniałe, prawda? Dotąd zawsze mamie pomagałam w ogrodzie… - zawahała się, nie chcąc brzmieć, jakby żałowała, że już tego nie robi. - Jednak mimo to świetnie radzi sobie sama. Wyglądają niesamowicie - dokończyła więc z szerokim uśmiechem. Zignorowała dyskomfort w klatce piersiowej, gdy przypomniała sobie o czym właściwie chciała porozmawiać z siedzącym obok mężczyzną. Wolała skupić się na tym jak mocno myślał nad jej luźno rzuconą uwagą. Zaśmiała się, marszcząc zaatakowany nos. - W takim razie zdecydowanie powinieneś pokazać mi te dwa pierwsze - przytaknęła, po czym oparła głowę na dłoni wpatrując się w Macmillana. - Jesteś szczęśliwy - zauważyła. - Czy ma to coś wspólnego z kupidynkiem oraz tajemniczymi randkami? - Rzuciła przynętą, mając co prawda jedynie strzępy informacji, czy prędzej plotek - sprawdzała na ile są prawdziwe. W końcu nie okłamałby żony, prawda?



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: tyły domu [odnośnik]14.05.20 14:30
Wpatrywał się w swoją ukochaną niczym w namalowany przez najlepszego malarza portret. Po głowie chodziło mu wiele myśli. Także tych ponurych i nieprzyjemnych. Zdawało się, że spoważniał na chwilę. Jego myśli stały się wyjątkowo mroczne. Naprawdę nie chciałby, żeby stało jej się coś złego. Czuł dziwny, choć wyjątkowo krótki strach przed tym, że historia mogłaby ponownie zatoczyć koło, a tego nie chciał. To miała być w końcu wyjątkowo niebezpieczna wojna, jak podejrzewał, a ona była przecież kobietą! Potrafiła się bronić, wiedział o tym, ale i tak się o nią martwił. Była przecież jego żoną! Ukochaną! Gdyby tylko mógł ją uchronić od jakichkolwiek potyczek! Czuł się źle, a nie powinien. Obiecali sobie odpocząć, a nie martwić się naprzód! Szybko więc starał się pozbyć się tych czarnych myśli, na tyle, na ile tylko potrafił.
Grządki. Lepiej było skupić się na grządkach i na tej magicznej chwili razem. Co prawda teraz mieli ich trochę więcej… a przynajmniej tak się wydawało. Zawirowanie wokół ślubu minęło, choć on miał go zapamiętać bardzo dobrze i to nie tylko ze względu na radosne chwile razem i piękno Rii tamtego dnia. Wciąż jednak zdarzało mu się pracować po nocach lub zwyczajnie musiał wypełnić swoje obowiązki jako Zakonnik w ramach patroli i pomagania innym w czasie wojny. Cieszył się więc z tego, że tę chwilę mógł po prostu poczuć odrobinę bliskości, że nikt nie zamierzał rzucać w niego jakiekolwiek zaklęcie. Potrzebował tej intymności, bo nie odczuwał jej przez wiele lat. Inna sprawa, że przez wiele lat nie chciał jej czuć w imię dawnej miłości, o której nigdy nie zapomniał. Ale jednak, nowy stan zwyczajnie mu się podobał. Podobała mu się obrączka, którą nosił i on, i Ria.
Aha – przytaknął jej. Podejrzewał, że teściowa wiedziała sporo i o grządkach, ale i o rzeczach o których „normalna” szlachta nie miała pojęcia. Poza tym były one z całą pewnością wspaniałe, szczególnie teraz kiedy wiedział, że swoje piękno zawdzięczały także dzięki Rii.
Macmillan uśmiechnął się szeroko, kiedy żona zaproponowała pokazanie dwóch wspomnianych przez niego miejsc. Nie widział problemu, ale dopiero wtedy, kiedy wojna miała ucichnąć. Nie mógł teraz zbyt wiele ryzykować… choć chciałby. Życie i bezpieczeństwo Rii było jednak ważniejsze. Naprawdę chciałby pokazać jej i klify, i plażę, które wspomniał. Mógłby i pokazać znacznie więcej, gdyby tylko chciała. Byleby tylko poczuła się w Kornwalii jak w domu! W końcu jako lady powinna znać miejsce, którym miała się opiekować, a i powinna poznać tutejszych czarodziejów.
Pokażę też tobie naszą destylarnię, żebyś wiedziała gdzie mnie szukać – przypomniało mu się. I ona była ciekawa, choć dla niektórych niezbyt interesująca.
Zaśmiał się głośno, gdy zmarszczyła swój nos. Gdyby tylko mógł tak zatrzymać ten moment na dłużej! Oddałby wszystko! Dosłownie wszystko! Wszystkie pieniądze tego świata! Naprawdę był szczęśliwy, z nią, tutaj, sam na sam! Z kobietą życia, która wpatrywała się w niego wyjątkowo czarująco. I naprawdę zacząłby się rozpływać nad jej osobą jak to dotychczas robił, gdyby nie jej pytanie, które sprawiło, że poczuł się wyjątkowo nieprzyjemnie.
Kupidynek.
Nie wiedział jak zareagować. Na jego twarzy pojawiło się zmieszanie, niepokój, poczucie winy… a przecież nie był niczemu winny! Przecież nie chciał paść ofiarą kupidynka! I to nie dwa razy!!! Serce zabiło mu szybciej, a on najchętniej wymazałby swoje wspomnienia związane z tym skrzatem z pamięci. Co miał jej odpowiedzieć? Co wiedziała? A jeżeli wiedziała – czy była na niego wściekła?
Nie powinna być zła, jeżeli dotychczas tak miło się zachowywała. Ale skoro nie powinna być zła, to dlaczego tak bardzo się stresował?
Słucham? – Zapytał, nie wiedząc jak zacząć. Lepiej było wyjść na osobę, która się przesłyszała. Ale czy aby na pewno mógł zachowywać się tak, jakby coś źle usłyszał? Nie mógł przecież kłamać swojej żony. – Kupidynek? Ten skrzat z Hogwartu? – Dodał, nie chcąc wyjść na osobę, która zupełnie kryje prawdę. A nie chciał jej kryć, ale bał się reakcji Rii! – Dlaczego moje szczęście miałoby mieć cokolwiek wspólnego z nim? – Był przecież szczęśliwy dlatego, że był obok niej, a nie dlatego, że jakiś szalony skrzat postanowił go dwa razy zrobić w konia i dać mu w nieznany mu sposób amortencję. I jeszcze zrobił to skutecznie! Bał się mimo wszystko jej reakcji. Przecież nie umawiał się z tymi kobietami specjalnie! To skrzat go w to wszystko zrobił i był winny za te schadzki! – Ten skrzat powinien siedzieć w piwnicy i nigdy z niej nie wychodzić. – Dodał wyraźnie oburzony. Narobił mu tyle problemów, że najchętniej by go wyzwolił w czyimś imieniu i kazał nigdy nie wracać do Anglii!!


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 2 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: tyły domu [odnośnik]21.05.20 22:09
Historie lubiły zataczać koła, choć częściej wolały znikać z kart ludzkości - ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, nic nie zdarza się dwa razy… tak naprawdę nie ma jednego przepisu na przyszłość. Najlepiej nie zamartwiać się tym, co jeszcze nie miało szansy się wydarzyć. Lepiej spożytkować te chwile na teraźniejszość, zwłaszcza tak spokojną. Nie stracić z niej ani chwili, chłonąć oraz korzystać pełnymi garściami ze swojej obecności. Ria nie umiała tego zaszczepić w mężu, choć mocno starała się, żeby tak właśnie było. Już kilka dni wcześniej przygotowywała go na tę wizytę, nawet uprosiła ojca, żeby zachowywał się jak należy, a nie jak zawstydzający gości rodzic! Mieli więc spędzić miły dzień w towarzystwie pięknych krajobrazów Ottery St. Catchpole - z jakiegoś powodu jeszcze niestrawionego przez wojenne zawirowania. Właściwie, pejzaże wymalowane przez naturę sprawiały wrażenie jakby czas zatrzymał się w tym miejscu. Słońce wychylało się zza chmur ogrzewając skórę ciepłem, przyroda rozkwitała w najlepsze kusząc barwami oraz zapachami. Jak można było trzymać się negatywnych myśli? Nie, dziś nie pozwalała im rozkwitnąć; mieli przecież kwiaty wyściełające drogi oraz cały ogródek. Oprócz tego najpyszniejsze dania na świecie, była tego pewna. Ścisnęła więc dłoń mężczyzny chcąc dodać mu otuchy. Może nawet odrobinę przekazać drzemiącego w czarownicy optymizmu? Tak, wszelkie dramaty oraz niepowodzenia musiały zostać daleko w tyle. Ich zadaniem było świętowanie drugiego tygodnia małżeństwa, o.
Przynajmniej w teorii. Niepokojące myśli wciąż nawiedzały Rhiannon, wręcz podważała większość swoich decyzji, w kółko zastanawiając się co zrobi, gdy przypuszczenia okażą się prawdą. Dlaczego Tony nic jej o tym nie powiedział przed ślubem? Nie ufał jej? Bał się, że do ceremonii nie dojdzie? Nie rozumiała, choć dotąd oddalała od siebie czarne scenariusze; nie zamierzała podjąć żadnego drastycznego kroku dopóki nie będzie mieć pewności. W tym celu musieli oboje usiąść do rozmowy, acz jeszcze nie teraz. Teraz musieli cieszyć się zapadającym leniwie wieczorem, delikatnym wietrze nadciągającym znad jeziora oraz swoim towarzystwem. Pozbawionym ciekawskich oczu. Zdarzało się, że nadal czuła się jak jakiś okaz w Puddlemere - niby swoja, ale jednak jeszcze nie.
Nie pomyślała, że arystokracja posiada skrzaty od pielęgnacji ogrodów, w związku z czym jej mąż może nie odnaleźć się w rzuconym temacie. Dopiero później dotarła do niej ta prawda, dlatego ostatecznie machnęła lekceważąco ręką. Grządki i tak nie były ciekawym tematem do poruszania na osobności. Zdecydowanie bardziej wolała zatopić się w zachodzie słońca i zakątkach jakie miała dopiero odwiedzić. Mimowolnie zaśmiała się na wzmiankę o destylarni - typowe. - Oczywiście, to na pewno najważniejsze dla ciebie miejsce - wyrzekła z niesłabnącym rozbawieniem. Aż potrząsnęła głową nim nachyliła się w kierunku rozmówcy i ucałowała go w policzek. Cieszyła się, że zamierzał ją tam zaprowadzić. Ria domyślała się, że to pewnie jakieś sanktuarium dla wytwórcy alkoholi, dlatego tym bardziej chciała stać się częścią codzienności Macmillana.
Nie pojmowała dlaczego zadała to pytanie tak nagle. Żadnego wstępu, wyjaśnienia. Prawdopodobnie planowała wyłuskać z Tony’ego szczerą reakcję. Tak, żeby nie zdążył przygotować wiarygodnej wymówki. Obserwowała jego twarz z pozornym spokojem, głowę opierając na dłoni. Patrzyła uważnie na każdy ruch mięśni, spłoszone spojrzenie. Werdykt: czuł się winny. Czyli miał coś na sumieniu. Niespiesznie uniosła brwi, po paru sekundach zmarszczyła je w zastanowieniu. - Słyszałeś mnie - odrzekła stanowczo. Dotąd nie miała powodów do zmartwień, natomiast teraz… teraz zaczęła się denerwować. Kluczył pomiędzy słowami, nie mówił prawdy. Dlaczego? - Tak, ten, choć dobrze o tym wiesz - dodała w podobnym tonie. - Nie wiem, może… miło spędziłeś czas? Na zabawie? - wyjaśniła z naciskiem, całkowicie pomijając pewne niewygodne dla niej samej fakty. Tak przecież lubiła działać. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Merlinie, przecież wzięliśmy ślub! - zaperzyła się. Wyprostowała plecy oczekując wyjaśnień, nie nadawania na jakiegoś skrzata. Może i był on winien całego zamieszania, aczkolwiek z pewnością nie milczenia ze strony pana męża.



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: tyły domu [odnośnik]23.05.20 19:56
Nie oczekiwał takiego pytania. Miał nieczystą duszę, bo nie wiedział jak traktować to, co się stało. Niby do niczego nie doszło, ale wciąż czuł się tak, jak gdyby nie tylko Rii, ale i samemu sobie wsadził noże w plecy. Innymi słowy – jak gdyby zwyczajnie zdradził swoją ukochaną, a przecież tego nie zrobił. To znaczy, spotkał się z tymi „randkami”, ale nie robił tego z własnej woli! Nie doszło do niczego więcej poza głupimi obietnicami, które przecież nigdy się nie spełniły i kilkoma całusami, które przecież nie były szczere! Wychodziło więc bardziej na to, że nie zdradził, bo nie chciał zdradzić, bo nie chciał mówić jakiś słodkich słówek, bo nie chciał całować.
Dlaczego nic nie powiedział? Bo wstydził się, owszem; bo myślał, że nikt nigdy nie dowie się o tym; bo sam fakt, że nie potrafił wtedy zatrzymać działania czarów i magii skrzata budził w nim poczucie niemocy, bezradności i poczucia winy. Nie czuł się dobrze, choć teoretycznie był niewinny. Przecież naprawdę nie szedł na te schadzki z własnej woli! Nie był winny tego, że padł ofiarą żartów Kupidynka!
Nie wiedział jak zareagować na jej pytanie i zarzuty, które stawiała jego małżonka. Patrzył wyraźnie zmieszany na swoją ukochaną. Jedyną ukochaną! Nie było przecież innej! Poza tą zmarłą… której nie dało się wymazać, ale z której śmiercią w końcu się pogodził. Po wielu, wielu latach! Ria była jedyną żywą kobietą, którą darzył obecnie miłością. Nie było innej i być nie miało! Przyrzekł jej wierność do grobowej deski i tak miało zostać!
Czego więc od niego oczekiwała? Czy nie widziała, że i tak czuł się winny, a kiedy tak na niego patrzyła czuł się tym bardziej? Nie potrafił przez chwilę wydusić z siebie żadne słowo. Czy nie widziała jak bardzo ją szanował i kochał?
Nie spędzałem miło czasu na żadnej zabawie – odpowiedział po chwili, próbując wciąż zachować spokój. Nie na zabawie, którą ona zapewne miała na myśli w tym momencie. – Nie prosiłem się też o żadnego zwariowanego skrzata! – dodał wyraźnie pogodzony oskarżeniami małżonki. Miał wrażenie, że teraz tylko czekała na ten moment, żeby mu to wypomnieć. Ale dlaczego? Czy nie pokazywał jej wystarczająco dużo miłości? Co ją nagle do tego nakłoniło?
Stopniowo przestawał kontrolować swoje emocje. Nie potrafił siedzieć cicho, kiedy ktoś zarzucał mu brak szczerości.
Jak mogłem powiedzieć tobie o tym, że jakiś skrzat się spił, nudził się czy co i zrobił ze mnie żarty? – Dodał wyraźnie rozdrażniony, a najbardziej tym, że wychodziło na to, że teraz Ria nagle żałowała tego, że wzięła z nim ślub. Owszem, mógł o tym powiedzieć, ale co mógłby oczekiwać od niej po takim wyznaniu? Co? – I tak, pobraliśmy się, bo oboje ponoć tego chcieliśmy – dodał, przypominając jej, że po pierwsze wzięła ślub z własnej woli, po drugie i on wziął ślub z własnej woli, bo naprawdę ją kochał.
Odszedł na kilka kroków w stronę jeziora, a z bocznej kieszeni wyciągnął swoją piersiówkę. Był wściekły i dlatego rzucał tak ostrymi słowami. Nadal nie potrafił zrozumieć jej toku myślenia i braku zrozumienia. Jak mogła zarzucać mu zdradę z premedytacją? Przecież nigdy by tego nie zrobił żadnej kobiecie! Nie należał do tego typu mężczyzn, którzy chodzili do domów publicznych, żeby zaspokoić swoje wielkie ego u boku jakieś ladacznicy. Czy jeszcze tego nie zrozumiała? Zamiast jednak napić się z piersiówki, trzymał ją tylko w dłoni, bo pogrążył się na krótką chwilę w myślach.
Nie spałem z żadną kobietą przed tobą, jeżeli na tym tobie zależy – rzucił po chwili, wciąż wściekły, ale uspokoił swój ton głosu i nie krzyczał. Odwrócił się w jej stronę i wskazał na nią dłonią, w której trzymał piersiówkę. Takie wyznanie wciąż go dużo kosztowało. – Z żadną, na poczciwą Helgę! – Dodał znów wyraźnie podnosząc swój ton. – W przeciwieństwie do innych przeklętych szlachciców, którzy przed i po swoim ślubie, swoje kochanki zmieniają jak skarpetki! – Znowu wrócił na kilka kroków w jej stronę. – Nawet z nią – dodał, wyraźnie akcentując swoją pierwszą miłość. – W ciągu swojej podróży, po jej śmierci, jeżeli chcesz wiedzieć, widziałem wiele ładnych dziewczyn. Młodych, opalonych, blond, brunetki, szatynki. Pełne życia. Ale nie byłem w stanie się do żadnej zbliżyć ze względu na nią! A mogłem, ale nie chciałem. Zakochałem się dopiero w tobie, na Merlina, walcząc z samym sobą, żeby w ogóle wyznać tobie miłość, bo myślałem, że zdradzam ją! Ją, od dawna nieżywą! – dodał, gęsto przy tym gestykulując.
Marszczył i nos, i czoło. Na chwilę zrobił przerwę, uważnie przyglądając się każdej reakcji Rii.
Nie jest mi wszystko jedno, ale nie mogę nic poradzić na to, że jakiś pomylony skrzat, który powinien zostać zamknięty w jakiejś lecznicy dla szalonych skrzatów, postanowił zabawić się w przeklętego amorka – dodał spokojniej. – A i tak do niczego nie doszło. Poza tym na ile ja mogę być pewny, że ten przeklęty skrzat nie spróbował też swojej magii na tobie i nie umówił cię z jakimś czarodziejem? – Dopiero teraz odrzucił piłeczkę, rzuconą przez lady Macmillan. – I co, powinienem być wściekły, gdyby tak było, że wbrew swojej woli zakochałaś się na jakiś czas w jakimś przypadkowym czarodzieju? – Pytał dalej, nie dlatego, że miał powody myśleć, że tak się stało… ale chciał wyraźnie zmusić Rię do postawienia się w jego sytuacji. Chciał, żeby szczególnie teraz postawiła się w jego skórze.
Był zły nie tylko na tego skrzata, ale i na nią. Czy tylko jedna taka rzecz, na którą naprawdę nie miał wpływu, miała spowodować, że brała go za zdrajcę i za jakiegoś lowelasa? Jego? Osobę, która z całego serca nienawidziła tego typu zdrad? Czy tak niewiele wystarczyło, żeby ich młode małżeństwo stanęło na włosku? Choć jego sumienie gryzło teraz i to, że podniósł na nią głos. Nie chciał… ale nie potrafił tak spokojnie stawać w obliczu zarzutu, który mu postawiła. Sam nie wiedział też jak traktować działania tego skrzata. Czy zdradził Rię, czy nie zdradził? I czy też głupie słowa mogły zostać uznane za zdradę? Czy te kilka pocałunków, których się dopuścił nie z własnej woli mogły być uznane za zdradę? Sam nie wiedział, co o sobie myśleć, ale bardziej skłaniał się ku temu, że praktycznie nie dopuścił się tak haniebnego czynu.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 2 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: tyły domu [odnośnik]28.05.20 15:08
Nic nie rozumiał. Przekonywała się o tym z każdym słowem, z każdym gestem i każdą mimiką twarzy, gdy tylko rzucała w mężczyznę kolejnymi uwagami. Naprawdę nie wiedział o co chodziło Rii? Czy nie chciał zrozumieć? Wolał wybielać swoje sumienie zamiast powiedzieć wprost, że popełnił błąd. Tylko tyle i aż tyle, choć rudzielcowi z łatwością przychodziła ocena - wygodne zapominalstwo swych własnych przewin. Na razie starała się być w miarę spokojna, nie unosić się ani nie oskarżając bez dowodów bądź słów potwierdzających wysnute hipotezy. Niestety Tony uniemożliwiał przeprowadzenie rozmowy w przyjaznej atmosferze pełnej zrozumienia oraz akceptacji. Zamiast tego uwolnił w kobiecie złość, powoli rozprzestrzeniającą się żyłami po całym ciele. Twarz pod piegami stawała się coraz intensywniej czerwona; nie z powodu ekscytacji wspaniałym dniem, nie z powodu cudownego towarzystwa ani nie z powodu zawstydzenia pojawiającego się podczas czułości. Gniew rozchodził się płynnym ciepłem po zakończeniach nerwowych, trącając ich delikatne struny, choć nie w tym pozytywnym znaczeniu. Mimo to czarownica niezłomnie wpatrywała się w mężowską twarz, odmawiając sobie odwrócenia wzroku, od czasu do czasu docierającego do męskich oczu. Dlaczego? - tylko tyle i aż tyle kołatało się w głowie, boleśnie przy tym obijając o wnętrze czaszki. Lord Macmillan wyraźnie od razu przeszedł do zawziętej ofensywy - uraziła go? Oczywiście, że tak. Wydawał się zraniony i miotający się przez to w nowo obudzonych emocjach; skądś to znała. Byli do siebie bardziej podobni niż można byłoby przypuszczać. Aczkolwiek nigdy wcześniej nie dostrzegała tego podobieństwa, tego chaosu wymykającego się spod kontroli. Zmarszczyła zirytowana brwi, unosząc spojrzenie wyżej, na poziom czarodzieja. Nie wiedziała, co kołatało mu się w głowie, acz przecież gdyby po prostu powiedział… byłoby prościej.
- To co robiliście? - spytała zadziwiająco rzeczowo, jeszcze nie rozjuszona na tyle, żeby zachowywać się irracjonalnie. Nie w pełni przynajmniej. - Nic takiego nie powiedziałam - zastrzegła od razu. Nie miał prawa insynuować jej czegoś, co w ogóle nie opuściło jej ust! Nawet o tym nie pomyślała, choć zdradziecki umysł w mig zaczął podrzucać kolejne wnioski. Co, jeśli powiedział właśnie o tym, ponieważ miał coś na sumieniu? Nie, to nieprawda. Jeszcze walczyła z głupiutkimi emocjami, jeszcze dopuszczała do siebie rozsądek.
Dopóki argumentacja nie stoczyła się w dół, na łeb, na szyję, powodując gęściejsze nagromadzenie emocji. Wściekłości. Poczucia oszukania, rozczarowania, że nie potrafił jej zaufać - czy więc i ona mogła ufać jemu? - Normalnie. Tak jak robią to ludzie dorośli. Rozmawiają, mówią o swoich problemach oraz są ze sobą szczerzy - odparła natychmiastowo, próbując przy tym poluzować ściśniętą z frustracji szczękę. - Ponoć. - Przedrzeźniała go, w myślach odbijając piłeczkę. Może to on nie chciał tego ślubu, może po prostu uznał, że dzięki niemu rodzina da mu spokój z suszeniem głowy o ożenku. W końcu dlaczego miałby wybrać akurat ją, prawda? Oto jak szybko myśli Rii spadły z rozsądku do absurdu, napędzanego złością.
Oczywiście, że zamierzał teraz pić - i to nieważne, że na razie nie upił z piersiówki ani odrobiny. Alkohol był dobry na wszystko, zgadza się? Na każdy problem. Łatwiej jest zapomnieć niż stanąć z kłopotem twarzą w twarz. Po raz kolejny zacisnęła zęby, gdzieś tam w tym wszystkim odnajdując roztropność, żeby mimo wszystko nie krzywdzić kogoś, kogo przecież kochała. Kto był jej rodziną, najbliższą, jaką teraz miała. Jednak on sam nie ułatwiał jej niczego. Niestety nie zdołała ukryć odmalowującego się na piegowatej twarzy zdziwienia, gdy usłyszała dość intymne wyznanie. Takiego, jakiego nigdy nie spodziewała się zasłyszeć. Nie odezwała się przez dłuższą chwilę pozwalając słowom wybrzmieć bez przerywnika, usta miała otwarte mało elegancko. Uspokoiła się na parę sekund, nim temat powędrował do niej. Wiedziała, że tak może być, że już na zawsze będą musieli żyć we troje, ale naprawdę? Wywlekał to właśnie teraz, w tej chwili? Zamierzał ją zranić? Poderwała się gwałtownie z koca, dłonie zaciskając w pięści. Nie wierzyła. Ostatnia nić łącząca Rhiannon z umiarkowanie trzeźwym umysłem właśnie pękła. - Och, przepraszam, że zdradziłeś ją właśnie przeze mnie. Jakimże potworem jestem, że musisz teraz żyć z tym problemem obciążającym twe biedne sumienie - zakpiła, gubiąc gdzieś po drodze sedno jego wypowiedzi. Czuła jak bolało ją serce, cała klatka piersiowa; uciekała więc przed bólem w gniew, gniew z kolei napędzał ją do kolejnych absurdów, do bycia ślepą na oczywistości. Po prostu płynęła wraz z gorzką falą emocji udając, że Tony wcale jej nie zranił, że wcale nie cierpiała. Nigdy nie chciała pokazywać swoich słabości, ten nawyk wrósł w rudowłosą wraz z korzeniami. - Mam w nosie tego skrzata! - krzyknęła po raz pierwszy od tej kłótni, kończąc występ jakże dojrzałym tupnięciem nogą. Irytacja, brak cierpliwości, bezsilność - widocznie mężczyzna nie miał zrozumieć o co chodziło. - Zawsze liczyłeś się dla mnie tylko ty i nasze zaufanie względem siebie, ale ty po prostu mi nie ufasz i o niczym nie mówisz! Tak to sobie wyobrażałeś? Że będziesz mieć przede mną nieskończoną ilość tajemnic, a ja będę grzecznie udawać, że to nic takiego i wcale nie muszę wiedzieć? Nie, tak nie będzie! - grzmiała dalej, nie panując już nad niczym. Ani nad słowami, ani nad ciałem, ani umysłem bądź uczuciami. Okrutne oskarżenie, choć zdawała sobie, że prawdziwe, choć wyczuwała w sobie nutę hipokryzji, wolała zbyć milczeniem - gniewnie zacisnęła usta w wąską linię nim szybkim, nerwowym krokiem podążyła do domu, nie omieszkując z hukiem zatrzasnąć za sobą drzwi. Dom pozostał pusty, państwo Weasley musieli udać się już do znajomych, o których mówili przy obiedzie. Wspaniale. To pozwoliło kobiecie na spokojne zmaltretowanie biednych schodów ciężkim krokiem nim dotarła na piętro. Wtedy także trzasnęły drzwi - od harpiowskiej sypialni. Była taka zła, taka wściekła, urażona i… pełna wyrzutów sumienia. Z frustracją opadła na łóżko, zaraz sięgając po szczotkę, którą zaczęła w szaleńczym tempie przeczesywać rude włosy. Trochę jakby żyjąc w złudzeniu, że to pomoże wyładować nagromadzone wzburzenie. Co gorsza pozostawała w impasie - jednocześnie pragnęła, żeby Tony zjawił się w drzwiach jak i miała nadzieję, że już go dziś nie zobaczy. Musiała uspokoić się nim zacznie zastanawiać się nad czymkolwiek, to klucz do rozwiązania szalejącego problemu.

[bylobrzydkobedzieladnie]



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.


Ostatnio zmieniony przez Ria Macmillan dnia 31.05.20 21:26, w całości zmieniany 1 raz
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: tyły domu [odnośnik]29.05.20 12:54
Był zły. Głównie na siebie, bo nie chciał, żeby doszło do tego rodzaju kłótni. A jednak, nieprzyjemności nie opuszczały Macmillana lub też właściwie sam je na siebie sprowadzał. Zbyt obsesyjnie myślał o kwestii zdrady, żeby skupić się na innych aspektach, które zapewne chciała przekazać mu Ria. Przyznanie się do błędu było tym trudniejsze, bo był rozerwany i czuł, że jednocześnie był i nie był niczemu winny.  Nie chciał żadnego z tych potajemnych spotkań, do których niestety doszło, a rudowłosa żona najwyraźniej nie potrafiła go zrozumieć. Tak przynajmniej uważał. Lady Macmillan uraziła jego dumę, bo zwyczajnie pytała dalej i korzystała z zagrywek, których dotychczas nie poznał, a przecież widziała, że nie czuł się komfortowo.
Ale pomyślałaś – odpowiedział jej niemal równie wściekły jak ona. Skąd inaczej wzięłoby się u niej to pytanie o „zabawę”? Co innego mogło kryć to jedno słowo wypowiedziane odpowiednim tonem? Dla Anthony’ego odpowiedź była prosta: lady Macmillan myślała, że z kimś spał. Nie potrafił zrozumieć jak mogła myśleć w taki sposób! – Więc mówię tak, ten skrzat wpakował mnie w te przeklęte spotkania, których nie chciałem – dodał, niby spokojniej, dopóki Ria nie zaczęła go przedrzeźniać. – Ale poza fałszywymi wyznaniami sztucznej miłości do niczego nie doszło – przyznał otwarcie – a po wszystkim pozostał niesmak. – I wstyd, rzecz jasna, ale nie musiał chyba tego podkreślać.
Kiedy zaczęła ironicznie mówić o ślubie, jego względny poziom wyrozumiałości eksplodował. Na takie słowa nie potrafił zareagować spokojnie. Jego wyraz zdradzał, że z całą pewnością nie zamierzał jej odpuścić tego stwierdzenia. Rudowłosa była jego ostatnim promykiem nadziei w tym wyjątkowo okropnym czasie i być może dlatego ta kłótnia i jej słowa sprawiały, że czuł się tym okropniej. Zupełnie jak gdyby wbijała mu szpile prosto w serce. Jak mogła nie rozumieć, że zwyczajnie mu na niej zależało i dlatego dotychczas milczał? Z całą pewnością nie chciał jej ranić swoimi słowami, ale pokazać, że to dla niej próbował dotychczas pozbyć się starych koszmarów.
Zamiast jednak krzyczeć (co zrobiłby najchętniej), powstrzymywał się przed wybuchem złości i obserwował ją swoim surowym spojrzeniem. Nie dowierzał w to, co mu mówiła. Teraz dopiero uciekłby od całego tematu w stronę alkoholu, ale nie mógł. Jak mogła go zwyczajnie nie zrozumieć? Jak mogła zwyczajnie wykręcić jego słowa w taki sposób? Gdyby nie to, co powiedziała dalej, zapewne odszedł by w stronę jeziora, byle najdalej. Byleby do końca dnia jej nie widzieć. Ria sprawiła, że jego poczucie winy skoczyło do niewiarygodnego poziomu. Nie chciał jej mówić o wszystkim, bo zwyczajnie nie chciał, żeby wysłuchiwała jego negatywnych myśli. Nie potrafił też zupełnie zapomnieć o swojej pierwszej miłości. Starał się, ale zwyczajnie nie potrafił. Nigdy jednak nie uważał Rii za potwora. Jak mogła tak bardzo kpić z jego uczuć? Dopiero teraz, jak mu się zdawało, zaczynał rozumieć co tak naprawdę ją raniło.
Stał tak, wpatrując się w nią z niedowierzaniem. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć, bo miał wrażenie, że jakiekolwiek jego słowo sprawiłoby, że pogorszyłby tym bardziej sytuację. W myślach jednak zadawał sobie jedno i to samo pytanie: czy naprawdę nie widziała, że i ona dla niego była wszystkim? I że dlatego nie chciał mówić jej wszystkiego w przekonaniu, że tak powinno być lepiej? Wolał odpuścić niż rzucać się w kolejny wir kłótni. Brakowało mu i siły, i chęci.
Kiedy jednak odwróciła się i ruszyła w stronę domu – nie mógł pozostać na to obojętny. O nie, nie, nie, ich rozmowa jeszcze nie była zakończona, choć musiał porządnie zebrać swoje myśli. Nie, kiedy tak bardzo się myliła. On jej już pokaże jak bardzo była w błędzie! Rzucił się za nią w pogoń do domu. Cieszył się jedynie z tego, że teściowie wyszli i nie byli świadkami tej sceny z ogródka. Stał przed schodami chwilę (próbując zarysować sobie plan akcji), kiedy usłyszał kolejny trzask. Westchnął ciężko. To będzie bardzo ciężka rozprawa. Wbiegł po schodach tak szybko, jak tylko potrafił. Z rozmachem otworzył drzwi od jej pokoju, teoretycznie już byłego.
Nie miał pojęcia ile tak naprawdę zajęło mu pokonanie przestrzeni między drzwiami a Rią, ale z całą pewnością nie zamierzał jej zostawiać samej. Pierwsze co zrobił, to spróbował wyrzucić szczotkę z jej rąk jak najdalej za siebie. To nie był czas na chwilową toaletę, nawet jeżeli czesanie włosów miało uspokoić rudego smoka.
Po pierwsze nie jesteś potworem, tylko moją żoną – zaczął, nawiązując do jej oskarżeń i odgarniając jej włosy, by lepiej dostrzec jej twarz. – Po drugie doskonale wiesz, że nie jesteś mi obojętna – ciągnął dalej. – Więc powiedz mi szczerze czy naprawdę nie widzisz tego, że mi na tobie zależy – dodał zbliżając się do jej ust niebezpiecznie blisko.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 2 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: tyły domu [odnośnik]31.05.20 22:22
Tak po prawdzie Ria mówiąc o zabawie nie myślała przy tym o popełnionej zdradzie - nie w pełni znaczenia tego słowa. Raczej o przyjemne spędzanie czasu na lekkomyślności, może w asyście pocałunków… choć nie wybiegała myślami dalej, poza ten obręb amortencjowego szaleństwa. Może wolała nie przeskakiwać od razu do najgorszego, racząc zdenerwowany umysł najczarniejszymi ze scenariuszy; jednak prawdopodobnie wierzyła w rozsądek męża, nawet pod wpływem silnego eliksiru miłosnego. W jej wyobrażeniu Tony wszystko wyolbrzymiał, ale z drugiej strony, czyż ona nie robiła dokładnie tego samego? Drążyła temat, doszukiwała się spisków. Dla prawdy, jak sobie wmawiała - nie zasługiwała na kilka szczerych słów? Och, oczywiście, że przecież sama do tej pory nie powiedziała mężczyźnie o spotkaniu z Arturem. Nieważne, że podczas wędrówki do Loch Ness nie wydarzyło się nic poza wspólnym tańcem, ona również powinna była wyznać, że podobne zdarzenie miało miejsce. Zamiast tego wolała obrzucać winą biednego lorda Macmillana, co jednak wynikało wyłącznie z trawiącej serce zazdrości. Irracjonalnej, całkowicie niepotrzebnej - w końcu to ją kochał i to z nią wziął ślub, aczkolwiek… rudowłosa gdzieś w środku odnajdywała w sobie pokłady niepewności. Kompleksów. Zawsze cieszyła się ze swojego pochodzenia, dumna z przodków oraz płynącej krwi w żyłach, lisiego spadku w postaci ognistych pukli oraz złocistych plamek tańczących na skórze, a mimo to… mimo to myśląc o amortencji doszukiwała się w sobie myśli, że przecież mógłby pojąć za żonę prawdziwą damę: bogatą, wspaniale wychowaną, o klasycznej urodzie oraz pełnej gracji i ponadprzeciętnego wdzięku. Nie była nią nawet w połowie, Rhiannon wiecznie czegoś brakowało i te braki nagle zaczęły żyć swoim życiem. Właśnie teraz, w tym konkretnym momencie, dla tej konkretnej osoby - jakby dopiero teraz zależało jej na tym, żeby być idealną. Co, jeśli jednak mu się już nie podobała, ponieważ znalazł wiele piękniejszych kobiet? Nie myślała o tamtych z podróży, one były daleko - te z ingerencji skrzata miał blisko, dosłownie pod ręką. Nie potrafiła powstrzymać się przed podobną paranoją.
- Nie wmawiaj mi o czym pomyślałam. Nie masz o tym pojęcia - zaprzeczyła, chyba tak dla zasady, ponieważ na pewno nie dla prawdy ani logiki. Obie wyparowały wraz z przejmującym gniewem rozlewającym się po organizmie. Prychnęła, na moment odwracając głowę. Oczywiście, że nie chciał. Przypadkiem nie było to jedno spotkanie, a kilka. Biedny, Kupidynek naprawdę musiał się na niego uwziąć, co za pech! - Skoro rzekomo do niczego nie doszło, to dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Myślisz, że co zrobiłabym z tą informacją? Masz mnie za tak okropnego człowieka, że uważasz, iż nie zrozumiałabym? - kontynuowała dyskusję. Rozjuszona oraz zraniona. Brakiem zaufania, brakiem rozmowy. Nie wyśmiałaby go, nie zezłościłaby się. Może byłoby jej odrobinę przykro, ale nic poza tym. Nie znał jej? Nie pojmowała dlaczego postępował właśnie w ten sposób.
W dodatku milczał jak zaklęty, gdy Ria wyrzucała z siebie kolejne frustracje oraz bolączki. Nie komentował nic, gdy miotała się tak w poczuciu winy i niepewności. Nie krzyczały one wprost, ale mimo to przekazywały dość konkretną treść, także tą zawoalowaną, nieoczywistą na pierwszy rzut oka. Czy raczej ucha. Chciała, cholernie chciała, żeby właśnie Tony mówił jej o wszystkim - w końcu dlatego zdecydowali się na wspólne życie, w celu pomagania sobie wzajemnie, prawda? Prościej iść przez wyboje losu we dwoje niż w pojedynkę. Tak to przynajmniej widziała ona - o tym zresztą mówili w bibliotece, gdy postanowił jej się oświadczyć. Zapomniał o tym czy nie mówił wtedy poważnie?
Jakakolwiek byłaby odpowiedź, rozwścieczyła rudzielca na tyle, że ten wyszedł z ogrodu nie oglądając się za siebie. Niewiarygodne, nawet kłócić się z nią nie chciał! Co za wstręciuch. Fuknęła na niego pod nosem, gdy jeszcze znajdowała się w sypialni sama. Patrzyła w nieokreślony punkt na ścianie po prostu szaleńczo czesząc włosy. Gdy drzwi otworzyły się z hukiem rzuciła czarodziejowi jedynie przelotne spojrzenie nim powróciła do ignorowania jego osoby. Nie na długo - wkrótce szczotka gruchnęła z łoskotem o podłogę, natomiast Rhiannon posłała mężczyźnie niezadowolone spojrzenie spod zmarszczonych brwi. Czego od niej chciał? Nagle zapragnął rozmawiać? Nie była w nastroju na kolejne dyskusje, w tej chwili raczej chciała go rozszarpać. Z kolei kiedy usiadł na łóżku obok niej, poczuła jak coś się w niej gotuje - dlaczego nie zostawi jej samej? Och, jak mocno chciała złościć się na niego dalej! Niestety on niczego nie ułatwiał tymi swoimi słodkimi słówkami. Oddech utknął w gardle, wzrok mimowolnie zjechał na zbliżające się usta, a ona przeklinała w duchu Macmillana. - Bądź już cicho - rzuciła z wyraźną dezaprobatą, trochę naburmuszona, nadal wściekła. Dała upust gniewu gdy z premedytacją wdrapała się na mężowskie kolana, po czym oplotła ramiona wokół jego szyi i pocałowała go. Intensywnie, niecierpliwie; jakby w tym krótkim geście przekazywała mu swoje wzburzenie. Bezlitośnie. Niech cierpi.



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: tyły domu [odnośnik]01.06.20 22:18
Nie wmawiał. Wiedział. A jeżeli jeszcze pozostała w nim szczypta niepewności to przynajmniej podejrzewał ją o to, że tak pomyślała. Bo inaczej dlaczego by się tak złościła? Co prawda on zaczął się wściekać, ale ona podchwyciła tę emocję i wciąż się jej trzymała. Umysł kobiety był skomplikowany, być może niezrozumiały dla Macmillana. Może i był niedoświadczony, jednak jeden związek w przeszłości był dla niego wystarczający by zrozumieć jak wygląda zazdrość. Twarz Rii mówiła to, czego ona sama nie chciała mu powiedzieć wprost.
Zareagowałabyś zupełnie tak samo, jak robisz to teraz – odpowiedział jej krótko i ostro. W końcu jaką miał pewność, że gdyby pierwszy poruszył kwestię przeklętego skrzata to nie wyzwałaby go jeszcze gorzej? Nie dawała mu powodów do tego, żeby rozmyślał inaczej. Szczególnie teraz, kiedy wyglądała jak rozjuszona osa, która nie chciała dać za wygraną. Nie miał jej jednak za okropnego człowieka, wręcz przeciwnie. Choć kłótnia wyraźnie go bolała i męczyła, a i strasznie wściekała, to teraz miał niezbity dowód na to, że mimo wszystko, choćby i w małym stopniu, był centrem świata rudowłosej, naburmuszonej obecnie czarownicy. Nie prosił o nic więcej, ale mógł jedynie żałować, że dowiadywał się o tym w ten sposób.
Poza tym ona też miała swoje za uszami jeżeli chodzi o zaufanie. Podczas gdy on cierpliwie czekał by w końcu poczuła się przy nim swobodnie i uwolniła się z negatywnych emocji po misji w Azkabanie – ona milczała. Gdyby nie spotkanie Zakonu po Nowym Roku, zapewne nigdy nie dowiedział się choćby strzępków tego, co spotkało Rię. I kto tu mówił o zaufaniu i tajemnicach? Choć może i on nie był lepszy… ale o tym, co sam zrobił w Stonehenge gazety rozpisywały się jak szalone, więc właściwie nie miał czego dodawać.
Anthony długi czas milczał i nie zamierzał w ogóle się odzywać. Kłótnia nie miała sensu, jeżeli jedna strona atakowała i nie dawała możliwości na obronę. Ale on jej jeszcze pokaże jak bardzo się myliła! O tak! I nie, nie zamierzał na nią krzyczeć, ani jej bić. Tego nie zrobiłby nigdy, nawet w największej złości. Zwyczajnie obiecał sobie, że pokaże jej jak bardzo się myliła i jak źle go oceniała.
Właśnie dlatego postanowił nie uciekać w tym momencie w stronę alkoholizmu (który wydałby się teraz najlepszym wyjściem), a postanowił pokonać swoje czarne myśli, wstyd i złość. Zupełnie jak gdyby ścinał trójgłowego smoka za jednym zamachem przy pomocy swojej szabli. Musiał zaryzykować. Bał się, że być może Ria zażąda, żeby zniknął raz na zawsze. Był on tym większy, kiedy miał wrażenie, że dostrzegał niewyobrażalne niezadowolenie w jej oczach. Ale nie przestawał przekraczać swoich granic, ani jej.
I dobrze, że tak zrobił. Kiedy jej ramiona oplotły się wokół jego szyi, ona jeszcze udawała tę swoją złość, ale jej ciało mówiło co innego, na jego ustach pojawił się pewny i szeroki uśmiech, który dosłownie krzyczał, że wilk złapał owcę. I nie było tu odwrotu. Gdyby tylko wiedział, co myślała, odpowiedziałby jej, że takie cierpienie wcale mu nie przeszkadzało. Teraz widział, że naprawdę jej na nim zależało, a zamierzał odwdzięczyć się jej tym samym uczuciem. Jeżeli tak wyglądała złość w jej wykonaniu za każdym razem, to był gotów ją wzniecać codziennie.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 2 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

tyły domu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach