Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Scott Spencer
AutorWiadomość
Scott Spencer [odnośnik]21.06.18 0:45

Scott Spencer

Data urodzenia: 18 sierpień 1926
Nazwisko matki: Moody
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: ubogi
Zawód: Departament transportu magicznego - Komisja kwalifikacyjna teleportacji
Wzrost: 183
Waga: 73kg
Kolor włosów: brązowe
Kolor oczu: niebiesko-sszare
Znaki szczególne: jasno-błękitne oczy



Niełatwo się żyje pomiędzy dwoma światami. Szczególnie w chwili kiedy rodzice reprezentują różne światy. Moja matka jest czarownicą. Trzeba zaznaczyć, że niezwykle uzdolnioną czarownicą, która na przekór ludziom została aurorem. Ojciec natomiast jest mugolem. Równie szanowanym mugolem, który pracował jako adwokat. Ta dwójka poznała się przez zupełny przypadek, również można by się sprzeczać z tym czy pasowali do siebie. Na pewno się bardzo kochają, tylko przez całe życie nie umieli się do siebie zbliżyć. Ojciec nie rozumiał świata matki, a matka nie umiała odnaleźć się w jego świecie. Jak dla mnie był to wystarczający powód, aby się rozwieść, ale oni w pewnym momencie zrozumieli, że nie mogą bez siebie żyć...nawet jeżeli brakowało im tego zrozumienia. Cóż...czy była to prawdziwa miłość, czy w pewnym momencie przyzwyczajenie, trudno to osądzić. Z tego związku zrodziłem się ja. Przyszedłem na świat późnym deszczowym wieczorem dokładnie 18 sierpnia 1926 roku. Ojciec nie posiadał się ze szczęścia, ponieważ zawsze chciał mieć syna. Byłem jedynakiem, i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że chociaż między moimi rodzicami brakowało...tej pewnej iskry, to mi w życiu niczego nie brakowało.  Moja matka...chociaż auror, który uganiał się za czarnoksiężnikami, to anioł a nie kobieta. Nie brakowało jej zacięcia i silnej woli, i twardego charakteru, ale jednocześnie potrafiła być delikatną i wrażliwą kobietą. Ojciec był tym zdyscyplinowanym i szorstkim człowiekiem, dla którego nie było problemów, których nie można było rozwiązać. Słowo “mężczyzna” znaczyło dla niego bardzo dużo. Można powiedzieć, że traktował to nawet jako swego rodzaju tytuł, na który trzeba było sobie zasłużyć. Do tej pory pamiętam jego słowa, które powtarzał mi zawzięcie…

”Prawdziwy mężczyzna to jest ten, kto przede wszystkim wie, że jest prawdziwym mężczyzną i który nie boi się tego, że nim nie jest”

Tak był raczej konserwatystą, dlatego też chociaż nie bardzo odnajdywał się w świecie magii, to doskonale zdawał sobie sprawę z tego na czym polegała praca jego żony. Nie raz i nie dwa się z nią sprzeczał o to, że wykonuje mało kobiecą pracę. Ona mimo wszystko często wytykała mu, że tak długo jak nie będzie mieć nic do czynienia z magią, to najlepiej będzie jak nie będzie się mieszać w to. Często siebie ranili, ale nie było to spowodowane tym, że siebie nie kochali. Obydwoje cierpieli z tego powodu, że razem tak naprawdę nigdy nie będą.
Chociaż magia w moim życiu, jak i domu była obecna od samego początku, to w latach dziecięcych spędzałem dużo czasu z mugolskimi dziećmi. Ojciec często przyprowadzał do domu znajomych z pracy, a oni przyprowadzali swoje dzieci. W końcu musiał dbać o kontakty w swojej pracy bez względu na to kim była jego żona. Chociaż ona sama była przeciwna tym wizytom. Doskonale wiedziała, że jeżeli moja moc nagle ujawni się w obecności gości, to cała rodzina może mieć problemy. Cóż...pracowała w ministerstwie magii, znała to prawo, ale jednocześnie nie mogła przecież izolować swojego męża od świata do którego on należał.

  Ojciec tak naprawdę nigdy nie rozmawiał ze mną o magii. Jakakolwiek wzmianka, o tym, że mogłem po matce odziedziczył talent magiczny natychmiast sprawiała, że albo kończył rozmowę, albo wychodził z pomieszczenia dając jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru tego słuchać. On wiedział o istnieniu magii, ale sam nie umiał się w tym świecie odnaleźć. Jego mózg po prostu nie był w stanie wyzbyć się racjonalnego myślenia. Dlatego też nie chciał takiego samego życia dla mnie. Byłem jego jedynym synem, i chciałby mieć ze mną więcej wspólnego, a prawda była taka, że bliżej mi było do matki niż do ojca. Czuł się na pewno przez to tym gorszym, i mniej kochanym rodzicem. Dlatego tak agresywnie reagował na cokolwiek co było związane z magią. Wiem, że w głębi duszy modlił się o to, abym nie odziedziczył po matce magicznych zdolności. Niestety w życiu rzadko tak jest, że dostajemy to czego chcemy. Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, smutek, i rozczarowanie, kiedy to którejś jesieni, podczas mojej zabawy w stercie liści, te zaczęły lewitować, i krążyć wokół mnie. Był to niepodważalny znak, że i ja byłem czarodziejem. Po tym wydarzeniu ojciec odsunął się od żony, jak i ode mnie. Przesiadywał całymi godzinami w pracy, wracał późno do domu. Można powiedzieć, że w pewnym momencie przestałem go nawet widywać. Cóż...poddał się, uznał, że jeżeli ja jestem tak niezwykłym dzieckiem, to na pewno nie będę w stanie pokochać tak zwykłego ojca. To prawda, miałem...mam do niego mnóstwo żalu, ale bynajmniej nie dlatego, że był mugolem. Dla mnie to się nie liczyło. To był mój ojciec i jedyne czego chciałem to jego obecności, on niestety wolał dać ponieść się jakiejś ambicji, i zapomnieć o rodzinie. W końcu nadszedł taki dzień w którym ojca widziałem po raz ostatni. Pamiętam, że któregoś dnia przyszedł do domu i oznajmił, że zaciągnął się do wojska, aby bronić kraju przed wojną. Na nic się zdały błagania mojej matki, czy też mój płacz. On po prostu odwrócił się, pogłaskał mnie tylko po głowie i wyszedł...i nigdy nie wrócił. Najpewniej zginął gdzieś na polu walki, rozszarpany, bo wieść o jego śmierci tak naprawdę nigdy do nas nie dotarła.
Sama II wojna światowa, mnie, ani mojej matki nie dotknęła jakoś wybitnie. Kiedy tylko zniknął ojciec, matka zabrała mnie i wyprowadziła się do swoich rodziców, z dala od Londynu, na ich dom było nałożone zaklęcia ochronne, tak też żadne ataki nie były nam straszne. Dzieciństwo upłynęło mi w ogrodzie dziadków, w którym to zadomowiły się gnomy ogrodowe, a ja z chęcią je goniłem, obserwując jak te małe stworki umykają w popłochu. A przynajmniej robiłem to do momentu, aż jeden mnie ugryzł. Od tamtego czasu mój kontakt z mugolami został poniekąd przerwany. Wyprowadziliśmy się do dziadków, z dala od Londynu. Dalszą moją edukacją zajęli się dziadkowie, którzy nie tylko uczyli mnie czytania i pisania, ale jednocześnie uczyli historii magicznego świata, oraz innych rzeczy które przydadzą mi się, kiedy przyjdzie w końcu czas na moje pójście do szkoły. O ojcu nie rozmawialiśmy często. Stał się on swego rodzaju tematem tabu w moim domu. Może było to spowodowane tym, że matka nie chciała, abym cierpiał po jego odejściu, i skupiała moje myśli na zupełnie innych rzeczach.
Moje jedenaste urodziny były chyba jednym z ważniejszych wydarzeń w moim życiu. Nie były to tylko moje urodziny, ale przecież to właśnie wówczas miałem dostać list ze szkoły magii i czarodziejstwa. Co też z resztą się wydarzyło. Sowa wleciała przez uchylone okno salonu, i upuściła prosto na moją głowę, ładnie zapieczętowaną kopertę, z herbem szkoły. Wiedziałem co to było, oraz co mnie czekało, ale nie zmieniało to faktu, że i tak otworzyłem ten list drżącymi rękoma, czułem jak serce kołatało mi się w piersi. Dla każdego dzieciaka taki list był sporym przeżyciem. Nawet wielu moich czarodziejskich znajomych z pewną nostalgią wspominają dzień, w którym otrzymali taki sam list. W tamtym momencie rozumiałem ich w zupełności. Moja matka oraz dziadkowie nie zwlekali z zabraniem mnie na ulicę pokątną. Znałem tamto miejsce, bo przecież matka często mnie tam zabierała, kiedy sama musiała zrobić jakieś zakupy, ale teraz to ja kręciłem się po sklepie w poszukiwaniu rzeczy, które przydadzą mi się w szkole. Chociaż najbardziej emocjonującym wydarzeniem dla mnie, było kupno różdżki. Jest to z resztą do tej pory jeden z moich ulubionych sklepów. Lubię tam wejść chociażby tylko po to aby poczuć jego zapach. Dla jedenastolatka było to miejsce pełne magii, a ciężki zapach drewna i kurzu jedyne co to potęgował ekscytację. Matka owszem mówiła mi, że to różdżka wybiera czarodzieja, ale ja sam stojąc przy ladzie, zacząłem się zastanawiać co będzie, jeżeli okaże się, że żadna różdżka mnie nie wybierze, czy to oznacza, że będę jedynym czarodziejem bez różdżki. Już jako małe dziecko, brałem pod uwagę różne scenariusze, i analizowałem je z różnej strony, aby móc się lepiej przygotować na każdą ewentualność. Lubiłem po prostu panować nad wszystkim. Chaos i nieład nie miały w moim życiu racji bytu. A przynajmniej starałem się aby tak było. Całe szczęście, jeden z czarnych scenariuszy się nie sprawił. Sprzedawca dopasował do mnie idealnie różdżkę, która to stała się już moją towarzyszką.



W Hogwardzie zostałem przydzielony do Ravenclaw. Od zawsze lubiłem zagadki, którymi to raczył mnie mój dziadek, który z resztą również był w tym domu. Kochałem czytać, poznawać świat, zadawać trudne pytania, oraz często w irytujący sposób byłem dociekliwy. Bywałem też kreatywny...często lubiłem rozkręcać różne przedmioty, aby potem złożyć je w zupełnie inny sposób, i tym samym tworzyłem dziwne, oraz często nikomu nie potrzebne konstrukcje, ale kogo to obchodziło. Przynajmniej dobrze się bawiłem. W pierwszej klasie tak naprawdę nie byłem prymusem...chociaż moje ambicje wskazywały na co innego. Niestety problem był taki, że często rozpraszało mnie wiele rzeczy. Byłem od zawsze spostrzegawczy, często zwracałem uwagę na rzeczy które inni pomijali. Takim też o to sposobem bez problemu dostrzegałem zmianę ułożenia jakiegoś przedmiotu, albo potrafiłem określić, kto kupił sobie coś nowego. Ćwiczyło to jednocześnie moją pamięć, stała się całkiem dobra. Niestety to wszystko miało często swoje minusy. Nawet teraz, jako dorosły czarodziej trudno jest mi się skupić na jednej rzeczy, a co dopiero mowa kiedy byłem dzieckiem. Wówczas wszystko mnie interesowało, i chciałem poznać wszystko na raz. Dlatego też w pierwszej klasie moje oceny nie były rewelacyjne. Dopiero z czasem kiedy nauczyłem się nad tym panować, moje wyniki w nauce uległy znaczniej poprawie. Nagle się okazało, że jestem w stanie skupić się na inkantacji zaklęcia, oraz na poprawnym ruchu różdżki. Był nawet czas kiedy mój brak umiejętności, zrzucałem na różdżkę, która rzekomo miała być źle dobrana do mnie, ale problem jak widać leżał we mnie. I kiedy sam ze sobą doszedłem do porozumienia, różdżka nagle stała się moją najlepszą przyjaciółką z którą szybko się dogadałem.  
Chociaż byłem człowiekiem, który często wybierał samotność, wolał samotne spacery z nosem w książkach, to zawsze znajdowałem trochę czasu na nawiązywanie różnych znajomości. Chociaż nie było to moją mocną stroną. Często zdarzało mi się powiedzieć coś szybciej niż pomyślę, czy liczyłem się z emocjami innych...dopiero w momencie kiedy odkryłem, że powiedziałem coś czego nie powinienem był mówić. Miałem...mam trudny charakter, i tak jak w latach szczenięcych tak też teraz nie bardzo się przejmuję tym co pomyślą sobie o mnie inni. Nie zależało mi na tym aby otoczyć się wianuszkiem znajomych, nie rozumiałem też zachowania tych wszystkich szlachetnie urodzonych, którzy wywyższali się tylko z powodu tego kim byli, a niektóre "damy" były głupsze niż można było sobie to wyobrazić. Zazwyczaj otaczałem się ludźmi którzy tak jak ja mieli pewne ambicje, zainteresowania. Nie musieli dążyć do żadnego konkretnego celu, ale szanowałem to, że ktoś chciał się rozwijać, bez względu na efekt. Wśród moich znajomych można znaleźć sporo czarodziejów, ale również mugoli którzy chociaż nie mieli nic wspólnego ze światem magii, to mogę bez problemu powiedzieć, że byli obiecującymi personami. Od wyżej urodzonych wolałem trzymać się z daleka, a i oni sami jakoś nigdy nie przejawiali chęci przebywania w moim towarzystwie, co jedynie działało na moją korzyść. Życie w luksusach nigdy nie było dla mnie. Owszem...chciałem mieć godne życie, ale do wszystkiego chciałem dojść sam. Z resztą...chociaż matka często mnie rozpieszczała to, jednocześnie uczyła, że jeżeli chcę coś osiągnąć w życiu, być kim, to muszę na to sam ciężko zapracować. Nikt mi niczego w tym życiu nie da od tak.
Do domu wracałem na święta, i wakacje. Niestety im byłem starszy tym większy nacisk ze strony matki czułem. Ona chciała abym też został aurorem. Cóż jak mam być szczery jakoś nigdy ta praca mnie nie fascynowała. Uganianie się za czarnoksiężnikami, ryzykowanie własnym życiem. Wiedziałem, że to nie praca dla mnie. Przekonałem się niestety o tym w jeden z bardziej brutalnych sposobów. Kiedy miałem zaledwie czternaście lat, przyszła do naszego domu informacja, że moja matka poległa na jednej z misji. Wiecie co było najciekawsze. Zareagowałem na tę informację wyjątkowo spokojnie. Może dlatego, że od chwili kiedy zdałem sobie sprawę z tego jak niebezpieczny zawód wykonuje moja matka, to szykowałem się podświadomie na taką chwilę, a może było to spowodowane tym, że nigdy nie byłem zbyt dobry jeżeli chodzi o wyrażanie własnych emocji. Trudno przychodziło mi mówienie słowa "kocham" a o zwrotach grzecznościowych nie było nawet co mówić. Nie oznacza to, jednak, że nic nie poczułem. Wbrew powszechnej opinii nie byłem potworem bez serca. W głębi cierpiałem z tego powodu, że już nigdy więcej nie zobaczę mojej matki, którą naprawdę kochałem. W końcu straciłem drugiego rodzica, dla dziecka był to duży cios, ale sam wiedziałem, że przecież świat się nie kończy. Musiałem się ruszyć z miejsca i iść do przodu, bo to jest moje życie i nikt inny za mnie go nie przeżyje.
Resztę swojego szkolnego życia spędziłem w domu dziadków, którzy jak to dziadkowie rozpieszczali swojego jedynego ukochanego wnuka. Dalsze moje szkolne lata były...ciekawe. Człowiek rósł, a wraz z nim zaczęły buzować hormony, odbierając chwilami umiejętność logicznego myślenia. Szczególnie w chwili kiedy obok pojawiła się wyjątkowo urokliwa czarownica. Wtedy chwilami tak rozważny, i skupiony głównie na nauce chłopak jak ja, potrafił dostawać małpiego rozumu, Swego czasu, wraz z kilkoma przyjaciółmi postanowiliśmy zaimponować płci pięknej, i po prostu zaczęliśmy opowiadać o tym, że w przyszłości chcemy zostać aurorami. Problem był taki, że tylko za moimi słowami szły czyny. Ja faktycznie skupiłem się na obronie przed czarną magią oraz zaklęciami. Chociaż tak naprawdę wiedziałem, że nigdy aurorem nie zostanę, bo z kolei moja umiejętność warzenia eliksirów, była conajmniej żałosna, ale kłamstwo musiało się jakoś trzymać logicznej całości. Ja o tym wiedziałem, dlatego też potrafiłem utrzymać na sobie wzrok kilku osób przez dłuższy czas. Często naciągało się w szkole prawdę pod swoją korzyść. Czy to aby zapisać się w pamięci jakiejś dziewczyny. Niestety, kłamstwo często ma bardzo krótkie nóżki, i prawda wcześniej czy później wyjdzie na jaw. Parę razy dostałem po twarzy od jakiejś dziewczyny, który w niewinny sposób oszukałem, ale czy się tym przejmowałem. Nie bardzo...widzicie, nigdy tak naprawdę nie byłem i nawet teraz nie jestem zainteresowany stałymi związkami. Może dlatego, że czuje się w tym tak nieporadny, nie radzę sobie z kobietami, i nie uważam siebie za kogoś, kto byłby dobrym mężem i ojcem.
W szkole z czasem zaangażowałem się w klub szachów. A tak naprawdę po jeden ze znajomych mnie zaciągnął, mówiąc, że szachy czarodziejów to coś, co na pewno mi się spodoba. Grywałem w szachy, z ojcem kiedy ten jeszcze żył, ale nigdy tak naprawdę nie zagłębiałem się w tę grę...może dlatego, że była po prostu nudna. W świecie czarodziejów była zupełnie inna. Zasady owszem były dokładnie takie same, nadal potrzeba było całkiem bystrego umysłu i umiejętności taktycznego myślenia, ale dodatkową ekscytację budził fakt, że figurki na rozkaz dowódcy same się poruszały po planszy, i co zabawniejsze dosłownie rozwalały figurki przeciwnika. Lubiłem to uczucie...lubiłem obserwować jak moja figurka przemieszcza się po odpowiednich polach, aby zaraz potem widzieć jak pionek przeciwnika się rozpada. Wielu pokonywałem w tę grę. Zdarzało się nawet, że udało mi się wygrać z kilkoma ślizgonami, co jak się potem okazało było im nie w smak, i często padałem ofiarom ich głupich żartów. Ja jakoś nigdy na to nie odpowiadałem. Szkoda mi było na to czasu. Chociaż nie powiem, że zdarzały się pojedyncze wybryki, typu dorobienie jakiemuś ślizgonowi ogona, albo zębów bobra. Były to głupie i niewinne żarciki, i często wykonywane w ramach odwetu. Czasami wpadałem też w swego rodzaju megalomanie. Wydawało mi się, że mogę wszystko, że jestem tak inteligentny, że nikt inny mi nie mógł dorównać. Całe szczęście, że zawsze znalazł się ktoś, kto mi udowadniał, że jestem w błędzie. Przeważnie byli to nauczyciele, ale również moi znajomi, którzy brutalnie sprowadzali mnie na ziemie.
Egzaminy były ważnym wydarzeniem w moim życiu. Mimo to nie mogę powiedzieć, że się stresowałem. Pomimo tego, że byłem w miarę dobrym uczniem, to tak naprawdę nie wiedziałem czym chciałbym się zająć. To jest minus bycia ciekawym świata. W pewnym sensie interesujesz się wszystkim po trochu, ale jednocześnie nic nie jest w stanie pochłonąć ciebie na tyle, aby szkolić się tylko w tym jednym konkretnym kierunku. Owszem...byłem dobry z zaklęć i obrony przed czarną magią, ale na co mi to było, jeżeli tak naprawdę nie bardzo chciałem związać z tym swojej przyszłości. Uczyłem się bardziej dla ocen, niż dla jakiegoś prywatnego zadowolenia. Tak samo też z resztą zdałem te egzaminy tylko dla wyniku, niż dla samego siebie. Głupi powód, ale lepszy taki niż żadny



Po ukończonej szkole, tak naprawdę błyskawicznie zostałem rzucony na głęboką wodę, i zrozumiałem, że świat z moich wyobrażeń, a to co jest naprawdę to zupełnie inna bajka. Kilka tygodni po skończonych egzaminach, zmarli moi dziadkowie, a co za tym idzie musiałem zacząć żyć na własny rachunek. No i tutaj zaczęły pojawiać się problemy. Nie wiedziałem kim chcę być, co robić. Dlatego też chwytałem się tak naprawdę każdej możliwe pracy. Zatrudniałem się jako barman w dziurawym kotle, czasami pomagałem w różnych sklepach, głównie rozładowywałem towary. Wydaje się wam pewnie, że czułem się upokorzony? Nic bardziej mylnego. Matka za życia nauczyła mnie tego, że żadna praca nie hańbi. Tak długo jak jest uczciwa, nie należy się jej wstydzić. Chociaż w oczach niektórych znajomych ze szkoły upadłem nisko. Ja, całe szczęście się tym nie przejmowałem. Wiedziałem, że jakoś żyć muszę, że niewielka górka galeonów skrytce bankowej, pozostawiona bez stałego uzupełniania ostatecznie zacznie świecić pustkami. I w pewnym momencie zaczynała świecić pustkami. Okazało się, że stawki jakie miałem w pracy, w żaden sposób nie były równe od tego ile pieniędzy wydawałem. Starałem się jak najmniej pieniędzy przeznaczyć na samego siebie, ale życie codzienne niestety kosztowało. Dlatego też podjąłem ostatecznie decyzję o sprzedaży domku dziadków. Nie była to jakaś wielka decyzja. Widzicie, ja nigdy nie byłem sentymentalny, nie umiałem przywiązać się do przedmiotów, tak jak niektórzy ludzie...a może po prostu nie chciałem tego zrobić, albo przywiązałem się, tylko zdrowy rozsądek mi podpowiadał, że nie mam innego wyjścia. Kupiec znalazł się szybko. Dom moich dziadków, może nie był wielki i okazały, ale znajdował się na urokliwej wsi, z dala od zgiełku miasta. Dla kogoś kto lubił ciszę i spokój było to wymarzone miejsce. Ja sam wynająłem niewielką, starą kawalerkę w centrum Londynu. Ogłoszenie znalazłem w proroku codziennym. Nie było to nic wielkiego, ani też na poziomie do którego przywyknąłem, ale było moje, i to mnie napawało optymizmem. Niestety przeważnie tak jest, że jak układa się w jednej dziedzinie życia, to w drugiej coś musi zacząć się walić. Do Anglii w końcu dotarła wojna czarodziejów. Tyle co dzięki matce uciekłem przed II wojną światową, i ona sama wydawała mi się być tak naprawdę obojętna, to tej wojny nie mogłem w żaden sposób zignorować. Tym bardziej, że w pewnym momencie kolumna nazwisk zaginionych czarodziejów i czarownic, była już absolutną normą w proroku codziennym. Świat wydawał się oszaleć. Coraz więcej osób popierało idee Grindelwalda. Czarodzieje, który nie musieliby ukrywać się przed mugolami. Była to poniekąd naprawdę utopijna wizja świata, ale z drugiej strony miała wiele minusów. Sam wiedziałem jak ojciec reagował na jakie kolwiek tematy związane z magią. Pewne rzeczy powinny pozostać sekretem, i istnienie świata magii był jednym z nich. Sytuacji nie ratowała niechęć do mugoli, oraz przekonania, że ci powinni zniknąć z powierzchni ziemi. Wychowywałem się przez pewien czas wśród mugoli, i mogłem śmiało powiedzieć, że nie różnili się niczym od czarodziejów. Oczywiście, trafiały się również tak zwane czarne owce, ale gdzie się nie trafiały. Nawet w świecie czarodziejów nie było samych dobrych ludzi. Z resztą z doświadczenia wiedziałem, że niektóre mugolaki, które posiadały w sobie ten pierwiastek magii, potrafiły lepiej władać magią, niż taki czystej krwi czarodziej. Ludzie mimo wszystko starali się żyć normalnie. Niektórzy nawet kompletnie ignorowali te wszystkie makabryczne doniesienia. Nie ukrywam, że sam byłem jedną z takich osób. Miałem na głowie swoje życie, musiałem jakoś funkcjonować w tym świecie. Dlatego też skupiłem się na tych wszystkich moich dorywczych pracach. Starając się znaleźć coś co chciałbym robić
Dopiero rok 1948 przyniósł pewne zmiany. Podczas rozmowy w dziurawym kotle z jednym ze starych znajomych odkryłem, że w ministerstwie brakuje im ludzi, którzy mieliby odpowiednie kwalifikacje do przeprowadzania egzaminów z teleportacji, oraz uczenia tej stosunkowo trudnej sztuki. Sam pamiętam kiedy w szkole zorganizowali taki kurs tylko dla pełnoletnich czarodziejów. Wspominam go stosunkowo dobrze, chociaż starszy czarodziej, który go prowadził...odniosłem wrażenie, że jedyne czego pragnie to szybkiej i bezbolesnej śmierci, niż siedzenia z bandą nastolatków i powtarzania im setny raz o tym, że bezpieczeństwo to podstawa. Sam z resztą swego czasu miałem pewne ambicje, które zmierzały w stronę objęcia jakiegoś stanowiska w Hogwardzie, ale był jeden problem. Średnio przepadałem za dziećmi. I na pewno moje zajęcia dla pierwszoroczniaków mogłyby być niebezpieczne, ze względu na to, że w przypływie irytacji mógłbym cisnąć w któregoś jakimś dziwnym zaklęciem. Ale praca, jako szkoleniowca, oraz egzaminatora, wydawała się być już znacznie bardziej zachęcająca. W końcu do czynienia miałbym z pełnoletnimi czarodziejami i czarownicami.
Jeszcze tego samego dnia złożyłem odpowiednie dokumenty w ministerstwie, i udało mi się dostać na trzyletni staż. Trudno mi powiedzieć, że początek tego stażu miało co kolwiek wspólnego z teleportacją. Byłem raczej chłopcem na posyłki, który biegał z dokumentami w lewo i prawo, przynosiłem kawę, albo herbatę, i częściej podczas różnych szkoleń czy egzaminów stałem z boku i obserwowałem jakie są procedury, niż rzeczywiście sam mogłem wziąć sprawę w swoje ręce. Dopiero na drugim roku pozwolono mi na trochę więcej. Czasami zastępowałem szkoleniowca, a czasami sam zasiadałem w komisji edukacyjnej, bo jeden z egzaminatorów nie mógł dotrzeć na egzamin. Ostatni rok stażu zakończył się dla mnie egzaminem, oraz otrzymaniem wszelkich uprawnień instruktora oraz egzaminatora. Czy byłem łagodny...nie. Miałem w sobie tę nutkę sadyzmu, lubiłem patrzeć jak kursanci dwoją się i troją, aby zrobić wszystko tak jak należy. W końcu podczas kursu, a potem na egzaminie to tylko ode mnie zależało, czy dostaną pozwolenie na teleportację czy też nie. Najbardziej lubiłem straszyć młodych czarodziejów i czarownic tym jak potworne jest rozszczepienie. Tak...byłem...a raczej jestem straszny...
Moja praca wydawała się być spokojna...a przynajmniej z założenia taka miała być. Niestety wydarzyło się coś, co ten spokój zburzyło. W roku 1956 w całej Anglii zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Sam pamiętam ten dzień zupełnie tak jakby to było wczoraj. Coś mnie obudziło...przenikliwy pisk, i niepokój, który jasno mówił, że zbliża się coś wielkiego i złowieszczego. Nie trudno jest wyczuć czarną magię, ale ta była niesamowicie silna. Sam doświadczyłem niekontrolowanej teleportacji, by po utracie przytomności, ocknąć się w jakimś lesie. Nie mogłam od tak wrócić do domu. Po pierwsze byłem wystraszony, a już sam ten fakt mógł przyczynić się do nieudanej teleportacji powrotnej, po drugie nie wiedziałem gdzie jestem. Dlatego też po uspokojeniu się, oraz wstępnych oględzinach, odkryłem, że pojawiłem się w lesie, na obrzeżach Londynu. Często do tego lasu na pikniki przyjeżdżałem jako dziecko z ojcem i matką. Dopiero po ustaleniu tego gdzie jestem mogłem teleportować się ponownie do domu, a z domu prosto do ministerstwa. To co tam zastałem przeszło moje wszelkie wyobrażenia. W ministerstwie zazwyczaj wydaje się być niespokojnie, ale wówczas wyjątkowo. Wszyscy biegali w lewo i w prawo. Jak potem się okazało nie tylko niekontrolowane teleportacje były problemem, ale w świecie mugoli miało miejsce wybuch magii. Tamtej nocy mój departament miał sporo pracy....między innymi próbowaliśmy sami dojść do tego co też mogło być przyczyną tych teleportacji, ale jedyne logiczna odpowiedź jaka nam się nasuwała, to czarna magia. Chociaż była to odpowiedź, która jednocześnie nie dawała odpowiedzi. Chociaż w każdym nieszczęściu zawsze znajdzie się promyk nadziei. Po tych dziwnych wydarzeniach, Gellert Grindelwald po prostu zniknął. Niektórzy mówili, że umarł, ja sam, jednak jakoś nie mogłem w to uwierzyć, ale też nie chciałem snuć żadnych teorii spiskowych, bo po prostu to nie było w moim stylu.
To niestety nie był koniec problemów ministerstwa jak i świata czarodziejów. Anomalie w żaden sposób nie dawały wytchnienia ani czarodziejom ani mugolom. Ludzie starali się opanować chaos który zapanował na świecie, ale często zdarzało się tak, że nad tym piekłem na ziemi starali się zapanować raczej mało doświadczeni czarodzieje, a co za tym szło często też pogarszali stan rzeczy. Na domiar złego dwudziestego piątego czerwca w ministerstwie wybuch pożar. Sam miałem mnóstwo szczęścia, bo to akurat był ostatni dzień mojego urlopu. Ominęła mnie śmierć i chyba nawet ja sam do tej pory nie jestem w stanie zdać sobie sprawy z tego jak wielkie miałem szczęście. Tylko problem był w tym, że to nie koniec problemów czarodziejów. Tej samej nocy koszmary zbudziły czarodziejów, w tym też mnie. Chociaż spanikowany, wiedziałem, że to znowu się dzieje. Nie minęło dużo czasu aż odkryłem, że teleportacja po prostu przestała działać...jakby w ogóle było to możliwe. Całe szczęście, że nowy minister magii szybko poradził sobie z chaosem, i wydzielił dla poszczególnych departamentów nowe miejsca. Ja wraz z moim departamentem znaleźliśmy się w świętym mungu. Prowadziliśmy badania nad tym co mogło się wydarzyć, że teleportacja nagle przestała działać, tak samo było z siecią fiuu i innymi środkami transportu.
Jedna decyzja w moim życiu, wpakowała mnie w polityczne problemy...w coś, w co tak naprawdę nigdy nie chciałem się pakować. Jak widać...od pewnych rzeczy nie można uciec.




Patronus: Oprócz jakiejś bezkształtnej mgiełki, jego patronus tak naprawdę nigdy nie przybrał żadnego konkretnego kształtu. Jest to spowodowane tym, że Scott kieruje się w życiu bardziej rozumem niż emocjami i wspomnieniami.






























Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM:15 +3
Zaklęcia i uroki:14 +2
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja:4 Brak
Eliksiry:2 Brak
Sprawność:5 +3 (waga)
Zwinność:3Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiII10
ONMSI2
ZielarstwoI2
Ukrywanie sięI2
SpostrzegawczośćIII25
KłamstwoII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznastwoI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura(wiedza)III10
Muzyka (wiedza)I0,5
GotowanieI0,5
Malarstwo (wiedza)I0,5
Rzeźbiarstwo (wiedza)I0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec współczesnyI1
Latanie na miotleI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (jasnowidz, półwila, wilkołak lub brak)-0
Reszta: 0
Wyposażenie

Różdżka



Ostatnio zmieniony przez Scott Spencer dnia 01.07.18 11:50, w całości zmieniany 17 razy
Scott Spencer
Zawód : Departament transportu magicznego - Komisja kwalifikacyjna teleportacji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6210-scott-spencer https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6244-scott-spencer#154997 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6243-scott-spencer#154995
Re: Scott Spencer [odnośnik]01.08.18 15:49

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Scott narodził się z połączenia dwóch światów - czarodziejskiego i mugolskiego; ojca i matkę łączyło prawo, lecz bardzo trudna miłość i przede wszystkim brak zrozumienia. W ich jedynym synu więcej było magii, niż nieczarodziejskiej zwyczajności, a ojciec nie potrafił tego znieść - i porzucił tych, których kochał. Scott na całe szczęscie został otoczony miłością dziadków w ich bezpiecznych ogrodach, a wkrótce potem trafił do Hogwartu. Jako Krukon wykazywał się bystrością umysłu i kreatywnością, lecz niekiedy brakowało mu umiejętności koncentracji, za to buzujące hormony podsuwały niemądre pomysły. Życie go doświadczyło już jako młodego chłopaka: odebrało najpierw ojca, później matkę, która poległa na misji aurorskiej. Po ukonczeniu szkoły stanął na rozstaju dróg sam i musiał samotnie podejmować istotne decyzje. Chwytał się dorywczych prac, próbował różnych rzeczy, szukając swojej ścieżki i zdobywając galeony na utrzymanie; nie było łatwo, szara rzeczywistość potrafiła przytłoczyć, lecz Scott odnalazł w końcu pracę i jego życie zaczęły wyznaczać trzaski teleportacji i aportacji. Nawet i to jednak uległo destabilizacji przez wybuch magii. Jak teraz poradzi sobie Scott? Czy ucieknie od problemów?

OSIĄGNIĘCIA
Człowiek Mors
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Zaburzenia dysocjalne
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Scott Spencer Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Scott Spencer [odnośnik]01.08.18 15:49
WYPOSAŻENIE
Różdżka

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: Brak

BIEGŁOŚCIBrak

HISTORIA ROZWOJU[01.07.18] Karta postaci, 0 PD
[24.10.18] Przywrócenie rangi
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Scott Spencer Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Scott Spencer
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach