Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

tyły domu
AutorWiadomość
tyły domu [odnośnik]10.06.18 0:32
First topic message reminder :

Za domem

Za domem, zamiast lasu, znajduje się sporej wielkości ogród. Otoczony białym płotem, który pokryty został przez wijącą się roślinność, sięga tak naprawdę jeszcze dalej - ale z braku funduszy Weasley'owie zdecydowali się ogrodzić jedynie niewielką część włości. W środku zawiera zadbany ogródek - z grządkami warzywnymi oraz kwiatowymi rabatkami. Taras nie został ściśle wydzielony. Umownie jest nim przestrzeń przy domu przykryta prowizoryczną markizą skrywającą drewniane, bujane fotele i niewielki, drewniany stolik. Za ogrodzeniem po prawej stronie rosną owocowe drzewa, a po lewej rozciąga się polana służąca za miejsce organizacji wszelkich rodzinnych przyjęć. Jednak największą atrakcją pozostaje oddalone na północ jeziorko, licznie oblegane przez wszystkich późną wiosną oraz latem.


[bylobrzydkobedzieladnie]



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.


Ostatnio zmieniony przez Ria Weasley dnia 13.06.18 21:22, w całości zmieniany 1 raz
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : 28
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 9
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley

Re: tyły domu [odnośnik]30.01.22 3:42
Słuchałam w milczeniu wypadających z jego ust słów, unosząc dłoń w niezbyt eleganckim odruchu i podsuwając ją pod usta. Marszcząc brwi w zastanowieniu, mimowolnie zaciskając zęby na placu wskazującym. Dopiero kiedy zwrócił się do mnie zamrugałam kilka razy chowając rękę za sobą i czerwieniejąc. Otworzyłam usta w zaskoczeniu. Nie byłam? Byłam? Zgłupiałam. Zmarszczyłam brwi. A potem już miałam coś powiedzieć kiedy mówił dalej. Przytaknęłam głową. Co teraz do wszystkiego miało to, jak się poznali? Nie byłam pewna. Zmarszczyłam mocniej brwi.
- Wpadłam do tego strumienia. - przypomniałam widocznie niezadowolona marszcząc nos. Ale reszta się zgadzała skręciłam kostkę. Znaczy nie cała reszta. Bo dałabym sobie radę. Brwi uniosły mi się jeszcze wyżej na to brutalne stwierdzenie. Wzięłam w oburzeniu wdech w usta z pewnością też w tej złości poczerwieniałam. I znów zamilkłam kiedy powtórzył moje słowa. Zacisnęłam wargi w widocznym rozdrażnieniu. Odwróciłam wzrok. - To o czym mówisz… brzmi strasznie samotnie. - wypowiedziałam w końcu zaplatając dłonie za plecami. Zagryzając dolną wargę. - A ja to przeważnie okropna jestem, wolę sama to prawda. Ale też proszę o pomoc. Nie wszystkich. Nie obcych. A czasem się uprę i póki nie odpuszczę to nie odpuszczę. - zmarszczyłam trochę brwi wzruszając ramionami. - Proszenie o pomoc to nie słabość. Nie okazywanie słabości obcym, to rozsądek. A prawdziwym pytaniem powinno być, kogo chciałbyś. - obarczyć. - Albo komu uwierzyłbyś, że da radę. - jest w stanie pomóc, czy może unieść razem z tobą ciężar problemów. Miałam szczęście - dużo go właściwie, bo wokół zawsze miałam takich ludzi. Gotowych mi nieść pomoc. Miałam też Brendana, ale nawet on - choć wiedziałam, że wiele mi nie mówi, by mnie chronić - wtedy tego jednego dnia, wypowiedział swoje obawy. Prosił o to, bym sama pomogła mu zostać tym, kim byłam. Wtedy, kiedy przyrzekałam na wszystkie sasanki. To była też prawda, że nie prosiłam o nią, kiedy nie potrzebowałam. I wolałam rzeczy robić sama. Czasem sama, przez dumę, która mnie nie opuszczała. Zamilkłam na chwilę powstrzymując się, żeby nie zerknąć. Zmarszczyłam bardziej brwi. - Ja ci wierzę. Ale to marne pocieszenie, jestem obcą hipokrytką. - tak całkiem tej hipokrytki jednak odpuścić nie umiałam, chociaż się starłam. Uniosłam też mimowolnie brodę wyżej. W końcu stanął w obronie mojej i Anne, a później odprowadził nas do domu. Pomógł mi wtedy przy tym strumieniu, chociaż byłam taka okropna. A w sylwestra uchronił przed upadkiem. Mimo to wzruszyłam jeszcze raz ramionami.
Zaśmiałam się lekko, odrzucając na chwilę głowę do tyłu, kiedy tak spiął się i wyprostował po tym, jak zapytałam czy pewien jest że sami jesteśmy. Pewna ja też nie byłam, ale..
- Żartowałam. - powiedziałam więc, marszcząc na chwilę nos. - Chociaż wuja miewa różne pomysły. - przyznałam szczerze uśmiechając się jeszcze lekko. - Oh, nie wiedziałam. - przyznałam unosząc rękę, żeby podrapać się po nosie. - Czemu ciotki? - zapytałam jeszcze spoglądając na Bibi, przekrzywiając trochę głowę w bok.
- Ah, nie. - zaprzeczyłam, czując jak różowiejąc mu policzki. Pewne rzeczy jednak w myślach powinnam tylko mówić. Przygryzłam dolną wargę, unosząc trochę brwi kiedy odniósł się do Thomasa. Jak się miał Thomas do tego wszystkiego. Nie było? Między nami nami? Drażnił mnie czasami, ale chłopcy chyba tak mieli. - Czegoś z czym? - zapytałam marszcząc dalej brwi. Chyba nie rozumiałam do końca o czym mówił. Żadnych nas nie był. Był on i ja i tak było dobrze, prawda? Prawda. Temat koni, dziadka, a właściwie pracy… był dość niespodziewany. Uniosłam wargi na na dziadka. Ale nie zapytałam o więcej. - To już z nimi. - ucięłam bo to i tak nie ode mnie zależało. Wątpiłam, żeby ciocia zgodziła się tylko na taką zapłatę. Ale w ich ustalenia nie zamierzałam i nie mogłam wnikać. Uniosłam znów wargi na kolejne słowa. Wzrok zerknął na rękę, która rozprostowywała palce. - Raczej by ci na to nie pozwolili. Ale skoro podjąłeś decyzję, to sprawa jasna. - powiedziałam jeszcze przed wyjściem.
Zadowolona zaprezentowałam Basila, który z początku niepewnie wyszedł mi na ręce. Widocznie odrobinę cieplejsze miejsce już nie sprawiało, że chciał się uchronić przed mrozem. Przesunął się na przed ramię, żebym mogła jego ogon wskazać.
- Wychodzi, że mam. Trochę z przypadku, ale nie żałuję. - przyznałam i zaśmiałam się lekko. Basil zaczepiając się o materiał wspiął mi się na ramię i na nim usadowił. Uniosłam wzrok żeby spojrzeć na Jamesa, który nachylił się w moim kierunku. Blisko się znalazł, bliżej niż wcześniej to na pewno. Mimowolnie rozchyliłam wargi chcąc coś powiedzieć, czując coś zdradliwego na policzkach postanowiłam się na tym nie skupić. To musiała być radość i zadowolenie nic więcej. Uniosłam wargi i pokręciłam głową. - Od herbaty nadal jestem ja. - wskazałam ją brodą i przesunęłam się w kierunku na którym ją postawiłam. Wzięłam jedną z nich i wyciągnęłam w jego kierunku. - Chcę go nauczyć, żeby nosił listy. Ale na razie… kiedyś dotrze z jakimś na miejsce. - odwróciłam głowę na bok żeby spojrzeć na Basila. Uniosłam rękę, żeby przesunąć mu palcem po głowie. - Ma czas. - zapewniłam i jego i Jamesa. Wierząc, że smoczognik doskonale wie, co do niego mówię. Już chyba czas się zbliżał, bo kiedy w domu byłam, ciocia przygotowywała dalej rzeczy. Ale wiedziałam, że kiedy skończy zawoła. Albo sama przyjdzie. Albo wuja wyśle. Kilka możliwości miała.


She is wild child with gypsy soul that dances with the stars.
She has a free spirit, a reckless mind and a rebel heart
that isn't meant to be tamed.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
And there are many things that I could change so slightly
But why would I succumb to something so unlike me?
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: tyły domu [odnośnik]03.02.22 2:32
Zauważył ten gest. Podnoszenie dłoni, zagryzanie palca, choć jeszcze nie znał jej na tyle, by wiedzieć, co tak naprawdę oznaczał. Dla niej. Dla niego. Patrzył na kalejdoskop emocji na jej twarzy, przejawiający się marszczeniem brwi, zaskoczeniem, różowiejącymi policzkami, w których chowały się wszystkie piegi. W jego twarzy na chwilę przejawiała się determinacja, pewność, co do własnej racji — ale wypowiedziane przez niego słowa nie były niczym innym, jak formą obrony na atak.... Ale czy go atakowała tak naprawdę? Jej podsumowanie dopiero uświadomiło mu, jak bardzo żałośnie się zachował. Samotność.
Samotność doskwierała mu przez dwa lata, odkąd tylko ocknął się pośród zgliszczy, z ranami na plecach, pośród ognia, odoru śmierci. Sądził, że kiedy się odnaleźli, miał Marcela przy sobie, przyjaciół to wszystko odeszło. Ale czy naprawdę? Czy to w ogóle mogło odejść?
— Ta...— mruknął w potwierdzeniu, spuszczając wzrok. Miał ich wszystkich wokół siebie. Gotowych by wyciągnąć rękę, pomóc, wysłuchać. Ale on nic nie mówił. Nigdy nie mówił. W słowach Neali było wiele racji. Wiele prawdy. Nie chciał tego przyznać, woląc milczeć, odwracać wzrok gdzieś w bok, na siano, puszczać to mimo uszu i czekać aż echo wypowiedzianych słów ucichnie, by mogli o tym zapomnieć. Tak mu się zdawało. Przełknął ślinę, gapiąc się bez celu gdzieś przed siebie, nieruchomo, pozornie tylko zainteresowany czymś innym, w gruncie rzeczy głęboko zadumany, walczący z samym sobą. — Nie wiem. Myślę, że nikt nie może poza mną.— Nikt nie udźwignie takiego ciężaru. Jego własne problemy wydawały mu się takie monumentalne; problemy obcych go nie obchodziły. Nie wierzył, że to pomoże. Bo w czym? Poczuć się lepiej jemu? Zrzucić z siebie ciężar? Na ludzi, których kochał? Jak można było szukać lekkości w ciągnięciu ludzi na dno. Zarzucaniu ich bólem, wstydem, strachem, kiedy sami sobie ledwie radzili z tym, co czuli? Spojrzał na nią na krótko. Złapał jej spojrzenie w locie; jasnych oczu, prawie niewidocznych rzęs. Nie rozumiała. Ale nie mogła, jej życie wyglądało inaczej. Rzeczywistość. Może właśnie dlatego zjawił się tutaj w tej chwili. Potrzebował konfrontacji z obcym światem, cudzym spojrzeniem.
— Co?— Jej słowa wytrąciły go z tego stanu. Wyprostował się, spoglądając na nią ze zmarszczonymi brwiami. Obcą?— powtórzył po niej bez zrozumienia; nie powiedział tak. Nie sądził, by postrzegała to tak jak on. A może? Sheila jej mówiła? — Jesteś dla Sheili jak rodzona siostra — szepnął cicho; wyraz twarzy mu złagodniał. Była ważna dla jego niej, przyjaźniły się. To było wartościowe. Zaraz poczuł się też głupio, zwrócił przodem w jej stronę. — Przepraszam, nie powinienem był... To było... Niemiłe. — Nie patrzył na nią, wbijając spojrzenie w ziemię, ale w końcu je uniósł, jakby zebrał się na odwagę, choć nie musiał szczególnie mocno unosić głowy. — Nie chciałem tego powiedzieć. — Chciał, powiedział. Nie chciał, by tak zabrzmiało. — Jesteś mądra— dodał ciszej, szczerze. Jej słowa brzmiały mądrze, poniekąd imponująco, nawet jeśli nie zgadzał się ze wszystkim. — Dlatego tu jestem— wyznał, licząc, że tym wyznaniem załagodzi sytuację. To jak się czuł, jak ona czuła przez niego. Nie chciał sprawić jej przykrości. Zjawił się tu, bo czuł się samotny, miała rację. A nie potrafił tego okazać, przy Sheili, Thomasie, Marcelowi. Powinien być silny.
Zaśmiała się, ale on nie. Pozostał poważny, przejęty. Żartowała, ale to wciąż nie zmieniało sytuacji. Dręczyło go przeświadczenie, że robił coś, czego nie powinien. Że jego chęć bycia tu była w sobie zła. Wzruszył ramionami.
— Bo byliśmy rodziną. W rodzinie nie mówisz do nikogo proszę pani — rzucił luźniej, kąciki ust mu lekko drgnęły. Zerknął na nią. Plątał się? Gubił? Na jej twarzy wymalowało się niezrozumienie. — Z tym, żeby było lepiej. Jakoś. Jeśli nie możesz zdzierżyć mojego towarzystwa to moja praca tu mija się z celem...— Wyjaśnił, przechylając głowę, wciąż jej się przyglądając. Wtedy, na potańcówce w Lynmouth, przez moment zdawało mu się, że było inaczej. Kiedy dała się przekonać do tego piwa, do papierosa. Jej uśmiech sugerował coś innego. Ale to, co zrobił Thomas spowiło tę znajomość cieniem. Byli braćmi. Byli podobni. Podobnie uparci i nieokrzesani. I choć wiedział, że zachował się niewłaściwie przed nią gotów był go bronić.
Kiedy udała mu herbatę odebrał ją, delikatnie, ostrożnie łapiąc kubek, muskając palcami jej dłonie. Starał się nie rozlać naparu, wciąż był bardzo ciepły, choć temperatura na zewnątrz zdołała go już trochę ostudzić. — Dziękuję.— Za herbatę, za zgodę, chociaż właściwie decyzja nie należała do niej, za zaproszenie na kolacje. Pójdzie, oczywiście, że to zrobi. Sam musiał podjąć ten temat z jego wujem, nie obawiał się tego. Był przyzwyczajony do takich rozmów i zamierzał zareklamować się najlepiej jak potrafił. — Do nawet całkiem sprytne. Gdyby ktoś niepowołany chciał go odczytać, mógłby go spalić.— Uśmiechnął się, upijając łyk pysznej herbaty i spoglądając na smoczognika. Nie odważył się wyciągnąć ku niemu rąk, ale obserwował go z zainteresowaniem. — Urośnie jeszcze?— Przeniósł na nią spojrzenie, kiedy drzwi stajni otworzyły się, a zimny wiatr wdarł się do środka wraz z męską postacią. Wyprostował się odruchowo, przełknął ślinę.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: tyły domu [odnośnik]04.02.22 1:39
Opuściłam dłoń, łapiąc przygryziony palec za plecami. Ukrywając zbrodnię, której się dopuściłam. Głupi nawyk, którego nie umiałam wyplenić. Próbowałam, a jakże, ale dłoń i tak nie lubiłam. Ale na tym skupić się i tak za bardzo nie skupiałam tylko na kolejno padających słowach. Marszcząc brwi i pąsowiejąc na niektóre. W końcu się odzywając. Walcząc o swoje zdanie, o to co wydawało mi się prawdą być. Raczej nie szukając spojrzenia. Patrząc przed siebie, jakbym rozważania snuła na głos sama do siebie, choć wcale tak nie było. Krótkie potwierdzenie wsunęło między nas ciszę, ale nie przerywałam jej. Nie od razu. Pozwalając jej pozostać, choć wcale do wygodnych nie należała. Wiedziałam co myślałam i wiedziałam w co wierzyłam. Wiedziałam też, że nie każdy postrzega wszystko tak samo jak ja. Nie sądziłam, że odpowie mi na postawione głośno pytania. Powiedziałam je bardziej po to, by mógł sam dojść do odpowiedzi. Dopiero wtedy przekręciłam trochę głowę w bok i zerknęłam ku górze. Na chwilę odwracając znów głowę. Marszcząc brwi.
- Na co ci więc rodzina i przyjaciele? Żeby być tylko dla nich, a oni nigdy dla ciebie? - zapytałam marszcząc nos. Unosząc rękę, żeby odgarnąć włosy na plecy. Zaraz jednak odezwałam się znów. - No i… - zawiesiłam głos na kilka chwil. - ...mówisz że nie wiesz i że nikt, a poniekąd rozmawiasz o tym ze mną. Nie konkretnie o tym problemie, czy problemach. - dlaczego? Powinnam zapytać, ale nie wiem czemu się powstrzymałam. Powinnam czy nie? Błądziłam trochę. Nie wiedząc czy się odzywać i mówić dalej. Czy znów miałam usłyszeć coś, czego słyszeć nie chciałam. Na krótką chwilę nasze spojrzenia się spotkały.
Potaknęłam głową na pytanie. Byłam obca. Dla niego. Co o sobie tak naprawdę wiedzieliśmy? Kim byliśmy dla siebie. Już znajomymi? Czy może funkcjonujący w nieokreślonej przestrzeni.
- Nasze dusze są kompatybilne. - zgodziłam się z nim swoimi słowami. Paprotka była mi bliska. Odnalazłyśmy się w gąszczu innych dusz i pozostałyśmy przy sobie. Wiernie, miałam nadzieję, że na zawsze. Kiedy się poruszył zwracając w moją stronę przekręciłam najpierw tylko głowę. - Było. - potwierdziłam znów, nie uciekając wzrokiem za to on, nie patrzył na mnie. Patrzył w ziemię, dopiero po czasie napotykając moje spojrzenie. Pokręciłam przecząco głową na kolejne słowa. - Nie przepraszaj za coś, co uważasz za prawdę. Chociaż w sumie możesz, ale nie oczekuj, że ja za swoją kiedyś przeproszę. - nawet jeśli nie będzie miła. Uniosłam mimo wszystko trochę brodę. Nikt chyba nie chciał słyszeć niemiłych rzeczy. Dopiero kolejne stwierdzenie wywołało na mojej twarzy krótkie zdziwienie. Byłam? Wcale się taka nie czułam. Kolejne słowa odwróciły moją głowę. Spojrzałam znów przed siebie, zwrócona do niego jedynie bokiem, wydymając na chwilę usta. Wzruszyłam łagodnie ramionami. - Powtarzam słowa, które zostały mi powierzone. Myśli, pewnie też przekonania, ale i nadzieje. - bo w dużej części tak było. Pamiętałam każdą lekcję. Każde ważne słowo które przekazała mi mama, kiedy jeszcze mogła i Brendan kiedy był obok i każdy inny, kto nauczył mnie czegoś. - Mój brat jest aurorem, wiesz? - podjęłam, niby rzecz niezwiązaną z tematem. - I wiem, że wiele mi nie mówił. Że z wieloma rzeczami walczył sam, żebym ja nie musiała. Ale to widać, James. Ciężar który niesiesz sam, sekret, odkłada się cieniem w oczach. Zawsze wiedziałam, może czułam po prostu. - zamilkłam tylko na chwilę. - Ale nawet on, najsilniejszy człowiek jakiego znam, pewnego dnia potrzebował czegoś ode mnie. Pomocy, może nadziei. - wzruszyłam raz jeszcze ramionami. - A moja mama powiedziała mi kiedyś, żeby nigdy nie wątpić w ludzi, bo są silniejsi, niż na pierwszy rzut oka się wydają. Mogą mnie nie raz zaskoczyć. - odwróciłam się w końcu w jego stronę. - Nauczyła mnie jeszcze czegoś zarówno ważnego, jak i pomocnego w chwilach zwątpienia, strachu czy samotności. - rozplotłam dłonie. Ale nie czekałam na zgodę, zrobiłam krok bliżej, a potem następny, poganiając siebie nim się rozmyślę. Zdawał się potrzebować tego. Ten jeden raz mogłam to zrobić dlatego postawiłam kolejny wspinając się na palce i obejmując go lekko. Bez proszenia o pozwolenie, bez zastanawiania się czy powinnam, choć za chwilę to zrobię i wyjdzie pewnie odwrotnie. - Nie jesteś sam. - zapewniłam tylko spokojnie z pewnością. I po części nie mówiłam tylko o sobie. Mówiłam o Marcelu, który z pewnością odnalazł porozumienie z jego duszą. O Sheili, która martwiła się zawsze, nawet o Thomasie, który był głupkiem, ale był też jego bratem.
Zmiana tematu, ponowna przestrzeń była, mile widziana. Odpowiedziałam uniesienie kącika ust. W sumie to całkiem jasne było z tymi ciotkami, jak już wyjaśnione zostało. Ale kolejne słowa uniosły mi trochę brwi.
- Mogę. - zaprzeczyła od razu, chyba zbyt szybko. Ale już mleko było wylane. Zmarszczyłam trochę nos. - Z twoim bratem jest trochę gorzej, ale sama sobie z nim poradzę. - zapewniłam, odsuwając się w stronę herbat po tym, jak zaprezentowałam Basila. Przesunęła dłoń z kubkiem w jego stronę. Czując jak jego palce dotykają moich kiedy ją odbierał. Uniosłam spojrzenie, nie odnajdując tęczówek. Skinęłam krótko głową na podziękowania. Nie było za co. Choć było to miłe. - I podrapać. - dorzuciłam jeszcze unosząc kąciki ust ku górze.- Niewiele. - potwierdziłam, bo Basil był młody, ale jakiś imponujących rozmiarów nie miał osiągnąć. Otworzyłam usta chcąc coś jeszcze powiedzieć ale w środku pojawił się wuja.
- Chodźcie na kolację. - powiedział, nie wchodząc do środka. Zerknęłam na Jamesa, posyłając mu krótki uśmiech wychodząc jako pierwsza. Wuja podał mu dłoń jak ostatnio, kiedy znalazł się bliżej i skinął krótko głową. Ten dzień był zdecydowanie bardziej zaskakujący niż zakładałam nad ranem.

| zt? :pwease:


She is wild child with gypsy soul that dances with the stars.
She has a free spirit, a reckless mind and a rebel heart
that isn't meant to be tamed.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
And there are many things that I could change so slightly
But why would I succumb to something so unlike me?
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

tyły domu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach