Wydarzenia


Ekipa forum
tyły domu
AutorWiadomość
tyły domu [odnośnik]10.06.18 0:32
First topic message reminder :

Za domem

Za domem, zamiast lasu, znajduje się sporej wielkości ogród. Otoczony białym płotem, który pokryty został przez wijącą się roślinność, sięga tak naprawdę jeszcze dalej - ale z braku funduszy Weasley'owie zdecydowali się ogrodzić jedynie niewielką część włości. W środku zawiera zadbany ogródek - z grządkami warzywnymi oraz kwiatowymi rabatkami. Taras nie został ściśle wydzielony. Umownie jest nim przestrzeń przy domu przykryta prowizoryczną markizą skrywającą drewniane, bujane fotele i niewielki, drewniany stolik. Za ogrodzeniem po prawej stronie rosną owocowe drzewa, a po lewej rozciąga się polana służąca za miejsce organizacji wszelkich rodzinnych przyjęć. Jednak największą atrakcją pozostaje oddalone na północ jeziorko, licznie oblegane przez wszystkich późną wiosną oraz latem.


[bylobrzydkobedzieladnie]



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.


Ostatnio zmieniony przez Ria Weasley dnia 13.06.18 21:22, w całości zmieniany 1 raz
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley

Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 0:24
List od Jamesa go zaskoczył, ale nigdy nie oponował, kiedy przyjaciel zapraszał go na imprezę; parę tygodni temu podjęli kolejną wspólną próbę przygotowania Mocarza, tym razem z czereśni. Wciąż miał jeszcze trochę cukru, który został z poprzedniej kradzieży, a James już wcześniej zostawił u niego trochę spirytusu, głęboko zakopany pędził się razem z cukrem, ale chłopcy ostatecznie doszli do wniosku, że może jednak smaczniejszy będzie z owocami. Dodali je zatem na kolejnych parę tygodni, Jimowi udało się ukraść z sadu w Dolinie Godryka czereśnie - niestety ich właściciel pogonił go dość szybko, przez co owoców ostało im się - dosłownie - tylko kilka garści. Musiało wystarczyć, upchnęli je do butelek - James przyniósł drugą - zabarwiając je na delikatną czerwień. Po prawdzie Marcel więcej przyglądał się pracy Jamesa i wykonywał jego polecenia, ale Doe miał do tego znacznie lepszą głowę. Jaki Mocarz okazał się w smaku, tego nie wiedzieli. Butelki zostawiali na szczególną okazję, a ta z pewnością taka była - kiedy Steffen do niego wpadł, wcisnął mu w ręce jedną butelkę Mocarza, zabierając dwie kolejne ze sobą i wspólnie opuścili - na miotłach - Londyn - poza jego granicami teleportując się najpierw do Doliny Godryka, gdzie dołączył do nich Castor, potem przelecieli w okolice domu Neali (Marcel zaproponował Sproutowi wspólną podróż na swojej miotle); nie było to aż tak daleko, a ustalenie wspólnego punktu teleportacyjnego budziło same problemy. Steffen wspominał, że miał się z nim potem spotkać, ale skoro Jim mówił, że jest impreza, mogli się tam po prostu zjawić wszyscy razem. Nie wiedział, czy Steffen i Castor kiedyś odwiedzili Weasleyównę, ale on znał drogę - był u niej już dwa razy. Gdy tylko przed nimi zamajaczyło właściwe domostwo, podążyli za hałasami, by wkrótce dostrzec płomienie rozjaśniające wieczorne ciemności.
- To pewnie oni - zwrócił się do chłopaków, lekko przeskakując płot i wyciągając ramię w górę już z oddali na znak powitania. - Cześć! - zawołał z entuzjazmem, wszyscy już byli na miejscu. - Leon! - zawołał, czarodziej jeszcze stał, ale jego widok tutaj zaskakiwał najbardziej. Może nie aż tak, dokonał zbrodni, otrzymał karę, najwyraźniej już się dogadali. To dobrze. - Zeszliście się? - palnął, wpychając mu w rękę butelkę Mocarza i obejmując ramieniem, choć widzieli się drugi raz w życiu. - Bierz, zanim znowu wykąpie cię w herbacie - rzucił do niego poufnie, w końcu zadra musiała minąć, trącając go lekko zaciśniętą pięścią w pierś i odszedł, obchodząc krąg, by znaleźć się obok Neali, po drodze jednak zatrzymując się przy Jamesie. - Jesteśmy i mamy, co najlepsze! - zakomunikował, z zadowoleniem podrzucając w ręce butelkę, którą Jim z pewnością rozpoznał. - Co złego to nie my, nie jesteśmy z pustymi rękami! Pamiętacie Mocarza? Teraz ma nową, lepszą formułę! Lejcie, Jim dostał dyplom czeladniczy gorzelnictwa - zapewnił, przekazując gospodyni drugą butelkę Mocarza. Ponure nastroje niektórych dziewcząt mu umknęły, został przecież zaproszony. - Cześć, dziewczyny - Uśmiechem powitał Leonie, Celine i Anne, ze skrywanym speszeniem unikając spojrzenia Sheili. Ostatnia rozmowa z Nealą, wobec jej przedłużającego się milczenia, dała mu do myślenia. Nie powinien się do niej zbliżać, jeśli dotykał ją... jeśli poczuła, że on... nie chciał wracać do tego myślami. Z tego samego powodu niby przypadkiem ominął wzrokiem Eve, długo tłumaczył sobie jej milczenie, fakty zaczynały się układać w jego głowie dopiero po ostatnich wydarzeniach. Jeśli Sheila rozmawiała z Nealą, to z Eve pewnie też. Czy naprawdę unikała go aż od Sylwestra? Znała go tak długo jak Jim, przecież wiedziała, jaki był. A może to on sam tego nie wiedział? Czy był pewien, że pamiętał wszystko z tamtego wieczora? Ktoś mu tak bliski nie zignorował go przecież bez powodu. naprawdę nie chciał, by jego spojrzenie zdradziło zmieszane emocje. Ukrył je podchodząc do Roratio, jedynego gościa, którego dzisiaj nie znał. - Marcel - przedstawił się, wyciągając ku niemu dłoń do uściśnięcia, iskrzącym zabawą spojrzeniem wychwytując jego. Zawsze był otwarty na nowych ludzi i nigdy nie oceniał ich przez wzgląd na ich bogactwa, kiedy nie wiedział, że byli lordami.
Nie czekając na zaproszenie zajął miejsce na trawie, pomiędzy kocykami Anne i Celine; na ugiętych kolanach wsparł ramiona. Lot na miotle sprawił, że zmarzły mu dłonie, mógł ogrzać je przy ognisku. - Dobrze słyszałem, że w coś gramy? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem nikogo konkretnego.
 
Mam dwie butelki 0,7 Mocarza, jedną daję Leonowi, a drugą Neali, trzecią oddałem wcześniej Steffenowi.

Mocarz:
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 3:05
Tego było już za wiele.
Już miał kierować się w stronę wskazanego dziewczęcym podbródkiem miejsca na kocu, w międzyczasie witając się ponownie, tym razem bardziej oficjalnie, z jedną z dziewczyn:
- O! Piękne imię. Ja Leon! – uśmiechnął się przy tym nonszalancko;
Już podjął w prawą rękę badyl z rozżarzoną końcówką, by odpalić sobie papierosa; już nawet go odpalił! - gdy nagle doświadczył czegoś, czego postanowił tej nocy unikać, kiedy tylko zrozumiał czym ta noc jest i w jakim towarzystwie przyszło mu ją spędzać.
Prawie zadławił się tytoniowym dymem – jednak nie z powodu nagłego napadu Marceliusa na jego osobę, wieszania się na nim, szturchania, uderzania. Ba, nie był ani trochę zaskoczony jego ni stąd, ni zowąd przybyciem. To lawina niebezpiecznych słów wywołała w nim napad kaszlu.
Zeszliście się? Wykąpie w herbacie? Znowu? Mocarz?
On wiedział. Powiedział to na głos, czyli... Ilu z nich wiedziało? Kto. Jeszcze. Wiedział?
Czerwone od kaszlu gały zwrócił z wyrzutem w stronę Neali – jak... Jak mogła?
To że zrobił z siebie błazna na sylwestrze bardzo dobrze wiedział. Już to wprawiało go w niemałe zakłopotanie za każdym razem, gdy musiał przebywać w towarzystwie kogoś, kto doświadczył niemiłego zaszczytu uczestniczenia w sylwestrowej masakrze. Jednak... Żeby wywlekać na zewnątrz przebieg prywatnych spotkań. Rozmów, rozejmów, przepraszań... Popołudniowych herbat!
To się nie godzi.
Coś w nim pękło. Wziął parę szybkich buchów i potrząsnął głową.
- Zaraz, zaraz! – zawołał, teraz dzierżąc po butelce silnego alkoholu na rękę – W butelkę nie gra się na „prawdę czy wyzwanie”, kochane dzieci, tylko na całowanie! Zresztą, z tego co słyszę, zostałem już pozbawiony wszelkich nabojów w grze, w którą chcecie grać. – pociągnął łyk rumu, krytycznie mierząc butelkę mocarza – A to monstrum, które trzymam w ręce, kopie naprawdę mocno, panie i panowie. Nie polecam łączenia tego trunku z wyzwaniami, a co dopiero, broń was Merlinie, z herbatą, tyle powiem. – pociągnął z butelki wypełnionej destylowanym piekłem, po czym wcisnął ją Prewettowi.
Poczłapał w kierunku koca, na którym zrobiono mu miejsce, jednak przekroczył go i stanął trochę dalej, jeszcze nieświadomy sceny, jaką odegrał.
Ale był zły. I właśnie to pokazał. Czy to krok w dobrą stronę? To jakiś krok, na pewno... Tak długo kumulował w sobie te wszystkie bolączki, bojąc się, co pomyślą o nim inni, gdy się dowiedzą, że kiedy okazało się, iż przynajmniej jedna z tych osób już sobie wie i już sobie myśli, poczuł jakieś przedziwne zwolnienie blokady. Czemu miałby się tak przejmować tym wszystkim? Czy inni tak bardzo się przejmowali? Czy Neala przejmowała się na tyle bardzo, by nikomu o tym nie powiedzieć? Parsknął.
Przypominał sobie siebie samego z czasów Hogwartu. Czyżby odzyskiwał utraconą śmiałość?
Odwrócił się do wszystkich, a na jego ustach malował się beznadziejny uśmiech.
- To jak, są już wszyscy? Gramy w tę całą butelkę?


WA: 96 - 6(rum) - 5(mocarz) - 2(tytoń) = 83/98 (84%)


Ostatnio zmieniony przez Leon Longbottom dnia 07.09.22 3:12, w całości zmieniany 3 razy
Leon Longbottom
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We rip out so much of ourselves to be cured of things faster than we should that we go bankrupt by the age of thirty and have less to offer each time we start with someone new. But to feel nothing so as not to feel anything - what a waste!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5898-leon-longbottom https://www.morsmordre.net/t5997-merkury https://www.morsmordre.net/t10635-leos https://www.morsmordre.net/f411-northumberland-blyth-dwor-longbottomow https://www.morsmordre.net/t6000-skrytka-bankowa-nr-1477 https://www.morsmordre.net/t5999-leon-longbottom
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 3:05
The member 'Leon Longbottom' has done the following action : Rzut kością


#1 'k6' : 5

--------------------------------

#2 'k20' : 20
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 13:07
Naturalnie z kulturą odpowiedział na wszelkie powitania ze strony dam, czy to krótkie cześć ze strony Eve, czy chociażby przyjazne machnięcie ręką panny Celiny.
Ledwie zdążył złożyć swoje lordowskie cztery litery na miejscu siedzącym i przywitać nieznajomą, nie wiadomo do końca skąd wyskoczył na nich lord Longbottom, prezentując sobą zachowanie godne mandragory (generalnie przydatny, ale skrzeczy niemożliwie). - Jak ty się odzywasz przy damach? Oczywiście, że nie wiedziałem, za kogo ty mnie masz? Podobno miało zebrać się kilku chłopaków i to tyle - odparł na jakże okrutne zarzuty wyrzucone w jego stronę. Sam Roratio naprawdę nie widział w tym większego problemu. Bo i chyba jako jeden z niewielu był pobłogosławiony niewiedzą na temat tego, co wydarzyło się podczas zabawy sylwestrowej pomiędzy Nealą a Leonem. A nawet gdyby, Roratio raczej rzadko zalewał się gniewem, kolorującym jego twarz w czerwień niemalże identycznie wyglądającą jak kolor jego włosów. Dlatego zapewne nie do końca zrozumiałe było dla niego całe to zeźlenie się kuzynki, ale już w sumie przyzwyczaił się do tego, że Neala odziedziczyła to widocznie po cioteczce Weasley, która też potrafiła się złościć o wszystko. Nie zdążył jeszcze się przekonać, czy równie szybko jej to przechodzi. Skupił się zatem na Leonie, której - miał nadzieję - jego towarzystwo nie przeszkadzało. Zatem uśmiech nie schodził z usłanej piegami twarzy. Już miał odpowiedzieć na pytanie odnośnie swojego pokrewieństwa z Nealą, kiedy i Celine zadała podobne pytanie. Ją również obdarzył promiennym uśmiechem, bo czy był w tym momencie jakiś powód do smutków? Rory na dzisiejszy wieczór chciał zostawić wojenne rozważania za sobą, zamknąć je w swoich komnatach w Weymouth i udawać, że wszystko jest w porządku. - Odpowiadając w sumie na dwa pytania jednocześnie, tak jestem kuzynem Neali i stąd znamy się... praktycznie od zawsze? A przynajmniej od bardzo dawna. Chociaż, jak mam być szczery to nie wiem jak blisko jesteśmy spokrewnieni, Weasleyowie i Prewettowie tak często wiązali się między sobą, że chyba już wszyscy stracili rachubę. A co do Leona, to sam właściwie nie wiem skąd się znają, ale obstawiam, że sami nie wiedzą - rzucił, na koniec machając ręką, jakby faktycznie nie miało to znaczenia. Zdaniem Roratio za jakiś czas znowu znajdą parę, którą postawią na ślubnym kobiercu, dla podtrzymania tradycji, ale i ten drażliwy trochę temat mariaży miał zostawić z daleka stąd, w Weymouth. Mógłby jedynie westchnąć na brak roztropności Leona i brak odpowiedzi na pytanie pięknej Celiny, ale przecież nie zamierzał stresować innych, kiedy sam nie chciał być stresowany - Bardzo mnie ciekawi skąd wy znacie się z Nelcią? - bo faktycznie to interesowało go niezmiernie. Oni - to jest Neala, Leon i Roratio - mogli zacieśniać więzi na wtedy niezwykle nudnych uroczystościach, na które była zapraszana czarodziejska szlachta. Pozwolił sobie też otworzyć ognistą, którą przyniósł ze sobą i jak dobry gospodarz, którym w sumie tutaj akurat nie był rozglądnął się dookoła. - Komuś Ognistej? - zagadnął. W końcu był to trunek dobrej jakości, od samych lordów Macmillan! Sam zorganizował sobie jakiś kubeczek i nalał nieco trunku do środka, uwzględniając oczywiście wszystkich, którzy wyrazili chęć napicia się. Wtedy podeszła Neala, mówiąc coś o przepraszaniu, o tym, że jej głupio i żeby dziewczęta się nie złościły. Pozwolił sobie podejść do kuzynki. - Nelciu, mam nadzieję, że się na mnie nie złościsz. Wybacz to całe zamieszanie, obiecuję, że nie będę wam wadził - przecież znali się nie od dzisiaj. Ze wszystkich lordów, Rory był raczej tym bezproblemowym i chętnie dopasowywał się do sytuacji jaka go miała zastać. Niezależnie czy będą to wzniosłe rozmowy, czy tańce przy ognisku. Nawet cygańskie, chociaż nie do końca wiedział, co się pod tym słowem miało kryć. Znaczy jakieś pojęcie mógł mieć. Siedem lat w jednym dormitorium z Thomasem musiało nauczyć go czegoś na temat cygańskiej kultury. Na horyzoncie pojawił się jeszcze jeden z chłopców, których nikt się tutaj nie spodziewał. Otwartość z jaką podszedł do niego Marcel, spotkała się z niemal identyczną życzliwością ze strony młodego lorda. - Rory - przedstawił się, ściskając wyciągniętą dłoń. Dopiero wtedy zorientował się, że ktoś coś mówił o jakiejś grze. A Leon wcisnął mu jakąś butelkę do dłoni. Spojrzał na nią badawczo, ale jedynie przez chwilę. Odkręcił butelkę i zaciekawiony podetknął nos. Ostry zapach podrażnił nozdrza, ale to nie miało zniechęcić wiecznie ciekawego Roratio. - Co to? - pytanie rzucił w eter, chociaż jego spojrzenie przeskakiwało między Marcelem a Leonem. Nie czekał w sumie na odpowiedź i tak upił łyk.

100 + 28(sprawność) + 10 (10kg ponad 70kg) - 5 (jeden rok poniżej 23 lat) - 7 (losowy) = 126
126 - 6 (ognista, jak dobrze liczę) = 120
mocarza odliczę w następnej turze
Roratio J. Prewett
Zawód : dumny przedstawiciel swego rodu, utrapienie lorda nestora
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
owijam wokół palca wolny czas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10993-roratio-j-prewett https://www.morsmordre.net/t11046-polypodiopsida https://www.morsmordre.net/t11047-my-zyjemy-kazda-chwila https://www.morsmordre.net/f77-dorset-weymouth-palace https://www.morsmordre.net/t11053-roratio-j-prewett
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 13:07
The member 'Roratio J. Prewett' has done the following action : Rzut kością


'k20' : 12
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 17:21
-Jesteś pewien, że znowu powinniśmy to pić? - zapytał, gdy Marcel wciskał mu w rękę tajemniczą butelkę. Pamiętał, że ostatnio budował po niej igloo i że spał strasznie długo i że kłócił się z kimś o to, że nie odda różdżki (akurat słusznie, mogli ich napaść... wrogowie!). Ale w sumie było zabawnie, a poza tym może Marcel z Jimem dopracowali recepturę i teraz Mocarz był trochę lepszy? Nie miał serca podcinać im skrzydeł, więc wzruszył ramionami i wsiadł z butelką na miotłę - ostrożnie, nie chciał jej stłuc. Powstrzymał odruch wzniesienia oczu do nieba, gdy znowu musieli lecieć na miotle do domu Neali - ustalenie wspólnego punktu teleportacyjnego nie byłoby przecież takie trudne, musieliby obliczyć koordynacje i spojrzeć na mapę i liczyć na chwilę szczęścia i... nie powiedział nic, bo chyba po prostu był zazdrosny, że Castor leci z Marcelem tak szybko, a on musi za nimi nadążać. Lubił latać z Sallowem jako szczur, ale najwyraźniej oferta obowiązywała gdy kogoś okradali, a nie gdy musiał pilnować alkoholu.
-Cześć! - doleciał chwilkę sekund po Marcelu, więc dołączył do korowodu powitań już po nim. -Roratio, jesteś! - ucieszył się, klepiąc po plecach serdecznie kolegę z Gryffindoru, lorda. Na pewno znali się z Nealą (w głowie Steffena każdy lord znał każdą lady), ale to on go dziś tutaj zaprosił, rozciągając zaproszenie od Jamesa na wszystkich kolegów. -Leon! Jim, już pijesz? Neala, dziękujemy za zaproszenie! Rozlać wszystkim po... trunku domowej roboty? Marcel i Jim sami robili! - paplał, machając butelką. Mógłby wyczarować kieliszki Acusem, ale na szczęście jakieś miała, co ułatwiało sprawę. Nie czekając na pozwolenie, zaczął polewać Mocarza, ewidentnie nie wiedząc, że to nie Neala ich zaprosiła za pośrednictwem Jima. Zatrzymał na młodej damie wzrok nieco na dłużej, a potem omiótł wzrokiem wszystkich, z ulgą rejestrując, że nigdzie nie ma Tomka. Myśl o tym, że w lutym spotkała się z nim na osobności nadal nie dawała mu spokoju i nie miał jeszcze pomysłu, czy i jak poruszyć ten problem.
-Cześć dziewczyny! Jestem Steff. - przedstawił się z rozpędu, choć gdy skupił się na ich twarzach (a nie rozlewaniu alkoholu) to nie znał chyba tylko jednej, blondynki (Leonie). Uśmiechnął się promiennie do Eve i Sheili, Anne omiótł tajemniczym spojrzeniem, zerkając kątem oka na Marcela (którego do tej pory nie podpytał o ich sylwestrowe tańce), a na widok Celine wydał się ewidentnie speszony.
Szczególnie, gdy Leon zaczął mówić o... całowaniu?!
-Jakim całowaniu?! - parsknął, o mało nie rozlewając Mocarza w kieliszku. -Niektórzy z nas są zajęci, a inni powinni niedługo być zaręczeni. - zniżył głos, tak by słyszeli go Leon i Roratio (i pewnie Marcel i Castor, jeśli stali obok). Czy nestor nie powinien im szukać żon?! Czy wojna zniweczyła też tradycje szlachty i przy okazji etos porządnego prowadzenia się? -A Jim jest tu z żoną... - dodał do Leona, na wypadek gdyby ten nie wiedział - ale jak mógł nie wiedzieć, skoro bawili się na Sylwestrze?
-Masz ognistą?! - poweselał raptownie, słysząc propozycję Roratio - ale w ręku miał już kieliszek Mocarza, a nie chciał robić przykrości kolegom. -Ee... lepiej nie będę ich mieszał. - westchnął, najwyraźniej rozpocząwszy imprezę w dziwnie rozsądnym nastroju. Zaczął rozdawać wszystkim kieliszki Mocarza, a na koniec wzniósł toast własnym, zwracając się do Neali.
-Za imprezę i gospodynię!!!



100+10(2xsprawność)-15(kujon)+5 (73kg) = 100 (plus/minus forma)
dorzucam
1. na formę w danym dniu (k20)
2. Mocarza
3. k6?? na Mocarza (jak źle rzucam to dorzucę w szafce odliczę w następnej turze)






intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I like to go to places uninvited
OPCM : 30 +4
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 35 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 17:21
The member 'Steffen Cattermole' has done the following action : Rzut kością


#1 'k20' : 12

--------------------------------

#2 'k20' : 12

--------------------------------

#3 'k6' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 20:56
Milczałam, kiedy Sheila wybuchła, unosząc brwi w zdziwieniu by zaraz potem je wziąć i zmarszczyć lekko. Paprotka od jakiegoś czasu nie zdawała się sobą. Już wtedy w kwietniu z opowieść o tym, jak Leon za mną biegał i na całowania chciał chodzić przerodziła się kłótnię o to, że jej brat niby mnie wolał. Nawet słowa nie powiedziałam na jego temat - właściwie nikt nie powiedział.
- She, po świecie trochę więcej chodzi osób niż ta dwójka. Przystojni nieznajomi wędrowcy. - po świecie chodzili też inni chłopcy. Ostatecznie nie tylko o wygląd się rozchodziło, a o to czy dusze korelowały ze sobą. Ale też o czym miałyśmy mówić, jak najbardziej ekscytujący temat miał zostać zawieszony przez dwójkę cyganów? - Ostatnio na jednego wpadłam w lesie… - mimo wyraźnego sprzeciwu zaczęłam temat bo w sumie postanowiłam. Kochałam Sheile, ale ta ostatnio na wszystko stawała okoniem. Jasno już zaznaczyła, że słowa o Jamesie i Thomasie nie chce słyszeć to nawet lepiej - nikt się nie odezwie. Przesunęłam spojrzeniem po dziewczynach, zaczynając na She, przesunęłam spojrzenie na Anne, Celine a na końcu na Leonie budując napięcie. I chciałam już snuć dalej swoją opowieść, ale nie było jak, jak zaczęli mi się tutaj schodzić - jeden za drugim. Więc nie mogłam sobie w początkowej irytacji darować tego głupiego komentarza. Zadowolona uniosłam brodę, kiedy się zakrztusił, chociaż nie wiedziałam że wspomnienie Bibi - co prawda może w nie do końca jasny sposób - wywoła taką reakcję. Reakcji Sheili się nie spodziewałam wcale. Patrzyłam jak ciągnie za ucho Jamesa unosząc w zaskoczeniu oczy, ale na ustach pojawił mi się mimo wszystko odrobinę rozbawiony uśmiech. Uniosłam brwi wyżej, kiedy Sheila zaczęła mówić szybko po romsku, wyłapując imię Leona. A potem zerknęłam na Jamesa kiedy jej odpowiadał.
- Czy moglibyście tego nie robić dzisiaj? - zapytałam ich oboje unosząc lekko brwi i przenosząc wzrok od jednego do drugiego. Tęczówki przeniosłam z nich na przybywających lordów. - Rozmawiać przy wszystkich w języku którego nikt nie rozumie? - wyjaśniłam jeszcze bo średnio to było chyba wygodne dla kogokolwiek. Na chwilę odwracając uwagę od rozmowy między nimi, żeby wziąć i skupić się na Roratio i Leonie. Chwilę później wołając Jamesa na stronę. A kiedy głupkowato zapytał, czy wołałam na pewno jego, moje usta rozciągnęły się w uśmiechu, ale nie zapowiadał on nic dobrego.
- Ty. Ty. - potwierdziłam unosząc lekko brwi dla potwierdzenia. Ciągnąć Jamesa za sobą dalej - z daleka od uszu wszystkich którzy siedzieli przy ognisku. Przynajmniej tak mi się samej wydawało. Ale niekoniecznie się tym przejmowałam. Zapowietrzałam się co chwilę właściwie nie wiedząc od czego zacząć. A kiedy się odezwał, normalnie zatrzęsłam się cała. Ohooohoho przyszedł taki, wysoki i zadowolony z siebie. Jeszcze czego. Pacnęłam go wierzchem dłoni w pierś kiedy o tym pamiętaniu imion powiedział. - Nie zabawne. - mruknęłam marszcząc nos w niezadowoleniu. - No właśnie! - wypowiedziałam zduszonym głosem tak samo zżachnąnięta - Bez Eve. EVE. James. - wyszeptałam wyraźnie poirytowana, oczywiście że tylko i wyłącznie tym, że nie nadąża za tym, co do niego mówię. - Co? - z początku nie rozumiałam o jakim witaniu się on gada. Ale gdy doszło do mnie wywróciłam oczami. - Bez znaczenia. - syknęłam wzdychając ciężko i kręcąc przecząco głową. Kochał konie - wiedziałam, że tak. A te poznał i do nich się przywiązał. Jak już wszedł to wszedł. Wchodził tam prawie co dzień. Potaknęłam głową na jego kolejne pytanie. - Dokładnie, kto się jeszcze zjawi? - zapytałam cofając zaraz głowę i unosząc brwi kiedy wspomniał o Leonie. - Nikomu ani słowa że wiesz. Nikomu. - zaznaczyłam marszcząc groźnie - moim zdaniem - brwi w niewypowiedzianej głośno groźbie. Nie do końca byłam zadowolona że o tym mu powiedziałam. Na Merlina, po pierwsze to szczerze wątpiłam we własną zmysłowość. Po drugie… eh mogłabym o tym całą książkę napisać. Nieważne. Już trudno. Nie wściekaj się. Wywróciłam jeszcze raz oczami zakładając dłonie na piersi. Wypuszczając powietrze z płuc. Przekrzywiłam trochę głowę słuchając jego kolejnych słów, mrużąc trochę oczy w zaznaczeniu że nie do końca mu wierzę, by zaraz je unieść na tą uległość a potem prychnąć na ostatnie ze stwierdzeń. - To ciekawe. Tylko nie smuć się jak odbiorę ci tytuł. - mruknęłam, a kącik ust drgnął mi w uśmiechu. Zbliżyłam się jeszcze raz z atakiem - a może zapowiedzią połączoną z groźbą układając dłonie na biodrach. Uniosłam brwi na tego gościa honorowego, przenosząc spojrzenie z ogniska na niego. Ale kolejne słowa sprawiły że usta rozchyliły mi się w zdumieniu. Mrugnęłam raz, unosząc brwi jeszcze trochę, czując jak nabieram powietrza w usta. Pokręciłam głową, zachodząc czerwienią. - Z-z-znosić?! - zapytałam - a raczej wyplułam słowa z oburzeniem - a gniewna maniera wykrzywiła mi twarz. Uniosłam brodę dotknięta. - W takim razie muszę poważnie się zastanowić, czy narażać cię na z n o s z e n i e mnie ponownie, hm? - wzięłam wdech w usta, wywracając oczami, wypuściłam znów powietrze powoli przekonywana tym głupim uśmiechem i wypowiadanymi słowami. W to, że będziemy cicho nie wierzyłam ani trochę. Wypuściłam powietrze po raz kolejny - uprzednio je nabierając - kręcąc odrobinę głową. Wciskając mu palec w pierś raz jeszcze. - Mój palec, mój problem. Poradzę sobie. Masz szczęście, że cię chwilami lubię Doe. - mruknęłam biorąc wdech w płuca, wywracając oczami. - Pół na pół. - przypomniałam mu trzy razy dźgając go w pierś przy każdym słowie. Odwróciłam się w stronę ogniska, jednak wracając po coś jeszcze. - Ostatnie. - powiedziałam nadal starając się mówić cicho. - Bez awantur. - zaznaczyłam mrużąc odrobinę oczy. - Jak poczujesz nieprzemożoną chęć walnięcia kogoś bo uśmiechnie się albo odezwie do Eve, to pomińmy moment w którym ty kogoś bijesz i przejdźmy od razu do następnego kroku. Krzyknij wtedy “potrzebuję fasoli” a ja ci uprzejmie przyfasolę bez żadnych pytań. - zaproponowałam rozciągając wargi w usłużnym uśmiechu, przekręcając odrobinę głowę na bok widocznie z siebie zadowolona. - Tylko dobrze ci radzę, nie sprawdzaj bez potrzeby czy działa bo możesz się zdziwić. - po tych słowach postawiłam kilka kroków idąc tyłem, unosząc rękę by zaprezentować biceps, wywróciłam oczami odwracając się. A potem ruszyłam w stronę ogniska, unosząc brodę i nie spoglądając za siebie żeby sprawdzić, czy i on postanowił wrócić - wyjścia chyba i tak innego nie było. Ale - gasić jeden pożar na raz. Przynajmniej, aż nie rozluźni się trochę wszystko. Dlatego zaczęłam od tłumaczenia tej sytuacji. Znaczy próby jakiejkolwiek. Spojrzałam na Eve, kiedy zaproponowała karę za wpadanie bez zapowiedzi. Wydęłam lekko usta przesuwając wzrokiem po dziewczynach. - Ogólnie to powinni nadrobić. - zastanowiłam się na głos. - No i są więksi i wyżsi. - mówiłam dalej mrużąc lekko oczy, przesuwając spojrzeniem od Leona do Roratio, odwracając ją, żeby spojrzeć na Jamesa i zmrużyć lekko oczy unosząc brodę. - Chyba, że się boją. - mruknęłam wzruszając ramionami, unosząc lekko brwi wymownie i wydymając usta, zaraz potem ruszyłam w stronę Celine. Dwa pożary za mną. Spojrzałam na Leonie kiedy Celine zgodziła się na pomoc. - Evanesco powinno pomóc. - zgodziłam się z Leonie, posyłając mojej prywatnej nimfie uśmiech, wyciągając z kieszeni różdżkę. - To ja zajmę się sobą. - zapowiedziałam obu, częstując je uśmiechem. - Evanesco. - rzuciłam raz, a kiedy zaklęcie wysuszyło wodę w materiale. - Jestem obok jak coś. Na każde wezwanie. - zapewniłam ją, bo wydawała się najmniej czuć swobodnie. Położyłam rękę na jej ręce na krótką chwilę częstując uśmiechem. Podniosłam się znów. Podając jej ręce. - Jest cały twój. - wskazałam brodą na Jamesa, który wołał ją wcześniej. A sama klasnęłam w dłonie. A potem normalnie mnie zatkało całkiem. Odwróciłam się w stronę Sheilii słuchając jej słów, czując jak unoszą mi się brwi w całkowitym zaskoczeniu. Wypuszczając z siebie jedynie pociągłe. - Eeeem… - zrobiło się trochę… niezręcznie. Z ulgą przyjmując - chwytając ratunek który rzuciła Leonie. - Oh los, moje odwieczne nemesis. - mruknęłam wywracając niezadowolona oczami. - Jestem prawie całkowicie pewna, że specjalnie robi mi na złość. - odpowiedziałam Leonie, marszcząc mocniej nos.
- Nie przejmuj się. - powiedziałam Roratio, machając niby to lekceważąco ręką i właściwie tyle zdążyłam powiedzieć nim pojawiła się kawaleria kolejna. Przesunęłam spojrzeniem od Marcela przez Steffena do Castora. I już miałam w sumie coś powiedzieć, kiedy usłyszałam słowa Marcela. Mój wzrok mówił tylko jedno. Dzięki, Marcel. Zagryzałam wargi patrząc na Leona próbując posłać mu przepraszający uśmiech - jeśli w ogóle na mnie spojrzał. A kiedy temat herbaty pojawił się na stole uniosłam kubek z ognistą wypijając kilka łyków. Oczy zaszły mi łzami. Zaraz nic nie będzie ważne. Zamrugałam kilka razy żeby odzyskać jasność widzenia. Zrobiłam chwiejny krok w tył kiedy Marcel wcisnął mi w dłonie mocarza spoglądając na alkohol z lekko uniesioną brwią. - Marcel. - przywitałam się rozciągając usta w trochę zażenowanym uśmiechu. Zeszliśmy?! Zeszliśmy?! Naprawdę to powiedział? Jemu trochę zapomniałam powiedzieć, żeby nie wspominał o herbatach głośno. Przeniosłam spojrzenie na Steffena witającego Roratio. By na jego podziękowania unieść wargi w uśmiechu który w sumie sugerował wyraźnie, że z zaproszeniami nie miałam nic wspólnego ale temat zostawiłam. - Lej Steff. - powiedziałam do niego. - Ale najpierw. - przesunęłam się tak, żeby stanąć przed nim. Wyciągnęłam rękę. - Oddawaj różdżkę. - poleciłam mu marszcząc lekko brwi. Pamiętałam dokładnie z sylwestra jak za budowanie igloo się wziął - i nie tylko.
- Oh, Annie! Będzie idealna! - ucieszyłam się kiedy moja iskierka pokazała zdobycz własną. - Dobra. To chyba przenieśmy się trochę obok. - zaproponowałam na słowa Leonie zabierając swój koc i poduszkę, żeby wyłożyć kółko po jednej stronie ogniska. Gdzieś tą butelkę położyć było trzeba. Złapałam za swój żeby go przeciągnąć do tyłu, za ognisko. Tak, żebyśmy zrobili ponownie właściwie ten sam krąg ale nagły wybuch Leona zaciął mnie w pół gestu. Spojrzałam na niego. Podnosząc się powoli i unosząc brwi. Ułożyłam jedną rękę na biodrze. Alkohol chyba zaczynał już działać - i bardzo dobrze. Otworzyłam usta chcąc mu odpowiedzieć, ale Steffen sam się wyrwał. Spojrzałam na niego. A potem przeniosłam spojrzenie na Jamesa, na chwilę zatrzymałam na nim jasne tęczówki zwracając je na Leona znów. - Cóż, Leon, zawsze możesz kogoś wyzwać żeby się całował, nie? - zmarszczyłam lekko brwi unosząc brodę. Ryzykowna strategia, ale nie mogłam nic poradzić, że to całowanie wydawało się nawet ciekawe. Możliwe, że było jedyną opcją na to, żeby pocałunek w ogóle znalazł kiedykolwiek mnie. Tylko że… no właśnie. Taki przypadkowe mogło w ogóle być fajne? Westchnęłam sama do ciebie. Na kolejne słowa wywróciłam oczami. - Jak mnie oblejesz czymś będziemy mogli żyć dalej w zgodzie? - zapytałam Leona unosząc lekko brodę i mrużąc oczy. Opuściłam dłoń żeby przejść do stolika i nalać sobie mocarza ale nalałam go też też jeszcze jedną porcję przechodząc w stronę She i wyciągając go w jej stronę. - Zsa imprezę! - powiedziałam unosząc rękę do góry. - Niech będzie co ma być! - skapitulowałam ostatecznie. Konsekwencje jakieś będą - to pewne. Ale w sumie, już z tego wykaraskać się będzie tak czy siak ciężko. To lepiej było chyba wziąć i dać się ponieść. - Chodź She. - ponagliłam ją, ruszając w stronę tworzącego się kręgu.
- Dobra, to ja zacznę. Skoro to moje wyzwolenie. - zadecydowałam mało skromnie. Ale alkohol już brał i swoje robił. - Drżyjcie wszyscy… - zapowiedziałam im jeszcze patrząc po wszystkich którzy zasiedli w kółku.

| DOBRA. Teraz tak, tutaj w temacie każdy może sobie dopisać dokończyć rozmowy i co chcecie PRZED GRĄ W BUTELKĘ, albo jeśli odchodzicie na bok. Tury żadne już nie obowiązują.
Jeśli kogoś pominęłam to PRZEPRASZAM :pwease:

Celine i James - jako że idziecie w krzaki myślę, że macie dwie opcje - albo zagiąć trochę przestrzeń i uznać że zanim ułożyliśmy wszystko i zasiedliśmy to zdołaliście wrócić, albo wskoczyć do gry po kilku wyzwaniach.

szafka tutaj, zapraszam wszystkich


Wytrzymałość alkoholowa Neali:
80/73
(upojenie<60, pijany<40)


ah, piję ognistą i piję mocarza


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: tyły domu [odnośnik]07.09.22 20:56
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


#1 'k6' : 4, 5

--------------------------------

#2 'k20' : 9
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: tyły domu [odnośnik]08.09.22 12:24
Widok Sheili targającej za ucho starszego brata wprawił ją w osłupienie. Czemu tak go zawstydzała? Przez to, że zdecydował się przyjść na imprezę niezaproszony? Odwróciła wzrok, chcąc tym samym zapewnić im odrobinę prywatności, zakłamać rzeczywistość, że w gruncie rzeczy niczego nie widziała, ani niczego nie była świadoma, bo sama melodia nieznajomego języka nie zdradzała ich sekretów. A nawet jeśli, zapewne dyskretnie zasłoniłaby sobie uszy, byle tylko nie być częścią rodzinnej dramaturgii. Dość miała własnej. Tajemnic sięgających dekad wstecz, zażenowania w nowym położeniu. W jej mniemaniu Doe mieli dużo szczęścia: ich pochodzenie usłane było cierniami i krwią, to prawda, ale mieli siebie, od początku do końca, wiedzieli, kto był bliski sercu, na kim można było polegać, tak przynajmniej jej się wydawało.
- Och - wymsknęło się potem spomiędzy rozwartych w zdziwieniu warg na pojawienie się Marcela i dwóch kolegów. Jeden z nich, jasnowłosy, wysoki jak sosna, wydawał się dziwnie znajomy, ale ilu takich jak on mogło chodzić po świecie? Drugiego natomiast zdążyła spotkać w Dolinie, nieco niższego, tęższego niż jego towarzysze, chociaż raczej nieznacznie; przy fontannie nauczał ją podstaw fotografii. - Cześć - przywitała się z nadchodzącymi młodzieńcami, oferując im wciąż zdziwiony, niepewny, ale jasny uśmiech.
To nie szmalcownicy, nie bój się.
Dwóch z nich już znasz, trzeci musi być równie miły.
Marcel nie przyprowadziłby ze sobą szmalcowników ani strażników.
Marcel nie pozwoli cię skrzywdzić. Przestań o tym myśleć.
Ślina nagle wydała się kwaśna, gardło zwężone, zajęło jej chwilę, zanim złe myśli osunęły się w cień i rozmyły w blasku tańczącego ogniska. Panika odeszła. - Dziś bez aparatu? - pogodnie zagadnęła Cattermole'a. - Celine, miło mi - dodała po Steffenie przedstawiającym się pozostałym dziewczętom, jednak to nie do niego, a do Castora skierowała swoje słowa - był dla niej zagadką, której podobieństwo do widma z przeszłości zrzuciła na karb kilku łyków ognistej.
Potem skinęła głową w odpowiedzi na pytanie Anne, tuż przed tym, jak evanesco owiało materiał sukienki i wydusiło z niego wszystkie krople należące do jeziora. Celine odruchowo przyłożyła dłonie do kolan, na wypadek gdyby tkanina poderwała się ku górze, nikt nie powinien przecież oglądać kości obleczonych w skórę, kanciastych, wystających pamiątek spod bladego baldachimu ciała, niegdyś pięknych, teraz tak szkaradnych.
- Od razu lepiej, dziękuję, wybawicielko - zwróciła się do Leonie, by po chwili wdzięcznie ścisnąć dłonie Neali. Zrozumienie dziewczynki znów ją zdumiało; nie znała wszystkich szczegółów ostatnich miesięcy, a jednak wychodziła im naprzeciw i trafnie rozganiała demony, oferując wsparcie tam, gdzie było najbardziej potrzebne. Jak można było odpłacić się za taką dobroć? Celine często o tym rozmyślała, wciąż bez skutku.
Wołanie Leona skutecznie udaremniło jej chęć dalszego pociągnięcia tematu pokrewieństwa między Roratio, a gospodynią. W oczach znów błysnęło zdziwienie, przyjrzała mu się w nagłym osłupieniu, by zaraz parsknąć śmiechem, cichym i zdezorientowanym, nerwowym. Lękliwym, gdyby wsłuchać się w niego uważniej. Już wypił za dużo? Czy może po prostu był dziwny, zbyt bezpośredni, liczący, że spełni swoje skryte marzenia w obecności tylu lwic? Nie sposób było nie zauważyć charakterności dziewcząt, które ją otaczały, i chyba tylko dlatego nie poczuła się zagrożona. Nie tak bardzo, jak w momencie, gdy byłaby sama.
To tylko żart. Nie miał tego na myśli.
Nikt nie zmusi cię do całowania, uspokój się.
Wzrok Jamesa przyszedł z odsieczą. Pogadać na osobności z nim nie znaczyło niebezpieczeństwa, zwinnie podniosła się więc z koca (tuż po ostatnich łykach opróżniających kubeczek z ognistej whisky, która sprawiła, że półwila skrzywiła się z goryczą) i ruszyła w jego kierunku, kiedy pogadanka z zarumienioną panną Weasley dobiegła końca; ze wstydem zrozumiała wówczas, że tego potrzebowała - odrobiny powietrza, tylko przez chwilkę, gdy krąg wokół ogniska zaczął zbyt mocno zacieśniać się niezapowiedzianym towarzystwem. Żadnego z nich nie uważała za przeszkodę, albo za mącenie w zabawie samych dziewcząt; większość lubiła, resztę zapewne szybko polubi, ale w pewien pokrętny sposób zjawiający się tak szybko po sobie panowie przypominali ściany zaciskające się na gardle.
- Wszystko w porządku? - spytała, gdy znaleźli się już nieco dalej od głównego zgromadzenia przygotowującego miejsce do gry w butelkę. - Dała ci do wiwatu? - kąciki ust drgnęły w mimowolnym uśmiechu, oczywiście miała na myśli Nealę, która w objęciach wieczoru wyzwolenia zdawała się coraz swobodniejsza. Przez alkohol? Chyba nie powinno tak być, znajdowali się przecież za blisko jej domu i, co gorsza, cioci, która chętnie rozdawała kary... - O czym chciałeś porozmawiać? - spodziewała się, bała się tego w duchu, głos zadrżał. Odwróciła więc wzrok na jezioro i odetchnęła głęboko, splatając dłonie za plecami. Nakrzycz na mnie, Jimmy. Wiem, że chcesz. Za to wszystko.

Wytrzymałość:
106 - 6 = 100
znów piję ognistą

jeśli coś chronologicznie pomąciłam to kajam się, dajcie znać!


[bylobrzydkobedzieladnie]


they say they're building us a garden, so when the birds and trees are all gone we'll live where the sky is golden and
bathe in artificial oceans.


Ostatnio zmieniony przez Celine Lovegood dnia 08.09.22 17:09, w całości zmieniany 10 razy
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: tyły domu [odnośnik]08.09.22 12:24
The member 'Celine Lovegood' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
tyły domu - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: tyły domu [odnośnik]08.09.22 19:05
Od razu, gdy tylko Marcel zjawił się w pobliżu, wyszczerzy się głupio, jakby go nie widział miesiącami, ale wyraz radości był zupełnie naturalny. Widok butelek w jego dłoniach poprawił mu humor po nieszczęsnym tarmoszeniu, o którym chciał najszybciej jak to możliwe zapomnieć, obracając wszystko w głupi żart — gdyby Marcello to widział, nie dałby mu żyć.
— Kosztowałeś? — spytał od razu, zerkając na alkohol. Tym razem pokusili się na dużą ekstrawagancję. Dwa litry spirytusu, kilogram cukru i garść owoców. Wiedział, że będzie mocny, wiedział, że będzie palić gardło — owoce były ledwie dla koloru i posmaku, ile mogły wypuścić tego soku? Nie mogli się łudzić, że wyjdzie z tego babcina nalewka, raczej bardzo mocny, zwalający z nóg alkohol, ale przecież tu mieli mieć najlepszych testerów pod słońcem. Za przyjacielem pojawił się blondyn, którego zmierzył prędko wzrokiem.Castor — powitał go ostrożnie. Nie widzieli się od tamtej pory, od sylwestra. Nie mieli kiedy pogadać, ale to już nie był czas na to. Tak wiele wydarzyło się od tamtej pory. Wyciągnął do niego rękę, kiedy Marcel ruszył dalej. — Cześć.— Może nie miał mu już za złe tamtego; on sam już dawno nie pamiętał o co miał wtedy pretensje. Może nie było sensu babrać się w tamtych ściekach. Kiwnął ręką Steffenowi, kiedy się dokulał za nimi, chyba lekko zmęczony podróżą.— Jeszcze nie, czekałem... na was — dodał po chwili, wzruszając niewinnie ramionami. Dobrze ich było widzieć w takim składzie. Nie obrócił się, by spojrzeć na dziewczyny, na ich miny, na reakcje. Nim Neala poszła powiedział tylko, że Marcel i Stephen. Nie miał pojęcia, że byli umówieni jeszcze z Castorem. Jej propozycja hasła go rozbawiła, przytaknął jej, zgadzając się na tą głupia propozycję. Nie planował wszczynać awantur, nie widział ku temu powodu — jak nigdy, z resztą — przyjął więc zasady z lekkim lekceważeniem, al bez protestów. Co musiałoby się wydarzyć, żeby doszło tu do powtórki z rozrywki? Jak na razie był zresztą trzeźwy, a przyziemne sprawy wciąż trzymały go mocno w swoich szponach.
Kiedy Leon wspomniał o całowaniu, prawie parsknął śmiechem. Spojrzał na Nealę, dopiero co przyznał, że był najlepszy, ciekawe, jak teraz to zinterpretuje. Nieco niepewny wzrok spoczął na Celinie, kiedy towarzystwo zeszło się w stronę ogniska. Nie obserwował już tego, co tam się działo, nie słuchał tamtych rozmów i wymiany zdań co do zasad. Ominęły go też pierwsze łyki Mocarza, nie był pewien jak wyszło. Śledził blondynkę wzrokiem, starając się skupić na tym, co chciał powiedzieć, zamiast na tym by skomplementować jej dzisiejszy wygląd; nie powinien był, chociaż każdy miał oczy, wiedział, że byłoby to zwykłym faktem, który nie znaczył nic nieodpowiedniego.
Uniósł brwi, zapytany o samopoczucie. Prędko zdał sobie jednak sprawę, o co pytała. Chwycił się za ucho i zmarszczył brwi, przyciągając na usta jeden z tych szelmowskich uśmiechów pana-nieprzejmującego-się-niczym.
— Daj spokój, wygłupiała się tylko. Wiesz, jak to z braćmi czasem. Chciała pokazać jak fatalną gafę popełniłem — usprawiedliwił...ją? Siebie? Machnął ręką, a potem chwycił się za płatek ucha. — Słuchaj, ehm... — Spuścił wzrok na moment, zawiesił go gdzieś w przestrzeni między nimi. — Chciałem... Chyba powinienem napisać list, wiesz, już jakiś czas temu, ale... Jakoś tak — dukał, nie umiejąc złożyć pełnego zdania. Nie napisał do Celiny bo po tym, co powiedział Marcel było mu głupio. — Chciałem cię przeprosić. Pewnie już gadałyście — Wskazał ruchem dłoni na ognisko, ale miał ma myśli Eve i Sheilę. — I wszystko już wyjaśniły, ale ja... Głupio wyszło. — Podniósł na nią wzrok w końcu. — Nie, wcale nie głupio, to idiotyczne określenie. Po prostu... — Tak mówili ludzie, którzy nie wiedzieli co powiedzieć, lub nie umieli znaleźć właściwych słów, by wyrazić to co czują. Ale to było lekceważące.— Szukałaś schronienia, potrzebowałaś bezpiecznego kąta, a nagle okazało się, że musiałaś znów uciekać. To nie tak miało wyglądać. Wychowano nas na różnicach, na nielubieniu obcych, braku zaufania. Trochę przeszliśmy i teraz... Eve ostatnio miewa humorki. Sheila nie czuła się za dobrze, jest... trochę... chora — chyba, tak wynikało z jego skąpych obserwacji, ale głównie z tego, co mówiła Neala. — A Thomas... Celina, wiem co Marcel o nim myśli, ale on taki nie jest. Nie chciał cię skrzywdzić. Postąpił fatalnie, ale to dlatego, że... — zawahał się, nie znał przecież całej prawdy. Patrzył jej przez chwilę oczy. — Wyglądasz jak jego była żona — skłamał gładko. O zmarłych z obcymi nie wypadało mu mówić, ale Jeanie nie była cyganką. — Nie żyje. Zmarła, ratując go. Nie może się z tym pogodzić i... znieść ciebie. Skontaktował się z tym autorem, bo chciał zapewnić ci bezpieczeństwo. Nie odezwał się do Marcela, bo on go nie znosi, poza tym... — Marcel przyszedł z tym do niego, a nie do Thomasa. Zrobił to za jego plecami. Thomas zawsze wszystko robił za jego plecami. A on potem za jego plecami musiał to naprawiać za wszelką cenę. Czasem bardzo wysoką. Wypuścił z płuc powietrze. Wiedział, że musiał to powiedzieć jak tylko ją tu zobaczył.— Spierdolił to, wiem, Celine, ale on nie jest złym człowiekiem.— Mimo tego wszystkiego, co się stało, nie mógł tak o nim powiedzieć. Był jego bratem. — Wiem, że ja też zawaliłem. Mogłem go jakoś powstrzymać, albo... być... Może by ze mną pogadał wtedy. — Przez chwilę brzmiało to jak nadzieja, ale przecież złudna. Sam nie wierzył, że tak mogłoby się stać. — Przepraszam, że po tym, co przeszłaś... Zawiodłaś się znowu. Naprawdę mi przykro.

Trzeźwiuteńki jak niemowlę :innocent:


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: tyły domu [odnośnik]08.09.22 20:15
Wbrew oczekiwaniom - nie było krzyków, żadnych ostrych spojrzeń, ramion oskarżycielsko skrzyżowanych na piersi, tężejących mięśni twarzy, tylko wzajemnie rozjątrzone zakłopotanie, któremu uważnie przyglądało się jezioro. Gdzieś w zieleni kryły się cykady rozpoczynające wieczorny koncert w audiencji ostatnich promieni słońca, coraz mocniej blednących na niebie, i zastanawiała się, czy widok tych marniejących smug czerwieni był im przeznaczony do tej rozmowy. Atmosfera jak na scenie, malowana pędzlami utalentowanych rekwizytorów. Celine patrzyła na niego ze zdziwieniem, które jedynie rosło z każdym słowem, bo przecież spodziewała się rugania i wyrzutów, jakby wspólna przeszłość została wymazana miesiącami spędzonymi daleko od siebie, zerując wzajemne sympatie, zaufanie i dobroć; i kiedy tak mówił, dochodziło do niej, że znów źle go oceniła. Przypisała intencje, których nie nosił w sercu.
- Nie zdążyłyśmy - przyznała, większość słów zamienionych z Eve oscylowała wokół cygańskiego tańca albo wyzwolenia Neali z cyklamenowych kajdan, z Sheilą właściwie nie porozmawiała ani trochę. - To znaczy... Pewnie i tak byśmy tego nie zrobiły. Nie myśl, że w czymś przeszkodziłeś, ty i reszta. Niektórym sprawom lepiej pozwolić rozmyć się na wietrze i więcej do nich nie wracać, a to, co się stało... - jej własne rozważania nie były wcale składniejsze od jego.
Nerwowe przenoszenie ciężaru ciała z jednej nogi na drugą nie pomogło, za to mogłoby przypominać senny taniec, gdyby nie kontekst rozmowy ciężkiej jak kowadło. Co byłoby łatwiejsze? Gdyby naprawdę się na nią zezłościł, zamiast przybyć z przeprosinami? Jimmy taki nie był; fakt, wściekał się, w jego krwi płynął najprawdziwszy ogień, a na głowie spoczywała korona ze swobodnego temperamentu, ale żadnemu ze swoich przyjaciół świadomie nie wyrządzał krzywdy, dokładnie takim go poznała i zapamiętała. Ale duszy przyzwyczajonej do uderzeń wcale nie było prosto przyjmować miły, łagodny dotyk; teraz przede wszystkim żałowała jego. Tego, że został postawiony w takiej sytuacji, choć sam przecież nie zawinił.
- James - szeptem weszła mu w słowo, tracąc poczucie stabilności pod nogami. Jezioro zakołysało się przed oczyma, a witki wysokich trzcin zatańczyły nie tylko już na wietrze; na szczęście kilka głębszych oddechów stłamsiło wzbierającą panikę i pozwoliło nie zatoczyć się na chudych nogach, jak ostatnia sierota. - Jimmy - poprawiła się, opuściwszy spojrzenie na trawę. Miesiąc temu Marcel opowiadał jej o Thomasie coś zupełnie odmiennego i miała wrażenie, jakby chłopcy stanęli przeciwko sobie w grze na przeciąganie liny, tylko że ona, właśnie ona, została przedmiotem ściskanym przez ich dłonie. Mocne szarpnięcie w lewo, potem w prawo, sekunda po sekundzie. Wtedy zabił dziecko, dziś miał żonę, bardzo do niej podobną. Próbował ją sprzedać, próbował zagwarantować jej bezpieczeństwo. Zdradził świadomie, spierdolił niechcący. - Nie wiedziałam o jego żonie... Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Nie wiem. I... Chyba nie chcę. Tak jak nie chciałam być kością niezgody między żadnym z was, a teraz Marcel i Thomas... - urwała i pokręciła delikatnie głową. Jak to nazwać? Skakaniem sobie do gardeł? Półwila odchyliła głowę, podnosząc wzrok z ziemi na niebo kwitnące ponad nimi, szukała rysów księżyca, był najlepszym pocieszycielem. - Ale dla mnie ty nie zawaliłeś niczego - to samo powiedziała mu na temat Parszywego Pasażera i tamtego wieczoru, gdy do lokalu wparadowała policja z niebezpiecznym konusem w eleganckiej szacie za całym szwadronem, bo przecież nie szedłby na jego czele, nie był tak odważny, by prowadzić natarcie. - Myślałam, że nie odezwałeś się, bo... mnie nienawidzisz. Za to, co się stało. Za te nieporozumienia. Wejście do waszego domu. Objadanie was. Spanie w pokoju, który musieliście mi odstąpić. Byłam pewna, że... - głos zadrżał, zacisnęła dłonie wciąż splecione za plecami, mocno wciskając paznokcie w każdy skrawek skóry, który pod nimi odnalazła. - Wiesz - zabrzmiała chrapliwiej, coś jednak musiało wybrzmieć, coś ważnego. - Nawet gdyby tak było, że po liście Thomasa zjawiłby się ktoś, kto nie powinien... Ktoś okropny... - tak bardzo chciała na niego spojrzeć, a jednocześnie czuła, że nie może, nie w chwili, gdy wreszcie zdobyła się na odwagę (przez szczerość jego wyznania albo dotychczas wypitą porcję ognistej whisky, trudno powiedzieć), by wyrzucić z siebie cokolwiek na temat najmocniej gryzący świadomość. - To nie byłabym smutna - i nie miało to związku z Thomasem, Marcelem, ani nikim innym, a wyrokami przeznaczenia po prostu. - Całe miesiące, tam, w-wiesz... Modliłam się, żeby jeszcze was kiedyś zobaczyć. Widzieć, jak się uśmiechacie, wiedzieć, że jesteście bezpieczni, zdrowi, że żyjecie w ogóle. I dostałam to. Rozumiesz? Nie chcę pamiętać o tym, co zrobił Thomas, albo czego nie zrobił, chcę tylko... mieć was przy sobie. To zachłanne, wiem. Samolubne. Ale... Och, Merlinie, co za wstyd! - nie wytrzymała, emocje należało już rozładować, więc uśmiechnęła się blado, z zażenowaniem. - Mieliśmy się bawić, a ja spowiadam ci się na ramieniu - prawie, bo jego ramię wciąż było nieco dalej. - Chodziło mi o to, że przyjmuję przeprosiny, chociaż nie uważam, żeby były w ogóle zasadne - dopiero teraz zdobyła się na odwagę i znów na niego spojrzała.


they say they're building us a garden, so when the birds and trees are all gone we'll live where the sky is golden and
bathe in artificial oceans.
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: tyły domu [odnośnik]11.09.22 18:08
Potwierdzenie padające z ust Roratio wprawiło ją w lekkie onieśmielenie; chociaż już wcześniej zwróciła uwagę na elegancką kamizelkę, to dopiero teraz dotarło do niej, że w istocie siedziała tuż obok lorda. Uśmiechnęła się, zakładając luźny kosmyk jasnych włosów za ucho, nagle niepewna niczego; magiczną arystokrację znała wyłącznie z książek, powieści ubarwionych tak, by porywały jak najwięcej serc – jak powinna się zachowywać, żeby nie wyjść na nieuprzejmą, albo – o, zgrozo – nie urazić spoglądającego w jej kierunku młodzieńca? Zerknęła w stronę Neali, niby zastanawiając się nad zadanym przez Roratio pytaniem, a w rzeczywistości szukając podpowiedzi i ratunku – ale nie potrafiła, niestety, przekazywać własnych myśli telepatycznie. – Właściwie to poznałyśmy się przypadkiem, na Pokątnej – przyznała, ostatecznie stwierdzając, że nieodzywanie się było bardziej niegrzeczne niż cokolwiek, co mogłaby powiedzieć, poza tym – Roratio wydawał się być naprawdę miły. – Chociaż moja babcia mówi, że nic przypadkiem się nie dzieje, a bratnie dusze zawsze się odnajdą – dodała. Za takie je właśnie uważała – bo Neala od samego początku sprawiała wrażenie równie zafascynowanej ciekawymi historiami, co Leonie; nie pamiętała nawet, ile czasu spędziły nad rozważaniem zapomnianego losu pozornie nieistotnych przedmiotów w sklepie z drobnostkami. Później, gdy tylko natrafiła na jakąś legendę, albo książkę, która wyjątkowo skradła jej serce, zawsze łapała za pióro i pergamin, żeby opowiedzieć o tym Neali. – Ja poproszę – powiedziała, kiedy Roratio zaoferował wszystkim ognistą; podstawiła swój kubeczek, już opróżniony z wina, a później wzięła łyk, akurat w momencie, w którym przy ognisku pojawił się Marcel – w towarzystwie dwóch jasnowłosych chłopców, których nie znała.
Przełknęła szybko palący alkohol. – Hej – odpowiedziała cicho na powitanie, czując, jak jej policzki robią się cieplejsze – czy to ze względu na bliskość trzaskających płomieni, spływającą do gardła ognistą, czy obecność chłopca, któremu zawdzięczała życie. Dosłownie. – Cześć, jestem Leonie – odpowiedziała, przesuwając spojrzenie na młodzieńca, którzy przedstawił się jako Steffen. Za wymianą zdań trochę nie nadążała, wyglądało na to, że większość towarzystwa znała się doskonale – ale nie przejmowała się tym specjalnie mocno; czuła się wyjątkowo dobrze.
Nawet nie zorientowała się, kiedy kieliszek z przyniesionym przez trójkę czarodziejów alkoholem znalazł się w jej dłoni; zerknęła na niego niepewnie, dopiero co wychyliła kubeczek z ognistą – chyba nie powinna pić jednego po drugim – ale gdy Steffen zaproponował toast za Nealę, nie mogła przecież odmówić. Przechyliła naczynie, wychylając całą zawartość za jednym razem – i natychmiastowo tego żałując, bo nagle okazało się, że nie jest w stanie złapać powietrza. Cokolwiek znajdowało się w środku, z całą pewnością przepaliło jej przełyk; zakrztusiła się, przykładając drugą dłoń do ust i czując, jak do oczu napływają jej łzy; otarła je rękawem sukienki, wdzięczna za poruszenie, które zapanowało przy przesuwaniu koców i poduszek. Podniosła się trochę chwiejnie, chwytając za róg koca, na którym siedzieli razem z Roratio, żeby też przenieść go w miejsce, w którym miała się zacząć gra w butelkę.

| zaraz napiszę w szafce
tu rzuciłam na ognistą i mocarza, ognista: 1+2=3; mocarz: 4+3=7, razem 10
WA: 82/102 (80%, wciąż jestem trzeźwa)




i nie wiem o czym myśleć mam
żeby mi się przyśnił taki świat
w którym się nie boję spać
Leonie Wilde
Zawód : kursantka uzdrowicielstwa
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
tańcz ze mną
sekundy pędzą
no tańcz
potem powróci mój
szary świat
OPCM : 2 +1
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 11
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11260-leonie-wilde https://www.morsmordre.net/t11278-bard#346707 https://www.morsmordre.net/t11268-nie-pytaj-mnie-co-bedzie-jutro#346372 https://www.morsmordre.net/f427-pokatna-12-mieszkanie-nad-esami-i-floresami https://www.morsmordre.net/t11270-skrytka-bankowa-nr-2462 https://www.morsmordre.net/t11269-leonie-wilde

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

tyły domu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach